Hotel Hilton, 19h

Choć Monika była pewna, że Sympozjum nie zacznie się punktualnie, zjawiła się w Sali Królewskiej na kilka minut przed siódmą wieczorem.

Sala istotnie zasługiwała na swoje miano. Ledwo przekroczyło się jej próg, a nie można było opanować pełnego podziwu westchnienia.

Przede wszystkim czuło się zaskakujący komfort i wygodę. Niewątpliwie duży wpływ na to miał jej wystrój – stonowane, brązowe ściany, dość wysoki sufit, w którym znajdowało się osiemnaście olbrzymich kręgów, podświetlonych ukrytym ciepłym, żółto-brzoskwiniowym światłem, miękki mahoniowy dywan oraz dziewięć rzędów długich stołów oświetlonych świecami, tkwiącymi w wysokich, filigranowych lichtarzach. Tak samo znaczenie miała łagodna muzyka, która mieszała się z gwarem setek głosów mówiących w przeróżnych językach oraz mocny, ale wcale nie nieprzyjemny zapach perfum.

Ponieważ każdy miał wyznaczone miejsce, niektórzy po odnalezieniu go lawirowali między stołami, wychodzili na zewnątrz, zapewne na ostatniego papierosa, i zbierali się w niewielkie grupki.

Monika przedarła się przez tłum przy wejściu, przeszła do szóstego stołu i odnalazłszy miejsce 647 z elegancką wizytówką, uśmiechnęła się na jej widok:

„Monika Wilkins, Australia, doktor stomatologii, spec. Periodontologia".

Wyglądało na to, że albo Uniwersytet Queensland trochę się pospieszył i przesłał organizatorom Sympozjum jej przyszły tytuł, albo ktoś, kto przygotowywał wizytówki, nie zrozumiał, co znaczy „przewód doktorski w toku".

Sąsiednie miejsce było dla „Wendella Wilkins, lekarza stomatologii", więc bez wahania położyła na krześle torebkę i wyjąwszy z niej program Sympozjum, zaczęła go przeglądać.

Po chwili obok niej usiadł jakiś mężczyzna, a kilka minut później owionął ją mocny zapach perfum i koło niej wyrosła jakaś elegancko ubrana blondynka.

- Och, jak to dobrze, że panią spotkałam! – zawołała i podała jej rękę ozdobioną błyszczącymi pierścionkami. – Doktor Anna Goldberg.

- Monika Wilkins – odparła odruchowo Monika, wymieniając uścisk dłoni.

- Spotkałyśmy się na recepcji – uśmiechnęła się szeroko Anna i Monika natychmiast sobie przypomniała, że faktycznie, kobieta stała tuż za nią. – I przez przypadek słyszałam, że przyjechała pani sama, bez męża...

- Niestety nie mógł przyjechać – odpowiedziała smutnym uśmiechem Monika. – Nieprzewidziane problemy.

Za Anną stanął jakiś długowłosy brunet, ta posłała mu powłóczyste spojrzenie, po czym obróciła się do Moniki.

- Wiem, że to... trochę delikatne... Ale chciałam się zapytać... czy nie przeszkadzałoby pani, gdybyśmy zamieniły się na pokoje? Bo hotel musiał się pomylić i zamiast podwójnego pokoju dał nam pojedyncze i... skoro pani ma podwójny, a jest pani sama...

Monika była tak zaskoczona przedziwną prośbą, że odruchowo kiwnęła głową, bo nie widziała żadnego problemu z mieszkaniem w pojedynczym pokoju. Co prawda wydawało się jej, że skoro to wina hotelu, to hotel powinien szukać rozwiązania, a nie ona, ale...

- Ależ oczywiście, bez obaw – odezwała się, stopując gadającą jak nakręcona Annę. – Tylko...

Radosny uśmiech momentalnie spełzł z twarzy Anny.

- Tylko co...?

- Może zamieńmy się jutro. Bo przyjechałam w południe...

- I pewnie porozkładała już pani swoje rzeczy? To może pójdźmy zaraz po kolacji, ja mogę poczekać, aż je pani złoży!

Monika potrząsnęła głową. Nie zdążyła porozkładać swoich rzeczy, wyjęła tylko kostium na dzisiejszy wieczór i torebkę z kosmetykami. Ale używała hotelowego ręcznika i przecież spała w łóżku. No może raczej NA łóżku, na pościeli, przykryła się tylko puszystym kocem...

Powiedziała to Annie, ale ta zbyła jej obawy machnięciem ręki.

- Żaden problem! Wezmę jeden ręcznik od siebie. I skoro spała pani NA kołdrze, to nic takiego się nie stało! Bardzo pani dziękuję! Dziękujemy – spojrzała wymownie na męża, a ten natychmiast dołączył się do jej wylewnych podziękowań.

Szybko ustalili, że zamienią się pokojami zaraz po kolacji i Anna z mężem odeszli. Monika otworzyła na nowo program Sympozjum, gdy odezwał się jej sąsiad.

- Widzę, że interesują panią najmniejsze detale – powiedział niskim głosem. – A wie pani już, że mowę powitalną wygłosi doktor Roberts, asystentka profesora Neumanna?

Monikę detale specjalnie nie interesowały, ale informacja ją zaciekawiła. Obróciła się na krześle i odłożyła program na bok.

- Nie miałam pojęcia. A skąd pan wie?

- Jestem dobrze poinformowany – uśmiechnął się lekko, po czym spoważniał. - Neumann miał atak serca wczoraj rano i w tej chwili leży w szpitalu.

- O mój Boże!

Mężczyzna pokiwał uspokajająco głową.

- Niech się pani nie martwi, jest w dobrych rękach. Trafił do szpitala z ostrym zespołem wieńcowym, ale na szczęście praktycznie natychmiast, więc obeszło się bez operacji. Teraz zaczęliśmy już rehabilitację, ale trochę potrwa, zanim wypiszemy go do domu.

- My – to znaczy, że pracuje pan tam, tak?

Mężczyzna natychmiast wyciągnął rękę do Moniki.

- Przepraszam, nie przedstawiłem się. David Rawlings. Jestem kardiochirurgiem w London Bridge Hospital. Doktoryzowałem się z chirurgii ogólnej, teraz zacząłem specjalizację w zakresie kardiochirurgii dziecięcej.

Rozmowa z Davidem Rawlingsem okazała się być bardzo wciągająca. Monika zasypała go gradem pytań i bez trudu wyobrażała sobie małych pacjentów, o których mówił. Rawlings nie pozostał jej dłużny i dopytywał się o jej przewód doktorski i oboje nawet się nie zorientowali, jak minęło pół godziny, zabłysły reflektory skierowane na podwyższenie po ich prawej stronie i ustała cicha muzyka.

- Chyba wreszcie się zacznie – mruknął Rawlings.

W tym momencie rozległa się zupełnie inna muzyka – o wiele głośniejsza, typowa na otwarcie jakiegoś spotkania, rozmowy na sali ucichły i naraz na podwyższeniu ukazała się jakaś kobieta, która energicznym krokiem podeszła do podium na środku.

Miała na sobie skromny czarny kostium z bordowymi dodatkami, włosy upięte w elegancki, lecz zarazem luźny sposób, jakby czesał je wiatr, bardzo delikatny makijaż i uśmiechała się w zaraźliwy sposób. Z tej odległości Monika nie umiała powiedzieć, w jakim mogła być wieku, ale wyglądała szalenie sympatycznie. Nawet bardziej niż sympatycznie. Monika poczuła miłe piknięcie w sercu i coś się w niej uśmiechnęło.

- Dobry wieczór państwu – nawet jej głos brzmiał... radośnie. – Nazywam się Elizabeth Roberts i jako gospodarz tego spotkania, mam ogromny zaszczyt powitać państwa na XVI-tym Sympozjum Światowego Stowarzyszenia Lekarzy w Londynie.

Mówiąc to, skłoniła się lekko w ich stronę, gdzieś po prawej stronie rozległy się pojedyncze brawa i natychmiast dołączyła do nich reszta sali, a doktor Roberts od razu się do nich przyłączyła.

- Te brawa należą się wam, a nie mi – skomentowała je, gdy nieco ucichły i natychmiast, jak za dotknięciem różdżki jakiegoś magika, zapadła absolutna cisza i tylko widać było uśmiechy na twarzach ludzi dookoła. – Muszę się wam przyznać, że to bardzo... niespodziewany zaszczyt. Tę przemowę miał wygłosić profesor Neumann, ale wczoraj doznał lekkiego ataku serca i niestety nie mógł się tu dziś zjawić.

Rozległy się ciche ochy i achy i doktor Roberts uśmiechnęła się pogodnie.

- Proszę się nie martwić. Widziałam się z nim dziś rano, więc mogę was zapewnić, że profesor czuje się już bardzo dobrze i kazał mi przekazać wam pozdrowienia. Jest pod doskonałą opieką medyczną, ale oszczędzę wam szczegółów, bo i tak ich nie zrozumiecie.

David Rawlings zachichotał głośno, kilka innych osób również i naraz cała sala zatrzęsła się ze śmiechu i posypały się gromkie oklaski.

.

Beth spojrzała na ekran znajdujący się na pulpicie, zobaczyła zaznaczony na szaro pierwszy akapit przemowy profesora Neumanna, ale naraz nabrała ochoty, żeby powiedzieć coś innego. Od siebie.

Co prawda spędziła z technikiem sceny praktycznie pół godziny na formatowaniu tekstu, wyborze sposobu wyświetlania i przetrenowaniu używania interaktywnego pulpitu, więc wiedziała, że ktoś słucha jej teraz, śledzi tekst i jeśli od niego odejdzie, nie będzie już mogła liczyć na podpowiedź, ale... czuła, że może sobie na to pozwolić.

Wyjęła więc mikrofon ze statywu i wsłuchując się w oklaski, zrobiła powoli kilka kroków wzdłuż niewielkiej sceny.

- Gdy przed chwilą weszłam do hotelu – odezwała się, kiedy zapadła cisza - natknęłam się w holu na grupę niemieckich turystów, którzy oglądali afisz naszego sympozjum i dyskutowali o tym, co my tu robimy. I wiecie państwo co? Przyszło mi do głowy, że to bardzo trafne pytanie. Lecz nie, co my TU robimy, ale w ogóle, CO tu robimy. Z jakiego powodu tu trafiliśmy.

Pozwólcie, że opowiem wam, czemu ja się tu znalazłam. Otóż... można powiedzieć, że sprowadziła mnie tu mała dziewczynka. Mała, przerażona i zapłakana dziewczynka, która chowała się w cieniu namiotu na afrykańskiej ziemi i przyglądała się rzeszy chorych i cierpiących ludzi stojących w długiej kolejce po pomoc. Pamiętam, że czułam się tak przez cały rok pobytu w Nigerii, dokąd zabrali mnie moi rodzice – nauczyciele. I właśnie wtedy odkryłam swoje powołanie...

.

.

Australia, Birriani

Wtorek, 7:30 rano

21:30 czasu angielskiego

Hermiona przebudziła się już jakiś czas temu, ale zamiast wstać, zamknęła na powrót oczy i natychmiast w jej wyobraźni pojawił się Severus. Choć jeśli miała być ze sobą szczera, był w niej nawet wcześniej. I być może od wczorajszego wieczora wcale jej nie opuścił.

Ale teraz mogła na spokojnie spojrzeć na to, co wczoraj było wirującą w szalonym tempie karuzelą wydarzeń, odkryć i emocji. Szczególnie w nocy.

Gdy sięgnęła pod poduszkę, jej palce natychmiast odnalazły tętniące ciepło.

No właśnie. Miłość.

Kiedy wczoraj rano wreszcie nazwała to, co czuła, natychmiast uznała, że z jego strony nie ma co liczyć na wzajemność. Nie zastanawiała się, dlaczego, po prostu uznała, że ktoś taki jak Severus Snape nigdy nie będzie czymś takim zainteresowany.

Ale w środku nocy zrozumiała, czemu tak myślała.

Zbudziły ją znów zduszone jęki pary z któregoś z pokojów i wtedy pojęła, że właśnie tego zabrakło.

Miłość nieodmiennie kojarzyła się jej z czułością, pieszczotą, uwodzeniem czy pragnieniem tej drugiej osoby. I seksem.

Ale do tej pory żadnego z tych pojęć nie łączyła z Severusem.

Przez lata był jej profesorem. Widziała, jak wykładał, jak chodził i jak jadł. Czasem słyszała, jak inni uczniowie zastanawiali się, czy „Nietoperz" akurat nie śpi.

Później widywała go czasem na Grimmauld Place składającego raporty.

Jeszcze później dowiedziała się, że był również szpiegiem.

Kiedy Harry ujawnił jego wspomnienia, dowiedziała się, że zawsze kochał jego matkę, choć ta wybrała kogoś innego.

Od roku spotykała go w miarę regularnie, gdy przynosił eliksiry do Kliniki.

I ostatnio miała okazję poznać go bliżej – jego inteligencję, chęć ochrony innych i jej samej. Ale w tym wszystkim nie było ani knuta erotyzmu.

Nigdy, przenigdy, nie widziała go przyglądającego się jakiejś kobiecie, uwodzeniu jej, całującego w rękę, tańczącego z nią... tak więc do tej pory Severus Snape kojarzył jej się z ascetą, który co najwyżej pozwoli sobie na platoniczną przyjaźń.

Pewnie dlatego odkrycie, że całował się z Alex Rayleigh aż tak nią wstrząsnęło. Nie tylko fakt, że ktoś inny odebrał jej wyłączność na to coś, co między nimi było, ale i to, że wcale ascetą nie był.

Był prawdziwym mężczyzną.

A jako prawdziwy mężczyzna z pewnością mógł uwodzić, całować i być z kobietą.

Z tego, co mówił Tau, wynikało, że na całowaniu się nie skończyło, bo jak inaczej można było zrozumieć, że Rayleigh rozwiązała mu ręce, „żeby… no wiesz"? Więc może byli ze sobą? Jeśli nie teraz, to może w przeszłości?

Tu jej nocne przemyślenia się skomplikowały. Albo to coraz głośniejsze odgłosy miłości zza ściany, albo wizja Severusa trzymającego w objęciach jakąś kobietę sprawiły, że zrobiło się jej gorąco. Patrzyła, jak Severus przyciągnął ją i zaczął całować. To był długi i gorący pocałunek, który pozbawił ich oboje wszelkich zmysłów. I kiedy ich oddechy nie nadążały już za galopującymi sercami, Severus oderwał się z głuchym westchnieniem, które zawibrowało gdzieś w jej piersi, obrzucił ją wzrokiem, w którym czaiła się obietnica i pochylił, by odnaleźć zagłębienie koło jej ucha...

Ktoś krzyknął, ciemność wybuchła tysiącem gwiazd i Hermiona usiadła gwałtownie.

Nie umiała powiedzieć, kto to był, para za ścianą czy ona sama, bo... sama nie wiedziała czemu, od któregoś momentu kobieta w jej wyobraźni miała jej twarz.

O Boże, o Boże, o Boże, o Boże...

Ukryła twarz w drżących dłoniach i spróbowała przełknąć ślinę, ale wpierw musiała złapać oddech. Którego jej zabrakło.

Gdy w końcu jakimś cudem odzyskała panowanie nad sobą, rzuciła Quiesus dookoła całego łóżka i dopiero wtedy położyła się spać. Nie sięgała pod poduszkę – bała się, że tym razem to ona poparzy Kamień.

To było w nocy. Teraz wizja jej i Severusa przybladła, ale nadal czaiła się gdzieś na krańcach świadomości i nieustannie kusiła szalonymi, namiętnymi obrazami.

Hermiona jeszcze chwilę toczyła walkę z wyobraźnią, aż w końcu wstała i poszła do łazienki.

Tym razem nie musiała spoglądać przez okno, żeby Wiedzieć, że Severus siedzi na dworze, czekając na brzask.

.

Severus poznał, kto nadchodzi po cichym odgłosie klepania sandałów o bose stopy. Chwilę później owionął go znajomy zapach i gdyby wcześniej miał jakieś wątpliwości, teraz wiedziałby już na pewno.

Hermiona przywitała się z nim lekkim uśmiechem, po czym w zupełnej ciszy usiadła obok, więc na nowo pogrążył się w myślach. I choć od wczorajszego wieczora udało mu się poskładać jego świat, wciąż był zaskoczony, jak łatwo wtedy sam siebie oszukał.

Ale wraz z brzaskiem odeszły upiory przeszłości, odegnane światłem i migdałowym wiatrem. Zupełnie jakby pomiędzy nie i niego wśliznął się jakiś niezauważalny Patronus.

Nie wiedział nawet, kiedy blask na horyzoncie zbielał, błysnął pierwszy, oślepiający promień i chwilę później ukazał się im rąbek słońca, które szybko wspięło się na niebo i rozgrzało wszystko dookoła. Tak samo jak uśmiech obok.

- Dzień dobry – odezwała się Hermiona. – Mam nadzieję, że nie spędziłeś tu całej nocy?

Severus skinął jej na powitanie.

- Nie.

- Wszystko w porządku? – spojrzała na niego z troską.

- Dlaczego ma nie być?

- Bo wczoraj wieczorem... nie byłeś w najlepszym stanie.

Z całą pewnością Severus nie zamierzał się jej spowiadać.

- Czy twoim zdaniem wyglądam na kogoś, kto potrzebuje pomocy?

- Wnioskując z tego, co powiedział mi Tau, owszem. Ty i ja – i na widok uniesionej w górę brwi dodała. – Ponoć połowa mieszkańców uznała, że zwariowaliśmy, skoro w gorący wieczór rozpaliliśmy ognisko.

- Trzeba było mu powiedzieć, że ponoć zaczęła się tu zima.

- I dlatego robiliśmy za dwa bałwany?

- Mielibyśmy oszałamiającą konkurencję – uśmiechnął się kącikiem ust.

Hermiona roześmiała się radośnie. Zdecydowanie, KOCHAŁA jego poczucie humoru!

- Powiem mu. O bałwanach też. Ale może pod koniec naszego pobytu, bo wolałabym, żeby nie próbował się mścić i zaserwować na przykład pieczonych chrząszczy czy smażonych mrówek. Czy suszonych pająków.

- Na twoim miejscu nie liczyłbym, że będą pieczone czy smażone. Te... bałwany wolą wszystko na surowo – Severus nie był wybredny, jeśli chodzi o jedzenie, ale pająki, chrząszcze czy mrówki uznawał tylko jako składniki eliksirów. Ziemniaki i stek były o wiele lepsze.

Hermiona znów zachichotała, po czym spoważniała. Koniec pobytu przypomniał jej o dniu dzisiejszym.

- Severus? – gdy spojrzał na nią, zawahała się lekko. – Dzisiejszy dzień będzie naprawdę męczący. Dziesiątki aportacji, chodzenie, pełno ludzi dookoła... Bardzo bym się cieszyła, gdybyś zechciał ze mną iść, ale... zrozumiem, jeśli zostaniesz.

- Dopiero teraz dokonałaś tego odkrycia?

- No... tak. Wczoraj byłam zbyt zmęczona, żeby logicznie myśleć.

- Jeśli wczoraj nie myślałaś logicznie, to dziś tym bardziej – stwierdził poważnie. – Co tylko potwierdza

to, że trzeba cię pilnować.

Tak naprawdę, to od chwili, gdy Ill-oo'ka potwierdził jej, że poczuje obecność rodziców, Hermiona nie wyobrażała sobie, że mogłaby dziś być sama. A już po dzisiejszej nocy... tym bardziej.

- Dziękuję – powiedziała cicho, zaczynając na nowo bawić się piaskiem. – Bardzo. To, że mi pomagasz, że w ogóle chcesz pomagać, bardzo dużo dla mnie znaczy. Nawet więcej niż dużo. Nie wiem nawet, dlaczego to robisz. Tak bez powodu. Bo nie masz powodu, nie musisz mi za nic się odwdzięczać. Po prostu...

- Pleciesz. Wiesz o tym? – przerwał jej Severus, krzywiąc się.

Fakt, że plotła. Ale tyle chciała mu powiedzieć... Może kiedy indziej.

- Wiem – Hermiona postanowiła obrócić to w żart. - Przywilej wieku. Nie mówię, że jestem stara, ale...

- To dobrze, bo chciałbym ci przypomnieć, że mimo twoich niestrudzonych wysiłków nadal jestem od ciebie starszy.

- ... ale dorosła. To się chyba nazywa druga młodość.

Hermiona zebrała garstkę piasku i zaczęła wysypywać cienką stróżką, tworząc niewielki kopczyk na ziemi. Całkiem jak klepsydra, która w jej przypadku przesypała się trochę szybciej.

Severus zignorował kopczyk, przyjrzał się jej uważnie i po raz kolejny dotarło do niego, że istotnie, to nie jest już dziewczyna, ale dorosła kobieta.

- Jak to się stało? – spytał i oboje wiedzieli, co ma na myśli.

Kobieta koło niego odczekała jeszcze kilka chwil, aż piasek przesypał się zupełnie, otworzyła dłoń i dopiero wtedy zaczęła mówić.

- Kiedy podałam mu rękę, nagle znaleźliśmy się gdzie indziej, sami. Zaczęliśmy rozmawiać, ale nie umiem ci powiedzieć, w jakim języku. Słyszałam nasze głosy, więc to na pewno była mowa, ale to nie był ani angielski, ani dialekt Aborygenów. Spytał mnie, czy jestem pewna, że chcę oddać młodość, a kiedy potwierdziłam, skinął ręką i w tym momencie wyszła ze mnie... druga ja. On położył jej rękę na ramieniu i ta druga ja zaczęła znikać. A potem z mgły wyszła moja dorosła ja. Identycznie ubrana, uczesana, tylko starsza. Weszłam w nią, ale zupełnie tego nie poczułam. Wtedy Aborygen spytał mnie, jak chcę użyć jego daru. Wyjaśniłam, że będę szukać rodziców, on znów kazał mi podać rękę, podałam i nagle znalazłam się na powrót w tej chatce, razem z wami. Resztę widziałeś. Jego magia aż parzyła, tak była inna, więc wyrwałam mu rękę i wtedy poczułam w niej Kamień. I wygląda na to, że wróciłam już jako ta starsza ja.

Severus skinął głową. Coś takiego właśnie podejrzewał. Teraz.

Hermiona dotknęła palcami swojej twarzy.

- Jesteś w stanie powiedzieć, co się zmieniło? Co jest inaczej? Oglądałam się w lustrze, ale nie mam pojęcia, jak to określić.

Severus przyjrzał się jej uważnie. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec jakąś ulotną zmianę, która sprawiała, że wyglądała doroślej, jednak też nie potrafił określić, co takiego się zmieniło. Ale nie był najlepszą osobą do odpowiadania na to pytanie. Do tej pory nigdy się jej nie przypatrywał. To znaczy nie w... ten sposób. No może z wyjątkiem chwili, kiedy leczył jej rany kilka dni temu. No właśnie, jak wyglądają teraz blizny? Po... dwunastu latach?

- Zamknij oczy – mruknął i sięgnął do pierwszej z nich.

Przesunął palcem od samego kącika oka aż do skroni, lecz nic nie wyczuł. Nawet gdy leciutko naciągnął delikatną skórę, nie zobaczył ani śladu. Całe szczęście pomyślał, bo doskonale pamiętał drobną, różową kreskę, która została po tym, jako skończył wcierać dyptam.

Tak samo sprawa miała się z uchem. Nie tylko nie widział, ale też nie wyczuł pod palcami żadnego zgrubienia ani szramy. No może z wyjątkiem płatka jej ucha, gdzie doszukał się lekkiej nierówności. Gdy przekrzywił głowę, w świetle słońca mógł dojrzeć jaśniejszą kreskę, która ginęła gdzieś za uchem. Ale tylko dlatego, że on wiedział, czego szuka, dla wszystkich innych miała nietkniętą, niepoznaczoną bliznami twarz.

Korzystając z okazji, że dziewczyna... nie, Kobieta miała zamknięte oczy, przyjrzał się jej naprawdę uważnie, cały czas dla niepoznaki błądząc palcami przy jej uchu.

I musiał przyznać, że była... piękna. Do tej pory nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak kształtne ma brwi... jak idealny jest jej nos, jej policzki... i jak... zmysłowo wyglądają jej usta. Pełne, wilgotne, lekko rozchylone. Jak gładką ma skórę, zarówno przy uchu, jak i na szyi...

Hermiona zacisnęła mocno oczy i wciągnęła gwałtownie powietrze i Severus nagle wrócił do rzeczywistości.

- Boli? – odsunął natychmiast rękę, zaalarmowany wyrazem jej twarzy.

Boli? Jezu Chryste... tak, bolało!

Już gdy tylko się jej przyglądał, mogła przysiąc, że czuje, fizycznie czuje na sobie jego wzrok!

Ale gdy zaczął jej dotykać, to było jak delikatna, najbardziej zmysłowa pieszczota.

Od siedzenia w chłodzie poranka miał wyziębione dłonie, ale każde muśnięcie jego palców, tych długich, kształtnych, zwinnych palców, znaczyło gorące ślady na jej skórze, rozpalało coś głęboko w niej i Hermiona poczuła, że lada chwila po prostu spłonie i jednocześnie przeszedł ją dreszcz. Merlinie, od samego dotyku!

I jednocześnie wróciło wspomnienie z tej nocy i choć dobrze wiedziała, że to tylko jego palce błądzą po jej skórze, coraz łatwiej mogła sobie wyobrazić, że to jego pocałunki...

Na chwilę dotyk ustał, całe jej ciało zamarło w niemej tęsknocie i wtedy pojawił się na nowo, tuż koło jej ucha. Wszystko zaczęło się mieszać, zobaczyła Severusa, którzy popatrzył na nią rozpalonym pożądaniem wzrokiem, a potem pochylił się ku niej, musnął ustami płatek jej ucha, a potem zsunął je na szyję...

I tylko z najwyższym trudem powstrzymała głośny jęk.

- Nnie. Nie bardzo – wykrztusiła, czując jak cały świat wiruje jej przed oczami. – To znaczy... troszkę.

Sama nie wiedziała, czy chce, żeby pochylił się ku niej jeszcze raz, czy wręcz przeciwnie. Bo miała ochotę umrzeć, tak bardzo jej go brakowało i równocześnie czuła, że jeśli choć jeszcze raz jej dotknie...

- Jestem pewny, że Gratus nie użył czarnej magii – powiedział Severus. – To musi być tylko z powodu twoich wspomnień. A teraz chodźmy już. Zdaje się, że mamy coś ważnego do zrobienia.

Hermiona potrząsnęła głową i odetchnęła głębiej. Merlinie, żebyś wiedział JAKICH wspomnień.

Ale musiała uważać, w końcu miała do czynienia z Mistrzem Legilimencji, więc zmusiła się do słabego uśmiechu i bardzo powoli zaczęła zbierać się z ziemi.

- Masz rację, to chyba tylko wspomnienia – mruknęła.

.

.

Londyn, Hotel Hilton / mieszkanie Beth

O tej samej porze

- Jeszcze raz chciałem pani pogratulować – powiedział z emfazą doktor Johansson z Londyńskiego Instytutu Badawczego. – To była zachwycająca przemowa! Byłem już na wielu prelekcjach, ale nigdy jeszcze nie spotkałem prelegenta, który potrafiłby porwać salę tak, jak to pani zrobiła! Profesor Neumann ma wyjątkowe szczęście, mogąc z panią współpracować!

Beth podziękowała skinieniem głowy i poczuła, że za chwilę od tego potakiwania pęknie jej kark. I że dostanie skurczu w policzkach.

Jej zaimprowizowana przemowa faktycznie została przyjęta gorącą owacją na stojąco. Normalnie dziwiłaby się, jak to jest możliwe... Normalnie to nie byłoby możliwe!, ale doskonale wiedziała, że zawdzięcza to eliksirowi szczęścia. Czy raczej Mathiasowi. I od chwili zejścia ze sceny nie marzyła o niczym innym, jak o tym, żeby móc wrócić już do domu i się z nim spotkać. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, że nie mogła tak po prostu wyjść, musiała wytrwać choćby do końca wystawnej kolacji, a poza tym umówili się na dziesiątą trzydzieści wieczorem.

Jeszcze tylko godzina.

Eliksir chyba przestawał działać, bo wychodząc przed chwilą z toalety porwała sobie rajstopy i rozlała na stół kawę, ale teraz to już nie miało znaczenia.

Chcąc zniechęcić kolejne ewentualne osoby do podejścia z gratulacjami, sięgnęła po program Sympozjum i zaczęła go bezmyślnie przeglądać. Gdy chwilę później kątem oka zobaczyła zbliżającą się postać, rozłożyła na stole listę gości i pochyliwszy się nad nią, na chybił trafił stuknęła palcem.

- Monika Wilkins, Australia, doktor stomatologii – wymruczała, udając całkowite skupienie i jednocześnie coś w niej zamarło. Zabrzmiało to bardzo znajomo. Jakby już gdzieś to widziała.

Ten ktoś minął jej krzesło i poszedł dalej, Beth odetchnęła z ulgą i przyjrzała się liście.

- Monika Wilkins – przeczytała powoli, na głos. – Australia. Doktor stomatologii. Specjalizacja Periodontologia...

Monika Wilkins. Australia. Doktor stomatologii... Zaraz... Wilkins? Monika? Dentystka z Australii?

I nagle zamiast kartki papieru zobaczyła przystojną męską twarz i usłyszała głęboki głos mówiący „Więc Hermiona wyczyściła pamięć swoich rodziców i wysłała ich do Australii jako Monikę i Wendella Wilkins... Oboje są bardzo dobrymi dentystami, nie powinni mieć problemu ze znalezieniem pracy..."

- O Boże...

Mathias! Natychmiast!

Bez namysłu zerwała się od stołu, sięgnęła po torebkę i uśmiechnąwszy się do siedzącego dwa krzesła dalej Alaina Milbourna wskazała ręką zegarek.

- Życzę miłego wieczoru – powiedziała zmęczonym głosem. – Na mnie już czas. To był bardzo długi dzień.

Niektórzy goście również zaczęli już opuszczać salę. Podchodząc do drzwi wyprzedziła jakąś ciemnowłosą kobietę, do której podbiegła wyzywająco ubrana blondynka, wyszła do holu i zadzwoniła do kierowcy samochodu wynajętego przez Instytut Chorób Zakaźnych, który ją tu przywiózł i miał odwieźć do domu.

- ...wdę, bardzo pani dziękuję. Tylko niech pani nie mówi tym na recepcji, niech się trochę pomartwią – usłyszała blondynkę, czekając na połączenie.

- Nie ma za co, pani Anno...

- Collins Cars, Ryan, słucham?

.

Siedząca niemal przy wyjściu Barbara Dicks powiodła wzrokiem za doktor Roberts, która wyszła szybko z sali, jej wzrok ześlizgnął się na brunetkę, która przytrzymała zamykające się drzwi i przez jej twarz przebiegł nagły błysk rozpoznania.

Helen?! Tutaj? Niesamowite!

Ale zanim zdążyła zareagować, do Helen podbiegła jakaś blondynka i obie wyszły do holu.

Barbara czym prędzej sięgnęła po listę gości i zaczęła przeglądać zaproszonych z Wielkiej Brytanii. Nie wiedziała, jak Helen mogła mieć teraz na nazwisko, ani z czego zrobiła specjalizację, ale z Wielkiej Brytanii nie było tak wielu delegatów. Koniecznie musiały się spotkać i porozmawiać o starych dobrych czasach!

.

.

Londyn, 21:50

O tej porze na ulicach nie było dużego ruchu i niecały kwadrans później Beth była już pod domem. Drzwi na klatkę schodową nie wiedzieć czemu były otwarte, winda jak na zawołanie stała na parterze, zaś gdy wyszła na podest na trzecim piętrze, zobaczyła siedzącą na schodach znajomą sylwetkę.

- Mathias! – zawołała, bez mała podbiegając do niego.

Mathias zerwał się na jej widok i przytulił do siebie. To jak najbardziej odpowiadało jego planom.

- No i jak było? Udało się?

- Tak! Ale to nie ważne! – Beth wyszarpnęła z torebki klucze. – Mam coś dla ciebie!

Z podekscytowania i nagłej, zwariowanej radości nie mogła trafić kluczem do zamka, a gdy jej się już udało, okazało się, że to nie ten i nie może go przekręcić.

Mathias zasłonił sobą klamkę i stuknął różdżką w zamek.

- Alohomora – oboje usłyszeli stuknięcie zasuwy, więc otworzył przed Beth drzwi i gestem ustąpił pierwszeństwa. – Wygląda na to, że to coś wyjątkowego?

Beth z rozpędu zapaliła światła w salonie i w kuchni, rzuciła torebkę na kanapę i złapawszy program Sympozjum, otworzyła go na początku listy zaproszonych gości.

- Popatrz - wskazała palcem Monikę Wilkins. – Chyba znasz tę panią.

Mathias już chciał powiedzieć jakiś komplement na temat jej paznokci, o które się tak bała, ale na widok imienia i nazwiska zamarł. Imienia, nazwiska, kraju i specjalności.

- Merlinie przenajświętszy – wymamrotał, wrócił wzrokiem na początek linijki i przeczytał ją jeszcze raz. I jeszcze raz.

- Pomyślałam dokładnie to samo. Oczywiście to może być przypadek, ale... to musiałby być niesamowity zbieg okoliczności.

Mathias z olbrzymim wysiłkiem oderwał wzrok od listy.

- Australia to duży kraj. Ale zgodzę się, że prawdopodobieństwo, żeby znalazła się jeszcze jedna kobieta, która ma takie same imię i nazwisko i specjalizację jest... niewielkie.

- Wiesz, jak ona powinna wyglądać? Ona lub jej mąż, bo z tego, co wiem, niektórzy są z osobami towarzyszącymi.

- Nie wiem, czy bym ich poznał. Hermiona pokazywała kiedyś rodzinne zdjęcia, ale sprzed wielu lat.

- Jeśli widziałeś tylko raz stare zdjęcia, to na pewno żadnego z nich nie rozpoznasz – zaprzeczyła Beth. - Najlepiej byłoby, gdyby to Hermiona mogła ją zobaczyć.

Mathias również tak uważał, ale też nie chciał robić dziewczynie nadziei. I natychmiast przyszło mu do głowy rozwiązanie.

- Już wiem, co zrobimy – kiwnął głową. - Ustal jutro, kiedy można ją spotkać i gdzie, a ja pod jakimś pretekstem ściągnę tam Hermionę.

- Najprościej będzie, jak wróci do hotelu – Beth zdjęła żakiet i odwiesiła go na oparcie krzesła. – Sprawdzę jutro, do kiedy ma zarezerwowany pobyt i w jakim jest pokoju.

Pod spodem miała dopasowaną sukienkę bez rękawów, zapinaną na plecach. Zaledwie kilka godzin wcześniej Mathias pomagał jej zapiąć ciasny suwak i już wtedy krew wrzała mu w żyłach, ale udało mu się opanować. Eliksir szczęścia eliksirem szczęścia, ale nie chciał ryzykować, że ją zdenerwuje albo ją zdekoncentruje.

Wtedy. Teraz możesz dekoncentrować ją do woli...

- Jesteś moim Patronusem – powiedział, ujmując ją za ręce i przyciągając lekko ku sobie.

Beth popatrzyła w błyszczące błękitne oczy i dostrzegła w nich zachwyt i coś jeszcze. Coś, czego nie umiała nazwać, ale wyraźnie czuła całą sobą. Coś pierwotnego, nieokiełznanego, co sprawiło, że przeszedł ją dreszcz i całe jej ciało wygięło się ku niemu. I naraz z całą pewnością wiedziała, co się za chwilę stanie.

- Co to... znaczy? – spytała słabo.

- Jesteś moim szczęściem - Mathias zsunął wzrok na jej usta.

Nie umiała powiedzieć, czy to on pochylił się ku niej, czy ona ku niemu. W nagle zapadłej ciszy słyszała tylko gwałtowne pulsowanie w głowie, wyjątkowo głośne tykanie zegara i... Poczuła jego ciepły oddech tuż przy uchu, najlżejsze muśnięcie, niczym pocałunek wiatru na policzku... i dotyk jego gorących warg na swoich.

Nareszcie.

.

.

Wschodnie Wybrzeże – Okręg Cairns

9-ta rano

Najwięcej adresów do sprawdzenia było oczywiście w Cairns. Gdy Hermiona aportowała się pod pierwszym z nich, jej lewa ręka odruchowo powędrowała do kieszonki sukienki i natychmiast wyczuła pulsujące ciepło. Równocześnie jego przyczyna zdjęła rękę jej z ramienia i odsunęła się.

Hermiona krótką chwilę rozglądała się dookoła, prześlizgując wzrokiem po mijających ich, całkowicie nieświadomych ich obecności ludziach, odnalazła wejście do gabinetu dentystycznego i przyjrzała się otwartym oknom.

- Nic – potrząsnęła głową.

Severus nie odpowiedział, tylko wskazał wzrokiem listę z adresami. Następna była przychodnia kilka ulic dalej, więc rzuciła Fundole i deportowała ich tam z cichym pyknięciem.

Budynek był olbrzymi i stał w niejakim oddaleniu od bramy, przed którą się pojawili, ale nawet stąd można było dostrzec dziesiątki pomieszczeń na każdym piętrze – z pewnością pracowało tu pełno lekarzy różnych specjalności.

Hermiona zmrużyła oczy, by lepiej widzieć i jakaś jej część zamarła w nadziei, że poczuje nagły gorąc na biodrze i oszałamiającą i jakże znajomą pewność siebie, ale równocześnie ta druga część zapragnęła, żeby to nie nastąpiło. Nie teraz. Nie tak szybko – szepnął cichutki głosik w jej głowie. Później.

?! Zwariowałaś! pomyślała ze zgrozą.

Musiała mieć zapewne dziwną minę, bo Severus obrzucił ją uważnym spojrzeniem i zmarszczył brwi, co pogłębiło pionową kreskę między nimi i nagle przegnało jakiekolwiek racjonalne myśli. Mogła tylko na nią patrzeć i myśleć, że to była ta sama miękka, udręczona kreska, którą wczoraj całowała.

Ale to nie było tylko wspomnienie, lecz i pokusa. Jej wyobraźnia, ośmielona nocnymi marzeniami, natychmiast podsunęła jej wizję, co byłoby, gdyby odważyła się zsunąć usta niżej... i Hermionie zrobiło się słabo.

- Nnic.

Czując, jak się rumieni, czym prędzej opuściła wzrok. To był również zakazany owoc, szczególnie, że miała przed sobą Mistrza Legilimencji.

- Nie jestem przekonany, że stercząc tu i gapiąc się na swoje buty zdążysz sprawdzić resztę adresów, lecz może się mylę – powiedział jadowicie Severus.

Nagły ostry ton trochę ją otrzeźwił i Hermionie udało się skupić.

- Chciałam się upewn... – odetchnęła głębiej i dodała. – Ale to nie to. Możemy kontynuować.

Trochę niezręcznie przekręciła listę z adresami w stronę Severusa i pokazała mu następny.

- Kervin Street jeden.

Ledwie Hermiona obróciła się na pięcie i ludzie, samochody, wszechobecne reklamy i błękit nieba rozmyły się w kolorową smugę, już pojawili się kawałek dalej, otoczeni innymi ludźmi, samochodami i innymi reklamami.

Hermiona znów odczekała trochę, by upewnić się, że to nie tu, że to nie teraz, wybrała kolejny adres, znów rzuciła Fundole i znów obróciła się na pięcie...,

W ten sposób rozpoczęła się szalona podróż w pogoni za bliskimi, za szczęściem, niby podobna do wczorajszej, ale zarazem tak inna. Gabinety dentystyczne, kliniki, szpitale, większe i mniejsze przychodnie znów zaczęły migać jej przed oczami jak klatki jakiegoś dziwnego filmu bez głównych bohaterów, bez akcji i bez dialogów, znaczone chwiejnym śladem palca sunącego po mugolskim papierze, tym samym pulsującym ciepłem Kamienia i dwiema różnymi nadziejami.

Za każdym razem Hermiona rozglądała się w poszukiwaniu znajomej twarzy, ale łapała się na tym, że sama już nie wie, którą chce zobaczyć, bo choć rozsądek podpowiadał jej, że ma patrzeć w dal, przed siebie, wszystko w niej szukało czarnych, postrzępionych włosów, czarnych oczu i zakrzywionego, najpiękniejszego na świecie nosa i tego, co ze sobą niosły.

Niektóre adresy były tuż obok, inne trochę dalej, lecz wciąż blisko, więc z początku niemal nie czuli nieprzyjemnego uczucia towarzyszącego teleportacji, jednak gdy zjawili się pod dwunastym adresem, Hermionie dopiero po kilku sekundach udało się odetchnąć i skupić na odczuciach.

- Pyne Street – potrząsnęła w końcu głową, pokazując następny.

- Sklep?

- Z wyposażeniem dentystycznym. Może tam bywają.

Severus rzucił Fundole, aportował ich na Tyne Street i tym razem ucisk na całe ciało był tak mocny, że Hermionę aż zemdliło. Odruchowo wyprostowała się mocniej i odgięła głowę do tyłu. Kamień w dalszym ciągu był tak samo ciepły, jak wcześniej.

I dobrze.

Boże. Idiotka.

Niech i tak będzie. Później.

Hermiona nieświadomie wyszarpnęła rękę z kieszeni i przycisnęła ją do krtani i Severus spojrzał na nią, zaniepokojony. Ten gest przypomniał mu żywo inny, gdy w Spinner's End zaczęła się dusić i próbowała rozdrapać sobie gardło. Teraz ściskała w niej kamień, więc... Czyżby?

Ale dziewczyna... Kobieta milczała.

- Czujesz coś? – wyrwało mu się zupełnie wbrew jego woli. Owszem, nie należał do cierpliwych, ale tym razem zamierzał pozwolić jej powiedzieć mu to samej. To znaczy tak to sobie zaplanował.

Hermiona tylko odetchnęła głębiej, w taki trochę desperacki sposób. Coś było nie tak. Cholera.

- Hermiono? – obrócił ją ku sobie.

- Poczekaj – Hermiona potrząsnęła głową, odetchnęła jeszcze raz i dopiero wtedy otworzyła oczy. – To nie tu. Nie ma ich. Nic nie czuję.

- Jesteś pewna?

Severus spojrzał wymownie na jej zaciśniętą pięść, Hermiona otworzyła ją i oboje popatrzyli na nieforemną bryłkę poprzecinaną pęknięciami i żyłkami kwarcu.

- Ponoć ma zareagować, jak znajdziesz się koło nich.

Na rozgrzaną, tętniącą miłością nieforemną bryłkę, która, Hermiona mogła przysiąc! pulsowała w widoczny sposób.

O Boże...

- Oach nie. Po prostu źle się poczułam – zdobyła się na słaby uśmiech i zmusiła się do tego, by powoli, spokojnie schować go do kieszonki. Ufff!

Severus posłał jej zaniepokojone spojrzenie, więc dodała:

- To pewnie po tych aportacjach. Zemdliło mnie i... wszystko nadal kręciło się w głowie. - Żeby nic nie zauważył. Nie zwrócił uwagi. - I nie mogłam oddychać. Nie wiem, jak ty... Może dlatego, że jesteś mężczyzną... Pewnie tak...

Urwała, bo sama już nie wiedziała, o czym mówi.

Severus skrzywił się i rozejrzał dookoła w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, gdzie mogliby usiąść.

Sam doskonale znosił teleportacje, więc sądził, że Hermiona wytrzyma znacznie więcej, ale najwyraźniej się mylił. Być może zawsze miała z tym jakieś problemy. Albo to jakaś reakcja na to, co ten cholerny sukinsyn jej zrobił. Na nagłe postarzenie się o 12 lat czy na ten jego... Dar.

- Daruj sobie dokładną analizę mojej osoby – uciął. – Musisz chwilę odpocząć.

- Dziękuję. Złość się, gryź, cokolwiek, byle dalej od Kamienia.

Dookoła nie było żadnej ławki, ale kawałek dalej, pod jakimś drzewem z olbrzymimi różowymi kwiatami Severus dostrzegł duży głaz.

- Tam – kiwnął głową w tamtym kierunku.

Głaz nie był zbyt wygodny, więc Hermiona przysiadła na samym brzegu i podparła się nogą. I w popłochu szukała jakiegoś INNEGO tematu do rozmowy.

Gdzieś niedaleko musiało być morze i przystań dla jachtów, bo co mocniejsze podmuchy wiatru niosły jego szum, głośne krzyki mew i rytmiczne podzwanianie mocowań do żagli. Bez trudu mogła sobie wyobrazić rząd mniejszych i większych łodzi przycumowanych do nabrzeża, bo swego czasu jej ojciec chciał kupić jakąś by pływać po Tamizie i często wybierali się do portu.

Jacht... Podróże! Teleportacja!

- Czytałam sporo o teleportacji, ale nigdzie nie znalazłam informacji, kto i kiedy ją wynalazł – powiedziała niewinnie. – Wiesz może?

Severus oparł się wygodnie o pień drzewa i chwilę patrzył na nią w milczeniu zanim odpowiedział.

- Teleportacja zalicza się do bardzo starożytnej magii. Pierwotnie miała służyć do przenoszenia się do świata bogów, czyli tam, gdzie w żaden inny sposób dostać się nie można. Potem nasi przodkowie zaczęli używać jej również do podróży na duże odległości.

- Myślałam, że to tego potrzebna jest różdżka?

- Dlaczego?

No tak, wdając się w rozmowę z Severusem nie należało liczyć na bezmyślne pogaduszki. Jeśli zdecydował się wziąć w niej udział, oczekiwał dyskusji na poziomie i Hermiona nie śmiałaby nawet odpowiedzieć czegoś w stylu „Nie widziałam nigdy, by ktoś deportował się bez". Natychmiast spróbowała się skupić na jego pytaniu i odruchowo przygryzła lekko usta.

- Do aportacji nie potrzeba zaklęcia... więc w tym wypadku różdżka nie jest przekaźnikiem magii, ale pozostaje przecież jej ośrodkiem...?

Severus pokręcił przecząco głową, ale gdy przez dłuższą chwilę nie powiedziała nic więcej, powiedział:

- Gdybym przy jednym stole postawił czarodzieja i mugola i kazał im warzyć jakikolwiek eliksir, jednemu wyszłaby substancja magiczna, a drugiemu kolorowa woda. Wyjaśnij mi, czemu?

- Ponieważ... – zaczęła i nagle przypomniała sobie jego słowa z pierwszej lekcji i wszystko stało się jasne. – To proste! Magia zawsze bierze się z nas. I tylko wynajdując różdżki do rzucania zaklęć zmieniliśmy zupełnie ich charakter, przez co różdżki stały się niezbędne.

Severus bardzo powoli skinął głową.

- Odpowiedź poprawna, ale niestety godna pana Pottera lub pana Weasleya. Możesz mi powiedzieć, co się z tobą dzieje?

- Musiałam chyba upaść na głowę – przyznała Hermiona z uśmiechem. – Zgroza ogarnia. Przecież nie tylko do eliksirów nie używa się różdżek. Jest jeszcze astronomia, w której magia przychodzi przez gwiazdy i planety, numerologia, zielarstwo...

Mogła dodać do tego wróżbiarstwo, ale uznała, że nie był to... odpowiedni temat. Tak samo jak postanowiła nie cytować jego słów z pierwszej lekcji. Nie wiedzieć czemu nie chciała przypominać, że kiedyś, w odległej o tysiące lat przeszłości, on był profesorem, ona jego uczennicą.

Oczarować umysł i usidlić zmysły… Nawet nie wiedział, jak bardzo miał rację!

- Wyjątkowo złożę to na karb twojego obecnego stanu – ocenił Severus. – Ale nie chciałbym, żeby trwał on dłużej.

- Ja również. Ale jeszcze jedno pytanie, skoro chwilowo jestem jeszcze upadnięta na głowę – Severus uniósł pytająco brew i równocześnie kącik ust zadrgał mu w uśmiechu. – Czy po moim opisie umiesz powiedzieć, czy wczoraj rano to była teleportacja? Nie poczułam absolutnie nic, zupełnie jakbym w ciągu jednego mgnienia oka znalazła się zupełnie gdzie indziej.

- Sadzę, że zabrał cię do innego... świata. Wymiaru, jeśli chcesz to tak nazwać – przyznał niechętnie Severus.

Obojgu natychmiast skojarzyło się to z przejściem do pracowni Rayleigh i przywiodło na myśl najgorszy koszmar tamtych chwil. Severus w jednej chwili przypomniał sobie, jak – wtedy Tylor otworzył Przejście, a on musiał zostawić Hermionę na pastwę Gratusa, Hermiona przez sekundę widziała morze płomieni, ale zaraz zastąpił je wyimaginowany obraz Severusa całującego Rayleigh.

Czym prędzej otrząsnęła się i przyjrzała mężczyźnie stojącemu niedaleko. Kilka kosmyków włosów osunęło mu się na twarz, niczym muśnięcia czarnego wiatru, miękki cień drzewa sprawił, że jego bladość stała się pięknością, jasny świat dookoła przeglądał się w czarnych oczach jak słońce w czystej tafli głębokiego jeziora i Hermiona pomyślała, że nie ma chyba cudowniejszego obrazu na świecie.

Rayleigh była przeszłością. A on był teraz z nią.

I o wiele mocniej niż do tej pory zapragnęła, żeby To nastąpiło Później. Nie teraz.

- Na pewno masz rację. W końcu początek zawsze bierze się z... ze starożytności – powiedziała. Mówiła cokolwiek, byle mówić i móc choć jeszcze chwilę patrzeć na ten boski widok.

Severus skrzywił się i oderwał od drzewa.

- Najwyraźniej czujesz się już lepiej, skoro zaczynasz filozofować, więc idziemy dalej. I daj mi tę listę, od teraz tylko ja nas aportuję.

Hermiona podniosła się i podała mu kartkę.

- Ja też mogę, już mi przeszło.

- Przestań – uciął. Jeszcze tylko brakowało, żeby któreś z nich się rozszczepiło.

Sięgnął do jej ramienia, ale Hermiona wyciągnęła ku niemu rękę.

- Tak przynajmniej się nie pogubimy.

Severus już miał ochotę złapać ją za łokieć, ale lekki podmuch wiatru przyniósł ulotny zapach, który stał się jego ulubionym i złamał się. Zacisnąwszy usta, ujął jej dłoń i czym prędzej deportował ich stamtąd.

Być może miała rację, być może lekkie trzymanie ramienia mogło nie wystarczyć. Być może trzymanie za rękę było bezpieczniejsze... Och, z pewnością miała rację, ale jego problemem nie było to, jak ma ją trzymać, ale ona sama.

Gdy po śniadaniu zeszła dziś z góry, ubrana w dopasowaną, podkreślającą kształty czarną sukienkę tuż za kolana, musiał przywołać całą silną wolę, żeby oderwać od niej wzrok.

Wczoraj rano co prawda też miała na sobie sukienkę, ale wczoraj rano... wczoraj rano była dziewczyną. Dziś kobietą. Piękną, zmysłową i, o Merlinie, pełną seksu kobietą. Był w każdym jej geście, w każdym ruchu, oddechu i aż skręcał trzewia i nawet przez oszołomiony umysł przemknęła mu myśl, że jakimś cudem zabrała od niego eliksir intensyfikujący i właśnie go wypiła, bo tak niewiele różniła się od tej Hermiony, przed którą się kłaniał.

Lecz eliksir działał tylko kilka minut, a tymczasem nawet teraz musiał zmuszać się, żeby... cholera, żeby się na nią nie gapić! Bo za każdym takim razem dobitnie czuł się mężczyzną!

Dlatego przed chwilą wdał się w rozmowę. Na widok jej sylwetki znów zrobiło mu się gorąco i już zamierzał ją zbyć albo na nią fuknąć, kiedy pomyślał, że może to go zajmie i choć na chwilę zajmie się czymś innym.

Teraz czas było wrócić do poszukiwań. I skupić się, bo jak tak dalej pójdzie, to przez ciebie oboje się rozszczepicie.

Sprawdzili kolejne sześć adresów i na tym lista w Cairns się skończyła, więc Hermiona poszła spytać o największe centrum handlowe i urząd miasta, a Severus poddał się i oparłszy się o ścianę jakiegoś budynku, przez chwilę śledził wzrokiem jej sylwetkę.

- Centrum handlowe jest ledwie dwie przecznice stąd – powiedziała Hermiona, podchodząc do niego kilka minut później. – Jak to powiedział ten chłopak, którego pytałam: „rzut bumerangiem stąd". A po drodze jest informacja turystyczna, więc może po prostu się przejdziemy?

Severus skinął głową, więc ruszyła we wskazanym kierunku i jednocześnie skupiła się na przyciskaniu lewej ręki do biodra. Bo chyba jak na złość ciągle sięgała do kieszeni, całkowicie nieświadomie, nawet tuż przed chwilą.

Po samych aportacjach chodzenie okazało się czystą przyjemnością, choć ulica po obu stronach była skąpana w słońcu. Poza tym, gdy tylko minęli duży, przeszklony budynek, zaraz za nim ujrzeli niewielki, cieszący oczy soczystą zielenią skwer i Hermiona aż wrosła w ziemię na widok niewielkiego stada kangurów.

Zwierzęta schroniły się w cieniu drzew – niektóre leżały na ziemi, inne skubały liście z najniższych gałęzi i zupełnie nie zwracały na nich uwagi. Dopiero gdy mijali je, jeden z nich zastygł i chwilę przeglądał się im uważnie, po czym wrócił do jedzenia.

- Coś cudownego – westchnęła Hermiona, oglądając się jeszcze przez ramię. - Oczywiście czytałam o tym, że one pasą się wszędzie, nawet w dużych miastach, ale to niesamowite zobaczyć je na własne oczy.

Odwróciła się i... Cholera! Złapała się na tym, że znów obraca w palcach Kamień. Na szczęście kilkadziesiąt jardów dalej, po drugiej stronie ulicy dostrzegła znajomy znak informacji turystycznej, więc podała Severusowi różdżkę, jednocześnie dyskretnie wyjmując drugą rękę z kieszeni.

- Potrzymasz? Wejdę tylko zapytać, gdzie jest Urząd Miasta.

- Możesz rzucić Invisus mugoletum.

Invisus mugoletum ukrywało przed mugolami niewielkie przedmioty i Hermiona doskonale je znała, ale jej zdaniem to nie był najlepszy pomysł.

- Lepiej nie. Może trzeba będzie coś tam podpisać i wolałabym mieć obie ręce wolne.

- Nabieram ochoty, żeby wysłać cię do Birriani po torebkę – skrzywił się Severus, chowając różdżkę do kieszonki na piersi.

- Wezmę ją jutro.

- Oświeć mnie, czemu nie wzięłaś jej dziś?

- Bo aportacja z torebką nie jest specjalnie wygodna, więc pomyślałam, że...

- Że będę twoim tragarzem, tak? Genialny pomysł. Równie genialny jak oddawanie różdżki. Nie znam nikogo innego, kto robiłby to z taką ochotą.

Hermiona uśmiechnęła się do niego słodko.

- Jak widzisz, mam do ciebie absolutne zaufanie.

- Wzruszające. Lepiej idź, zanim zmienię zdanie – pogonił ją i odwrócił wzrok, żeby nie widzieć, jak odchodzi. Wciąż miał przed oczami podobną scenę sprzed kilku minut.

Nie mając ochoty czekać w pełnym słońcu, które o tej porze zaczęło już palić, Severus przeszedł kilka jardów i stanął pod zacienionym daszkiem jakiejś restauracji niedaleko.

.

.

Metropolia, Urząd Pocztowy – Wielkie Gniazdo

10:30,

Riley Morton machnięciem ręki pozdrowił siedzącego w Informacji Freda, który z cierpiętniczą miną zeskrobywał właśnie z biurka ptasie odchody i poszedł prosto do pokoju poczciarzy.

- Hej chłopaki – rzucił, zamykając za sobą drzwi. – Mam trochę pilnego śmiecia.

Nie przestając sortować listów, Johnny kiwnął mu głową, ale Barty, młody chłopak, który dopiero co zaczął pracować, odłożył na bok pióro i uścisnął mu rękę.

- W porządku? Jak się chowa mały Davy?

- Bez obaw! Drze się tak, że aż sąsiedzi zaczęli pytać, czy już zapisaliśmy go do ministerialnego chóru – zachichotał Riley i postawiwszy torbę na stole, wyciągnął pierwszy, dość gruby plik listów. – Pilne.

Barty sięgnął po koperty i zerknąwszy na adresy aż gwizdnął.

- To u mugoli. Wszystko na zachodzie... To nasi?

- Wątpię, bo musicie przywalić mugolską pieczątkę. Więc chyba to prawdziwi mugole.

- Stało się coś?

- Nie wiem – wzruszył ramionami Riley i położył obok listy z innej przegródki. – Ale wszystko od Coleman, więc cholera wie.

- Jo? – Barty machnął listami w stronę starszego kolegi. – Do mugoli ślemy czym? Mogę wziąć walabie? Jeszcze nigdy nie brałem walabie – zrobił proszącą minę, zupełnie jak małe dziecko.

Johnny uniósł oczy ku górze.

- Walabie, walabie... Jeszcze żaden kangur cię nie rąbnął piąchą, co? - zerknął na koperty i pokręcił głową. – Nie tym razem. Kakadu dadzą sobie z tym radę. Tylko weź te z drugiej klatki, one są lepiej tresowane i nie drą mordy jak mały Riley'a.

- W takim razie możecie brać byle które, Davy nie ma konkurencji – zaśmiał się Riley i dodał z zaciekawieniem, bo dla niego to też była nowość. - Do mugoli też macie portale?

- Nie wszędzie – odparł Barty. – Jo, co jeśli są daleko od adresów?

- Jak więcej niż 20 kilometrów, to daj im eliksir przyspieszenia – wyjaśnił Johnny. - Tylko nie przedawkuj, jak ostatnio. Ostatnim razem – zwrócił się do Riley'a – dał jednej tyle, że nie wyhamowała przed skrzynką na listy i wrąbała się dziobem w drzwi. Całe szczęście, że to było wśród naszych!

Barty wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu i zabrawszy listy do mugoli, wyszedł do Gniazda.

Gniazdo, czyli ptaszarnia znajdowała się w jaskini na piętrze. Już zbliżając się do wejścia można było usłyszeć harmider, więc Barty rzucił Quiesus i dopiero, gdy dookoła niego zaległa zbawienna cisza, wszedł do środka.

Widok był... nieprawdopodobny. Zawsze, kiedy tu wchodził, Barty nie mógł powstrzymać westchnienia podziwu.

Tuż przed nim, we wszystkie strony ciągnęły się alejki oddzielające dziesiątki olbrzymich klatek, otwartych zupełnie u góry, w których harcowały w najlepsze rozmaite gatunki ptaków. Młode kąpały się w kałużach, stroszyły piórka w promieniach słońca, wpadających przez liczne otwory wykute w wysokim sklepieniu lub ganiały się całymi stadami, dorosłe ptaki zaś wylatywały i wracały do gniazd, wzywane przez poczciarzy czy wracając po dostarczeniu przesyłek, zaś w przerwach skubały donoszone regularnie pożywienie, wiły gniazda na drzewach lub lewitujących konarach, albo uprawiały tańce godowe.

Bez dwóch zdań, to było ptasie królestwo, w którym czarodzieje stanowili zdecydowaną mniejszość, ale jednocześnie widać było niesamowitą harmonię między przyrodą, ptakami i ludźmi. To była magia w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Barty uwielbiał tu przychodzić.

Teraz, tłumiąc niecierpliwość, wstąpił do magazynu. Jednym ruchem rozłożył w wachlarz plik listów, przywołał kilka sztywnych kartek z mugolskimi znaczkami i wybrawszy czerwone, oznaczające priorytet, wskazał je różdżką i zawołał „Adhaerere"! 52 znaczki oderwały się od nich niczym stado motyli i mieniąc się biało-czerwoną wstęgą, śmignęły do prawego górnego rogu każdej z kopert i przylgnęły mocno.

Kolejne zaklęcie i na każdej kopercie pojawił się mugolski stempel, ale to było już o wiele mniej widowiskowe.

Barty szybko sprawdził, jak daleko od każdego adresu znajdował się ptasi portal i wyliczył dokładnie ilość eliksiru, który musiał podać ptakom. Jo miał rację, gdyby tym razem się pomylił i jakiś mugol znalazł czarną papugę wbitą po nasadę dzioba w jego drzwi z listem w łapkach, byłaby draka jak cholera.

Klatki dla czarnych kakadu były całkiem niedaleko. Minął australijskie orły, wspaniałe ptaki o upierzeniu przywodzącym na myśl płonące Feniksy, uśmiechnął się na widok wtulonych w siebie i śpiących słodko sówek (używane były tylko wieczorami i nocą), zatrzymał na chwilę przy ogrodzeniu ptaków kiwi, wyglądających zupełnie jak puszyste, szaro-beżowe kuleczki i minąwszy się z chłopakiem, który wracał do Sali Nadawczej po kolejną porcję listów i paczek, dotarł do czarnych papug.

Do przyzywania ptaków pocztowcy używali specjalnych gwizdków, różnych dla każdego gatunku. Nikt nie miał pojęcia, jak brzmiał ich dźwięk, bo tylko ptaki je słyszały. Teraz ledwie gwizdnął, za ogrodzeniem zakotłowało się i w ciągu kilkunastu sekund obsiadło go duże stado papug.

- Mam dla was coś bardzo pilnego, słoneczka – powiedział, głaszcząc delikatnie pióra najbliższej z nich.

Musiał odłożyć listy na bok, żeby nabrać do pipety eliksir przyspieszający i aż parsknął śmiechem widząc, jak ptaki jak jeden mąż obróciły główki, śledząc ruch jego ręki.

- No więc... Coral Bay, Robinson Street 10 – odczytał, podsuwając zwiniętą w rulonik kopertę jednej z papug. – Otwórz dziobek i powiedz AAA...

Papuga posłusznie otworzyła olbrzymi, zakrzywiony dziób i dała sobie wkropić trzy krople eliksiru, potem z zaskakującą ostrożnością wzięła z jego ręki orzecha, którego dał na zachętę i aż nastroszyła kilka razy czub na główce.

- Wiem, że to lubisz – pogłaskał ją delikatnie Barty. – No dobrze, tylko nie drzyj się, leć szybko i uważaj na siebie

Ptak zacisnął pazurki dookoła koperty i machnąwszy skrzydłami tak mocno, że zwichrzył chłopakowi włosy, wystrzelił w kierunku najbliższego okna.

- Następna. Yuna...

Jedna po drugiej, kakadu odlatywały z listami, aż w końcu nie został ani jeden, a to, co miał na głowie, nie przypomniało w niczym fryzury, którą pieczołowicie układał sobie rano.

Odprowadził wzrokiem ostatniego ptaka i aż syknął, gdy któraś z pozostałych papug uszczypnęła go w palec.

- Och...! – wyszarpnął jej rękę. – Co jest?!

Kakadu kiwnęła dziobem w stronę orzechów i nastroszyła kilka razy czub, ale Barty doskonale pamiętał ze szkolenia, że nie wolno rozpieszczać ptaków pocztowych.

- Nie ma listów, nie ma orzechów – powiedział stanowczo. – Inaczej się rozbestwicie.

I nie zwracając uwagi na, najprawdopodobniej głośne, skrzeczenie niezadowolonych papug kazał im wracać do klatki.

.

Gdyby ktoś z was śledził kakadu z listami, zobaczyłby coś niesamowitego.

Wszystkie ptaki wylatywały na zewnątrz, prosto w stronę oślepiającego słońca, niczym czarne pociski wzbijały się wysoko, wysoko w górę, tam gdzie ostry wiatr jeżył im pióra, a temperatura była o wiele niższa i nagle... znikały. W ciągu jednego mgnienia oka.

Jeszcze tylko chwilę ciemne plamki tańczyłyby wam przed oczami, do złudzenia przypominając malejące ptaki ze zwiniętymi skrzydłami... a potem widzielibyście już tylko błękitne niebo.

Pomyślelibyście pewnie, że to złudzenie i widząc kolejnego ptaka, wytężalibyście wzrok, ale on również zniknąłby, dokładnie w tym samym miejscu.

W miejscu, gdzie niebo stykało się z magią.

.

Każda z papug wleciała w ptasi portal z kierunku zachodnim i kilka sekund później wyleciała, ale setki kilometrów dalej. I natychmiast każdy z ptaków, kierując się instynktem i wpojoną przez czarodziejów wiedzą, wybrał najkrótszą, ale wcale nie prostą drogę do miejsca przeznaczenia.

Szyk ptaków się załamał; niektóre wpadły w kolejne portale prowadzące bardziej na północ, inne wprost na zachód, kilka na południe i tak z każdym portalem było ich coraz mniej, aż w końcu każdy z nich został sam.

.

Pierwsza z papug jak strzała wyleciała z ostatniego portalu, jakieś 30 kilometrów od Coral Bay. Zacisnąwszy pazurki dookoła drogocennego listu, błyskawicznie wychwyciła prąd powietrzny, rozłożyła szeroko skrzydła i dała się ponieść w kierunku zachodnim.

Do miasta dotarła niecałe pół godziny później. Zniżyła lot, odnalazła właściwy adres i zanurkowała ostro w kierunku niewielkiego domku.

Tradycyjnie dla tej części kraju skrzynka na listy stała przy drodze, jakieś 50 metrów do domu, razem z pięcioma innymi. Kakadu złapała dziobem list, usiadła bokiem na skrzynce i jednym zręcznym ruchem wsunęła go do środka. Po czym dała upust nudzie i zaczęła zjeżdżać po stromym daszku, podlatywać do góry i zjeżdżać na nowo.

Straszliwy odgłos pazurów drapiących po blasze z pewnością nie zwrócił uwagi ludzi, ale skrzekliwy wrzask na pewno. Gdy do tego papuga zaczepiła się pazurami o kanciasty brzeg skrzynki, zwisła łbem do góry i zaczęła zaciekle dziobać w ścianki, z domu wyszła starsza pani i machnąwszy rękoma, krzyknęła:

- Wendell! Pogoń tą latającą małpę, szybko!

Zza domku wychynął starszy mężczyzna i krzyknął głośno, lecz papuga nic sobie z tego nie robiła. Dopiero, gdy podszedł bliżej i rzucił trzymanym w ręku butem, zaskrzeczała i odleciała na pobliskie drzewo.

Wendell poszedł podnieść buta i, skoro już był przy skrzynce, zajrzał do środka. Prócz gazety, na wierzchu leżał mocno zwinięty list.

- Za grosz szacunku – mruknął pod adresem listonosza, zaciekawiony rozerwał kopertę i zajrzał do środka. – Monika! Jakieś zaproszenie dostaliśmy!

Papuga nastroszyła czub i zadowolona pokiwała energicznie główką na boki. Misja była zakończona, mogła wracać.

.

.

Okręg Cairns, Wschodnie Wybrzeże

Koło 10tej rano

Wizyta Hermiony w Informacji Turystycznej trwała koło kwadransa, choć z pewnością potrwałaby o wiele krócej, gdyby mężczyzna, który szukał dla niej adresu Urzędu Miasta, był bardziej zainteresowany swoją pracą niż nią samą.

Nie była to dla niej nowość – choć minęło już tyle lat od zakończenia wojny, do dziś trafiali się tacy, którzy stawiali sobie chyba za punkt honoru uwieść słynną pannę Granger, więc nauczyła się mniej lub bardziej grzecznie ich odprawiać.

Tym razem zajęło jej to o wiele więcej czasu, ale nie dlatego, że nie umiała rozpoznać jego awansów, czy że wyglądał nad wyraz interesująco, lecz dlatego, że... miał koło czterdziestu lat.

To było zupełnie jak objawienie. Jakby ktoś zdjął zasłonę z jej oczu i wreszcie zrozumiała.

Zarówno Severus jak i Tau znali ją jeszcze SPRZED wczorajszego ranka i cały czas traktowali tak samo. Ona sama, choć oczywiście dostrzegła w lustrze zmiany, czuła się tak samo. Jakby nic się nie zmieniło.

Tymczasem zmieniło się wszystko. Bezpowrotnie.

TEN mężczyzna jej nie znał. Po prostu wziął ją za taką, na jaką wyglądała. KIM była.

Dopiero po dłuższej chwili Hermionie udało się opanować zaskoczenie, zdecydowanie odrzuciła jego zaproszenie, schowała do kieszeni małą mapkę Cairns z zapisanym adresem Urzędu Miasta i wyszła na zewnątrz.

- Nawet jakbym była królową wieczoru, to nie ty byłbyś królem, kochany – wymamrotała, zbiegając po schodkach. – To nie ta baśń. Bajka.

Przysłoniła oczy przed ostrym słońcem, które po wyjściu z klimatyzowanego biura dało się jej ostro we znaki i rozejrzała za Severusem. Stał pod ocienionym daszkiem restauracji niemal naprzeciwko, jego ciemna sylwetka odcinała się wyraźnie na tle jasnej ściany.

W jednej sekundzie Hermionie stanęły przed oczami dziesiątki scen, w których stał tak, dumnie wyprostowany, z rękoma splecionymi na piersi, zupełnie niczym król i uśmiechnęła się rzewnie.

Jakie to by było proste, gdyby to była bajka. Znalazłabyś rodziców, on by się w tobie zakochał i wszyscy żylibyście dłuuugo i szczęśliwie. Tymczasem to durna rzeczywistość, w której w Najlepszym wypadku znajdziesz rodziców. Po Severusie cudów się nie spodziewaj.

I tak cud, że jest tu z tobą.

Cud.

Na tę myśl zrobiło się jej jakoś dziwnie, jakby coś zrozumiała i natychmiast zapomniała i zostało w niej tylko wrażenie pustki po tym zrozumieniu. Nieomalże namacalnej, ciepłej jak Kamień pustki, gdzieś koło serca.

?... Cud...?

Hermiona zatrzymała się przy ulicy, przeczekała kilka nadjeżdżających samochodów i rozejrzawszy się prędko na boki, przebiegła na drugą stronę.

- Mam...

- Uważ...!

Czyjś krzyk i ostry pisk gdzieś z lewej zagłuszyły resztę słów, coś dużego, ciemnego mignęło jej tuż przed oczami i aż pchnęło boleśnie do tyłu! Hermiona szarpnęła rękoma przed siebie, sięgnęła w powietrze, byle tylko nie upaść i chyba tylko cudem udało się jej utrzymać równowagę.

Młody chłopak na rowerze zahamował gwałtownie kilka jardów dalej, zwalił na kierownicę, ale natychmiast obrócił do niej.

- Boże! Nic się pani nie stało?!

Nic się nie stało? Hermiona potrzebowała zaledwie sekundy, żeby poczuć brak ciepła w kieszeni. I w ręku!

- Kamień...

Gdzie jest Kamień?! Rozejrzała się rozpaczliwie dookoła. Nie mogła zgubić Kamienia! Omiotła wzrokiem chodnik i czym prędzej spojrzała na ulicę. Jeśli rozjedzie go jakiś samochód...! Boże, to byłby koniec świata!

W tym momencie podszedł Severus i spojrzał na nią z wyraźnym poirytowaniem.

- Nic ci nie jest?

- Kamień. Zgubiłam Kamień. Wypadł mi, jak... – Hermiona machnęła na bok pustą lewą ręką.

Oboje popatrzyli w tamtym kierunku i dostrzegli nieforemną bryłkę kilkanaście stóp dalej. Hermiona odetchnęła z ulgi i wtedy nadszedł inny koniec świata.

Severus dał dwa duże kroki w bok i pochylił się po niego.

- Nie możesz choć trochę uważać? – fuknął, obracając się i zamarł. – Co jest..?!