Rozdział 3
Q uznał, że nienawidzi drzwi. Gdyby James naprawdę podsłuchał chociażby niewielką część myśli Q, prawdopodobnie śmiałby się z jego głupiej nowej wendety, jaką rozpoczął zmiennokształtny, po znalezieniu wszystkich sposobów, w jakie małe łapki kociaka nie działają dobrze z klamkami - zwłaszcza gdy jedna z tych łap była uszkodzona i utrzymywała jego ciężar tylko wtedy, gdy zaciskał zęby i nie wywierał na niej pełnego nacisku. Klamki, które wymagały tylko nacisku w dół, ostatecznie ulegały zdecydowanym wysiłkom Q, ale jakakolwiek zaokrąglona gałka, która wymagała ręcznego obracania, nie wchodziła w rachubę. To poważnie ograniczało możliwości poruszania Q, ale udało mu się znaleźć schody, którymi mógł pójść. Skacząc z jednego na drugi schodek, przenosząc niemalże cały ciężar ciała na trzy łapy z taśmą irytująco szarpiącą futro przy każdym gwałtownym ruchu jego ciała, Q dotarł na najwyższe piętro i oparł się pokusie warczenia przy drzwiach blokujących mu drogę. Miały klamkę, która trzeba było nacisnąć. Wiedział, że był wystarczająco ciężki, by ją nacisnąć i otworzyć drzwi, gdyby się na niej uwiesił, ale to oznaczało więcej skakania i szczerze miał już tego dosyć. Bolały go tylne łapy.
— Może przydałoby się trochę więcej ćwiczeń w przyszłości, Q. — Głos Jamesa niespodziewanie rozległ się w słuchawce. Wesoły i tak zaskakujący, że Q zdołał się potknąć o nic i stanął nieruchomo. Zdołał złapać równowagę, zanim faktycznie wylądował na zakurzonej podłodze. Odwrócił głowę i spojrzał z przerażeniem na słuchawkę, jakby James mógł go widzieć tak samo dobrze jak słyszeć.
James, co do diabła ty... ? - zaczął krzyczeć w myślach.
Starszy młodzieniec odpowiedział, zanim tyrada mogła się naprawdę rozpocząć.
— Nie martw się, Q. Nikt nie podsłuchuje. Przynajmniej na razie. Wiedziałeś o tym, że nadwrażliwość na dźwięk oznacza podatność na przeciążenie słuchowe? - James brzmiał tak niewinnie, że było to niczym szaleństwo. — W każdym razie mamy małe okienko, podczas gdy w jej uszach wciąż dzwoni. Jesteś na najwyższym piętrze?
Przestając się przejmować wybrykami Bonda i odpychając dokuczliwe zmartwienie, że zostanie złapany przez słuchawkę, Q sformował w głowie odpowiedź: Tak, nawet gdy przykucnął nisko na podłodze i przeniósł ciężar ciała, aż uznał, że był gotowy do skoku. Absolutnie nie chciał przyznać, że jego puszysty tyłeczek kołysał się na boki, jak u każdego innego pospolitego kota domowego przygotowującego się do skoku. Tylne nogi zadziałały niczym sprężyna i po raz kolejny wbił się w powietrze, lądując na klamce. Starał się z niej nie ześlizgnąć, gdy jego ciężar nacisnął ją i uwolnił zamek. Całe to zgranie było koszmarem, ale Q zdołał wylądować na podłodze - obnażając zęby gdy przez jego łapę aż do ramienia przeszył ostry ból - i przemknąć przez utworzoną szczelinę zanim drzwi zamknęły się ponownie z błogosławionym cichym kliknięciem. A teraz próbuje dowiedzieć się, gdzie jest wschód - pomyślał.
— Mogę ci z tym pomóc. Jestem teraz na wschodniej stronie i sądzę, że będę w stanie powiedzieć, kiedy się do mnie zbliżysz — powiedział James dość pewnym tonem. — Wybierz kierunek i idź. Powiem ci, jeśli będziesz się zbliżał. Oraz Q… czy wszystko w porządku?
Q zaczął iść korytarzem w lewo, utykając i trzymając co najmniej dziewięćdziesiąt procent swojej wagi z dala od prawej przedniej łapy, ale teraz zamarł i spojrzał w dół na wspomnianą kończynę. Wiedział, o czym mówił James, ale najwyraźniej on sam nie był tego pewien. Zanim odpowiedział, Q ostrożnie wybierał słowa przechodząc od amorficznych mentalnych bełkotów do ostrych stwierdzeń: Po prostu się zadrapałem. Trochę szczypie, ale nie ma się czym martwić.
Z słuchawki doszło nieprzekonane mruknięcie, ale James nie naciskał, zamiast tego powiedział:
— Oddalasz się ode mnie. Jeśli zmienisz kierunek, powinieneś zacząć kierować się w stronę celu. Będę cały czas na linii.
Q posłusznie odwrócił się i zrobił to, co mu kazano, bez dalszej rozmowy w myślach, chociaż jego umysł kipiał zmartwieniami, ale nie wiedział, czy James potrafił je rozszyfrować i zrozumieć, czy nie. Pocieszająca była świadomość, że telepatia Bonda urosła do punktu, w którym mógł niezawodnie śledzić jednego kociego zmiennokształtnego. Mając to na uwadze, Q przyśpieszył kroku tak bardzo jak tylko mógł. Bolała go łapa i naprawdę chciał tylko usiąść i jęczeć z tego powodu, ale to był luksus, który musiał zachować na później. Właśnie dotarł do drzwi otoczonymi oknami - sali konferencyjnej, za która było więcej okien - przygotowywał się do powiedzenia Jamesowi, że dostrzegł jasno zieloną flagę wiszącą na wieszaku, gdy nagle James warknął przez słuchawkę.
— Cholera. Pozostali dwój stażyści rozdzielili się. Dziewczyna, która się do mnie zbliża musi mieć hipersłuch, bo cholernie dobrze go używa.
To na litość boską, przestań mówić! - Q rzucił mu tę myśl z taką siłą, jak tylko zdołał. Obejrzał drzwi. Na szczęście nie miały gałki, ale klamkę, przy pomocy której mógłby odblokować zamek, gdyby podskoczył i zawinął na niej czym czarno-biała świąteczna ozdoba.
— Nie, dopóki nie uprzedzę cię, że jej partner idzie w twoją stronę — powiedział wściekle James, a Q poczuł, jak jego futro zjeżyło się. — Już wcześniej zepsułem komórkę jej partnerki podczas krótkiej bójki…
James, kiedy mówisz bójka, czy naprawdę masz na myśli tylko bójkę?
Drugi młodzieniec ciągnął dalej, jakby nie słyszał jego myśli.
—... więc niezależnie od tego, co ode mnie usłyszy, nie może przekazać tego partnerowi, ale coś musiało ich uprzedzić o naszych działaniach, a przynajmniej wzbudzić podejrzenia. Niezależnie od tego, zajmę się dziewczyną. Musisz się stamtąd wynieść.
Prawie mam flagę.
— Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze. Powinniśmy się bawić w dziecięcych rękawiczkach, ale nasze dziecięce rękawiczki wciąż mogą zostawiać siniaki — ostrzegł Bond, z cichą, niebezpieczną szczerością w głosie, od której delikatny dreszcz przebiegł po kręgosłupie Q. Nie było miejsca, by wątpić w słowa niebieskookiego młodzieńca, nie wtedy, gdy zostały wypowiedziane takim tonem.
Cholera z tym tonem, Q zaszedł już za daleko. Przykucnął i znów zaczął kołysać się na boki, z uszami spłaszczonymi i spojrzeniem pełnym determinacji skupionym na klamce.
I tak ją zdobędę - pomyślał, ucinając dyskusję, a potem podskoczył.
Q już wszystko sprawdził, drzwi nie miały niczego poza prostymi zawiasami - nie było nic, co mogłoby spowodować, że zatrzasnęły się z powrotem po otwarciu - więc Q upewnił się, że jego skok był pod kątem, pozwalając nie tylko na to, żeby jego waga opuściła klamkę, ale też, żeby jego pęd otworzył drzwi we właściwy sposób. Wstrzymał oddech, a jego tylne łapy wymachiwały, gdy chwycił przednimi klamkę, ślizgając się, przesuwając i drapiąc drewniane wykończenie drzwi, aż się się z nimi zderzył, a ich krawędź obróciła się niepokojąco. Na szczęście drzwi zachowały się tak jak chciał, otwierając się do środka, nawet gdy Q trzymał się klamki z determinującą pisklęcia skaczącego na swoją gałąź i proszącego każdego istniejącego ptasiego boga, by nie zaznajomiło się szybko z ziemią.
Podłoga nie była na tyle daleko, by upadek miał za bardzo zaszkodzić Q, ale wkrótce okazało się, że miał więcej problemów. Coś pękło, gdy drzwi się otworzyły, a Q nie miał czasu, by zrobić cokolwiek poza napięciem się i spojrzeniem w górę, zanim coś spadło z miejsca, w którym znajdowało się nad drzwiami. Q krzyknął wysokim, mimowolnym dźwiękiem zaskoczenia, a potem bólu, gdy coś uderzyło go, powodując, że prawie spadł. Jego uszy, tak przyzwyczajone do ciszy pustego budynku, zostały zaatakowane przez zgiełk poruszających się tkanin i twardych przedmiotów uderzających o podłogę. Poczuł ostry, rozrywający ból w lewym ramieniu. Po kilku sekundach z opóźnieniem stracił chwyt na klamce i upadł, ale do tego czasu znów nastała cisza i Q wylądował z bolesnym piskiem na czymś, co wydawało się wielkim prześcieradłem.
Spodziewał się usłyszeć Jamesa krzyczącego na niego przez słuchawkę, ale zamiast tego była tylko cisza. Dysząc i trzęsąc się z szoku i adrenaliny, Q odchylił głowę do tyłu i z przerażeniem zdał sobie sprawę, że słuchawka została oderwana z taśmą i wszystkim innym. Patrząc przed siebie, Q zobaczył dużą plandekę z przypadkowymi przedmiotami przywiązanymi do rogów jako obciążniki - które bez wątpienia zmiażdżyły słuchawkę, a także oderwały ją od jego ciała. Z lekkim dreszczem przerażenia Q zdał sobie sprawę, że każdy człowiek, który przeszedłby przez drzwi, zostałby skutecznie schwytany, jeśli jeszcze dodatkowo nie straciłby przytomności, ale jego niewielkie rozmiary pozwoliły mu uciec przed najgorszą opcją. Wstając, potknął się, zdając sobie sprawę, że wciąż będzie miał wiele siniaków od tej pułapki.
I nie było już Jamesa, który dawałby mu wskazówki czy ostrzeżenia o ich przeciwnikach zbliżających się w stronę Q.
Cholera, cholera, cholera, cholera. - Q wypowiadał tą litanię w głowie, ale szybko zsunął się z zaimprowizowanej sieci. Bolało go ramię, początkowo powierzchniowym ukłuciem, które przepisywał wyrwaniu łatki futra, ale potem ból stał się dogłębniejszy wynikający z tworzącego się siniaka. Poniewczasie przypominając sobie, że James słyszał jego myśli, nawet jeśli nie mieli już możliwości odpowiedzi, Q próbował uspokoić swoje myśli. Skupił się na bardziej pozytywnych rzeczach, takich jak fakt, że miał flagę w zasięgu wzroku, a gdyby wskoczył na stół konferencyjny, mógłby jej nawet dosięgnąć. Miał nadzieję, że James usłyszy jego myśli o oczekiwanym sukcesie głośniej niż te podszyte strachem i zmartwieniem. Skacząc lekko z krzesła na stół, zapominając o posiniaczonym i zmęczonym ciele, Q znajdował się na wysokości, na której byłaby ręka normalnego człowieka, gdyby sięgał po flagę. To oznaczało… jeszcze jeden skok, podczas którego Q prawdopodobnie będzie musiał chwycić flagę i przyciągnąć ją z powrotem na podłogę.
Klnąc ponownie na czystą złośliwość tego wszystkiego, Q wysunął pazury, myśląc:
Jeszcze raz, by osiągnąć cel. - Ponownie wysłał swoje szczupłe ciało w powietrze.
Sprawy potoczyły się tak gładko, jak oczekiwał Q, co oznaczało, że przewrócił cały wieszak (najwyraźniej już na samym początku nie był zbyt stabilny). Miał szczerą nadzieję, że Bond nadal cieszył się niepodzielną uwagą kobiety z hipersłuchem, ponieważ Q robił teraz niezłe zamieszanie. Jednak zanim Q zerwał się na nogi i cofnął od narobionego bałaganu - dysząc szybko, ale nie czując się znacznie bardziej posiniaczonym niż wcześniej - w zębach miał kawałek zielonego materiału wielkości teczki. Smakował jak kurz i tanie mydło. Z piersi Q wydobył się pomruk niezadowolenia z tego powodu. Wiedząc jednak, że czas był najważniejszy, zaczął uciekać tak szybko jak mógł, wyciągając swoje trzy sprawne i jedną mniej sprawną kończynę. Wkrótce znalazł się ponownie na korytarzu. Prawie dotarł do drzwi na klatkę schodową, kiedy usłyszał, jak się otwierają. Natychmiast się zatrzymał. Machając ogonem, Q odwrócił się i wślizgnął się do najbliższego otwartego pokoju, wciskając się pod szafkę z nóżkami. Prześwit między najniższym poziomem, a podłogą ledwo wystarczał, by Q mógł się tam zmieścić, nawet z brzuchem szorującym o posadzkę, ale udało mu się to i wciągnął za sobą flagę, żeby nie było żadnego śladu jego obecności. Odwracając się, unikając zaplątania się we flagę, z ogonem ciągnącym się za nim po podłodze jak smuga atramentu, Q spojrzał na skrawek pokoju, który widział ze swojej kryjówki.
Jego serce wydawało się pracować niczym młot pneumatyczny w jego małej klatce piersiowej, a jego boki rozszerzały się i zwężały z każdym zdyszanym oddechem, ocierając się o sztuczne drewno co sekundę. Teraz, gdy nie ciągnął flagi, a zamiast tego stał na niej, Q mógł otworzyć usta, by dyszeć, mając nadzieję, że nie było to tak głośne, jak mu się wydawało. Q właśnie próbował uspokoić swój oddech, kiedy usłyszał kroki i prawie przestał oddychać, z głową opadającą na przednie łapy. Mimowolnie lizał zranioną łapę dla pocieszenia.
Wtedy wydarzyło się coś szokującego.
Usłyszał głos Jamesa.
Iskra uniesienia, którą poczuł Q, została natychmiast stłumiona przez cichy rodzaj przerażenia, gdy zrozumiał, co zostało powiedziane - słowa było niestosowne i niewłaściwe, nawet jeśli głos był doskonały.
— Alec, wciąż tu jesteś? Chodź, stary, wszędzie cię szukałem.
Wybór słów był subtelnie nieodpowiedni, a intonacja nie pasowała do końca - Q natychmiast znalazł milion rzeczy niepoprawnych w tym, co mówił James, nawet zanim wziął pod uwagę, że ten wołał cicho Aleca, a nie Q. Zdezorientowany Q próbował dowiedzieć się, czy to był kod, czy coś innego, nawet gdy kroki zbliżały się do niego. Z całą pewnością nie zdradził swojej pozycji, gdy James zbliżał się do drzwi, chociaż Q wciąż widział znajome niebieskie oczy i przystojną twarz Jamesa, który ostrożnie zaglądał do pokoju. Jeśli James naprawdę szukał Q (albo Aleca, jeśli miało to znaczenie), powinien był zdać sobie sprawę, że ten przyjaciel był w stanie zmieścić się w małych miejscach, ale zamiast tego luka pod szafką nie była brana pod uwagę, jako miejsce kryjówki, a pokój najwyraźniej uznano za pusty, ponieważ James wycofał się.
Wtedy wszystko ułożyło się w całość. Twarz wyglądała jak Jamesa, ale gdy młody mężczyzna przeszedł przez otwarte drzwi, reszta wyglądała źle - był subtelnie bardziej miękki, zaokrąglony i odrobinę niższy. Q poczuł się wtedy jak idiota, bo zapomniał, że jednym z darów przeciwnika była możliwość zmiany jego wyglądu od szyi w górę. Najwyraźniej obejmowało to również głosowe naśladownictwo, ponieważ gdyby te słowa nie były złe, to Q przybiegłby tak szybko, jak tylko mogło ponieść go bolące ciało. Najwyraźniej jednak druga drużyna myślała, że Alec w cudowny sposób nadal był w grze i ta rozbieżność ich zdradziła. Q zaczekał w swojej kryjówce, aż drugi mężczyzna znajdzie się daleko w korytarzu - skierował się w stronę poprzedniego miejsca spoczynku flagi - a potem wyskoczył spod półki tak szybko, że miał wrażenie, jakby usunął kolejny pasek futra z grzbietu o krawędź mebla. Flaga znów trzymana między zębami, powiewała mu nad plecami jak zabłąkany szal, gdy Q pobiegł na klatkę schodową.
Nawet utykając (co udało mu się dość dobrze zignorować dzięki adrenalinie), Q był szybki i cichy, i nawet jego ogon zdecydował się współpracować i pomóc w skręcaniu. Całkowicie przekonany, że wygląda okropnie, Q prawie wpadł prosto na drzwi, tylko po to, by z dreszczem uświadomić sobie, że był problem z jego planami: mianowicie nie nauczył się jeszcze otwierać drzwi do wewnątrz.
Q rzeczywiście syknął wokół materiału w ustach, wściekły na siebie za to, że o tym nie pomyślał i po prostu wściekał się na drzwi za samo ich istnienie. Tak sfrustrowany tym rozwojem wydarzeń, że nie mógł myśleć przez chwilę, Q nie zrobił nic, tylko cicho odwrócił głowę, kiedy usłyszał, jak kolejne drzwi się otwierają - te dalsze w korytarzu, naprzeciwko miejsca, gdzie udał się fałszywy James. Q poczuł się zamrożony w miejscu, nie ukryty i bezbronny na środku korytarza z zamkniętą drogą przed sobą, ale na szczęście, kiedy tamte drzwi otworzyły się, nikt przez nie przeszedł.
W każdym razie nie było tam człowieka. Ale na klamce siedział kruk.
Alec?! - zapytał w myślach Q, po czym przypomniał sobie, że bez Jamesa nie mieli nadziei na komunikację. W tym samym czasie usłyszał głośny wybuch przekleństw z drugiej strony, gdy zauważono kradzież flagi. Nie mając opcji ani czasu na kontemplację, Q rzucił się w stronę Aleca, nawet gdy drzwi zaczęły się ponownie powoli zamykać. Q ledwo przez nie przeszedł unikając przycięcia ogona. Kiedy Q obrócił się, by zamiauczeć pytająco na Aleca, kruk zatrzepotał dziko i… jakby spadł z klamki.
Wciąż jest odurzony. - Mózg Q nadrabiał zaległości, nawet gdy zamrugał na widok fizycznie ubezwłasnowolnionego ptaka lądującego na podłodze w bałaganie piór. Cholera. James, jeśli słuchasz, to chcę żebyś wiedział, że Alec postanowił nie zostawać tam, gdzie go ostatnio widziałeś. Q nie miał zamiaru jednak narzekać - teraz miał partnera, który mógł przynajmniej kontrolować swoją zdolność do zmiany kształtu, podczas gdy Q utknął do działania bez kciuków. Sekundę później Alec udowodnił swoją przydatność, zmieniając się w człowieka, siadając, przeklinając płynnie, a następnie zamykając na zamek drzwi. Kołysał się niczym pijany, ale potem odwrócił się, by rzucić krzywy uśmiech w stronę Q.
— Nie mogłem pozwolić tobie i Jamesy zgarnąć całej chwały — zażartował. Jego głos był chwiejny i ciężki, a Q był szczerze zaskoczony, że Alec nie bełkotał, ale sekundę później próbował wstać i dotarł tylko do kolan. — Kuuurwa. Wróćmy zatem do bardziej znośnego kształtu — mruknął do siebie, zaciskając oczy. Twarz miał bladą, jakby miał zaraz zwymiotować.
Zamiast tego przeszedł kolejną zmianę kształtu, zmieniając się z wysokiego człowieka z całkowicie nie do opanowania środkiem ciężkości w przysadzistego ptaka, który w razie potrzeby mógł położyć skrzydła na podłodze, aby zachować równowagę. W tej chwili siedział na swoim pierzastym tyłku z obydwoma skrzydłami i dziobem opartym o podłogę dla równowagi, ale odzyskał trochę siły i zachwiał się na szponiastych łapach. Czarne oczy zamrugały powoli, gdy patrzył na Q, a potem kłapnął dziobem raz i zaczął niezgrabnie poruszać się korytarzem, do którego właśnie wpuścił Q. Podskakiwanie na podłodze przemieniło się w szybowanie, a Q pobiegł za nim. Przeszli przez kolejne drzwi, zanim usłyszeli, że ktoś krzyczy i uderza w te, które zamknęli za sobą.
Między nimi dwoma drzwi nie stanowiły problemu, chociaż człowiek Alec nie mógł stać, a kruk Alec uderzał w różne rzeczy, kiedy leciał. Q był jednak prawie pewien, że nikt nie wiedział, że flaga została skradziona przez kota i kruka, więc James nadal najwyraźniej zajmował się dziewczyną z darem hipersłuchu, a zmieniający twarz młodzieniec nasłuchiwał kroków głośniejszych niż lekkie stukanie ptasich pazurów i ciche tapnięcia kocich łap. Wydawało się, że Alec i Q znaleźli się na zewnątrz dopiero po długim czasie.
Wciąż nieskoordynowany jak cholera, ale w rzeczywistości będąc odrobinę w lepszym stanie, Alec użył swojego dzioba, by delikatnie popchnąć Q. Kiedy dotarli do ogrodzenia, Alec wziął flagę w dziób i zanim Q zdążył zamiauczeć w proteście, zatrzepotał swoimi czarnymi skrzydłami. Jakimś cudem przedostał się przez płot, chociaż jego lądowanie było gorsze niż zwykle. Q nie widział miejsca, gdzie ostatnim razem przedostał się przez siatkę, ale bez słuchawki po prostu wybrał na chybił trafił otwór w siatce i przecisnął się przez niego. Przez chwilę wydawało mu się, że utknął w połowie drogi, ale wtedy Alec - wyglądając na niezwykle pomocnego i tak pijanego, jak tylko ptak potrafił - potknął się i podał mu flagę. Q wydał z siebie niezadowolony dźwięk, zanim się poddał, zahaczając pazurami o materiał i trzymając go, podczas gdy Alec ciągnął go w miarę swoich możliwości. Q wyślizgnął się gwałtownie z dziury, a Alec przewrócił się. Byłoby to zabawne, gdyby Q nie był cały obolały i gdyby nie groziło im złapanie. Q pospiesznie pokuśtykał do boku Aleca, obwąchując jego lśniące krucze pióra, aż Alec otrząsnął się i znów wstał na nogi. Odwracając swoje poprzednie pozycje, Q obrócił się, by chwycić drugi koniec flagi, pociągając swojego oszołomionego towarzysza, zmuszając go do ruchu i na wszelki wypadek holując go na fladze.
Tak więc obaj opuścili pole gry, nie jak maleńkie dzieci w parku, ale jak zmęczeni, znużeni weterani wojenni i do tego pewnie pijani. Dopiero co dotarli do cienia pobliskiego budynku, polegając prawie całkowicie na nocnej wizji Q, kiedy nagle ono zniknęła i Q zorientował się, że - jako człowiek - siedzi na ziemi i wypluwa kawałek neonowo zielonego materiału z ust.
— Cholera — mruknął, ale szybko schował się z powrotem pod zacienioną stronę, chwytając Aleca.
Dziwnie było trzymać Aleca, ponieważ zazwyczaj było odwrotnie, ale kruk dobrowolnie (nawet z wdzięcznością) ułożył się w ramionach Q. Koci zmiennokształtny skrzywił się, gdy pióra niczym koronka przesunęły się po jego prawej dłoni, ale było zbyt ciemno, by stwierdzić, jak złe było cięcie. Wydawało się jednak, że już nie krwawiło, a Q mógł bez problemu poruszać palcami. Głowa Aleca zakołysała się w oszołomieniu, nawet gdy został bezpiecznie osadzony w zagłębieniu prawego ramienia Q. Nawet w ciemności było jasne, że jego oczy mrugają apatycznie. Trzymał jednak flagę mocno zaciśniętą w dziobie i wydał z siebie dumny dźwięk, jakby już wygrał.
— Pamiętaj, że ta flaga wciąż musi trafić do twojej bazy — ostrzegł Q, ale nie mógł ukryć prawie oszołomionej nuty w swoim głosie. Zaczęło docierać do niego, to co właśnie zrobił, wykradł coś spod nosów dwóch przyszłych szpiegów.
Q i Alec zostali wyrwani ze swoich myśli o triumfie przez nagłe zamieszanie za rogiem. Brzmiało to jak walka dwóch psów, gdyby psy mogły przeklinać niczym statek pełen marynarzy. Gdy rozległy się odgłosy łomotu i Q wychwycił niepokojący dźwięk spadających ciosów, zarówno on jak i kruk w jego ramionach skulili się i wstrzymali oddech. Q poczuł, jak serce Aleca mocno uderza pod jego zranioną dłonią, gdy przycisnął bliżej drugiego zmiennokształtnego i obaj wpatrywali się bez mrugnięcia w źródło odgłosów, dopóki nie nastąpił szczególnie ostry trzask, który brzmiał niemal jak uderzenie kości o kość, a potem w polu widzenia jakaś forma pojawiła się u wylotu alejki. Była to kobieta, ciemnoskóra, ubrana w czerń i szarość, podobnie jak James. Po cichym jęki zwiotczała.
Nie kto inny jak James Bond pojawił się za nią, czujnie i szybko jak pies gończy. Był zdyszany, jego oddech był szorstki w ciszy zaułka, a krew spływała mu z nosa. Tym razem to na pewno był on, każdy jego szczegół był znajomy. Natychmiast podszedł i obrócił dziewczynę do pozycji bocznej, sprawdzając jej puls na szyi, zanim zawołał:
— Alec, Q, jesteście tam? Śledziłem was, ale ona podążała za mną.
Ulga przepłynęła przez Q i zmyła pozornie całe napięcie w jego ciele. Nie upadł na ziemię, tylko dlatego, że wiedział, że upuściłby Aleca, gdyby jego ramiona zwiotczały.
— Jesteśmy tutaj, James — odpowiedział z wdzięcznością i stał na drżących nogach, gdy telepata wyprostował się i ruszył w ich stronę.
Wzrok niebieskich oczu natychmiast skierował się na kłębek czerni na ramieniu Q. Był napięty, ale też wyglądał na bardzo zmartwionego, jeśli Q się nie mylił.
— Alec, ty cholerny draniu, miałeś zostać na miejscu. Jesteś na wielkim haju. — W odpowiedzi gardło Aleca nadęło się, by wydać rechot, i znacząco potrząsnął głową - tym samym potrząsając trzymaną flagą.
— Pomógł mi się wydostać — bronił go usłużnie Q. — Byłem w trudnej sytuacji i prawdopodobnie nie wyszedłbym tak łatwo z budynku, gdyby się nie pojawił.
Bond westchnął i przestał udawać wściekłego. Zamiast tego sięgnął - jego ręce wahały się przez chwilę - i położył jedną dłoń na boku szyi Q, a drugą na pierzastym grzbiecie Aleca. Q nieświadomie pochylił się w stronę ciepła i uścisku zrogowaciałej skóry na swojej szyi, a na jego twarzy pojawił się radosny uśmieszek, a policzki zaczęły go fizycznie boleć od tego, jak szeroki był. Duma rozkwitła z pełną siłą w jego klatce piersiowej. Druga ręka Jamesa pieściła Aleca z roztargnioną, ale szczerą troską, a kruk wydawał się mocniej rozluźnić w uścisku Q, prawie upuszczając flagę, gdy jego głowa opadła.
Wciąż przyciskał się lekko do ręki Bonda, przechylając nawet głowę, by lepiej do poczuć, dopóki Q nie poczuł krawędź kciuka Bonda pod krawędzią swojej szczęki, wtedy poczuł potrzebę, by powiedzieć:
— Um… James, twój nos…?
Nastrój cichego świętowania został załamany.
— Kurwa — zaklął James, opuszczając obie ręce i prawie zezując, próbując ocenić swój stan. Ostrożnie uniósł jedną dłoń, pokazując podrapane kostki, zanim wytarł nią krew. Wyglądając na całkowicie niezadowolonego, James wymamrotał: — nie sądzę, żeby był złamany, ale zdecydowanie będę musiał unikać dobrze oświetlonych miejsc, dopóki się to nie skończy. Wszystko w porządku, Q?
— Tak — powiedział Q. Postanowił nie wspominać o swojej ręce ani bólu w ramieniu spowodowanym utratą słuchawki i upadkiem. Jego drobne obrażenia wydawały się nieistotne w porównaniu z tym, co osiągnął. Duża rolę w jego odpowiedzi mogły również odegrać endorfiny, które płynęły w jego krwi i tłumiły ból ze wszelkich obrażeń. — Ale może zechcesz zabrać flagę Alecowi, zanim ją upuści.
I tak oto cała ich trójka znów była w ruchu. James prowadził, poruszając się bez nadmiernych ruchów i leniwym krokiem, którego Q wcześniej nie dostrzegał, ale teraz raczej doceniał, gdy szedł za nim, obserwując go. Alec trochę był niezadowolony z tego, że był noszony, ale tylko do czasu, gdy pozwolono mu przysiąść na ramieniu Q. Ponieważ Bond niósł teraz flagę wciśniętą głęboko w kieszeń kurtki, Alec mógł swobodnie używać swojego dzioba do chwytania rzeczy - mianowicie koszuli Q, współpracując ze swoimi smukłymi pazurami, aby nie upaść. Q nie był przyzwyczajony do takiego ciężaru, ale przy tak wielu nowych i ekscytujących rzeczach, które wydarzyły się dzisiejszego wieczoru, był zadowolony z tego, że był transportem Aleca.
Alec był odurzony, Q był poobijany, a James wyglądał jak zwycięzca w szkolnej bójce, ale cała trójka dotarła z powrotem do bardziej zaludnionej części miasta. Wyglądało na to, że druga drużyna w końcu przyznała, że nie da rady pokonać ich, ponieważ nikt nie sprawiał im żadnych kłopotów po drodze.
Kiedy w końcu dotarli do ulic, na których noc nie tłumiła miastowego życia, James zabrał od Q Aleca. Znowu się zawahał, poruszając się niezręcznie, a potem przyciągnął Q, by uścisnąć go szybko. Alec zaskrzeczał w proteście, gdy został złapany pośrodku. Q był zbyt zaskoczony, by zrobić cokolwiek poza potknięciem się do przodu, myśląc z roztargnieniem, że skończy poplamiony krwią, dzięki krwawiącemu nosowi Jamesa, jeśli ten nie będzie ostrożny.
James był jednak ostrożny i zbliżył się tylko na chwilę - i tylko na tyle blisko, by szepnąć do ucha ciemnowłosego mężczyzny z wielką szczerością.
— Dziękuję, Q.
Kiedy się odsunął, Q stał oszołomiony i miał wrażenie, że nigdy nie zapomni krzywego nosa i delikatnego ciepłego uśmiechu Jamesa Bonda. Albo nieskończonej delikatności, z jaką James schował swojego towarzysza pod kurtkę, udowadniając, że nie tylko Q mógł tam schować, aby bezpiecznie go przenieść.
— Wracaj do domu, Q — bardziej zasugerował niż domagał się James. — Alec i ja możemy to dokończyć, a także… — mrugnął —... nie możemy pozwolić, aby ktokolwiek się zorientował, kim jest nasza tajna broń.
OoO
Po tym Q wezwał taksówkę, świadom, że James i Alec marnują cenne minuty tylko po to, aby mieć na niego oko - oczywiście z cienia, ponieważ nos Jamesa nadal tworzył krwawy bałagan z dolnej części jego twarzy. Jadąc na adrenalinie Q po raz ostatni obejrzał się na swoich przyjaciół, uśmiechając się do nich szalonym uśmiechem dorównując tym, które miał James lub Alec i wsiadł do swojej taksówki. Uśmiechał się przez całą drogę do domu i dopiero kiedy wrócił do swojego pokoju w akademiku z apteczką pierwszej pomocy, zdał sobie sprawę z szaleństwa, w którym właśnie wziął udział. Z odkażonymi i zabandażowanymi w miarę swoich umiejętności ranami, Q padł wyczerpany na łóżko - ale dopiero po upewnieniu się, że jego telefon był w pełni naładowany i znajduje się w pobliżu, na wypadek, gdyby dostał kolejną wiadomość.
Nie miał najmniejszego pojęcia, że następnego ranka przed jego budynkiem pojawi się nieoznakowany samochód i dwóch mężczyzn w garniturach będzie czekało, aby zabrać go wbrew jego woli na małą wycieczkę do MI6.
Po upewnieniu się, że Q bezpiecznie wracał do domu, James przyspieszył kroku, zaczynając się męczyć, ale wciąż mając wystarczająco dużo energii, by przedzierać się z ulicy na ulicę. Alec niemalże spał pod jego kurtką, ale kilka minut później obudził się na tyle, by zażądać wypuszczenia. Po tym Alec został strażnikiem Jamesa. Usadowił się na jego ramieniu, tak jak wcześniej u Q, obserwując wszystkie martwe punkty Jamesa, najlepiej jak potrafił w ciemności. Nawet odurzony, Alec okazał się cennym atutem. Pracując razem, James i Alec upewnili się, że ich przeciwników nie było nigdzie w pobliżu.
O drugiej nad ranem Alec i James zakończyli swoją misję sukcesem. O drugiej trzydzieści rano zgłosili się do swoich opiekunów.
Do trzeciej zostali zatrzymani w MI6. Nikt nie wyjaśnił dlaczego, ale o trzeciej w zapomniany przez Boga poranku, Alec i James byli w zbyt złym stanie, aby kłócić się lub przejmować się tym. Przetrzymywanie w komórkach nie było tak niewygodne. Skrzydło medyczne MI6 wykonało szybką pracę, sprawdzając ich obu, przepisując odpoczynek w łóżku, jako jedyną rzecz, której potrzebowali. Zbyt zmęczony i wykończony, aby jasno myśleć, James wyciągnął się na pierwszym łóżku w celi, a Alec postanowił podzielić się z nim - jako kruk, schowany między plecami Bonda, a ścianą, czyniąc go praktycznie niewidocznym dla obu kamer i dla każdego, kto zajrzałby przez drzwi. Przynajmniej jeden nocny strażnik wpadł w panikę, zanim zorientował się, że jeden z ich podopiecznych nie zaginął, tylko był zmiennokształtnym. W pewnym momencie w nocy Alec przemienił się z powrotem w człowieka. Zwykle to Q był tym, który przekształcał się nieświadomie, ale tym razem był to Trevelyan. Zabawne było to, że żaden z nich nawet nie obudził się przy tym, zamiast tego po prostu przesunęli się we śnie, aż obaj wygodnie pomieścili się w łóżku, plecami do siebie niczym psotne bliźniaki.
Cicha i czujna, mimo że była już prawie szósta rano, kobieta o posrebrzonych od wieku włosach i spojrzeniu wyostrzonym doświadczeniem zaglądała do komórki, w której znajdowali się dwaj ich najlepsi stażyści. Uważała z całą pewnością, że mają potencjał. Na co, nie wiedziała.
Potencjał, by zostać najlepszymi szpiegami? Źródłem chaosu w jej życiu? Cudownymi dziećmi we wszystkich umiejętnościach, o których świat nigdy nie musiał wiedzieć?
Lub potencjalnymi poważnymi przeciekami ściśle tajnych informacji?
M zostawiła swoich dwóch nowych chłopców, żeby pospali trochę dłużej i wróciła do swojego biura, aby przygotować się na bardzo, ale to bardzo interesujące - i najwyraźniej od dawna spóźnione - spotkanie.
