Rozdział 2

Q wiercił się, przykucnięty w innym zaułku, niż ten, do którego dobrowolnie poszedł z Jamesem u boku. Po drugiej stronie ulicy mógł zobaczyć budynek, w którym znajdowała się ich nagroda. Pomimo tego, że James był podobno raczej słabym telepatą, powiedział, że może wyczuć mentalną obecność ich przeciwników strzegących wspomnianego budynku, jednocześnie zapewniając Q, że jego zasięg telepatyczny był tylko nieco większy niż zasięg hipersłuchu dziewczyny, o ile ani on ani Q nie zaczną mówić głośniej niż szeptem.

— Dobrze, musisz mi obiecać, James, naprawdę mi obiecaj, że nie pozwolisz mi gdzieś uciec zaraz po tym, jak zmienię kształt.

Q nie było stać na bycie zakłopotanym z powodu błagającego, niespokojnego tonu w jego głosie, ponieważ bardzo prawdziwy strach pełzał teraz po jego kręgosłupie, chwytając go niedbale za gardło. Nagle sama misja szkoleniowa wydała mu się łatwa, gdyby tylko mógł przebrnąć przez kilka następnych minut.

Ciepła dłoń, która wylądowała na jego ramieniu, pomogła mu się uspokoić, podobnie jak spokojne, zdeterminowane spojrzenie niebieskich oczu, które spoczęło na nim, gdy spojrzał w górę.

— Będę tutaj, Q. Nie uciekniesz mi, bez względu na to, jak szybki będziesz na czterech łapach. Złapałem cię już wcześniej, pamiętasz?

— Dobrze — mruknął Q, spuszczając wzrok i próbując powstrzymać drżenie kończyn. — Ponieważ nadal nie mogę nic zrobić z zamroczeniem, które mam po zmianie, a jeśli znowu skończę na środku drogi…

Nie mógł dokończyć. Nawet przed incydentem ze swoim nauczycielem od darów i ściganiem przez psa, Q bał się zmieniać kształt na zewnątrz, ponieważ prawdopodobnie nigdy nie przestanie pamiętać "budzenia się", gdy samochody śmigały obok i nad nim. Był to również jeden z powodów, dla których Q nigdy tak naprawdę nie był pijany. Teraz, gdy wiedział, jak przerażająca jest utrata kontroli nad sobą, jego i tak skromne już zainteresowanie alkoholem całkowicie zniknęło. Był to rodzaj paranoi, która trochę zdezorientowała Aleca. Od tego czasu James bardziej szczegółowo wyjaśnił niebezpieczną pierwsza przemianę Q i żaden z nich nie próbował już namawiać Q do wyjścia na drinka.

Utrata kontroli na kilka minut w pomieszczeniu była w porządku. Q wiedział z taką samą pewnością, jak to że słońce zejdzie następnego dnia, że bez względu na to, co się stanie, nic mu nie będzie, gdy jego mózg wróci do normalnej pracy, ponieważ Alec, albo James, albo obaj, będą w pobliżu, aby upewnić się, że wszystko było w porządku. Jeszcze w tym nie zawiedli.

Wyraz twarzy Jamesa mówił, że tym razem również stanie na wysokości zadania.

— Dalej. — Bond przechylił głowę, wstając, kiedy pokazał Q ich cel. — Ryzykuję, jeśli chodzi o mnie, ale nigdy jeśli chodzi o przyjaciół. Tuż obok jest budynek, w którym możemy to zrobić.

Q nawet nie kwestionował możliwości włamania, po prostu potrząsnął głową wstając, by podążyć za Jamesem. Jak się okazało celem Bonda był trzypiętrowy budynek z na stale otwartym wejściem głównym, które prowadziło do małego podestu. Drzwi za nimi wymagały użycia klucza lub włamania, ale James i Q nie musieli iść ani trochę dalej. Gdy tylko James zamknął drzwi, odcinając ich od zewnętrznego świata, oparł się o nie, dając jasno do zrozumienia, że nawet najbardziej zdeterminowany kot nie przekroczy progu pomieszczenia. Q poczuł ulgę, a napięcie w jego ramionach zaczęło się zmniejszać. Zsunął torbę z ramienia i podał ją Jamesowi.

— Wiesz, co zrobić z tym, co jest w środku — przypomniał, po czym pod wpływem kaprysu spróbował się lekko uśmiechnąć. To nie było wiele, aby zwalczyć nerwowe uczucie w środku, zwłaszcza gdy James natychmiast odwzajemnił uśmiech. Cofając się, czując się teraz niewytłumaczalnie zdenerwowany, gdy groźba ucieczki prosto w niebezpieczeństwo została usunięta i jedyną osobą, która go obserwowała był James, Q spojrzał na swoje stopy i zamknął oczy, skupiając się na tej niewysłowionej części siebie, która kontrolowała kształt jego ciała. — Pamiętaj… dostanę twoją cholerną flagę, a ty trzymasz mnie z dala od kłopotów. To jest nasza umowa.

— Q, możesz zawrzeć jakąkolwiek umowę, jaką chcesz — zapewnił James, oczy błyszczały mu tym, co mogło być tylko podekscytowaniem — i spełniłbym swoją część. Alec i ja jesteśmy ci to winni.

— Oczywiście, że tak. — Q zdołał prychnąć, po czym w końcu podniósł głowę, skupił się i zapragnął przemienić się.

Następną rzeczą, jaką Q wiedział było to, że słyszał oddech Jamesa, cichy i powolny, ale słyszalny dla Q, ponieważ wydawał się być bardzo blisko. Mrugając, wydał z siebie małe westchnienie, gdy jego mózg zaskoczył i połączył się z nowym ciałem i dodatkowymi nieludzkimi kawałkami. Q był przez chwilę zdezorientowany, tym gdzie się znajdował. Kiedy James lekko przechylił głowę, nowa perspektywa Q nabrała sensu, gdy zdał sobie sprawę, że przysiadł na ramieniu drugiego młodzieńca, a Bond siedział na podłodze.

Q był przytulony do szyi Jamesa, z jedną łapą wsuniętą pod kołnierz kurtki, jakby szukał ochrony w dziwnych miejscach. Zakłopotanie i sfrustrowane zaskoczenie sprawiły, że futro Q nastroszyło się nieco, ale zanim zdążył się ruszyć, aby zejść, James uniósł rękę. Zbliżyła się na tyle blisko, by szarpnąć eksperymentalne koniuszek ogona Q.

— Odkąd słyszę ten twój genialny umysł, zakładam, że wróciłeś — powiedział ostrożnie, jowialnie, jednym okiem patrząc na Q.

Biorąc kolejny oddech i otrząsając się z dezorientacji, Q skinął głową i wstał. Czasami jego mózg i ciało łączyły się lepiej, czasami gorzej niż u innych, przez co Q zastanawiał się, czy coś z nim było nie tak, ponieważ Alec nigdy nie mówił nawet o części problemów związanych ze zmiennokształtnością, jakie miał Q. Kocie nogi Q pozostały jednak stabilne, pazury nawet z łatwością wyszły, by nakłuć ciemną skórę. Jednak jego wysiłek, aby uwolnić ogon z miejsca, w którym był ściśnięty między kciukiem Bonda, a jego palcem wskazującym, był jednak całkowicie straconą sprawą.

James, jeśli mnie słyszysz, puść mój cholerny ogon i skup się na zadaniu - rozkazał mu Q mentalnie cierpliwym tonem.

James uśmiechnął się. Na szczęście puścił ogon, a Q udało się na wpół zeskoczyć, na wpół opaść z ramienia Jamesa na jego kolana, odzyskując równowagę tak szybko jak to możliwe. Był wdzięczny, że pod futrem nie było widać rumieńców. Przeszedł na podłogę, aby trochę się przespacerować, przyzwyczajając się do swojego nowego kształtu.

Czyli mnie słyszysz? - pomyślał Q.

— Tak — odparł posłusznie James.

I słyszysz pozostałych dwóch stażystów?

Kiedy James skrzywił się, Q przez chwilę martwił się, że zmagał się z telepatią, ale jego odpowiedź nadeszła szybko i okazała się być podszyta ostrą irytacją.

— Ledwo z tej odległości, a próba przyprawia mnie o cholerny ból głowy.

Q skinął głowa, odnotowując te informacje. Dobrze było wiedzieć coś więcej. Podszedł do miejsca, w którym na podłodze leżała jego torba. Znalazł suwak i kontynuował krótkie przesłuchanie.

Jak blisko będziesz musiał się znajdować, aby przeczytać ich myśli?

Bond prychnął.

— Miałem szczęście, że w ogóle poznałem lokalizację ich flagi. Nie jesteś jedyną osobą, która ma dar niechętny do współpracy. W większości po prostu wyczuwam ich, co jest dość przydatne. — James wzruszył ramionami, najwyraźniej akceptując fakt, że przez dziewięćdziesiąt procent czasu mógł używać telepatii tylko w połowie mocy. To sprawiło, że Q zrobiło się trochę smutno, czego James albo nie odczytał w jego myślach, albo postanowił zignorować, gdy położył ręce na kolanach w obrazie spokojnego, niespiesznego lenistwa. — Jeśli mam wychwycić rzeczywiste słowa, będę musiał znajdować się w odległości kilku kroków od nich. Ciebie na szczęście słyszę z dużo większej odległości.

Zanim Q zdążył zastanowić się nad tym ostatnim zdaniem i jego implikacjami - wliczając w to fakt, że James mógł usłyszeć ludzkiego Q ze znacznie większej odległości niż kilka kroków - James uklęknął, zbliżając się, by posłusznie otworzyć dla niego torbę i zaczął grzebać w różnych gadżetach, które Q zapakował na swoje wcześniejsze "wezwanie serwisowe". Jak przed chwilą zarządził Q, zabrali się do rzeczy.

— Kurwa, Q, masz tutaj dużo rzeczy — powiedział James, otwierając całkowicie torbę i zaglądając do środka, szukając, ale najwyraźniej nie znajdując tego, co potrzebował.

Q próbował zaprotestować wokalnie, ale dźwięk, który się z niego wydobył, przypominał raczej kaszel małego kociaka. Wciąż jednak zdołał zachować swoją postawę tak rzeczową, jak to możliwe, prostując się na swoje trzydzieści centymetrów wzrostu i kiedy James trzymał otwartą torbę, wsunął do środka głowę.

Mam dużo rzeczy, bo nigdy nie wiem, co będzie potrzebne, gdy wzywają mnie potwory niszczące technologię, tacy jak ty, do naprawy sprzętu. Ach, oto jest. - Jego kocie spojrzenie przecięło atramentową ciemność wnętrza jego torby. Q przez chwilę patrzył z konsternacją na swoje łapy, po czym westchnął i przyznał, że będzie musiał to chwycić ustami. Przestań się śmiać, James. - Westchnął w myślach, nawet gdy telepata bez wątpienia podchwycił tę rozpaczliwą myśl. Bond dobrze ukrywał swój śmiech, ale i tak Q wciąż go słyszał. Chwilę później Q wycofał się niezręcznie, ostatecznie łapiąc przedmiot w zęby, jednocześnie przesuwając i popychając inny przedmiot łapami, czując się okropnie niezręcznie, ale usatysfakcjonowany, że mu się udało.

Jego nagrody? Słuchawka blue-tooth oraz rolka taśmy.

Kolejny dźwięk podejrzanie przypominający chichot rozbrzmiewał w klatce piersiowej Bonda, ale kiedy Q przysiadł i spojrzał na niego przenikliwie, telepata miał kamienną minę. James nie mógł się jednak powstrzymać przed okazaniem oczywistości, głosem napiętym od udawanej powody.

— Nadal nie wiem, co planujesz? Chcesz, żebym przykleił ci słuchawkę? Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że łatwo byłoby ją odczepić od twojego futra..

Q poczuł, jak jego uszy spłaszczają się bez jego zgody, zdradzając jego zrzędliwość, kiedy jego zdradziecki, w dużej mierze niekontrolowany ogon, drgnął.

O to właśnie chodzi, James - pomyślał cierpliwie. Musi się trzymać. Martwię się, że jeśli zawiążę coś na szyi, to uduszę się, kiedy powrócę do ludzkiej formy.

— Większość rzeczy, które nosicie ty i Alec, zmienia się wraz z wami — przypomniał Bond, ale i tak sięgnął po taśmę, chcąc rozproszyć zmartwienia Q. Prawdę mówiąc, transformacja nie była do końca nauką ścisłą, a myśl o tym, że miałby coś związanego wokół jego maleńkiej szyi kociaka, coś, co nagle zaczęło by go dusić, gdy ponownie stałby się człowiekiem, sprawiała, że Q zadrżał aż po koniuszek swojego ogona. Siedział więc nieruchomo, gdy James oderwał kawałek taśmy, ostrożnie umieszczając słuchawkę na ramieniu Q, gdzie mieli nadzieję, pozostanie, a jednocześnie dźwięk z niej będzie słyszalny dla wrażliwych uszu Q. Eksperymentalnie Q obrócił najbliższe ucho (lewe) i starał się nie denerwować, gdy docisnął go do taśmy. — Głosuje jednak za tym, żeby żaden z nas nie próbował tego zdjąć, zanim nie spróbujesz się przemienić — brzmiała opinia Jamesa, nieco smutna, gdy usiadł na piętach, by ocenić swoją pracę. — Ponieważ nie mam ochoty na to, abyś ze mną walczył i wątpię, że chcesz mieć powyrywane futro.

Zajmiemy się tym później. - Q odsunął problem na później, odwracając głowę, aż jego wąsy musnęły słuchawkę przyklejoną niedbale do lewego ramienia. Już bał się jej usunięcia. Miał przeczucie, że przy jego szczęściu będzie jak ludzkie ubranie, widoczna tylko w tej postaci. Pomimo dużej ilości badań na tym obszarze, Q nadal nie rozumiał dokładnie istoty transformacji podczas noszenia ubrań. Wiedział jednak, że miał zwyczaj bycia nierozsądnym, gdy był kotem i cierpiał, więc rzeczywiście sprawa potoczyłaby się źle dla wszystkich w zasięgu, gdyby odklejenie taśmy od jego futra stało się konieczne. Próbując zapomnieć o tym na chwilę, Q wyprostował się tak bardzo, jak pozwalała mu na to jego chuda sylwetka, zadowolony, gdy zobaczył, jak jego krnąbrny ogon machał w jego polu widzenia jak maszt, będąc obrazem zdeterminowanej gotowości.

Nie musiał nic "mówić". James tylko skinął głową, wstając i pochylając się z wyciągniętymi ramionami. Udowadniając, że może być dżentelmenem zarówno dla kobiet, jak i kotów, Bond zatrzymał się na chwilę, pozwalając, aby to Q podszedł, aż jego koniuszki palców musnęły miękkie jak jedwab futerko. Q doceniał to i aby to ukazać, starał się nie wiercić za bardzo, gdy znajome ręce zacisnęły się pod jego ciałem, ostatecznie podnosząc go, aż Q osiągnął wysokość klatki piersiowej Bonda i mógł spojrzeć na świat z miejsca bliżej jego zwykłej perspektywy.

— Kurtka? — zapytał James, a Q zdał sobie sprawę, o co prosił w porę, aby skinąć swoim wąsatym pyszczkiem.

Sekundę później został wciśnięty pod kurtkę Bonda jak maleńka, tajna broń. Słuchawka zaczepiła się lekko, szarpiąc taśmą, ale po lekkim poruszeniu Q, znów poczuł się komfortowo, tylko z głową i jedną łapą wystającą pod brodą Jamesa.

Jestem gotowy do akcji - pomyślał Q, zerkając w górę, mając nadzieję, że nie dało się w tym odczytać tak wielkiego zdenerwowania, jakie faktycznie odczuwał. Naprawdę nie miał pojęcia, czy był gotowy.

Musiał jednak tak brzmieć, ponieważ James zaczął poruszać się tak płynnie, jakby ktoś zdjął z niego kajdany. Gładkie kroki wyprowadziły ich szybko i bez słowa na ulicę, która teraz była pogrążona w samotnej ciemności.

OoO

Zwykłe bycie wepchniętym pod kurtkę Jamesa lub Aleca było trochę zawstydzające, ponieważ obaj ci młodzi mężczyźni byli muskularni i gorący - w zasadzie byli wszystkim, do czego Q chciałby być przytulony, niezależnie od tego, w jakiej aktualnie postaci się znajdował. To był cud, że James będąc telepatą, nie skomentował jeszcze stanu umysłu Q, kiedy przytulał się do tułowia jego lub Aleca, owinięty w ciepłą tkaninę, otoczony zapachem gorącej skóry i wody kolońskiej. Jednak gdy tylko Q znów wyszedł spod kurtki Bonda i stanął na ulicy prowadzącej do celu, nie chciał niczego więcej, jak tylko wdrapać się z powrotem do tej kryjówki, odkładając na bok zakłopotanie i ciepłe, niejasne uczucie.

— W porządku, Q? — zapytał James ostrożnym, ale poza tym nieczytelnym i nie osadzającym tonem. Przykucnął na piętach, z rękami ułożonymi na udach i jakoś wyglądając tak swobodnie, robiąc to, podczas gdy Q czuł się tak bardzo poza swoją strefą komfortu.

Q przypomniał sobie, że dwaj stażyści, z którymi mieli do czynienia, podali Alecowi narkotyki - Alecowi, jego przyjacielowi i młodemu człowiekowi, który nie tak dawno temu uratował go przed psem - i nagle stał się trochę bardziej zdeterminowany. Jego futro uniosło się delikatnie wokół taśmy na ramionach.

Jeszcze raz powiedz mi, co mam robić - zażądał, posyłając Jamesowi swoje najbardziej uparte spojrzenie.

Z perspektywy czasu, to było coś w rodzaju cudu, że James potraktował Q poważnie, gdy był niewiele większy od piłki nożnej i próbował patrzeć groźnie, nie mając przy tym prawdziwych brwi.

— Flaga powinna być ukryta na drugim piętrze. To stary budynek. Podszedłem już na tyle blisko, że widzę rozbite okno w piwnicy. Nic na tyle dużego, by człowiek mógł się przez to przecisnąć, ale druga drużyna wie, że nie mogę przejść przez ogrodzenie z siatki otaczające całe te cholerne miejsce. W każdym razie nie bez narobienia odrobiny hałasu podczas przecinania ogrodzenia przecinakiem, którego nie mam. — James wydał gardłowy dźwięk, który brzmiał jak warczenie, ale bez względu na to, jak bardzo go drażniła ta sytuacja, kontynuował: — Nie mogę ci wiele powiedzieć o wnętrzu budynku, poza tym, że jest pusty i obecnie należy do Szóstki. Jednak miałem szczęście… — młody blondyn zamilkł, by poklepać skroń, przez chwilę wyglądając na dość zadowolonego z siebie — i mogę ci powiedzieć, że flaga jest na drugim piętrze, po wschodniej stronie w pokoju z oknem. Alec miał wiele planów, jak ją przejąć, ale brał pod uwagę inny zestaw umiejętności.

Masz na myśli skrzydła - podsumował Q, machając ogonem.

James skinął głową, krzywiąc się.

— Technicznie rzecz biorąc, po tym jak ktoś zdobędzie flagę przeciwnej drużyny, gra nie kończy się, dopóki nie zabierzemy jej z powrotem do naszej własnej lokalizacji, ale ja się tym zajmę. Już robisz więcej niż wystarczająco, Q.

Uczucie brzęczenia w gardle było zdecydowanie początkiem mruczenia z oczywistej wdzięczności. Mimo to Q pozostał skupiony, posyłając myśl do swojego towarzysza.

Wciąż mam jedno pytanie. Co z twoją własną flagą? Q przesunął małe ciałko nieco bliżej, wyglądając na zaciekawionego i zaintrygowanego. Cały czas rozmawialiśmy o zdobyciu ich flagi, ale czy nie powinieneś bronić swojej?

Uśmiech, którym błysnął Bond, był trochę wilczy, ale jak wszystko inne dzisiejszej nocy, odpowiedział bez najmniejszego wahania.

— Alec i ja lubimy grać w ofensywę. Poza tym znacznie trudniej jest im znaleźć naszą flagę, jeśli jej nie strzeżemy. Znasz wyrażenie: "Najlepszą obroną jest atak".

Dlaczego nie dziwię się, że popieracie tego rodzaju taktykę? Q westchnął i przewrócił oczami. W porządku, pójdę i zdobędę dla ciebie flagę, a potem, jeśli tylko zechcesz, będziesz mógł grać w "złap mnie jeśli potrafisz?", a ja wrócę do domu i będę spać. Ale ty razem z Alekiem zadzwonicie do mnie rano - pomyślał Q bardzo wyraźnie, idąc ulicą, która miała doprowadzić go do jego celu.

— W porządku. — Głos Bonda za nim był tak spokojny i pewny siebie, jakby to była zwykła, normalna gra między zwykłymi, normalnymi ludźmi. — Będę w zasięgu, aby cię usłyszeć, jeśli wpadniesz w kłopoty i będę cały czas po drugiej stronie połączenia, jeśli zdarzy się nagły wypadek.

Przedyskutowali to. Teraz stworzyli system, który wspierałby komunikację dwukierunkową (Bond poszerzał granice swojej telepatii, monitorując Q z odległości, a Q usłyszy zwrotną informację od Jamesa przez słuchawkę przyczepioną niedaleko jego kociego ucha). Nawet najmniejszy szept dochodzący ze słuchawki z pewnością zaalarmuje żeńską członkinię drużyny przeciwnej, jeśli była tak blisko budynku, jak twierdził Bond. Jedyną bronią Q w tej chwili był naturalny cichy koci chód, wiedział jednak, że hałas sprawi, że znajdzie się w głębokim gównie. Ponieważ ich wrogowie prawdopodobnie nie wiedzieli, jakie dary mieli Bond i Alec, byliby raczej podejrzliwi wobec wszystkiego, w tym niewinnie wyglądających zwierząt.

Przez głowę Q przeleciało jeszcze kilkanaście pytań i możliwych sposobów, w jakie to wszystko pomogło pójść i prawie nie słyszał ostatniego zdania Jamesa.

— Powodzenia, Q. I hej… pamiętaj, że to ma być zabawa.

Ty bezczelny łaj

Q zaczął go przeklinać, obracając głowę, ale zamilkł, gdy stwierdził, że spoglądał na pustą uliczkę. James i jego beztroska postawa oraz wszystko inne już zniknęło. Nawet bystre uszy Q nie słyszały go i zmiennokształtny zaczął się zastanawiać, czy może James nie doceniał swojej zdolności do zmierzenia się z kimś z darem hipersłuchu. Ufając, że James wciąż był w pobliżu i pojawi się ponownie, jeśli Q natrafi na jakieś niebezpieczeństwo, Q wziął głęboki, uspokajający oddech i znów spojrzał przed siebie. Zaczął truchtać w kierunku siatki, którą widział jako metaliczną pajęczą sieć na końcu ulicy.

OoO

Okazało się, że najtrudniejsze było to, żeby pamiętać, że miał coś przyklejonego do siebie. Po na pół regularnych ucieczkach od kruczych wybryków Aleca, Q był w rzeczywistości bardziej zwinny, niż się spodziewał. Dotarł do ogrodzenia bez żadnych incydentów. Jego wzrok z łatwością wyłapywał wszystko w ciemności. Rzucił nieufne i podejrzliwe spojrzenie na dziury w siatce, zanim wcisnął głowę przez jedną z nich. Gdyby to, co przeczytał o anatomii kotów było prawdą, to przecisnąłby się cały, ale…

Ale istniała słuchawka przyklejona taśmą do jego ramienia. Q zamarł z napiętymi kończynami, gdy zdał sobie sprawę, że dzieli go zaledwie kilka milimetrów od drapania urządzeniem o metal.

Nie wiedząc dokładnie, co kwalifikuje się jako hałas na tyle głośny lub podejrzany, by przyciągnąć uwagę paranoidalnego daru hipersłuchu, Q wycofał się, szybko przemyślając swoją strategię. Wewnętrznie miał poczucie, że czas nie był po jego stronie, nawet jeśli nie zostałby zauważony i złapany, co by się stało, gdyby jego przeciwnik znudził się pilnowaniem swojej flagi i wyruszył na polowanie na Jamesa i Aleca. A jeśli zdadzą sobie sprawę, że Alec naprawdę wypadł z gry, czy mogliby zmusić Jamesa do poddania się?

Przestań - rozkazał sobie Q, niespokojnie wysuwając pazury. Ich perłowe czubki ledwo dotykały ziemi, po czym wycofały się jak blade drzazgi. Skup się. Rozejrzał się dookoła, przyglądając się okolicy i prawie upadł z ulgi, gdy zobaczył przerwę w ogrodzeniu. Wciąż nie wystarczająco dużą, aby zmieściło się w niech chociaż dziecko, ale odpowiednią dla kota rozmiaru jakim był Q. Pędząc tak szybko, jak tylko mógł, Q uważał na przyklejony kawałek techniki i przycisnął brzuch do ziemi. Futro zostało ledwo muśnięte, gdy się prześlizgiwał. Stąd była prosta droga do dużego budynku w kształcie sześcianu, ale Q zawahał się za kępą chwastów, zanim opuścił miejsce w pobliżu ogrodzenia. Nikogo nie widział, ale wciąż to byli szpiedzy na szkoleniu…

Jak na zawołanie gdzieś w oddali dało się słyszeć zamieszanie. Nic zbyt głośnego, ale uszy Q również były całkiem wyczulone i drgnęły, gdy usłyszał kroki i coś, co brzmiało jak jęk bólu. Zaskoczony i niepewny, co robić, ale świadomy, że jego strona budynku była chwilowo czysta, Q wysunął łapy i szaleńczo rzucił się w stronę budynku, nie zatrzymując się, dopóki nie dotarł do okna na poziomie piwnicy. Było zamknięte i zablokowane, co było rozczarowujące, ale nie zaskakujące, jednak Q się nie poddał. Zamiast tego pobiegł szybko po obwodzie budynki, znajdując kolejne okno z brakiem części szyby w rogu.

Problem? Nie znajdowało się na poziomie gruntu, ale jakieś półtora metra nad głową Q.

Okej, Q, możesz to zrobić - zachęcał sam siebie, nasłuchując uważnie kolejnych dźwięków, jednocześnie cofając się nieco. Jego spojrzenie co rusz błądziło między jego celem, a otwartą ziemią wokół niego. Przypomniał sobie ostatni raz, kiedy próbował skoczyć tak wysoko i fakt, że został uratowany przed bolesnym upadkiem z powrotem na ziemię dzięki szybkiemu odruchowi Trevelyana. Obiecywał na swoje życie, że będzie się uczył bycia kotem, ale Q przyznawał, że lubił być rozpieszczany. James i Alec podnosili go za każdym razem, gdy sugerował, że musiał gdzieś iść, a minęły wieki odkąd Q dowiedział się, że dzięki "płaczliwemu kotkowi" może sprawić, że James będzie ulegał mu we wszystkim (Alec był bardziej odporny, ale Q stawał się wtedy smutnym kotkiem i Alec w końcu ulegał). Odsuwając na bok tęskne myśli o tym, że mógłby po prostu został podniesiony na parapet, Q zebrał w sobie odwagę, przypominając sobie, że robił to dla swoich przyjaciół i napiął smukłe mięśnie zadu.

Kiedy się rozluźnił, prawie się przestraszył, jak lekko jego ciało wyskoczyło w powietrze. Zanim się zorientował, krawędź parapetu pędziła mu na spotkanie, a na pewno zanim był na to gotowy. Jeśli młode koty rodziły się z jakimiś instynktami w takich sprawach, to Q ich nie miał. Ledwo udało mu się powstrzymać od zsunięcia się z półki. Wymachiwał łapami w niegodny sposób i tylko dlatego, że był zszokowany i desperacko próbował coś złapać, nie wydał żadnego dźwięku, gdy poczuł ból w prawej przedniej łapie. Jego pazury w końcu wbiły się: tylne łapy w łuszczącą się farbę pod oknem, lewa przednia łapa zaczepiła się o listwę wokół starej szyby, a prawa przednia wpadła w ziejący otwór w oknie. Ostatni chwyt zapewniał dobrą stabilizację, ale Q również wiedział, że zrobił sobie krzywdę na rozbitym szkle. Ze wstrząsem pamiętając, że James miał go "podsłuchiwać", Q zacisnął powieki i starał się ignorować kontuzję, nie chcąc tak szybko zakończyć misji z powodu jednego cięcia.

Po kilku uderzeniach serca, które spędził wczepiając się w krawędź okna, powoli uspokajając się, Q zebrał się w sobie, a potem zaczął się podciągać, zadowolony, że był bardzo lekki, więc jego smukłe mięśnie nie musiały się nadto wytężać. Kiedy był człowiekiem podnoszenie całego ciężaru ciała było czymś w rodzaju udręki, ale kiedy był kotem wydawało się to magicznie łatwiejsze. Wślizgnął się przez otwór w szybie, zaciskając maleńkie szczęki, gdy ignorował ciemną, lśniącą smugę krwi, którą zostawił. Jego łapa płonęła, a kiedy zeskoczył na podłogę w sąsiednim pokoju, prawie wrzasnął z bólu przy lądowaniu na niej. Niezadowolony z siebie i, co prawda, trochę niespokojny, Q usiadł na trzech łapach i uniósł ranną kończynę, obracając nią. Znalazł płytką, ale piekącą ranę na poduszeczce. Zwykły kot by ją polizał, ale Q zobaczył krew i poczuł, jak jego żołądek się skręca. Przez chwilę miał poczucie bycia bardzo małym i bardzo zdenerwowanym. Pokój wokół niego był pusty, ale nagle wszystko wydawało się… bardziej przerażające.

Zza lewego ucha Q dobiegł lekki trzask i nagle przypomniał sobie: James, słuchający, słuchawka.

Nic mi nie jest, James - pomyślał tak mocno, jak tylko mógł, pragnąc, żeby to była prawda, aż prawie się tak stało. Krwawił niewiele i sądził, że nadal może się ruszać. Nawet na trzech łapach, jeśli będzie musiał. Odetchnął lekko z ulgą, gdy ze słuchawki nie dobiegł już żaden dźwięk. Jeśli James był bliski wyjścia z ukrycia, to znów się wycofał.

Dumny z siebie Q szybko obejrzał ciemny pokój, nie znajdując niczego interesującego poza pękniętymi drzwiami. Kulejąc ruszył w ich stronę, ale z odnowioną świadomością, że przynajmniej jedna osoba opiekuje się nim, nawet jeśli z daleka.