Tytuł: Jak znaleźć ich słabe punkty
Oryginalny tytuł: How to Find Their Weakspots
Autor: Only_1_Truth
Zgoda na tłumaczenie: Jest
Tłumaczenie: Lampira7
Beta: Tazkiel
Link: /works/5131505
Trójka to grupa część czwarta: Jak znaleźć ich słabe punkty
Było coś strasznie niesprawiedliwego w przetrwaniu egzaminów końcowych i odpoczynku po nich, tylko po to, by zdać sobie sprawę, że straciłeś czujność i zostałeś mocno uderzony prosto w twarz. Q wpatrywał się w swoje oceny widoczne na ekranie laptopa i poczuł, jak kamień opada na dno jego żołądka, mimo że promieniował z niego fantomowy ból tego nieoczekiwanego ciosu.
Był w mieszkaniu Bonda i Trevelyana… znowu. Po incydencie z Trevorem sprawy najwyraźniej nie potoczyły się zbyt gładko, chociaż mogło być gorzej. Policja zaangażowała się w sprawę, ale nie było dowodów na to, że James lub Q byli świadkami incydentu. Q dziękował za to niektórym niepokojącym nowym umiejętnościom, których agencja szpiegowska uczyła Bonda. Q został przeniesiony do innego jednoosobowego pokoju i ostatnim razem, kiedy widział Trevora, biedak wyznawał wszystko na posterunku.
— Nic mu nie będzie — powiedział leniwie Alec, kiedy Q opowiedział o tym, opuszczając budynek, by zaczerpnąć powietrza i ujrzał drugiego zmiennokształtnego opartego o swój motocykl zaparkowany przy krawężniku. Q skomentowałby w jakiś sposób, jak bardzo prześladowcze było włóczenie się za kimś poza dormitorium, ale nie znalazł niczego nieprawidłowego w dodatkowym poziomie nieoficjalnego zapewnienia bezpieczeństwa. W końcu Bond przywiózł go na komisariat i prawie wszedł tam za nim, niczym telepatyczny pies stróżujący (fakt, który był wyjątkowo ironiczny, biorąc pod uwagę, że Q mógł zmienić się w kota). — Myślę, że jego dealer zgodził się, że dług jest już uregulowany — powiedział Alec mając na myśli dalszą część sprawy.
Q postanowił nie pytać. Cała sytuacja nadal sprawiała, że byli razem z Jamesem i Alecem nieco zdenerwowani, więc Q wciąż znajdował się w ich akademiku zamiast w swoim.
Właśnie dlatego tam się znajdował, kiedy został uderzony przez wyniki egzaminów.
— Q? — Zostaw to Bondowi, aby wiedział, że coś było nie tak, ale najwyraźniej jego Dar w tej chwili nie działał wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć co się dokładnie działo. James czytał coś na swoim łóżku, podczas gdy Alec drzemał na swoim. — Q, co się dzieje?
Nie mogąc oderwać wzroku od ekranu, ale też nie chcąc na niego patrzeć przez kolejną sekundę, Q wstał i potknął się o krzesło, prawie je przewracając. To poderwało Aleca, budząc go, chociaż Q ledwo to zarejestrował - nie miał też pojęcia, że James porzucił czytanie i wstał z łóżka, dopóki nie poczuł ręki na plecach. Obaj jasnowłosi mężczyźni poruszali się coraz bardziej bezdźwięcznie, jakby ich szkolenie szpiegowskie w jakiś sposób wyssało z nich możliwość wydawania dźwięków.
— Q? — zaczął ponownie.
— Oblałem. — wyjęczał Q, odrętwiały i pusty. Kątem oka zobaczył, jak głowa Jamesa obróciła się gwałtownie, podążając za wzrokiem Q na ekran laptopa. — Nie zaliczyłem zajęć dotyczących Darów. Nawet nie wiedziałem, że będą z tego oceny.
Najwyraźniej Alec obudził się już do końca i słuchał, ponieważ wypowiedział natychmiastowe i ekwiwalentne:
— Kurwa. — Zrobił to dlatego, że prawdopodobnie nienawidził profesor uczącej opanowania Darów bardziej niż Q. — To te zajęcia z psem?
Q odruchowo pokiwał głową, powtarzając łagodniejszym, bardziej złamanym głosem:
— Oblałem. — Poczuł, że część pustki znów ustąpiła miejsca emocjom, i było to jak przypływ, który znów napłynął, pogrążając plażę w chaosie. — Jak to oblałem?! Ja nigdy nie oblewam egzaminów! — zaczął narzekać. Kiedy poczuł, że ręką Bonda dotyka jego łokcia, wyczuł nadchodzącą litość. W końcu odwrócił się od komputera, by spojrzeć defensywnie na Bonda, który pojednawczo uniósł ręce do góry. — Nie oblewam! — powtórzył Q. — Musisz zrozumieć… zaliczyłem egzaminy! Spójrz na inne moje stopnie! — Machnął ręką w stronę ekranu. — Są bez skazy! Są na najwyższym poziomie, ponieważ jestem mądry i ciężko pracuję!
Gniew mieszał się z bólem, a Q nic z tym nie robił, ponieważ miał nadzieję, że gniew będzie trwał dłużej - w przeciwnym razie, jeśli zniknie i zostawi go samego z resztą, bał się, że się rozpłacze. Jego geniusz zawsze definiował go najbardziej. Było to coś, za co ludzie go chwalili i na co zwracali uwagę, więc poważnie traktował swoje oceny. Prawie zapadł w śpiączkę, bo tak był zdeterminowany, aby utrzymać swoje oceny - i był pewien, że jego praca się opłaci.
W końcu właśnie tym był naprawdę sfrustrowany: nie wpadł w złość, bo dostał mniej perfekcyjną ocenę, był zraniony i zdezorientowany, ponieważ włożył wysiłek, aby uzyskać dobrą ocenę…
I zamiast tego poniósł klęskę.
Zdając sobie z tego sprawę, jak również z tego, że jego argumenty niczego nie zmienią, Q wraz z gniewem stracił swoją wojowniczą postawę. Ręce młodzieńca opadły bezwładnie na bok, przygarbił się, spuszczając głowę.
Ciężko było powiedzieć, jak wiele James odczytał z jego umysłu, bo chociaż było prawdą, że jego telepatyczny Dar rósł w siłę, wciąż miał jakość żarówki ze złym okablowaniem - czasami był włączony, czasami migotał, a innym razem był całkiem wyłączony. A jeśli Q zamiast patrzeć w dół na swoje skarpetki spojrzałby na twarz drugiego chłopaka to mógłby stwierdzić, czy ten w ogóle "słuchał". Ale James miał inne umiejętności, które zastępowały jego telepatię, a posiadane przez niego umiejętności obserwacji były niemal nadnaturalnie dobre i nigdy nie miały chwili "przerwy". Bond zrobił krok do przodu i tym razem, kiedy Q poczuł dłonie na jednym ze swoich łokci, został przyciągnięty do przodu, aż nagle znalazł się blisko klatki piersiowej Bonda. Przez chwilę wiercił się, ale nie miał w sobie siły, aby naprawdę zaprotestować i poddał się z lekkim westchnieniem ramieniu Bonda, gdy został przytulony.
— Twoja korepetytorka oblała cię za to, że nie przemieniłeś się podczas zajęć? — powiedział spokojnym i niskim głosem Bond. Domyślił się tego, albo wyłowił to z myśli Q.
Q skoncentrował się na ciepłych dłoniach owiniętych wokół jego pleców. Jedna znajdowała się nad jego kręgosłupem, stabilna i silna. Druga powoli zataczała kręgi między jego łopatkami. Zadrżał i wtulił się mocniej w Bonda, zanim zdołał się na tym złapać, zdając sobie sprawę, że była to odruchowa reakcja na rodzaj dotyku, który lubił jako kot. Zarówno Alec, jak i James wiedzieli, że Q w swojej zwierzęcej postaci lubił, gdy pocierali jego kościste, małe ramiona, chociaż obaj byli na tyle dżentelmenami, by nie drażnić się z nim na ten temat, wtedy, gdy znowu chodził na dwóch nogach. W rzeczywistości obaj całkiem naturalnie oddzielali jego kocie życie od ludzkiego, bez nieprofesjonalnych pieszczot, gdy Q zachowywał się jak rozsądna, dwunożna istota. W jakiś sposób jednak, zamiast czuć, że był poniżany lub traktowany jak zwierzak, Q poczuł dodatkową warstwę komfortu związaną z gestem, który zwykle otrzymywał jako kot. Żenująco, właściwie trochę zajęczał i ukrył twarz w kołnierzu czarnej koszuli Jamesa, gdy zdał sobie sprawę, że w rzeczywistości mocno ubolewał nad oblaniem przedmiotu.
— Cholera — sapnął, czując napływające łzy, a potem słysząc swój płaczliwy ton dodał: — Nie płaczę!
— Wiemy, że nie, głupku — powiedział Alec zaskakująco szczerym tonem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Q był bliski rozpłakania się z powodu jednej złej oceny i czuł się z tego powodu jak idiota. — Po prostu odpowiedz na pytanie Jamesa, okej? — Zamiast zostać na łóżku, Alec również wstał, a jedyną rzeczą, która powstrzymywała Q przed wierceniem się z powodu większej uwagi, było to, że Bond miał cholernie silny chwyt, a Q nie za bardzo próbował się uwolnić. Alec stanął tuż za Bondem, a nadspodziewanie spokojne spojrzenie jego zielonych oczu spotkało się z wodnisto-orzechowym spojrzeniem Q ponad ramieniem Jamesa. — Zmieniłeś się dla niej ten jeden raz. Byłem tam i wątpię, by ktokolwiek o tym zapomniał. Jestem po prostu zszokowany, że ta kobieta nie została zwolniona za to, że poszczuła cię psem.
— Nie nasłała na mnie Whittleby — prychnął Q, niechętnie podnosząc rękę, jakby przytulał Jamesa, ponieważ musiał wytrzeć oczy. Jeśli nie zrobiłby tego, to zmoczyłby jego koszulę. W sumie, zdecydowanie wydawało mu się, że teraz płakał głównie z powodu frustracji i zranienia. — I zawsze wiedziała, że mógłbym zmienić się w kota, ale chciała mi pomóc nauczyć się zmieniać z powrotem, ale ja po prostu nie mogłem… a potem…
Czując się prawdopodobnie bardziej bezradny niż wtedy, gdy był nagi i osaczony w łazience kilka dni temu, zauważając, że jego dykcja staje się coraz gorsza, Q zrezygnował z prób uchronienia koszuli Bonda przed zamoczeniem i po prostu ukrył twarz w ramieniu drugiego mężczyzny. Jego okulary przycisnęły mu się do nosa. Usłyszał, jak ucieka mu kolejny, grubszy, nieszlochający dźwięk, gdy ręka Aleca opadła mu na głowę i potargała jego włosy, co zdecydowanie było pieszczotą jaką obdarza się zwierzę i zdecydowanie było pełnym współczucia gestem a nie protekcjonalnością.
— Daj spokój, Q — namawiał Bond, brzmiąc na zaniepokojonego w sposób, w jaki rzadko zdarzało mu się ostatnio. Najwyraźniej szkolący się szpiedzy byli niewzruszeni, chyba że ich pół-rezydent komputerowy geniusz miał oczywisty kryzys emocjonalny. — Będzie w porządku. Ta ocena nie czyni cię mniej genialnym.
— Nie — mruknął buntowniczo Q w obojczyk Jamesa. — To po prostu sprawia, że mam kłopoty w kontrolowaniu własnego Daru. Ta kobieta nie tylko obniżyła mi ocenę… oblała mnie! Dosłownie mnie oblała!
— Wiedziałem, że powinienem zaatakować ją zamiast psa — powiedział ponuro Alec.
James ponownie zabrał głos, gdy jego ciało kołysało się lekko. Prawdopodobnie było to żenujące, że Q uznał ten ruch za pocieszający wraz z ramionami, które pozostały nieruchome wokół niego, niczym ochronna zbroja.
— To nie koniec świata, Q — stwierdził i zanim Q mógł zacząć się kłócić, że dla niego z pewnością tak było, James kontynuował z całkowitą powagą: — Byłoby przy tym o wiele więcej pożarów oraz eksplozji i mogę zagwarantować, że razem z Alekiem ostrzeżemy cię o tym wcześniej.
Ręka wciąż znajdująca się we włosach Q, potargała je trochę, a dźwięk rozlegający się w pobliżu powiadomił Q, że Alec wykonywał słabą robotę w zduszeniu śmiechu. Kiedy Q podniósł na tyle głowę, by spojrzeć na niego surowo znad swoich okularów, zobaczył uśmiech na twarzy Aleca, który natychmiast zaczął się bronić.
— Hej, to prawda. I nie patrz tak na mnie… James jest tym, który jest psychiczny. Jeśli ktoś miałby rozpocząć koniec świata…
— To byłbyś to ty — odparł sardonicznie James, który nie odwracając głowy w jego stronę, wciąż kłócił się ze swoim współlokatorem (który nadal stał za nim i pieścił głowę Q, jakby chciał złagodzić na wpół załzawione, na wpół piorunujące spojrzenie drugiego zmiennokształtnego). — To ty masz ostrzegawczą notkę o możliwej piromanii w swoich aktach.
Alec odrobinę bardziej otworzył oczy ze zdumienia, gdy spojrzał na tył głowy Jamesa.
— Widziałeś moje akta?
— Wiedziałeś, że miałem ewaluację psychologiczną?
— Właściwie to domyślałem się tego.
Coś ze śmieszności i surrealności tego argumentu w końcu przebiło się przez uczucie rozżalenia i Q wydawał z siebie dźwięk między chichotem, a słabnącym pociąganiem nosem. W jakiś sposób ręka, która wcześniej uniósł, znalazła się teraz na koszulce Jamesa, podczas gdy druga starała się nie robić niczego niezręcznego, ponieważ została uwięziona między ich ciałami. James był bardzo ciepły i jędrny, cały napakowany mięśniami i mieli nienaruszalną więź dającą spokój, jaką mają tylko koty, które lądują na cztery łapy i stare góry.
— Wy dwaj jesteście szaleni — wymamrotał, mając nadzieję, że jego słowa zabrzmią szykownie i może zjadliwie, ale zamiast tego zabrzmiały ostrożnie, czujnie i raczej wdzięcznie.
— Dziękuję, Q, myślę, że również jesteś wspaniały — powiedział Alec z przesadnym podnieceniem i szybko przeszedł od głaskania włosów Q do przeczesywania ich palcami.
Q w końcu uciekł z uścisku Jamesa, gderając i wiercąc się, ale jedynym powodem, dla którego mu się udało, było to że w ułamku sekundy, ale świadomie, przekształcił się w kota. Był raczej niezgrabny i Q podejrzewał, że trochę mu umknęło, ponieważ wciąż miał zwyczaj tracenia swojej ludzkiej świadomości po zmianie. Kiedy Q wrócił do pełni zmysłów, spadł na podłogę i pobiegł. Alec i James na to byli nieprzygotowani, co oznaczało, że James go nie powstrzymał, a Alec nie zrobił uniku, a skok Q był całkiem niezły jak na faceta, który wciąż nie wiedział, jak używać ogona do utrzymania równowagi. Wylądował na boku kolana Aleca, na wpół zsuwając się z powrotem na podłogę, zanim jego pazury zrobiły to, co powinny i wbiły się w splot jego dżinsów. Wykrzyczane przez Aleca przekleństwo zaskoczenia było całkowite tego warte, że w efekcie Q musiał przyznać, że nie miał pojęcia, jak się uwolnić.
— Mówię ci, James powinniśmy zabrać go któregoś dnia do pracy. Będzie naszym wyszkolonym kotem bojowym — powiedział Alec na wpół żartując na wpół narzekając, gdy stał nieruchomo, podczas gdy James przykucnął, aby uwolnić go od Q.
Bond oczywiście, prawie dławił się z wysiłku, aby nie wybuchnąć śmiechem, ale i tak przy każdym wdechu chichotał. Q zdołał odczepić swoje tylne pazury, ale skoczył na tyle wysoko, że nawet rozciągnięty na całą kocią długość nie mógł dotknąć podłogi, gdy zwisał na swoich przednich zaczepionych pazurach. James ostatecznie poddał się i zaczął się śmiać, siadając na piętach u boku Aleca, z jedną ręką przyciśniętą do twarzy (jakby to mogło w ogóle powstrzymać śmiech), a drugą unosząc nad plecami Q (co również było zupełnie nieprzydatne).
Q skierował na niego swoje kocie narzekanie, nawet wtedy gdy Alec warknął:
— James, ty nieprzydatny draniu…
— Dobrze, w porządku!
James skapitulował między wybuchami śmiechu i nagle jego dłoń zacisnęła się, a Q zdał sobie sprawę, że jest w trakcie unoszenia. W niektóre dni sądził, że tego nienawidził i zawsze wiercił się dla zasady, ale za każdym razem przypominało mu się, że podniesienie go za kark w cudowny sposób nie bolało. To było irytujące, jak łatwo druga dłoń Jamesa uwolniła małe przednie łapy, kiedy Q bez żadnego powodzenia próbował tego od prawie minuty, ale potem Q rozproszyło dalsze podnoszenie. Kiedy luźna skóra na jego karku została ponownie uwolniona, nastąpiło to wtedy, gdy został przytulony do klatki piersiowej Jamesa, który wciąż trząsł się ze śmiechu w ten zaraźliwy sposób. Q nie mógł przypomnieć sobie, kiedy ostatnio słyszał, żeby James tak wiele się śmiał. Zarówno Alec, jak i James poruszali się coraz ciszej i stawali się bardziej równomiernie umięśnieni, ale także zaczęli mniej się śmiać - tylko trochę - z każdym kolejnym dniem treningu. Teraz jednak poczucie humoru Jamesa sprawiło, że Q odruchowo zamruczał, dzielnie próbując sprawić, by jego mała klatka piersiowa wydała dźwięk głośniejszy niż chichot Jamesa.
Po tym wszystkim trudno było być wciąż niezadowolonym z oceny jego umiejętności wystawionej przez panią Morris.
Q nadal nie zdołał przemienić się z powrotem na polecenie - nie wiedział, czy kiedykolwiek to zrobi, chyba że dadzą mu zupełnie innego korepetytora, a ten przekona go, żeby przekształcił się w miejscu, które będzie całkowicie bezpieczne, a nie miał zamiaru ćwiczyć z profesjonalistą - ale gdy tylko poczuł, że jego serce pęka z poczucia porażki, telepatia Jamesa musiała to zarejestrować. W przeciwnym razie skąd wziąłby się ten nagły pomysł na przejażdżkę motocyklem Aleca?
Po pół godzinie spędzonej pod kurtką Bonda, z wystającym tylko pyszczkiem z wibrysami, bez tchu z powodu pędu ciasnym, bezpiecznym kokonem, z Alecem lecącym przez cały czas za nimi, Q był przyjemnie wyczerpany. Zanim weszli do środka, był niczym szmaciana lalka i uznał, że mógł być na wpół śpiący i mruczał, kiedy James rozpinał swoją kurtkę, żeby go wyciągnąć. Tak czy inaczej, James znów się roześmiał, a Q pomyślał o tym, że to był najwspanialszy dźwięk i że James powinien śmiać się częściej. Na sekundę dłonie poruszające się wokół klatki piersiowej Q zamarły, ale potem przemieściły jego zwierzęcą formę, mimo że w obecnym stanie jego ciało było zaskakująco giętkie i przelewające się.
Śmiech Aleca, cichy i niski, również nie był złym dźwiękiem.
— Twój nerd staje się płynem, James.
— Jest słodszy niż ty, kiedy śpisz.
— Teraz to jest podłe, James. Pamiętaj, że jestem jedyną osobą, z która możesz mieszkać.
— Dokładnie.
W tym momencie Q lekko się przebudził, dzięki czemu jego ciało stało się sztywniejsze i można było go łatwiej przenosić. Jednak gdy tylko poczuł zapach i wyczuł pod sobą łóżko, jego wąsy zamrowiły w kontakcie z prześcieradłami i ponownie zasnął. Skończył wyciągnięty wzdłuż boku Bonda, gdy niebieskooki młodzieniec znów podzielił się z nim łóżkiem, nie wahając się w najmniejszym stopniu, mimo że przebrał się i miał na sobie jedynie wygodne spodnie i koszulkę. W pewien niejasny sposób Q zastanawiał się, czy tak było w porządku.
— Nie myśl o tym za dużo, Q — mruknął Bond zza jego pleców i potarł jednym palcem pochyloną, gładką czaszkę Q do miejsca między jego łopatkami.
Zwykle Q podkreślał fakt, że zawsze był człowiekiem, bez względu na to, jaką miał postać, ale czuł się odrobinę koci, gdy rozciągnął się pod wpływem dotyku. Postanowił skorzystać z rady Bonda i nie zastanawiać się nad tym. Jego łapy dotykały ściany, gdy je wyciągnął, a ogon dotykał Jamesa, jeśli nim poruszył. Pozostawiało go to z poczuciem bezpieczeństwa, że był chroniony z obu stron.
— Mogę dołączyć? — zapytał Alec brzmiąc niespodziewanie na niepewnego.
Ucho Q drgnęło i otworzył oczy, ponieważ szczerze mówiąc, nie pamiętał, żeby Alec kiedykolwiek o coś pytał. Czy tak bardzo ich zaniepokoił swoim dzisiejszym psychicznym załamaniem?
James ponownie odpowiedział na tą myśl bezproblemowo ją odczytując.
— Tak. — Następnie podniósł nieco swój głos, aby zaznaczyć, że rozmawiał z Alekiem. — Jasne, nie mam nic przeciwko. Tylko nie zasypiaj na żadnym z nas.
I z tym położył się całkowicie na łóżku. Kiedy jego druga dłoń rozłożyła się na materacu, znalazła się przed Q, prawie dotykając jego wysuniętych przednich łap. Wbrew sugestii Jamesa, Q zaczął naprawdę zastanawiać się, jak blisko był w tej chwili z raczej niedostatecznie ubranym Jamesem. Q z zakłopotaniem przyciągnął łapy do piersi…
Pierzasty ciężar wylądował na mostku Bonda, sprawiając, że ten prychnął.
— Alec, któregoś dnia oskubię cię na poduszkę — warknął.
Alec tylko się roześmiał. Zgrzytliwy dźwięk pełen jowialności. Ze skrzydłami na wpół rozłożonymi dla równowagi, zeskoczył z Jamesa na łóżko, tym razem lądując prawie na ogonie Q. Q wciąż nie radził sobie zbyt dobrze z tym wyrostkiem, ale udało mu się odsunąć ogon z drogi Aleca - oczywiście po tym kruk zaśmiał się w swój ptasi sposób, kłapiąc dziobem. Przy drugiej próbie złapał ogon kota, a ponieważ Q był zbyt zmęczony, by wydobyć z siebie właściwy syk, warknął. To był dobry dźwięk i będzie musiał go później przećwiczyć, ponieważ tak naprawdę ożywiło to Jamesa, który podniósł głowę, by spojrzeć pytająco w dół na dwóch zmiennokształtnych. Dzięki temu Alec został złapany na gorącym uczynku, wciąż z czarnym ogonem Q w swoim dziobie.
— Jestem pewien, że nauczono mnie, jak ukryć zwłoki, gdy mnie o to poproszą — powiedział beznamiętnie James, przyglądając się Alecowi i wyraźnie go ostrzegając.
Czarne oczy zerkały co rusz to na Q to na Jamesa. Alec bardzo, ale to bardzo ostrożnie odłożył ogon Q. Następnie szturchnął go tak, że kiedy sam opadł na łóżko, nie usiadł na nim. To wciąż pozostawiało Q z pierzastą formą Aleca równie blisko, jak ciało Bonda, a jego mózg zrezygnował już z tego, aby być przez to zgorszonym. Z westchnieniem opuścił głowę.
Zakładam, że to w porządku, jeśli zostanę? - zapytał z ostatnią senną próbą grzeczności.
James na szczęście wciąż nie spał i słuchał jego myśli.
— Oczywiście — wymamrotał krótką odpowiedź, najwyraźniej nie dbając o to, że Q zostanie.
Jego ręka drgnęła i Q odruchowo wyciągnął łapę i przycisnął palec, by ten się nie poruszał, a James mu na to pozwolił.
Rano spróbuję zmienić się z powrotem.
— Jasne, Q. I tak nie będziemy cię osądzać — powiedział Bond, brzmiąc na szczerego, zanim wszyscy zaczęli przysypiać.
Czarno-białe ciało Q lekko drgnęło, gdy poczuł, jak pióra i dziób tworzą z jego boku poduszkę, ale wtedy robił już za misia do przytulania dla Bonda, który go trzymał, więc uznał, że nie miało to znaczenia.
OoO
Oczywiście, gdzieś w trakcie nocy Q zmienił się z powrotem w człowieka, tak łatwo, jakby to było oddychanie. Alec i James, mimo że byli agentami w trakcie szkolenia, nie przestraszyli się w najmniejszym stopniu, ponieważ w pewnym momencie zaakceptowali Q jako część wszystkiego, co znali - MI6 uczyło ich budować wokół siebie tarcze, ale oni budowali te tarcze z pudełkiem w środku, o czym MI6 nie wiedziało. Alec i James przebudzili się tylko w najbardziej powierzchowny sposób, mrugając i przesuwając się trochę, zanim przyjęli, że ich przyjaciel znów był człowiekiem, a w łóżku było trochę mniej wolnego miejsca. Alec kłapnął ponuro dziobem, a James szepnął cicho, żeby przestał narzekać. Potem kruk podskakiwał i przeskakiwał nad nogami Q, aby znaleźć sobie nowe gniazdo na jego biodrze. Niczym wartownik przysiadł tam i może nadął się trochę w cichym śmiechu.
— Co? — zapytał cicho James, już niemal śpiąc.
Jako agenci nauczyli się, że sen jest równie cenny jak złoto - ponieważ był wartościowy i prawdopodobnie zostanie im skradziony w mgnieniu oka, nie wspominając o tym, że trudno było go odzyskać.
Głowa kruka przechyliła się w kierunku Q. Bond udawał, że nie rozumie i nadal marszczył brwi patrząc na swojego przyjaciela. W końcu Alec burknął cicho w piersi, strosząc pióra i myśląc. Jesteś beznadziejny, wiesz o tym? Totalnie wpadłeś.
Bond udawał, że go nie słyszał, chociaż jego telepatia wyostrzała się z każdym dniem, w którym ćwiczył - z dołączeniem Q wydawał się uczyć szybciej niż z Alekiem, z którym wcześniej trenował. Ponieważ James uparcie udawał, że śpi, wkrótce naprawdę zasnął, a Alec poszedł w jego ślady z napuszonymi z zadowolenia piórami i dziobem zabezpieczonym pod jednym ze skrzydeł.
Q drzemał w tym czasie, śpiąc na boku z plecami przyklejonymi do prawego boku Bonda, schowany pod żebrami blondwłosego młodzieńca i pod jego pachą. Jednak najbardziej zauważalnym faktem było to, że Q nie puścił ręki Bonda i teraz to jego palce zamiast łap były owinięte wokół dłoni Jamesa w miękkim i wygodnym uścisku.
Niezależnie od tego, jak zakłopotany poczuje się z tego powodu następnego ranka.
Dodatek: Jak egzaminować swoich agentów
Być może była to dodatkowa zachęta dla Q, aby być mocno zrelaksowanym jako kot, ponieważ jego kocia postać miała wyjątkową zdolność do rozluźnienia Jamesa i Aleca. To była swego rodzaju supermoc, z której powoli zdawał sobie sprawę, ale która w końcu dała o sobie w znać w pełni, gdy pewnego wieczoru zadzwonił, aby poinformować o swoim przyjściu (i przyniesieniu ze sobą tajskiego jedzenia na wynos, aby udowodnić, że nie tylko korzystał z ich gościnności) i zorientował się, że rozmawia ze spiętym Jamesem znajdującym się po drugiej stronie połączenia.
— Nie wiem, czy przyjście w tej chwili to najlepszy pomysł — powiedział Bond, brzmiąc na zmęczonego.
W tle było słychać hałas, który sprawił, że Q wyprostował się nieco, a mózg próbował go zidentyfikować.
— Czy coś właśnie się rozbiło?
Bond westchnął i nie przyznał się do niczego poza tym:
— Posłuchaj, Alec nie… W tej chwili nie radzi sobie zbyt dobrze. W tym tygodniu mieliśmy ocenę naszych umiejętności i…
— Co się stało? — zażądał Q, czując jak fala opiekuńczości niespodziewanie przetoczyła się przez niego.
Wydawało mu się, że rzeczywiście słyszał Trevelyana w tle. Brzmiał surowo, gniewnie i bardzo różnił się od jowialnego młodzieńca, którym zwykle był.
— Sprawy stały się trochę osobiste i nie skończyły się dobrze. — To była napięta i nieszczęśliwa odpowiedź, jaką otrzymał Q. — Q, wszystko będzie w porządku… Fizycznie nic mu nie jest. Nasi opiekunowie po prostu potrafią obudzić w nas najgorsze emocje, chociaż najwyraźniej moim zadaniem, jako jego partner, jest radzenie sobie ze skutkami, kiedy to mu robią. — James nie brzmiał na zadowolonego.
Cóż, Q również nie był zadowolony.
— Przyjdę — powiedział sztywno, trzymając komórkę między ramieniem a uchem, jednocześnie niezgrabnie zakładając płaszcz i szukając butów.
— Co? — rozległ się z telefonu zaskoczony głos. — Nie, Q, powiedziałem, że on…
— Nie pasuje do grzecznego towarzystwa, tak, sądzę, że to zrozumiałem. — Znalazłszy buty, Q przysiadł na skraju łóżku, które nie było tak wygodne jak to należące do Jamesa, ale starał się nad tym nie rozwodzić, tylko je założyć. — Ale i tak przyjdę.
— Q, jest teraz wrakiem i jest o wiele silniejszy od ciebie.
— Chcesz powiedzieć, że stanowi dla mnie zagrożenie? — Q założył już buty. — Cóż, może być silniejszy ode mnie, ale nie jest dużo silniejszy od ciebie, prawda?
— Tak, ale…
— Ja również jestem jego przyjacielem, James. I ufam, że sobie z nim poradzisz… Też chcę pomóc — stwierdził z uporem Q, zaskoczony, że sytuacja go nie przestraszyła.
Wreszcie Bond poddał się z westchnieniem.
— Skoro słyszę, że już wychodzisz, to przypuszczam, że nie ma sensu się o to kłócić.
— W najmniejszym stopniu.
OoO
Alec rzeczywiście był rozbity i naprawdę był w podłym nastroju - to było niepokojące. Q chciał wiedzieć, jak do tego doszło, ale podczas gdy zmęczony i smutny wyraz twarzy Bonda mówił o tym, że wiedział, Q nie mógł zmusić się, by go zapytać. Po przybyciu Q, Alec przeszedł przez całą gamę emocji od wściekłości do najgłębszego smutku i zdecydowanie było kilka razy, kiedy Q zastanawiał się, czy nie powinien był posłuchać Jamesa i trzymać się z daleka. Alec, kiedy był zły, był przerażającą osobą, ale Bond miał spojrzenie bystre niczym jastrząb i potrafił dostrzec zmiany na gorsze w nastroju Trevelyana, zanim Q zdawał sobie sprawę, że niebezpieczeństwo narastało - więc to zawsze James był na linii ognia, gdy wściekły Alec nagle pękał. Q był świadkiem nie mniej niż trzej improwizowanych meczów wrestlingowych, gdy doszło do fizycznej konfrontacji. Q musiał więcej niż raz porozmawiać z sąsiadami, ale na szczęście był to weekend, więc było mniej ludzi, którzy mogliby narzekać na hałas. Wielu pojechało odwiedzić swoich rodziców lub wyszło zabawić się, podczas gdy James i Q zajmowali się emocjonalnie rozbitym Alekiem Trevelyanem.
Siłowanie się z Jamesem zdawało się wypalać część złości i frustracji Aleca, a w pewnym momencie, po tym jak ich dwójka się rozdzieliła - James pocierał szczękę w miejscu, w które Alec wbił łokieć, a Alec prawdopodobnie dochodził do siebie po poddusznaniu, kiedy Bond owinął ramię wokół jego szyi - Alec usiadł na łóżku i opierając głowę na dłoniach, zaczął płakać. Wyglądał na tak załamanego, a James na tak bezbronnego, że Q chcąc zrobić cokolwiek, nawet nie pomyślał o tym, zanim zaczął się zmieniać. Niejasno zdawał sobie sprawę, że James wykrzykiwał jego imię, ale potem jego wspomnienia zniknęły, jak to często bywało.
Kiedy Q odzyskał pełnię władz umysłowych, zesztywniał, strosząc futro, zastanawiając się, czy popełnił zagrażający życiu błąd, zmieniając swój kształt, który był jeszcze mniejszy i bardziej wrażliwy niż jego zwykła ludzka postać przypominająca stracha na wróble. Jednak skupiając się i rozglądając dookoła, stwierdził, że był w uścisku dwóch dłoni, które były mniej znajome niż ręce Jamesa. Alec wsunął jedną rękę pod tułów, pozwalając tylnym łapom Q leżeć na jego udach, gdy drżącą, wolną dłonią głaskał niepewnie plecy Q.
— Wróciłeś do nas, Q? — zapytał cicho Bond, siedzący na łóżku po drugiej stronie pokoju. Brzmiał na czujnego, ale spokojnego.
Q przytaknął, myśląc także o słowach, które miałby przekazać, mówiąc, że wszystko z nim w porządku, na wypadek, gdyby to nie było oczywiste. Kiedy głaskanie Aleca pozostało nieśmiałe i niepewne, Q zamruczał przekonująco - coś, co zwykle robił mimowolnie, ale potrafił też użyć go celowo, kiedy się naprawdę skoncentrował. Spojrzenie w górę ukazało mu unoszącą się nad nim wychudzoną twarz, która wyglądała na zbyt starą. Oczy były pełne tak ostrego bólu, że Q zaparło dech w piersiach, sprawiając, że jego wąsy zadrżały. Jednak głaskanie Aleca stało się nieco pewniejsze, a przekleństwa i krzyki ustały, czyniąc ten moment jednym z najspokojniejszych, jakie miały miejsce od czasu, gdy Q wszedł do pokoju.
Podczas gdy Bond ich obserwował, Q siedział spokojnie z małymi, przednimi łapami opartymi na prawym nadgarstku Aleca. Alec emocjonalnie powoli schodził z gniewu i bólu, który odczuwał. Wziął głęboki, drżący oddech, zamknął oczy, krzywiąc się, gdy wydawało się, że w końcu zauważył łzy wypływające spod jego bladych rzęs. Tym razem, kiedy przeklinał, brzmiało to bardziej jak wyraz niezadowolenia. Q zaryzykował i podniósł się wstając. To sprawiło, że był wystarczająco blisko, by sięgnąć i dotknąć białą łapką podbródka Aleca. Zielone oczy natychmiast otworzyły się zaskoczone i przez chwilę wszyscy znów się napięli.
Ale wtedy Alec po prostu westchnął głęboko, opróżniając płuca z powietrza.
— Jesteś zdeterminowanym, małym, puszystym drobiazgiem, czyż nie? — powiedział szorstkim głosem, ale Q starał się znaleźć w tym jego zwykły humor, niczym rozbitek polujący na światło latarni w ciemnościach. — Nadal nie wiem, dlaczego James pozwolił ci przyjść.
W tym momencie Q był tak intensywnie głaskany, że mógł poczuć statyczne trzaskanie futra na plecach, ale nadal to tolerował, gdy położył się z powrotem i odpowiedział w swojej głowie.
Ponieważ wiedział, że nigdy więcej nie naprawię jego laptopa, jeśli nadal będzie próbował mnie powstrzymać.
Wciąż siedzący na własnym łóżku, James zaśmiał się, ale powiedział, co chciał przekazać Q. Alec również się zaśmiał i choć nadal brzmiało to trochę zbyt sztywno i złamanie, był to pierwszy krok w kierunku normalności. Nieco później Bond zaufał im na tyle, by wyjść i znaleźć im wszystkim coś do jedzenia, ponieważ Q nie miał czasu, aby kupić obiecane tajskie jedzenie, a ostatnie dwie godziny bardzo ich wszystkich wyczerpały.
Alec nie puścił Q, odkąd ten znalazł się na kolanach większego zmiennokształtnego i przesunął się tylko po to, aby oprzeć się o wezgłowie swojego łóżka, tak jak to często robił James siedząc z Q, który był w formie kota. Nieco skrępowany, ale wiedząc, że to wszystko dla większego dobra, Q pokręcił się wokół, gdy Alec się poruszał, aż w końcu ponownie położyć się na ramieniu drugiego chłopaka. Wszystkie próby profesjonalnego zawinięcia ogona wokół łap nie powiodły się. Q spojrzał na wyrostek z cichym warczeniem, ten w odpowiedzi kołysał się z jednej na drugą stronę.
Trudno było się denerwować, kiedy Alec zaśmiał się bardziej naturalnie. Kiedy odzyskał zdolność logicznego myślenia, zdał sobie sprawę, że był jedyną osobą będąca w ludzkiej skórze, który pozostała w pokoju. Wtedy też stwierdził:
— Cholera, właśnie uświadomiłem sobie, że nie jestem telepatą. To znaczy, zdawałem sobie z tego sprawę, ale zapomniałem, że James był twoim głosem, kiedy jesteś tutaj w tej postaci.
Alec skrzywił się z zakłopotaniem, przypominając Q, że zielonooki młodzieniec przez większość czasu był bardzo zdenerwowany możliwością skrzywdzenia go. Było to nieoczekiwanie zabawne w zestawieniu z wcześniejszym niebezpieczeństwem wynikającym z przebywania obok agenta będącego w trakcie treningu. Q wydał z siebie dźwięk, który jego zdaniem brzmiał całkiem jak śmiech i poruszył łopatkami w beztroskim ludzkim wzruszeniu ramion.
Alec zrelaksował się. Opuścił głowę z powrotem na poduszki i przez chwilę wpatrywał się w sufit z jedną ręką wciąż owiniętą za Q, a drugą leniwie głaskając opuszkami palców futrzany bok kota. Było to bardziej irytujące niż wygodne, ale Q mógł to tolerować, jeśli utrzyma to Trevelyana w skupieniu i spokoju. W końcu uwaga Aleca przesunęła się trochę, a jego ręka również to zrobiła, badając jedną z łap Q z rozproszoną ciekawością. Q faktycznie przeprowadził wiele badań na temat anatomii kota, ale wciąż był potajemnie zaskoczony, gdy prosty ruch sprawiał, że jego pazury pojawiały się i znikały, jakby za machnięciem czarodziejskiej różdżki, tak jak teraz, gdy Alec delikatnie naciskał opuszki łap.
— Rozumiem, naprawdę rozumiem, że MI6 musi ujrzeć nas w najgorszym momencie — powiedział niespodziewanie Alec, spuszczając wzrok, by skupić się na łapie Q. Na tej całkowicie czarnej, przez co jego pazury wydawały się blade, gdy nagle same się wysunęły w odpowiedzi na zaskoczenie Q.
Nagle pożałował, że nie było z nimi Bonda.
MI6?
Jakoś nigdy nie pomyślał, że to może być jednostka zatrudniająca obecnie jego dwóch najlepszych przyjaciół jako przyszłych szpiegów.
Podczas gdy Q wpatrywał się w niego w głębokim szoku, Alec kontynuował z grymasem:
— W tym tygodniu testowali mnie… Jak zareaguję w sytuacji bez wyjścia, która zrani mnie wewnętrznie. — Nagle warknął, odsłaniając zęby gdy powiedział: - Wolałbym przyjąć kulkę.
Tym razem było jasne, gdzie był skierowany jego gniew. Na jego opiekunów, na MI6, ale szybko zniknął, gdy Alec skupił się na Q, znów głaszcząc go po plecach lekkimi muśnięciami. Alec westchnął i odpuścił sobie gniew, zamykając oczy. Wyglądał na zbolałego.
— Wiesz, wiedziałem, że to nadejdzie, ponieważ James wcześniej został poddany presji i wyszedł z tego całkiem dobrze. — Pozbawiony humoru chichot rozległ się w powietrzu niczym potłuczone szkło. — Sprawili, że myślałem, że mój ojciec został schwytany przez wrogą organizację… Mój ojciec, którego nie widziałem od dzieciństwa i którego uważałem za zmarłego, mimo że nigdy nie znaleźli pieprzonego ciała. To było takie realne i chciałem go uratować, ale po prostu nie było na to sposobu. Nie było żadnej możliwości. — Alec uniósł ręce, ukrywając w nich twarz, gdy emocje uderzyły w niego, ale Q sądził, że wcześniej zobaczył łzy, uciekające spod mocno zaciśniętych powiek Aleca. — Pierdolić. Kurwa mać. Myślałem, że rzeczywiście słyszałem, jak umiera, ale to wszystko było sfingowane. Musieli wiedzieć, co zrobię w takiej sytuacji. Kiedy ktoś, na kim mi zależało, zostanie ranny i najwyraźniej, do cholery, postąpiłem słusznie. Wziąłem się w garść i zrobiłem to, co mi kazano… Wykonałem misję. — Mówił przez ręce złamanym, poszarpanym i pełnym okropnych emocji głosem. — Wykonałem tę cholerną misję, chociaż dopiero kilka godzin później dowiedziałem się, że to był test. Jamesowi przydarzyło się to samo, ale na niego nie wpłynęło to w ten sam sposób, więc nie wiedziałem, że będzie tak źle.
Głęboko poruszony i przybity przez cierpienie swojego przyjaciela, Q wstał, stojąc na torsie Aleca i opierając się pokusie wbicia pazurów w koszulę młodszego mężczyzny, aby zachować równowagę, poszedł naprzód w górę klatki piersiowej. Miaucząc natarczywie, zmusił Aleca do odsunięcia rąk od twarzy, przez co odsłonił zaczerwienione oczy i napięty, zbolały wyraz twarzy. Q nie do końca pewien, co zrobić, ale skłonny uwierzyć, że był raczej przytulaśny jako kot (James powtarzał mu to dość często, być może dlatego, że zawstydzało to Q i sprawiało, że spoglądał na niego gniewnie), Q zawahał się tylko przez chwilę, zanim uderzył głową w policzek Aleca.
Właściwie spudłował i uderzył w nos, ale na szczęście było to raczej delikatne szturchnięcie, ponieważ Q wciąż był bardzo małym kotem. Alec zaśmiał się, a potem pogłaskał Q po szyi i plecach, co zrelaksowało go bardziej, niż się spodziewał. Jeśli głaskał Q, to się uspokajał, i miejmy nadzieję, że nie gotował się wewnętrznie.
— Pamiętasz, co powiedziałem o Jamesie poddanym ewaluacji psychologicznej? — zapytał niespodziewanie Alec, głosem wciąż lekko zachrypniętym. Zmiana tematu była zaskakująca, ale Q tylko skinął głową, wciąż stojąc na klatce piersiowej Aleca i wyginając plecy przy każdym pogłaskaniu, ponieważ było to miłe. — Cóż, przyznał się do posiadania jednego, a ja dokładnie wiem, o co chodziło. Jego również przetestowali. Zabrali kogoś kogo kocha i udawali, że jej grożą i zabijają. — Cały ten pomysł przeraził Q i sprawił, że zrobiło mu się niedobrze, ale Alec tylko potrząsnął głową i kontynuował cichym głosem: — Ale to go nie zmieniło. W ogóle się nie przejmował. Myśleli, że trafili w czuły punkt, ale to wszystko go nie obeszło. Albo sądzą, że jest najlepszym kandydatem na szpiega, jakiego kiedykolwiek mieli albo myślą, że z jego głową jest coś nie tak.
Podczas gdy Q stwierdził, że był szokująco dumny i oszołomiony faktem, że James wymanewrował swoich opiekunów w tym brutalnym ćwiczeniu, został również złapany w sidła zamartwiania się, co musiało być widoczne na jego kocim pyszczku, ponieważ Alec wzruszył ramionami, a potem uśmiechnął się.
— W porządku Q, nasz Jamesy nie jest zepsuty. MI6 wybrało złą osobę. Prawdopodobnie spróbują ponownie, ale nadal nie sądzę, aby to zadziałało. Chcesz wiedzieć, kogo użyli jako celu? — Nie czekając na odpowiedź, Alec kontynuował, stając się podekscytowany tematem, a także uśmiechając się nieco bardziej naturalnie. — Dziewczynę, z którą się spotyka. Problem w tym, że James widuje mnóstwo dziewczyn. Zawsze tak było. Ale nigdy nie sypia z nimi więcej niż raz. — Nagle w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia, który przypomniał Q, że Alec był krukiem przez połowę swojego życia. Niespodziewanie palec został mu wytknięty pod nos, a Q cofnął się z lekkim "warknięciem" niezadowolenia. Alec ewidentnie nie był onieśmielony ani dźwiękiem, ani sposobem, w jaki napuszył się ogon Q. — Byłem odrobinę zazdrosny, czyż nie?
Zmrużywszy oczy w wściekłym spojrzeniu, czując jak ogon macha za nim, Q celowo potrząsnął głową. Alec po raz pierwszy w tym dniu roześmiał się naprawdę szczerze. To sprawiło, że Q prawie stracił równowagę na brzuchu młodego mężczyzny.
— Dobrze, w porządku… wierz, w co chcesz — powiedział pojednawczo Alec, ale potem dokończył. — Ale prawda jest taka, że w zbroi Jamesa jest tylko jedna szczelina i nie sądzę, żeby MI6 ją znalazło, bo James otwarcie nie uwodzi i nie oczarowuje tej konkretnej osoby w miejscach publicznych. — Przerwał, a kiedy Q tylko zamrugał, ponownie szturchnął go. — Mówię o tobie, kotku. Rodzice Bonda zmarli jakiś czas temu, a on nie stworzył nowej rodziny ani nie nawiązuje przyjaźni tak łatwo, jak sądzi MI6, dlatego poza mną jesteś jedynym jego słabym punktem.
Delikatnie mówiąc, Q był zbity z tropu. Usiadł ciężko, jak tylko potrafił kot jego wzrostu, mrugając i gapiąc się na Aleca.
Alec, ze swojej strony, uśmiechał się jak głupiec. Skubał ogon Q, tak jak miał zawsze ochotę będąc krukiem, i tym razem Q nie rozważał syczenia lub pacnięcia go łapą za to.
— Witamy w naszym pomieszanym świecie, Q — pogratulował Alec, nawet gdy rozległo się pukanie do drzwi, dokładnie siedem uderzeń. — Wejdź, Jamesy! Nie zamierzam już rzucać rzeczami, obiecuję! Jest szansa, że przyniosłeś deser, który lubię?
— Jeśli masz na myśli deser, którym lubisz karmić Q, kiedy siedzi na mnie, zastawiając na mnie cukier, to tak — mruknął James, wślizgując się do środka z torbami z jedzeniem na wynos w każdej ręce i najwyraźniej nie mając pojęcia, o czym rozmawiali jego przyjaciele. — Nie wiem dlaczego, ale tak. Wszystko w porządku?
Jego ton i wyraz twarzy były łagodne, ale wyglądało to jak maska, ponieważ jego spojrzenie było zbyt przenikliwe, gdy podniósł wzrok znad butów.
Alec uśmiechnął się krzywo i wzruszył ramionami, po czym usiadł, unosząc ze sobą Q.
— Może powinniśmy uzyskać certyfikat dla Q jako zwierzęcia użytkowego — zasugerował.
Co oczywiście odwróciło uwagę Q od jego wcześniejszego szoku na tyle, że zaczął groźnie warczeć i machać tylnymi łapami po nadgarstku Aleca - pazury miał schowane, ale Alec i tak odskoczył nerwowo, udowadniając, że wciąż nie czuł się pewnie w stosunku do jego kociej postaci. Q wylądował z hukiem na brzuchu, po czym zeskoczył przemieniając się w jakiś sposób w człowieka w połowie skoku. Poślizgnął się trochę, ale przynajmniej wylądował na dwóch nogach, podczas gdy pozostała dwójka młodych mężczyzn gapiła się. Wstając, Q odzyskał równowagę i pociągnął za sweter prostując go, po czym poprawił okulary.
— Chciałem to zrobić — stwierdził z największą szczerością na jaką mógł się zdobyć.
Oczywiście Alec i James trenowali jako szpiedzy MI6, więc prawdopodobnie przejrzeli takie kłamstwo tak łatwo, jak oddychali. Na szczęście do pewnego stopnia byli również dżentelmenami - a przynajmniej szanowali Q na tyle, że żaden z nich nie skomentował tego, a wkrótce każdy z ich trójki raczył się jedzeniem i zapomnieli, że ten dzień w jakikolwiek sposób był okropny.
