– MUSICIE ich spróbować! – wykrzyknęła zarumieniona z emocji złotowłosa niziołek, wyciągając przed siebie oblepiony lukrem pakunek. Mężczyzna ubrany w białe szaty z wdzięcznością przyjął jedną z apetycznie wyglądających, słodkich bułek.

– Jagodzianki? – powiedział z kwaśną miną stojący obok krasnolud, zaglądając do środka torby.

– O Morrze, jakie dobre. – przerwał mu mag. – Golgni, naprawdę musisz ich spróbować.

– No nie mów, że nie weźmiesz chociaż jednej! – Ludbell potrząsnęła przed nim pakunkiem, a zachęcająca woń świeżego pieczywa rozeszła się w powietrzu mimo obezwładniających zapachów wokół nich. Z kieszeni płaszcza niziołek wychynęła głowa zaciekawionej, skuszonej obietnicą przysmaku, wiewiórki.

– Piwa bym się napił. – burknął krasnolud, rozglądając się wokół nieufnie. – Po słodkim na pusty żołądek będę rzygał.

– Fioletowe wymioty z ust krasnoluda byłyby tu chyba największą atrakcją. – odparł Tolzen, wyciągając z kieszeni garstkę orzechów i podając je wiewiórce. – Ale masz rację, rozejrzymy się jeszcze chwilę i usiądźmy gdzieś. – dodał, spojrzawszy na ulicę ponad głowami tłumu.

– Grimwold… – zaczęła Ludbell, wyciągając lekko przed siebie swoje spływające jagodami dłonie. – Mówiłeś, że twoje ubrania są magiczne, nie? Że się tak nie brudzą?

– Yhm. – odparł z pełnymi ustami. Nie zdążył zareagować, gdy niziołek bez wahania wytarła ręce w śnieżnobiałe szaty ucznia Kolegium Światła. – Na miłość Sigmara, Ludbell, nie mam drugich na zmianę!

– Chodźcie po to piwo, bo nie wiem czy pierwszy trafi mnie ten skwar czy jasny szlag. – burknął krasnolud, przepychając się wśród tłumu.

Ubersreiski Jarmark znany był w całym Reiklandzie, a patrząc po ilości przybyłych ludzi wieści o nim rozeszły się także po dalszej części Imperium. Wielobarwne stragany, wstążki, roześmiani goście każdej rasy i pochodzenia sprawiały, że Ludbell nie potrafiła skupić wzroku w jednym miejscu. Ilość fantastycznych kramów z dziesiątkami niesamowitych wytworów ludzkich rąk, zapachy płynące z otwartych drzwi karczm i stoisk ulicznych sprzedawców oraz płynące zewsząd pieśni bardów: wszystko to sprawiało, że niziołek raz za razem rozglądała się wokół oczami pełnymi nadziei i szczęścia. To się musi udać, pomyślała. Jak w ogóle mogłam zastanawiać się nad przyjęciem zaproszenia Grimwolda?

Nie patrząc przed siebie, odbiła się nagle od pleców Golgniego, który zatrzymał się z dłonią podniesioną w górę, wskazując jeden z kramów. Oczy Ludbell otworzyły się jeszcze szerzej, gdy spojrzała na stojącego przy stoisku olbrzymiego, szklanego smoka.

– Witam, witam! Zapraszam, podejdźcie bliżej! – zakrzyknęła sprzedawczyni, zachęcając ich serdecznym gestem dłoni. Jedno z jej oczu wykonane było z tego samego niezwykłego materiału, z którego zrobiono leżące przed kobietą figurki: światło raz zarazem załamywało się w gałce, przez która przebiegały fantazyjne barwy. – Najlepsze i jedyne takie Smocze Szkło! Specjalnie dla was, z okazji dzisiejszego jarmarku, w okazyjnej cenie korony za sztukę!

– Chyba wezmę tego. – powiedział po chwili Grimwold, podnosząc małego, kryształowego smoka. – Nie wiem, kiedy następnym razem wypuszczą mnie z Kolegium, będę miał na pamiątkę. – wytłumaczył Ludbell, wzruszając ramionami i podając kobiecie złotą monetę.

– Przepraszam bardzo. – zaczął Golgni, poprawiając lekko topór i unosząc dumnie podbródek. O nie, nie, nie, pomyślała niziołek widząc cień ciekawości w twarzy krasnoluda. – Skąd ma pani takie zajebiste oko?

Pomimo wszechobecnej wrzawy, uderzenie się otwartą dłonią w czoło przez Grimwolda było bardziej niż słyszalne. Kobieta nie straciła jednak rezonu, a jej uśmiech stał się jeszcze szerszy, ukazując brak kilku zębów.

– Sama sobie zrobiłam. – przyznała z satysfakcją. – Tobie też bym mogła, może nawet tak samo ładne. – mrugnęła figlarnie do krasnoluda, na co Ludbell złapała jego dłoń i zaczęła odciągać go od stoiska.

– Dziękujemy bardzo! Miłego dnia! – krzyknęła, machając wolną ręką do sprzedawczyni, równocześnie przeciskając się z Golgnim przez tłum ludzi. Po chwili dogonił ich Grimwold, pieczołowicie owijając szklanego smoka materiałem i wkładając go bezpiecznie do torby.

– Czemu tu tyle żołnierzy? – zapytał mag, zrównując się z krasnoludem. – Nie wyglądają zbyt przyjaźnie.

– Pod jakim kamieniem żeś się chował, Młody. – Golgni pokręcił głową z niezadowoleniem. – Nie słyszałeś o przewrocie? Altdorfowi trochę nie podobało się jak Ubersreik się rządzi. Nie panują tu już jungfreudowie, chociaż ciągle mają zwolenników. – dodał przyciszonym głosem, wskazując na jedną z grup żołnierzy.

– Myślicie, że Leopold znajdzie nas w tym tłumie? – powiedziała niepewnie, rozglądająca się wokół, Ludbell. – Miał tu być rano, ale…

– Obstawiam, że jakaś panna była ważniejsza od nas. – wzruszył ramionami krasnolud. – Poza tym…

Jego słowa zagłuszyły rozbawione okrzyki uczestników jarmarku. Ludzie zaczęli rozstępować się na boki, zostawiając miejsce na środku ulicy, a nad ich głowami pojawił się wielobarwny transparent. Zaciekawiona Ludbell stanęła na pobliskiej beczce, wypatrując powodu zamieszania.

Zza zakrętu wyłoniła się cudaczna, kolorowa trupa, złożona ze stojących sobie na ramionach niziołków oraz kilkunastu mężczyzn i kobiet. Niektórzy z nich trzymali zapalone pochodnie, pomalowane na niebiesko łuki czy inne rekwizyty, w tym ogromne obręcze wydające rozdzwonione dźwięki, gdy skąpo ubrane damy zaczęły okręcać je wokół bioder.

– Cyrk! – zawołał z radością Grimwold.

– Kurwa, teraz to już na pewno nie dostaniemy już piwa. – mruknął Golgni.

– Spójrzcie tam! – krzyknęła Ludbell.

Spośród tłumu wyskoczył olbrzymi prosiak ujeżdżany przez rudowłosego niziołka ubranego w jaskrawy strój. Uśmiech na jego pucułowatej twarzy znikł jednak szybko, gdy ktoś rzucił w niego kawałkiem ciasta: śmietana zalepiła mu całe czoło i twarz sprawiając, że spadł na bruk.

– Łapcie ją! Łapcie! – wołali rozbawieni ludzie, wskazując brykającą świnię.

– Grimwold. – powiedziała Ludbell zeskakując z beczki i łapiąc maga za rękaw. – Lepiej stąd chodźmy, mam jakieś złe przeczucia.

– Co ty, teraz będzie najlepsze! – odparł Tolzen stając na palcach i obserwując jak ludzie rzucają się na zwierzę chcąc je pochwycić na śliskim placu.

Wśród śmiechów, wiwatów i skandowania zaczęły pojawiać się agresywne krzyki. Golgni odwrócił się gwałtownie w momencie, w którym jedna z obecnych w mieście frakcji żołnierzy rzuciła się na drugą.

– ZA IMPERATORA!

– WIERNI JUNGFREUDOM!

Zabawa przerodziła się w burdę, wśród której większość ludzi zaczęła rozbiegać się i chować, lecz znaleźli się i tacy, którzy zostali na ulicy szukając wymówki do bitki. Kierowany instynktem Golgni stanął jak najbliżej Ludbell, kładąc dłoń na przypasanym toporze.

– Zbieramy się. – burknął, mrużąc oczy w gotowości.

Ludbell nie słyszała jednak jego głosu. Jej uwagę przyciągnął odziany w czerń Nieznajomy, opierający się o jeden z okolicznych budynków. Mężczyzna ściągnął kaptur ukazując nastroszone, kruczoczarne włosy i spiczasto zakończone uszy. Z rozbawieniem oglądał rozgrywające się przed nim próby nieudolnej walki pijanych ludzi na umazanym jedzeniem bruku.

Elf rozejrzał się wokół, a jego akwamarynowe oczy zatrzymały się na niziołek, która nie potrafiła odwrócić wzroku. Zaciekawiony przekrzywił głowę, w skupieniu przypatrując się dziewczynie.

Grimwold tymczasem z niedowierzaniem obserwował jednego z cyrkowców, który nagle, ignorując narastającą wrzawę, stanąwszy na środku ulicy podpalił trzymaną przez siebie pochodnię. Połykacz ognia ukłonił się rozbiegającym walczącym, zdejmując kolorową czapkę i machając nią zamaszyście.

Nieznośne dzwonienie w uszach wyrwało Ludbell z chwili wydającej się być wiecznością. Zobaczywszy jak wyraz twarzy Nieznajomego zmienia się gwałtownie, wyrażając emocje, których nie potrafiła zrozumieć, usłyszała wystrzelony z kuszy bełt.

Ziejący właśnie ogniem cyrkowiec padł na bruk z wystającą z piersi strzałą, a wśród pozostałych na ulicy ludzi dało się słyszeć krzyki przerażenia. Szukający potencjalnego zagrożenia, Golgni rozejrzał się szybko, widząc oddalającego się krasnoluda. Zabójca odwrócił się z paskudnym uśmiechem podziwiając swoje dzieło, a mlecznobiałe oko odbiło promienie słońca, by po chwili zniknąć w tłumie.

Długa wiązanka krasnoludzkich przekleństw płynąca z ust Ullaborsona zwróciła uwagę przechodzących właśnie mężczyzn, kierujących się w stronę walczących żołnierzy.

– A wy, kurwie syny. – krzyknął jeden. – Za kim jesteście?!

– Za naszymi! – odparł Grimwold trzęsącym się głosem.

– Chyba trzeba będzie was nauczyć, kto jest naszymi. – splunął drugi.

Golgni z bojowym okrzykiem ruszył na pierwszego z nich, nie wyciągając nawet topora. Zaskoczony szarżą mężczyzna runął na ziemię, powalony potężnym uderzeniem umięśnionego krasnoluda, który właśnie sięgał po broń.

– O wy kurwy. – powiedział drugi napastnik, wyciągając miecz i idąc w stronę niziołek.

Roztrzęsiony Grimwold puścił kostur, z całych sił napełniając płuca powietrzem. Niewiele myśląc zaczął śpiewać, a z jego dłoni, ku zdziwieniu maga, wystrzeliło sześć świetlistych pocisków trafiając mężczyznę prosto w pierś i odrzucając go kilkanaście metrów w tył. Z ciała buchnęła krew, gdy uderzył o ścianę jednego z budynków.

– Nie, nie, nie! – zawołał przerażony Tolzen, biegnąc ku niemu. – Shallyio, wybacz mi, Morrze, wybacz mi! – mówił do siebie, próbując zatamować krwotok.

Oszołomiona niziołek, stojąc samotnie pośród walczących i uciekających ludzi, rozglądała się wkoło. Irracjonalny strach o Nieznajomego sprawił, że po plecach przeszedł jej zimny dreszcz, gdy nie mogła odnaleźć go wśród wrzawy. Pobliskie uderzenie topora o kamień sprawiło, że podskoczyła. Spojrzała na Golgniego, który z pełną zadowolenia miną przyglądał się zwijającemu się z bólu zbirowi.

Obezwładniająca fala wstydu przetoczyła się przez umysł Ludbell, gdy uświadomiła sobie, że przyjaciele bronili jej, podczas gdy stała bezczynnie martwiąc się o kogoś, kogo zapewne już nigdy nie zobaczy. Otrząsnąwszy się, podbiegła szybko do krasnoluda.

– Wszystko w porządku? – zapytała, próbując ignorować jęki leżącego na ziemi mężczyzny. Nie chcąc ryzykować, by coś stało się Monti, wyjęła ją z kieszeni i położyła na bruku, wskazując kierunek, w którym ma biec.

Sens słów dumnego z siebie Golgniego umknął niziołek, kiedy jej wzrok skupił się odruchowo na starszej kobiecie trzymającej za dłoń młodą dziewczynę. Ich twarze wyrażały przerażenie, gdy szły tyłem, zaganiane do bocznej uliczki przez trzech uzbrojonych krasnoludów. Wymijając zaskoczonego Golgniego, pognała w kierunku zaułka czując, jak adrenalina przejmuje kontrolę nad jej, jeszcze niedawno sparaliżowanymi, członkami.

Opanowana przez wściekłość i strach, nie pomyślała, by przed konfrontacją wyjąć procę czy sztylet. Pędząc najszybciej jak mogła, wydała wojowniczy okrzyk, który sprawił, że napastnicy odwrócili ku niej głowy w zaskoczeniu.

Wybiwszy się z kamiennej powierzchni uliczki, wyprostowała obie nogi, celując w wewnętrzną stronę kolan jednego z krasnoludów. Ten, niespodziewający się ataku pędzącego na złamanie karku złotowłosego niziołka, uderzył głową w ziemię z potężnym łupnięciem, przeklinając głośno.

Ludbell zerwała się, stając oko w oko z pozostałą dwójką. Będący najbliżej niej, uśmiechający się paskudnie ciemnowłosy krasnolud, wyciągnął nóż. Jego lekko zardzewiała kolczuga zadzwoniła cicho, kiedy zrobił krok ku niziołek.

– Nieładnie. – wychrypiał, przejeżdżając kciukiem po ostrzu. – Baradnir nie lubi, kiedy ktoś, a szczególnie taka mała kurewka, przeszkadza mu w pracy.

Nie zdążyła zareagować, gdy krasnolud z zadziwiającą prędkością doskoczył do niej, tnąc równocześnie nożem. Cofnąwszy się o krok, poczuła ostry ból przeszywający jej udo. Instynktownie uniknęła pchnięcia, jednak do walki włączył się również drugi z napastników, zachodząc ją z drugiej strony. Krzyk bólu, który wydała przy następnym cięciu sprawił, że oboje uśmiechnęli się jeszcze szerzej.

Upadła, zostawiając na kamiennej uliczce ślady krwi. Kątem oka zauważyła, jak obie kobiety, korzystając z nieuwagi krasnoludów, wybiegły z zaułka. Całe szczęście, pomyślała mgliście niziołek, czując się coraz bardziej zmęczona.

– Może ostatnie słowa? – unosząc głowę zobaczyła nad sobą zakrwawioną twarz unoszącego topór Baradnira.

– O to samo mógłbym was zapytać, tępe chuje.

Stojący za krasnoludami Golgni zaatakował od razu: odgłos uderzającego trzonka topora o czaszkę był obrzydliwy. Chrzęst kości i dźwięk upadających na bruk zębów sprawiły, że Ludbell odsunęła się gwałtownie. Dopiero po chwili uświadomiła sobie jak wielki był to błąd: jej rana na udzie powiększyła się, a fala wyczerpania sprawiła, że przestała czuć cokolwiek. Przez przymknięte powieki zauważyła jeszcze białe szaty Grimwolda, który z niezrozumiałym krzykiem rzucił się na herszta uzbrojony tylko w swój drewniany kostur.

Zanim pochłonęła ją ciemność, zdążyła jedynie pomyśleć o tym, że przyjeżdżając tutaj powinna pomodlić się do Morra, a nie do Rhyi.