Rozdział 119: Pobudka w szpitalu
Mycroft jako pierwszy zarejestrował dźwięk maszyny. To i ostry, kłujący ból w boku. Zmarszczył brwi i mimowolnie chrząknął, przesuwając się na łóżku, które nie należało do niego, próbując zorientować się w sytuacji. Mocno bolała go głowa i kiedy zaczął mrugać, by uzyskać wyraźny obraz, zauważył, że nie był sam w pokoju.
Jego najdroższy Gregory siedział zgarbiony na krześle, mocno śpiąc. Spojrzenie jasnoniebieskich oczu Mycrofta złagodniało, gdy wpatrywał się w swojego partnera, oceniając jego wygląd. Mężczyzna w ostatnim czasie niewiele spał i bez wątpienia nie opuścił tego krzesła od ich przybycia tutaj. Często szarpał swoje włosy i nic nie jadł. Najprawdopodobniej Greg żył jedynie na kawie i chipsach z jakiegoś automatu, który znajdował się w holu szpitala.
Mycroft westchnął przez nos. Gregory nigdy o siebie nie dbał. Byłby tym bardziej zirytowany, gdyby nie okoliczności. Trochę zajęło mu całkowite uprzytomnienie sobie sytuacji, ale kiedy to zrobił, zrozumiał cały kontekst. Został postrzelony. Szanse, że kula trafiła w miejsce, które było nie zasłonięte kamizelką kuloodporną były raczej niewielkie. A jednak jakoś mu się to przytrafiło. To dlatego Greg nie chciał, żeby tam był, chociaż Mycroft wiedział, że jego obecność była nieco potrzebna. Ale wyraz oczu jego ukochanego, gdy został postrzelony… To było spojrzenie, którego wolałby nigdy więcej nie widzieć.
Wydawało się, że czas zwolnił, kiedy się to stało. Mycroft nigdy nie przypuszczał, że było to możliwe, a jednak zdecydowanie tak było. Jego rana w żadnym wypadku nie była śmiertelna, ale ból… Zniszczył wszelkie racjonalne myśli. Żaden z nich nie wiedział wtedy, jak poważna była rana i czy istniało prawdopodobieństwo, że umrze tej nocy.
Cichy jęk wydobył się z niego wbrew jego woli i ten dźwięk sprawił, że inspektor poruszył się na swoim krześle. Mycroft poczuł się źle, budząc mężczyznę, gdy ten tak bardzo potrzebował snu. Greg poderwał się, siadając prosto z szeroko otwartymi oczami, pochylając się nad łóżkiem.
— Myc — sapnął, delikatnie chwytając jego dłoń. — Chryste, czy wszystko w porządku?
— Ni… — rozpoczął Mycroft, ale jego długo nieużywany głos załamał się . Spowodowało to atak delikatnego kaszlu.
Greg odwrócił się i sięgnął po szklankę z wodą, w której była słomka i podał mu ją.
— Proszę — szepnął, a Mycroft z wdzięcznością włożył słomkę do ust. Był w stanie przełknąć tylko kilka łyków, ale i tak poczuł ulgę w gardle.
— Dziękuję — westchnął, lekko opadając na łóżko. — Gregory… należą ci się najszczersze przeprosiny. Powinienem…
— Ciii, cicho kochanie, w porządku — szepnął Greg, delikatnie ściskając jego dłoń. — Wszystko jest dobrze, a najważniejsze, że żyjesz. Tylko to się liczy.
Mycroft przytaknął, zerkając na ich złączone dłonie. Tak, jego najdroższy Greg miał rację. Żył. W żadnym wypadku nie był to pierwszy raz, gdy pracował w terenie. Był do tego przeszkolony. A jednak… coś się zmieniło w tym łańcuchu wydarzeń. Na tyle, że prawie kosztowało go to życie. To było okropne doświadczenie.
— Powinienem cię posłuchać — przyznał po chwili ciszy. Greg skinął głową, spoglądając na niego.
— Do diabła, powinieneś — zgodził się Greg z westchnieniem. Pobrzmiewała w tym złość, ale nie kryła się za nią żadna siła. Mycroft mógł powiedzieć, że mężczyznę ogarnęło zmęczenie i wdzięczność. — Prawie…
— Wiem — powiedział Mycroft, więc Greg nie musiał tego mówić.
Greg go prawie stracił. Mycroft był tego bardzo świadomy. Z siłą, którą aktualnie posiadał, próbował uścisnąć uspokajająco dłoń Grega.
— Nigdy więcej, Mycrofcie — powiedział Greg z nieco większą siłą. — Rozumiesz? Pozwól mi, że od teraz ja będę zajmować się takimi sprawami. Martwię się o ciebie wystarczająco, jeśli chodzi o twoja pracę bez dodawania do niej takich atrakcji. Mogę się tym zająć. Musisz mi zaufać.
— Ufam ci — sapnął Mycroft, zamykając oczy, gdy znów zaatakował go ból głowy. — Ale dobrze. Zgadzam się na twoje warunki.
Nie było mowy, żeby Greg przyjął inna odpowiedź. Mycroft był tego świadomy. Poza tym starszy mężczyzna się nie mylił. Był niesamowicie dobry w swojej pracy i chociaż niektóre rzeczy były w swej naturze niezwykle delikatne, być może istniały sposoby na bliższą współpracę z Gregiem bez konieczności samodzielnego przebywania w terenie. Wydawało się, że to będzie najbardziej idealne rozwiązanie dla nich obojga.
— Dobrze — szepnął Greg, a jego głos lekko drżał. — A teraz wracaj do zdrowia. Chcę cię zabrać do domu.
