Rozdział 4

Więc to takie było uczucie. Wiedzieć, że śmierć wisi nad twoją głową. Ponieważ Bruce nie pozwoli mu po tym żyć. A gdyby to zrobił, to Wally i tak umrze z czystego zakłopotania.

Praktycznie się przyznał. Jasne, zrobił to w bardzo… zawiły sposób, ale Bruce był detektywem. Był cholernym Batmanem.

Nie było mowy, żeby tego nie zrozumiał.

Patrząc przed siebie, Wally zastanawiał się, dlaczego jego życie potoczyło się w ten sposób.

— Nawet nie próbujesz mnie pokonać — narzekał Dick, naciskając przyciski na swoim kontrolerze.

Wally jednak po prostu naciska na niektóre z nich, najwyraźniej nie myśląc o grze.

Dick pojawił się godzinę po tym, jak Wally próbował zignorować problem i zaciągnął go na dół, żeby zagrać w grę. W końcu obiecał, że przyjedzie na weekend.

Wally zamrugał, gdy na ekranie telewizora pojawił się komunikat głoszący, że to Dick jest zwycięzcą.

— Słuchaj — zaczął Dick. - Jeśli chodzi o to, że napisałem ci sms-a, aby cię przetestować to przepraszam. Okej? Ale Bruce ma rację. Nie możesz zgadzać się na wszystko.

W powolnym ruchu Wally zmrużył oczy i odwrócił się, by spojrzeć na Dicka, zapominając o grze.

— Wiedziałeś, że ci nie odmówię.

— Prawda, ale Bruce najwyraźniej o tym nie wiedział. — Dick uśmiechnął się do niego złośliwie.

Wally tylko zmarszczył brwi i obiecał sobie, że powie Bruce'owi, co zaszczycili nowym malowaniem. Jeśli oferta nadal była dostępna.

Jeśli Bruce najpierw go nie zabije.

Jęknął i ukrył twarz w dłoniach, lekko ją pocierając.

— Nie o to chodzi? — zapytał Dick i przesunął się bliżej, próbując zrozumieć, z czym borykał się drugi bohater. A wtedy nastąpiło długie i wymowne: — Ooooo.

Wally powoli opuścił dłonie i spojrzał na Dicka. Niech go szlag i to, że był tak dobry w dedukowaniu. Chociaż istniała niewielka szansa, że wpadł na zły pomysł.

— Chodzi o to, o czym rozmawialiście po tym? Z pewnością mam rację. Pomyślmy… — mruknął Dick. Położył rękę na brodzie, aby naśladować pozę służącą do myślenia, próbując sobie wyobrazić, o czym mogli rozmawiać jego adopcyjny ojciec i najlepszy przyjaciel. — Nie kłóciliście się za dużo z tego powodu, czyż nie? Wiem, jaki potrafi być Bruce, ale na pewno nie było tak źle.

Czy Dick był poważny? Gdyby pokłócił się z Brucem, to Dick byłby prawdopodobnie pierwszą osobą, której by o tym powiedział. Gdyby to nie było zbyt osobiste. Oczywiście to takie było, ale nie chodziło o pokłócenie się. Chociaż gdyby Wally dobrze rozegrał swoje karty, mógłby użyć tego jako przykrywki i trzymać Dicka z dala od prawdy.

— Cha, cha. Masz rację. To była dość okropna kłótnia.

Dick wpatrywał się w Wally'ego, a na jego twarzy powoli pojawiał się uśmiech.

— Przyznałeś się?

Jeśli Wally był w czymś dobry, to w tym, że rumieniąc się przyjmował kolor swoich włosów. Chociaż tym razem mógł prześcignąć samego siebie.

— Co?! Nie! Pokłóciliśmy się… Naprawdę! To było okropne!

— Och, Wally… Wally, Wally, Wally. — Dick powtórzył parokrotnie jego imię, potrząsając przy tym głową. — Obaj wiemy, że jesteś beznadziejnym kłamcą. Wyczułbym ten blef z drugiego końca miasta.

I co? Może Dick mógłby to zrobić. Może naprawdę był tak kiepski w kłamaniu. Ale czy Dick nie wiedział, że był zdesperowany? Że Wally był już martwy i zasługiwał na pewną ignorancję? Z pewnością mogliby zignorować ten problem.

Nagle wokół jego barków pojawiło się ramię.

— Posłuchaj, chcesz, żeby Bruce zwracał na ciebie uwagę, może nawet chcesz się dostać do jego spodni, mam nadzieję, że nigdy więcej nie każesz mi tego mówić, i to jest w porządku.

Wally nie kazał Dickowi powiedzieć tego na głos i z pewnością wolałby, żeby się od tego powstrzymał. Ponieważ był teraz prawie pewien, że skóra na jego twarzy zaraz stopi się od gorąca odczuwanego z rumieńca. Istniała pewna ilość ciepła, jakie ludzkie ciało mogło znieść. Okej?

— Słuchasz mnie? Zaufaj mi, kiedy ci mówię, że Bruce również jest tobą zainteresowany. Kolejna rzecz, której nie chcę ponownie mówić na głos.

Podczas, gdy Dick używał kpiącego tonu, Wally wyraźnie słyszał kryjącą się pod tym wszystkim szczerość.

Słyszał, że Dick był szczery w tym, co powiedział.

— Jesteś zbyt optymistyczny w tej sprawie — mruknął Wally i zakreślił kciukami kółka na kontrolerze.

— Nie jestem. Pokaż mi tylko, co napisaliście do siebie. Wtedy będę mógł poprzeć moją teorię faktami.

— Absolutnie nie.

Jasne, ich rozmowa była całkiem grzeczna. Jak dzieciaki pytające się nawzajem, czy się lubią. Z perspektywy czasu było to dość głupie.

Dick wyciągnął wolną rękę.

— Daj mi swój telefon.

— Szkoda, że zapomniałem go ze sobą wziąć, kiedy mnie tutaj przyciągnąłeś.

— Szkoda, że schowałeś go do kieszeni, kiedy cię tutaj przyciągnąłem.

Wpatrywali się w siebie. Jeden uparcie, a drugi z porozumiewawczym uśmiechem.

Wtedy Dick zdjął swoją rękę z ramion Wally'ego i odwrócił się, by spojrzeć na swój telefon i…

Czy to nie mój telefon?

— Czy to nie jest moje? Ukradłeś to!

— Tak — powiedział Dick, fachowo rozszyfrowując blokadę komórki Wally'ego.

— Przestań!

Wally rzucił się na Dicka, co spowodowało, że ten się cofnął i odwrócił się plecami. Wally próbował sięgnąć po telefon, ale Dick trzymał go z dala od niego, skutecznie obracając się z nim za każdym razem, gdy Wally zdołał się do niego zbliżyć. Jeszcze trochę mocowali się na podłodze, wydając z siebie: "Ała!" lub "Przestań!" od czasu do czasu, dopóki ktoś nie krzyknął obok nich.

Obaj zamarli i spojrzeli w stronę drzwi. Alfred stał tam, oceniająco unosząc jedną brew.

Wally siedział obecnie na plecach Dicka, pszyszpilając go do ziemi i próbując sięgnąć po telefon, podczas gdy drugi bohater wyciągał się tak daleko, jak tylko mógł, aby mu to uniemożliwić.

— Panie Dick, mistrz Bruce chcę abyś coś dla niego zrobił. — Alfred brzmiał tak sucho, jak zawsze. Jeśli uważał ich pozycję za zabawną, to nie pokazywał tego.

— Tak powiedział?! Zejdź ze mnie Wally. — Dick prawie zrzucił z siebie Wally'ego, stając nagle i poprawiając ubranie.

— Mój telefon. — Wally natychmiast złapał Dicka za ramię. Nie było mowy, by pozwolił mu uciec z nim. A Dick, o dziwo, po prostu mu go przekazał.

— Wiesz, że mogłeś użyć swojej szybkości? — Po tym oświadczeniu Dick mrugnął, zanim odwrócił się w stronę Alfreda, zostawiając Wally;ego, by ten się dąsał. — O co chodzi z Bruce'em potrzebującym mojej pomocy?

— Mistrz Bruce nie potrzebuje twojej pomocy. Doszło do zasadzki i został umieszczony pod ochroną policji. Nie może sam ściągać napastnika — wyjaśnił Alfred, gdy Dick podszedł do niego. — To dość niefortunne.

Alfred odwrócił się, by iść za Dickiem do Jaskini Nietoperza, kiedy Wally odchrząknął i nagle stanął przed nim.

— Um… czy dzwonił do ciebie ze swojego telefonu?

Co prawdopodobnie było dziwnym pytaniem w tej sytuacji, ale Wally musiał wiedzieć, czy Bruce już coś wydedukował z jego odpowiedzi, czy zostało mu jeszcze trochę czasu.

— Zadzwonił z komisariatu policji. Najwyraźniej atak zniszczył wszystkie urządzenia elektroniczne.

— Wspania… to znaczy… to… naprawdę okropne. Dlaczego mieliby to zrobić? Przestępcy w dzisiejszych czasach.

Wally widział zmieszanie Alfreda, może nawet ciekawość. Prawdopodobnie dlatego, że Wally nie był znany z tego, że cieszył się z destrukcji.

— Rzeczywiście… — Po krótkiej odpowiedzi i skinieniu, Alfred poszedł za Dickiem.

Wypuszczając powietrze z płuc, Wally był wdzięczny z tę krótką chwilę spokoju i ciszy.

Kiedy Bruce wrócił, Wally musiał przetestować wody i sprawdzić, czy Wayne zdążył przeczytać już jego wiadomości.

Tak. Właśnie to zamierzał zrobić.

OoO

Właściwie to nie było to, co zrobił Wally.

Zajmował się tym i owym, nawet potajemnie posprzątał kilka pokoi, żeby się czymś na razie zająć. Aż usłyszał zbliżające się kroki. Zbyt ciężkie, jak na Alfreda i zbyt… potężne jak na Dicka. Jasne, Bruce i Dick mogli się skradać jak nikt inny, ale ta osoba nie próbowała się skradać.

Zebrawszy się w sobie, Wally stanął w miejscu i przemyślał, to co miał do powiedzenia. Jakich wskazówek miał szukać. Być chłodnym i rozsądnym.

Naturalnie Wally wpadł w panikę, kiedy ta osoba była tylko kilka kroków od otwartych drzwi.

Oczywiście, pobiegł.

Trzy pokoje dalej wpadł na ścianę, zbyt zajęty sprawdzaniem, czy jest śledzony, aby patrzeć przed siebie.

Jęcząc i potykając się, Wally przyłożył dłonie na twarzy, oddychając głęboko, by stłumić ból.

— Uch… przestań — jęknął do nikogo w szczególności.

Ból powoli ustąpił, więc położył jedną rękę na ścianie, żeby się na chwilę podeprzeć. Naprawdę nie był ścigany. Dziwne. Myślał, że w tym domu nie byłoby to możliwe.

Opuszczając ramiona, Wally odwrócił się w stronę ściany, na która wpadł i zatrzymał się jak wryty, widząc małe kropelki krwi na ścianie. Natychmiast oderwał rękę od muru i zobaczył, że zostawił krwawy odcisk dłoni.

Jego ręce były zakrwawione. Cholera.

Wally wytarł miejsce pod nosem rękawem, by nie mieć do tego wszystkiego zeschniętej krwi na sobie. Wspaniale. Dlatego tak bardzo bolała go twarz.

Po prostu świetnie.

Musiał to posprzątać, zanim ktoś inny tutaj przyjdzie.

Nie marnując więcej czasu, Wally przemknął przez posiadłość i zebrał potrzebne mu rzeczy. Na szczęście dla niego był wystarczająco szybki, żeby krew nie wyschła zbyt mocno. Chociaż powinien uważać, aby przypadkowo nie wcierać ją w ścianę, zamiast jej usuwać.

Wally odstawił wiadro z wodą i delikatnie dotykał mokrą szmatką ściany. Najpierw musiał pozbyć się największej plamy, a potem mógł zająć się resztą.

Już prawie kończył. Jeszcze kilka pociągnięć tu i tam i nikt by się nie dowiedział.

— Co robisz?

Wally pawie znów wbił twarz w ścianę. Prawie.

— Bruce! Nic, tylko sprzątam i um… nie mów Alfredowi!

— Co ci się stało?!

Nagle Bruce znalazł się przy nim, z ręką na jego brodzie, przechylając głowę rudzielca z lewej na prawą stronę. Racja. Wciąż był zakrwawiony i prawdopodobnie wyglądał niczym mały koszmar.

— Ach, nic mi nie jest. Czasami się to zdarza.

Wally próbował uspokoić Bruce'a. I to nawet nie było kłamstwo. W jego zawodzie i z jego mocami? Tak, wpadanie na ściany było częstym zjawiskiem.

Bruce zmrużył oczy i spojrzał z Wally'ego na ścianę i z powrotem.

— Unikasz mnie.

— Co?! Ja? Nigdy!

Próbowałeś mnie uniknąć i wpadłeś na ścianę.

Prawdopodobnie Bruce uznałby to za nieco zabawne, gdyby twarz Wally'ego nie była pokryta zaschniętą krwią.

Słyszenie o kimś, kto z duża prędkością wpada na ścianę brzmiało bardziej zabawnie niż oglądanie wyniku tego.

Wally po prostu zamknął usta i zarumienił się. Nie żeby było to widoczne pod tą całą czerwienią. Jego włosy i krew. Był czerwonym bałaganem.

Następująca po tym ciszę potwierdziła teorię i Bruce powoli puścił podbródek Wally'ego.

— Czy istnieje powód, dla którego mnie unikasz?

— Nie wiem. Istnieje?

Wally poruszał się teraz po cienkim lodzie. Bruce wciąż był tajemniczy jak zawsze, a Wally wciąż nie wiedział, czy przeczytał jego wiadomość.

Choć w oparciu o ich obecną interakcję wydawało się, że tak nie było. Co sprawiło, że jego zachowanie było prawdopodobnie bardzo dziwne. Wbieganie na ściany i unikanie Bruce'a.

— Czy… będziesz miał coś przeciwko, jeśli się umyję?

To była rozsądna prośba. Wally był tego pewien. I nie dlatego, że próbował udawać, że nie wiedział o czym wcześniej rozmawiali.

— W żadnym razie. Będę ci towarzyszył.

Bruce skinął głową i zaczął mijać Wally'ego, zatrzymując się tylko po to, aby zobaczyć, czy drugi bohater rzeczywiście za nim podąża.

— Nie powiesz Alfredowi? Mam na myśli ścianę.

— Zabawne. To moja rezydencja, ale martwisz się reakcją Alfreda. — Niezależnie od tego, jak zabawne to było, Bruce brzmiał jedynie na lekko rozbawionego. Co sprawiło, że Wally poczuł się winny z kilku powodów. Rujnowanie ściany. Ignorowanie faktu, że była to rezydencja Bruce'a. Czuł się jak dupek. Już miał wyrazić swoje przeprosiny, kiedy Bruce kontynuował rozmowę: — ale nie musisz się martwić. Po prostu wyremontuję cały pokój.

Wally gapił się na Bruce'a.

Wyremontować cały pokój? Z tego powodu? Przez niego? Naprawdę był dupkiem, czyż nie? Zrujnował cały pokój.

Obaj szli w milczeniu. Bruce wydawał się stosunkowo spokojny, podczas gdy Wally nie czuł takiego wzburzenia od dawna.

W końcu dotarli do łazienki i Wally odkręcił gorącą wodę, by porządnie umyć twarz. Mógłby nawet trochę się przestraszyć, widząc swoje odbicie, gdyby nie to, że był do tego przyzwyczajony.

Albo że jego szybkość pozwalała mu wyglądać, jakby był do tego przyzwyczajony. Małe błogosławieństwa i tak dalej.

Po umyciu rąk zaczął używać ich do wycierania zaschniętej krwi. Woda bardzo w tym pomogła.

W lustrze Wally widział Bruce'a stojącego w drzwiach i obserwującego go. Natychmiast skupił się na własnym odbiciu, a nie na Bruce'ie.

Schylając się, skończył obmywać twarz i chwycił ręcznik, żeby się osuszyć.

— Co do twojego tekstu… — powiedział nagle Bruce, a Wally zamarł.

Wpatrywał się w kran. Ręcznik częściowo zakrywał mu twarz. Musiał wyobrażać sobie mówiącego Bruce'a. Naprawdę nie było innego wytłumaczenia. Wally zrelaksował się. Nie było żadnych poszlak, że Bruce… to przeczytał.

Powoli opuścił ręcznik i zwrócił się do Bruce'a, ale ten wyglądał tak samo jak zawsze. Wciąż się na niego wpatrywał. Choć tym razem nie za pomocą lustra.

— Co? — Gdyby Wally po prostu grał głupiego, mógłby się dowiedzieć, o co chodziło. Bruce odpowiedziałby na własne pytanie albo…

— Twoja wiadomość. Przepraszam, że nie odpowiedziałem na nią od razu.

Gdyby nie przeprosiny, Wally mógłby po prostu paść zemdlony lub zrobić coś równie zawstydzającego. W tej chwili tylko lekko się zarumienił i potrząsnął głową.

— Jest… w porządku. Musiałeś… musiałeś iść na to spotkanie i… takie tam...

Wspaniale. Super. Totalna beznadzieja. Boże, był w tym okropny.

Bruce spojrzał, z czymś co mogło być wesołością, na Wally'ego i podszedł bliżej.

Łazienka była ogromna, ale Wally wciąż czuł się uwięziony między Brucem a umywalką.

Nadal trzymał ręcznik, który był prawdopodobnie jedyną rzeczą trzymającą Wayne'a z dala.

Nie żeby Bruce coś zrobił? Chociaż może Wally właśnie poruszał się z większą prędkością. To mogłoby być możliwe. Mrugając kilka razy, sprawdził, jak szybko Bruce wydaje się oddychać i odkrył, że och, nie przyspieszył przypadkowo.

W rzeczywistości Bruce po prostu tam stał.

I wpatrywał się w niego.

Co Wally miał teraz powiedzieć? O wiadomości?

— Jak tak szybko uciekłeś policji?

Dobrze. To nie było pytanie, które chciał zadać. Ale i tak było dobre.

Bruce spojrzał na Wally'ego, zanim spojrzał na ręcznik w jego dłoniach i również delikatnie go chwycił.

— Upierałem się, że wszystko będzie dobrze i pozwolili mi odejść, pod warunkiem, że odprowadzą mnie do domu. Zrobili to.

Ach, tak łatwo było uciec policji?

— A Dick?

— Dick — zaczął Bruce i powoli zabrał Wally'emu ręcznik, by położyć go na umywalce za nimi — obecnie aresztuje przestępców, którzy próbowali mnie zaatakować.

Wspaniale.

Wally zastanawiał się nad tym w głębi umysłu. To naprawdę nie była nagląca sprawa, ale i tak jego usta pytały o to.

— Co do twojej wiadomości, Wally — zaczął znowu Bruce i sądząc po jego minie, wiedział, jak bardzo to denerwowało Wally'ego — nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz.

Naprawdę nie chciał, ale tylko dlatego, że nie wiedział, jaki będzie wynik. Każdy możliwy wynik byłby przerażający.

Bruce mógł go odrzucić. Albo co gorsza, faktycznie czuł to samo? Co wtedy by się stało? A było tak wiele możliwości pomiędzy, że było możliwe, że byłoby to coś innego. Z drugiej strony, Wally zawsze zadawałby sobie pytanie o to, gdyby teraz odpuścił.

— Nie… w porządku. — Może jego głos był trochę zbyt wysoki. Być może.

Bruce tego nie skomentował.

— Czyli… lubisz mnie?

Po raz kolejny Wally chciał wiedzieć, czy to się naprawdę dzieje, czy to był jakiś dziwny sen spowodowany gorączką. Nie żeby miał gorączkę. Ale marzenia, ich miał dużo.

Najdziwniejsze było usłyszenie, jak Bruce Wayne pyta niczym uczennica, czy Wally go lubił.

Wally właściwie użył tego wyrażenia w swojej panice i niezdolności do wyrażenia rzeczy w sposób, dzięki któremu brzmiały dobrze.

Wziął głęboki oddech.

— Tak… lubię cię… bardzo, ale… — Wally urwał i spojrzał ponad ramieniem Bruce'a —...po prostu cię lubię.

— Ale co?

Bruce niczego nie zdradzał i gdyby nie życzliwe spojrzenie, jakie otrzymał Wally, mógłby prawie pomyśleć, że Bruce będzie się z niego wyśmiewać.

— Lubię cię — powtórzył Wally i ponownie spojrzał wprost na Bruce'a. — Może nawet się w tobie kocham.

Tam. To była najbardziej dorosłe wyznanie uczuć na jakie mógł się zdobyć.

Bruce zamruczał, co było dziwną odpowiedzią na wyznanie i uniósł rękę, by objąć twarz Wally'ego. Druga wkrótce podążyła za nią i Bruce pochylił się.

Rumieniąc się szaleńczo, Wally stał zupełnie nieruchomo, bojąc się przerwać ten moment, który mieli. Ale Bruce wciąż się zbliżał, nawet nieco przechylił głowę i zatrzymał się w pewnej odległości.

— Czy nadal boli cię nos? — Był to szept, niski i wywołujący mrowienie w kręgosłupie.

— Nie… jedynie… to dziwne uczucie.

Wally nie mógł się teraz skupić na swoim nosie. Nie z uczuciem oddechu Bruce'a na twarzy.

— Mmm, dobrze — mruknął Bruce i zamknął dzielącą ich lukę.

Ich usta spotkały się i nagle Wally znów wiedział, jak się poruszać. Przycisnął się delikatnie do Bruce'a. Zetknął się z jego ustami z własną lekko pochyloną głową, skrępowaną dłońmi po obu stronach jego twarzy. Nie minęło dużo czasu, zanim ich języki spotkały się nagle, a Wally nie był pewien, kto zaczął to pierwszy.

Napierali na siebie, ich wargi ocierały się o siebie tylko po to, by znów się spotkać. Kiedy się rozdzielili, plecy Wally'ego były przyciśnięte do umywalki, a Bruce opierał się o jego klatkę piersiową.

Naprawdę nie miał nic przeciwko temu. Jego rumieniec wciąż był silny, ale przynajmniej miał teraz swoją odpowiedź. Wally był prawie pewien, że to było jedna cholerna odpowiedź.

— Co… teraz zrobimy? — Ponieważ było to uzasadnione pytanie, które ludzie zadawali w takiej sytuacji. Okej?

— Możemy dalej się całować w tej łazience. — Bruce wyszczerzył się i pochylił się jeszcze bardziej. — W łazience można zrobić o wiele więcej rzeczy. — A to zdecydowanie nie pomagało żarowi promieniującemu z twarzy Wally'ego. — Zamierzamy jednak znaleźć Alfreda i coś zjeść. Jestem pewien, że nie jadłeś z powodu tych wiadomości.

Wally przewrócił oczami i odwrócił wzrok od Bruce'a, co było nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, jak blisko był. Wayne był wystarczająco wysoki, by zasłonić większość jego widoku.

Ale Bruce nie mylił się i na wzmiankę o jedzeniu jego żołądek zdecydował się odezwać.

Zdrajca.

— W porządku — zadrwił i poruszył się trochę, żeby wydostać się spomiędzy Bruce'a i zlewu.

Bruce nie pomagał w żaden sposób, pozwalając Wally'emu wyślizgnąć się, zanim faktycznie się wycofał.

Uśmiechając się teraz, zamiast szczerzyć się, Bruce spojrzał na Wally'ego, po czym odwrócił się i wyszedł z łazienki.

Wally natychmiast podążył za nim.