Poniedziałek, 12 maja 2003

Instytut Chorób Zakaźnych i Tropikalnych

Przed 8-mą wieczorem

Przez zalane deszczem szyby ledwo widać było dwie kolorowe wstęgi na ulicy – białą i czerwoną, nieuchronny znak, że tysiące londyńczyków postanowiło wsiąść w samochód i stało właśnie w paskudnym korku. Chmury na niebie były tak ciemne, że poza tymi dwoma kolorami wszystko tonęło w miękkiej czerni, całkiem jakby to był środek nocy, a nie majowy wieczór.

Profesor Neumann odłożył na bok zdjęcia wirusa z mikroskopu elektronowego, który przesłał mu dziś zaprzyjaźniony profesor z Ugandy i pokręcił głową. Negatywną stroną „uzdrowienia" chorych z Dublina było to, że teraz wszyscy lekarze z całego świata zasypywali go listami i oczekiwali cudownego rozwiązania wszystkich problemów zdrowotnych. Jakby był jakimś Bogiem, cholera jasna. Do tego należało doliczyć dziesiątki próśb o porady od rozmaitych magistrów robiących przewód doktorski, promotorów i naturalnie czyhających na niego wszędzie dziennikarzy.

Miał już dość. Po pierwsze nigdy nie czuł się dobrze „na świeczniku", a po drugie zupełnie nie rozumiał, co się wtedy stało, że ci ludzi wyzdrowieli! To był jakiś przypadek, czarna magia, albo cud! Niech pytają tych z Watykanu!

Czasami miał wrażenie, że to mu się po prostu przyśniło! Jak w takiej sytuacji miał TŁUMACZYĆ to innym?! Na myśl, że za tydzień ma wygłosić odczyt otwierający XVI Sympozjum Światowego Stowarzyszenia Lekarzy w Londynie, ogarniała go panika.

Doktor Roberts nadal pilnie przyglądała się świeżym zdjęciom wirusa malarii z Ugandy i starym, z Amazonii, sprzed 10 lat.

- Masz coś? – spytał, widząc jak kobieta zmarszczyła brwi.

- Nie jestem pewna... ale mam wrażenie, że on zmutował... – odparła cicho. – Wygląda nieco inaczej, przede wszystkim główka wirusa jest inna.

Neumann wzruszył ramionami. To było nieuniknione.

- Dobrze byłoby zbadać, jak zachowa się w tym przypadku układ odpornościowy – dodała doktor Roberts, odgarnęła za ucho kosmyk włosów, który wysunął się z koka i spojrzała na Neumanna. – Pamięta pan to badanie z Liberii, które przeprowadzono na dzieciach mających mutację wywołującą β-talasemię? Miały o 50% mniejsze ryzyko zachorowania na objawową malarię.

Neumann sięgnął po kartę, która pozwalała na przemieszczanie się w obrębie budynku i kiwnął głową.

- Skontaktuj się jutro z doktorem Dembele – poradził jej. – Bardzo dobry pomysł.

- Ma pan jego numer?

- Gdzieś w poczcie powinien być – Neumann nie mógł się przyzwyczaić do niektórych wynalazków i zamiast „e-mail" zdecydowanie wolał mówić „poczta". Nie miał ochoty zaprzedać duszy demonowi techniki.

Doktor Roberts zrobiła krótką notatkę w kalendarzu i przyszło mu do głowy, że ta kobieta o wiele bardziej zasługuje na Nagrodę Richardsona niż on. Jest o wiele bardziej zaangażowana.

W sumie... czemu by nie...

Neumann zawahał się jeszcze tylko krótką chwilę i podjął decyzję.

- Beth – odchrząknął niepewnie i kobieta spojrzała na niego uważnie. – Wiesz, że za tydzień mamy ten międzynarodowy zlot czarownic i mam wygłosić mowę na otwarcie? Więc... chciałbym ci zaproponować... żebyś ty to zrobiła.

Kobieta zachłysnęła się i spróbowała wstać, ale natychmiast osunęła się na krzesło i złapała za usta.

- Panie profesorze, nie... nie rozumiem... co się...?!

Neumann podszedł do niej i odruchowo postukał trzymaną w ręku kartą w biurko. W nagle zapadłej ciszy dźwięk zabrzmiał zaskakująco ostro. I zdecydowanie.

- Moja droga, wiesz doskonale, co sądzę o Dublinie i o tym całym zamieszaniu dookoła tej sprawy – przyznał bardzo niechętnie. – Poza tym jestem zmęczony i chyba po prostu mam dość.

- Panie profesorze, proszę odpocząć i wszystko się ułoży – zapewniła go doktor Roberts i uśmiechnęła lekko. – Po dzisiejszym dniu wcale się panu nie dziwię. Ja też mam dość. Proszę wziąć sobie jeden czy dwa dni wolnego i sam pan zobaczy, jeszcze trzeba będzie pana odrywać od pisania przemówienia.

- Nie, Beth. Mówię zupełnie poważnie – Neumann nie odpowiedział uśmiechem, tylko pokręcił głową. – Nie zamierzam tam iść. Już i tak czeka na mnie ten sam koszmar na rozdawaniu nagród Richardsona. A ty masz pełno zapału i zasługujesz na wyróżnienie.

- Ale panie profesorze...

- Zrób to dla mnie. Proszę cię, Beth. Po prostu stań tam i pogadaj do nich. A tak swoją drogą – Neumann wskazał kupkę papierów leżącą na samej górze tacki na dokumenty – przemówienie już jest napisane. Trzeba je tylko przeczytać.

Beth poczuła się jak w potrzasku. I jak tu miała mu odmówić, kiedy nie tylko mówił, że jest zmęczony i ma dość, ale prosił ją i dawał gotowe przemówienie?!

- Będą przecież pytać o pana... – przyszło jej nagle do głowy jak objawienie. – Wszyscy na pana czekają.

- Tym się nie przejmuj. Rozchoruję się poważnie tuż przed, więc nikogo nie będzie dziwić, że moja asystentka mnie zastępuje.

- I sądzi pan, że nabiorą się na przeziębienie, grypę czy coś podobnego?

- Poproszę Henry'ego, na pewno mi pomoże – uśmiechnął się wreszcie Neumann. – Dziś chyba tylko im nie podpadliśmy.

Doktor Roberts westchnęła ciężko. Henry, czyli Sir Henry Jenkins, był dyrektorem London Bridge Hospital, który miał chyba najlepszy w kraju oddział kardiologiczny. Mogła się tylko domyślać, że Neumann spróbuje się wykręcić atakiem serca, czy czymś równie poważnym.

I faktycznie, po tym jak dziś odwołali szeroko zakrojoną akcję pomocy niemieckim lekarzom, wybuchła potworna awantura i wszyscy, których wcześniej trzeba było niemal błagać o pomoc, teraz poczuli się ciężko obrażeni, że Niemcom udało się wyleczyć ich chorych na własną rękę. Pomyślałby kto, że woleliby, żeby tamci umierali masowo, a oni mogli oficjalnie pomóc i przeczytać własne nazwiska w gazetach!

Z Neumannem początkowo próbowali przepraszać i tłumaczyć, ale z biegiem czasu oboje zaczęli tracić cierpliwość i w końcu profesor nie wytrzymał i nawyzywał Alaina Milburna, Przewodniczącego Rady Zdrowia. Ten, jak dowiedzieli się bardzo okrężną drogą, poskarżył się Premierowi i sprawa nagle ucichła.

Neumann sięgnął po oficjalne zaproszenie na Sympozjum i gotowe przemówienie i podał swojej asystentce.

- Najlepiej będzie, jak to sobie na spokojnie przeczytasz i dasz mi odpowiedź. A teraz żegnam cię, moja droga, na mnie już czas – wziął do ręki parasol i niewielką torbę, w której trzymał portfel, klucze i dokumenty i westchnął ciężko. – I nie siedź za długo.

Ta potaknęła, uśmiechając się ciepło.

- Dobranoc, panie profesorze. Dobrej nocy!

- Dobranoc, Beth, dobranoc...

Gdy drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaśnięciem, w biurze zapanowała zupełna cisza, w której doskonale słychać było bębnienie deszczu o szyby i ledwo słyszalny nawiew powietrza.

Doktor Roberts wróciła myślami do dzisiejszego poranka i kolejny raz spróbowała sobie przypomnieć, kto i kiedy skontaktował z nimi Niemców, ale była już tym wszystkim tak zmęczona, że nie mogła się skupić i za każdym razem jej myśli odpływały w zupełnie innym kierunku.

Niemcy. Dzwonili bezpośrednio do nas? Czy raczej przyszło to odgórnie, właśnie od Milburna? Albo nawet od kogoś wyżej? Chyba tak, bo do nas przecież by się nie dostali. Bez przepustki nawet Królowej by tu nikt nie wpuścił. Nikt, a już szczególnie nie ten postrzelony strażnik z wieczornej zmiany.

Boże, żeby tylko tu nie przyszedł i nie próbował znów zapraszać cię na kawę!

Może już lepiej idź do domu! Poczytasz kiedy indziej.

Odłożyła zaproszenie do szufladki i zamknęła ją tak energicznie, że niezakręcona butelka z resztką wody mineralnej zachybotała się i zanim Beth zdążyła cokolwiek zrobić, przewróciła się i woda natychmiast rozlała się szeroko na wszystkie strony.

- O, cholera!

Beth zerwała się gwałtownie, porwała malutką klawiaturę Apple, myszkę i komórkę i rzuciła je na fotel za sobą, po czym złapała przewróconą butelkę i plik zamoczonych analiz i przeniosła je na tackę na dokumenty. Woda zaczęła już kapać na wykładzinę, więc cisnęła butelkę do kosza, pospiesznie zdarła z siebie fartuch i przykryła nim niemal całe biurko.

- Cholerny świat! – syknęła, przyciskając go do brzegu, żeby powstrzymać kapanie.

Woda natychmiast wsiąknęła w materiał i przestała ciec na podłogę. Beth odczekała jeszcze chwilę, przetarła mokrym fartuchem całą powierzchnię biurka i rozprostowawszy go, przyjrzała mu się z niesmakiem.

Flamaster w lewej górnej kieszonce musiał być źle zamknięty, bo widniała tam czerwona plama, która ciągle się powiększała, plik post-itów przebijał na żółto, a w wielu miejscach na nieskazitelnie białym materiale widać było pełno ciemnych smug. Najlepszy dowód na cięcia kosztów i obniżanie wydatków na sprzątanie w strefie administracyjnej – pomyślała zdegustowana. Ale tej plamy to już chyba nie dopiorą!

Czy tak, czy inaczej, fartuch nadawał się tylko do prania, więc Beth zaczęła opróżniać wszystkie kieszenie. Wyjęła flamastry i długopisy, dwa duże spinacze, mokre post-ity wyrzuciła do śmieci i w ostatniej kieszonce znalazła jedną przemoczoną karteczkę, na której coś było napisane. Beth obróciła karteczkę i przeczytała:

Magia i czarodzieje istnieją Imperius Klinika Św. Munga Harry Potter Oliva Anders Różdżka Kingsley Shacklebolt sekretarz Tony'ego Blaira Minister Dom handlowy Purge & Dowse Ltd

?!

CO?!

?!

Minuty mijały, czerwona plama rozlała się już na połowę fartucha, a Beth nadal stała i gapiła się, oszołomiona, na tę przedziwną notatkę, przeskakując wzrokiem między poszczególnymi słowami i nic nie rozumiejąc. Po chwili przyciągnęła sobie krzesło i nadal nie odrywając od niej oczu, bardzo powoli usiadła niemal na krawędzi.

Boże jedyny... CO TO ma być?!

Ona chyba już oszalała. Była chyba bardziej zmęczona, niż sądziła. Bredzi. Ma halucynacje.

Zmusiła się do spojrzenia na bok i wróciła wzrokiem do notatki, mając rozpaczliwą nadzieję, że zobaczy coś normalnego, ale znów zobaczyła te same słowa... pisane tym samym charakterem pisma...

JEJ charakterem pisma.

Dobry Boże. Ja naprawdę zwariowałam!

Słowa przyciągały jej wzrok jak magnes, po prostu nie była w stanie oderwać od nich oczu, choć się starała, więc potrząsnęła głową, spojrzała na biurko Neumanna i zakręciło się jej przed oczami. Ale dzięki temu przestała patrzeć na tę cholerną kartkę!

Idź stąd. Wracaj do domu. Połóż się spać, jak się obudzisz, to pewnie będzie poniedziałek.

Boże, takiego zwariowanego dnia od dawna już nie było. Poczynając od dziwnych Niemców, nieoczekiwanej pomocy Premiera i kończąc na tej kartce.

Chyba ci się to śni. Sny są zawsze zwariowane.

Czym prędzej wsunęła kartkę do kieszeni żakietu, zabrała torebkę i starając się ze wszystkich sił zająć czymś myśli, zjechała do niemal pustego o tej porze garażu.

Środa, 14 maja,

Spinner's End / Ministerstwo Magii, Gabinet Ministra

Ranek

Słońce wzeszło już wysoko na niebo, a Severus Snape nadal leżał w łóżku, choć nie spał. Leżał na plecach, z rękoma założonymi za głowę i wpatrywał się w smugi światła, padające przez uchylone okno. Wyglądały, jakby ktoś namalował je kilkoma pociągnięciami pędzla – równomierne rozświetlone kreski kładły się miękko na starej drewnianej podłodze i pościeli i w ich blasku nawet ciemna klepka skrzyła się oślepiającą bielą, nagle obdarta ze złych wspomnień. Całkiem jakby świt przyniósł nadzieję na lepszy dzień, lepsze życie.

Kiedy nacieszył się tym widokiem, zaczął podziwiać maleńkie drobiny kurzu, które wirowały powoli w powietrzu migocząc jak diamenty, płynęły do góry, opadały na dół, jakby pieszczone jakąś niewidzialną ręką.

Wczoraj rano robił dokładnie to samo – rozkoszował się światłem, kolorami, szumem drzew za oknem, krzykami ptaków i poświstywaniem wiatru.

I ciepłem. I dotykiem. Otulony szczelnie puchatym, miękkim kocem rozluźnił wszystkie mięśnie, przymknął oczy i pozwolił sobie Czuć.

Bicie jego serca zwolniło, oddech bez mała ustał i błogie uczucie spokoju rozlało mu się po całym ciele. I napawał się nim jak tylko mógł. W jego życiu było tak mało szczęśliwych chwil, że nawet takie jak ta należało smakować.

Jednak wszystko, co dobre, ma swój koniec.

Wczoraj dostał sowę z Ministerstwa z prośbą o stawienie się dziś w celu udzielenia niezbędnych wyjaśnień. Rayleigh została już przesłuchana, żona Bryanta również, ale w całej tej historii wciąż było pełno niewiadomych.

Nie miał ochoty spotykać się z Shackleboltem i Robardsem, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że jako główny świadek, nie miał innego wyjścia.

Kącik ust powędrował mu do góry, gdy Severus pomyślał o liście z Ministerstwa. Musiało im na nim naprawdę zależeć, skoro zamiast na oficjalne przesłuchanie u Aurorów, dostał zaproszenie na rozmowę w gabinecie Ministra.

No chyba, że Shacklebolt boi się, że przeklniesz Robardsa na miejscu i woli zająć się tym osobiście.

Co też znaczyło, że musiało im na nim zależeć.

Jemu też zależało. Postanowił dopilnować, żeby Rayleigh zgniła w Azkabanie.

Gdy wysiadł z windy w Atrium, w ciągu kilku sekund zaległa cisza i głowy wszystkich obróciły się w jego kierunku. Mógł się tego spodziewać po długim artykule w Proroku, w którym jakiś dureń znów zrobił z niego bohatera.

Idioci.

Jednak chwilę później rozległy się pierwsze szepty, przybrały na sile i chwilę później gwar wybuchł ze zdwojoną siłą. I wyraźnie mógł rozpoznać swoje nazwisko.

Severus zwęził gniewnie oczy, posłał im ponure spojrzenie, owinął się ciaśniej połami szaty i ignorując zupełnie przeszedł przez Atrium i zatrzymał się przed niewielkim biurkiem, za którym siedział Ochroniarz. Na jego widok znudzona mina w mgnieniu oka znikła z twarzy starszego czarodzieja i zastąpiła ją mieszanina zaintrygowania i obawy.

- P-pan Snape! – wykrztusił, podrywając się na równe nogi.

Severus skinął powoli głową i zamarł czekając na obowiązkowe obszukanie czujnikiem wykrywającym uroki i nielegalne magiczne czy niebezpieczne przedmioty, ale strażnik nadal gapił się na niego jak oniemiały.

- Ruszysz się, czy mam ci pomóc? – fuknął Severus.

- A już, oczywiście, oczywiście!

Czarodziej złapał nerwowo długi, złoty pręt, machnął nim Severusowi przed oczami, jakby opędzał się od much i czym prędzej odłożył go na bok, po czym odruchowo wyciągnął dłoń po różdżkę.

Severus uniósł do góry jedną brew i spojrzał na niego z góry.

- Nie sądzę.

- A-ale... Każdy oddaje różdżkę...

- Więc idź sobie z nim porozmawiać. Ja nazywam się Snape.

Starszy mężczyzna wytrzeszczył na niego oczy, jakby nie zrozumiał, ale po chwili rozłożył bezradnie ręce.

- Proszę...! Nie mogę pana wpuścić z różdżką.

Severus, który już dał krok do przodu, zatrzymał się i obrócił wolno do niego.

- Doskonale. Więc będziesz mógł wyjaśnić Ministrowi, czemu nie mogłem odpowiedzieć na jego zaproszenie – powiedział, krzyżując ręce na piersi.

Strażnik przybrał płaczliwy wyraz twarzy i już otworzył usta, gdy z boku nieoczekiwanie wyłonił się Gawain Robards.

- Eryku, dziękuję ci bardzo – rzucił z uśmiechem do strażnika i natychmiast spoważniał, gdy spojrzał na Severusa. - Zajmę się panem Snape'm osobiście.

Severus oddał mu ironiczne spojrzenie, które zdawało się mówić „Chciałbyś".

- Więc prowadź, Robards – uczynił gest dający mu pierwszeństwo.

Obaj ruszyli ku bramkom, za którym znajdowały się windy i Gawain skrzywił się kwaśno.

- Doskonale wiesz, że zgodnie z prawem nikt poza pracownikami nie może wejść do Ministerstwa z różdżką.

- Doskonale wiesz, że nie mam zwyczaju chodzić bezbronny.

- Wiem i dlatego tu przyszedłem. Coś mi mówiło, że nie oddasz jej dobrowolnie, nawet jakby Eryk ci kazał.

- Tylko Czarny Pan mógł KAZAĆ mi oddać różdżkę.

Gawain, który doszedł właśnie do bramki, zatrzymał się raptownie i aż poczerwieniał ze wściekłości.

- Posłuchaj, Snape – rzucił ostrzegawczym tonem. - Przyzwoliłem na traktowanie cię z pewnymi przywilejami, ale to nie znaczy, że nie mogę zmienić zdania.

Severus wygiął usta w pogardliwym uśmieszku.

- Nie radzę ci próbować. I nie zachowuj się, jakby to była wielka łaska, którą mi wyświadczasz.

- Sądzisz, że ci się to należy?

- A ty nie?

Gawain zacisnął dłoń dookoła różdżki, żeby się opanować.

- Szkoda, że muszę ci przypominać, że uratowałem ci życie, Snape.

Dotychczas spokojną twarz Severusa przeszył bolesny grymas i oczy zwęziły się niebezpiecznie.

- Niezwykle interesujący punkt widzenia – wycedził niskim, pełnym groźby głosem. - Moim zdaniem jedyne, co ci zawdzięczam, to tydzień w Azkabanie, gdzie o mały włos nie zostałem ucałowany przez dementorów.

- Nie mi! Nie ponoszę odpowiedzialności za...

- Ależ oczywiście, że ponosisz! – przerwał mu bezpardonowo. - Nie dopilnowałeś jednego z TWOICH Aurorów i dzięki temu zmarły setki ludzi. A ja trafiłem do więzienia. Jakbyś bardziej ich pilnował, może w ogólnie nie byłoby tego koszmaru.

Z chwili na chwilę Gawain miał coraz większą ochotę go przekląć! Cholerny, pieprzony dupek! Nie dość, że mówi o „Czarnym Panu", to jeszcze teraz mówi mi, że nie nadaję się na to stanowisko?!

- Co ty możesz wiedzieć o przewodzeniu innym? – wybuchnął. - Myślisz, że tak łatwo jest kontrolować wszystko i wszystkich? Zawsze działałeś sam, więc nie będziesz mi teraz prawił morałów!

- Nigdy nie mówiłem, że coś o tym wiem. Po prostu robię to, co potrafię. Może nadszedł czas, żebyś ty też to zrobił.

Chwilę obaj patrzyli sobie z bliska w oczy oddychając ciężko, żaden z nich zdecydowany nie ustąpić drugiemu i napięcie między nimi można było wyczuć palcami, gdy nagle zza pleców Gawaina doszedł ich kobiecy głos.

- Przepraszam, czy pano...

Gawain obrócił się gwałtownie i młoda czarownica dostrzegła Severusa i aż się zachłysnęła.

- Rusz się, Robards – warknął Severus. – Nie będę tu stał i czekał, aż zmądrzejesz.

Gawain posłał mu wściekłe spojrzenie.

- Masz szczęście, Snape, że to Minister cię wzywa. Gdyby nie to, nie pozwoliłbym ci przejść nawet dziesięciu stóp w Atrium.

- Minister zaprosił mnie na spotkanie, a nie wezwał. Gdyby nie to, nie zjawiłbym się tu nawet na chwilę.

Młoda kobieta odeszła pospiesznie kawałek dalej, więc zgrzytnąwszy zębami, Gawain przeszedł przez bramkę i nie przytrzymał jej dla Severusa. Ten zablokował ją zaklęciem, żeby się nie zatrzasnęła i zdjął je dopiero, gdy był po drugiej stronie.

Nie odzywając się już do siebie wjechali na Poziom Pierwszy i poszli do gabinetu Ministra.

Gdy panna Brown wpuściła ich, Kingsley siedział za olbrzymim biurkiem i podpisywał gruby plik pergaminów. Na ich widok uśmiechnął się i gestem wskazał im kilka krzeseł.

- Gawain, Snape, dzień dobry! Wejdźcie i siadajcie, proszę!

Severus wybrał sobie krzesło jak najdalej od Aurora, odchylił się nonszalancko do tyłu i oparł różdżkę w poprzek uda, po czym spojrzał za okno. Wpadało przez nie blade światło, jakby na niebie było dużo chmur i promienie słońca nie mogły się przedostać przez ich warstwę.

Kingsley szybko skończył składać podpisy, odłożył pergaminy na bok i przywołał długie na sześć stóp zeznanie Alex Rayleigh.

- Proponuję zaczekać jeszcze trochę, może zjawi się Hermiona Granger.

Severus nie zareagował w żaden sposób, tylko nadal wpatrywał się w okno. Oczywiście spodziewał się, że na takie nieformalne przesłuchanie ściągną ich oboje.

Gawain zerknął na zegarek – do jedenastej zostały jeszcze trzy minuty.

- Wiesz, czy panna Granger potwierdziła swoją obecność? – spytał Kingsleya.

- Nie odpowiedziała na sowę – potrząsnął ten głową i spojrzał pytająco na Severusa. – Snape? Mówiła ci coś? Że nie może przyjść, czy że się spóźni?

Severus obrócił się powoli do nich.

- Nie widzę powodu, dla którego panna Granger miałaby mi cokolwiek mówić – powiedział lodowatym tonem.

- Myślałem, że... – zaczął Kingsley i postanowił nie kończyć zdania.

- To źle myślałeś.

Gawain potrząsnął głową, a Kingsley westchnął i kiwnął głową.

- No cóż, najwyraźniej źle myślałem – skwitował. – Ale w sumie to nawet dobrze, że nie ma nikogo postronnego... Jak wiesz, za wynalezienie antidotum Ministerstwo oferowało nagrodę – pochylił się, żeby stuknąć różdżką w dolną szufladę, zamykaną specjalnym zaklęciem.

Severus wyprostował się raptownie i powstrzymał go ruchem ręki. Nie zamierzał na to pozwolić!

- Nie robiłem nic dla nagrody, wiesz o tym dobrze, Shacklebolt!

Kingsley mimo to wyjął na biurko dużą, ciężką sakiewkę. Czy raczej worek. Dziesięć tysięcy galeonów zagrzechotało głośno.

- Oczywiście, że wiem. Gdyby ci ktoś kazał coś zrobić, przekląłbyś go zanim zdążyłby skończyć zdanie – uśmiechnął się szeroko. - Myślałem o czymś innym.

Severus posłał mu pytające spojrzenie, więc Murzyn dokończył.

- Po prostu sądzę, że nie będziesz próbował szukać pracy lub odpowiadać na przeróżne idiotyczne propozycje, które bez wątpienia niedługo zaczniesz dostawać. W ten sposób miałbyś zapewnione pieniądze i nie musiał już nic robić.

Severus parsknął pogardliwie na myśl o propozycjach pracy. Istotnie, wczoraj jakiś natchniony idiota błagał go o podpisanie jego biografii i oferował 10% zysku ze sprzedaży, zaś przed wyjściem przyleciała sowa z listem od Terazjusza White'a, właściciela apteki na Pokątnej, z propozycją pracy jako starszego sprzedawcy.

Ale choć w pewien sposób doceniał propozycję Shacklebolta, nie wyobrażał sobie, że mógłby „już nic nie robić". Miał wystarczająco dużo złota, żeby wieść wygodne życie i móc nadal warzyć rozmaite rzadkie eliksiry i maści. Wszak teraz było o jednego angielskiego producenta eliksirów mniej i nie zanosiło się, żeby Powell dostał w najbliższym czasie piątą Kroplę. Nawet jeśli kolejną inspekcję będzie prowadził ktoś mniej uparty niż Hermiona Granger.

Niech przeznaczy to na jakiś sensowny cel. Choćby żeby lepiej wyszkolić Aurorów-idiotów. Może w ten sposób zwiększą się szanse na to, że uda im się rozwiązać jakąkolwiek sprawę.

- Nie – rzucił krótko i dodał ironicznie. – Ja tego nie potrzebuję.

Kingsley zmarszczył brwi, zaskoczony. Co ma znaczyć, że ON tego nie potrzebuje...? Jest ktoś, kto...? Ależ oczywiście! Przecież uwarzyli to antidotum z Hermioną!

Uśmiechnął się szeroko i z lekkim niedowierzaniem. A już myślał, że Snape skorzysta z jego propozycji! Jak widzisz, ten facet wcale nie jest takim wrednym sukinsynem, za jakiego wszyscy go uważają.

I... może jednak się nie myliłeś? Hmmm...

- Muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś – uśmiechnął się jeszcze szerzej. - To bardzo... szlachetne z twojej strony

- Nazwij to troską o innych – stwierdził sarkastycznie, w jego przekonaniu, Severus.

- Mimo wszystko... Jestem pewny, że niektórzy będą cię za to uwielbiać.

Severus nagle poczuł, że chyba się nie rozumieją.

- O czym ty gadasz, Shacklebolt? – warknął.

Kingsley wkładał pieniądze z powrotem do szuflady, więc nie odpowiedział, za to odezwał się Gawain, coraz bardziej poirytowany ich idiotycznymi pogaduszkami.

– Czy możemy przejść do rzeczy? Spieszy mi się.

Severus również zaczynał tracić cierpliwość.

- Pierwszy raz się z tobą zgodzę, Robards. Choć nigdy nie sądziłem, że to nastąpi. Zaczynajmy już.

Przez kolejne dwie godziny odpowiadał na istną powódź pytań i zaczął nabierać coraz większej ochoty, żeby rzucić na nich Silencio. Ale postanowił osobiście zadbać o to, żeby Rayleigh musiała zaprzyjaźnić się z dementorami.

Gdy wreszcie nieformalne przesłuchanie się skończyło i Severus wyszedł, Gawain otarł końcówkę pióra i zakręcił kałamarz.

- Cholerny stary dupek – mruknął pod nosem.

- Nie taki stary i nie taki cholerny – zaoponował Kingsley. – Co ty od niego chcesz?

Gawain zaklęciem wyczyścił powalane atramentem palce i rozsiadł się wygodnie na krześle.

- W Atrium zachowywał się jak kretyn. Wiesz, że zaszantażował Eryka, że jak go nie puści bez różdżki, to będzie musiał się przed tobą tłumaczyć?

Kingsley domyślał się, że Snape nie będzie chciał oddać różdżki i to rozumiał. Dlatego zdecydował, że dla Snape'a uczyni wyjątek.

Wiedział doskonale, że choć resztka Śmierciożerców siedziała w Azkabanie, w czarodziejskim świecie wciąż było pełno ludzi, którzy go nienawidzili. Przede wszystkim rodzin skazanych, ale i tych, których nie przekonał jego proces i uważali, że powinien zapłacić za lata służby u Voldemorta. Poza tym niektórym ludziom po prostu nie można było kazać oddać różdżki. Severus Snape bez różdżki? Taka opcja po prostu nie istniała.

Gawain też zdawał sobie z tego sprawę i przecież się z nim zgodził. Więc skoro teraz nazwał go kretynem, musiało być coś jeszcze...

- Tylko tyle? – spytał, czym zarobił dość krytyczne spojrzenie swojego podwładnego.

- Nie. Powiedział, że to mi zawdzięcza tydzień w Azkabanie! I dał mi do zrozumienia, że powinienem zmienić zawód, bo nie potrafię upilnować moich ludzi! – warknął Gawain.

Kingsley tylko skinął głową.

- W pewien sposób... ma rację. To Auror wpakował go do Azkabanu i nielegalnie skazał na Pocałunek Dementora. Miał szczęście, że Hermiona i Harry zrobili wszystko, by go stamtąd wyciągnąć.

Gawain zmierzył Kingsleya poważnym spojrzeniem. Oczywiście Kingsley był Ministrem Magii, ale z racji tego, że jeszcze kilka lat temu był Aurorem i znali się obaj bardzo dobrze, był również przyjacielem, więc mógł sobie na to pozwolić.

- No właśnie... skoro o Harry'm mowa... Nie wiem, co z nim zrobić – przyznał z wahaniem i widząc pytające spojrzenie Kingsleya, dodał. – Gdy ściągnął mnie do Ministerstwa i powiedział, że przeszukał nielegalnie Archiwum, że wysłał pannę Granger do Azkabanu jako Aurora i odroczył wykonanie wyroku, powiedziałem mu, że kiedy cała sprawa się skończy, zajmiemy się problemem jego niesubordynacji.

- I?

- Nie mogę! – westchnął Gawain. – Nie po tym, co przeszedł. Nie jestem w stanie zwołać postępowania dyscyplinarnego i... – urwał i pokręcił głową.

- Więc tego nie rób. Gdyby tego nie zrobił, dziś nadal umieraliby ludzie, a on i Ginny byliby już dawno martwi. I pewnie przyznalibyśmy nagrodę Rayleigh.

Gawain westchnął znów. Niby to była prawda, ale z drugiej strony przecież były jakieś zasady, prawa! Których każdy musiał przestrzegać! Jak miał stać na ich straży, skoro jego własny Auror je łamał?!

- Nie wiem, jak mam go powstrzymać przed zrobieniem za jakiś czas czegoś podobnego? Może przez rok, dwa, będzie się pilnował, ale kiedy tylko znów pojawi się jakieś poważne zagrożenie, będzie narażony ktoś mu bliski, nie zawaha się przed niczym, byle mu pomóc!

Kingsley potarł nasadę nosa. Też o tym myślał. I był pewien, że przy najbliższej okazji Harry zrobi dokładnie to samo.

- Wiem, co chcesz powiedzieć. I sądzę, że mam rozwiązanie – stwierdził poważnie.

Gawain spojrzał na niego uważnie i w napięciu. W nagle zapadłej ciszy można było usłyszeć latającą muchę.

- Harry nie nadaje się na Aurora – powiedział Kingsley i Gawain wciągnął powietrze, żeby zaprotestować, więc przystopował go unosząc rękę. – Ty to wiesz, ja to wiem i myślę, że Harry też. Dobrze się czuje w kryzysowych sytuacjach, potrafi podejmować szybkie i trafne decyzje i potrzebuje wolnej ręki. I właśnie coś takiego chciałbym mu zaproponować.

Gawain zamarł w niedowierzaniu.

- Zgadzasz się ze Snape'm, że nie daję sobie rady i chcesz mnie wyrzucić?

- Ależ oczywiście, że nie! - zaśmiał się głębokim basem Kingsley. - Chciałbym stworzyć niewielką i całkowicie tajną organizację dla ludzi takich jak Harry. Podlegałby oczywiście pod ciebie, ale miałby o wiele szersze uprawnienia, niż zwykli Aurorzy. A ponieważ nikt by o nim nie wiedział, byłoby mu o wiele łatwiej działać. Tak działają mugole. Tylko musiałbyś wymyślić mu jakąś odpowiednią przykrywkę.

Gawain namyślał się chwilę, totalnie zaskoczony. Pomysł był... całkiem interesujący. Sam uważał, że Aurorzy za bardzo rzucają się w oczy i czasami niweczy to całe śledztwo.

- Taki rodzaj... szpiega? Coś jak... Snape?

Kingsley kiwnął głową.

- Harry i Snape są do siebie bardzo podobni w niektórych aspektach. Obaj potrafią się poświęcić dla dobra innych, mają ten sam talent do odkrywania różnych tajemnic i rozwikływania zagadek, tę samą niechęć do ograniczeń, biurokracji i tę samą potrzebę wolnej ręki w działaniu. Mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślą.

- Powiedz mu to, a cię przeklnie.

- O którym z nich mówisz?

Gawain wzruszył ramionami.

- O obu.

Kingsley pokiwał głową. Dokładnie.

- Nie wiesz nawet, jak byłbym szczęśliwy, gdyby Snape zgodził się na taką pracę!

Gawain zamarł, porażony tym pomysłem. Już sam nie wiedział, co było bardziej nieprawdopodobne – czy że mógłby być szefem Snape'a, czy to, że Snape i Harry mieliby pracować razem. W końcu doszedł do wniosku, że ten drugi pomysł jest jeszcze bardziej absurdalny.

- Nie wyobrażam sobie, żeby Harry i Snape mogli ze sobą współpracować, nawet pięć minut!

Instytut Chorób Zakaźnych i Tropikalnych / Dom handlowy / Klinika Św. Munga

Koło południa

- Dziś po południu dostanie pan formularz – rzucił znużonym głosem do słuchawki profesor Neumann i uniósł oczy do góry. – Tak. Oczywiście. Zrozumiałem. Do widzenia.

Rozłączył się, odepchnął telefon i odetchnął głęboko. Ten facet od kombinezonów ochronnych do pracy w Gorącej Strefie zaczynał już mu działać na nerwy. Zaledwie wczoraj odebrali wyniki testów wytrzymałościowych materiału, który WRESZCIE spełniał normy, niektórzy pracownicy nie wrócili jeszcze z urlopów, ich nowy program badawczy polegający na modyfikacji pochodnej polialliloaminy wkraczał właśnie w najważniejszą fazę, a jego zdaniem mieli rzucić wszystko i złożyć zamówienia!

- Beth, jeśli jeszcze nie wypełniłaś formularza na kombinezony, to lepiej się pospiesz – mruknął niechętnie do swojej asystentki.

Doktor Roberts jeszcze chwilę patrzyła, zamyślona, na rząd płytek z próbkami wirusa grypy typu A i dopiero po kilku sekundach drgnęła, podniosła głowę i uśmiechnęła się odruchowo.

- Przepraszam, panie profesorze. O coś pan pytał?

Neumann odpowiedział szerokim uśmiechem, spojrzał na zegarek i humor poprawił mu się natychmiast.

- Mówiłem, że trzeba wypełnić formularz, moja droga. Ale mamy na to jeszcze kilka godzin. Co powiesz na lunch?

Tak jak większość pracowników Instytutu, oboje jadali posiłki w stołówce dla personelu. Jedzenie było naprawdę dobre, zawsze świeże i był duży wybór dań. Na dziś w menu były kotlety jagnięce i maślane purée, ulubione danie Neumanna i już na samą myśl ślinka ciekła mu do ust.

Doktor Roberts przybrała zakłopotaną minę.

- No więc... dziś, wyjątkowo, muszę wyjść na miasto – odparła niepewnie. – Proszę się mną nie przejmować. Wyskoczę i szybko wrócę!

Neumannowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Pospiesznie wstał, zapiął ostatni zatrzask fartucha i wsunąwszy do górnej kieszonki kartę, kiwnął ręką swojej asystentce i podszedł do drzwi.

- Smacznego! – rzucił na odchodnym.

Beth skinęła głową i jeszcze chwilę patrzyła na okrągłe okienko w drzwiach. Neumann czasami zapominał różnych drobiazgów i po nie wracał. Odczekała więc jeszcze pół minuty, a potem szybko zrzuciła fartuch, złapała torebkę i bez mała pobiegła do windy, która zjeżdżała aż do podziemnego parkingu.

Miała na dziś inne plany.

Gdy we wtorek obudziła się, kartka z przedziwną notatką nadal tkwiła w kieszeni. Wbrew jej staraniom w dalszym ciągu nic z niej nie rozumiała, ale zdążyła odzyskać na tyle zdrowego rozsądku, że udało się jej zacząć myśleć.

Po pierwsze napisała ją sama. Po drugie musiała to zrobić w poniedziałek, bo tego dnia założyła nowy, świeżo wyprany fartuch, a sądząc po stanie kartki, nie mogła zostać wyprana.

Gdyby jeszcze zaglądała do kieliszka, mogłaby podejrzewać, że po prostu musiała przesadzić tego dnia, ale Beth nie przepadała za alkoholem i kiedy już piła, przy wyjątkowych okazjach, ograniczała się do malutkiego kieliszka szampana lub odrobiny słodkiego likieru.

Więc nie mogła wyjaśnić notatki lekkim rauszem.

Żeby coś takiego napisać, musiałabyś być na bardzo wielkim rauszu! Po którym miałabyś tygodniowego kaca!

Wczoraj więc postanowiła sprawdzić, co mogło się za tym kryć. Choć skoro PONOĆ dotyczyło to MAGII i CZARÓW, nie miała większych nadziei na odkrycie czegoś specjalnego. Chciała się po prostu upewnić, że nie zwariowała.

W południe poszperała w internecie, ale nie znalazła żadnej kliniki w Anglii, która nazywałaby się „Św. Mungo". Owszem, o samym świętym znalazła dużo, ale to nic nie wyjaśniało.

Harrych Potterów było całkiem sporo. Przede wszystkim w książce telefonicznej, lecz poza tym znalazła producenta zdrowej żywności, jakiegoś młodzika, który postanowił przebiec całą Amerykę i wielbiciela Dänikena, który publikował zdjęcia ze Strefy 51. Jeśli chodzi o oliwę, marki Anders nie znalazła, ani w oliwkach do ciała, ani takich do kuchni.

Zaczęła więc szukać czegoś o Kingsleyu Shacklebolcie i ku swemu zdumieniu znalazła sporo jego zdjęć z czasów, kiedy był sekretarzem Tony'ego Blaira. Kiedy zobaczyła pierwsze z nich, przedstawiające Premiera i rosłego czarnoskórego mężczyznę za nim, ubranego w elegancki garnitur i z dużym, złotym kolczykiem w uchu, poczuła coś dziwnego. Nie umiała nawet powiedzieć co. COŚ.

Ale to zaskakujące uczucie trwało tylko sekundę i znikło, pozostawiając męczące wrażenia déjà-vu, i im bardziej próbowała je odnaleźć, im bardziej się skupiała, tym bardziej wyślizgiwało się jej z rąk.

Zupełnie jak gdy czasem budziła się i wiedziała, że COŚ się jej śniło, słyszała bez mała jeszcze echo myśli, ale w żaden sposób nie umiała sprecyzować choćby najmniejszego szczegółu.

Tym razem była pewna jednej rzeczy – nawet jeśli kiedyś widziała go w telewizji czy gazecie, to dziwne odczucie dotyczyło czegoś zupełnie innego.

Z tego wszystkiego pozostawał jej tylko dom handlowy, który istotnie istniał, tak więc dziś postanowiła pójść i sprawdzić, co tam się znajduje.

Szybko wyjechała na miasto swoim małym Smartem i lawirując między wlokącymi się samochodami i raz po raz zagryzając zęby i bębniąc palcami po kierownicy, gdy stała na światłach, czy wlokła się w korku, dojechała wreszcie na Borough Road. Ominęła wypożyczalnię samochodów, duży sklep z artykułami elektrycznymi, aptekę i lodziarnię, przed którą stała długa kolejka i zatrzymała się wjeżdżając odrobinę na chodnik tuż przed dużym, starym domem z czerwonej cegły, na którym widniał napis „Purge & Dowse Ltd".

Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest zamknięty. Cegła popękała i kawałki poodpadały w wielu miejscach, zostawiając po sobie nierównomierne, nieforemne dziury. Jakby miał ospę. Od brudnych, ciemnych okien wystawowych odbijało się słońce i Beth w żaden sposób nie mogła dostrzec, co było za nimi, zaś na drzwiach wisiała jakaś kartka...

Beth westchnęła ciężko. Wyglądało na to, że nawet to jedno jedyne miejsce, które mogła w jakiś sposób usytuować, w niczym jej nie pomoże.

Skąd w ogóle to ci przyszło do głowy? Przecież nie planowałaś tu iść na zakupy?!

Zerknęła jeszcze raz na ciemne, niemal odstraszające okna i znów na drzwi. I na kartkę na nich.

Skoro już tu jesteś, to sprawdź to do końca.

Błogosławiąc rozmiary samochodu, Beth wcisnęła się między dwa słupki na chodniku przy śmietniku kawałek dalej i podeszła do przeszklonych drzwi wejściowych. Szyba na dole była pęknięta, ale nadal się trzymała. Kartka też, choć pewnie już niedługo.

Beth zmrużyła oczy i odczytała półgłosem koślawy napis.

- Zamknięte... z powodu remontu.

Cóż, biorąc pod uwagę stan budynku, remont zdecydowanie się należał, i to taki porządny.

Słońce zaszło na chwilę i przez szybę, w głębi, Beth dostrzegła puste pomieszczenie, wyraźnie zasypane odpadającym z sufitu tynkiem, zdjętymi z zawiasów drzwiami i pokrytą grubą warstwą kurzu wystawą, na której stał goły manekin kobiety. Z czymś dziwnym na głowie.

Beth zbliżyła się do niego i dopiero po paru krokach zrozumiała, co było w tym dziwnego. To była peruka, ale tak zakurzona i zasypana warstwą łuszczącej się farby, że ledwo można było ją dostrzec.

- Idiotyzm – mruknęła do siebie. – Wygląda jak ptasie gniazdo.

Kilka stóp dalej stał identyczny manekin, z peruką imitującą długie blond włosy. Beth uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do niego. Pewnie z powodu zestawienia nagości i peruki wyglądał jeszcze bardziej absurdalnie.

- Jezus, Maria. I piórko w tyłek – podsumowała.

I nagle manekin poruszył się, kosmyk blond włosów zsunął mu się z piersi i ... KIWNĄŁ głową?!...

Beth zamarła i wytrzeszczyła oczy. Niemożliwe. Może to trzęsienie ziemi...? Co się...

Rozejrzała się w popłochu dookoła, ale nic się nie ruszało?! Ziemia pod stopami ani drgnęła... ludzie dookoła nie zaczęli krzyczeć i uciekać... nie poleciały na nią popękane cegły...?!

Spojrzała odruchowo na sufit za brudnym oknem, ale nic się z niego nie sypało. Ale był... jakiś dziwny... inny...

Beth przełknęła z trudem ślinę i spróbowała zrozumieć, co widzi. Wszystko stało się jakieś... czystsze? Jakby... falowało?

Nie wiedząc co robi, odruchowo sięgnęła ręką przed siebie, dłoń przeszła jej przez szybę i nie poczuła bólu, tylko jakiś dziwny chłód...

W odruchu paniki chciała wyszarpnąć ją stamtąd, ale równocześnie nastawiona była na oparcie się, więc zachwiała się, spróbowała się czegoś przytrzymać i poleciała prosto do przodu, W SZYBĘ!

Runęła na podłogę, ręce i kolana przeszył ostry ból i równocześnie otoczył ją gwar, jakiś dziwny zapach i wszędzie zaroiło się od ludzi. I zanim jeszcze zdążyła się podnieść, coś szarpnęło nią i podjechała po śliskiej, zimnej posadzce dobre kilka stóp.

Zaskoczona Beth podniosła głowę i zamarła w szoku.

Leżała na kamiennej podłodze w jakiejś niewielkiej sali, w której siedziało lub stało pełno... ludzi?

Tuż koło niej stał fotel, ale od połowy oparcia przechodził w sylwetkę kobiety, która rzuciła jej dziwne spojrzenie, potrząsnęła głową i obróciła ją i w tym momencie cztery nogi fotela poruszyły się chaotycznie na boki. Obok stał mężczyzna trzymający jakiś sznurek, na którego końcu unosiła się w powietrzu dziewczynka. Nagle z boku podszedł... coś... jakby człowiek na trzech nogach, pomalowany na zielono, ciągnąc za sobą jakąś gałąź... a nogi krzesła stojącego pod ścianą ugięły się nagle, wyprostowały, krzesło podskoczyło, wykonało piruet w powietrzu i opadło dokładnie na to samo miejsce.

- Mary, mówiłem ci, żebyś się nie bawiła – rzucił jakiś mężczyzna ubrany w... worek? sukienkę? i zabrał siedzącej obok dziewczynie jakiś patyk.

- Pospieszcie się, ona za chwilę odleci – mruknął mężczyzna z dziewczynką na sznurku.

Do kobiety po prawej podszedł ktoś ubrany w zielono-żółtą sukienkę, ta odkryła koszyk, w którym Beth dostrzegła trójkę maleńkich, bez mała mikroskopijnych dzieci. Mężczyzna oblał je jakimś płynem i nagle dzieci zaczęły rosnąć, wyskoczyły z koszyka, rosły coraz bardziej i bardziej, aż stały się trójką dorosłych ludzi.

- Eliksiru powodującego kurczenie się nie stosuje się na ludziach! – warknął mężczyzna.

Gdzieś z góry dobiegł wesoły śmiech i Beth odruchowo podniosła wzrok i dostrzegła... telewiz... nie, portret, zwykły portret kobiety, która właśnie chichotała w najlepsze, zasłaniając sobie usta dłonią, a potem nagle obróciła się i odeszła.

Pod sufitem przefrunęły dwie świetliste kule i postukując dźwięcznie znikły gdzieś dalej.

To wszystko płynęło jej przed wytrzeszczonymi oczami, ale w głowie czuła zupełną pustkę, zupełnie jakby jej mózg wyłączył się i przestała myśleć. Słyszała, widziała, czuła... ale nic z tego do niej tak naprawdę nie docierało.

Dopiero, gdy poczuła, że zaczyna się dusić, zorientowała się, że przestała oddychać i nie wiedziała nawet, czy nabrać, czy wypuścić powietrze.

Odetchnęła gwałtownie, zamknęła usta, które otworzyła nie wiedzieć kiedy i zamrugała piekącymi oczami i w tym momencie podeszła do niej kobieta w zielono-żółtej sukience, machnęła patykiem i Beth poderwało do góry i coś przytrzymało przy ścianie.

- W czymś pomóc, kochanie?

Beth spojrzała na nią, czując narastający szum w głowie i poruszyła ustami, lecz nie wyszedł z nich ani jeden dźwięk.

- Źle się pani czuje? Upadek z miotły, nieudana aportacja, urok, czy to może efekt odbitego zaklęcia? – spytała kobieta. – Gdzie ma pani różdżkę?

Różdżkę...? RÓŻDŻKĘ? Przecież...

Przedziwna notatka nagle pojawiła się jej przed oczami i Beth aż zachłysnęła się zrozumieniem. I implikacjami.

Magia i czarodzieje istnieją"... Dobry Boże, więc to PRAWDA?

Szum w głowie urósł do oszałamiającego ryku, od którego wszystko zakręciło się dookoła, jakby porwała ją trąba powietrzna i Beth poczuła, że za sekundę COŚ się stanie. MUSI się coś stać!

Wybuchnie...

Albo będzie krzyczeć...

albo oszaleje... zwariuje...

Albo...

!

Coś w niej pękło, złapała się za głowę i z piersi wydarł się jej zdławiony jęk... i nagle wszystko pociemniało i zapadła nagła cisza i czerń.

Młoda stażystka z Wypadków Przedmiotowych pochyliła się nad leżącą kobietą i przesunęła nad nią różdżką.

- To tylko omdlenie – powiedziała głośno do Uzdrowicielki na recepcji.

Maggy skierowała na IV piętro jakiegoś starszawego czarodzieja, który powtarzał w kółko trzy te sama słowa i zerknęła na nią.

- Sprawdź czy to czarownica, czy mugolka. Wpadła tu przez wystawę, może te kretynki znów coś źle zrozumiały?

Dziewczyna szybko przypomniała sobie zaklęcie ujawniające magię, szepnęła Ostendus Magicae i dotknęła różdżką szyi nieprzytomnej kobiety.

- Albo ktoś ją pozbawił magii, albo mugolka – oznajmiła po chwili, gdy różdżka nie zawibrowała ani odrobinę, choć sprawdzała w kilku innych miejscach.

Maggy westchnęła głośno i dała znać kolejnemu pacjentowi, który miał płetwy zamiast dłoni, żeby poczekał chwilę.

- Oszołom ją i wezwij jakiegoś Amnezjatora – poradziła i dodała do Alette, która akurat wracała do magazynu leków. – Wyobrażasz sobie, Al? To już trzeci mugol w tym roku. Dobrze, że zaklęcie wciągające zadziałało. Ktoś mógłby zdecydować wreszcie, żeby zdjąć te idiotki z wystawy!

Al oparła o biurko plik pergaminów i odgarnęła do tyłu długie, czarne włosy.

- Póki co, podjęli decyzję, żeby je rozebrać – mruknęła, zerknęła na nieprzytomną mugolkę, którą stażystka lewitowała właśnie na przywołane nosze i kobieta wydała się jej dziwnie znajoma. – Poczekaj! – zawołała pospiesznie do stażystki.

Podeszła do niej, przyjrzała się jej dokładnie i nagle sobie przypomniała.

- Przecież to doktor Roberts!

Maggy wychyliła się zza postawnego czarodzieja z przyrośniętym do głowy dużym kapeluszem i też poznała kobietę. W sumie nawet dziwne, że nie skojarzyła jej wcześniej, przecież w niedzielę trochę czasu się tu kręciła.

- Merlinie! Może coś się stało?!

- U nas?! – serce Al zabiło gwałtownie na samo wspomnienie koszmaru. Który na dobrą sprawę skończył się dopiero wczoraj, gdy wypisali z Kliniki ostatniego uzdrowionego pacjenta.

- Może znów u nich? Może ona przyszła po pomoc? PROSZĘ POCZEKAĆ! – warknęła Maggy do czarodzieja i wyszedłszy zza biurka, stanęła koło Al.

- Nic nie słyszałam...

- Może Mathias coś wie. Przeniesiemy ją do jakiejś sali obok, a ty sprowadź Mathiasa, dobrze? Jak stąd odejdę, ci wszyscy gamonie rozlezą się po całej Klinice – dodała szeptem Maggy.

Młody chłopak ze słoniowatymi uszami zawachlował nimi tak mocno, że siedząca obok starsza pani bez mała spadła z krzesła.

- Słyszałem! Jestem słoniem, nie gamoniem!

To wywołało falę oburzenia dookoła, więc Maggy czym prędzej wróciła za biurko i zajęła się Kapelusznikiem, stażystka wylewitowała nosze do korytarza, a Al poszła na III Piętro po Mathiasa.

Kilka minut później zaniepokojony Uzdrowiciel bez mała wbiegł do małej salki i wszedł za parawan po lewej stronie.

Doktor Roberts leżała na pierwszym z brzegu łóżku, przykryta cienkim kocem. Ciut powyżej skroni pojawił się już niewielki guz, ale poza tym wyglądała zupełnie normalnie. Jakby spała.

Chyba się nie zatruła?! Nie wygląda, jakby...

Na wszelki wypadek rzucił zaklęcia sondujące, ale na całe szczęście nie doszukał się w jej ciele ani śladu trucizny. Te przeklęte wibracje i pieczenie w ręku rozpoznałby nawet przez sen!

- Rennervate – mruknął, żeby ją obudzić.

Kobieta westchnęła głęboko, poruszyła się i bardzo powoli otworzyła oczy.

- Dzień dobry – powiedział łagodnie Mathias. – Jak się pani czuje?

Beth potrzebowała krótkiej chwili na dojście do siebie, zanim dostrzegła siedzącego koło niej mężczyznę, ubranego na zielono-żółto. Tak jak... Spojrzała na plakietkę na ubraniu, na której było napisane „Uzdrowiciel Mathias Wolf".

Nagle wszystko, co przed chwilą zobaczyła, wróciło i aż usiadła z wrażenia.

- Prof...gdz-cco...dzina? – wyrwało się jej, bo dziesiątki myśli przemknęły jej przez głowę.

Boże, gdzie ona była?! I która była godzina? Profesor Neumann będzie się niepokoił?!

Mathias uśmiechnął się lekko i poklepał lekko jej zaciśnięte kurczowo pięści.

- Proszę się uspokoić, pani doktor. Jak się pani czuje?

Beth zamarła. Pani doktor...?

- Wszystko u was w porządku? – kontynuował Mathias. – Mam nadzieję, że nie ma żadnych nowych przypadków zatruć i przyszła pani tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy daliśmy sobie radę?

Beth nie odpowiedziała, nie była w stanie.

- Udało się nam... prawie wszystkich wyleczyć. Ale jesteśmy wam bardzo wdzięczni za chęć pomocy. Może pani przekazać to profesorowi Neumannowi ode mnie.

Tysiące myśli przemknęły Beth przez głowę i nie była w stanie za nimi nadążyć, czy ich zrozumieć. W zasadzie docierało do niej tylko to, że mężczyzna wydawał się ją znać... wyglądało na to, że ONI oboje powinni się znać! I czuła, że lepiej w żaden sposób nie okazać, że nie wie, co się dzieje.

- Ja... – westchnęła słabo. – Przepraszam... źle się czuję. Trochę mi... słabo.

Mathias przesunął jeszcze raz różdżką nad nią, ale nie odkrył nic dziwnego.

- Proszę chwilę poczekać – mruknął i wyszedł na korytarz.

Beth gwałtowniej zabiło serce. Niech on nie odchodzi...! Ten mężczyzna był jedyną osobą, która ją znała i którą najwyraźniej ona powinna znać. Jej jedynym punktem zaczepienia. Jeśli teraz odejdzie, nie będzie nawet wiedziała, jak go znaleźć!

Musi udawać, że WIE, musi jakoś go wypytać...

Nagle, jak powracająca od brzegu fala, znów dotarło do niej, że to jest prawda, to się dzieje, że magia i czarodzieje NAPRAWDĘ istnieją i znów zakręciło się jej w głowie.

Mathias widząc wychodzącą z sali obok Jane, podszedł do niej i poprosił o przyniesienie eliksiru wzmacniającego i maści na siniaki, po czym wrócił do doktor Roberts.

- Moja koleżanka zaraz przyniesie pani... lekarstwa – uśmiechnął się, przysiadając na brzegu łóżka. – Póki co proszę się położyć wygodnie.

Beth z ulgą osunęła się na poduszkę i postarała się przybrać pewny siebie wyraz twarzy. O czym on mówił... Jedyne, co udało się jej zrozumieć, było, że kazał pozdrowić profesora Neumanna.

- Dziękuję bardzo. To bardzo miłe z... pana strony – zawahała się sekundkę, ale skoro on mówił do niej per Pani, ona pewnie też tak się do niego zwracała. Kiedyś... gdzieś... Ale gdzie?! Boże, to jakieś szaleństwo!

- Na pewno przekażę pozdrowienia dla profesora Neumanna – zapewniła go. – Jestem pewna, że się ucieszy.

Mathias przypomniał sobie, że w sumie, to chyba powinien przekazać przeprosiny za odwołanie całej akcji ratunkowej.

- Mam nadzieję, że nie mieliście państwo zbyt wielkich nieprzyjemności w poniedziałek – westchnął i przybrał przepraszającą minę. – Odwołanie wszystkiego w ostatniej chwili musiało spotkać się pewnie z wieloma protestami?

Nieprzyjemności w poniedziałek?! To był koszmar, a nie nieprzyjemności! Zaraz... „Odwołanie wszystkiego w ostatniej chwili..."? Przecież to było dla...

Beth zerknęła błyskawicznie na tabliczkę na ubraniu mężczyzny. WOLF! Niemcy! Ale przecież... Przecież to przyszło przez Premiera?!

Co tam było?! Przecież ten Shacklebolt, który z czymś DZIWNYM się jej kojarzył, był sekretarzem Premiera...?!

To, co się w tej chwili działo, na pewno zasługiwało na miano DZIWNEGO!

- Och... – machnęła ręką słabo i wcale nie musiała udawać. – Trochę... było ciężko. Ale powiedzieliśmy, że udało się wam znaleźć sposób na tę chorobę. – I przypominając sobie, co przed chwilą jej powiedział, dodała: - Więc mówił pan, że udało się wam wyleczyć wszystkich?

Mathias kiwnął głową i westchnął.

- Prawie. Nasi producenci eliksirów znaleźli antidotum, ale dla kilku chorych, którzy byli już w krytycznym stanie, było już za późno.

- Tak mi przykro... – westchnęła Beth. – To zawsze boli, jak umierają ludzie i nie można temu zapobiec.

Mathias spojrzał na nią z o wiele większą sympatią. Najwyraźniej kobieta miała identyczne podejście co on, choć oczywiście ich metody były różne. Już chciał to skomentować, gdy do sali weszła Jane z kilkoma fiolkami i małym słoiczkiem z maścią i uśmiechnęła się szeroko.

- Dzień dobry, doktor Roberts. Miło panią znów widzieć.

ZNÓW?! Kiedy ja tutaj byłam?! My się znamy?! Boże, co ja mam teraz powiedzieć?!

- Dzień dobry – westchnęła słabo i dla zamaskowania niepewności udała, że chce usiąść i złapała się za głowę. – Przepraszam... to... – sama nie wiedziała, co dalej mówić.

Mathias czym prędzej odkorkował fiolkę.

- Dziękuję bardzo, Jane – kiwnął Uzdrowicielce głową i podał eliksir doktor Roberts. – Proszę. To eliksir wzmacniający.

Beth postanowiła wypić wszystko bez zdziwienia. Być może KIEDYŚ już tu coś piła... może już tu leżała, chora, i ją leczyli? Może powinna znać ten eliksir?

Boże, czemu ja nic nie pamiętam?! Co się dzieje?!

Smak nie był cudowny, ale nie był też specjalnie nieprzyjemny, więc przełknęła wszystko i odetchnęła. I nagle poczuła, jak po całym ciele rozeszła się fala energii, serce zabiło jej mocno i miarowo, zaczerpnęła głęboko powietrza i miała wrażenie, że mogła poczuć i policzyć wszystkie mięśnie, gotowe do wysiłku. Jak to było w tej reklamie...? „Redbull doda ci skrzydeł". Mogłaby przebiec teraz cały świat! I chyba urosła co najmniej kilka cali! Niesamowite!

- Już lepiej? – ucieszył się Mathias, widząc, jak kobieta się prostuje, kolory wypływają jej na twarz, a oczy zaczynają błyszczeć.

- O wiele lepiej! – uśmiechnęła się Beth. – Wręcz... wspaniale!

Mathias odkręcił słoiczek, nabrał na palec odrobinę maści i wtarł w guz na jej skroni. Beth poczuła ciepło, więc odruchowo dotknęła tego miejsca ręką, ale... nic nie wyczuła!

- Już nic nie ma – roześmiał się Mathias na widok jej zaskoczonej miny, wstał i nagle przypomniał sobie, że nadal nie wie, po co ona tu przyszła. - Więc co panią do nas sprowadza? Mam głęboką nadzieję, że tylko po nowiny, a nie, że znów macie jakieś problemy?

Beth zdecydowała w jednej sekundzie.

- Chciałam się upewnić, że u was wszystko w porządku. No i... – dodała zakłopotana – trochę porozmawiać.

- Całe szczęście, bo już zacząłem się niepokoić – przyznał Mathias. – I porozmawiałbym z panią z przyjemnością, ale... w tej chwili jestem w pracy...

Beth nie zamierzała pozwolić mu zniknąć. W żadnym wypadku.

- Więc może po pracy? Jestem szalenie ciekawa... tego waszego antidotum. I jak się wam udało to opanować. To... bardzo ważne, rozumie pan.

Sama nie rozumiała nic z tego, co mówiła, ale miała nadzieję, że on tak.

No już! Zgódź się!

Przekrzywiła lekko głowę i uśmiechnęła się tak, że żaden mężczyzna nie mógłby jej odmówić.

- Ależ oczywiście – odparł. – Dziś po osiemnastej może być? Przed Kliniką?

Bardzo dobrze! Bardzo, bardzo dobrze. Teraz tylko trzeba móc stąd jakoś wyjść...

Beth wstała i udała, że zachwiała się lekko, więc Mathias odruchowo złapał ją pod rękę.

- Proszę mi pozwolić sobie pomóc...

- Dziękuję... Mógłby pan odprowadzić mnie do wyjścia? Chyba trochę przeceniłam swoje siły...

Powoli wyszli do korytarza, przeszli do sali, do której wpadła Beth i zatrzymali się przed zwykłymi drzwiami, jak w starych domach handlowych – przeszklonymi, z szerokim, drewnianym uchwytem w połowie... Na których wisiała jakaś kartka.

Mathias zatrzymał się przed nimi i ukłonił lekko.

- Tak więc do zobaczenia o w pół do siódmej, doktor Roberts. Proszę czekać przed tymi drzwiami.

O to nie musisz się martwić! Będę tu koczować.

Beth pchnęła drzwi, wyszła na chodnik, po którym chodziło pełno ludzi i puściła je. Jeszcze przez chwilę widziała go, machającego jej ręką, a potem drzwi zamknęły się i przez brudną szybę dostrzegła puste pomieszczenie, podłogę zasypaną warstwą farby z sufitu i manekiny w perukach na wystawie.

Mogłaby powiedzieć, że to wszystko jej się śniło, ale cały czas czuła w ustach dziwny smak... Jak to było? ELIKSIRU.

Gdy spojrzała na zegarek, okazało się, że od chwili, gdy weszła... czy raczej wpadła TAM, minęło zaledwie dwadzieścia minut. Mogła spokojnie kupić sobie jakąś kanapkę i wrócić do pracy, ale...

Ale po tej krótkiej rozmowie zdała sobie sprawę, że wieczorne spotkanie trzeba jakoś zaplanować. Inaczej ten jakiś Mathias Wolf odkryje w ciągu pięciu minut, że ona nic nie wie. Czy może raczej NIE PAMIĘTA!

Poza tym nie czuła się na tyle pewnie, żeby prowadzić. Chyba zaczęło do niej docierać to, co się właśnie stało, bo zaczęły jej trząść się ręce, na nowo zrobiło jakoś ciężko i serce waliło jak oszalałe. Jakby chciało się jej wyrwać z piersi.

Wezwała taksówkę, zadzwoniła do profesora Neumanna i wymawiając się złym samopoczuciem powiedziała, że nie przyjdzie po południu do pracy.

Skoro nie mogła toczyć zbyt długiej dyskusji z tym jakimś mężczyzną, nie miała innego wyjścia jak... spróbować go... OCZAROWAĆ. Może to w jakiś sposób skłoni go do powiedzenia czegoś więcej.

Po istnej rewii mody zdecydowała się założyć elegancką suknię tuż za kolana w czerwonym kolorze i dopasowany, czarny żakiet. Przez dłuży czas eksperymentowała z różnymi fryzurami, ale w końcu po prostu rozpuściła włosy, udało się jej zrobić bardzo dyskretny makijaż i spryskała się delikatnie Diorissimo Diora.

Gdy znalazła wreszcie odpowiednią biżuterię, cieniutki złoty łańcuszek z malutką diamentową łezką i przejrzała się w lustrze, doszła do wniosku, że może być.

Resztę czasu poświęciła na gorączkowym rozmyślaniu JAK wyciągnąć z niego to, co chciała wiedzieć. I wdzięczeniu się do lustra.

Londyn,

Klinika Św. Munga / Mugolski Londyn, Black Sheep Coffee

18.30

Po skończonym dyżurze Mathias fiuuknął do domu się przebrać i już dwadzieścia po szóstej zjawił się przed wejściem do Kliniki. Mijały go tłumy ludzi z torbami, siatkami, zmierzającymi w przeróżnych kierunkach, po ulicy jeździły mugolskie pojazdy. Porykiwania, miarowe warczenie, muzyka, szczekanie psów i setki ludzkich głosów mieszały się ze sobą i przeistaczały w straszny hałas.

Żeby odciąć się od tego, Mathias zaczął rozglądać się dookoła. Jego wzrok prześlizgiwał się po twarzach przechodzących ludzi, gdy nagle z tyłu usłyszał stukanie obcasów.

- Wspaniale, że już pan jest!

Mathias obrócił się i... z trudem poznał doktor Roberts. W zasadzie ze stojącej przed nim kobiety ten sam został tylko głos.

Zamiast ciasnego koka miała rozpuszczone włosy; ciemne, niemal czarne kosmyki spływały łagodnymi falami aż do połowy ramion i w ostatnich promieniach zachodzącego słońca połyskiwały miękko. Jakby... ktoś musnął je pędzlem umaczanym w gorącej kawie przemknęło mu przez oszołomiony umysł.

Duże, brązowe oczy, okolone długimi i gęstymi rzęsami błyszczały inteligencją i ciepłem, a lekko asymetryczne, łagodnie zarysowane brwi współgrały z nimi doskonale.

Mathias przestał oddychać i mrugać oczami, żeby nie uronić nic z cudownego widoku. Zapatrzył się na owalną twarz, wąski nos i zmysłowe usta i w tym momencie kobieta uśmiechnęła się czarująco, ukazując równe, perłowo-białe zęby

O boska Kirke... Jak to możliwe, że do tej pory nie dotarło do ciebie, jaka ona jest piękna?!

Kobieta potrząsnęła głową i kilka kosmyków osunęło się na przód jej marynarki. Przesunął wzrokiem po pofalowanych puklach, idealnie pasujących do brzoskwiniowej skóry i pięknie podkreślających ładną krągłość z przodu...

-... iść?

Do Mathiasa dotarło, że zajęty podziwianiem jej kształtów, nawet nie usłyszał, że o coś pytała. O Merlinie.. o boski Merlinie...

Czując, jak się rumieni, pospiesznie opuścił spojrzenie, tylko po to, żeby dostrzec jej długie, szczupłe nogi.

- yhh... więc... – odkaszlnął nieporadnie i zupełnie nie wiedział, co powiedzieć.

Beth przyjrzała mu się uważnie i wyraźnie dostrzegła jego zakłopotanie. I tym lepiej... Tak trzymaj, moja droga.

- Znam wspaniałą kawiarnię, całkiem niedaleko. Sądzę, że będzie panu odpowiadać.

Zdecydowanie wolała, żeby poszli gdzieś, gdzie ONA będzie czuła się komfortowo, a nie on. W tej sposób będzie jej łatwiej poprowadzić rozmowę.

Mathias jeszcze będąc w pracy myślał, że będzie zdecydowanie lepiej, jak pójdą rozmawiać gdzieś u mugoli. Nie miał ochoty, żeby ludzie zobaczyli go z jakąś kobietą. Następnego dnia rano wiedziałaby już o tym cała Klinika, a po południu zacząłby nagabywać go cały personel płci żeńskiej, który już od dawna próbował go wyswatać.

W tej chwili nagle poczuł, że ich pomysły wcale nie były takie głupie... Poza tym poszedłby wszędzie, byle tylko móc spędzić choć chwilę w towarzystwie tej oszałamiającej kobiety.

Merlinie, może ona ma jakąś babkę Wilę?

- Gdzie tylko sobie pani zażyczy – skłonił się głęboko, rozpaczliwie próbując przestać się czerwienić.

Niestety nie było mu to dane.

Przeszli zaledwie kilkanaście jardów i zatrzymali się przed mugolskim samochodem. Mieszkając wśród mugoli Mathias widział ich całkiem sporo i choć nigdy specjalnie nie zwracał na nie uwagi, pamiętał mniej więcej, jak ludzie wchodzi i wychodzili z nich. Trzeba było otworzyć drzwi, pochylić się i usiąść na fotelu zaraz za nimi.

- Proszę – Beth gestem wskazała mu lewą stronę samochodu.

Słońce akurat wyszło zza chmur i gdy spojrzała na niego, jej brązowe oczy rozbłysły ciepłem i jakąś taką niewysłowioną miękkością i Mathias odniósł wrażenie, że tonie. I miał absolutną pewność, że nie chce wypłynąć. Odpowiedział jej radosnym uśmiechem, na ślepo sięgnął do klamki i... jego ręka przesunęła się po gładkiej szybie i nic nie znalazła!

Zdezorientowany, spojrzał na nie, ale... nie wystawała z nich żadna klamka! Ani nic, co by ją przypominało! Rozejrzał się niepewnie dookoła, ale prócz odstającego z boku lusterka nie widział nic!

Może odpadła? Albo ktoś ukradł? Niestety pod nogami też nic nie leżało.

- Umm... Yhh... Pani doktor... – odchrząknął i przełknął głośno ślinę.

Beth zdążyła już wsiąść, odruchowo zapięła pas i dopiero wtedy zorientowała się, że mężczyzna nadal stoi przed autem. Ups... może CZARODZIEJE nie mają samochodów?

Czym prędzej przechyliła się na jego stronę i otworzyła mu drzwi.

- Proszę bardzo – rzuciła z nerwowym uśmiechem.

Mathias czym prędzej złapał je, otworzył szeroko i mamrocząc podziękowania uniósł wysoko do góry prawą nogę, postawił ją koło fotela, po czym skulił się i wśliznął do samochodu.

Do licha, czemu tu tak mało miejsca? Nie mogli tego powiększyć od środka, czy co?

Z tej strony drzwi również nie było klamki, ale było coś odstającego, więc pociągnął za to i wreszcie mu się udało! Z cichym trzaśnięciem drzwi się zamknęły! Ufff! Wreszcie!

Fotel był wygodny, choć bardzo mały, pod nogami leżał miękki dywanik, a w powietrzy unosił się lekki zapach wanilii.

- Miło tu – zauważył kulturalnie, przyglądając się wnętrzu.

Beth wybuchnęła krótkim śmiechem. Boże, ależ on jest... pocieszny.

- Proszę zapiąć pas – sięgnęła kluczykiem do stacyjki.

Zamruczało, samochód ożył, a Mathias zesztywniał z przerażenia.

- Ja... n...nie nosz... - wykrztusił, czując, jak na nowo palą go policzki. I uszy.

Merlinie, powiedz mi, błagam, że nie mam rozpiętych spodni!

Nie odważył się spojrzeć w dół, tylko wstrzymał oddech i gapił się prosto przed siebie, marząc jednocześnie, żeby móc się stąd deportować i... zapaść pod ziemię!

Beth o mało się nie udławiła, gdy dotarło do niej, co właśnie powiedziała. Czy raczej jak on to odebrał. O Boże...! Oczywiście, że chciała, żeby czuł się nieswojo, ale nie, żeby myślał, że ona...

- Tto znaczy pas bezpieczeństwa – rzuciła pospiesznie i odsunęła na chwilę swój, żeby mu pokazać. – To znaczy to coś!

Mathias zerknął kątem oka na coś czarnego, co faktycznie wyglądało jak pasek, i co doktor Roberts najwyraźniej mu podawała i ulga bez mała go poraziła. Och Merlinie...!

Oczywiście, że mógł to zapiąć! Nie wiedział jak, ale jeśli chciała...

Sięgnął po niego, kobieta puściła pas i ten gwałtownie uciekł mu sprzed wyciągniętej ręki i przylgnął mocno do jej ciała. Do TEJ części ciała!

- Yhhh – cofnął rękę jak oparzony i gwałtownie odwrócił wzrok od ładnie zarysowanych krągłości.

- Po pańskiej stronie jest taki sam. Dla pana. Proszę mi go podać – wyjaśniła Beth i postanowiła się nad nim zlitować. – I proszę go trzymać i nie puszczać.

Pomysł odwrócenia się od niej, choćby na chwilę, bardzo Mathiasowi odpowiadał. Miał wrażenie... nie, wyraźnie czuł, że jego twarz jest wściekle czerwona. Dodać złoty i mógłby robić za godło Gryffindoru!

Ponieważ wyglądało na to, że pas bezpieczeństwa jest wyjątkowo figlarny, a on nie zamierzał się już bardziej ośmieszać, sięgnął po niego obiema rękoma i szarpnął mocno. I bez mała rąbnął nimi o szybę z przodu!

- Cholera – wymamrotał, ale nie puścił. Takie żarty to nie z nim!

Beth parsknęła krótkim śmiechem i z największym trudem się opanowała.

- Doskonale – pochwaliła go i sięgnęła po pas, po czym zapięła bez problemów. – Może trochę cisnąć, ale tak ma być. Pas jest po to, żeby pana przytrzymał, żeby pan nie wypadł z auta... nie wpadł na szybę i nic sobie nie złamał przy zderzeniu.

Mathias poruszył się lekko i odchylił głowę na bok. Pas faktycznie przylgnął do niego i otarł się nieprzyjemnie o szyję.

- Przy zderzeniu? Z czym?

- Och, różnie. Z innym samochodem... z drzewem, ze słupem... – wzruszyła ramionami Beth, spojrzała do tyłu, potem w boczne lusterko i zaczęła powoli cofać na ulicę.

Coś zacisnęło się mocno na żołądku Mathiasa, gdy przypomniał sobie, że w Hastings słyszał czasami jakieś łomoty, piski i krzyki i zawsze wtedy wyobrażał sobie kraksy miotlarskie... Może to było to? Może ona tak lubi? I to dlatego zemdlała w Klinice? Bo zderzyła się za bardzo...?

- Może... Tak wyjątkowo nie zderzajmy się? – przytrzymał się kurczowo fotela i spojrzał na doktor Roberts. – No chyba, że pani musi...

Beth z wrażenia aż wdepnęła hamulec w podłogę i obróciła się gwałtownie do niego. Patrzył na nią dużymi oczami przekrzywiając lekko głowę i wyglądał tak rozbrajająco, że aż coś w niej się złamało. Jak ten kot ze Shreka...

- Na pewno się nie zderzymy – zapewniła go gorąco. – Obiecuję. Proszę się nie martwić.

Jakiś kierowca w napadzie uprzejmości zatrzymał się i ustąpił jej pierwszeństwa, więc Beth zjechała szybko na ulicę, uniosła w podziękowaniu rękę i pospiesznie ruszyła prawym pasem, by po chwili zjechać na lewy i zaraz za mostem kolejowym skręcić w Southwark Bridge Road.

Ruch o tej porze już osłabł, jakimś cudem trafiała na same zielone światła (Może to z JEGO powodu?) i jej umysł wrócił do szarej codzienności.

Ponieważ nie miała bladego pojęcia o JEGO świecie, musiała zdać się na instynkt i na ślepe szczęście, żeby dowiedzieć się, co się dokładnie stało. I wraz z kolejnymi mijanymi przecznicami podtrzymywana na siłę pewność siebie słabła i Beth zaczęła coraz bardziej się denerwować.

Może dlatego droga do kawiarni równocześnie dłużyła się jej, jak i trwała zbyt krótko.

Gdy podjechali przed budynek, naturalnie nie było gdzie się zatrzymać.

- To tu – pokazała ręką wejście, przed którym przejechali wolno i rozglądała się bacznie w poszukiwaniu choćby odrobiny wolnego miejsca.

Mathias obejrzał się do tyłu i zdezorientowany spojrzał na doktor Roberts.

- Już pani nie chce tam iść?

- Chcę, tylko muszę gdzieś zaparkować.

Mówiąc to, skrzywiła się lekko i Mathias postanowił się nie dopytywać. Nie wiedział, co to mogło znaczyć, ale zabrzmiało, jakby to było coś... żenującego. Albo nawet intymnego.

- Ach tak. Oczywiście – potaknął i na wszelki wypadek odwrócił starannie głowę i taktownie zaczął wyglądać przez swoją szybę.

W kawiarni Beth poprosiła o jakieś ustronne miejsce i dostali stolik na półpiętrze, w samym kącie. Mathias usiadł naprzeciw Beth i rozejrzał się dookoła. Oświetlenie i niektóre elementy dekoracji były mu całkowicie obce, ale reszta wyglądała podobnie jak w czarodziejskim świecie i wreszcie poczuł się swobodniej.

- Przede wszystkim proszę mi powiedzieć, jak się pani czuje – spytał, wracając wzrokiem do doktor Roberts.

To pytanie było bardzo łatwe do przewidzenia i Beth uznała, że lepiej było mieć jakąś wymówkę, w razie czego...

- Lepiej niż w południe – uśmiechnęła się wdzięcznie, odgarniając za ucho włosy. – Choć może przydałby mi się jeszcze ten e-eliksir, który mi pan dał.

- Szkoda, że nie pomyślałem, żeby go wziąć. Ale zawsze mogę wrócić na chwilę do Kliniki...

Beth natychmiast potrząsnęła głową. Mowy nie ma! Zanim tam pójdzie i tu wróci... będzie już po naszym wieczorze!

- Och, nie, nie trzeba! – czym prędzej podała mu kartę leżącą na stoliku i zaczęła przeglądać swoją. – To nic takiego... Poza tym stąd jest dość daleko.

- Dla pani samochodu może tak, ale aportacja jest o wiele szybsza – Mathias otworzył kartę i posłał jej filuterny uśmiech. – Pamięta pani, tego dnia, kiedy się spotkaliśmy, Kingsley Shacklebolt przeniósł panią do Kliniki? – na wspomnienie tamtej rozmowy poczuł nieoczekiwanie ukłucie niepokoju, które znikło równie szybko jak się pojawiło.

Beth zamarła, czując jak zaczyna walić jej serce. Aportacja? Jak pies aportuje? To niby ma być magia?

- Yhh... To... Coś...

- To coś to właśnie była aportacja – na widok jej miny Mathias nie mógł się nie roześmiać. – Nie jest może specjalnie przyjemna, ale za to jak efektywna!

Wyobrażając sobie, jak wisi jak szmaciana lalka z zaślinionego pyska jakiegoś wielkiego psa, Beth wzdrygnęła się i przełknęła z trudem ślinę.

- No chyba... niespecjalnie przyjemna – i uprzedzając ewentualne pytanie, odbiła piłkę w jego stronę. – To wy nie macie samochodów?

- Nie – potrząsnął głową Mathias i postanowił nie wspominać o fordzie Anglia Artura Weasleya, motorze Hagrida czy kilku ministerialnych autach. To były wyjątki od reguły. – Nie potrzebujemy ich.

- Bo... ktoś was aportuje?

- Sami się aportujemy. Mamy też trestale, świstokliki, ale tego pani nie używała... I miotły.

Z tego wszystkiego Beth zrozumiała tylko jedno słowo.

- Miotły? – Jak Baba Jaga?

Mathias uśmiechnął się znów na widok jej miny. Zdecydowanie, te błyszczące ciemne oczy i rozchylone usta zaczynały podobać mu się coraz bardziej.

- Nie polecałbym. Są może i szybsze od pani samochodu, ale z pewnością mniej wygodne.

Jeszcze nie widziałeś, jak wygląda szybka jazda pomyślała Beth, ale nie mogła nic powiedzieć, bo akurat ze schodów wyłonił się kelner i stanął przy nich wyczekująco.

- Jaką kawę pan lubi? – spytała, zerkając znów do karty. – Z mlekiem, podwójną?

- Cokolwiek pani zamówi, pani doktor, będzie doskonałe.

„Pani doktor" zabrzmiało strasznie oficjalnie, jak na zebraniach w Instytucie i Beth zaprotestowała odruchowo.

- Proszę mi mówić po imieniu.

- Z największą przyjemnością, Elisabeth – skłonił się jej lekko.

O mój Boże...

- Beth wystarczy – jej głos zabrzmiał dziwnie słabo.

- Oczywiście.

Trochę zmieszana, szybko zamówiła dwie latte, chłopak zebrał ze stołu niepotrzebne kieliszki i zbiegł na dół.

- Może mi pani opowiedzieć o swojej pracy? Beth?

To był w miarę bezpieczny temat. W miarę – bo skąd miała wiedzieć, czy kiedyś, gdzieś już o tym nie rozmawiali... Może WTEDY starała się coś ukryć i nie mówiła całej prawdy...?

Och, w razie czego powiesz, że nie wolno ci było zdradzać tajemnic służbowych. Albo, że nie miałaś

głowy do rozmów... W końcu przecież umierali ludzie.

- No, więc... – zaczęła trochę niepewnie, odchrząknęła i bezmyślnie zagięła róg jej serwetki. – Nie wiem, czy... u pana jest tak samo. To znaczy, czy pracujecie tak jak my tu. Razem z profesorem Neumannem pracujemy w Instytucie Chorób Zakaźnych... Dostajemy próbki wirusów z całego świata, analizujemy je i staramy się znaleźć na nie lekarstwa. Czasami dostajemy też fragmenty zakażonych tkanek i wtedy musimy sami wyizolować wirusa. A kiedy mamy do czynienia z epidemią, czy choćby podejrzeniem epidemii, wyjeżdżamy do zagrożonego regionu, żeby pomóc opanować sytuację. Właśnie dlatego znaleźliśmy się w Dublinie, żeby rozpoznać chorobę i zaproponować najlepsze lekarstwa – uśmiechnęła się lekko na samo wspomnienie. Kto mógł pomyśleć, że dzięki temu tydzień później pójdzie na kawę Z CZARODZIEJEM! – Mam wrażenie, że moja praca jest... inna niż pańska. Ja nie badam, nie leczę konkretnych ludzi. Raczej skupiam się na znalezieniu lekarstwa na choroby, które w tej chwili są nieuleczalne. Próbuję znaleźć lek, który inni, w szpitalach, w przychodniach, będą mogli podać chorym...

Praca najwyraźniej była jej pasją – było to widać w każdym słowie, w geście, w jej oczach, rozmarzonych, zasnutych bólem i przygnębieniem, tryskających radością, a czasem błyszczących dumą. Mathias oparł się na rękach, wsłuchał w jej łagodny głos i nie mógł opanować lekkiego uśmiechu, gdy na nią patrzył.

Miała bardzo drobne ręce i kształtne palce, którymi bezwiednie bawiła się serwetką. Czy wszystkie kobiety mają takie ładne dłonie? Nie miał pojęcia. Od wielu, wielu lat nie zwracał na to uwagi. Gdy zaglądał kobietom w oczy, szukał w nich objawów gorączki lub reakcji na podany eliksir czy rzucone zaklęcie. Gdy dotykał ich dłoni, to tylko po to, żeby sprawdzić puls i przyjrzeć się kolorze skóry, ewentualnie zaleczyć drobne skaleczenia. Do tej pory usta mogły być dla niego spierzchnięte, popękane czy... normalne i teraz czuł się, jakby doznał olśnienia. Jakby rozeszły się chmury i zobaczył wreszcie błyszczące gwiazdy i księżyc i bezkresne niebo kuszące go głębią, tajemnicą... pięknem.

Jej głos docierał do jego duszy, poruszał jakąś strunę głęboko w nim i obudził pierwotny zmysł, o którym do tej pory nie miał nawet pojęcia, że istnieje.

I raptem zrozumiał, że to nie może skończyć się tu i teraz. Gdy zobaczył ją pod Kliniką, spodobała mu się i po prostu chciał spędzić kilka chwil w jej towarzystwie, ale teraz... Teraz dotarło do niego, że chce więcej. Chce móc spotkać ją jutro... i pojutrze... Rozmawiać, iść na kawę, na spacer, słuchać o jej problemach... opowiedzieć o swoim dniu, o Klinice, porozmawiać o pogodzie, o... o wszystkim i o niczym. Po prostu być z nią.

Musiał coś zrobić. Nie miał pojęcia, kiedy Ministerstwo wyśle Amnezjatorów, żeby wyczyścili jej pamięć, ale nagle nabrał absolutnej pewności, że nie może pozwolić na to, żeby zapomniała o nim.

I tak miał niewiarygodne szczęście, że nie zrobili tego do tej pory. W sumie to to było trochę nieostrożne. Nawet bardzo...

Może Minister chce się upewnić, że antidotum Snape'a na pewno działa? Choć przecież wie, że Dublin to był tylko test trucizny... Może po prostu nie miał do tej pory czasu pomyślał mętnie, nadaremnie próbując się skupić. Na pewno!

Kelner przyniósł im zamówioną kawę, czar prysł i Mathias nagle zaczął widzieć ludzi dookoła i słyszeć gwar, muzykę i szum dochodzący z dołu. I na myśl o Ministrze znów poczuł niepokój. Jakby coś... było nie tak. Jakby coś przegapił.

?

Oboje milczeli, gdy chłopak ustawiał przed nimi talerzyki z cukrem, wysokie szklanki z kawą w trzech różnych kolorach i dwie długie łyżeczki.

- Rozmawiała pani potem z naszym Ministrem? – spytał, gdy zostali sami, zamieszał kawę i czekoladowa dekoracja w kształcie liścia rozpłynęła się, tworząc beżowe smugi na białej piance. – Ładny wzorek im wyszedł.

Łyżeczka Beth zadzwoniła mocno o brzegi szklanki. Kiedy POTEM? To już z nim rozmawiałam?! I kto to niby jest?!

- Musi pani przyznać, że niezły z niego ryś.

- ... Ryś? – Beth poczuła się zupełnie zagubiona. Boże, jaki ryś?! Co to ma być, Narnia jakaś, czy co?! Wybrali zwierzę na Ministra?!

- Pamiętam, że nieźle was przestraszył, wtedy, u waszego Premiera – na samo wspomnienie Mathias parsknął krótkim śmiechem i zdmuchnął odrobinę pianki na stół, prosto na stronę Beth. – Och, przepraszam!

Beth złapała się tego jak ostatniej deski ratunku. Porwała serwetkę i zaczęła pospiesznie zbierać biały puch.

- Och, nic się nie stało! Proszę się nie przejmować! To się zdarza... Mi też...! Już kilka razy. Nawet ostatnio! Ta pianka jest tak lekka... Zastanawiam się, jak oni to robią... Nie wie pan? Macie takie... kawę?

Starła całą piankę i mamrocząc kontynuowała przecieranie całego stolika, jakby to nie była kawa, ale co najmniej zarazki ospy prawdziwej. Jednocześnie ogarnęła ją absolutna, przytłaczająca pewność, że to się nie uda. Nie miało prawa się udać.

Zwariowałaś. Nie możesz z nim rozmawiać... i wyciągnąć od niego jakichś wiadomości, skoro nic, zupełnie nic nie pamiętasz!

Strojenie się i malowanie oczu, ta ich wspólna kawa... to nie miało sensu. Nic nie miało sensu.

Po prostu zapytaj wprost i wracaj do domu!

Sfrustrowana, cisnęła zmiętą kulkę na bok, westchnęła ciężko i spojrzała mu prosto w oczy.

- Może mi pan powiedzieć, jak wyleczyliście waszych chorych?

- Widzę, że to pani naprawdę nie daje spokoju – Mathias upił łyk kawy i kiwnął głową z uznaniem. – Coś cudownego! Doskonale pani wybrała. Więc... Udało się nam... wyizolować, tak? Tę chorobę. I sporządzić na nią coś w rodzaju antidotum. Podaliśmy je wszystkim chorym i zadziałało natychmiast. No prawie natychmiast. I po prostu nie było już kogo leczyć. Więc domyślam się, że nasz Minister musiał się z wami skontaktować i odwołać waszą pomoc. Nie chcieliśmy, żebyście tracili cenny czas, skoro u nas wszyscy wyzdrowieli.

Nie chciał jej mówić, że chodziło o truciznę i że niewiele brakowało, by z powodu cholernej Rayleigh umarło pięćset ludzi w JEJ świecie.

Kobieta naprzeciw otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć i raptem przyszło mu do głowy, że palnął właśnie głupotę!

JAK Shacklebolt im to wyjaśnił?!

- Co powiedział wam nasz Minister? – spytał nerwowo i zamarł w oczekiwaniu.

Beth już chciała skomentować fakt, że podali chorym lekarstwo, którego nie przetestowali, ale jego pytanie odebrało jej oddech.

- Ooch... – i nagle przyszła jej do głowy błyskotliwa odpowiedź! – Przypuszczam, że musiał rozmawiać z profesorem Neumannem. Nic mi o tym nie wspominał. Ale może nie chciał się przyznać, że umie mówić po rysiowemu.

Wybuchnęła śmiechem, Mathias również i bez mała natychmiast urwał.

- To znaczy jak... po rysiowemu?

Przecież nie spotkał się z nimi w zwierzęcej postaci?! Wtedy, u Premiera Mugoli, chodziło o to, żeby ich przekonać, że magia istnieje, ale potem?!

Przecież musiał się z nimi spotkać! Żeby jakoś wyjaśnić sytuację! On, albo ktoś inny w jego imieniu! A skoro już nie byli potrzebni, to pewnie... na pewno... NA PEWNO...

Przecież nie zostawiłby mugoli ze wszystkimi wspomnieniami...?!

Ale przecież tu jest. Znalazła nas. Więc pamięta...

A może ktoś ŹLE wyczyścił jej pamięć?!

Na tę myśl poczuł, jak jeżą mu się włosy na głowie.

- Nikt inny nie próbował z panią rozmawiać?

Beth spojrzała na niego bezradnie.

- Ma pan na myśli... ludzi?

?

- Beth, oczywiście, że ludzi!

No i proszę. Już cię trafił. Przegrałaś. Durna idiotko.

- Mathias... ja... – szepnęła, spuszczając wzrok, bo nie ośmieliła się patrzeć mu prosto w twarz. – Ja nic nie pamiętam. Nie wiem, czemu... ale... Zapomniałam. Wszystko. Prze-przepraszam.

Mathias miał wrażenie, że zderzył się z rozpędzonym hipogryfem. Bolesna świadomość tego, co właśnie zrobił, poraziła go i wycisnęła mu dech z piersi.

Chyba właśnie świat się skończył.

- O, Merlinie... – usłyszał swój cichy głos gdzieś z dala i złapał się za usta.

Co on zrobił?! Co on właśnie zrobił?!

Wyjawił istnienie magii osobie niemagicznej! Komuś, komu Ministerstwo zdecydowało usunąć wspomnienia. Uznali, że nie miała prawa Pamiętać, a on wszystko jej przypomniał...!

Złamał Prawo czarodziejów. Zdradził mugolce istnienie magii. I w dodatku nie było to nieopatrzne zdradzenie sekretu, nieumyślne palnięcie głupstwa... on bezceremonialnie, bez zahamowań opowiedział o wszystkim: o zaklęciach, o Ministerstwie...

Bez żadnych ważnych powodów, bez potrzeby... Nie będzie żadnych okoliczności łagodzących...

Złamią mu różdżkę... wyrzucą ze społeczności czarodziejów...

Właśnie przegrał całe swoje życie. Stracił wszystko.

I nie tylko on! Jeśli ona powie choć słowo... Jeśli opowie to innym... Cały magiczny świat stanął na krawędzi katastrofy. Tysiące ludzi... Przez niego...

Merlinie... za to to już chyba tylko Azkaban... Jeśli będziesz miał szczęście, to ucałują cię dementorzy...

- Bogowie... co ja zrobiłem... – wyszeptał, ukrywając twarz w dłoniach.

I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą jego największym problemem było to, jak móc się znów z nią spotkać...!

Beth również zamarła. Mężczyzna przed nią wyraźnie się załamał. Przez chwilę widziała w jego oczach szok i przerażenie, a potem pochylił głowę, zwiesił ramiona i skulił się, jakby chował się przed ciosem.

Nie tego się spodziewała. Sądziła, że się wścieknie, że będzie krzyczał, że zrobi jej scenę przy innych, nawet nawyzywa... ale nie tego!

- Mathias... Mathias...! – gdy nie odpowiedział, powoli położyła mu rękę na ramieniu i ścisnęła bardzo delikatnie. – Czy... coś się stało?

Pytanie było zupełnie idiotyczne, ale nie miała pojęcia, co, na miłość boską, mogło nim tak wstrząsnąć?!

Mathias pokręcił głową. Jego imię w jej ustach zabrzmiało wyjątkowo słodko, jak najpiękniejsza muzyka, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Nic nie miało znaczenia.

- Co się stało...? Proszę mi powiedzieć...

Powoli spojrzał na nią i odezwał się – dźwięk jego głosu niemal go przestraszył.

- Nie miałem prawa... nie wolno mi... mówić z wami o magii.

- Przecież... Nie rozumiem...

- Nasze prawo zabrania ujawniania magii mugolom.

- Mugo...?

- Ludziom niemagicznym – odparł i pokręcił rozpaczliwie głową. – Złamałem nasze prawo.

- Przecież nie był pan pierwszy? Mówił pan, że wasz Minister ze mną rozmawiał i ktoś pokazywał mi magię...?

- Owszem, ale potem ktoś od nas wyczyścił pani pamięć. Z tym, że najwyraźniej źle, skoro... – zamarł. Przecież powiedziała, że wszystko zapomniała... Więc jakim cudem go odnalazła? – Jak to możliwe, że pani przyszła do Kliniki?

Beth zawahała się tylko chwilę, po czym z kieszeni marynarki wyjęła kartkę papieru i podała mu ją.

- Tę notatkę znalazłam w poniedziałek w moim fartuchu.

Mathias przyjrzał się kilku linijkom, które przyczyniły się do jego zguby.

Magia i czarodzieje istnieją Imperius Klinika Św. Munga Harry Potter Oliva Anders Różdżka Kingsley Shacklebolt sekretarz Tony'ego Blaira Minister Dom handlowy Purge & Dowse Ltd

- I z tego domyśliła się pani wszystkiego? – uśmiechnął się smutno na widok Olivy Andersa. – Jest pani bardzo inteligentna, pani doktor.

- To raczej czysty zbieg okoliczności – poprawiła go Beth. – Próbowałam coś zrozumieć, ale z tego wszystkiego mogłam sprawdzić osobiście tylko ten dom handlowy. Ale nie mam pojęcia DLACZEGO zrobiłam tę notatkę.

Mathias westchnął ciężko i położył karteczkę na stoliku. TO mógł jej powiedzieć.

- Nasz Minister powiedział wam, że wyczyści wam pamięć. To znaczy zrobi tak, żebyście o wszystkim zapomnieli. Przypuszczam, że uznała pani, że nie chce zapomnieć – pokręcił głową, zrezygnowany. – Profesor Neumann też tak zrobił? Wie o tym?

- Nie ma pojęcia. Nic mu nie mówiłam. Nikomu nie mówiłam.

W jego sercu piknęła nadzieja, gdy zza pokładu czarnych chmur wyjrzało na chwilę słońce.

- ... Nikomu?

Beth wzruszyła ramionami.

- Nikomu.

Mathias spojrzał na nią z nagłym ożywieniem i tym razem to Beth się przestraszyła. Gwałtownie sięgnęła po karteczkę.

- Proszę... Niech pan mi tego nie robi...! Nie... czyści mi pamięci!

Mathias równie gwałtownie pokręcił głową i złapał za rękę.

- Proszę! Niech pani nie mówi! Nikomu!

- Niech pan nie zabiera mi pamięci! Proszę!

- Beth, błagam...!

- Mathias...!

Oboje urwali jednocześnie i zamarli, z trudem łapiąc powietrze. Napięcie między nimi można było wyczuć palcami; on nadal ściskał jej rękę, ona gniotła karteczkę tak mocno, że aż wbijała sobie boleśnie paznokcie we wnętrze dłoni.

Beth poruszyła się i Mathias poluźnił uścisk, ale nie odwrócił wzroku.

- Nie zabiorę pani pamięci – odezwał się, siląc się na spokój. – Nawet jakbym chciał, to nawet nie wiem, jak. Ale proszę... Jeśli pani powie... komukolwiek, to tak, jakby pani mnie zabiła.

Zabiła? Boże jedyny...! To nią wstrząsnęło. I jednocześnie zalała ją bezgraniczna ulga.

- Mathias, oczywiście, że nie powiem! – zawołała.

Powoli, niepewnie odsunęła rękę, zostawiając karteczkę na stole pomiędzy nimi. I nagle ten strzępek papieru stał się ich wzajemną gwarancją bezpieczeństwa i...pomostem między nimi.

- Nawet jakbym chciała – powtórzyła po nim i uśmiechnęła się słabo. – Wszyscy wzięliby mnie za wariatkę. Mogłabym stracić pracę... Sama nie wiem, co jeszcze.

- A ja całe moje życie.

Powiedział to cichym tonem, ale to wcale nie osłabiło mocy tych kilku słów. Niby proste zdanie, a jednocześnie mówiące Beth Wszystko.

- Czy u was lekarzy też obowiązuje tajemnica medyczna? To znaczy, czy nie macie prawa mówić o chorobach waszych pacjentów?

- Jestem pani pacjentem? – zabrzmiała w tym nutka goryczy.

- Nie. Ale tak samo, jak nigdy nie zdradzę poufnych danych pacjentów, tak samo nie zdradzę pańskiej tajemnicy. Proszę mi zaufać.

Mathias chciał rozpaczliwie ufać i wierzyć, że nic się nie zmieniło, że wszystko będzie dobrze i że nadal istnieje dla niego Jutro.

- Ufam pani – odparł i po chwili milczenia dodał. – Więc czemu pani... szukała? Ciekawość?

Beth sięgnęła po kawę, upiła odrobinę i patrząc gdzieś na stół zobaczyła kilka ostatnich dni.

- To jest o wiele bardziej skomplikowane niż zwykła ciekawość. Kiedy znalazłam tę notatkę, nic z niej nie rozumiałam. Ale wiedziałam, że coś musiało sprawić, że ją napisałam. Więc zaczęłam szukać.

- A gdy już pani znalazła?

TO było jeszcze bardziej skomplikowane i tego nie mogła zobaczyć w mahoniowym stole. Może raczej w jego błyszczących, błękitnych oczach.

- Mathias, ja... Z tego, co rozumiem, musiałam u was być, bo mnie poznaliście. Nie mam pojęcia, kiedy to było i co takiego zobaczyłam, ale najwyraźniej musiałam uznać, że to było ważne. A jeśli tak... to chciałam dowiedzieć się, CO TO takiego było.

Mathias nie chciał mówić o magii. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Beth powstrzymała go ruchem ręki.

- Proszę nic nie mówić. To może poczekać do następnego razu.

- ... Następnego?

- Jeśli oczywiście będzie pan chciał... – zaczęła mówić Beth i nagle dotarło do niej, CO mówi i zarumieniła się. – To znaczy...

Boże, czy ty właśnie się z nim umawiasz?

Mathias też to zrozumiał i coś w nim ożyło i sprawiło, że poczuł się lżej. Jakby ktoś zdjął mu jakiś ciężar z piersi. I równocześnie na nowo dotarło do niego jej piękno.

- To doskonały pomysł, Beth – uśmiechnął się całym sobą i dodał. – I dziękuję za zrozumienie.

Praca Beth była jedynym neutralnym tematem, więc przez chwilę próbowali jeszcze ciągnąć rozmowę, ale żadne z nich nie potrafiło tak naprawdę się skupić. Dlatego też jakiś kwadrans później, kiedy na nowo zapadła między nimi cisza, Mathias uznał, że najlepiej będzie zakończyć dzisiejsze spotkanie.

Ponieważ Beth nie wiedziała, czy czarodzieje używają funtów, nie chcąc poruszać tego tematu, poszła zapłacić za nich oboje. Potem oboje wyszli przed kawiarnię i zatrzymali się niepewnie naprzeciw siebie.

Przez chwilę stali w ciszy, a potem odezwali się równocześnie.

- No więc... dziękuję panu bardzo...

- Beth, dziękuję za dzisiejszy wieczór...

Urwali, uśmiechnęli się i jak za dotknięciem różdżki znikło niezręczne napięcie między nimi.

- O której kończy pani jutro pracę? – spytał Mathias.

Beth zawsze wiedziała, o której zaczynała, a nigdy, o której kończyła. Ale była pewna, że jutro tylko wybuch morowej zarazy mógł zatrzymać ją w Instytucie.

- Powiedzmy o szóstej?

- Więc może umówmy się o szóstej tutaj?

- Doskonale. I, Mathias... Proszę mi wierzyć. Nikomu nic nie powiem.

Jego własne, osobiste chmury rozeszły się jeszcze bardziej i słońce zaświeciło mocniej.

- Bardzo pani dziękuję. Mi też może pani wierzyć.

Mathias wyciągnął rękę, więc Beth odruchowo chciała ją uścisnąć, ale ku jej zdumieniu ujął ją delikatnie i ucałował wierzch jej dłoni, pochylając w nienagannym ukłonie.

- Dz... uhm... – to było wszystko, co udało się wykrztusić Beth. Boże kochany... on jest...to jest... niesamowite!

Na krótką chwilę jej pole widzenia ograniczyło się do stojącego przed nią mężczyzny i zupełnie niezrozumiałego szalonego bicia serca.

- Do jutra – powiedział Mathias, puścił jej dłoń i odszedł w kierunku, z którego przyjechali. Jeszcze chwilę Beth patrzyła za nim, jak lawirował między ludźmi, aż w końcu jego sylwetka stopiła się z innymi i straciła go zupełnie z oczu.

- O mój Boże – wymamrotała i ruszyła do samochodu.

Czwartek, 15 maja, Spinner's End

Przed południem

Czwartek Severus postanowił przeznaczyć na przejrzenie swojej biblioteczki i zrobienie miejsca na nowe księgi, które zamierzał sobie kupić. Dlatego też skończywszy śniadanie zrobił sobie mocną, gorzką herbatę i otworzywszy szeroko drzwi wejściowe, zabrał się za przeglądanie pierwszej z brzegu półki.

Większość ksiąg była strasznie stara, złocone tytuły na grzbietach były powycierane i czasem musiał szukać tytułu na pierwszej stronie. Okładki innych były strasznie zniszczone, w kilku klej wysechł, popękał i strony nie trzymały się już zupełnie.

Poza tym niektóre były już po prostu nieaktualne – nowe odkrycia obaliły wiele starych teorii lub wyjaśniły niewyjaśnione dotychczas zjawiska. Szczególnie w dziedzinie eliksirów stan wiedzy nieustannie się zmieniał. Dzięki badaniom niektóre składniki zostały wycofane z użytku jako szkodliwe dla zdrowia, inne były zastąpione nowymi, bądź to na skutek chorób roślin lub zwierząt, bądź to na skutek ich ewolucji. Całkiem niedawno przeczytał, że pewien gatunek larw motyli na przestrzeni ostatniego wieku zmienił kolor z czarnego na biały, ponieważ kora drzew, w której były składane jaja, z powodu zanieczyszczenia środowiska, pokryła się białymi plamami. Z punktu widzenia eliksirotwórstwa kolor larw miał olbrzymie znaczenie, bowiem to właśnie pigment odgrywał kluczową rolę w przygotowaniu roztworu wywołującego magiczne fotografie.

Severus przejrzał pierwsze księgi, jedną z nich odłożył na bok jako niepotrzebną i sięgnął po kolejną. Nie mogąc odczytać tytułu, otworzył ją i natychmiast przed oczami pojawiły się wspomnienia.

Jak uwarzył czarnomagiczny eliksir pozbawiający mowy do wschodu słońca, podał Śmierciożercom i dzięki temu nie mogli wybrać się na zaplanowany rajd po mugolskich miasteczkach, bo Crucio i inne podobne zaklęcia nie były niewerbalne... Jak na jego pierwszym roku jako profesora eliksirów jedna z Krukonek z siódmej klasy, która doskonale pamiętała go jeszcze jako ucznia, powiedziała mu, że taki tłustowłosy idiota nie ma prawa kazać jej lub zabraniać czegokolwiek. Odjął Ravenclawowi wtedy 100 punktów i w ramach szlabanu kazał jej czyścić wszystkie toalety bez użycia magii. Niewielu było potem takich, którzy spróbowali dać mu do zrozumienia, że 21 latek jest za młody by być ich profesorem. Albo dla odmiany, gdy jako dyrektor odebrał prawa wszystkim profesorom i opiekunom domów do wymierzania kar i przyznał je sobie. Jak to możliwe, że żaden z nich nie zrozumiał wtedy, że tylko w ten sposób mógł trzymać Carrowów na wodzy i nie pozwolić im zamęczyć wszystkich uczniów? Lub...

Jedne lepsze, inne gorsze, wspomnienia porwały go zupełnie i wkrótce przysiadł na oparciu kanapy i patrzył niewidzącym wzrokiem na pozaginane, poplamione strony, ale myślami był gdzie indziej.

Potem przyszła następna księga i kolejna... i każda była jak myślodsiewnia; opowiadała mu stare historie, przenosiła go w inny świat, pokazywała mu jaki wtedy był... i kim wtedy był.

Nieoczekiwanie z któregoś kolejnego wspomnienia wyrwał go dźwięczny, kobiecy głos.

- ... ten komin. Cóż za obrzydlistwo. Czyli to musi być gdzieś tu...

Jak ci się nie podoba, to po co tu przychodzisz?

Skrzywił się, ale jednocześnie coś w nim piknęło i po piersi rozlało się ciepło i jakieś dziwne uczucie, którego nie umiał do końca nazwać. Bezwiednie wyprostował się, a kącik ust wygiął mu się w cieniu uśmiechu.

- Nie przypominam sobie, żebym cię zapraszał, Granger – powiedział głośno, nie obracając głowy w jej stronę. Żeby nie dać jej satysfakcji.

Ale jeszcze zanim skończył, ten sam głos odezwał się znów, zupełnie go ignorując.

- Na zdjęciach to te domy jeszcze stały, ciociu. Teraz to jest kupa gruzu.

Zaskoczony, oderwał się od półki z księgami i podszedł do otwartych drzwi. Nagle z prawej strony usłyszał jakieś szuranie, więc wyjrzał na zewnątrz i zobaczył jakąś młodą kobietę, która trzymała coś przy uchu i kiwała głową, po czym odezwała się na nowo.

- Nic takiego nie widzę. Poza tym jemiołę wieszaliście pewnie na Boże Narodzenie, a teraz jest już po Wielkanocy. Przykro mi, ciociu, ale wasz dom chyba zawalił się już zupełnie... Może następnym razem, nie wzięłam ze sobą aparatu... Oczywiście, że po ciocię przyjadę... To do widzenia. Buziaki. Pa!

Kobieta odsunęła rękę od ucha i nacisnęła palcem jakieś ciemne pudełko, rozejrzała się, przesuwając wzrokiem po jego domu, ale widząc inny, stojący na ulicy z tyłu i mruknąwszy coś do siebie, obróciła się i odeszła.

Severus stał w drzwiach i patrzył za nią, starając się dać sobie radę z nagłym uczuciem pustki, które go wypełniło. Jakby ktoś coś mu zabrał.

Jak w ogóle było możliwe, że zwrócił na nią uwagę? Przecież od czasu do czasu w Cokeworth pojawiali się ludzie, najprawdopodobniej turyści idący do lasu niedaleko. Dostrzegał ich kątem oka, ale nie zwracał na nich uwagi. A dziś tak... Choć to była tylko jedna kobieta, w dodatku zachowująca się tak cicho...

Wiatr dmuchnął mocniej i nagle Severus zrozumiał. Po prostu nigdy dotąd nie miał zwyczaju siedzieć w domu przy otwartych drzwiach!

Wrócił do siebie, po krótkim wahaniu zostawił drzwi otwarte i podszedł do półki z książkami, ale coś powstrzymało go od sięgnięcia po jedną z nich. Zamiast tego przypomniał sobie Hermionę Granger, klęczącą nie tak dawno przed tymi sami księgami i oczyma wyobraźni zobaczył, jak dziewczyna stuka we framugę otwartych drzwi, wchodzi do środka z Kompendium Zaawansowanych Eliksirów, które jej kiedyś pożyczył i ...

Nie umiał sobie wyobrazić, co mogłoby być dalej. W zasadzie w całym swoim dorosłym życiu nie miał ani okazji, ani specjalnej ochoty do spędzania czasu z innymi ludźmi. W czasie swojej kariery nauczycielskiej miał już wystarczająco dość wrzasków, hałasu i tłumów dookoła niego, poza tym dla podwójnego szpiega nie było to wskazane. A po wojnie... nie licząc Konwencji Mistrzów Eliksirów, prócz Griffina nikt nie składał mu towarzyskich wizyt ani on nie chodził do nikogo.

Z Griffinem pewnie zaczęliby rozmawiać na temat nowego artykuły w Eliksirotwórstwie Praktycznym lub o ostatniej wpadce Wilsona w Pracowni i dopiero potem zeszliby na dyskusję o czymkolwiek innym. Lub siedzieli smakując ciszę. Tak jakby za każdym razem potrzebował czasu na zaakceptowanie towarzystwa i... rozluźnienie swoich sztywnych manier.

O czym, u licha, mógłby rozmawiać z Hermioną Granger?

O niczym. Po co w ogóle miałbyś z nią rozmawiać? Udało się wam złapać Rayleigh, skończyło się i po sprawie. Każde z was może teraz wrócić do normalnego życia.

Na myśl o powrocie do normalnego życia natychmiast przypomniał sobie sowę od Pottera, którą dostał wczoraj wieczorem. W pierwszej chwili zamierzał po prostu wyrzucić list do śmieci, ale przemógł się i go przeczytał. I dopiero potem wyrzucił.

Wbrew obawom, list nie był długi. Prócz krótkiego podziękowania Potter napisał, że „panna Granger" na nowo zaczęła stronić od ludzi i przestała używać magii i pytał, czy on mógłby jakoś jej pomóc.

Cóż. Severus nie był ani Uzdrowicielem Umysłu, ani nie potrafił toczyć długich, szczerych rozmów, a tego właśnie dziewczyna potrzebowała. A nawet gdyby potrafił, to o czym miałby rozmawiać, jakie rady miałby jej dać?

I przede wszystkim dlaczego miałbyś to robić?

Ostatni raz widział ją, gdy wychodziła z jego domu z naręczem fiolek z antidotum. Potem dowiedział się, że zemdlała w Klinice, później, że na własne życzenie została wypisana do domu. I wczoraj usłyszał, że nie odpowiedziała na zaproszenie Shacklebolta.

Co prawda wiele razy zastanawiał się, co mogło się z nią dziać, ale ilekroć zaczynał o tym myśleć, czym prędzej zmuszał się do zajęcia czymś innym.

Severus postukał palcami po okładce grubej księgi i obejrzał ją jeszcze raz, bo zapomniał tytułu. Potem zerknął na wolne miejsce na półce i stosik ksiąg, które chciał znieść do piwnicy, ale nie miał nawet pojęcia, co z nią zrobić. Zostawić czy nie. Zdegustowany, parsknął głośno i spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. Przejrzał zaledwie jedną półkę. I stracił cały zapał.

W zasadzie nie było się co dziwić, że dziewczyna nie wytrzymała psychicznie. Nie wiedział, ale mógł sobie wyobrazić, co się stało, gdy złapał ją Gratus i gdy jego zabrała Rayleigh. Ale nawet bez tych dwóch chwil cała reszta była horrorem.

Już choćby Azkaban. Nigdy nie słyszał, żeby ktokolwiek chodził tam tak często. Z własnej, nieprzymuszonej woli. On sam najchętniej zapomniałby o większości chwil ze swojego pobytu i jeśli nie usunął sobie wspomnień to tylko dlatego, żeby móc pamiętać o innych.

Severus spojrzał na księgę, która zaczęła mu ciążyć w ręku i poczuł, że to jest to. Zapomnieć. Może właśnie to mogło jej pomóc?

Nie mógł zupełnie wymazać jej pamięci. W gazetach pełno było artykułów o niej, wszyscy wiedzieli, że pomogła mu wynaleźć antidotum i złapać mordercę.

Ale nikt nie zna szczegółów. Musiałbyś wmówić jej, że przyszła do ciebie... domyśliliście się, że chodzi o Rayleigh, poszliście do niej i po prostu złapaliście ją i znaleźliście u niej antidotum. Żadnego koszmaru, żadnych wspomnień o Azkabanie...

Musiałby tylko powiedzieć o tym Shackleboltowi i Potterowi. I Wolfowi. Żeby żaden z nich się przed nią nie wygadał.

Jakiś cichy głosik szepnął mu, że jego też by to dotknęło. Straciłby coś, co do tej pory wydawało mu się bez znaczenia, ale teraz zabolało. Coś o wiele więcej niż miłe, pachnące koce, w których czuł się tak... wspaniale.

Nie byłoby już „Severusa" i „Hermiony", byłby na nowo „profesor Snape" i „panna Granger". Pewnie na nowo zaczęłaby go nienawidzić. Nie mógłby już nigdy pójść do niej i popatrzeć na telewizor, porozmawiać...

Stracił Griffina, a teraz straci i ją.

Ale jeśli to miało być ceną jej spokoju, mógł to poświęcić. Przecież w sumie zawdzięczał jej życie.

Severus westchnął ciężko, odepchnął byle gdzie księgę i przywoławszy walizkę dziewczyny, przeszedł się po domu i powpychał do niej wszystko, co do niego przyniosła. Garnki, ubrania, kosmetyki.

Koce postanowił zatrzymać. Mógł jej zabrać wspomnienia, ale swoje postanowił zachować. Uważał, że było warto.

Grimmauld Place nr. 12

Tuż przed południem

Na widok czarnych drzwi do domu przy Grimmauld Place skrzywił się mimo woli. Co prawda zostały odmalowane, ale warstwa farby była nierówna i popękana i miał wrażenie, że pod spodem czekały złe, ponure wspomnienia. Jakby były wpisane w ten dom. Nawet klamka była ta sama i choć miała kształt węża, sprawiła, że na piersiach osiadł mu jakiś wielki ciężar.

Uderzył mocno otwartą dłonią trzy razy w drzwi i musiał poczekać dłuższą chwilę, zanim się otworzyły i wyjrzała zza nich ruda głowa.

- Pro-profesor Snape – wyjąkała na jego widok Ginewra Weasley i oczy rozszerzyły się jej ze zdumienia.

- Zamierzasz mnie wpuścić, czy będziesz tak sterczeć cały dzień? – sarknął Severus, a gdy uchyliła je mocniej, nie czekając na odpowiedź przeszedł koło niej i stanął w korytarzu.

Długi hol był równie ponury, choć stare lampy gazowe zostały wymienione na nowe. Tak samo Potter wymienił dwie stare zasłony i teraz portret pani Black zasłaniała cienka, złoto-bordowa firanka.

Dziewczyna przeszła wolno koło niego i obejrzawszy się, czy za nią idzie, zeszła po schodach do kuchni trzymając się poręczy. Severus nie miał pojęcia, ile czasu zajmie ofiarom Rayleigh dojście do siebie i w tym konkretnym przypadku nie zamierzał się dopytywać.

Potter siedział przy stole i przeglądał jakąś książkę. Sądząc po zdjęciach, coś o Quidditchu. Na jego widok odruchowo wstał, poprawił okulary, a po twarzy przebiegł mu słaby uśmiech, który natychmiast zastąpiła niepewna mina.

- Dzień dobry, panie profesorze.

- Potter – rzucił mu na powitanie Severus.

- Dostał pan od nas sowę? Proszę usiąść.

Severus nie zamierzał spędzić tu więcej czasu niż to było konieczne, więc tylko potrząsnął przecząco głową.

- A jak myślisz? – odparł. – Że wybrałem się na spacer i wpadłem przechodząc?

Potter posłał mu ponure spojrzenie, ale Weasley uśmiechnęła się lekko.

- Baliśmy się, że nasza sowa nie odnajdzie pańskiego domu. Z uwagi na Zaklęcie Fideliusa.

- Z uwagi na Zaklęcie Fideliusa sowy nie mogą dostać się do mojego domu, ale mogą zostawić mi listy przed domem. Co byście wiedzieli, gdybyście czytali książki... trochę wyższych lotów – powiedział Severus, rzucając wymownie okiem na otwartą księgę. – A teraz do rzeczy. Panna Granger. Zamierzam rzucić na nią Obliviate i usunąć wszystkie wspomnienia związane z Azkabanem, poszukiwaniem Rayleigh i warzeniem trucizny i antidotum...

- Przecież przeczyta w gazetach, że brała w tym udział – zauważył Potter, znów poprawiając okulary.

- Jeśli dasz mi skończyć, to zrozumiesz – syknął Severus. Nie cierpiał jak mu przerywano. A już szczególnie niektórzy ludzie. – Powiem jej, że w trakcie inspekcji u Powella wpadła na ślad Rayleigh, powiedziała mi to i wybraliśmy się do niej, pojmaliśmy i oddaliśmy Aurorom. I znaleźliśmy antidotum. Żadnego niebezpieczeństwa, żadnego Azkabanu, żadnych tortur i żadnego odwiedzania was w Klinice, z wyjątkiem zaniesienia wam antidotum w niedzielę wieczorem.

Weasley wytrzeszczyła na niego oczy z przerażenia, a Potter gwałtownie wciągnął powietrze, gdy powiedział o torturach i czym prędzej kiwnął głową.

- Powie nam pan, co dokładnie będzie pamiętać, czy po prostu lepiej, żebyśmy unikali rozmów na ten temat? – spytał.

- Pozwólcie jej wszystko wam opowiedzieć i potem trzymajcie się tej historii.

- Jeśli pan chce, mogę porozmawiać z Kingsleyem i Gawainem. I Mathiasem – zaproponował Potter. – Dziś idziemy na kontrolę do Kliniki.

- No... nie wiem – powiedziała równocześnie Weasley.

Obaj mężczyźni obrócili się jak na komendę i spojrzeli na dziewczynę.

- Myślisz, że się nie zgodzą, ze względu na rozprawę przed Wizengamotem? – zapytał Potter.

Dziewczyna potrząsnęła głową i wyglądała, jakby się wahała.

- Nie wiem czy... Jak rzuci pan na nią Obliviate, nie będzie pamiętać, że... pracowaliście razem.

Powiedziała to takim tonem, że Severus nie wiedział, czy to pytanie, czy stwierdzenie faktu.

- Czyżbym nie wyraził się jasno?

- Oczywiście, że tak. Więc... – znów się zawahała.

- Więc wykrztuś to wreszcie!

Dziewczyna odgarnęła na bok długie włosy i popatrzyła na niego prosząco.

- Hermiona straci wszystkie wspomnienia z tego okresu.

Severus zaczął powoli tracić cierpliwość. Po cholerę powtarza w kółko to samo? Przecież dokładnie o to chodzi.

- Widzisz w tym coś dziwnego? – uniósł w górę brew i dodał jadowitym tonem. – Obliviate to zaklęcie pozbawiające pamięci. To powinno być oczywiste dla kogoś, kto skończył Hogwart.

Przez jej twarz przemknęła buntownicza mina, ale natychmiast znikła i zastąpiła ją powaga.

- Niech pan jej tego nie robi.

Tym udało się jej zaskoczyć ich obu. Potter wyglądał, jakby oberwał właśnie tłuczkiem i próbował się pozbierać.

- Czemu nie?! Ginny, przecież właśnie o to chodzi!

Ale dziewczyna nawet nie obróciła się do niego, tylko nadal patrzała na Severusa, który tylko posłał jej ostre, ponaglające spojrzenie. Nie słyszałaś, co mówiłem? Wy-krztuś-to, do cholery.

- Panie profesorze... – odezwała się, postępując krok do przodu. - My rozmawiałyśmy w poniedziałek, jeszcze w Klinice... I myślę, że to ważne, żeby Hermiona pamiętała...

Severus nadal nic nie rozumiał, prócz tego, że wyraźnie o coś jej chodziło.

- Weasley, o czym ty pleciesz? – syknął, zniecierpliwiony.

Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę i powiedziała cicho, spuszczając głowę.

- Dla niej ma bardzo duże znaczenie to, co przeżyliście razem. Że panu pomogła... I że wie, że pan jej przebaczył. Niech pan Wam tego nie odbiera...

Severus na nowo poczuł ukłucie żalu, które już mu się udało w sobie zdusić. Które łączyło się dokładnie z tym samym. Odebraniem sobie czegoś, na czym mu zależało. Dla Griffina zrobiłby wszystko, byle go ratować, dla Granger również. Ktoś, kto zasłużył na jego... szacunek był tego warty i jego żal nie miał żadnego znaczenia.

Ale równocześnie targnęła nim złość. Co, do jasnej cholery, miała znaczyć ta rozmowa?! Od kiedy Weasley śmie mu mówić, co powinien, a czego nie powinien robić?! I to do tego w ten sposób! Przy Potterze!

Ściskając kurczowo różdżkę, Severus pochylił się ku niej.

- Nie przyszedłem tu wysłuchiwać twojego mądrzenia się, czy waszych durnych porad – wycedził powoli niskim głosem. – Przyszedłem powiedzieć wam, co zdecydowałem i co macie zrobić. A teraz, skoro już wiecie, żegnam.

Po czym obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wspiął się po schodach na górę.

- Panie profesorze...! – usłyszał jeszcze, ale szarpnął za drzwi, wyszedł przed dom i zatrzasnął je za sobą.

Cholerny Potter, cholerna Weasley, cholerny, pieprzony świat.

.

- Cholerny, pieprzony, durny, wredny nietoperz, dupek i cham – wyrecytował Harry i uderzył ręką w stół tak mocno, że podskoczyła na nim nawet książka. – Merlinie, jak ja go nienawidzę!

Ginny w jednej chwili podjęła decyzję i podeszła do kominka.

- Harry, musimy go powstrzymać! Chodź, fiuukniemy do Hermiony!

- Ginny, co ty robisz? – zamarł jej chłopak.

- On nie może jej tego zrobić! - Ginny sięgnęła po pudełko z proszkiem Fiuu, ale Harry złapał ją za rękę.

- Ginny, o co ci chodzi?!

- Hermionie trzeba pomóc!

- No więc właśnie Snape poszedł to zrobić!

- Jej trzeba POMÓC! A nie wymazać pamięć! Nie rozumiesz?!

Harry, nadal przytrzymując Ginny, potrząsnął głową.

- Nie. Nie rozumiem. Co ty chcesz, żeby zrobił?

Rudowłosa tupnęła ze złości nogą. Merlinie, czy tylko ona jedna myślała na tym świecie?!

- Porozmawiał z nią! Znalazł inny sposób!

Harry parsknął śmiechem i aż potrząsnął głową z niedowierzaniem.

- Snape? Ma z nią POROZMAWIAĆ? Właśnie widziałaś, jak wyglądają z nim rozmowy! Z nim nie można rozmawiać! Najlepiej, jak Hermiona zapomni o Azkabanie i torturach! Słyszałaś, co on mówił? Nie wiem, co dokładnie jej zrobili, ale pamiętam Bellatrix i już to mi wystarczy!

Ginny westchnęła głośno i spróbowała się uspokoić i wszystko wyjaśnić. Byle szybciej.

- Właśnie, że nie. Hermiona musi pamiętać o Azkabanie. Pamiętasz, co ci mówiłam o jej poczuciu winy? Co Ona sobie wyrzucała? Że z powodu jej nieuwagi i tchórzostwa umarli ludzie. No więc teraz ich uratowała. Jego uratowała – Ginny na chwilę zawiesiła głos, ale Harry nie wpadł jej w słowa, tylko słuchał uważnie. – To jest najlepsza rzecz, która jej się w tym całym koszmarze przytrafiła. Wreszcie odzyskała poczucie własnej wartości. Niech on jej tego nie zabiera!

Harry zawahał się lekko, nie do końca przekonany.

- Więc czemu znów odcina się od czarodziejskiego świata? I nie chce używać magii?

Ginny przypomniała sobie wyjaśnienia Uzdrowiciela Umysłu, który tłumaczył im kiedyś, jak postępować z Hermioną zaraz po terapii i późniejsze długie rozmowy z przyjaciółką.

- Bo z magią łączy wszystko złe, co się jej przytrafiło. Uważa, że z powodu magii straciła swoich rodziców. I teraz próbuje na nowo odciąć się od tego, co sprawia jej najwięcej bólu – odparła smutno.

Harry przez chwilę wpatrywał się w nią myśląc gorączkowo, ale Ginny nie chciała tracić więcej czasu. Profesor Snape pewnie już był u Hermiony i za chwilę usunie jej wszystkie wspomnienia. Zrobi krzywdę i jej i sobie! Bo wyraźnie czuła cichy ból, który od niego promieniował, gdy potwierdził, że dziewczyna zapomni o ich znajomości.

Pospiesznie odkręciła wieczko, ale Harry zabrał jej pudełko i odstawił z powrotem na kominek.

- Więc mam pomysł. – Ku jej zdumieniu uśmiechnął się lekko.

- No?! – fuknęła Ginny. – On pewnie już jest u Hermiony!

- Posłuchaj. Pozwólmy mu usunąć jej pamięć – ścisnął lekko jej rękę, dając znak, żeby pozwoliła mu mówić dalej. – Potem opowiemy Hermionie, co się stało. Ale w ten sposób będzie znać tylko tę dobrą stronę. Nie będzie pamiętać o koszmarze. A jeśli chodzi o to, żeby jej pomóc... Oboje jesteśmy na urlopie zdrowotnym. Co powiesz na zmianę klimatu?

Ginny wyraźnie czuła jego satysfakcję, ale jak zwykle nie wiedziała, co ją spowodowało.

- Harry... – ponagliła go. Nie miała ochoty bawić się w zgadywanki. Nie teraz.

- Wybierzmy się do Australii, odnajdźmy jej rodziców i ściągnijmy tu. Wtedy Hermiona wyzdrowieje już zupełnie!

Ginny zamarła na chwilę ze zdumienia, po czym uśmiechnęła szeroko. To był genialny pomysł! To był przecudowny sposób podziękowania przyjaciółce za to wszystko, co dla nich zrobiła!

- Harry, jaka tam jest pogoda? – usłyszała samą siebie.

- Nie wiem, ale Wielki De na pewno będzie wiedział – odparł Harry i oboje wybuchnęli śmiechem.

Klinika Św. Munga,

po dwunastej

- Macie naprawdę niewiarygodne szczęście – oceniła Marga, przesuwając różdżką nad brzuchem Ginny. – Nie ma nawet śladu pęknięć i krwawień wewnętrznych.

Harry, który chwilę wcześniej przeszedł to samo badanie i teraz siedział wyprostowany jak struna na krześle obok, wypuścił z ulgą wstrzymywane do tej pory powietrze. Cisza, która przed chwilą panowała, jeszcze huczała mu w uszach i z każdą mijającą sekundą coraz bardziej ciążyła na sercu.

O Merlinie! Dzięki ci...!

Choć wyglądało na to, że z Ginny wszystko w porządku, nie mógł opędzić się od dręczącego niepokoju. Czy może wyrzutów sumienia. W końcu wypiła tę przeklętą herbatę wcześniej niż on. Była słabsza fizycznie, już choćby z powodu niedawnego okresu. Gdyby cokolwiek jej się stało... Gdyby straciła magię... Nie darowałby sobie chyba nigdy tego, że zgodził się wypić połowę antidotum, które Hermiona i Snape przynieśli tamtego popołudnia do Kliniki.

Teraz ulga była tak niesamowita, że osunął się bezwładnie na oparcie i uśmiechnął szeroko do dziewczyny.

- Snape uwarzył cud, nie antidotum – ciągnęła Uzdrowicielka. – Poziom magii też rośnie, powoli, ale rośnie.

Wściekłość na Snape'a, która go zalała zaledwie godzinę temu, wydała się nagle odległa o całe lata.

A niech będzie i cud. Co chcesz.

Marga podeszła do malutkiego biureczka, sięgnęła po pergamin z emblematem szpitala i zaczęła dyktować receptę.

- Harry Potter, Ginewra Weasley. Z datą dzisiejszą. Od jutra przez kolejne siedem dni pięć razy dziennie jedna fiolka eliksiru wzmacniającego, dwa razy dziennie dziesięć kropli eliksiru wiggenowego i dwa razy dziennie po dwadzieścia kropli nalewki z figi abisyńskiej. Zestaw dla dwóch osób. Do tego dla panny Weasley dodatkowo jedna fiolka dziennie eliksiru wzmacniającego krew.

Stuknęła różdżką w pergamin i natychmiast pojawiła się na nim lista wszystkich eliksirów z opisem dawkowania i w przeliczeniu na ilość fiolek. Harry przyjrzał się recepcie i odruchowo poprawił okulary, ale to i tak nie pomogło. Czemu wszyscy Uzdrowiciele piszą tak, jakby ich pióra w ręce gryzły?

GIF/

- Mogę też dostać coś na uspokojenie? – spytała proszącym głosem Ginny.

Marga zawahała się chwilę, po czym skinęła głową i przepisała pięć fiolek eliksiru uspokajającego.

Zdjęcie/

- Kochanie, normalnie bym odmówiła, ale w pani przypadku wyjątkowo się zgodzę. Proszę starać się używać go jak najmniej. Odsuwanie od siebie tego koszmaru w niczym nie pomoże, prędzej czy później będzie pani musiała się zmierzyć z własnym strachem. – podała im receptę i kontynuowała. - Do tego podtrzymuję zalecenie nie używania magii przez kolejny tydzień. Dam wam zwolnienie...

- Nie u...

- Przez...

Harry zamarł z wyciągniętą ręką i popatrzył na Uzdrowicielkę z mieszaniną zgrozy i oburzenia.

Merlinie, powiedz mi, że się przesłyszałem! To niemożliwe!

- Przez TYDZIEŃ? Mamy nie używać magii przez następny tydzień?!

Marga z trudem się opanowała i tylko przewróciła oczami. Niemal to samo zdanie słyszała od wczorajszego ranka i zaczynało to już jej działać na nerwy. Wszyscy, którzy ledwie kilka dni temu byli umierający, dziś najwyraźniej o tym zapomnieli i zachowywali się, jakby świat miał się skończyć, bo będą musieli podnieść tyłek i przynieść sobie coś do jedzenia, zamiast użyć Accio!

- Dokładnie. Cały następny tydzień, jeśli chcecie, żeby magia wróciła wam zupełnie.

- Ale...

- Harry, to tylko jeden tydzień! – wybuchnęła Marga. – Powiedz, co masz do zrobienia tak ważnego w ciągu najbliższych dni, że warte to jest twojej magii?

Harry i Ginny wymienili między sobą ponure spojrzenia.

Mieszkanie Hermiony

O tej samej porze

Severus aportował się do siebie, wziął walizkę z rzeczami Hermiony i po krótkim namyśle postanowił zjawić się u dziewczyny w niemagiczny sposób. Odcięła się od czarodziejskiego świata, ale przecież mógł być u niej jakiś mugol. Choćby sąsiadki czy znajomi z poprzedniego życia, jeśli takowych jeszcze miała.

Rzucił więc na siebie kameleona, aportował tuż przed jej domem i upewniwszy się, że nikt nie patrzy w jego stronę, odkameleonił się i zastukał do drzwi.

Czekał dłuższą chwilę i już zamierzał zapukać jeszcze raz, gdy drzwi otworzyły się i wyjrzała zza nich Hermiona. Zmrużyła oczy przed słońcem, świecącym prosto na nią i poznawszy go, aż otworzyła usta ze zdumienia.

- Ss-everus? Co się... – wyrwało się jej i czym prędzej cofnęła się, robiąc mu przejście. – Wejdź, proszę.

Severus wszedł i gdy dziewczyna zamykała drzwi, przyjrzał się jej uważnie.

W porwanych jeansach i zbyt luźnej bluzie, która wisiała na niej krzywo, a długie rękawy zakrywały niemal zupełnie dłonie, wyglądała jeszcze szczuplej niż zwykle. Mokre włosy opadały jej na plecy splątanym gąszczem i pachniały mocno migdałami. Severus nabrał powietrza i natychmiast przypomniał mu się Azkaban. Któregoś razu, gdy przyszła do niego, właśnie tak pachniały jej włosy. Jemu ten zapach kojarzył się z wolnością i chwilami, których nigdy nie chciałby zapomnieć. Jej być może wręcz przeciwnie.

Dziewczyna przeszła do salonu, więc ruszył za nią i aż skrzywił się na widok pokoju.

Okna zasłonięte były zasłonami i panował tu półmrok, rozjaśniony tylko włączonym telewizorem, który rzucał na najbliższe otoczenie kolorową, mrugająca poświatę i mruczał cicho. Na stole leżało pełno rysunków, wyraźnie dziecinnych, pod oknem stało otwarte pudełko, którego zawartość, przedziwna kupa jakichś dziwnych drobiazgów, została wysypana obok. Wśród nich Severus wyłowił coś na podobieństwo włóczkowej laleczki i błyszczące kwiatki.

Narzuta na kanapie była skotłowana, pośrodku leżała otwarta książka kolorową, krzykliwą okładką do góry, zaś na stoliku obok i na podłodze porozkładanych było pełno zdjęć. Dziewczyna podeszła tam, usiadła między nimi, objęła ramionami nogi i zapatrzyła się na podłogę.

- Po co przyszedłeś? – zabrzmiało to trochę niewyraźnie, bo oparła głowę na kolanach.

Severus nie odpowiedział, tylko machnął różdżką i zasłony gwałtownie odsunęły się na boki, a następnie rozejrzał się demonstracyjnie dookoła.

- Możesz mi powiedzieć, co znaczy ten bajzel, Granger? – spytał, wchodząc do kuchni. Zgodnie z jego domysłem w zlewie pełno było niepozmywanych naczyń, a na stoliku, na desce do krojenia leżał kawałek suchego chleba.

Wrócił do salonu, otworzył zaklęciem okno i spojrzał na siedzącą przed nim na podłodze dziewczynę.

- Gdzie jest twoja różdżka?

Hermiona nie odpowiedziała, więc zacisnął usta i skrzyżował ręce na piersi.

- W Klinice mówili mi, że ostatnie przeżycia rzuciły ci się na mózg, nie na słuch. Potter i Weasley też to potwierdzili.

- Przestań – westchnęła Hermiona i zamknęła oczy, jakby chciała spać, ale zdradziło ją zmarszczone czoło i nos.

- Ach. Czyli jednak słyszysz – odetchnął głośno, udając ulgę. – Więc skoro tak, to mam nadzieję, że doczekam się odpowiedzi. Nie lubię, jak się mnie ignoruje – dodał ostrzejszym tonem.

Hermiona wzruszyła ramionami i nie podnosząc głowy, odparła:

- Nie wiem.

Severus parsknął głośno.

- Jedna z najmądrzejszych czarownic tego i zeszłego wieku nie wie, gdzie jest jej różdżka?

- Po co mi? Nie potrzebuję jej. Mogę zrobić wszystko bez.

- Och tak, właśnie to widzę – rzucił jadowicie. – Masz szczęście, że nauka nie szła ci tak, jak sprzątanie, bo do dziś siedziałabyś w pierwszej klasie.

Hermiona spojrzała na niego ponuro.

- Po co przyszedłeś? Poobrzucać mnie stekiem wyzwisk? Nie krępuj się. Kiedyś nieźle ci to szło. Nadal nie podobają ci się moje zęby?

Severus spiorunował ją wzrokiem, ale w głębi ducha uśmiechnął się do siebie. Zareagowała. To już coś. Wyczyszczenie pamięci nie gwarantowało, że wyrwałaby się z tego katatonicznego stanu, w jakim była.

Poza tym... nie chciał jeszcze rzucać Obliviate. Jeszcze nie teraz. Wmawiał sobie, że to dlatego, że wpierw musiała tu sprzątnąć, ale doskonale wiedział, że chciał jeszcze odrobinę odwlec ostatnie chwile w tym domu, w jej towarzystwie. Nigdy potem nie miał już usłyszeć, jak mówi do niego przez Ty.

- Uważaj na język, Granger, bo mogę ci go skrócić – warknął. – Przyszedłem oddać ci twoje rzeczy. Ale teraz nie wiem, czy to dobry pomysł. Nie potrafisz poradzić sobie nawet z częścią nich, co dopiero ze wszystkim.

- Od kiedy cię obchodzi, czy sobie radzę, czy nie? Nigdy dotąd cię to nie interesowało.

- Nie bądź głupia – odparł. – Po pierwsze bez mojej pomocy w Hogwarcie nie udałoby ci się wiele rzeczy... – zawiesił głos i rozejrzał się dookoła, jakby od niechcenia.

Hermiona popatrzyła na niego i gdy nie odezwał się, rzuciła:

- A po drugie?

- Po drugie chciałem dowiedzieć się, jak ma się ktoś, kto uratował mi życie kilka dni temu.

Nie spojrzał na nią, tylko podszedł do stołu, stanął tyłem do niej i zaczął przyglądać się kupce dziwnych przedmiotów. To ona musiała do niego przyjść.

Hermiona zamarła, wstrząśnięta tym ostatnim zdaniem. Nie tego się spodziewała. Szczególnie po tym, co do tej pory usłyszała. Sądziła, że przyszedł ją nawyzywać, sponiewierać i nawet nie zależało jej specjalnie na tym, żeby protestować. Severus Snape należał do świata, który przeminął. On sam też przeminął.

Nie przypuszczała, że może usłyszeć coś tak... Podziękował ci. On ci podziękował. Boże kochany.

Nawet jeśli te podziękowania miały również przeminąć, było... miło je usłyszeć.

Ty też dużo mu zawdzięczasz. Podziękuj mu, póki jeszcze masz okazję.

Trzymając w ręku coś na podobieństwo laleczki z włóczki Severus wyczuł, jak Hermiona stanęła obok niego. Przesunął między smukłymi palcami ręce i nogi tego czegoś i dotknął głowy.

- Zrobiłam to, kiedy byłam w pierwszej czy drugiej klasie – powiedziała półgłosem dziewczyna. – W... normalnej szkole. I dałam mojemu ojcu.

Severus dotknął palcem dwóch czarnych supełków, które istotnie wyglądały jak oczy i zsunął go na strzępki białej nitki na wysokości ust.

- To miały być zęby – w jej głosie zabrzmiał odległy cień uśmiechu. – Mój tata – westchnęła ciężko - był dentystą.

Severus odłożył laleczkę i sięgnął po kwiatki, które okazały się być broszką. Trzy róże z listkami w różnych odcieniach niebieskiego, z zatkniętymi w środku świecidełkami.

- A to kupiłam w kwiaciarni niedaleko domu, za znalezione na ulicy pieniądze. Dla mamy.

- Pasowałaby do Hufflepufu – rzucił cicho Severus. Mówienie głośniej w tej chwili wydawało się zupełnie nie na miejscu.

- Twoi rodzice byli w Slytherinie? – spytała Hermiona, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co mówi i natychmiast przypomniała sobie historię z Księciem Półkrwi i Eillen Prince i przygryzła lekko usta.

Severus udał, że nie zwrócił na to uwagi, tylko wzruszył ramionami.

- Moja matka tak. Ojciec był mugolem.

Powiedział to w czasie przeszłym, ale dla Hermiony zabrzmiało to inaczej. Jakby były dwa różne czasy przeszłe.

- Był – mruknęła bardziej do siebie, niż do niego.

- Nie żyje.

Dziewczyna spojrzała na swoje stopy i wolno wróciła do stolika, osunęła się na ziemię i sięgnęła po jedno ze zdjęć jej rodziców. Jej nie było na żadnym, bo w momencie zmodyfikowania im pamięci znikła ze wszystkich.

- Severus? – spytała, patrząc na nieruchomą fotografię. – Czy gdybyś mógł zmienić czas... zrobiłbyś to?

Severus odłożył broszkę, podszedł do niej i usiadł na brzegu kanapy.

- Wyjątkowo idiotyczne pytanie. Nie tylko w ustach Prefekt Naczelnej, ale i osoby, która przez rok używała zmieniacza czasu.

- Wiesz, o co mi chodzi. Jest coś, czego żałujesz?

Nie zamierzał odpowiadać na to pytanie. Gdyby mógł, zmieniłby tysiące rzeczy. Całe swoje życie. W zamian za to przywołał jakieś inne zdjęcie i przyjrzał się kobiecie o długich, pofalowanych brązowych włosach, która uśmiechała się i trzymała w ręku łyżkę do zupy.

- A ty? Czego żałujesz?

Znał odpowiedź. Trzymał ją w ręku. I widział przed chwilą na stole.

- Zrobiłabym to inaczej. Tak, żeby móc ich odnaleźć. Żeby wiedzieć, czy żyją – powiedziała zdławionym, mokrym głosem Hermiona.

Severusowi nagle zabiło serce, gdy przypomniał sobie podobną scenę, sprzed dwudziestu pięciu lat. Kiedy klęczał przed Dumbledorem i błagał o ochronę dla Lily. I jej męża i syna.

- Co byś za to dała?

Głos dziewczyny stopił się z jego własnym i zabrzmiał echem w jego głowie.

- Wszystko.

I w tym momencie Severus zrozumiał, że Obliviate tu nie pomoże. Jest tylko jedna rzecz, którą może dla niej zrobić. Której Dumbledore nie zrobił dla niego.

Smagnął różdżką i mruknął cicho:

- Accio różdżka Hermiony – gdzieś z przedpokoju śmignął ku niemu długi kawałek drewna.

Severus złapał ją i podał dziewczynie.

- Ostatni raz ją dla ciebie przywołuję. A teraz weź się w garść i sprzątnij tu. I spakuj swoje rzeczy. Masz na to całe dzisiejsze popołudnie. I noc, jak chcesz.

Hermiona sięgnęła odruchowo po różdżkę, ale jej serce ruszyło galopem jak oszalałe jeszcze zanim jej dotknęła. Jakby poczuło to, czego jej umysł jeszcze nie widział... czy też może nie odważył się jeszcze ubrać w słowa... Coś, czego pragnęła, ale bała się o tym marzyć...

Boże, on chyba nie... chyba mu nie chodzi... nie chce... niemożliwe... Niemożliwe. Wiesz, że to NIEMOŻLIWE!

Przełknęła z trudem rosnącą coraz bardziej gulę w gardle i nie odrywając od niego wzroku, jakby choć mrugnięcie okiem mogło sprawić, że to COŚ okaże się tylko głuchą, martwą pustką, odezwała się.

- Cczy-co? O czym... Przepraszam, ale... – zachłysnęła się powietrzem i w końcu nie mogła się już powstrzymać i mrugnęła oczami. I wreszcie przełamała się. – Oczymówisz?

Boże, błagam, błagam, błagam... Niech to będzie TO...

Tylko jeszcze sekundy dzieliły ją od świtu lub zupełnego zmierzchu, końca świata lub początku, zatrzymania się na krawędzi lub upadku w przepaść...

- Wybieramy się do Australii.

!

To było TO! To było to, co chciała usłyszeć od tysięcy lat! To było to, co sprawiło, że poczuła, jakby się nagle obudziła, otworzyła oczy i wszystko dookoła pojaśniało i nabrało kolorów, ciepła, zapachu...! Nie miała nawet pojęcia, że czerń i biel przed nią może mienić się tyloma odcieniami, być taka piękna i wspaniała...!

Hermiona jeszcze chwilę trwała w bezruchu, rozdarta między dziką ochotą uwierzenia i przeraźliwym strachem, że źle zrozumiała, że sobie to wyobraziła. Lecz wszystko, co widziała, słyszała, czuła, trwało... nie znikło, więc powoli strach przeminął i w końcu uwierzyła. Zachłysnęła się powietrzem, radość po prostu eksplodowała w niej i sama nawet nie wiedziała, jakim cudem udało się jej zerwać na równe nogi i rzucić na Severusa.

On też nie wiedział – w jednej sekundzie dziewczyna siedziała na ziemi, a w drugiej pchnęła go na kanapę i uwiesiła się na szyi! Czym prędzej oderwał ją od siebie i odsunął się od niej.

- Granger! – prychnął, krzywiąc się z niesmakiem i strzepując rękawy szaty. - Nie rób tego nigdy więcej! Następnym razem użyję zaklęcia odsyłającego!

Hermiona uśmiechała się jak szalona, mimo wyraźnego szoku na jego twarzy. W tej chwili czuła się, jakby połknęła słońce. Albo płynęła ponad chmurami. Wszystko było inne, nawet jego głos brzmiał inaczej. I nic tego nie mogło zepsuć.

- Możesz użyć nawet klątwy, jeśli zechcesz! – złapała się za głowę, zacisnęła oczy i wybuchnęła głośnym śmiechem. – Boże, jesteś cudowny!

Severus pospiesznie wstał, owinął się ciasno połami swojej szaty i podszedł do kominka.

- Zmień światy – sarknął, ale kącik ust drgnął mu lekko wbrew jego woli, gdy podszedł do kominka. - Zdecydowanie wolę być Merlinem.

Wrzucił szczyptę proszku Fiuu, którą Hermiona nadal trzymała w miseczce na ozdobnej, drewnianej belce i w kominku buchnęły zielone płomienie.

- O której?! – usłyszał jeszcze radosny głos za swoimi plecami.

- Jak zwykle. O szóstej rano – odparł i wskoczył w zielone płomienie.

Czwartek, Grange, Stan Queensland, Australia

21:15 GTM+10, UTC (Coordinated Universal Time – czas lokalny)

12:15 GMT (Greenwich Mean Time – czas lokalny w Anglii)

Autobus przyhamował dość gwałtownie i Monika mocniej złapała się poręczy sąsiedniego siedzenia i przycisnęła do siebie siatkę z zakupami.

- I jak tylko Sally usłyszała, że jestem zaproszona na to Sympozjum, natychmiast powiedziała, że może uszyć mi jakąś suknię – powiedziała do męża, siedzącego obok.

Wendell również złapał torbę z mlekiem i sokami owocowymi, żeby nie poturlały się po podłodze.

- Nie tak natychmiast – mrugnął okiem do żony – ale dopiero, jak wyciągnęłaś jej ssak i rozwieracz z ust.

Monika dla żartu popchnęła go łokciem i zrobiła minę.

- Dowcipny się znalazł. W takim razie, po co ciągle zadajesz pytania swoim pacjentom, jak wiesz, że nie mogą odpowiedzieć?

- Bo to ich zajmuje i nie patrzą, jak duże wiertła biorę.

- Raczej dłuto i młot – poprawiła go Monika i wybuchnęli śmiechem.

Oboje pracowali w dwóch różnych klinikach dentystycznych w Brisbane i czasem tak się trafiało, że miewali tych samych pacjentów. Sally była jednym z nich. Kiedyś leczyła się w Alderley Dental, gdzie pracował Wendell, ale któregoś dnia zobaczyła jednego z dentystów z kluczem francuskim w ręku i machnęła ręką na zaplanowaną wizytę i jeszcze tego samego dnia zapisała się do Face Value Dental, w której przyjmowała Monika. Od tego czasu dla obojga był do powód do nieustannych żartów.

- No więc już wiem, co założę – wróciła do tematu Monika. – Ten beżowy kostium, który miałam na rozmowie o pracę, pamiętasz?

Autobus zatrzymał się na przystanku, do środka wsiadł starszy pan i Wendell odruchowo rozejrzał się, czy jest dla niego wolne miejsce. Było.

- No... nie wiem – zawahał się. – Jesteś pewna, że będzie pasował? Nie będzie ci za zimno?

- Przecież to będzie druga połowa maja – zaprotestowała Monika. – Z tego, co pamiętam, w Anglii jest nawet ładna pogoda.

Wendell rzucił jej ironiczne spojrzenie. Słońce i ciepło to były dwa z setek powodów, które skłoniły ich do wyjazdu do Australii.

- W Anglii wszyscy używają tych słów na określenie innej pogody niż ulewa. Chyba po to, żeby wybić się z depresji.

- Nie narzekaj na opady, pamiętasz, jak nas zalało pięć miesięcy temu?

- No... fakt. Wolę powodzie w Anglii. Tam można tylko zamarznąć, a tu na ulicach pływają krokodyle.

Monika uśmiechnęła się pod nosem. Wendell uwielbiał rzucać kąśliwe żarty na temat pogody, jedzenia i innych, typowych dla Anglików cech charakteru, ale równocześnie był gorącym patriotą. Jak ona zresztą. Przypuszczała, że to był typowy objaw życia na obczyźnie.

Do domu zostało im jeszcze kilka przystanków, więc sięgnęła do torebki po program i zaczęła go przeglądać.

- W poniedziałek będzie tylko uroczysta kolacja z osobami towarzyszącymi. Więc zastanów się, co na siebie założysz.

- Nie bój się, nie będę paradować z gołym tyłkiem. Coś znajdę. A swoją drogą będziecie kiedyś pracować, czy tylko jeść?

- Ha-ha-ha. Będziemy pracować od wtorku – Monika przechyliła na bok program, żeby lepiej widzieć małe literki w słabym świetle mijanych latarni. – Sympozjum otworzy profesor Neumann wygłaszając półgodzinny speech.

Wendellowi coś to nazwisko mówiło.

- Neumann... Neumann... kto to jest?

- Pamiętasz, niedawno wynalazł lekarstwo dla pięciuset chorych w Dublinie – przypomniała mu Monika. – Było o tym głośno w BBC. Bardzo mnie to zaciekawiło, więc poszukałam trochę o nim. Jest chyba najbardziej znanym i cenionym specjalistą w dziedzinie chorób zakaźnych.

- Zakaźnych? Kochanie, zrób coś dla mnie i nie siadaj koło niego.

Monika dała mu programem po nosie i kontynuowała.

- Wiesz, że to on opracował metodę dobierania antybiotyków na podstawie badań odporności in vitro drobnoustrojów? Właśnie za to dostał nagrodę Laskera, a teraz jest nominowany do nagrody Richardsona za wybitne osiągnięcia w leczeniu objawowym.

Monika, wyraźnie podekscytowana, zaczęła mu tłumaczyć różnice między sulfonamidami, antytoksynami i fagami i już po chwili Wendell pogubił się już zupełnie, więc tylko uśmiechnął się do siebie i przyglądał się jej z dumą.

Cała Monika. Ona mogłaby żyć samą nauką.

Pomimo tego, że ich dyplomy ze studiów były ważne i bez problemów mogli wrócić do pracy w zawodzie, Monika postanowiła kontynuować naukę i rozpoczęła przewód doktorski na Uniwersytecie Queensland, pod opieką profesora Anthony'ego Galvaina. Zajęła się badaniem przyczyn obniżonej odporności organizmu i kilka miesięcy temu udało się jej odkryć nieznany dotychczas gen, który znacznie zwiększał ryzyko zachorowania na choroby przyzębia. To natychmiast odbiło się szerokim echem w kręgach stomatologicznych i została zaproszona na Sympozjum Światowego Stowarzyszenia Lekarzy, które tego roku odbywało się w Londynie. I niemal natychmiast zyskała powszechny rozgłos wśród różnych specjalistów.

Oboje wiązali z tym duże nadzieje. Ich sytuacja finansowa nadal nie była najlepsza. Ciotka Moniki, mieszkająca od ponad 40 lat we Francji, współwłaścicielka domu w Londynie, przed śmiercią przestała ich poznawać i zapisała swoją część domu jakimś obcym ludziom, więc nie mogli liczyć nawet na pieniądze za wynajem.

Gdy przyjechali do Australii, za to, co dostali ze sprzedaży dwóch samochodów w Anglii i zlikwidowaniu kilku lokat kupili niewielki jacht i otworzyli firmę Coral Bay Trip. Coś, o czym marzyli. Mogli na nim mieszkać i równocześnie zarabiali znośne pieniądze oferując licznym turystom wycieczki w stronę rafy koralowej.

Jednak po dziesięciu miesiącach nieustanne huśtanie i bujanie straciło urok i oboje doszli do wniosku, że nie ma to jak stały ląd i przede wszystkim stałe zatrudnienie. Bez większych problemów znaleźli więc pracę, wynajęli mały domek na przedmieściach Brisbane i zaproponowali wspólnictwo w prowadzeniu firmy Joshowi, ich najbliższemu przyjacielowi.

Nadal nie mogli sobie pozwolić na kupno domu, ale mieli przynajmniej zapewnione jakieś pieniądze na wypadek, gdyby któreś z nich straciło pracę.

Teraz Face Value Dental podwoiło Monice wynagrodzenie, Uniwersytet Queensland zaproponował jej prowadzenie regularnych zajęć i dostała szereg propozycji do wygłoszenia odczytów i prelekcji we wszystkich stanach Australii.

Wendell pomyślał o domu z basenem, dużym Mitsubichi Pick-upie i wymarzonych wyprawach na pustynię i coś się w nim uśmiechnęło.

- ... a ty? – usłyszał nagle i wrócił na ziemię.

- Przepraszam, zamyśliłem się. Co mówiłaś?

- Że dziwnie się czuję, mieszkając w Londynie w hotelu. A nie w domu.

- Mnie przede wszystkim przeraża ilość gwiazdek. Hilton znam tylko z nazwy.

- Jak przeniesiemy się do Green Rooms, to za nimi zatęsknisz. Ja chyba też – odparła Monika i dodała po chwili wahania. – Wiesz... może poczekaj na mnie z tą wizytą w domu?

Autobus ruszył z przystanku i ktoś musiał zajechać mu drogę, bo z ostrym piskiem stanął w miejscu. Wendell w ostatniej chwili przytrzymał siatki, wyjrzał za okno i dopiero potem odwrócił się do żony.

- Niektórzy to prawo jazdy chyba na loterii wygrali – mruknął. – Jak mam zaczekać? Aż wrócisz we wtorek do hotelu?

- Nie. Miałam na myśli piątek.

- Kochanie, przecież pamiętasz, adwokat mówił, że ta dziewczyna jest niemal nieuchwytna – zaprotestował Wendell. – Podskoczę tam już we wtorek i jeśli uda mi się ją zastać, to umówię się na jakiś wieczór.

Monika kiwnęła głową, bo doskonale wiedziała, że Wendell miał rację. Sama nawet nie wiedziała, czemu to zaproponowała. Może dlatego, że chciała, żeby do domu weszli razem?

Ich adwokat w Londynie powiedział, że mieszka w nim teraz jakaś młoda dziewczyna, ale nie udało mu się z nią spotkać. Tłumaczył, że mieszka sama, bo jej rodzice gdzieś zaginęli, nie pracuje, nie studiuje, nie odpowiada na telefony i nawet sąsiedzi w zasadzie jej nie widują. Wendell przypuszczał, że facet specjalnie im nic nie mówił, bo miał nadzieję, że zapłacą więcej, ale na to po prostu nie było ich stać.

Jednak biorąc pod uwagę, że teraz mieli być w Londynie, zamierzał wszystko sprawdzić samemu.

- Fakt. Masz rację – przyznała cicho.

Na dłużą chwilę zamilkli, każde z nich myśląc o domu, po czym znów odezwała się Monika.

- Granger. Hermiona. Nawet... fajnie się nazywa.

- Masz na myśli nazwisko? – domyślił się Wendell. Jemu też się podobało. – Praktycznie tak samo, jak nasze miasteczko.

- I ulica. Ale mam na myśli imię. Takie... miłe. Przyjemne dla ucha.

Monika zawsze kochała wszystko, co dziwne. Dziwne, nietypowe ubrania, biżuterię, nawet dekoracje w domu były bardzo oryginalne. Wendell z kolei po latach spędzonych w wojsku lubił prostotę, schematy i trzymanie się reguł. Pewnie dlatego spośród kilku domów do wynajęcia najbardziej ciągnęło go do tego na Grange Road. Grange – Grange Road. Monikę o dziwo też i w sumie to miał wrażenie, że dokonali wyboru, zanim jeszcze go zwiedzili.

Autobus podjechał na ich przystanek, więc oboje czym prędzej zebrali siatki z zakupami i stanęli przy drzwiach.

- Jutro nie mam za dużo pacjentów, powinnam skończyć wcześniej – rzuciła Monika, zmieniając temat. – Spróbuję wrócić jak najszybciej i zacząć pakowanie.

Czwartek, Anglia,

Klinika Św. Munga

Około 13-tej

- Co pani przyszło do głowy, żeby próbować eliksir herbicydowy – Mathias podał starszej czarownicy antidotum na niepopularne trucizny i potarł zaczerwienione oczy. – Proszę to wypić. Do końca.

Kobieta z cierpiętniczą miną wzięła maleńki łyczek eliksiru i natychmiast odsunęła fiolkę i wypluła go prosto na kołdrę.

- Merlinie, obrzydlistwo! Otruć mnie pan chce, czy co?!

- Wręcz przeciwnie. Proszę pić.

- Potwornie gorzkie – skrzywiła się i dodała, kręcąc nosem. - I brzydko pachnie.

- Nie przyszła tu pani do kawiarni – fuknął Mathias i stuknął niecierpliwie różdżką w otwartą dłoń. – No już!

Czarownica drgnęła, cofnęła się aż na oparcie łóżka i krzywiąc się, wypiła powoli resztę.

- Następnym razem dwa razy się zastanowię, zanim zgłoszę się do Kliniki – stwierdziła, oddając mu pustą fiolkę.

Mathias odebrał ją, Tergeo wyczyścił zachlapaną pościel i mamrocząc pod nosem „Trzy byłoby bardziej wskazane" wymaszerował na korytarz. I chyba już po raz tysięczny zerknął na zegarek.

Było dopiero tuż po pierwszej. Czyli całe dwie godziny do upragnionego spotkania z Ministrem! Ależ ten czas się wlecze!

Gdy wczoraj wieczorem aportował się do domu, na nowo ogarnął go strach. Co, jeśli Beth POWIE?

Mogła skłamać mówiąc, że profesor Neumann nic nie wie! A jak się gdzieś upije i zdradzi wszystko nieświadomie? A jeśli ktoś ją porwie i zmusi do tego torturami? Albo Beth uzna, że przesadził i zignoruje jego prośbę?

Co prawda zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to właśnie on przesadza, kto niby miał ją torturować, ale przecież były setki innych możliwości!

Cały czarodziejski świat był zagrożony, bo on, idiota, zaufał kobiecie, której zupełnie nie znał! Tylko dlatego, że mu się spodobała. Najnormalniej w świecie CHCIAŁ jej wierzyć, byle tylko kontynuować tę znajomość.

Nie mógł spać. Przewracał się niespokojnie z boku na bok, tonąc na przemian w ponurych wizjach Beth rozpowiadającej o magii wszystkim dookoła, koszmarnych konsekwencjach i perspektywie Azkabanu. Czasami, jak promień słońca, pojawiała się jej piękna twarz; cudowne brązowe oczy, równie cudowne usta, jej uśmiech i zapewnienia, że nikomu nie powie i panika słabła, ale tylko po to, by za chwilę zalała go kolejna fala przerażenia.

I nagle gdzieś koło świtu przyszło mu do głowy rozwiązanie i Mathias aż usiadł z wrażenia. Datus Magicae!

Rytuał Datus Magicae gwarantował, że mugole nie byli w stanie mówić o magii w towarzystwie osób niemagicznych! Stosowało się go w przypadku najbliższych rodzin mugolskich dzieci obdarzonych magią oraz w przypadku małżeństw mieszanych i z tego, co wiedział, prawo pozwalało na rzucenie go również w okresie narzeczeństwa.

Tu niestety sprawa się komplikowała. Przecież oni nie byli narzeczonymi. Dopiero się poznali.

Chociaż... Nikt nie wie o wczorajszym spotkaniu. Nikt nie wie, co dokładnie was łączy.

Do rana zdążył wymyślić, co zrobić. Musiał tylko wyjaśnić to Ministrowi, jedynej osobie, która znała całą tę historię i poprosić o nagięcie tego przepisu.

A jeśli się nie uda...

Znalazł też inny sposób. To była ostateczność. Co prawda przerażały go konsekwencje, ale...

Ale nie masz innego wyjścia. Jeśli nie zagwarantujesz sobie jej milczenia i tak czeka cię Azkaban.

Dlatego też jak tylko przyszedł do pracy, poprosił o pilne spotkanie z Kingsleyem Shackleboltem. Normalnie nie miałby szans się do niego dostać, ale słowa „w sprawie Rayleigh" otwierały dziś niejedne...

- Mathias! – rozległ się gdzieś z bliska znajomy głos i nagle Mathias znalazł się z powrotem w korytarzu i zaczął dostrzegać ludzi i przedmioty dookoła.

- Harry! I Ginny! – zawołał radośnie i podszedł do nich szybko. – Cudownie was widzieć!

Uściskali się serdecznie i Mathias przytrzymał Ginny w wyciągniętych ramionach.

- Wyglądacie... o wiele lepiej! Nawet nie wyobrażacie sobie, jak się cieszę!

- Wyobrażam sobie – rzucił krótko Harry. - Mam sprawę do ciebie. Możemy porozmawiać na osobności?

Mathias poczuł się, jakby oberwał prosto w żołądek. Wie! Harry wie! Widział nas gdzieś razem! Albo ktoś inny nas widział i mu powiedział!

Co teraz?! Merlinie, CO TERAZ?!

- Harry... – aż zakręciło mu się w głowie.

Na widok miny Mathiasa Harry zdziwił się jak rzadko.

- To zajmie tylko chwilę – wyjaśnił. – Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale to naprawdę nie może czekać.

Może tylko Harry wie. Może jakoś go przekonasz...

- Chodźcie – kiwnął głową Mathias i rozejrzawszy się dookoła, ruszył szybko do swojego biura.

Musiał zwolnić, bo Harry i Ginny nie nadążali za nim. Gdy weszli do obskurnego pomieszczenia, zamknął porządnie drzwi i usiadł za zagraconym jeszcze bardziej niż zwykle biurkiem.

- Siadajcie. I mów – kiwnął ręką i zaczął obracać różdżkę między palcami.

Ginny obrzuciła go krótkim spojrzeniem – nie musiała się wysilać, żeby wyczuć jego zdenerwowanie.

- Nie bój się, nic nam nie jest. Antidotum naprawdę zadziałało – powiedziała uspokajającym tonem.

Mathias spojrzał na nią trochę nieprzytomnie, ale zanim zdążył coś powiedzieć, odezwał się Harry.

- Kilka dni temu wysłałem sowę do Snape'a i poprosiłem go o pomoc dla Hermiony. I dziś przyszedł do nas i powiedział, że postanowił usunąć jej wspomnienia.

- CO...? – wykrztusił Mathias. Zupełnie nie tego się spodziewał i odniósł wrażenie, że Harry mówi w jakimś obcym języku.

- Dokładnie – potwierdził Harry i w kilku słowach streścił ich rozmowę. – Jutro będę rozmawiać z Gawainem, więc też mu to przekażę i poproszę, żeby pogadał z Kingsleyem.

Mathias potrzebował dłuższej chwili, żeby się skupić i przetrawić tę wiadomość.

- I zgłosi to oficjalnie w Ministerstwie? – spytał w końcu. – Bo to znaczy, że Hermiona nie może uczestniczyć w procesie przed Wizengamotem.

- Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami Harry. – Zgodnie z procedurą powinien, ale przecież to Snape. Wiesz, jak on kocha Ministerstwo i przepisy prawa.

Mathias poczuł nagłą sympatię do Snape'a.

- Dobrze, że mi powiedziałeś. Zamierzałem wpaść do niej w najbliższych dniach. Teraz przynajmniej wiem, co mam mówić.

- Jest jeszcze coś.

Harry zawahał się wyraźnie i Mathias, który już zdążył się rozluźnić, na nowo wstrzymał powietrze.

- Właśnie wyszliśmy z wizyty kontrolnej. Na której Margaret zabroniła nam używać magii przez kolejny tydzień.

- To... naprawdę konieczne? – dorzuciła cicho Ginny.

Ta rozmowa zaczynała coraz bardziej przypominać Mathiasowi jazdę wózkiem do krypty w banku Gringotta. W tej chwili znów zleciał na sam dół i wnętrzności znów opadły mu ciężko w żołądku.

- Konieczne? Oczywiście, że konieczne – odparł, zaskoczony. – Sam to zaleciłem.

- Ale może nie każdy... my... – zaczął Harry.

- Może mógłbyś nam powiedzieć, czy akurat my, wyjątkowo... – wpadła mu w słowo Ginny.

- Akurat wyjątkowo – przerwał jej Mathias, wskazując ich oboje palcem - to wy macie się do tego stosować. Powiedziałbym nawet: szczególnie wy.

Harry pokręcił łagodnie głową, jakby chciał przemówić do rozsądku upartemu dziecku. Niemożliwe.

I już nie chodziło o głupie utrudnienia wynikające z faktu, że teraz musieli robić ręcznie to, do czego kiedyś używali magii, to nie miało żadnego znaczenia. Chodziło o wyjazd do Australii i pomoc Hermionie.

Zanim jeszcze przyszli do Kliniki, ich szalony pomysł przerodził się w pewnik. W plan. Uwierzyli, że mogą to zrobić, zaczęli już obmyślać jak i gdy usłyszeli zalecenie Margaret, poczuli się, jakby ktoś zamknął przed nimi drzwi. Już do nich doszli, mogli ich dotknąć i naraz ktoś zatrzasnął im je tuż przed samym nosem. Koniec. Marzeń i nadziei, i dla nich i dla Hermiony...

Ale gdy tylko wyszli na korytarz i zaczęli rozmawiać, dotarło do nich, że może można je jeszcze otworzyć.

To nie mogło się ich tyczyć. Przecież Margaret powiedziała, że wszystko w porządku. Z pewnością to był jakiś generalny zakaz, rodzaj zabezpieczenia dla Kliniki na wypadek, gdyby któryś pacjent nie wrócił do zdrowia czy coś w tym stylu. Zwykła dupokrytka. Musieli się tylko upewnić, co dokładnie IM było wolno.

- Posłuchaj – zaczął, unosząc lekko obie dłonie. - Margaret powiedziała, że wraca nam magia, więc w naszym wypadku chyba można złagodzić ten zakaz.

- Czujemy się naprawdę dobrze. Szybko się męczymy, ale poza tym nic nam nie dolega – poparła go Ginny.

- Nie będziemy używać żadnych zaawansowanych czarów, przyzywać Patronusa czy stawiać Tarczy. Chodzi nam o zwykłe, codzienne zaklęcia.

Zwykłe, codzienne zaklęcia? Mathias miał ochotę zakląć. I to porządnie, ale się powstrzymał.

- Nie, Harry! – powiedział ostro. – Spośród wszystkich chorych to wy dwoje byliście najdłużej wystawieni na działanie trucizny. Gdyby Snape nie dał wam po połowie antidotum, już byście nie żyli. Osłabiło ono działanie trucizny, ale ona cały czas była w waszym organiźmie.

Ginny spojrzała niepewnie na Harry'ego, a potem na Mathiasa i uśmiechnęła się niepewnie.

- Ale Margaret powiedziała, że już jej nie ma. Znikła... Więc chyba wszystko już jest w porządku...

- Nie! – zawołał Mathias, wstając tak gwałtownie, że krzesło odchyliło się mocno do tyłu i zatrzymało z głuchym stuknięciem na ścianie. – Nic nie jest w porządku!

Na gacie Merlina! Czemu oni muszą być tak strasznie uparci?! Jak cholerne osły!

Równocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że w ich wypadku zwykłe „Nie" nie wystarczy. I jeśli nie zrozumieją, gotowi są jeszcze zignorować jego zalecenia. Jak, do licha, przemówić im do rozsądku?

Uniósł wymownie oczy do góry i... na widok świecącej kuli nagle znalazł sposób.

- Chodź tu – gestem przywołał do siebie Ginny. – Stań przede mną.

Dziewczyna postąpiła do przodu i zatrzymała się o krok od niego.

- Nox – mruknął Mathias i wskazawszy ją różdżką, rzucił Ostendus Magicae.

W zapadłej nagle ciemności pojawiło się kilka większych i mniejszych plam światła i tysiące cienkich linii je łączących. Wszystkie pulsowały lekko, zupełnie jak mrugające w oddali gwiazdy, i tak samo wibrowała delikatnie różdżka Mathiasa.

Uzdrowiciel rzucił to samo zaklęcie na siebie i nagle pomieszczenie zalała jaskrawa poświata.

Nie widać było ani świetlistych punktów, ani poszczególnych linii, całe jego ciało wydawało się być skąpane w tętniącym blasku.

Harry bez mała zachłysnął się powietrzem i po raz kolejny osunął się na oparcie krzesła, tym razem jednak nie z ulgi. Równocześnie dało się słyszeć cichutkie westchnienie Ginny, wyraźnie zdławione, gdy dziewczyna złapała się za usta.

Więc to nie zwykłe środki ostrożności... To zmieniało Wszystko.

- Teraz widzicie, czemu? – spytał Mathias i na nowo zapalił światło. Równocześnie blask ich magii zniknął zupełnie. - Ta przeklęta trucizna niszczyła nie tylko ludzkie tkanki, ale i magię. A jak dobrze wiecie, nie ma żadnego eliksiru czy zaklęcia, które by ją odtworzyło. Więc musicie czekać, aż organizm sam się zregeneruje i jej poziom wróci do normy. Właśnie dlatego kazałem dosłownie poić was wszystkich eliksirem wzmacniającym i zakazałem rzucania choć najsłabszych zaklęć.

Oboje zbledli i patrzyli na niego z mieszaniną strachu i rezygnacji w oczach, więc postanowił im nie mówić, że kilka osób, które jeszcze przed zatruciem miały dość ograniczone zdolności czarodziejskie, stało się charłakami. Zamiast tego postanowił dodać im otuchy.

- Wasza magia wróci, na pewno. Tylko dajcie sobie czas. Przez kilka następnych dni odłóżcie różdżki i zajmijcie się czymś... przyjemnym. I pożytecznym. Odwiedźcie znajomych. Pójdźcie do mugolskiego Londynu do kawiarni... na zakupy... Mówiliście, że czas na zaplanowanie ślubu... Więc zajmijcie się tym.

Harry pochylił się na krześle i podparł na lekko drżących łokciach.

- Mathias... Pytałem, bo... chcieliśmy wybrać się do Australii.

Mathias, który już chciał poddać im jakiś kolejny pomysł, zamarł z otwartymi ustami.

- Do Austra... Macie jakieś nowiny w sprawie rodziców Hermiony?! – nagła nadzieja na chwilę wyparła wszystkie inne uczucia, które w nim właśnie szalały,

- Nie. Po prostu chcieliśmy ich poszukać. Ale teraz widzę, że nie mamy szans – westchnął ciężko. – Cholera. Już myślałem, że...

Urwał i zwiesił głowę. Ginny, która do tej pory patrzyła jak zahipnotyzowana na swój brzuch i klatkę piersiową, usiadła powoli i spojrzała na Uzdrowiciela.

- Chcieliśmy jej pomóc. Nawet jakby się nie udało, przynajmniej byśmy zaczęli i mogli kontynuować kiedy indziej.

Przez krótką chwilę cała trójka milczała, każde z nich myśląc o tym samym. Nawet jakby się nie udało, przynajmniej KTOŚ by zaczął. W końcu odezwał się Mathias.

- Jak chcieliście to zrobić?

- Myślałem, żeby poprosić Dudleya i kogoś z australijskiego Ministerstwa o listę wszystkich Monik i Wendellów Wilkins – odparł Harry, wciąż patrząc na swoje stopy. - I może też listę klinik dentystycznych. I zacząć szukać w ten sposób.

Mathias zamyślił się chwilę, rozdarty między chęcią chronienia Harry'ego i Ginny i pragnieniem, żeby Hermiona odzyskała wreszcie swoich rodziców. Gdyby tylko można było pogodzić te dwa marzenia...

- Akurat mieliśmy na to czas – dodał Harry. – Myślałem, że zorientujemy się, jak wygląda sytuacja, ile tych Monik i Wendellów tam jest...

- Czy możecie to zrobić stąd? Nie ruszając się z Anglii?

Coś w głosie Mathiasa sprawiło, że w Harry'm na nowo piknęła nadzieja. Może jest jakiś sposób na wzmocnienie magii, o którym Mathias nie mówił? Przyszło mu do głowy, że może to jest ryzykowne i natychmiast zrozumiał, że nawet jeśli by tak było, nie zawahałby się nawet przez chwilę. Ale zrobiłby to sam. Bez narażania Ginny.

- Listę od Dudleya na pewno dostaniemy tu – odparł, prostując się. - Ale po australijską trzeba byłoby się tam wybrać.

- Spytam inaczej. Czy możecie ich szukać nie używając magii?

Harry i Ginny wymienili między sobą spojrzenia. To było dobre pytanie.

- Do Australii moglibyśmy się dostać używając Inter-Portalu – zaczął powoli Harry. - To rodzaj krótkiego korytarza, przez który przechodzisz. Do tego nie potrzeba ani odrobiny magii. Ani wysiłku. A na miejscu...

- Po pierwsze trzeba będzie przeanalizować te listy – wpadła mu w słowo Ginny. – To pewnie zajmie nam trochę czasu. Jeśli trzeba będzie się przemieszczać, moglibyśmy chyba używać świstoklików? – spojrzała pytająco na Uzdrowiciela.

Po tym, jak dwóch mugoli dotknęło przez przypadek świstoklika, który był przeznaczony dla fanów Celestyny Werback i trafiło na sam środek sceny koncertowej, zostały nieco zmodyfikowane przepisy i od kilku lat świstokliki przenosiły tylko i wyłącznie osoby, które miały w sobie choć odrobinę magii.

- Tylko pod warunkiem, że nie wy będziecie je robić – zastrzegł od razu Mathias.

- Portus nie jest moim ulubionym zaklęciem, na studiach zawsze knociłem każdy świstoklik - uśmiechnął się Harry. – Poza tym nie widzę do czego zmuszeni bylibyśmy używać zaklęć. Czy tu, czy tam i tak musimy robić wszystko po mugolsku.

- Tam bylibyśmy wśród mugoli, więc byłoby nawet łatwiej – dorzuciła Ginny.

Mathias zastanawiał się jeszcze chwilę i w końcu kiwnął głową.

- W takim razie zgoda. Jeszcze dziś prześlę wam adres australijskiej Kliniki i napiszę wam krótki list z wyjaśnieniami dla tamtejszych Uzdrowicieli. W razie czego natychmiast się do nich zgłaszajcie.

- Mathias, jesteś cudowny! – zawołała Ginny, zrywając się z krzesła i złapała go za rękę. – Dziękujemy!

- Wspaniale! – powiedział równocześnie Harry z wyraźną ulgą w głosie.

- Ale pamiętajcie, co wam pokazałem i mówiłem – Mathias postanowił ostrzec ich jeszcze raz. – Macie na siebie bardzo uważać. Żadnej magii. Harry, niech cię Merlin broni przed pojedynkami.

Harry wytrzeszczył na niego oczy.

- Pojedynkami? Mathias, my będziemy szukać rodziców Hermiony, a nie o nich walczyć!

- Jasne, już ja cię znam. Kilka dni temu chciałeś tylko odroczyć egzekucję Snape'a, a skończyło się złamanym kciukiem, trzema pękniętymi kośćmi nadgarstka, dziesiątkami stłuczeń i poharataną twarzą. Już nie mówiąc o zdemolowaniu połowy Azkabanu!

Harry już chciał rzucić jakiś dowcipny komentarz, ale na widok poważnej miny Mathiasa czym prędzej zamknął usta, odruchowo zerkając na Ginny. Ta złapała go za rękę i odezwała się prędko.

- Oczywiście, Mathias – zabrzmiało to... bardzo potulnie. – Wierz mi, doskonale pamiętam, co widziałam przed chwilą.

- To dobrze. To wszystko?

Oboje potaknęli, szybko pożegnali się i wyszli na korytarz.

- Już myślałam, że zmieni zdanie – szepnęła Ginny, gdy tylko delikatnie zamknęła za nimi drzwi i pociągnęła Harry'ego ku schodom. – Znów zaczął się denerwować. Chyba strasznie się o nas martwi.

- Mathias to wspaniały przyjaciel – potwierdził chłopak. – Ale potrafi być strasznie uparty.

Ministerstwo Magii, Poziom pierwszy,

gabinet Kingsleya Shacklebolta, 15:00

Ciekawe, jak długo może trwać pięć minut. Kwadrans? Pół godziny? Przynajmniej pół godziny! przyszło do głowy Mathiasowi, który siedział na niezbyt wygodnym krześle w sekretariacie Ministra, miarowo kiwał stopą i co chwila dyskretnie zerkał na zegarek.

W ciągu tych pięciu minut policzył ilość półek w szafach, które z zewnątrz wyglądały na płytkie, ale wewnątrz z powodzeniem można było schować nawet hipogryfa, był świadkiem, jak panna Brown, zamiast zapieczętować stertę urzędowych pism przez pomyłkę zamieniła je w stado myszy, a te natychmiast rozbiegły się we wszystkich kierunkach i przyjrzał się, jak przyleciała korespondencja. Nieoczekiwanie stado samolocików wpadło przez uchylone na korytarz drzwi i zaczęło krążyć nad obiema sekretarkami. Jeden z nich po chwili zmienił kolor; z fioletowego stał się różowy i przeszedł w głęboką czerwień. Najwyraźniej nadawcy musiało się spieszyć.

Mathias odruchowo zerknął jeszcze raz na zegarek i bez mała aż zgrzytnął zębami. Chyba możesz mu robić konkurencję.

- Wiem, zauważyłam cię, a teraz sobie odpuść – fuknęła pani Rogers, nawet nie podnosząc głowy i Mathias natychmiast wyszczerzył się radośnie. – Zaraz cię ściągnę.

Uzdrowiciel bezgłośnie wypuścił powietrze i osunął się na ścianę.

Dokładnie czterdzieści osiem bujnięć stopą później wszedł w końcu do gabinetu Ministra.

Na jego widok Kingsley Shacklebolt włożył pióro do kałamarza i wstał zza olbrzymiego biurka, żeby się przywitać.

- Panie Ministrze – skłonił się Mathias, wyciągając dłoń na powitanie.

- Dzień dobry, Mathias – uścisk ręki Shacklebolta był mocny i pewny siebie, tak samo jak jego głęboki głos. – Co takiego się stało?

- Mam bardzo poważny osobisty problem i tylko na pańską pomoc mógłbym liczyć. Dlatego pozwoliłem sobie prosić o spotkanie.

Powiedzenie na głos tego, co od kilku godzin powtarzał sobie w myślach dziesiątki razy było o wiele łatwiejsze niż Mathias sądził. Ale równocześnie zabrzmiało to strasznie... naiwnie.

Skup się! Masz jedną, jedyną szansę! Wykorzystaj ją!

- Proszę usiąść. Co to za problem? – spytał Minister, gestem wskazując mu krzesła po drugiej stronie biurka.

Mathias usiadł na samym brzegu i odpowiedział, siląc się na spokojny, rzeczowy ton.

- Chciałbym prosić o zezwolenie na Datus Magicae.

- Moje gratulacje – uśmiechnął się Shacklebolt. - Ale przecież o to może pan prosić w Wydziale Osobowym?

- To bardzo wyjątkowa i pilna sprawa. Chodzi o doktor Roberts.

Uśmiech spełzł z okrągłej twarzy Kingsleya jak za machnięciem różdżki i zastąpiła go nagła konsternacja.

- Doktor Roberts...? – urwał. Już się chcieli pobrać? W kilka dni? I jak to możliwe... - Ale przecież... TĄ doktor Roberts?

- Tak, panie Ministrze. Tą, która miała nam pomóc leczyć ofiary Rayleigh.

To było jedno z takich zdań, które zamiast wyjaśniać, tylko wszystko gmatwało. Kingsley sięgnął do kolczyka i zaczął go wolno obracać w palcach.

- Mathias, przyznam, że nie bardzo rozumiem... Dopiero co pan ją poznał. Macie jeszcze dużo czasu... No chyba, że znacie się od dawna, ale w takim razie co w tym wyjątkowego?

- Nie, poznaliśmy się w niedzielę – zaoponował Mathias.

- I dziś prosi pan o Datus Magicae?

Nadeszła chwila na najważniejszy fragment układanki.

- Panie Ministrze, tu nie chodzi o to, ile się znamy – Mathias przełknął z trudem ślinę i westchnął ciężko. – To jest takie pilne, bo spotkaliśmy się wczoraj i...i powiedziałem jej o magii.

- CO pan zrobił?!

Shacklebolt wyprostował się gwałtownie i spojrzał na niego z niedowierzaniem. W pierwszej chwili przez myśl przeleciały mu zupełnie zwariowane myśli.

Cholera, ten ich Instytut jest ogromny, jeśli ona zaczęła opowiadać wszystkim, których spotkała... Tam nie można tak łatwo wejść, zanim Amnezjatorzy ich wszystkich połapią... Merlinie, to katastrofa!

Ale natychmiast złość i przerażenie zastąpiła chłodna, logiczna kalkulacja.

Może nie zdążyła nikomu nic powiedzieć. Może tylko kilku osobom...

Przede wszystkim trzeba zająć się tą mugolką, a dopiero potem Mathiasem Wolfem.

Amnezjatorzy? Nie, nie ma czasu na wyjaśnienia, trzeba ją znaleźć jak najszybciej.

Gawain, i to natychmiast!

Wstał i sięgnął po różdżkę.

- Kiedy wczoraj? Rano, wieczorem?

- Wieczorem. Panie Ministrze...

- Istotnie, miał pan rację, że to Pilne. Pilnie trzeba rzucić na nią Obliviate.

Rozległo się głośne stukanie do drzwi i panna Brown nie zdążyła jeszcze dobrze podnieść głowy, jak Darell dopadł jej biurka.

- Pilna przesyłka! – wydyszał, rzucając na jej biurko dużą elegancką kopertę. – Z ICW! Dzień dobry!

Panna Brown odpowiedziała uprzejmie na powitanie, włożyła pióro do kałamarza i niespiesznie sięgnęła po przesyłkę. Darell był nowym ministerialnym gońcem; przyszedł na miejsce Josh'a, który zmarł otruty i musiał się jeszcze dużo nauczyć. Na przykład tego, że nie musi pukać do otwartych drzwi i że słowo „Pilne" na kopercie nie znaczy, że należy wypluć sobie płuca przy dostarczaniu jej. Sama przekonała się już, że im ważniejszy czuł się nadawca, tym większą miał tendencję do używania słów „Pilne", „Ważne" czy „Do natychmiastowej realizacji".

- Dzień dobry, Darell – powiedziała pani Rogers. – Siadaj, synku, bo zaraz się przewrócisz.

- Ta druga winda... Od lewej... Strasznie się wle...cze.

- Wiem, wiem, Niebiescy mają dziś ją sprawdzić. Pewnie brakuje znów mieszanki wybuchowej. Miejmy nadzieję, że jest na składzie, bo wytwórcy eliksirów mają teraz ważniejsze specyfiki do warzenia.

- Słyszałem, że musimy ściągać... zza granicy eliksir wzmacniający.

- Bo potrzeba go o wiele więcej niż zwykle.

- To przez tę truciznę?

- Tak. Bez niego ludzie nie wydobrzeją.

Słuchając jednym uchem panna Brown otworzyła kopertę i wyjęła złożoną na pół karteczkę z cieniutkiego, niemal jedwabistego bialutkiego pergaminu. Musiał być zrobiony ze skóry nienarodzonych psidwaków, co budziło w niej zdecydowaną odrazę. Biedactwa. Rozłożyła ją i na widok krótkiego tekstu aż głośno wciągnęła powietrze.

PLIK...

- Mamy problem – rzuciła, wstając. – Ten facet, co wszedł do Ministra... nadal tam siedzi?

Darell urwał w połowie, zaś pani Rogers obrzuciła ją zaniepokojonym spojrzeniem.

- Co się stało?

- ICW. Mamy się stawić w Paryżu za trzy godziny.

- A mówią choć dlaczego?

Panna Brown już otworzyła usta, ale zerknęła na Darella i tylko potrząsnęła głową. Prócz „Pilne" mogliby napisać „Poufne" na tej cholernej kopercie! Darell na szczęście domyślił się, o co chodzi, bo pożegnał się i pospieszne wyszedł na korytarz.

- Oskarżyli nas o złamanie Kodeksu Tajności – szepnęła panna Brown do pani Rogers.

- O Merlinie...! Uzdrowiciel Wolf wszedł pięć minut temu. Coś pilnego w sprawie Alex Rayleigh.

Obie sekretarki wymieniły krótkie, niechętne spojrzenie. Mogło okazać się, uchroń Merlinie!, że pojawiła się jakaś nowa trucizna, albo antidotum było złe i ci wszyscy, którzy wyzdrowieli, znów byli chorzy... i umierali. Albo może to jednak nie była trucizna, tylko jakaś epidemia...?

Z drugiej strony ICW nie można było lekceważyć.

To były chwile, których nie cierpiały serdecznie. Cokolwiek by nie wybrały, zazwyczaj to ta druga sprawa była ważniejsza i miały doprawdy olbrzymie szczęście, że Minister nigdy nie robił im żadnych uwag na temat ich oceny sytuacji. Do tej pory. Jak zobaczy to idiotyczne oskarżenie, może się wściec i przestać być uprzejmy. Jak czasami Knott – pomyślała starsza z nich.

- Dajmy mu jeszcze minutkę – zdecydowała w końcu. – A jak nie wyjdzie, to trudno, przerywamy im.

Mathias również wstał i wyciągnął ręce w błagalnym geście.

- Panie Ministrze, proszę pozwolić mi wyjaśnić!

Shacklebolt zamarł na chwilę i opanował odruch spojrzenia na zegarek.

- Ma pan minutę.

Mathias kiwnął pospiesznie głową. Jeszcze chyba nigdy jedna minuta nie znaczyła dla niego aż tyle.

- Wczoraj w południe doktor Roberts przyszła do Kliniki. Rozma...

Kingsley naprawdę nie miał czasu. Tym bardziej nie na bzdury.

- Niemożliwe, Mathias – uciął. – Doktor Roberts miała wyczyszczoną pamięć w poniedziałek rano. Zrobił to osobiście szef Biura Aurorów, a ja przy tym byłem, więc proszę nie opowiadać mi tu baśni.

- Owszem, wyczyściliście jej pamięć, ale nie przewidzieliście, że ona sobie wszystko dokładnie zapisze!

- Zgodnie z procedurą, jak tylko wróciła z Kliniki w niedzielę aż do wyjścia do pracy była pod ciągłą obserwacją Aurorów. Z Robardsem dosłownie przekopaliśmy jej mieszkanie, żeby się upewnić, że nie pisze pamiętników czy czegoś podobnego. Mogę pana zapewnić, że oboje doskonale się na tym znamy. Niemożliwe, żeby coś sobie zapisała.

Oczywiście, że możliwe! Sam widziałem! Jak ja mam ci to wytłumaczyć, do jasnej cholery?!

Mathias potrząsnął rozpaczliwie głową, ale coś w wyrazie twarzy Ministra ostrzegło go, że przekroczył właśnie pewną granicę i ten przestał mu wierzyć.

Skoro nie mógł tego wyjaśnić... Merlin świadkiem, nie miał żadnego innego wyjścia, mniejsza o konsekwencje!

- Szkoda, że nie zabrałem tej karteczki, którą mi wczoraj pokazała – powiedział cicho, choć miał ochotę krzyczeć. Odetchnął i zebrał się w sobie. – Panie Ministrze, wiem, że to się panu nie spodoba...

CZĘŚĆ HERMIONA

Mieszkanie Hermiony

Około 18-tej

Walizka, którą przyniósł Severus, została przepakowana i stała teraz na stoliku salonowym. Nie przy kominku, nie gdzieś pod ścianą, ale w najbardziej widocznym miejscu w domu. Była żywym dowodem na to, że świat może się zmienić w ciągu jednej chwili, że słońce może wyjść zza chmur w najmniej oczekiwanym momencie.

Takim samym dowodem był długi, prosty czarny włos, który Hermiona nosiła pieczołowicie przy sobie jak talizman.

W stanie, w którym była, dowody były jej potrzebne jak powietrze.

Gdy Severus zniknął w kominku, jeszcze przez długie minuty dziewczyna siedziała na kanapie i promieniała radością. Te kilka ostatnich dni zlało się w jeden i było jak koszmarny sen, z którego się wreszcie przebudziła. Wprost nie mogła uwierzyć, że mogła się tak łatwo poddać. Ale czasem tak już bywa, że coś w nas umiera i nie chce zmartwychwstać.

Mogła powiedzieć, że miała szczęście. W jej przypadku znalazł się ktoś, kto wejrzał w jej duszę, odgadł jej marzenia i kilkoma słowami sprawił, że wszystko na nowo nabrało sensu.

I to kto! Severus Snape we własnej osobie!

To było tak niesamowite, tak nierealne...

Na tę myśl jej serce zamarło na całą wieczność. A jeśli to NIE BYŁO realne? Jeśli to sobie tylko wymyśliłaś?!

Spędziła tyle czasu marząc, snując plany i śniąc na jawie, że Severus Snape mógł być niczym więcej, jak jej kolejnym marzeniem!

Ta myśl była tak porażająca, tak absolutnie REALNA, że wróciło na nowo tak znane uczucie paniki i Hermiona ledwie mogła złapać oddech, by nadążyć za galopującym sercem.

Dopiero po dłuższej chwili udało się jej trochę uspokoić i zacząć widzieć, a jeszcze później do jej spanikowanego umysłu zaczęło docierać, co widzi.

Otwarte okno... odsunięte zasłony... Różdżka na kanapie... Przeniosła wzrok na drewnianą belkę nad kominkiem i odnalazła miseczkę z proszkiem Fiuu... Nie umiała powiedzieć, czy ktoś ją ruszał, ale była pewna, że nie przyniosła tu różdżki i nie podchodziła do okna!

Odłożona na bok włóczkowa laleczka sprawiła, że na nowo zakiełkowała w niej nadzieja. A potem przekrzywiła głowę i dojrzała leżący na podłodze długi, czarny włos i jej serce wreszcie zwolniło.

Jej włosy były dłuższe i splątane.

Hermiona podniosła go niczym najcenniejszy skarb, przesunęła między palcami, jakby chciała się jeszcze upewnić, i w przypływie obezwładniającej ulgi przycisnęła mocno do serca.

Wszystko mogła sobie wymarzyć, ale ten włos był najlepszym dowodem, że Severus Snape naprawdę tu był.

Gdy na nowo rozejrzała się dookoła, wszystko było inne. Te same meble, te same wzory na tapecie, te same obrazy na ścianie... coś, co widziała od wielu lat, ale co nagle ujrzała w zupełnie innym świetle.

To był dom jej rodziców. I nadszedł czas, żeby ich do niego sprowadzić.

Jutro o szóstej rano? Miała aż nadto czasu na krótką wizytę w banku Gringotta, zakupy i pakowanie. Szczególnie, że przecież mogła posłużyć się magią.

Teraz siedziała na kanapie z podwiniętymi nogami z książką o magicznym świecie w Australii, ale jej oczy wciąż przesuwały się po tym samym akapicie.

Czy Severus ma jakiś plan? Czy faktycznie przyszedł tylko po to, żeby zobaczyć, jak się czujesz?

Na pewno ma plan! Ktoś taki jak on na pewno wie, jak ich znaleźć! To nie jest pierwszy lepszy Auror, którego wysłali tam bez przygotowania, tylko z imionami i nazwiskiem twoich rodziców! Na miłość boską, z jego wiedzą i doświadczeniem możesz być pewna, że się wam uda!

Masz szczęście, że ci pomaga!

Po raz kolejny, jak kilka tygodni temu, wróciła do rozmyślania o Severusie Snapie i uderzyło ją, ile od tamtego czasu się zmieniło. To już nie był profesor Snape, ale Severus.

Profesora Snape'a znała od lat, zaś Severusa zaledwie od kilkunastu dni... tygodni, ale miała wrażenie, że było właśnie na odwrót.

To było niesamowite, zobaczyć na własne oczy ile odwagi i prawości kryło się pod maską, którą nadal nosił. Zrozumiała to już w czasie jego procesu, ale teraz miała okazję przekonać się o tym osobiście. Tak bym chciała, żeby wszyscy to zrozumieli.

Nie wiedziała nawet, dlaczego jej pomagał. Przypuszczała, że chciał po prostu w ten sposób odwdzięczyć się za uratowanie go z Azkabanu, choć jej zdaniem to właśnie ona spłaciła swój dług wobec niego za zostawienie go umierającego we Wrzeszczącej Chacie.

I nagle przyszło jej do głowy, że gdyby w tej chwili miała to zrobić jeszcze raz, nie zawahałaby się ani chwili. Nawet gdyby nie było Wrzeszczącej Chaty. Zrobiłaby to po prostu dla niego.

Hermiona zerknęła na zegarek. Szósta. Szkoda, że nie kazał ci przyjść o szóstej wieczorem zamiast o szóstej rano...

Miała przed sobą dwanaście godzin czekania. Mogła równie dobrze wysprzątać zaklęciami cały dom, żeby był gotowy na powitanie rodziców!

Niemagiczny Londyn / Dom Mathiasa, Hastings

O tej samej porze

Beth zatrzymała się na kolejnych, tysięcznych już chyba światłach i zaczęła bębnić palcami po kierownicy. Dojeżdżała już do Hatfields i była pewna, że będzie mogła zaparkować w tym samym miejscu co wczoraj – tylko Smart mógł wcisnąć się w wolne miejsce między dwiema bramami, ale dochodziła już szósta i nie chciała się spóźnić.

I tak dobrze, że udało się jej wyrwać z pracy. Po wczorajszej nieobecności cały ranek profesor Neumann chodził dookoła niej jakby była co najmniej ciężko chora, dopytywał się jej, jak się czuje i w nadziei, że się wreszcie odczepi, Beth zgodziła się w końcu na wygłoszenie odczytu na poniedziałkowym bankiecie.

I wtedy Neumann zaparkował definitywnie przy jej biurku, rozłożył swoją przemowę i zaczął jej wszystko wyjaśniać...

Jedyną pociechą w tym wszystkim było to, że profesor Neumann nazywał Sympozjum „Międzynarodowym Zlotem Czarownic". Beth uśmiechnęła się do siebie. Będzie musiała o tym koniecznie opowiedzieć Mathiasowi. Ciekawe, jak zareaguje, jak mu powiesz, że będziesz tam... Naczelną Wiedźmą?

Aż parsknęła śmiechem, gdy wyobraziła sobie, że stoi przed tysiącem czarodziejów z miotłami i zaprasza ich do chatki z piernika, ale natychmiast przyszło jej do głowy, że na pewno użyliby do podróżowania czegoś innego niż miotły. To coś innego, o czym mówił Mathias. W końcu niektórzy przylecą nawet z Argentyny czy Australii. Co jest dalej od Anglii? Australia chyba. Swoją drogą ciekawe, co ciągnie do nas Australijczyków...

Nie wiedziała, czy dziś Mathias będzie chciał jej cokolwiek wyjaśnić, ale postanowiła nie naciskać. Jeśli nie dziś, to może następnym razem. Nie zamierzała pozwolić tak zniknąć CZARODZIEJOWI.

Poza tym ma oszałamiające maniery. I... musisz przyznać, że wygląda całkiem nieźle...

Samochody wreszcie ruszyły, więc Beth porzuciła temat i wdepnęła pedał gazu.

Błyskawicznie zaparkowała samochód, odgarnęła włosy za ucho i ruszyła w kierunku kawiarni. Zdążyła przejść zaledwie dwa jardy, gdy usłyszała swoje imię. Uśmiechając się, odwróciła się i słowa powitania zamarły jej na ustach.

Zaledwie kilka stóp przed nią stał Mathias z jakimś obcym mężczyzną i obaj trzymali wycelowane w nią różdżki!

- Mathias?! Co to... Kto...

- Beth, tylko spokojnie.

- Obiecałeś!

- Beth, proszę.

- Mathias, obiecałeś! Nie!

- To nie to, co myślisz.

- PROSZĘ SIĘ USPOKOIĆ.

- Nie chcę! Mathias, nie!

- SILENCIO!

Mathias złapał ją pod rękę, więc Beth wyszarpnęła mu ją z krzykiem, ale nic nie usłyszała. Straciła głos! Zabrali jej głos! To ją tak przeraziło, że choć próbowała się wyrwać, Mathiasowi udało się złapać ją mocno w pasie. Równocześnie ten drugi rzucił krótkie „JUŻ!", Mathias pociągnął ją i nagle wszystko znikło, coś ścisnęło całe jej ciało tak mocno, że wypchało jej powietrze z płuc, wgniotło w coś ciepłego tuż obok i gdy już bez mała zaczęła się dusić, nagle wszystko ustało.

Równocześnie z lekkim szarpnięciem udało się jej zachłysnąć powietrzem i otworzyć oczy i zobaczyła, że stoi... w... jakiejś kuchni.

- Finite Incantatem – powiedział Mathias, podtrzymując ją. – Dobrze się pani czuje?

Beth popatrzyła na niego, a potem rozejrzała się dookoła, choć tak naprawdę jej wzrok tylko prześlizgiwał się po otoczeniu, ale nic z tego do niej nie docierało.

- Gdzie my... steśmy? – wykrztusiła, osłupiała.

Mogła znów mówić!

- U mnie w domu.

Chciała o coś zapytać, ale sama nawet nie wiedziała, o co. Lecz zanim zdążyła znów otworzyć usta, coś trzasnęło i raptem kilka stóp od nich pojawił się ten obcy mężczyzna.

- Udało się – powiedział bardzo głośno. – To co, Uzdrowicielu Wolf, zaczynamy? Bo trochę mi się spieszy?

Mathias najchętniej zacząłby już natychmiast, ale musiał wpierw choć trochę uspokoić Beth, wodzącą rozszerzonymi oczami między nimi i wyjaśnić jej, co się dzieje.

- Ross, proszę dać nam chwilę – mruknął i gdy ten odszedł aż pod okno, zaczął wyjaśniać ściszonym głosem. – Beth, to nie jest Obliviate. Nie chcemy usunąć pani pamięci. Wprost przeciwnie. Ross rzuci na panią zaklęcie, dzięki któremu będę mógł z panią swobodnie rozmawiać.

- Zaklęcie? – Beth spojrzała na Rossa i odruchowo schowała się za niego. – Co on mi zrobi?

Musiała mieć jednoznaczny wyraz twarzy, bo Mathias uśmiechnął się łagodnie i delikatnie ścisnął jej ramię.

- Proszę się nie bać. Można powiedzieć, że oddam pani małą cząsteczkę mojej magii, a on ją w pani umieści.

TO zabrzmiało bardzo interesująco i Beth poczuła nagłe piknięcie nadziei w skołatanym sercu.

- Żebym mogła czarować?

- Nie. Po to, żeby mogła pani mówić o magii tylko w towarzystwie czarodziejów.

- A można zrobić tak, żebym ja też została czarodziejką? (ma być czarodziejka!)

- To niestety nie jest możliwe. Magii...

Głośne chrząknięcie Rossa sprawiło, że urwał i odwrócił się do niego.

- Proszę bardzo, Ross, jesteśmy gotowi.

Mężczyzna oderwał się od okna i podszedł do nich.

- Doskonale – powiedział, poprawiając poły marynarki. – Zanim zaczniemy, należy się wam kilka słów wyjaśnienia na temat Datus Magicae. Jestem pewien, że to się przyda nie tylko pani Roberts, ale i panu, Wolf – skinął głową każdemu z nich. – Rytuał będzie polegał na pobraniu od pana okrucha pańskiej magii, przekształceniu go w swoisty receptor i zdeponowaniu w pani ciele. Od tego momentu ten receptor nie pozwoli pani na mówienie o magii, jeśli w otoczeniu będzie znajdował się choć jeden mugol. Równocześnie pozwoli Aurorom czy Uzdrowicielom rozpoznać w pani mugolkę, która została włączona do społeczności czarodziejów. Można powiedzieć, że jest to obustronna gwarancja bezpieczeństwa.

Normalnie Mathias z radością wysłuchałby obszernych wyjaśnień, ale teraz zacisnął palce dookoła różdżki i zmusił się do sztucznego uśmiechu.

Ross, przecież powiedziałeś, że ci się spieszy! Nie było mowy o żadnych wyjaśnieniach...! Więc przestań gadać i zrób to!

Nie miał wątpliwości, że Ross odprawiał ten rytuał setki razy, z pewnością gadał z pamięci i jeszcze tylko brakowało, żeby teraz palnął coś o ślubie, zaręczynach czy narzeczeństwie!

- Pani Roberts, wpierw będę musiał zaklęciem sprawić, że pani ciało będzie gotowe na przyjęcie receptora - zwrócił się Ross do Beth i dodał pospiesznie na widok jej zaniepokojonej miny. - Proszę się nie martwić, to nie jest bolesne...

- Może zacznijmy już – wpadł mu w słowa Mathias. – Nie... Nie chciałbym tracić pańskiego czasu.

Ross posłał mu lekko protekcjonalne spojrzenie, ale skinął głową i wyciągnął przed siebie różdżkę.

- Aperta animi – mruknął i przytknął ją delikatnie do splotu słonecznego Beth.

Żadne z nich nie zobaczyło nic specjalnego, ani Beth nie poczuła nic poza zwykłym dotknięciem, ale Ross bez wahania odwrócił się do Mathiasa.

- Erige magicae – wskazał różdżką jego głowę i wymawiając to samo zaklęcie zaczął kreślić linię od prawej dłoni aż do lewej, przechodząc przez jego serce.

Potem zrobił to samo z jego nogami i wreszcie nakreślił ostatnią linię, wzdłuż całego tułowia.

Beth śledziła wzrokiem różdżkę, nie mając pojęcia, czego się spodziewać. Gwiazdek, jak w kreskówkach? Może jakichś kolorowych linii, może powinna coś usłyszeć? A może też nic się nie stanie, tak jak z nią?

Gdy różdżka Rossa dotknęła lewej stopy Mathiasa, jakiś ruch przykuł jej uwagę. Nie ruch, jakby... cień? Drugi cień poruszył się tuż ponad jego głową, po sekundzie dołączył do nich jeszcze inny...

Kilka sekund później jakaś niewyraźna biel zamigotała powyżej jego prawego ramienia, jakby zawirowała i...

Beth zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć i nagle dotarło do niej, że to nie są cienie. To wyglądało jak...

Jak para. Jak obłoczki pary unoszące się znad filiżanki...

Ale w przeciwieństwie do nich TA para nie unosiła się coraz wyżej, ale zatrzymywała się o dwa cale od ciała Mathiasa i po prostu poruszała się powoli, jakby tańczyła jakiś powolny, pełen wdzięku taniec, wirując delikatnie, tworząc ledwo widoczne zawijasy, falbany i spirale, osuwając się w dół, muskając jego ubranie, dłonie, twarz i odpływając do góry, gdzie przytrzymywała je jakaś niewidzialna siła i urzekający balet zaczynał się na nowo i trwał, i trwał, i trwał...

Było w nim tyle piękna i tajemniczości, że Beth mogłaby wpatrywać się weń całymi godzinami... I nie potrzebna jej była znajomość łaciny, żeby zrozumieć, że to była jego magia.

- Separatum magicae – donośny głos Rossa sprowadził ją na ziemię.

Mężczyzna dotknął jednego zawijasa czubkiem różdżki i odsunął ostrożnie. I nagle wszystkie smugi wnikły w Mathiasa, zupełnie, jakby coś je wessało do środka. Została tylko maleńka smużka na końcu różdżki Rossa.

- Proszę dać mi rękę – powiedział ten do Mathiasa.

Położył, czy raczej wylewitował na nią smużkę, ale tym razem nie wypowiedział już zaklęcia na głos. Beth z Mathiasem widzieli tylko, jak dotknął ją różdżką, smużka zastygła zupełnie i powoli, bardzo powoli zaczęła szarzeć i w końcu stała się ciemnoszarą nieruchomą kuleczką.

Ross odczekał jeszcze kilka sekund i cofnąwszy się, zatoczył różdżką krąg dookoła Mathiasa i Beth.

- Datus Magicae.

Przekazanie magii... Mathias nie miał pojęcia, skąd wiedział, co ma zrobić. Nie musiał nawet patrzeć na Rossa. Bardzo powoli sięgnął po rękę Beth, wyprostował jej dłoń i delikatnie przeniósł kuleczkę na jej środek.

Beth nic nie poczuła. Ani ciepła, ani chłodu, ani nawet najlżejszego dotknięcia. Odruchowo zamknęła dłoń i oboje spojrzeli na Rossa.

- Proszę ją otworzyć – tym razem jego głos zabrzmiał wyjątkowo cicho i łagodnie.

Jakby jakikolwiek głośniejszy dźwięk mógł sprofanować cud, jaki właśnie się dokonał.

Beth niepewnie rozwarła palce i nie dostrzegła nawet śladu ciemnoszarej kulki. Jakaś część jej umysłu właśnie tego się spodziewała, ale równocześnie ta druga, analityczna, nie umiała się z tym pogodzić.

Czuła się zupełnie jak w cyrku, podczas oglądania magicznych sztuczek. Całkiem podświadomie szukała jakiegoś logicznego rozwiązania tego, co właśnie widziała.

Ale tym razem to prawda. Magia naprawdę istnieje...

Patrzyła jak zahipnotyzowana na zagłębienie pośrodku swojej dłoni i nawet nie próbowała spojrzeć pod nogi, żeby się upewnić, że ta kuleczka tam nie leży.

Jest... we mnie?

Dokładnie w tym momencie Ross dotknął jej różdżką, odczekał chwilę jakby czegoś szukał i najwyraźniej znalazł, bo uśmiechnął się do nich.

- Już po wszystkim – odezwał się na nowo tubalnym głosem. – Elisabeth Roberts, witamy w naszym świecie.

Beth jeszcze raz spojrzała na dłoń i chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Mogła się tylko uśmiechnąć. Witamy w NASZYM świecie. Jestem jedną z nich! O, mój Boże...

Ross faktycznie się spieszył, Mathias nie zamierzał go zatrzymywać, więc wszyscy pożegnali się krótko, po czym czarodziej obrócił się na pięcie i z głośnym pyknięciem deportował.

- Wszystko w porządku? Dobrze się pani czuje? – spytał Mathias, obracając się do Beth, która znów przyglądała się swojej dłoni. – To nie tu powinna pani szukać.

- A gdzie...?

Mathias sięgnął po jej rękę i zaprowadził przed wielkie lustro w korytarzu. Przez niewielkie okienko koło drzwi wpadało słońce, wyraźnie chylące się już ku zachodowi, więc mruknął Occultus, zasłona nad oknem opadła gwałtownie i wszystko pogrążyło się w niemal zupełnym mroku.

- Ostendus Magicae – powiedział wyraźnie i dotknął różdżką okolicy jej serca.

Różdżka zawibrowała leciutko, dokładnie tak, jak powinna, a w ciemności w lustrze pojawił się mały świetlisty punkcik. Jak maleńki robaczek świętojański jarzący się w środku nocy. Beth aż wciągnęła głęboko powietrze i spróbowała go dotknąć, lecz jej palce natrafiły tylko na tkaninę koszuli, a punkcik zniknął. Natychmiast cofnęła dłoń i światełko błysnęło na nowo, a gdy poruszyła się, ono zatańczyło razem z nią.

Cząstka magii we mnie.

- Niesamowite – szepnęła drżącym głosem.

Kilka sekund później światełko zaczęło blednąć i znikło zupełnie.

- To tylko zaklęcie przestało działać – wyjaśnił Mathias, odsłonił okno i w korytarzu na nowo zrobiło się jasno.

Beth nadal spoglądała w swoje odbicie w lustrze, jakby nie chciała się rozstać z cudownym obrazem sprzed chwili. Wyraźnie podekscytowana, z rozchylonymi ustami i błyszczącymi radością oczami wyglądała prześlicznie i Mathias pozwolił sobie przez chwilę napawać tym widokiem. Równocześnie dotarło do niego, że jego problem jest wreszcie rozwiązany i poczuł, jakby ktoś zdjął mu z ramion całą Klinikę.

I nie musiał się nawet uciekać do swojego szalonego pomysłu!

I całe szczęście!

Na myśl, co by mogło się stać, gdyby Minister nie przerwał mu i nie zaczął się dopytywać o tę malutką karteczkę, aż przeszedł go lodowaty dreszcz.

Zamierzał powiedzieć Shackleboltowi, że wczoraj wieczorem użył przy Beth Adamare Animae i odkrył, że są bratnimi duszami. Problem polegał na tym, że to zaklęcie było z pogranicza czarnej magii, a wyjawienie tego Ministrowi Magii i zarazem byłemu Aurorowi graniczyło z szaleństwem.

I gdyby to było absolutnie konieczne, zamierzał podać Beth jakiś eliksir miłosny Weasleyów, żeby udawać, że faktycznie są razem.

Obiecał sobie, że jeśli by do tego doszło, mógłby co najwyżej trzymać ją za rękę. Nie pozwoliłby jej na nic więcej. Teraz, patrząc na ich wspólne odbicie w lustrze – jej tuż koło niego, przyszło mu do głowy, że być może nie miałby na tyle silnej woli.

Zajmij się czymś, bo o ile do tej pory nie zrobiłeś nic głupiego, za chwilę zrobisz!

- Bardzo pani dziękuję – mruknął, zmuszając się do oderwania wzroku od jej twarzy i na wszelki wypadek dał krok do tyłu.

Jego głos sprowadził Beth na ziemię. Choć znów nie tak bardzo, bo coś w niej uśmiechnęło się jeszcze szerzej.

- To ja powinnam panu dziękować! – zaprotestowała, obracając się ku niemu. – To pan dał mi magię!

Merlinie, Kirke przy niej może się schować.

- Och, to nic wielkiego. To wszystko dzięki pani. Gdyby pani... – sam nie wiedział JAK jej to powiedzieć. I CZY w ogóle powiedzieć.

- Może... skończmy z tą „panią" i „panem" – zaproponowała niepewnie Beth, patrząc gdzieś na ścianę. – W końcu teraz...

Chciała powiedzieć, że są teraz sobie bliżsi, gdy nagle dotarło do niej, że w zasadzie to ona poznała go wczoraj w południe. Może i tak, ale od wczoraj nie możesz przestać o nim myśleć – odezwał się natychmiast jakiś cichy głosik w jej głowie.

O ile przed chwilą Mathias miał wrażenie, że ktoś zdjął mu z ramion całą Klinikę, tak teraz poczuł, że uniósł się w powietrze.

- Masz rację, Beth – powiedział miękkim głosem i dodał. – Z tego wszystkiego nie miałem okazji się z tobą dziś przywitać. Jeśli pozwolisz...

Beth bardziej wyczuła, niż dostrzegła, że pochylił się lekko ku niej, więc odruchowo przekrzywiła głowę i przymknęła oczy, ale Mathias sięgnął tylko po jej dłoń i ucałował jej palce.

A czego się spodziewałaś, wariatko? Że cię pocałuje? W policzek? Choćby... Nawet. Aż?

Czym prędzej otrząsnęła się, przywołała z powrotem na twarz szeroki uśmiech i spojrzała gdzieś w głąb korytarza niewidzącym spojrzeniem.

- Yhm. Wwięc to jest dom czarodziejów? Są tu otwierane ściany? Zaczarowane lustra? Oprowadzisz mnie?

Gdy ruszyła za Mathiasem, ledwo udawało jej się złapać powietrze, tak mocno biło jej serce.

O mój Boże. O Jezu.

Dom Mathiasa nie był duży, ale pokazanie go Beth zajęło prawie godzinę. Wszystko ją zachwycało; świece zapalane zaklęciem, ruchome zdjęcia, narzuta na kanapę zmieniającą kolory, z poruszającą się głową lwa po środku, stare książki o grubych, skórzanych okładkach i kartkach z pergaminu, czarne, smukłe pióra w kubeczku koło kałamarza, fiolki i słoiczki z eliksirami, nalewkami i balsamami oraz magiczne, mówiące lustro.

Słońce dawno już zaszło, gdy wreszcie wrócili do kuchni. Mathias zaparzył im herbatę, wyciągnął z szuflady czekoladowe żaby i zaczął opowiadać o magicznym świecie. Z początku Beth słuchała i jednocześnie bawiła się z żabami, które ciągle chowały się przed nią, ale gdy Mathias zaczął mówić o wojnie, która skończyła się raptem kilka lat temu, żaby przestały ją interesować. Już sama wojna jako taka była... niesamowita, a gdy usłyszała o Harry'm... Harry'm Potterze!, Ronie, Hermionie i Snapie, dostała wypieków na twarzy.

CZĘŚĆ HERMIONA

Piątek, 16 maja,

Spinner's End, 06:00

Stojąc przy oknie i wpatrując się w budzące się powoli życie Hermiona odliczała w myślach ostatnie minuty dzielące ją od upragnionej szóstej rano. W którymś momencie, w środku nocy, myślała już, że ranek nigdy nie nadejdzie. Wskazówki zegara bez mała zamarły i dziewczyna miała wrażenie, że tylko jej uparty wzrok sprawiał, że przesuwały się do przodu.

Chodnikiem po drugiej stronie ulicy przebiegł jakiś chłopak w sportowym stroju, chwilę potem przeszedł starszy pan z psem, przejechało wolno auto i jeszcze kilka sekund po tym, jak znikło za najbliższym budynkiem, słychać było rytmiczne dudnienie. Hermiona nigdy nie była fanką głośnej muzyki, ale w tej chwili nawet nie zwróciła na to uwagi. Oddalające się dźwięki, pojawiający się i znikający z widoku ludzie byli w tej chwili niczym innym, jak przemijającym czasem.

Chwilę później zgasły lampy uliczne i nie była już w stanie więcej czekać. Rozkoszując się na nowo dotykiem różdżki w ręku przywołała z przedpokoju lekką pelerynę, sięgnęła po walizkę i torbę z obiadem, rzuciła ostatnie spojrzenie na posprzątany salon i obróciwszy się na pięcie, deportowała do Spinner's End.

To było zaskakujące, na wpół przykre, na wpół radosne uczucie stać przed starymi, zniszczonymi drewnianymi drzwiami. Z jednej strony przypominały jeszcze nie tak dawny koszmar, z drugiej pokazywały jej, jak wiele się zmieniło od jej pierwszej tu wizyty.

To znaczy taką miała nadzieję.

Severus otworzył jej drzwi, ale na grzeczne „dzień dobry" tylko kiwną głową i przepuścił ją w milczeniu.

- Mam nadzieję, że nie jestem za wcześnie – dodała. Zmieniło się być może tylko dla ciebie.

- Jakby tak było, to bądź pewna, bym ci o tym powiedział – usłyszała na to i przygryzła lekko usta. Wyglądało na to, że miała rację.

Postawiła walizkę za fotelem, przerzuciła przez oparcie swoją pelerynę i machnęła niezbyt ciężką torbą.

- Przyniosłam obiad. Kotlety wieprzowe. Nie miałam co robić i...

- Wiesz, gdzie jest kuchnia – przerwał jej Severus, nie mając ochoty na wysłuchiwanie wyjaśnień.

Było coś ważnego, od czego musiał zacząć. Jego wczorajsza wizyta uzmysłowiła mu kilka spraw. Po pierwsze zrozumiał, że owszem, może jej pomóc. Znalazł sposób, prawdopodobnie lepszy niż to, co serwowali Uzdrowiciele Umysłu, i wiedział, że będzie działać, w końcu miał do czynienia z typową Gryfonką. Z tym, że nie zamierzał się z nią pieścić.

Po drugie stwierdził, że CHCIAŁ jej pomóc. Było w tym coś bardzo niepokojącego. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Hermiona Granger zajęła miejsce Griffina, ale jego instynkt podpowiadał mu, że było w tym coś jeszcze. Być może jednak należało oddać jej te koce...

Gdy dziewczyna wróciła i usiadła na fotelu, czekał oparty o szafę, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Pozwolił jej rozglądać się chwilę dookoła, ale sam patrzył tylko na nią i gdy w końcu ich oczy się spotkały, nie odwrócił spojrzenia.

- Hmm. Chciałam ci jeszcze raz podziękować za pomoc – z zadowoleniem zauważył, że odruchowo się wyprostowała i znów przygryzła dolną wargę. – Nie wiesz nawet, jak bardzo chcę ich odnaleźć. Myślałam o tym już od...

Severus uniósł rękę i dziewczyna natychmiast urwała.

- Dwie sprawy, zanim zaczniemy. Po pierwsze oszczędź mi paplania nie na temat i durnowatych uwag, jak ta przed chwilą. Po drugie, nim przejdziemy do rzeczy, wytłumaczysz mi, co miał znaczyć ten idiotyzm z nie używaniem magii.

Hermiona otworzyła usta, ale nie wiedziała, co powiedzieć. Tego się zupełnie nie spodziewała. Poza tym Severus ubrany na czarno, z rozpuszczonymi włosami, wyglądał strasznie onieśmielająco. To nie Severus, ale profesor Snape. WKURZONY profesor Snape. Dopiero teraz zauważyła, że obciął trochę włosy.

- Przepraszam – to było jedyne, co jej przyszło do głowy.

- Nie akceptuję twoich przeprosin. Chcę usłyszeć, co masz mi do powiedzenia na temat twojego zachowania.

- To... trochę skomplikowane – gdy urwała, Severus uniósł w górę jedną brew i W TYM momencie emanowało z niego tyle władzy, co wtedy, gdy wypił eliksir intensyfikujący, więc Hermiona czym prędzej opuściła głowę i ciągnęła dalej. – To chyba reakcja na ostatnie wydarzenia. Trochę mnie przeraziły. Nawet bardziej niż trochę.

- Co jest zupełnie zrozumiałe. Określiłbym to jako wstrząs post-traumatyczny.

- Ale to nie wszystko. Utrata rodziców. To wszystko jakby wróciło.

- To też zrozumiałe. Jak ma w tym pomóc nie używanie magii?

Pomóc? Hermiona poczuła się trochę zagubiona.

- Nie rozumiem. Jak to... „pomóc"?

- Przestałaś posługiwać się magią. Domyślam się, że to miało w czymś pomóc.

Dziewczyna potrząsnęła głową i odgarnęła za ucho kosmyk włosów, który osunął się jej na twarz.

- Nie „pomóc". Po prostu chodzi o to, że... Boję się, że nie dam sobie rady. Jakby coś się jeszcze wydarzyło.

- Nikt tego od ciebie nie oczekuje. Na świecie są tysiące ludzi, którzy mogą, a niektórzy z nich nawet muszą pomóc.

To nie była żadna odpowiedź!

- Może i tak – zaoponowała gwałtownie. – Ale zobacz, znów to ja musiałam coś zrobić. Znów wszystko sprowadziło się do mnie... i do ciebie!

- Bo się do tego pchałaś – prychnął jeszcze gwałtowniej Severus i Hermiona, aż się zachłysnęła. Sama nie wiedziała czy z zaskoczenia, czy z oburzenia. – Mam ci przypomnieć, jak sam ci mówiłem, żebyś trzymała się od tego z daleka? Że to będzie niebezpieczne?

- Dobrze, faktycznie, mówiłeś! A ta cała wojna?! Chcesz powiedzieć, że do niej też się pchałam?! Nie miałam innego wyjścia!

- Oczywiście, że miałaś. Mogłaś przestać odgrywać durną Gryfonkę i siedzieć z boku!

- Właśnie o to chodzi, że nie mogłam! Trzeba było zniszczyć horkruksy! Dumbledore dał nam do spełnienia misję!

- Nie WAM, a Potterowi.

- Nie dałby rady sam! Musieliśmy mu pomóc!

- Wyjątkowo się z tobą zgodzę. Bez ciebie Potter i Weasley zgubiliby się w lesie już pierwszego dnia, nawet mimo mojej pomocy.

- No właśnie, sam widzisz. Musiałam, jak to pięknie ująłeś, się w to wepchać.

- Jeszcze jedna złośliwość, a wrócisz do domu szybciej, niż tu trafiłaś.

Hermiona skrzywiła się i potrząsnęła rozzłoszczona głową.

- Och, widzisz, o co mi chodzi! Wygraliśmy, ale...

- Z tym bym polemizował – wycedził Severus i Hermiona urwała. – MY wygraliśmy. TY przegrałaś.

Zdecydowanie, ten człowiek miał talent do zaskakiwania jej. Znów poczuła się, jakby wpadła na pustkę.

- Jjak to?

- Przegrałaś. W uproszczeniu pierwsza i druga wojna toczyły się o status krwi i prawo czarodziejów mugolskiego pochodzenia do używania magii. Takich jak ty – powiedział powoli Severus i ta nagła zmiana tempa sprawiła, że nie odważyła się odezwać. A może to był jego niski, cichy głos i przeszywające spojrzenie czarnych oczu. – Wygraliśmy, masz rację. I co robi najsłynniejsza, PONOĆ najmądrzejsza czarownica mugolskiego pochodzenia? Zamiast obnosić z dumą swoją magię, postanawia ją porzucić. Staje się dokładnie tym, CZYM Czarny Pan chciał, żebyś była. Czym Lucjusz Malfoy chciał, żebyś była. Czym BELLATRIX chciała, żebyś była. Zwykłą mugolką. Oni umarli, ale ty, w swoim idiotyzmie, postanowiłaś zrobić dokładnie to, na czym im zależało.

Z każdym jego słowem coraz szerzej otwierały się jej oczy i coraz bledsza się stawała. Sama już nie wiedziała, co było gorsze – usłyszeć to od niego, czy usłyszeć w ogóle.

I równocześnie czuła, że nie powiedział jeszcze najgorszego.

- ... – otworzyła usta, ale nie ośmieliła się go powstrzymać.

Severus wyraźnie widział, że dziewczyna domyśla się reszty, ale jakby to nie było bolesne, musiał doprowadzić tę rozmowę do końca. Dla jej dobra.

- To było najgłupsze posunięcie, jakie w życiu widziałem. I najgorsze podziękowanie, jakie mogłaś ofiarować tym wszystkim, którzy zginęli. Ich śmierć nie była twoją winą. Ale umarli za to samo, za co ty walczyłaś. Za prawo mugolaków do posługiwania się magią. Umarli, żebyś ty mogła jej używać, a ty odpłaciłaś się im w najgorszy możliwy sposób.

Gdyby wbił jej nóż prosto w serce i obrócił parę razy, nie mogłoby boleć bardziej. Hermiona chyba nawet wolałaby Crucio, niż palącą, przeszywającą świadomość tego, co zrobiła.

Nie widziała nic, ale gdy mrugnęła powiekami, poczuła gorąc spływający po policzkach i ujrzała własne kolana, tak blisko własnej twarzy.

- ...ślałam... gdybym nie użyła magii... onibytu ...adal byl... – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.

To nie miało być usprawiedliwienie, chciała po prostu, żeby wiedział, cokolwiek to mogło wyjaśnić.

Severus oderwał się od ściany z półkami, podszedł do niej i ująwszy delikatnie pod brodę, uniósł do góry zapłakaną twarz.

- Gdybyś wtedy nie użyła magii, już by tu ich nie było – stwierdził miękko.

To, co jej powiedział, było piekłem, ale i niebem równocześnie. Boże, zabrzmiało jak... rozgrzeszenie. Od niego! Hermiona bez namysłu porwała jego dłoń, na sekundę przycisnęła do ust, po czym wtuliła się w nią, tak rozpaczliwie, jakby próbowała się schować.

Severus skrzywił się i zabrał rękę. To było zdecydowanie... nieodpowiednie.

- Nigdy w życiu już tego nie rób. Nie porzucaj magii. Nie poddawaj się. Obiecaj mi to.

Lekkie potaknięcie mu nie wystarczało, tak jak jej kilkanaście dni temu.

- Chcę to usłyszeć, Hermiono.

Dziewczyna popatrzyła na niego i spróbowała nieudolnie uśmiechnąć się. Jej oczy wydawały się olbrzymie na tle wymizerowanej twarzy.

- Obiecuję. Już nigdy. Tego. Nie zrobię.

Severus skinął głową.

- Myślę, że na tym skończymy i zajmiemy się tym, po co tu przyszłaś.

Dając jej czas dojść do siebie Severus wyciągnął z półek kilka ksiąg, które mogły się przydać i dopiero wtedy usiadł w fotelu naprzeciw.

- Zacznijmy od tego, jak to zrobiłaś.

Hermiona kiwnęła głową, otarła twarz rękawem koszuli i wzięła głęboki, uspokajający oddech.

- Zmodyfikowałam im pamięć. !Przeczytałam wszystko o Obliviate i o Factum Reticulis Imire i to drugie wydawało się być odpowiedniejsze. Choć przyznam, że nie wszystko zrozumiałam.

Więc Factum. Na całe szczęście. To zaklęcie było o wiele mniej popularne niż Obliviate, ale był niemal pewny, że właśnie tego użyła.

- Mogę cię zapewnić, że zrozumiałaś znacznie mniej, niż sądzisz – stwierdził cierpko. - Powiedz mi, co wiesz o tych dwóch zaklęciach.

- Oba należą do kategorii zaklęć pamięci – zaczęła mówić powoli Hermiona. - Obliviate usuwa konkretne wspomnienie i daje możliwość zastąpienia go fałszywym. Jest bardzo niebezpieczne, jeśli rzuci się je zbyt mocno, można nieodwracalnie uszkodzić komuś umysł, a jeśli zrobi się to za słabo, to pamięć może sama wrócić. Factum Reticulis Imire nie usuwa pamięci, ale ją modyfikuje i można je cofnąć. W momencie rzucania go możemy się skupić na konkretnych wspomnieniach, albo na faktach, których te wspomnienia dotyczą i sugerujemy podmiotowi zaklęcia odmienną wersję wydarzeń.

Severus powstrzymał się póki co od komentarzy.

– Rzuciłaś na nich jakieś zaklęcia śledzące?

- Nie, bo bałam się, że... – Hermiona na króciutką chwilę przygryzła usta - ktoś inny może ich znaleźć. Ale przeczytałam „Nie-daremne poszukiwania" Amata Nonzoli i znalazłam tam dwa zaklęcia wyszukujące: Vera Damnum * przypisy na dole strony! (* - Vera Damnum – łac. Prawdziwa Strata) i Appello Cursum* (*Appello Cursum – łac. Wskaż kierunek) i miałam nadzieję znaleźć ich w ten sposób.

Tym razem Severus był pod wrażeniem. Oba zaklęcia były praktycznie nieznane – po pierwsze dlatego, że były bardzo skomplikowane i do ich użycia potrzeba było olbrzymiej magii, po drugie Szukanych i Szukających musiało łączyć bardzo mocne uczucie miłości, a co za tym idzie, ilość osób, które mogły się nimi posłużyć, ograniczała się do zakochanych i rodziców i dzieci. Dlatego na przykład Aurorzy uczyli się o nich dopiero na ostatnim roku, i to dość pobieżnie.

Nie dziw się, w końcu masz do czynienia z Panną-Wiem-To-Wszystko. Która jak zawsze odrobiła lekcje. Czy raczej się starała.

- Ale się nie udało – skwitował krótko.

- Nie – mruknęła Hermiona, patrząc na sukienkę, ale widząc coś zupełnie innego. Kingsleya, który rzucił jakieś nieznane jej zaklęcie, dotknął jej głowy i po długiej, dręczącej chwili zacisnął usta i potrząsnął głową. „Przykro mi". – Wpierw sama próbowałam się nimi posłużyć, ale nie zadziałały, więc poprosiłam o pomoc Kingsleya i... – westchnęła ciężko. – Sprawdził coś jakimś zaklęciem, ale jemu też się nie udało.

- W tym nie ma akurat nic dziwnego.

Zabrzmiało to tak, jakby to było zupełnie oczywiste, jakby to była najprostsza rzecz pod słońcem, ale równocześnie Hermiona nie wyczuła ani śladu sarkazmu czy natrząsania się z niej. Po prostu stwierdzenie faktu.

- Możesz mi wyjaśnić? – spojrzała na niego. – Proszę.

Severus przymknął oczy i skupił się na znalezieniu jak najprostszego sposobu wyjaśnienia tak rozległego i skomplikowanego obszaru magii, jaką był ludzki umysł. Sam nie miał pełnej wiedzy w tej dziedzinie, ale z konieczności poznał ją całkiem dobrze. Teraz chodziło o to, żeby nie wdając się w niepotrzebne szczegóły wytłumaczyć jej wszystko, co powinna w tej sytuacji wiedzieć.

Zupełnie nieświadomie wodził długim, wąskim palcem po lekko rozchylonych ustach, co było niesamowicie hipnotyzujące i zarazem strasznie dekoncentrowało i raptem Hermiona odkryła, że ma w głowie zupełną pustkę.

- Musisz wiedzieć, że nasz umysł przechowuje absolutnie wszystkie informacje, jakie odebrał, od samego urodzenia aż do śmierci – zaczął wyjaśniać i dziewczyna otrząsnęła się i utkwiła w nim skupione na powrót spojrzenie. – Wszystko, co widzimy, słyszymy i czujemy. Ale mamy dostęp tylko do części z nich. Dzieje się tak dlatego, że większa część połączeń między obszarami, w których te wspomnienia są przechowywane i ośrodkiem mózgu, który je odczytuje, nie jest aktywna.

Hermiona najchętniej zaczęłaby robić notatki. Czyżby to znaczyło, że...

- Ani Obliviate, ani Factum nie usuwają wspomnień, tylko w różny sposób sprawiają, że tracimy do nich dostęp. Poprawnie rzucone Obliviate dezaktywuje definitywnie połączenia do nich i w normalnych okolicznościach nie można ich już aktywować. – Hermiona bez trudu zgadła, co miał na myśli. Berta Jenkins. To faktycznie były NIENORMALNE okoliczności. Severus kontynuował. – Factum zaś wyłącza je i tworzy nowe, do wspomnień, które podmiot zaklęcia sobie wymyśli. Możliwe jest też wszczepienie fałszywych wspomnień, co trąci czarną magią. Umiesz powiedzieć, dlaczego?

Pytanie padło znienacka, ale Hermiona natychmiast skojarzyła je z opowieściami Harry'ego o młodym Voldemorcie.

- Agresja na osobie i agresja na umyśle. Żeby stworzyć fałszywe wspomnienia musimy albo podszyć się pod podmiot zaklęcia, albo zmusić go do zrobienia czegoś. Nie wspominając już o samych intencjach. Pamiętam, że profesor Dumbledore odkrył, że Tom Riddle coś takiego zrobił, jak był młody.

- Odpowiedź poprawna – ocenił chłodno Severus. – Następnym razem daruj sobie niepotrzebne dygresje, bo nie będzie kolejnego.

Odczekał kilka sekund, aż dziewczyna potaknęła i kontynuował.

- Zapewne już zrozumiałaś, że żeby przywrócić wspomnienia, trzeba aktywować połączenia do nich. Przypuszczam, że chciałaś prosić o to któregoś z Uzdrowicieli Umysłu, tak?

- Kingsley sam to zaproponował. A gdy zdecydowałam się wyczyścić im pamięć... Myślałam, że... – dziewczyna urwała i zamilkła.

- Że sama to zrobisz? – Severus uniósł do góry jedną brew. – Przeczytałaś kilka stron jakiejś książki i uznałaś, że to wystarczy do manipulowania czymś tak delikatnym i jednocześnie tak cennym, jak pamięć? Gdyby powiedział to Weasley lub Potter, to by mnie nie zdziwiło, ale ty? Przyznam, że mnie... zawiodłaś.

Hermiona przygryzła usta i spuściła głowę. Przeczytała nie kilka stron, ale całą opasłą księgę na ten temat, ale jeśli miała być ze sobą szczera, musiała przyznać, że wtedy nie myślała o tym za wiele. Miała przed sobą znacznie większe, czy może raczej pilniejsze problemy. Znalezienie i zniszczenie horkruksów, rosnącą potęgę Voldemorta, wszechobecnych Śmierciożerców. PRZEŻYCIE. Przywrócenie pamięci rodzicom było bardzo odległą perspektywą.

- Uzdrowiciele Umysłu będą mogli to zrobić? – spytała, nie chcąc wdawać się w wyjaśnienia. I tak by pewnie nie zrozumiał.

- Na pewno nie. Przywracanie wspomnień to nie uzdrawianie, do tego potrzeba doskonałej znajomości ludzkiego umysłu. Poza tym jeśli zacznie się proces przywracania wspomnień, trzeba go zakończyć, a w przypadku twoich rodziców będzie to bardzo skomplikowane, zarówno dlatego, że minęło sześć lat od zmodyfikowania im pamięci, jak i dlatego, że dotyczyło to tak wielkiego okresu czasu. Z czymś takim tylko Mistrz Umysłu potrafi sobie poradzić.

Hermiona z trudem przełknęła ślinę.

- Znasz kogoś takiego?

- Znam.

- A jest jakiś dopuszczalny okres czasu?

- Nie, ale im większy, tym trudniej idealnie cofnąć zaklęcie. Ty kazałaś im zapomnieć o wspomnieniach z 20 lat i zastąpić je fałszywymi. Ale nie wiesz dokładnie, jakie nowe wymyślili. Najprawdopodobniej stworzyli ich znacznie więcej, ustawili połączenia do nich i cała trudność podczas przywracania im pamięci będzie polegała na odnalezieniu ich wszystkich.

- Czyli może się okazać, że będą pamiętać również niektóre fałszywe, tak?

Severus wzruszył ramionami. Akurat to go nie martwiło, widział o wiele większy problem.

- Zanim do tego dojdzie, trzeba ich znaleźć.

- A jak to zrobić?

Severus przechylił się ku niej w fotelu.

- Będzie zdecydowanie lepiej, jak przestaniesz pytać, a zaczniesz słuchać – powiedział chłodno. – W przeciwnym razie nie widzę sensu dalszej rozmowy.

Dziewczyna posłała mu zranione spojrzenie, lecz zlekceważył je i zaczął omawiać relacje miedzy ludźmi. Bez tego by nie zrozumiała.

W magii istniało kilka rodzajów relacji. Najpopularniejszą była relacja emocjonalna, czyli miłość oraz o wiele częstsze – znajomość i przyjaźń. Drugą, w tej sytuacji najważniejszą, była więź krwi, zwana relacją na poziomie paragonicznym. Występowała głównie między rodzicami i dziećmi, w przypadku dalszych krewnych była o wiele słabsza, ale istniała również po odbyciu wszystkich typów rytuałów, w których dochodziło do przekazania krwi.

Wśród innych typów relacji można było wyliczyć relacje hierarchiczne, relacje umysłu pozwalające na dzielenie myśli i uczuć innej osoby, relacje cielesne między partnerami seksualnymi, oraz duchowe.

Severus wyjaśnił szczegółowo dwie pierwsze oraz napomknął o relacji hierarchicznej i duchowej. Nie miał wątpliwości, że mając Pottera za przyjaciela, Hermiona doskonale rozumie, na czym polega relacja umysłu.

Relacje cielesne zignorował całkowicie, nie był to temat, który miał ochotę omawiać. Zaś relacja duchowa...

Zdawał sobie sprawę, że powinien jej o tym powiedzieć, szczególnie, że również ją znała.

Jedną z jej odmian był dług życia – jego zdaniem najbardziej poufały rodzaj relacji, którą można było z kimś dzielić, prócz miłości. Miłość przekreślił już bardzo dawno temu, wyrzucił ze swojego słownika, ale tego przekreślić nie mógł.

Paradoksalnie im była silniejsza, tym bardziej czyniła człowieka słabym – bo słabość nie tkwi w nas, ale w tym, co mamy na zewnątrz. W przywiązaniu do innych, chęci ochrony ich ponad wszystko, litości, współczuciu i pragnieniu oddania im tego, co otrzymaliśmy.

Ostatnie wydarzenia sprawiły, że taka relacja połączyła go z dwiema osobami.

Lepiej było nie wymawiać na głos tego, co najchętniej ukryłby przed samym sobą

- Żeby relacja dobrze działała, musi być aktywna po obu stronach – powiedział za to. – To podstawowy warunek rzucania zaklęć wyszukujących.

Serce Hermiony stanęło, po czym zaczęło walić jak oszalałe, w jakże znajomy i znienawidzony sposób!

- Czyli... Jeśli ta relacja między nami nie jest aktywna... Bo nie jest? Te zaklęcia...

Do tej pory była przekonana, że będzie mogła użyć Vera Damnum lub Appello Cursum! Że Severus jej pomoże, rzucą je i w ten sposób znajdą jej rodziców! Ale teraz nagle zrozumiała, dlaczego ani jej, ani Kingsleyowi się nie udało. Wreszcie pojęła, co naprawdę znaczyły słowa „Przykro mi", czemu Kingsley miał taką smutną minę, kiedy to mówił!

Słowa Severusa zabrzmiały zupełnie jak wyrok.

Już poczuła dławienie w gardle i zaczęła osuwać się w przepaść, gdy w głowie błysnęła zwariowana, szalona myśl. Może jest jeszcze jakaś szansa...? Jakiś sposób? Musi być! Nie robiłby ci nadziei, gdyby tak nie było! Musi istnieć jakieś zaklęcie, coś, cokolwiek i Severus na pewno je zna, musi znać, kto jak kto, ale on musi!

- Severus...? – spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. – JAK możemy ich znaleźć?

Severus zadawał sobie to pytanie już od wczoraj. Z początku sądził, że pozostaje szukanie bez użycia magii, ale do tego potrzebowaliby informacji z australijskiego Ministerstwa Magii, zaś on ani nie miał tam kontaktów, ani nie zamierzał o nic prosić. Ale gdy zaczął przypominać sobie, co wiedział na temat różnych relacji, przyszło mu do głowy, że może jest sposób, by ich użyć.

- Z ich strony istotnie relacje nie są aktywne – powiedział powoli, ostrożnie dobierając słowa, żeby dobrze zrozumiała. Nie chciał jej dać płonnej nadziei. – Lecz z twojej strony tak. Dla nich nie jesteś ich córką, ale dla ciebie oni nadal są twoimi rodzicami. Sądzę, że, gdyby wzmocnić je z twojej strony, można by je wykorzystać.

- Umiałbyś to zrobić?

On nie umiał, ale przypuszczał, że Aborygeni będą umieć. Nie raz słyszał i widział, jak ludy pierwotne, którym wytykano zacofanie, używały magii w sposób, który ci 'bardziej cywilizowani' dawno zatracili.

Na ich nieszczęście chodziło tu o Aborygenów, którzy mieli zupełnie inny system wartości i bardzo specyficzny sposób rozumowania, o czym kiedyś już się przekonał.

- Wiem o kimś, kto być może jest w stanie to zrobić.

W jego głosie zabrzmiała nutka niechęci i Hermiona, która już bez mała zaczęła się uśmiechać, znów zamarła.

- Coś nie w porządku? Jest coś, o czym powinnam wiedzieć? To jest... nielegalne? Czarna magia? – nawet jeśli tak, to i tak by na to poszła! – Nie? Więc... To będzie drogo kosztować? Nie przejmuj się, mam pieniądze! Zapłacę każdą cenę, byle tylko ich odzyskać!

Severus powstrzymał ciężkie westchnienie. Owszem, to będzie kosztować. Problem z tym, że...

- To nie pieniędzmi będziesz płacić.

! .

"- Wystarczy, że wyczyścimy im pamięć - powiedział. - W ten sposób zgubią trop (...)
- Ty jesteś szefem - rzekł Ron z wyraźną ulgą. - Ale jeszcze nigdy nie rzucałem zaklęcia zapomnienia.
- Ja też nie - powiedziała Hermiona - ale znam teorię.
Wzięła głęboki, uspakajający oddech, wycelowała różdżką w Dołohowa i powiedziała:
- Obliviate."

Rowling wyjaśnia, że Hermiona nie rzuciła Obliviate, tylko zmodyfikowała pamięć rodziców.

KOMENTARZ NA DOLE ROZDZIAŁU

Australia, Brisbane, Piątek 16 maja,

dom Moniki i Wendella

Godzina 17:00, (8:00 w Anglii)

Zaraz po wejściu do domu Wendell włączył komputer i dopiero potem poszedł do kuchni zrobić sobie porządną kawę. Od jakiegoś czasu musiał coraz dłużej czekać, aż ten cholerny Windows się włączy i coraz częściej czuł palącą potrzebę otwarcia okna i szurnięcia tym dziadowskim sprzętem gdzieś w krzaki. Zaczynał dojrzewać umysłowo, żeby kupić coś nowego. Coś, co działa.

W lodówce znalazł dziewięć Vili's – paluszków z mielonego mięsa wymieszanego z aromatycznymi ziołami i ostrymi przyprawami, zawiniętych w upieczone na złoto francuskie ciasto i z niewinnym uśmieszkiem wziął jednego. Moniki jeszcze nie było, więc nie mogła dać mu po łapach, poza tym możliwe, że nawet nie zauważy... W ostateczności zawsze mógł powiedzieć, że chciał tylko upewnić się, czy są jeszcze dobre.

Gdy w końcu ekspres przestał szumieć i Wendell przyszedł z kawą do biura, komputer był już włączony. Rozsiadł się wygodnie i popijając gorący napój zaczął przeglądać maile.

Przeczytał maila od Josha, który zawiadamiał, że jacht będzie w naprawie przynajmniej do końca tygodnia, i że w weekend przyjeżdża do siostry w Brisbane, zerknął pobieżnie na oferty firm skupujących używane katamarany, wywalił kolejną reklamę koparek, które dostawali Bóg wie czemu od miesiąca i maila od wróżki Astry, która od dwóch miesięcy pragnęła przywrócić im miłość. Taki sam los spotkał ofertę wyjazdu do Egiptu. Od chwili, gdy szukał biletu na samolot do Londynu, przychodziło pełno takich ofert, każda z nich wyjątkowa, ale ich cechą wspólną było to, że zawsze należało się pospieszyć, bo były już tylko trzy wolne miejsca.

A skoro już mowa o Londynie...

Na samym dole zobaczył mail od AirDream, amerykańskiej linii lotniczej Low Cost, która obsługiwała loty z Melbourne do Atlanty i dalej, do Bostonu. Wendell zżymał się na myśl o dwudziestosiedmio godzinnym locie z czterema przesiadkami, ale nie stać ich było na KLM, który Uniwersytet w Queensland zafundował Monice.

Kliknął dwa razy, upił łyk kawy i na widok pierwszych zdań aż się zakrztusił. Kawa chlupnęła gwałtownie z filiżanki zalewając klawiaturę i parząc mu uda, ale Wendell tylko syknął, odstawił ją byle gdzie i czytał dalej.

From: Customer Service AirDream Customer-service

Sent: Thursday Maj 15 2003 09:23 EST

To: Wend .com

Subject: Loty anulowane z powodu strajku

Loty odwołane z powodu strajku personelu pokładowego AirDream

Zarząd spółki AirDream chciałby poinformować szanownych klientów, że z powodu strajku personelu pokładowego zapowiedzianego na nadchodzący weekend zmuszony jest anulować 50% wszystkich lotów.

Lista anulowanych lotów dostępna jest pod poniższym linkiem, jak również w zakładce Obsługa Klienta / Status Lotu. Uruchomiona została też specjalna Info-linia, +1951150500 czynna 24h, której celem jest udzielenie wszelkich możliwych informacji na temat alternatywnych połączeń powietrznych i lądowych.

Przepraszamy za stworzone niedogodności i zapraszamy do kontaktu z naszym Działem Obsługi Klienta.

Zarząd Spółki AirDream.

Ten e-mail, w tym załączniki, może zawierać poufne i / lub zastrzeżone informacje i może być używany wyłącznie przez osobę lub podmiot, do którego jest adresowany. Jeśli czytelnik tego e-maila nie jest zamierzonym odbiorcą lub jego upoważnionym agentem, czytelnik zostaje niniejszym powiadomiony, że jakiekolwiek rozpowszechnianie lub kopiowanie tej wiadomości e-mail jest zabronione. Jeśli otrzymałeś tę wiadomość e-mail przez pomyłkę, powiadom o tym nadawcę, odpowiadając na tę wiadomość i natychmiast usuń tę wiadomość e-mail.

Wszystkie prawa zastrzeżone. AirDream E.H. zarejestrowane pod numerem XGO 31399/BIS 200032 Rejestr 1. Siedziba: AirDream E.H., 28006 Kalifornia, US CA. TVA N° B6388288. Pozwolenie Stan Kalifornia IMO9919334. RCP Hisco n° IPN 33233

Najlepsze promocje: do 50% taniej!

* Sprawdź warunki na naszej stronie

O cholera!

LISTA!

Z trudem udało mu się najechać myszką na link - kliknął pospiesznie i bębniąc nerwowo palcami popychał wzrokiem klepsydrę. Jeszcze nigdy tak nienawidził tej durnej ikony!

Udało się dopiero za czwartym razem. Lista była przeraźliwie długa i zaczynała się od numeru lotu. Którego w mailu do niego oczywiście nie było! Szlag by to trafił!

Minęło kolejne kilka minut, żeby znalazł ten cholerny numer i następne kolejne, żeby...

Znalazł go na liście lotów anulowanych.

JASNA, PIEPRZONA CHOLERA. I CO TERAZ?!

Anglia, Piątek, 16 maja,

Ministerstwo Magii, Kwatera Główna Aurorów

09:00

Wesołym okrzykom, ściskaniu i klepaniu po ramieniu nie było końca, kiedy Harry wpadł dzisiejszego ranka do pracy. Dostał nawet gorącego całusa w policzek od Klaudii. Większość chłopaków była jeszcze w Kwaterze, a kilku wróciło ściągniętych Patronusami i wszyscy zasypali go pytaniami.

- ... zupełnie zapomniałem, jak ciężko jest sprzątać pod łóżkiem. I odsuwać ręcznie zasłony w oknach. Za to opanowałem do perfekcji zapalanie świec zapałkami – zakończył Harry relację z życia w czarodziejskim domu bez posługiwania się magią.

- To brzmi zupełnie jak książka – wybuchnął śmiechem Daniel. – Mówię ci, stary, napisz to i opublikuj!

- Mam nawet tytuł – poparł go Maximilian. – „Niemagiczne uroki życia czarodziejów".

- Co ti, lepij budzie „Harry Potter prechodi na mugolism" – poprawił go natychmiast Andrij.

Wszyscy ryknęli śmiechem i w tym momencie drzwi się otworzyły i wszedł Gawain. Wszedł i na widok swoich ludzi bawiących się w najlepsze pośrodku biura zamiast pracować po prostu zdębiał. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widział!

- Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co...

- Szefie! Chłopiec-który-znowu-przeżył przyszedł! - Harry wpadł z wizytą. - Harry do ciebie przyszedł.

- Gawain? – dobiegł go znajomy głos.

Kilku chłopaków rozstąpiło się na boki i zobaczył Harry'ego, który wstał z krzesła i podszedł do niego się przywitać.

No cóż, TAKIE wyjaśnienie mógł zaakceptować. Uśmiechnął się szeroko i uścisnął mu mocno rękę i klepnął w ramię.

- Harry! Jak to dobrze cię znowu widzieć! Jak się czujesz?

- Jak mugol – mruknął Harry i wszyscy wybuchnęli śmiechem. – Dobrze.

Gawain doskonale wiedział, że trucizna działała również na magię, więc ta odpowiedź go bardzo zaniepokoiła. Ale nie chciał pytać przy wszystkich.

- Chodź, pogadamy – kiwnął głową w stronę swojego gabinetu i dodał głośniej. – Niniejszym ogłaszam, że impreza zakończona i możecie wracać do pracy.

Kilka osób uściskało Harry'ego jeszcze raz, ten rzucił jeszcze „pozdrówcie Richa!" i wszedłszy do środka zamknął za sobą drzwi. To jeszcze bardziej zmartwiło Gawaina. Nikt nigdy nie zamykał drzwi bez powodu...

- Poważnie, jak się czujesz? – dyskretnie odłożył na bok różdżkę i przestawił swoje krzesło koło Harry'ego w niemagiczny sposób. – Ty i Ginny?

- W porządku. Naprawdę – odparł Harry i rozejrzał się dookoła z krzywym uśmiechem. Kiedy ostatnim razem siedział na tym samym krześle, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Ciemniej. Ciężej. Dziś na nowo wróciły kolory i nadzieja. – Oboje mieliśmy cholerne szczęście. Dostaliśmy to antidotum praktycznie w ostatniej chwili, ale teraz wszystko wraca do normy. Wszystkie wewnętrzne rany zagoiły się bez śladu i przede wszystkim nie straciliśmy magii. Teraz po prostu musimy odzyskać siły, to wszystko.

- Wspaniała nowina, Harry – odetchnął z ulgą Gawain. – Z tego, co wiem, macie porządną opiekę w Klinice.

- Mathias ma na nas oko. Mamy absolutny zakaz używania magii przez cały następny tydzień, a potem musimy uważać. Więc jeszcze przynajmniej przez tydzień będę na zwolnieniu.

Gawain wiedział, że Harry jeszcze nie widział się z Kingsleyem, więc nie wiedział nic o jego pomyśle stworzenia tajnej organizacji w ramach Biura Aurorów. Pewnie dlatego, że sami jeszcze nie mieli czasu na przedyskutowanie szczegółów. Póki co więc postanowił traktować Harry'ego jak jednego ze swoich chłopaków.

- Będziesz na zwolnieniu tak długo, jak trzeba. I wrócisz dopiero wtedy, kiedy ja na to wyrażę zgodę – powiedział ostro. – Żadnego odgrywania bohatera i nic na siłę, rozumiemy się?

- A Rich?

- Rich pracuje w tej chwili z Klaudią i Davidem. I znając go, odstawiłby cię do domu jeszcze szybciej niż ja.

- Fakt, że w tej chwili mógłbym ganiać za ludźmi z kajdankami – przyznał Harry i parsknął cicho. – To nie poprawiłoby wizerunku Aurorów.

- Raczej nie. Ale jest coś, co możesz zrobić – Gawain sięgnął przez biurko i złapawszy niewielki świstek pergaminu podał go Harry'emu. – Poniedziałek dwudziestego szóstego maja, godzina dziewiąta rano, Sala Rozpraw numer trzy. Obecność obowiązkowa.

- Dwudziestego szóstego... – zmarszczył brwi Harry, próbując zorientować się, kiedy to jest. – Co dziś mamy?

- Szesnasty. Za tydzień zaczyna się proces Alex Rayleigh i będziesz zeznawać. Ty, Ginny, panna Granger i Snape.

Ostatnie słowo zabrzmiało jak smagnięcie pejczem; krótkie, rzucone ostrym, lodowatym tonem, jeszcze chwilę wibrowało w powietrzu.

- Właśnie po to do ciebie przyszedłem – skrzywił się Harry. – Hermiona nie będzie mogła uczestniczyć w rozprawie. Snape wyczyścił jej pamięć. Nie wiem, czy wiesz...

Jakby piorun rąbnął nagle z błękitnego nieba, Gawain nie mógłby być bardziej wstrząśnięty.

- CO?!

- Usunął jej wspomnienia z całej tej sprawy – wyjaśnił czym prędzej Harry. – Hermiona myśli teraz, że po prostu znalazła nazwisko Rayleigh podczas kontroli u Powella, powiedziała o tym Snape'owi i poszli...

- Kretyn! Idiota! – Gawain wyrżnął pięścią w stół i zerwał się z krzesła. – Co za...! Niech to szlag trafi! Trzeba być naprawdę ostatnim idiotą, żeby usunąć wspomnienia głównemu świadkowi w tak ważnej sprawie!

Harry przybrał niewinny wyraz twarzy i czym prędzej potaknął. Nie sądził, żeby Snape kiedykolwiek powiedział Gawainowi, że zrobił to na jego prośbę. Gawainowi, czy komukolwiek innemu...

- To jest rozprawa otwarta?

- Nie, zamknięta – parsknął Gawain. – To za... brudna sprawa, żeby ujawniać ją publicznie. Ale to nie ma żadnego znaczenia! Kto wypełni luki w zeznaniach za czas, kiedy Snape siedział w Azkabanie? Rozdzielili się, gdy szukali Rayleigh, kto będzie zeznawał, co widziała i słyszała panna Granger? To najpoważniejsza sprawa od czasu Drugiej Wojny. Ta trucizna zabiła nie tylko czarodziejów, ale i mugoli, musieliśmy ujawnić istnienie magii dwóm osobom niemagicznym, za co przyczepiła się do nas ICW (International Community of Wizzards), musieliśmy dać zgodę na Niewybaczalne, z czego też musimy się tłumaczyć, winną jest jedna z najlepszych wytwórców eliksirów i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, to luki w zeznaniach! Cholera jasna!

Harry wodził wzrokiem za Gawainem chodzącym nerwowym krokiem od ściany do ściany i udawał zgrozę. Równocześnie próbował odepchnąć od siebie poczucie winy.

Nie kazałeś mu usunąć jej wspomnień! Ty tylko prosiłeś, żeby jej pomógł! I na nic by się zdały próby powstrzymania Snape'a. Nie mogłeś używać magii, a nawet gdybyś mógł, nie dałbyś mu rady!

To jego wina. Musiał się domyślić, że to będzie rozprawa zamknięta, więc Hermiona nigdy nie dowie się prawdy.

- Przeklęty Snape – warknął na koniec Gawain. – I odpowiadając na twoje pytanie – nie, nie wiedziałem. Najwidoczniej ZAPOMNIAŁ zgłosić nam ten drobny fakt.

Obaj wymienili pełne jednakowej niechęci spojrzenia i Harry westchnął ciężko.

- Zaraz pójdę powiedzieć to Kingsleyowi.

- Zostaw mi to – zaprzeczył Gawain. – Od wczoraj Kingsley ma istne urwanie głowy z ICW, nie wiem nawet, czy mi uda się do niego dopchać.

Ton, jakim to powiedział, wyraźnie sugerował, że nadszedł koniec dyskusji, co wcale Harry'ego nie dziwiło. Kiedy Gawaina dręczyły jakieś problemy, nie był zbyt rozmowny, a teraz właśnie dostał niezłą dawkę.

- Świetnie. Gawain, będę uciekał, ale... mam jeszcze jedną prośbę.

Gawain machnięciem różdżki przestawił swoje krzesło na miejsce i usiadł ciężko za biurkiem, ale nawet nie spojrzał na stos samolocików przed nim. Jego ludzie zawsze mieli pierwszeństwo.

- Słucham.

- Czy mógłbyś dać mi przepustkę na użycie Inter-Portalu? – na nieme pytanie w oczach szefa, Harry kontynuował. – Do Australii. Dla mnie i dla Ginny.

Gawain odchylił się do tyłu na krześle i zmierzył go długim, poważnym spojrzeniem. Domyślał się oczywiście, że Harry zamierzał szukać Grangerów, po co innego mógł chcieć się tam wybierać, ale osobiście uważał, że to nie miało sensu. Zwariowana wyprawa, bez przygotowań, nie mogła się udać, za to Harry mógł zrobić sobie nieodwracalną krzywdę.

- Oczywiście nie na teraz?

Zakłopotany Harry westchnął ciężko.

- No... właśnie na teraz.

- Harry, kilka lat temu wybrało się tam kilku Aurorów i wrócili z niczym. Kilku doświadczonych Aurorów. Chcesz mi powiedzieć, że teraz chcesz wybrać się tam ty i nie mogąc używać magii chcesz odnaleźć rodziców panny Granger?

Harry z największym trudem opanował pogardliwe prychnięcie. Kilku doświadczonych Aurorów. Jasne. Ludzi, dla których ta wyprawa była niczym innym, jak kolejną misją „BYĆ MOŻE do zrealizowania"! Dla których Hermiona była zupełnie obcą osobą i wisiało im, czy ich znajdą, czy nie!

Oczyma duszy widział swoich kolegów po fachu rozciągniętych na plaży i pijących lodową wersję kremowego piwa! Ale tego nie mógł powiedzieć Gawainowi. Szef chyba by go zabił!

- Posłuchaj... – przechylił się ku niemu przez stół. – Wiem, że powinienem siedzieć w domu i odpoczywać. Ale powiedz mi, jak mam to robić przy tych wszystkich koszmarnych wspomnieniach? Jak wchodzę do salonu, cały czas patrzę pod nogi, bo mam wrażenie, że potknę się o martwego Stworka. Ginny... jeszcze gorzej. Wiesz, jaka ona jest wrażliwa na emocje... a ten dom jest ich pełen. Jakby... jakby tam zostały. Więc pomyśleliśmy, że zamiast siedzieć na tyłku i nic nie robić, moglibyśmy wybrać się tam i choćby rozeznać w sytuacji. Żeby kiedyś, później, móc zorganizować jakąś wyprawę i próbować ich znaleźć. Wtedy Hermiona doszłaby do siebie, bo... nie wiem, czy słyszałeś, ale nie jest dobrze – zakończył smutno i zwiesił głowę.

Gawain wiedział już, że Hermiona Granger znów wpadła w depresję i do tej pory sądził, że z powodu ostatnich przejść. Teraz nabrał podejrzeń, że może był inny powód.

Snape dobrał się do jej umysłu. Wymazał jej wspomnienia, nie wiadomo dokładnie jakie.

To tłumaczyło również, czemu dziewczyna nie stawiła się na przesłuchanie u Kingsleya. I nie odpowiadała na sowy.

Na wspomnienie tamtego poranka jakaś myśl przeleciała mu przez głowę i natychmiast znikła, zostawiając dręczące wrażenie, że powinien coś zrozumieć.

Nie odpowiadała na sowy... Może Snape wmówił jej, że jest mugolką? Przecież jej nie cierpiał...

Nie przesadzaj, nie posunąłby się do tego.

Ale być może zniszczył jej tym umysł. Wystarczyło źle rzucić Obliviate, a on nie miał powodów, żeby być dla niej łagodny. Merlinie... Biedna dziewczyna.

Harry akurat coś mówił, ale Gawain machnął ręką i powstrzymał go.

- Kiedy widziałeś się ostatnio z panną Granger?

Chłopak urwał w pół słowa, lekko zdezorientowany.

- W... poniedziałek? Tak, to był poniedziałek. Więc rozumiesz, w najgorszym wypadku zafundujemy sobie urlop zdrowotny w ciepłym klimacie, a w najlepszym to będzie jakiś krok do przodu.

Panna Granger nie zjawiła się na przesłuchanie... Bo miała wyczyszczoną pamięć... Jeśli dostała ministerialną sowę, to Snape musiał wmówić jej, że ma nie przychodzić...

Na nic. Krążenie wokół tematu nic nie dawało, czuł, że był blisko, ale to, co przychodziło mu do głowy, to nie było TO. Za to przypomniał sobie coś innego z tamtego poranka. Kingsleya mówiącego o Harry'm.

„Harry i Snape są do siebie bardzo podobni w niektórych aspektach. Obaj potrafią się poświęcić dla dobra innych, mają ten sam talent do odkrywania różnych tajemnic i rozwikływania zagadek, tę samą niechęć do ograniczeń, biurokracji i tę samą potrzebę wolnej ręki w działaniu. Mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślą."

Skrzywił się na ostatnie zdanie, ale musiał przyznać, że Kingsley miał rację.

Ten sam talent do odkrywania różnych tajemnic i rozwikływania zagadek... i tę sama potrzebę wolnej ręki w działaniu.

Być może to nie był taki zły pomysł. Prócz talentu Harry miał też motywację, której nie miał żaden z jego Aurorów. Poza tym miał rację, przecież nie pracował, więc mógł spędzić trochę czasu gdzie indziej, żeby odetchnąć od tego koszmaru. I tak do niego wróci i będzie przeżywał na nowo, kiedy zacznie się ten cholerny proces. On, Gawain, musiałby tylko dać mu przepustkę. Nic więcej. To go nic nie kosztowało. Nic prócz tego, że musiałby nagiąć nieco przepisy.

Chociaż... może nie nagiąć. Przecież to właśnie Aurorzy mieli znaleźć Grangerów. Wtedy nie znaleźli, co nie znaczyło, że nie miał prawa spróbować znowu. Teraz.

Poza tym zaakceptował nagięcie przepisów dla Snape'a. Dla cholernego Snape'a! Pozwolił mu wejść aż do gabinetu Ministra z różdżką. Więc chyba mógł zrobić coś dla swojego Aurora?!

Harry przestał mówić i teraz patrzył na niego z niemym błaganiem w oczach. Gawain zawahał się jeszcze tylko kilka sekund, po czym skinął głową.

- Dobrze – powiedział, Harry uczynił ruch, jakby chciał zerwać się na równe nogi, więc przyhamował go kładąc mu rękę na ramieniu. – Pod warunkiem, że wybierzesz się tam tylko... powiedzmy na wyprawę rozpoznawczą. TYLKO na wyprawę rozpoznawczą.

- Oczywiście! – zgodził się natychmiast Harry. – Gawain... nie wiem, jak ci dziękować!

- Żadnej magii, słyszałeś?

- Jakbym Mathiasa słyszał – Gawain posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, więc Harry dodał prędko. – Jasne. Oczywiście. Co tylko zechcesz!

- To nie o mnie tu chodzi – zeźlił się Gawain. - To nie ja się liczę, tylko ty, Harry! Jeśli się dowiem, że rzucałeś jakieś zaklęcia, osobiście poproszę o przeniesienie cię do personelu technicznego.

- Nie tknę różdżki nawet małym palcem! Obiecuję!

Małym palcem. Gawain miał ochotę parsknąć śmiechem. Zamiast tego wstał i podszedł do drzwi.

- Prześlę ci przepustki najpóźniej na poniedziałek. Do tego dam ci list polecający do tamtejszego szefa Aurorów. Niech wyciągnie na nowo listę osób, które nazywają się ... tak, jak panna Granger ich nazwała

- Monika i Wendell Wilkins – podpowiedział Harry, stając w progu. – I listę dentystów!

- Dobra. A teraz zmykaj już, nie wiem, czy wiesz, ale Aurorzy czasem pracują.

Harry uścisnął mu rękę tak mocno, że skrzywił się lekko, machnął mu jeszcze na pożegnanie, po czym wrócił za biurko i aż sapnął na widok wezwania do Wizengamotu, które Harry zapomniał zabrać.

Cholera. Nieważne, prześlij mu razem z przepustkami.

Na myśl o procesie Rayleigh znów przypomniał sobie przesłuchanie Snape'a i nieoczekiwanie z całą jasnością zobaczył to, co przemknęło mu wcześniej przez myśl.

Hermiona Granger nie stawiła się na przesłuchanie. Snape był sam. Mógł im powiedzieć, co chciał. I ukryć, czego nie chciał.

Przyznał się do nielegalnego użycia Imperiusa, do wdarcia się do Ministerstwa, posługiwania się czyjąś niezarejestrowaną różdżką w celu uniknięcia rozpoznania, używania czarnej magii w Ministerstwie do otwarcia gabinetu Oktawii Banks...

Co jeszcze takiego zrobił, co postanowił ukryć?!

Wyglądało na to, że to musiało być coś doprawdy parszywego, skoro zdecydował się usunąć wspomnienia jedynemu świadkowi.

Gawain odłożył na bok pergamin, który bezwiednie miął w ręku, sięgnął po fioletowy kartonik i zaczął pisać do jednego z sędziów Wizengamotu prośbę o wezwanie na przesłuchanie w trybie natychmiastowym, pilnym Severusa Snape'a. Tym razem nie będzie miłej dyskusji w towarzystwie Ministra Magii, ale prawdziwe, rzetelne przesłuchanie.

Piątek, 16 maja,

Londyn, Calvin Street 20

Mieszkanie Dudleya

20:00

Dudley mieszkał na ostatnim, piątym piętrze nowoczesnego budynku przy Calvin Street.

Harry był już u niego kilkanaście razy, więc przyzwyczaił się do powierzchni mieszkania, którą jego kuzyn efektywnie starał się zmniejszyć, rozwlekając wszędzie swoje graty, ale na wszelki wypadek uprzedził Ginny. Cała Nora wydawała się być malutka w porównaniu z jego apartamentem.

Wuj Vernon albo ma za dużo pieniędzy, albo oberwał prawym lub lewym sierpowym od swojego syna.

Wjechali na górę dużą, przeszkloną windą, przeszli przez rodzaj galeryjki, która wiodła do mieszkań i do ogrodu na dachu położonego niżej mieszkania i zatrzymali się przed przeszklonymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Harry nacisnął dzwonek i wstrzymał oddech.

Ze środka dobiegła stłumiona muzyka, która nagle eksplodowała, gdy drzwi otworzyły się i ukazał się w nich Dudley.

- Siema, Kuku! – krzyknął radośnie. – Właźcie, właźcie, bo za chwilę sąsiedzi opierdzielą mnie za hałas!

Weszli i Harry ledwo miał czas nabrać głęboko powietrza i wstrzymać oddech, gdy Dudley porwał go w niedźwiedzi uścisk.

- Dobrze cię widzieć! – klepnął go mocno w plecy, łamiąc mu chyba wszystkie żebra, puścił i odwrócił się do Ginny.

- Os... – zaczął Harry, ale jego głos nie przebił się przez zdarty kobiecy głos i jakiś straszny zgrzyt i Dudley już zamknął dziewczynę w objęciach i aż uniósł do góry. – Trożnie.

Ginny poczuła się, jakby co najmniej ściskała się z Graupem.

- To się da jakoś wyłączyć? – zawołał Harry, gdy oboje stali już w bezpiecznej odległości od jego kuzyna.

- Już się kończy! A co, Zombie nie lubisz? - roześmiał się w odpowiedzi Dudley i machnął ręką w kierunku salonu. – Co tam słychać, Kuku? Zrobili cię w końcu królem, prezydentem czy kacykiem tego waszego cyrku?

Merlinie, za jakie grzechy...

Harry westchnął demonstracyjnie, posłał Ginny krzywy uśmiech i powlókł się za Dudleyem. Chyba w ramach zemsty za nazywanie go Wielkim De, Dudley mówił Harry'emu „Kuku". Miało to być zdrobnienie od „kuzyna" i, Harry musiał to przyznać, brzmiało o wiele bardziej kretyńsko.

Dudley posadził ich na kanapie, postawił na szklanym stoliku trzy olbrzymie szklanki i przyniósł świeży sok pomarańczowy. Od powrotu do normalnego świata zaczął na poważnie karierę boksera i teraz w jego domu nie można było znaleźć ani krzty niezdrowego pokarmu. Nie pijał coca-coli, nie jadał Marsów czy Sneakersów, ale tylko i wyłącznie batoniki energetyczne dla sportowców, wyciskał sobie sam soki owocowe i przestrzegał ściśle godzin specjalnie opracowanych posiłków.

Ale doprawdy mu to służyło. Wysoki, szczupły, był teraz jedną masą mięśni i Harry jako Auror potrafił docenić zalety takiej budowy. Nie, żeby chciał tak wyglądać. No, może odrobinę...

Teraz Dudley obrzucił go uważnym spojrzeniem i drugim takim samym obdarzył Ginny.

- Jak się macie? Mam jakieś takie wrażenie, że nie jesteście w formie olimpijskiej? – zauważył i napełnił szklankę Ginny aż do samej góry. – Pij, pij, bo za chwilę cię mucha przewróci. Samo zdrowie, gwarantuję!

- Byliśmy chorzy – wyjaśnił Harry. Nie próbował mówić nic więcej, nie żeby miał szansę.

- Złapałeś świnkę? – zachichotał Dudley, robiąc wymowny gest w stronę swoich pośladków. – Jakoś nie pamiętam, czy tak naprawdę ją miałeś, czy nie.

- Nie przypominam sobie.

- Moje pierwsze spotkanie z czarodziejami skończyło się świńskim ogonem wiszącym mi z ... tyłka – zwierzył się Dudley Ginny. – Hagrid, tak? No więc Hagrid rąbnął mnie jakimś zaklęciem i zmienił w prosię. Potem zdaje się twoi bracia obdarzyli mnie stumilowym językiem. Nie ma się co dziwić, że teraz nazywam twojego ukochanego „Kuku".

- Przecież ja nic ci nie zrobiłem – zaprotestował Harry.

- Jak to nie?! Ty i ten cały Waldemart spieprzyliście mi cały sezon. Jakbym wtedy porządnie trenował, dziś byłbym pierwszą nadzieją Wielkiej Brytanii i taki Lennox Lewis mógłby się schować.

- Lennox? – dziewczyna spytała bezgłośnie Harry'ego, ale ten tylko wzruszył ramionami i równie bezgłośnie odparł: „Nie pytaj" i odwrócił się do Dudleya.

- Zapomniałeś dodać, że dzięki mnie miałeś okazję poderwać córkę Dedalusa Diggle.

- Związek bez przyszłości – skwitował Dudley. – Poza tym to ona mnie rzuciła. Chyba nie mogła ze mną wytrzymać.

- Wcale się jej nie dziwię. Dudley, czy ty czasem milkniesz?

- Owszem. Kiedy zakładają mi rynienkę przed wejściem na ring.

- Silencio nie działa? – mruknęła Ginny, przechylając się do Harry'ego i patrząc na Dudleya z mieszaniną zgrozy i rosnącego podziwu.

- Słyszałem, mała – odpowiedział natychmiast Dudley, celując w nią dwa palce, jakby mierzył z pistoletu. – Pamiętam, Dedalus ciągle mnie tym straszył. Ale nigdy mnie tym nie rąbnął.

- Jaka szkoda – rzucił filozoficznie Harry, patrząc wymownie w sufit.

- Czemu? – zaciekawiła się równocześnie Ginny.

Dudley zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć.

- Bo to zaklęcie nie jest permanentne – stwierdził w końcu. – Choć za którymś razem myślałem, że go wreszcie szlag trafił i mnie wykończy, ale nie, nie odważył się. Wiecie, w końcu Harry Potter, Sir, to moja bliska rodzina – wyszczerzył się radośnie.

Harry poczuł, że już dłużej tego nie zniesie.

- De, na pieprzone, workowate gacie Merlina, zamknij się i słuchaj!

Dudley gwizdnął głośno i zerknął na Ginny.

- No, to teraz pojechałeś, Kuku. Nieźle – mrugnął do niej, cofnął aż pod samo oparcie i kiwnął głową. – Dobra, zamykam się. Mów.

Harry przez moment napawał się błogą ciszą. Już po kilku minutach słuchania bez przerwy jego dudniącego głosu zaczęły świerzbić go ręce. Tak jak za każdym razem, gdy się spotykali.

- Potrzebujemy twojej pomocy – zaczął w końcu. – Pamiętasz, jak ci opowiadałem, że Hermiona wysłała swoich rodziców do Australii?

- Ta co wydrylowała im mózgi, żeby wszystko zapomnieli, tak?

Merlinie, za chwilę go zabiję. Bez użycia magii. Nie zdąży nawet drgnąć.

- Tak, ta. No więc teraz chcemy ściągnąć ich z powrotem. Dlatego potrzebuję listę wszystkich dentystów w Australii i listę wszystkich Monik i Wendellów Wilkins. Dasz radę to wyciągnąć?

Dudley zastanawiał się przez jakiś czas, patrząc gdzieś na szafki, ale wyraźnie ich nie dostrzegając. Harry bez mała słyszał, jak obracają się trybiki w jego głowie. Lecz po chwili skrzywił się i potrząsnął głową.

- Do dupy. Trzeba wymyślić co innego.

- Co masz na myśli?

- Ty sobie wyobrażasz, ile tam może być dentystów? Prywatnych, państwowych, klinik, pracowni specjalistycznych, ortodontów? – Dudley uczynił szeroki gest, jakby pokazywał cały świat i prychnął. – Niedawno byłem na zawodach w Stanach. Jimmy, mój trener, zawsze ma listę lekarzy rozmaitych specjalności, jakby nasi nie mogli dać sobie rady. Tylko w Dakocie Północnej było ich... nie wiem, ze trzy tysiące?

TRZY TYSIĄCE? To ile jest w całej Australii? Harry i Ginny wymienili zszokowane spojrzenia, a Dudley ciągnął.

- Poza tym kto powiedział, że oni otworzą gabinet pod własnym nazwiskiem? Mogą być tylko zatrudnieni w jakiejś przychodni i klapa, już ich nie ma na wykazie.

- Cholera.

- Trafiłeś w dziesiątkę, Kukuś – fakt, że Harry nawet nie zareagował, najlepiej świadczył o tym, jak był przybity. – Całe szczęście, że ta twoja Hermiona nie wpadła na pomysł nazwać ich John Smith czy coś w tym guście, bo byśmy mieli już zupełnie przesrane. Ale szukać samych Monik albo Wendellów też nie ma sensu, jeśli chcecie ich znaleźć przed końcem tego tysiąclecia. Trzeba ich dopaść jakoś inaczej.

Harry nagle zrozumiał, że pięć lat temu jego koledzy nie przeleżeli kilku dni na plaży. Porwali się na niemożliwe.

Cholera, nie mogła ich wysłać do Luxemburga?

Starając się znaleźć jakieś rozwiązanie przenieśli się do kuchni i ku zdumieniu Harry'ego i Ginny Dudley, kiedy już się uspokoił, okazał się skarbnicą pomysłów. Prócz spędzenia niemal roku w świecie czarodziejów widywał się w miarę regularnie z Harry'm, więc nie tylko nadążał za jego wyjaśnieniami, ale też miał jakie takie pojęcie, jakie są czarodziejskie możliwości. To raczej Ginny czuła się zupełnie zagubiona, bo nie wiedziała, jak wygląda mugolska rzeczywistość.

Odrzucili opcję zaangażowania mugolskiego detektywa, bo trzeba byłoby za dużo tłumaczyć, proszenia Kingsleya, żeby namówił Tonny'ego Blaira, by porozmawiał z czołowymi australijskimi senatorami (Harry dowiedział się, że Blair miał dość czarodziejów jeszcze zanim dowiedział się prawdy o Dublinie) i skreślili pomysł Harry'ego ogłoszenia czegoś w rodzaju listu gończego za nimi (Wanted by FBI? Po cholerę, żeby prysnęli przez zieloną granicę?).

Kawałki marchewki al dente dogotowywały się właśnie w garnku, łódeczki z ziemniaków oprószone posiekanym czosnkiem były już podsmażone na chrupko, gdy Ginny przewróciła na patelni piersi z kurczaka. Miały już piękny złoty kolor i czas było zdjąć je z ognia. Ale nie musiała wołać chłopaków, którzy stali na balkonie i patrzyli na panoramę miasta, aromatyczny zapach zrobił to za nią. Prędko pomogli w nakryciu do stołu, usiedli na wysokich stołkach i jedząc zaczęli dyskutować jedyny sensowny pomysł, jaki przyszedł im do głowy.

- Na pewno jest jakiś rejestr dyplomów lekarskich – dowodził Dudley, wgryzając się w soczyste mięso. – Lekarze, prawnicy czy nauczyciele nie mogą tak po prostu pójść do pracy tłumacząc, jakie to mają doświadczenie zawodowe, muszą nostryfikować swoje dyplomy. Spróbuj się do tego dopchać, Harry. Głowę ci daję, że nie znajdziesz setek dentystów, którzy nazywają się Monika i Wendell Wilkins.

Harry nabił na widelec kawałek ziemniaka i rozsmarował odrobinę musztardy na spieczonej, trzeszczącej jeszcze skórce.

- Gawain obiecał mi wczoraj, że poprosi kogoś z tamtejszego Ministerstwa o listę dentystów i Monik i Wendellów i że najpóźniej na poniedziałek to będę miał, ale nie wiem, jak dostać taki rejestr. Już nie mówiąc o tym, że mam poważne wątpliwości co do tej listy dentystów.

- Czemu?

- Bo oni nie bardzo wiedzą, co to jest. Kilka lat temu jeden z naszych profesorów pytał, czy dentysta to bardzo niebezpieczny zawód.

- Dla pacjenta na pewno – rzucił filozoficznie Dudley. – Ale jeśli możecie dostać się do danych wydziału ewidencji czy ludności, czy jak go tam zwał, to czemu nie do jakiegoś innego? Nie macie tam swojej wtyczki?

- No właśnie nie – westchnął Harry. – Choć generalnie świat czarodziejski nie ma nic wspólnego z mugolskim, czasami musimy mieć wgląd i kontrolę nad tym, co się u was dzieje. Ale to się ogranicza do danych cywilnych i meldunkowych.

- Na przykład kiedy? – zapytała zaciekawiona Ginny, lejąc cieniutki strumyczek oliwy z oliwek na warzywa.

- Jak jacyś mugole są świadkami czarów. Wtedy trzeba ich odnaleźć i wyczyścić im pamięć, więc musimy mieć dostęp do aktualnych adresów.

- Jak wtedy, gdy przegoniłeś te parszywe straszydła? – wzdrygnął się Dudley.

Albo jak lata się nad Londynem latającym Fordem Anglia dodał w myślach Harry, ale nie powiedział tego na głos.

- Dokładnie. Możemy też musieć uaktualniać dane cywilne. Czasem mieszane pary życzą sobie, żeby fakt ślubu, narodzin dziecka czy zgonu był odnotowany również wśród mugoli. Jakiś rok temu mieliśmy taki przypadek. On był pół na pół, ona mugolaczka i pochodziła z arystokracji i warunkiem otrzymania jakiegoś kolosalnego spadku było jej zamążpójście i posiadanie potomstwa – Harry wzruszył ramionami.

- Układane małżeństwo? – Ginny odstawiła oliwę na bok i aż skrzywiła się z niesmaku. – Myślałam, że tylko w środowisku czystej krwi tak bywa.

- Ależ nie – zaprotestował Harry. – To cudowne małżeństwo! Jason należy do personelu technicznego, czasami go widuję i wygląda na najszczęśliwszego człowieka na ziemi!

Dudley zamarł, patrząc się na Ginny. Dziewczyna już chciała się odezwać, gdy nagle rąbnął ręką w stół, aż podskoczyły wszystkie sztućce, talerze i szklanki, przełknął, co miał w ustach i krzyknął:

- Mam! Genialne! To jest to, czego szukamy!

Po czym zerwał się ze stołka i spacerując wzdłuż całego stołu zaczął wyjaśniać swój pomysł.

Harry przyglądał się mu z rosnącym podziwem. Dudley mógł być upierdliwy, męczący i cholernie wkurzający, ale trzeba było przyznać, że miał łeb nie od parady!

- Nie będziesz szukał setek tysięcy gabinetów czy ganiać za tysiącem Monik czy Wendellów – podsumował Dudley z szerokim uśmiechem. – Zrobimy tak, że to oni przyjdą do ciebie!

Koniec rozdziału II

Piątek, 16 maja,

Spinner's End,

23:45

Severus przyglądał się w zamyśleniu wezwaniu na dodatkowe przesłuchanie wstępne, który przyniosła mu dziś w południe ministerialna sowa. Na poniedziałek, na ósmą rano.

Czyli poniedziałek po południu w Australii.

Było w tym coś... nie umiał sprecyzować co, ale coś mu nie pasowało. Coś było nie tak.

Choć nie należało się dużo zastanawiać. Wszystko było nie tak.

Przesłuchanie miał prowadzić Robards. Na samo wspomnienie jego słów „Szkoda, że muszę ci przypominać, że uratowałem ci życie, Snape." znów zalała go wściekłość. Biorąc pod uwagę ich wzajemne stosunki, nie sądził, żeby to spotkanie skończyło się dobrze. Dla nich obu.

Poza tym w poniedziałek rano miał być w Australii. Przed chwilą dostał odpowiedź od Andersona, tamtejszego Mistrza Eliksirów, który zapraszał ich na niedzielę rano. Oczywiście nie wykluczało to powrotu do Anglii na tę godzinę czy dwie, ale...

Ale nie widział sensu w dodatkowym przesłuchaniu. Przecież powiedział im już wszystko, od samego początku, przekazał z tuzin fiolek ze wspomnieniami, więc nawet jeśli dureń Robards czegoś nie pojął, nie zapisał czy nie dosłyszał, mógł je sobie przejrzeć i dowidzieć. Po co więc dodatkowe przesłuchanie. I w dodatku pilne?

Słysząc skrzypnięcie na piętrze Severus odruchowo spiął się i zacisnął palce na różdżce. I dopiero po sekundzie zrozumiał, że to Hermiona Granger krzątała się w malutkim pokoiku.

Nie był przyzwyczajony do towarzystwa w tym domu i każdy dziwny dźwięk wywoływał w nim taką samą reakcję.

Sam ją ściągnąłeś powiedział sobie od razu, przypominając wczorajszy dzień. Co prawda nie to planował, jak do niej szedł, miał tylko usunąć jej wspomnienia, lecz...

I nagle go oświeciło! To musiało być to!

Potter musiał pobiec do swojego ukochanego szefa i donieść, że on, Snape wyczyścił pamięć „pannie Granger"! I gdy Robards zorientował się, że stracił jednego z dwóch głównych świadków, czym prędzej wezwał go, zapewne w celu uzupełnienia ewentualnych luk do mowy oskarżenia!

Idiota! Miał wszystkie jego zeznania i WSPOMNIENIA. Wspomnienia, które wystarczały do skazania Rayleigh nie raz, a dziesięć razy. Czego jeszcze mógł chcieć?

Chyba ten dureń nie spodziewa się, że powiesz mu to, co widziała Hermiona Granger! Choć po Robardsie można oczekiwać wszystkiego.

Poza tym dziewczyna jednak będzie mogła zeznawać.

Severus przedarł na pół niewielki pergamin i dotknięciem różdżki sprawił, że zniknął. Czas było skończyć z głupotami i wrócić do przygotowań do ich wyprawy.

CZĘŚĆ WENDELL

Sobota, 17 maja,

11h00,

Mieszkanie Moniki i Wendella / Egency Travel

Monika jeszcze raz przyjrzała się notatkom i westchnęła ciężko. Wyjazd Wendella do Anglii przedstawiał się kiepsko. Bardzo kiepsko.

AirDream proponował samolot do Atlanty w poniedziałek po południu, następnie autobus do Nashville, drugi do Detroit, samolot do Nowego Jorku i stamtąd do Londynu. W cztery dni.

Wendell był chory ze wściekłości.

- Co to ma być? W 80 dni dookoła świata, czy jak?! Czy ja jestem James pieprzony Cook?! Dobrze, cholera, że nie proponują wpław do Anglii!

Biorąc pod uwagę ich zarobki i chodzący im coraz częściej po głowie pomysł sprzedaży firmy w Mackay, nie mogli sobie pozwolić na kupienie biletu na jakikolwiek inny samolot.

Z drugiej strony mogli spróbować żądać zwrotu kosztów, nie musieliby dopłacać za pobyt Wendella w Londynie, bo Uniwersytet Queensland nie pokrywał żadnych dodatkowych kosztów, z wyjątkiem jego obecności jako osoby towarzyszącej na bankiecie, a gdyby Monika skróciła swój pobyt w Londynie, nie musieliby płacić również i za Green Rooms...

Decyzja nie była prosta, ale w końcu ją podjęli. Wendell wyszedł na werandę, zaś Monika usiadła do komputera, żeby zawiadomić Egency Travel, agencję, która obsługiwała Uniwersytet Queensland, o zmianach w jej podróży.

Pół godziny później Amy, młoda stażystka w Egency Travel odebrała maila.

Jakaś Monika Wilkins przesuwała powrót z Londynu do Grange z niedzieli 25 maja na piątek 23 maja.

Ufff! Wolała skracać pobyt, niż go wydłużać, szczególnie, jeśli w grę wchodziła wiza i certyfikaty medyczne, wymagane w niektórych krajach.

Sprawdziła notatki i zaczęła od przebookowania samolotu. Następnie do godzin wylotu i przylotu dopasowała zdanie samochodu w Hertzu na Heathrow, skorygowała ubezpieczenie i rezerwację taksówki z lotniska Gold Coast do Grange.

Notatki na tej stronie się kończyły, ale Amy wiedziała, że został jej jeszcze hotel. Sięgnęła, żeby przewrócić kartkę, gdy naraz poczuła czyjś ciepły oddech na szyi.

- Co robisz, Piękności? – usłyszała szept tuż koło ucha.

O Jezu. James był nie tylko przystojny, ale i seksowny jak cholera. Wszystkie dziewczyny z agencji robiły do niego maślane oczka i pomyśleć, że on wolał właśnie ją...

- Och, nic. Już skończyłam.

- Tak? To może zaczniemy co innego – James obrócił jej krzesło w swoją stronę i rozchylił kolanem jej nogi. – Stary wyszedł już do domu, mamy chwilę, zanim przyjdzie popołudniowa zmiana.

Podniósł ją, pocałował, Amy aż zakręciło się w głowie i zapomniała o całym świecie.

CZĘŚĆ HERMIONA

Spinner's End

Koło 13-tej (23:00 w Brisbane)

O ile wczorajszy dzień był naprawdę piękny, dziś po niebie płynęły powoli ciężkie, ołowiane chmury i temperatura poleciała w dół o dobre kilka stopni. W panującej w domu ciszy doskonale było słychać wiatr, szepczący w kominku i wiejący za oknem, bulgotanie dochodzące z kuchni i niewyraźne puknięcia w salonie.

Hermiona spojrzała ponuro po raz tysięczny na zegar, który wskazywał dopiero trzynastą. A mogłaby przysiąc, że od rana minęło już chyba z 50 godzin! Jego powolne tykanie brzmiało szyderczo i zupełnie nie pasowało do rytmu bicia jej serca. Gdyby to ono odliczało mijające sekundy, już dawno byłby wieczór!

Tymczasem do jedenastej wieczorem zostało jeszcze dziesięć godzin i wyglądało na to, że będą trwać kolejne kilka dni. Co gorsza, spędzane w samotności.

Severus od rana zaszył się w swojej pracowni i zabronił sobie przeszkadzać, więc Hermiona nie mogła go męczyć pytaniami. Przypuszczała, że miało to związek z tym, co mu powiedziała wczoraj wieczorem, więc zanosiło się, że szybko stamtąd nie wyjdzie.

Żeby nie oszaleć, zaczęła równocześnie gotować obiad, sprzątać i wpadła na pomysł przepakowania swojej walizki i posegregowania tematycznie wszystkich książek, które mieli zabrać. Ale nawet rozkładając je na kilka różnych kupek nie mogła przestać rozmyślać o tym, jak będą wyglądać nadchodzące dni. To, co mieli zrobić, było dla niej całkowicie nowe i, musiała to przyznać, budziło pewną nieufność.

Wczoraj przekopali się przez wszystkie, nawet te czarnomagiczne księgi, przeczytali wszystkie teorie uczonych czarodziejów i zgodnie z obecnym stanem wiedzy nie istniała żadna szansa na odnalezienie jej rodziców za pomocą magii. Żadna.

Severus miał jednak nadzieję, że był ktoś, kto mógł to zrobić. Aborygeni. Ludzie, którzy żyli całkowicie odcięci od cywilizacji, posługiwali się tylko i wyłącznie magią bezróżdżkową, nie znali czegoś takiego jak nauka czy księgi, ba, nie wynaleźli nigdy nawet własnego pisma!

Dla Hermiony to był wstrząs. Oczywiście wierzyła mu, rozumiała jego wyjaśnienia, ale... nie czuła tego.

Spojrzała na trzymaną w ręku książkę, ale zamiast niej zobaczyła nagle scenę z wczorajszego wieczoru.

Siedzieli przy stoliku, ona na kanapie, on na fotelu obok, i dyskutowali już od dobrych kilku godzin.

- Żeby zaklęcie wyszukujące zadziałało potrzebna jest porządna, mocna relacja między Szukającym i Szukanym. Co przekreśliłam rzucając Factum. Więc jak chcesz posłużyć się którymś z nich? – spytała Severusa.

Starała się brzmieć spokojnie, ale w jej przekonaniu właśnie żegnała się ze swoimi marzeniami, więc nie bardzo jej to wyszło. Czym prędzej spuściła wzrok na ponurą okładkę ostatniej księgi, w której miała nadzieję znaleźć jakąś odpowiedź. Była całkowicie pewna, że w tej chwili jej dusza i serce niewiele się od niej różnią.

- Istotnie, relacje między wami nie są mocne – odparł Severus – ale cały czas istnieją. Więc spróbujemy je wzmocnić.

JAK?! Miała ochotę wykrzyczeć mu to prosto w twarz!

- Nie znaleźliśmy żadnego zaklęcia, które by to sprawiło. Nic, po prostu nic! Nawet w tej księdze, której nie pozwoliłeś mi dotknąć!

- Te księgi to nie wszystko. Są jeszcze inne rodzaje magii, którymi możemy się posłużyć.

W Hermionie wszystko zamarło. Serce, oddech, nawet umysł, jakby nie chciała myśleć, żeby przypadkiem źle nie zrozumieć.

- ... To znaczy?

Severus usiadł wygodniej i potarł dwoma palcami nasadę nosa.

- Zakładam, że określenie Starożytna Magia jest ci znane? – spytał i Hermiona natychmiast przypomniała sobie o magii krwi chroniącej Harry'ego przed Voldemortem i piknęła w niej nadzieja. -

Więc wiesz, że ta magia nie ma nic wspólnego z tą, którą my się posługujemy. To magia życia i śmierci, służąca do kontaktów z bogami, przodkami czy zwierzętami, dająca władzę nad ludzkimi sercami, umysłami i duszami. Pozwala wpływać na pogodę, uzdrawiać, a nawet ponoć wskrzeszać zmarłych. Do jej materializacji nie potrzeba różdżek. Ten rodzaj magii zanikł już niemal zupełnie, czy raczej to my go zabiliśmy, w naszej pogoni za łatwiejszym, wygodniejszym życiem, wynajdując tysiące maluczkich, nieistotnych zaklęć do zawiązywania sznurówek, przywoływania rzeczy leżących o wyciągnięcie ręki, czy napełniania pucharów wodą z różdżki. Ale są jeszcze na ziemi ludzie, którzy mają do niej dostęp. Rdzenne plemiona murzyńskie, indiańskie czy też australijscy Aborygeni. Ludzie, których nazywa się często pogardliwie „dzikusami", którzy nie mają praktycznie żadnego kontaktu z cywilizacją i posługujący się właśnie tą dawną magią bezróżdżkową.

Nie ważne, że na dworze zapadła noc – w jej sercu wstało właśnie słońce.

Merlinie, ZNAJDZIEMY ICH! Miałaś rację! Nie dałby ci nadziei, gdyby nie znał jakiegoś sposobu! Mój Boże, on wie chyba wszystko...!

Uśmiechnęła się szeroko, rozluźniła i pozwoliła sobie słuchać. Tym bardziej, że Severus mówił w sposób, który uwielbiała. Nie, nie mówił, on malował słowami! I głosem. Cichym, miękkim, sprawiającym, że nie musiała zamykać swoich oczu, żeby widzieć to, o czym opowiadał. Wystarczyło, że patrzyła w jego.

- Pewnie przypominasz sobie, jak będąc małą dziewczynką sprawiałaś, że kwiaty poruszały płatkami, albo że mogłaś zeskoczyć z huśtawki i nic sobie nie zrobić? Czy gdy byłaś naprawdę przerażona, pękały szklanki lub szyby w oknach i nagle robiło się ciemno? To tylko dalekie przebłyski naszych dawnych zdolności. I to nie TEN rodzaj magii. Dla nas on jest już niemal bezpowrotnie stracony...

Zniknął świat dookoła i Hermionę otoczyli jej rodzice i... starożytni indiańscy kapłani. Pochylali się nad leżącymi koło niej ludźmi i uzdrawiali ich samym tylko głosem... Po chwili kapłani znikli i ich miejsce zajęła mała dziewczynka o długich, rudych włosach. Otworzyła zaciśniętą piąstkę i pokazała im stokrotkę, która rozwijała i zwijała białe płatki... I nagle aż włosy zjeżyły jej się na karku, gdy ogarnął ją przejmujący strach i wszystko pochłonęła aksamitna czerń.

- ... mnie? – usłyszała i nagle znów znalazła się na kanapie w saloniku i patrzała mu w oczy.

- Ttak? Mów dalej – otrząsnęła się i odetchnęła głębiej, żeby się uspokoić.

Severus przyjrzał się jej uważnie i skrzywił się.

- Tak więc, jak mówiłem, zanim przestałaś mnie słuchać...

- Przeprasza...

- Nie przerywaj, bo za chwilę to ty będziesz kontynuować – sarknął natychmiast. – W naszej..., a raczej w twojej sytuacji będziemy musieli zdać się na starożytną magię. Chyba, że wolisz odwiedzać wszystkich dentystów w całej Australii. Ewentualnie prosić o pomoc Aurorów, ale wtedy byłoby zdecydowanie lepiej wybrać tych zdolniejszych, choć nie wiem, czy istnieje choć jeden taki.

Hermiona przygryzła usta. Boże, on znów źle zrozumiał...

- Nie wiem, którą z relacji Aborygeni będą mogli wzmocnić, ale skoro nie ma nic silniejszego niż więź krwi, sądzę, że ta byłaby najlepsza. To powinno sprawić, że zaklęcia wyszukujące zadziałają, ale nie potrafię powiedzieć, jak długo to będzie trwać, ani jak będą silne, więc im bliżej twoich rodziców będziemy, tym większe mamy szanse.

O, Merlinie...

- Ale ja nie mam pojęcia, gdzie oni mogą być! Kazałam im po prostu przenieść się do Australii. Gdybym tylko wiedziała, jakie będą tego skutki...

- Modyfikacja pamięci jest kombinacją wyraźnego polecenia wypowiadanego w momencie rzucania zaklęcia, oraz przekazu własnych myśli, nawet tych ukrytych głęboko w podświadomości – przerwał jej Severus. - Inaczej albo musiałabyś im tłumaczyć wszystko godzinami, albo zaklęcie byłoby niekompletne.

Słońce zalało jej serce gorącymi promieniami i przegnało czające się jeszcze gdzieniegdzie cienie.

- To znaczy, że jeśli myślałam akurat o... na przykład o Melbourne, to kazałam im przenieść się do Melbourne? – spytała z ożywieniem.

- Tak. Twoi rodzice przejęli w tamtym momencie wszystko, o czym mówiłaś i myślałaś. Będę więc musiał przejrzeć twoje wspomnienia z tamtego momentu. Ja i ktoś jeszcze. Jednak...

Na myśl, że ktoś jeszcze ma wejść do jej umysłu Hermiona zmarszczyła brwi, ale nie zdążyła pomyśleć nic innego, gdy przed nimi pojawił się Patronus – świetlista jaszczurka, tak olbrzymia, że ledwo mieściła się między fotelem a kominkiem, i odezwała się lekko zachrypłym, męskim głosem.

- Nie ma sprawy, Severusie. Czekam na was w niedzielę o dziewiątej rano przy wejściu do Birriani Spróbuję ściągnąć Yunupingu, a co dalej, to zobaczymy, ale nie martw się.

Po czym olbrzymi gad obrócił się z zaskakująca zwinnością, zakołysał ogonem i czmychnął w ciemność kuchni. Jego blask znikł, ale Hermiona miała wrażenie, że zostało ciepło, nadzieja i... rozpierające pierś szczęście. Jeszcze nigdy nie kochała tak bardzo jaszczurek!

- To był Patronus... – zawiesiła pytająco głos.

- Nadzwyczaj trafne spostrzeżenie – stwierdził jadowicie Severus, ale domyślił się, o co jej chodziło. – To był Patronus Andersona, jednego z dwóch australijskich Mistrzów Eliksirów. Dziś rano zapytałem go, kiedy możemy się zjawić i wyjaśniłem w jakiej sprawie.

- Myślałam, że profesor Dumbledore wymyślił ten sposób na przekazywanie wiadomości dla Zakonu Feniksa?

- Co stało się powszechnie znane. Więc tym bardziej jako członek tego samego Zakonu uznałem, że mogę go dalej używać - wzruszył ramionami. – Mógłbym wysłać mu sowę, ale Australia jest trochę zbyt daleko, by liczyć na szybką odpowiedź, a odniosłem wrażenie, że nie chcesz czekać tygodniami.

Hermiona uśmiechnęła się radośnie. Jak zwykle miał rację i jak zwykle musiał skorzystać z okazji, żeby przy tym ponarzekać. W zasadzie to chyba nawet takie zachowanie zaczynało ją bawić.

- W niedzielę o dziewiątej rano... czyli dla nas to będzie... jedenasta wieczorem? Czy dziewiąta? - przeliczyła szybko na obie magiczne strefy czasowe.

- Jedenasta. Birriani jest trochę na północny wschód od Metropolii.

Jedenasta. Jutro o jedenastej wieczorem miał zacząć się dla niej nowy dzień. Jeden z ważniejszych w jej życiu. I to dzięki mężczyźnie siedzącemu naprzeciw.

Hermiona nagle poczuła straszne znużenie. Tak wiele wydarzyło się od wczorajszego południa. To była prawdziwa mieszanina radości i nadziei oraz strachu przed porażką. Była na samym dnie, gdy zjawił się Severus i jednym krótkim zdaniem odegnał dręczące ją demony i przywrócił nadzieję. Prawie nie spała w nocy, marząc i planując. Wchodząc powoli na szczyt. I gdy już uwierzyła, znów upadła nisko, kiedy zrozumiała, że nie może posłużyć się magią. I wtedy znów Severus wyciągnął do niej rękę.

Ale teraz koło się zamknęło. Severus miał plan, do którego potrzebował pomocy i właśnie dowiedzieli się, że ją dostaną. Miała oczywiście pełno wątpliwości, ale nagle poczuła, że nie jest w stanie nawet ubrać ich w słowa.

- Wiesz co, chyba położę się spać – westchnęła ciężko i stłumiła ziewnięcie. – Ostatnio nie sypiam za dobrze, a jutro przed nami bardzo długi dzień.

- Wiesz, gdzie jest t... pokój, w którym możesz spać.

Hermiona odłożyła na stolik książkę, której okładka nagle przestała być ponura i wyglądała po prostu jak... szaro-bura, pochlapana okładka i spojrzała na mężczyznę siedzącego na fotelu obok. On też potrzebował czegoś, co by sprawiło, że dostrzegłby tylko okładkę, nic więcej.

- Severus...? – przez kilka kosmyków włosów, które osunęły mu się na oczy dostrzegła, że uniósł pytająco brew do góry, więc uśmiechnęła się ciepło i coś w niej naraz zapragnęło je odgarnąć na bok, ale nie ośmieliła się. – Nie odbieraj wszystkiego źle. Nie patrz na wszystko i wszystkich, jakby chcieli tylko i wyłącznie cię zranić. Czas, żebyś zaczął widzieć wszystko w innych kolorach, niż tylko czarny.

- Mogłabyś mnie oświecić i powiedzieć, o co ci chodzi? – spytał niechętnie.

- Kilka minut temu... nie przestałam cię słuchać. Wręcz przeciwnie, ja się zasłuchałam. Kiedy tak mówisz, mogłabym słuchać cię wiecznie. Dlatego, że cudownie opowiadasz. Kiedyś już ci to mówiłam, pamiętasz? – przez kilka sekund mogła dojrzeć całą gamę emocji w jego oczach, ale niemal natychmiast stały się puste, zupełnie, jakby postawił Tarczę. – W sumie miałeś rację, Merlin pasuje do ciebie o wiele bardziej. Dziękuję za wszystko, Severusie. Dobrej nocy.

Odwróciła się i dopiero, gdy podeszła do schodów na górę, usłyszała jakieś niewyraźne mruknięcie. Zabrzmiało podejrzanie podobnie do „Daruj sobie"*, ale Hermiona postanowiła nie doszukiwać się w tym niczego.. szaro-burego.

Jakiś mocniejszy powiew wiatru odbił się echem w kominku i dziewczyna raptownie wróciła do rzeczywistości.

Mogłabym słuchać cię wiecznie". Boże, trochę wczoraj cię poniosło. Nawet bardziej niż trochę.

Wygląda na to, że jak jesteś zmęczona, to masz jakieś napady... szczerości.

Jakby wbrew sobie Hermiona uśmiechnęła się na wspomnienie jego miny. Przez jedną krótką chwilę wyglądał na zupełnie bezbronnego. Zupełnie jak kilkanaście dni wcześniej, gdy odwiedzała go w Azkabanie. Choć wtedy odważyła się go dotknąć...

- Zajmij się może czymś produktywnym – prychnęła do siebie i spojrzała na trzymaną w ręku książkę. – Magia ludów pierwotnych.

To było dokładnie to, na co przyszło im liczyć. I co z pewnymi oporami w końcu zaakceptowała. Nie żeby wierzyła w Aborygenów, których nie znała i którzy nie potrafili pisać i czytać. Ale wierzyła w Severusa. Za to niepokoiło ją kilka innych spraw.

Po pierwsze, dlaczego będąc Mistrzem Legilimencji, potrzebował czyjejś pomocy, żeby zbadać jej myśli? Czyżby coś było z nią nie tak? A może tak naprawdę zamierzał zrobić co innego, ale nie mówił jej wszystkiego? Choć zgodziłaby się na wszystko. Absolutnie na wszystko. Merlinie, nawet na czarną magię, jeśli tylko to on by jej używał!

Po drugie nie dawał jej spokoju jego komentarz o tym, że za pomoc Aborygenom będzie musiała zapłacić inaczej niż pieniędzmi. Nie umiała sobie wyobrazić, co mógł mieć na myśli i miała tylko nadzieję, że skoro niejako na to zezwalał, nie było to nic... nic...

Nagle z kuchni dobiegł głośny łoskot i syk i Hermiona gwałtownie wróciła na ziemię. Boże, obiad!

Zerwała się na równe nogi, jednym ruchem odrzuciła książkę byle gdzie na kanapę i pognała do kuchni.

Miała szczęście. Drobno pokrojone ziemniaki właśnie zaczęły się gotować i to tylko bulgocząca woda strąciła pokrywkę i wykipiała na kuchnię.

- Cento onis! – zgasiła zupełnie ogień, odczekała chwilę zanim zapaliła go na nowo i spróbowała zaklęciami wyregulować płomień. - Już wiesz, jak mu się odwdzięczyć. Kup mu mugolską kuchenkę i butlę z gazem – warknęła pod nosem. – Nic dziwnego, że je wszystko pół surowe. Vad Infer... Vad Infer! Cholerny świat... gotuj się!

Dopiero po dłuższej chwili udało się jej dobrać ogień tak, żeby ziemniaki gotowały się powoli. Sprawdziła jeszcze duszoną pieczeń – była mięciutka i kruchutka i tylko z jednej strony ciut za bardzo zrumieniona, więc nie chcąc ryzykować spalenia dobrze zapowiadającego się obiadu, zdjęła garnek z płyty. Jeszcze tak z pięć minut pomyślała, obracając się, dała energiczny krok w stronę drzwi i ... wpadła na wchodzącego właśnie Severusa.

- Boże! Nie strasz! – jęknęła, łapiąc się za serce. - Przyszedłeś na obiad? Za kilka minut będzie gotowy.

Severus istotnie przyszedł na obiad. Nie wiedząc, jak się zachować po wczorajszej rozmowie, ukrył się w pracowni pod pozorem przygotowania eliskirów, które mogły im się przydać. Zajęło mu to równo pół godziny, resztę czasu zaś spędził próbując poradzić sobie z przedziwną mieszaniną złości, smutku i zażenowania – z którymi jeszcze mógł się pogodzić, ale również i z nieśmiałą nutką radości.

To nie miało prawa się przytrafić! Nie jemu!

Jednak gdziekolwiek by nie spojrzał w tym domu, wszystko przypominało mu..., chwile, które nie powinny się wydarzyć.

Nawet cholerny zapach pieczeni wołowej, który dotarł do pracowni, zamiast po prostu pobudzić jego apetyt, ożywił wspomnienia sprzed kilku, kilkunastu dni. Te dobre, które chciał zachować, zostawiając jej koce. Chwile, kiedy dyskutowali ze sobą, kiedy on tłumaczył coś jej i kiedy to ona tłumaczyła jemu.

Ale nie zamierzał się do tego przyznać.

- Nie, chciałem tylko upewnić się, że poznam jeszcze własny dom – odparł cierpko i obejrzał się przez ramię. – Możesz mi powiedzieć, co ty właściwie robisz?

Hermiona ominęła go i uklęknęła na powrót na podłodze.

- Przyszło mi do głowy, że będzie lepiej, jak poukładam książki tematycznie – zawołała. - Tak będzie lepiej szukać. Jak sądzisz?

- Sądzę, że będzie lepiej, jak podzielisz je na twoje i moje. Nie wiem, jak ty postępujesz ze swoimi książkami, ale wiem, jak każę ci obchodzić się z moimi.

Przecież ci ich nie zjem! Hermiona przewróciła oczami i odłożyła SWOJĄ książkę o zaklęciach pamięci na stosik ICH książek.

Pamięć... połączenia... pamięć... magia krwi...

Niemal skończyła, gdy Severus wrócił z kuchni i zobaczył, co robi. Dwoma długimi krokami podszedł do niej, przyklęknął za nią i przycisnął jej rękę do książki, po którą właśnie sięgała.

- Przypomnij mi, co ci przed chwilą powiedziałem – powiedział niskim, jedwabistym głosem i Hermiona zamarła. I jednocześnie zrobiło się jej jakoś miękko. I gorąco.

O, cholera. Jest wściekły.

I o, Merlinie...

- W-wiem, że chciałeś, żebym je podzieliła na twoje i moje, ale...

- Więc to zrób. Albo ci pomogę.

- Posłuchaj, tak będzie zdecydowanie... – zaczęła, odwracając się i umilkła, gdy napotkała jego ciężkie spojrzenie.

Severus puścił jej rękę, odsunął się i uśmiechnął złośliwie.

- Przyszedłem powiedzieć ci, że obiad jest już gotowy. Depulso – jednym machnięciem różdżki porozsyłał wszystkie książki na boki i gdy ostatnia z nich wylądowała delikatnie na belce od kominka, dodał. – Przyjdź, jak skończysz.

Po czym wyszedł, nie oglądając się na nią.
Na szczęście, bo Hermiona zdążyła dojść do siebie i posłała mu wyjątkowo zabójcze spojrzenie. Była głodna, chciała wreszcie z nim porozmawiać, a on wpadł na idiotyczny pomysł rozdzielania ich książek! I tak wszystkie skończą w jednej walizce, jedna obok drugiej! Co to ma za...

Nagle przyszło jej do głowy, co mogła zrobić i uśmiechnęła się niemal tak samo złośliwie jak Severus. Chcesz, to masz.

Nie spiesząc się, podzieliła wszystkie książki na swoje i jego, dokładnie tak, jak chciał. A następnie ułożyła je razem, tematycznie. Tak jak ona chciała.

Gdy przyszła do kuchni, Severus już prawie kończył. Na jej widok, zgodnie z oczekiwaniami, uniósł brew do góry.

- Są podzielone, jak chciałeś.

- Następnym razem wolałbym nie musieć powtarzać.

Hermiona uśmiechnęła się słodko, szybko nałożyła sobie ziemniaki i drugi kawałek uduszonego mięsa i usiadła naprzeciw.

- Chciałabym cię o coś zapytać. Odnośnie planów na jutro. To znaczy na dziś.

Severus skinął powoli głową. Niczego innego się nie spodziewał, poza tym coś mu mówiło, że nawet, gdyby powiedział NIE, to by jej nie powstrzymało.

- Powiedziałeś, że będziesz potrzebował pomocy do przeanalizowania moich myśli. Jest jakiś konkretny powód?

- Poza oczywistym?

Hermiona zmarszczyła brwi, nie wiedząc, co miał na myśli.

- Co jest takiego oczywistego?

- Że to będzie dla ciebie bardzo bolesne przeżycie – odparł i na widok nagłego strachu w jej oczach dodał. – Mam na myśli od strony psychicznej. Fizycznie nie powinno boleć, chyba, że będziesz próbować z nami walczyć.

- Masz na myśli oklumencję? Nie znam się na tym. To znaczy tylko o tym czytałam, ale nigdy nie miałam okazji próbować. Lecz wiem, że w niektórych wypadkach nawet osoba nie mająca żadnego doświadczenia może wyprzeć z umysłu kogoś innego, jeśli bardzo mocno nie chce pokazać jakichś wspomnień.

Severus odłożył na bok sztućce i otarł usta serwetką.

- Owszem, to możliwe, ale nie jeśli tym kimś innym jest Mistrz Legilimencji. A Ill-oo'ka jest nie tylko Mistrzem Umysłu, ale i Legilimencji.

- Więc? – ponagliła go Hermiona.

- Jeden z nas będzie pilnował, żebyś skupiała się na wspomnieniu tak długo, jak to będzie potrzebne, podczas gdy drugi będzie analizował, co było w twojej podświadomości.

- A... – Hermiona spojrzała na niego niepewnie. – Co dokładnie miałeś na myśli, mówiąc, że nie będę płacić pieniędzmi?

Severus upił odrobinę wody i wskazał jej wzrokiem talerz.

- Ci Aborygeni, którzy mogą nam pomóc, to ludzie, którzy posługują tylko starożytną magią. Co oznacza, że nie mają dostępu do zaklęć, którymi my możemy się posłużyć. Ale doskonale wiedzą, co potrafimy i na ogół jeśli nam pomagają, chcą, żebyśmy odpłacili się im na nasz sposób. Kiedyś warzyłem im eliksir bujnego owłosienia, bo w czasie pożaru buszu część z nich opaliła sobie włosy na głowie, a to dla nich naturalna ochrona przed słońcem. Zaś innym razem z Andersonem po prostu sprzątnęliśmy zaklęciami okolicę góry Uluru, którą zaśmiecili mugolscy turyści, a która dla nich jest miejscem kultu. Tak więc przypuszczam, że będą od ciebie żądać czegoś podobnego.

- Mam im zaklęciami zrobić ubrania, wyleczyć skaleczenia, czy pomóc ugotować obiad? – zdziwiła się dziewczyna. – Choć jak sobie przypomnę narzekania Rona, to może to ostatnie zamienię na transmutację, to wychodzi mi o wiele lepiej.

Czyli jednak się myliłeś. Weasley nie był idiotą. Był skończonym debilem – przemknęło mu przez myśl, ale nie zamierzał ani jej tego mówić, ani pozwolić sobie drążyć temat.

- Jak cię znam, przeczytałaś wszystkie księgi o magicznej i niemagicznej Australii i znasz całą historię Aborygenów na pamięć – powiedział zamiast tego, odchylając się do tyłu na krześle, które zatrzeszczało niepokojąco. – Ale żadne książki nie przygotują cię do kontaktów z Aborygenami, nie pozwolą zrozumieć jak funkcjonują, myślą i jaki mają system wartości. Dlatego muszę cię ostrzec. Nigdy nie mów ani nie rób nic bez konsultacji z Andersonem, ewentualnie ze mną. Pod żadnym pozorem nie dotykaj niczego, ani nikogo, nie przyglądaj się zbyt intensywnie i nie zadawaj tysięcy pytań, jak to jest w twoim niezwykle denerwującym zwyczaju.

Podczas jego wywodu Hermiona przygryzła lekko usta.

- O-oczywiście – potaknęła pospiesznie i zanim zdążyła się zorientować, wyrwało się jej: - A jesteś pewien, że Anderson będzie wiedział, jak się zachować?

- Cieszę się, że usłyszałaś moje ostatnie zdanie – stwierdził cierpko Severus, ale to akurat planował jej powiedzieć. – Anderson będzie bardzo dobrze wiedział, jak się zachować, bo jest mieszańcem. Ale na niego też musisz bardzo uważać. Jeśli słowa „milczenie" i... „takt" coś ci mówią, to radziłbym ci być BARDZO taktowną i milczeć, jak się ciebie o nic nie pyta. I nie mówić za dużo.

Hermiona zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. Severus Snape mówiący o takcie?

- Takt? Co masz na myśli? Że mam nie chwalić naszej magii, nie mówić o Anglii i o białych, czy o cywilizacji? Czy żebym nie kazała mu spojrzeć na siebie, jak mi powie, że mam zmierzwione włosy?

- Zmierzwione włosy? – Severus rzucił wymowne spojrzenie na jej głowę. – Cóż za eufemizm. Jak ograniczysz się tylko do odpowiadania na pytania, powinno wystarczyć.

Hermiona nie zamierzała się poddać.

- Severus, proszę, powiedz, na co mam uważać? Czasem właśnie milcząc można strzelić największą gafę.

Po czym zamilkła i tylko patrzyła na niego spokojnie. Zdążyła się już nauczyć, że w niektórych sytuacjach to był najpewniejszy sposób na uzyskanie odpowiedzi. Severus potrzebował czasu na znalezienie słów, żeby powiedzieć tylko to, co uznał za konieczne. Paradoksalnie im bardziej wtedy się na niego naciskało, tym mniejsza była szansa dowiedzenia się czegokolwiek i zarazem większa na oberwanie jakąś klątwą.

- Wiesz, co to znaczy „Skradzione pokolenie"? – spytał w końcu, przyglądając się szklance z resztką wody.

- O Boże drogi..!

W jednej sekundzie Hermiona zrozumiała, co miał na myśli o takcie i milczeniu.

W XX wieku odebrano aborygeńskim rodzinom ponad 300 tysięcy dzieci. Umieszczano ich w specjalnych domach dziecka pod pozorem „ucywilizowania", ale w praktyce większość z nich służyła tylko jako tana siła robocza i była ofiarami przemocy i molestowania seksualnego.

Anderson musiał być jednym z tych nielicznych szczęśliwców, którym udało się stamtąd wyrwać i ułożyć sobie życie, ale najprawdopodobniej przeszedł przez piekło.

- Merlinie... – szepnęła w talerz.

Severus wstał i zaklęciem odesłał talerz i sztućce do zlewu.

- Wygląda na to, że nie muszę ci nic więcej tłumaczyć. W takim razie zajmij się jedzeniem. To ostatni stały posiłek przed aportacją.

Hermiona natychmiast oderwała się od ponurych myśli dotyczących Skradzionego Pokolenia. Był jeszcze jeden temat, o którym chciała porozmawiać z Severusem. Dość delikatny, więc zostawiła go na koniec.

- Jest jeszcze coś. Moja pamięć – Severus zatrzymał się przy drzwiach. – Oczywiście nie mam żadnych zastrzeżeń, wręcz przeciwnie, cieszę się, że jest sposób na ustalenie, gdzie są moi rodzice. Ale chciałabym cię o coś prosić...

Severus już otworzył usta, żeby jej powiedzieć, że źle go zrozumiała, gdy nieoczekiwanie coś go powstrzymało. Jakiś cichy głosik w jego głowie. Czy może w sercu.

Powiesz jej później. JEŚLI będzie trzeba. Może się okazać, że to nie będzie w ogóle potrzebne?

To było inne uczucie niż to sprzed niespełna tygodnia, gdy najchętniej wziąłby jej ból na siebie... albo gdy machnął ręką na wszystko i na wszystkich i postanowił ją ratować, ale na swój sposób było podobne. Brało się z tego samego miejsca.

Wtedy bez mała szalałeś z obawy o jej życie. To było... do zaakceptowania. Ale teraz? Przecież TO zupełnie co innego!

Czego nie rozumiał, nie pojmował, to już sam fakt, że mógł coś takiego poczuć! To było... niewłaściwe. NIENORMALNE. Nigdy wcześniej nie miał takich odruchów!

Próbował się zmusić do wykrztuszenia tego, ale na myśl o tym, że odebrałby jej nadzieję, którą dopiero co odzyskała i przywróciłby tę samą Hermionę Granger, którą znalazł w jej domu, czuł jakiś cichy ból. Żal. Cholera, co się z tobą dzieje, człowieku?! Tylko tyle! Więc powiedz jej to!

Ale do jasnej cholery nie umiał, po prostu nie potrafił! Nie mógł jej tego zrobić!

I im dłużej zwlekał, tym głupiej by wyglądało, gdyby w końcu to powiedział! Merlinie, czuł się jak ostatni idiota!

- Zamierzasz mi to powiedzieć, czy tylko będziesz się na mnie gapić? – sarknął w końcu i poczuł ulgę, jakby zrzucił coś ciężkiego z piersi.

- Chciałabym, żebyś to ty analizował moją podświadomość – powiedziała cicho dziewczyna, patrząc na swoje ręce.

Tego zupełnie się nie spodziewał. Oczekiwał raczej, że będzie prosić, żeby to był Ill-oo'ka.

- Wiesz, że w ten sposób dałabyś mi dostęp do wszystkich twoich wspomnień, nawet tych najgłębiej ukrytych? Sądzę, że będzie lepiej, gdy twoje wspomnienie będzie oglądał ktoś, kogo zupełnie nie znasz.

Hermiona tylko potrząsnęła głową, ale nie podniosła wzroku, bo nie bardzo wiedziała, jak ma mu to powiedzieć.

- Wtedy dużo myślałam o... o tym, co się stało... wcześniej – nie odważyła się powiedzieć „o zabójstwie Dumbledore'a", ale nie musiała. – Nie chciałabym, żeby ten ktoś... kto cię zna, żeby o tym wiedział.

Oczywiście, że to o to chodziło! Mógłby to przewidzieć, gdyby nie był zajęty swoimi własnymi fanaberiami.

- Cóż za wyjątkowa szlachetność z twojej strony – wycedził, podchodząc z powrotem do niej i krzyżując mocno ręce na piersi. – Wolisz narazić się na ośmieszenie czy upokorzenie, byle tylko ktoś inny źle o mnie nie POMYŚLAŁ, tak? – prychnął pogardliwie. – Typowa gryfońska głupota.

- Ten twój znajomy zobaczy coś zupełnie wyrwanego z kontekstu! Sam doskonale wiesz, jak to wyglądało!

- Co cię to obchodzi?

- To, że nic nie zrozumie! Nie chcę ryzykować waszej... znajomości. Już i tak wystarczająco dużo...

- Wystarczająco dużo przeszedłem? – uderzył obiema dłońmi o stół, aż sztućce zadzwoniły o talerz. - Straciłem? Nie potrzebuję twojej litości!

- Severus, to nie ma nic wspólnego z litością! Ja po prostu...

- Ty po prostu CO?

Hermiona otworzyła usta i zawahała się na jedną krótką chwilę, bo w jakimś przebłysku zrozumienia pojęła właśnie CO. To nie miało nic wspólnego z jej poczuciem winy, już nie. Ona po prostu chciała dla niego jak najlepiej. Zależało jej na tym, żeby już nigdy więcej nic złego go nie spotkało. Żeby wreszcie był szczęśliwy.

- To nie litość – powtórzyła cichym tonem i dopiero teraz się zorientowała, że w którymś momencie musiała wstać, bo patrzy mu prosto w oczy. – To troska. Nie chcę, żeby spotkała cię kolejna niesprawiedliwość.

Troska. Coś bolesnego i jednocześnie cudownie kojącego wstrząsnęło jego piersią i potrząsnął rozpaczliwie głową. To był chyba pierwszy raz w jego ponurym życiu, kiedy ktoś powiedział mu coś takiego. Mógłby przysiąc, że zapachniało kwiatami, motylami i słońcem. I migdałami.

- Oszczędź mi wzruszających scen – zmusił się do warknięcia, żeby ukryć to, co rozlało mu się po całej piersi.

- Poza tym wolę otworzyć umysł przed kimś, komu ufam. A wiesz, że tobie ufam całkowicie.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem i Severus nie potrzebował legilimencji, żeby przekonać się o jej szczerości. Widział ją wypisaną wyraźnie na jej delikatnej, teraz pełnej zaciekłego uporu twarzy. Była tak... bezgraniczna, że niemal mógł jej dotknąć. Było w niej nawet coś więcej, co czuł wyraźnie i bał się, że to było to samo, co on sam czuł przed chwilą.

- Zobaczymy – rzucił sucho.

I czym prędzej wyszedł do salonu.

Troska. Ona może być troskliwa, ale nie ty! Idiotyzm!

Pierwszy raz w życiu powstrzymał się od powiedzenia komuś czegoś tylko dlatego, żeby oszczędzić mu bólu czy niepewności. Nigdy wcześniej czyjeś uczucia nie miały dla niego żadnego znaczenia. Co mu się stało, do cholery?!

Powinien był powiedzieć jej, że to, co sugerowało się w momencie rzucenia Factum, słabło z upływem czasu. Tak więc teraz, po sześciu latach, jej rodzice mogli nadal mieszkać tam, gdzie ich wysłała, jak i na drugim końcu Australii, czy jeszcze gdzie indziej. A ponieważ w przypadku zaklęć wyszukujących odległość grała znaczną rolę, być może nie było szans na posłużenie się nimi biorąc pod uwagę „uszkodzoną" i wzmocnioną na siłę relację.

Nie powiedział jej tego natychmiast i nadal coś aż krzyczało w nim, by tego nie robił. Choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to był błąd.

Nie domyślał się tylko jak wielki.

Odetchnął głęboko i żeby zająć myśli czymkolwiek innym, rozejrzał się po saloniku. Na stoliku i kanapie piętrzyły się nierówne stosiki książek i wystarczył mu jeden rzut oka, żeby zrozumiał, co zrobiła.

Ale był zbyt sfrustrowany sobą samym, żeby móc ją krytykować.

- Żałosne – powiedział dobitnie, na tyle głośno, żeby go usłyszała i czym prędzej zszedł do swojej pracowni i zatrzasnął drzwi.

* Na dole strony –

Nie spodziewajcie się po Severusie wyszukanych grzeczności czy czułości. Bardziej prawdopodobne byłoby niechętne warknięcie lub zaklęcie pod nosem. Choć... kto wie?

Angielski odpowiednik polskiego „Dobrej nocy" i „daruj sobie" mógłby być „Good night i goddamn".

Koniec rozdziału III

Sobota, 17 maja,

Londyn, mieszkanie Dudleya,

Po 14-stej

Dudley otworzył drzwi, wpuścił Ginny i wyjrzał na zewnątrz.

- Kukuś nie przyszedł? – zdziwił się. – Nadal jest chory?

Ginny potrząsnęła głową, nadal zatykając uszy. Harry siedział właśnie z jej ojcem w Norze i próbowali złożyć latarkę. Tata znalazł ją w szopie i koniecznie chciał dla nich naprawić, ale nie wiedział, które z tysięcy walających się tam części do niej pasowały.

Co, szczerze mówiąc, jej pasowało. Miała małe pytanko do Dudleya.

- W PORZĄDKU! JEST ZAJĘTY!

Dudley wskazał jej kanapę, po czym zniknął w jakimś pokoju obok. Chwilę później nieziemski hałas się skończył i Ginny powoli wyjęła palce z uszu. Żeby tylko nikt teraz do niego nie przyszedł...

Na szczęście nie musiała długo czekać. Dudley wrócił z bardzo grubą kopertą i jakimś kolorowym pudełkiem.

- Tu macie kartki, na których musicie napisać list – powiedział, kładąc kopertę na stole. – Wydrukowałem wam też adresy ratuszy w większych miastach z zaznaczeniem stref czasowych. Tam jest kilka, niektóre stany zmieniają czas na zimę, inne nie, mówię ci, popieprzone strasznie. A tu macie komórkę. Harry będzie wiedział, jak jej używać.

Wyjął z pudełka jakieś płaskie, czarne pudełeczko z wystającymi guzikami. Na niektórych z nich Ginny dostrzegła cyferki, ale inne nic jej nie mówiły.

- Naładowany, w razie czego ładowarka jest w środku – wyjaśnił Dudley. – Macie najkrótszą kartę i roaming. A tu – obrócił pudełko i pokazał przyklejony kawalątek papieru z kilkoma numerkami – macie mój numer.

- Po co nam to?

- Na wszelki wypadek, jakby coś poszło nie tak. Zawsze jest możliwość, że jedno z nich mógł wpieprzyć rekin lub krokodyl, albo że się po prostu rozwiedli. W ten sposób będziemy mogli być w kontakcie.

Ginny spojrzała z powątpiewaniem na guziczki.

- Jesteś pewien, że Harry wie, co z tym zrobić? Może po prostu będziemy wysyłać sobie listy?

- Mowy nie ma! Nie będzie mi żadna sowa latać i srać na ring!

Na taki argument ciężko było znaleźć sensowną odpowiedź, więc Ginny włożyła pudełko i kopertę do torby i spojrzała uważnie na Dudleya.

- Bardzo ci dziękujemy. Za wszystko – zabrzmiało to strasznie trywialnie, więc dodała. – To naprawdę dużo dla nas znaczy. Szczególnie dla Harry'ego.

- Uważaj, bo jeszcze się zaczerwienię, a w czerwonym mi nie do twarzy.

- Dlaczego to robisz? Pomagasz nam?

Dudley spojrzał na Ginny dużymi oczami, nagle zdezorientowany, po czym na nowo się uśmiechnął.

- Ktoś musi. A skoro mój umysłowo upośledzony kuzyn, który przedłożył nowoczesny świat nad świeczki, sowy i ptasie pierze do pisania, nie może, to padło na mnie.

Ginny pokręciła z uśmiechem głową. Dudley mógł się wygłupiać, ale ona doskonale wiedziała, co czuje.

- Mówię poważnie, Dudley. Wiem, że był czas, kiedy... nie układało się zbyt dobrze między wami. A teraz widzę, że naprawdę chcesz nam pomóc. Że ci na tym zależy. Chciałabym po prostu wiedzieć, dlaczego – spoważniała i dodała. – I nie próbuj zaprzeczać, mój... moja praca polega na odczytywaniu uczuć innych i jestem w tym naprawdę dobra.

Dudley również spoważniał i uczynił gest, jakby się poddawał.

- Chcesz poważnie? Czemu nie. Po prostu pamiętam, że uratowaliście życie mi i moim starszym. Siedziałem u Dedalusa dziewięć miesięcy i słuchałem, co mówili ci, co wpadali od czasu do czasu. Więc wiem, co by nas spotkało. A przecież nie musieliście nas chronić. Może w waszym świecie wojna i tego typu sprawy to normalka, ale tu nie. W moim świecie to coś... – odwrócił wzrok gdzieś na podłogę koło Ginny – wyjątkowego. Więc załapałem, że jesteśmy po tej samej stronie. A w życiu, jak w sporcie, ekipa to ekipa. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – zaśmiał się, jakby chciał zbagatelizować to, co powiedział. - Ale może mi było łatwiej, bo nie wlokłem za sobą tego całego bagażu, co moi starsi. Wiesz, faworyzowania siostry mojej starszej przez rodzinę, waszego dyrektora, który też ją olewał, czy tego kumpla siostry matki.

Do szczerości i życzliwości dołączyło zażenowanie i Ginny uznała, że to jej wystarczy. I faktycznie, gdy Dudley podniósł głowę, czerwienił się aż po same uszy.

- Dziękuję jeszcze raz – powiedziała i klepnęła go mocno w ramię. – Za adresy, za schowek i za wyjaśnienia.

Dudley potrzebował dobrej chwili, żeby załapać, o co chodzi.

- Schowek! – zachichotał. – Kurde, zabiłaś mnie! Komórkę, nie schowek! Chodź, odprowadzę cię na dół, bo jeszcze zaczniesz się chować i co będzie? Geez. Schowek...

Sobota, 17 maja,

Londyn, Ascalon Street nr. 5, mieszkanie Beth

Około 17-tej

Mieszkanie Beth znajdowało się na drugim piętrze czterokondygnacyjnego budynku. Było małe, przytulne i jak dla Mathiasa, pełne zupełnie mu nieznanych, niesamowitych przedmiotów. Może dlatego lekka trema, jaką odczuwał z powodu spotkania w JEJ domu, niemal natychmiast wyparowała i podczas, gdy Beth robiła im herbatę, rozglądał się dookoła w podziwie. Bardzo spodobały mu się kolorowe nieforemne kule poruszające się w lampie żelowej i radio, mrugające światełkami. Przez jakiś czas przyglądał się nieufnie elektronicznemu zegarkowi i porównywał go ze swoim. Ale najbardziej zachwyciła go lodówka. Beth otworzyła ją, żeby wyciągnąć mleko, Mathiasa owionęło chłodne powietrze i oczy otworzyły mu się szeroko, ale czym prędzej się opanował.

- Zapomniałaś zgasić światło – zwrócił jej uwagę.

- Samo zgasło – odparła i podała mu cukierniczkę. – Zapala się, jak otwierasz drzwi i gaśnie, jak zamykasz.

Mathias spojrzał z niedowierzeniem na lodówkę, na nią i znów na lodówkę.

- Naprawdę? Skąd wiesz? Weszłaś tam już kiedyś?

Beth uśmiechnęła się szeroko i przyszło jej do głowy, że od czasu, gdy poznała Mathiasa ciągle to robi. I w czwartek i wczoraj wieczorem i dziś w południe... i teraz... Jakby wszystko stało się prostsze, łatwiejsze i nabrało kolorów. Chyba jeszcze nigdy nie czuła się tak szczęśliwa, jak w ciągu ostatnich trzech dni.

A przecież będzie jutro, pojutrze...

Odstawiła tacę z herbatą, otworzyła lodówkę i pokazała mu wystający z boku guziczek.

- Tak działa lodówka. Zobacz, jak zamykasz drzwi, to ten guziczek się chowa. I wyłącza światło – nacisnęła go palcem i światło zgasło.

Mathias pochylił się, żeby przyjrzeć się z bliska mechanizmowi i Beth poczuła wyraźnie zapach męskich perfum. Drzewa sandałowego, może piżma? Nie umiała powiedzieć, czym dokładnie pachniały, ale uśmiech spełzł jej z twarzy i zrobiło się jakoś słabo... Jak dla niej, mogliby stać tu cały wieczór.

- Lodówka – powtórzył za nią Mathias. – Ładnie ją wytresowałaś.

Romantyczny moment prysł w jednej sekundzie i Beth wybuchnęła śmiechem.

- Chodź – zamknęła drzwi i sięgnęła po tacę. – Zaraz tu zamarzniemy.

Usiedli na kanapie i Beth podała mu niewielką błyszczącą broszurkę.

- XVI Sympozjum Światowego Stowarzyszenia Lekarzy – odczytał na głos Mathias. – Ładnie brzmi.

- Profesor Neumann nazywa to międzynarodowym zlotem czarownic. Gdyby tylko wiedział...

- Marzy mu się. Zamierza zjawić się z miotłą i czarnym kotem?

Beth westchnęła i przechyliwszy się przez oparcie kanapy sięgnęła po spory plik papierów.

- Nie, zamierza się z tego wymigać. I mam za niego wygłosić mowę powitalną. Więc się tego uczę.

Mathias spojrzał na malutkie literki i przekartkował pierwsze strony.

- Tego wszystkiego? – spytał z wyraźnym podziwem w głosie. – To będzie długa mowa!

- Na szczęście nie, tylko cztery strony. Reszta to program sympozjum i lista zaproszonych gości.

Już pierwsze zdania brzmiały... strasznie po mugolsku, więc Mathias przerzucił kilka kartek i zaczął przyglądać się programowi. Z tego też nie zrozumiał za wiele, ale nagle w oczy wpadło mu znajome słowo.

- Stomo...talogia. To znam.

- Pewnie z opowiadań tej dziewczyny, o której mi przedwczoraj mówiłeś?

- Hermiony – potwierdził Mathias. – Nie rozmawialiśmy na ten temat zbyt często, to dla niej nadal bardzo bolesny temat, ale pamiętam, że kiedyś tłumaczyła mi, czemu czasem nazywa swoich rodziców stomo...mo...logami, a czasem dentystami.

Beth usiadła trochę bokiem i spojrzała na program, ale zamiast niego oczyma wyobraźni zobaczyła młodą kobietę w brudnych, porwanych ubraniach, poczochranych włosach i śladach krwi na twarzy i rękach. Tak sobie ją wyobraziła, gdy Mathias opowiadał jej w czwartek o czarodziejskiej wojnie.

- Biedaczka. To straszne, że do tej pory nikt ich nie odnalazł.

Wyglądała na naprawdę przejętą, więc Mathias dotknął jej ramienia.

- Nie smuć się. – powiedział pocieszająco. - Harry postanowił się tym zająć, a jemu zawsze się udaje.

Beth otworzyła usta, ale nie odważyła się odezwać. Jego dotyk był niewiarygodnie delikatny. Jak... pocałunek motyla. I jednocześnie parzył. Gdyby mogła przysunąć się choć odrobinę...

I dokładnie w tym momencie zadzwoniła jej komórka. Nie musiała nawet sprawdzać, kto dzwoni, poznała po melodii. Profesor Neumann! Nie mógł już lepiej wybrać...!

- Przepraszam cię – mruknęła niechętnie.

Mathias przez chwilę przyglądał się Beth rozmawiającej z czarnym, płaskim pudełkiem. Widział już to wiele razy, ale pierwszy raz z bliska i wyglądało to niesamowicie. I gdy Beth milkła, słyszał jakiś cichy głos, jakby ktoś mówił do niej przez to pudełko.

Naraz Beth spojrzała w jego kierunku, więc nie chcąc wyjść na wścibskiego, czym prędzej wrócił do przeglądania papierów. Chwilę oglądał program, odnalazł listę gości z różnych krajów świata i zaczął czytać. Nazwy specjalności nic mu nie mówiły, różne skróty przed imionami i krótki opis osiągnięć naukowych też nie, ale zaintrygowała go jej długość. Miała ponad trzy strony drukowane drobnymi literkami.

To naprawdę międzynarodowy zlot czarownic! Algieria, Abdelaziz Hauarri... Argentyna, Juan Mendez... Maria Ines Barbosa Gonzales de Sousa… Australia, Keith…

- Jeszcze raz przepraszam – poczuł, jak kanapa ugina się i natychmiast stracił zainteresowanie papierami. Zdecydowanie wolał kobietę obok niego. – To był profesor Neumann.

- W tym pudełku? – Mathias zerknął na nie i odłożył plik papierów na stół.

- To jest telefon – widząc, że to nic nie wyjaśniło, Beth dodała. – To taki nasz sposób na porozumiewanie się. Dzwonimy do... To znaczy mogę…powiedzieć z kim chcę rozmawiać i jak mówię, ten ktoś słyszy i na odwrót.

- Bardzo ciekawe – przyznał Mathias i podał Beth herbatę. – Więc co ci powiedział?

Beth odgarnęła do tyłu włosy i upiła odrobinę.

- Chciał tylko uprzedzić mnie, że jutro zgłosi się do szpitala... do Kliniki – poprawiła się z uśmiechem. – Z podejrzeniem... bardzo poważnych problemów z sercem. Nie chciał, żebym się denerwowała.

- Skoro wie, że jutro będzie miał problemy z sercem, to czemu nie zgłosi się dziś?

- Och, tak naprawdę to nic mu nie jest. Po prostu potrzebuje powodu, żeby uniknąć tego Sympozjum.

- Bo... nie chce uczyć się tych kilku stron na pamięć? – zdziwił się Mathias. To było pierwsze, co mu przyszło do głowy, ale równocześnie strasznie głupie.

- Nie, bo musiałby wyjaśniać, jak udało mu się uzdrowić chorych w Dublinie, a nic prócz cudu lub czarnej magii nie przychodzi mu do głowy.

Mathias spojrzał jej poważnie w oczy i westchnął.

- Chyba powinienem powiedzieć ci, co się wtedy stało.

CZĘŚĆ HERMIONA

Sobota, 17 maja / niedziela, 18 maja

Spinner's End / Birriani, Australia Magiczna

23:00 w Anglii / 9 rano w Australii

Dochodziła jedenasta wieczorem. Severus odłożył na bok dwie fiolki eliksiru ekspansyjnego, który niedawno skończył warzyć i skończył pakować do specjalnej, usztywnionej torby resztę eliksirów, które mogły im się przydać. Torba miała w środku dziesiątki przegródek szerokości standardowych fiolek, była odporna na jakąkolwiek magię z zewnątrz, a dzięki zaklęciu Stabilitus cała zawartość utrzymywana była w jednakowej pozycji, w trzech wymiarach.

Gdy wrócił na górę, Hermiona siedziała na samej krawędzi fotela, jakby fakt, że mogła w ten sposób szybciej wstać, cokolwiek zmieniał. Zupełnie nie potrafiła zapanować nad swoją energią i z jej różdżki sypały się bez przerwy szare drobinki, które nikły ledwie dotknąwszy podłogi, zupełnie niczym roztapiający się śnieg.

Severus podał jej worek ze swoimi ubraniami, kilka bardzo rzadkich ingrediencji i złoty kociołek.

- Skoro się nudzisz, to lepiej zajmij się czymś sensownym zamiast śmiecić – spojrzał krytycznie na drobinki. – Włóż to do swojej walizki.

- Nie nudzę się – odparła natychmiast Hermiona, sięgnęła po kociołek i aż stęknęła ze zdumienia. - Ależ on jest ciężki!

- To w ramach kary za głupie pomysły. Jeśli dobrze rzuciłaś zaklęcie zmniejszająco-zwiększające, nie zrobi ci to różnicy.

Sam usiadł na fotelu obok i przyglądał się w milczeniu, jak otworzyła walizkę, demonstracyjnie włożyła głęboko rękę, żeby przesunąć coś i dało się słyszeć jakieś stuknięcie. Pewnie NASZE książki.

- Krem przeciwsłoneczny – mruknęła. – Mam nadzieję, że jedna tubka wystarczy.

Ostrożnie spakowała kociołek i ingrediencje, upchnęła jego ubrania i nonszalancko zamknęła wieko walizki.

- Mamy wszystko? – spytała, siadając w fotelu obok.

Severus tylko posłał jej krzywe spojrzenie.

- Czemu nie chciałeś, żebym ci pomogła?

- Bo nie potrzebuję pomocy.

Hermiona już chciała mu odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Nie była na pozycji, żeby się z nim kłócić, to on był tu szefem. Co, wyjąwszy zjadliwe komentarze, jej odpowiadało, nawet bardzo. Starszy, mądrzejszy, o wiele bardziej doświadczony, sprawiał, że czuła się przy nim o wiele pewniej, niż przez te wszystkie lata, gdy była z Harry'm i Ronem. O dziwo złagodniały jej koszmary senne i odnalazła spokój i bezpieczeństwo.

Severus podał jej jedną fiolkę, odkorkował swoją i wychylił do dna zawartość.

- Eliksir ekspansyjny. Wypij i powiedz, co o nim wiesz.

- To eliksir u...

- Na twoim miejscu bym się pospieszył z piciem. Martwa nie na wiele się przydasz.

Dziewczyna zerknęła na zegarek, czym prędzej wypiła wszystko i aż się wzdrygnęła. O ile kolorem przypominał świeżą miętę, to smakował jak rozgotowana kapusta.

- Tak więc to standardowy eliksir ochronny czwartej klasy. Używany jest do dalekich aportacji oraz do głębokiego nurkowania. Zwiększa pojemność płuc i tworzy dookoła nich pancerz ochronny, który jest odporny na ciśnienie, jakie powstaje przy obu tych czynnościach. Po uwarzeniu ma jasnoszary kolor i jest tylko półproduktem. Żeby był zdatny do użytku, musi być aktywowany równaniem Trzeciej Wyższej Teorii Numerologicznej, do którego podstawia się albo odległość do przebycia, albo głębokość zanurzenia. Działa po upływie kilku minut od wypicia, do dziesięciu minut maksimum – wyrecytowała i odłożyła na stół fiolkę. – Jak to dobrze, że wreszcie mogę porozmawiać z kimś, kto zna się na numerologii!

- Czyżby twoi pozostali znajomi byli równie... ograniczeni, co pan Potter i pan Weasley? – Severus postanowił nie komentować odpowiedzi, za którą wszystkim innym dałby co najmniej P, jeśli nie W. To znaczy, gdyby przyznawanie takich ocen było w jego zwyczaju.

- Oni nie byli ograniczeni!

- Jeśli mnie pamięć nie myli, to ja ich uczyłem, więc daruj sobie wzruszające, ale zupełnie bezcelowe próby ich obrony i lepiej skup się na przygotowaniu do aportacji. Nie mam ochoty zbierać cię z ziemi.

Przygotuj się. Słysząc to, Hermiona aż przewróciła oczami. Przygotowywała się na ten moment już od rana. Teraz jej obawy dotyczące tak dalekiej teleportacji wywietrzały z głowy, przestała powtarzać sobie podstawowe zasady, przestała się martwić, zastanawiać, planować i była w stanie skupić się już tylko na myśli, że za chwilę TAM BĘDZIE.

Poza tym była pewna, że Severus mógł sobie marudzić i warczeć, ale gdyby było trzeba, pozbierałby ją z ziemi. No, prawie pewna.

Spojrzała znów na zegarek. Jeszcze ciut ponad trzy minuty. Odetchnęła i... tak! Mogła głębiej zaczerpnąć powietrza! Eliksir zaczął już działać!

- Anderson... to nazwisko. On ma jakieś imię? – spytała, żeby zająć czas.

- Ma. – Severus z niemałą satysfakcją odczekał, aż Hermiona pośle mu ponaglające spojrzenie i dopiero wtedy dodał. – Jayden.

- Nie wiem, czy ci mówiłam. Wzięłam ze sobą pieniądze, ponad czterysta galeonów. Przydadzą się na opłacenie hotelu, jedzenia i wszystkiego, co może być potrzebne. Dla ciebie też. Mowy nie ma, żebyś płacił, to przeze mnie tam się przenosimy, więc to oczywiste, że ja płacę za wszystko. I nawet nie próbuj protestować. To znaczy nie żebym uważała, że będziesz, skąd, po prostu mówię tak na wszelki...

- Pleciesz. Przestań.

Dziewczyna przygryzła usta i znów sprawdziła czas. Jeszcze niemal trzy minuty.

- Ta magiczna wioska, Birriani, jest duża czy mała?

- Dowiesz się za chwilę. Teraz skup się na oddychaniu.

Skup się. Łatwo ci mówić! Sam się skup!

Ale Severus miał rację, tak więc utkwiwszy wzrok w sekundniku Hermiona zaczęła głęboko wciągać powietrze, zatrzymywać je na kilka sekund i powoli wypuszczać. Wdech... pięć sekund... wydech, Znów wdech...

Merlinie, chciała już tam być! Tam, na miejscu! Jeszcze tylko... dwie minuty piętnaście sekund dzieliły ją od tego tak wyczekiwanego momentu!

Zupełnie odruchowo próbowała prędzej oddychać, jakby to mogło sprawić, że czas będzie płynął szybciej, ale niestety, wskazówka sekundnika przesuwała się w tym samym, ślimaczym rytmie. Nie dawała się oszukać nawet zamykaniem na chwilę powiek, wręcz przeciwnie, Hermiona miała wrażenie, że za każdym razem zwalnia, jej na przekór!

Minuta pięćdziesiąt osiem...

Ale nie mogła nie zauważyć, że jej oddech stał się o wiele głębszy, każdy kolejny trwał dłużej i był mocniejszy i pewniejszy. Ledwo wyczuwalne gniecenie w klatce piersiowej przerodziło się w słaby ucisk i powoli się nasiliło. Coś zaczęło pęcznieć w niej i napierać na żebra, zupełnie jakby miała w środku balon, który ktoś dmuchał. Coraz mocniej. Do tego zaczął ją boleć brzuch.

Cholera.

Minuta dwadzieścia sześć.

Spokojnie. To tylko płuca. To normalne.

Odruchowo wyprostowała się, wręcz wygięła do tyłu, ale uczucie pęcznienia rosło i po chwili przerodziło się we wrażenie, że coś ją rozerwie od środka. O Boże! Jeszcze chwila i pęknie! Rozniesie ją na kawalątki! Nie wytrzyma tego ani sekundy dłużej! Boże, NIE!

- Wystarczy!

Czyjaś ręka pociągnęła ją do góry, koszmarne uczucie osłabło odrobinę i Hermiona zdała sobie sprawę, że wytrzeszcza oczy i z całej siły przyciska ręce do piersi, jakby próbowała tym powstrzymać wybuch.

Severus już od jakiejś chwili przyglądał się Hermionie. Sam dopiero zaczął czuć nieprzyjemne uciskanie w piersi, ale z niepokojem stwierdził, że dziewczyna wydaje się o wiele mocniej reagować na eliksir. Być może dlatego, że on był do niego już przyzwyczajony, a może będąc mężczyzną po prostu...

Dziewczyna jęknęła i jej oczy rozszerzyły się w panice i zdecydował nie czekać już ani chwili dłużej. Upewnił się, że ma fiolki z eliksirem regresyjnym w prawej kieszeni, porwał jej walizkę i swoją torbę z eliksirami i złapawszy ją za łokieć, poderwał czym prędzej z fotela.

- Trzymaj i nie puszczaj! – złapał ją za rękę i dla pewności splótł mocno ich palce. – Na trzy!

Dziewczyna zacisnęła dłoń tak mocno, że aż wbiła mu paznokcie w skórę na dłoni.

- Raz... – smagnął różdżką, żeby zgasić świeczki i wepchnął ją w kieszeń. – Dwa... - oboje nabrali jak najwięcej powietrza i na trzy Severus tylko skinął jej głową i skupiwszy się na znajomej osadzie w dalekiej Australii obrócił się na pięcie i pociągnął ich w nicość.

W jednej chwili pochłonęła ich ciemność o wiele głębsza od tej w Spinner's End. Wpadli w nią i Hermiona natychmiast straciła poczucie równowagi. Zniknęła góra i dół, wszystko usunęło się jej spod stóp i runęła w ciasną pustkę. Niewidzialne ściany naparły na nich, zacisnęły się jak imadło i przygłuszyły nawet straszne uczucie rozrywania od środka. Ale nie wydusiły powietrza z płuc!

Ręka Severusa ścisnęła jej dłoń i równocześnie miotnęło nimi gwałtownie na bok raz, drugi i znów i Hermiona ledwo powstrzymała krzyk. I trwało, i trwało, minuty, godziny, całe dnie... W nieskończoność!

Z Severusem było o wiele gorzej. Ponieważ nie zareagował jeszcze w pełni na eliksir, już po chwili miażdżące ciśnienie wydusiło mu większość powietrza z płuc, a to, co zostało, nie starczyło na długo i zaczął się dusić. Oddychaj! Płuca paliły go, domagając się tlenu, ale resztką świadomości powstrzymywał się przed odetchnięciem. ODDYCHAJ! Czerwone płaty zaczęły migać mu przed oczami, dookoła wszystko wirowało, coraz szybciej, zaś ręka Hermiony zaczęła wysuwać mu się z dłoni. A on nie miał już siły jej trzymać. Nie puszczaj jej! POWIETRZA! Był już na skraju utraty przytomności. JUŻ, TERAZ! I w końcu nie mógł już dłużej się opierać! Odetchnął i powietrze wdarło mu się do płuc z taką siłą, że natychmiast zadławił się nim i zaczął dusić na nowo.

Ręka zacisnęła mu się konwulsyjnie, poddał się i w momencie, gdy wszystko zaczęło się urywać, nagle czerń przeszła w oślepiającą, boleśnie twardą biel, ciśnienie zelżało gwałtownie i do płuc wpadło wreszcie upragnione powietrze! Zachłysnął się nim ze stłumionym krzykiem, wypuścił, zachłysnął jeszcze raz i dopiero wtedy cokolwiek zaczęło do niego docierać.

Pierwsze, co poczuł, to ból w piersi i w całej prawej stronie ciała. I nagłą suchość w ustach. Ale zignorował to zupełnie i rozejrzał się za Hermioną.

Dziewczyna leżała tuż obok, wijąc się i przyciskając ręce do piersi. Dźwignąwszy się na kolana, pospieszne wysupłał z kieszeni eliksir i spróbował odkorkować, ale na nic! Ręce tak mu się trzęsły, że nie był w stanie wyjąć nawet tego cholernego korka! Wyszarpnął z drugiej kieszonki różdżkę, wyrwał go zaklęciem i oparłszy głowę dziewczyny o nogi, przystawił jej fiolkę do ust i wlał całą zawartość.

- Wyp-ypij.

Dopiero, gdy przełknęła wszystko, wypił eliksir dla siebie, osunął się na ziemię obok i zamknął oczy. Wreszcie mógł pozwolić sobie na spokój.

Nie miał pojęcia, jak długo tam leżeli. Jego oddech w końcu się wyrównał, serce przestało mu walić jak oszalałe i zelżał ucisk w płucach, gdy skończyło się działanie eliksiru ochronnego. Równocześnie coraz mocniej poczuł ból w prawej ręce, nodze i boku. I coraz większy gorąc.

No cóż, nie było w tym nic dziwnego. Oni nie wylądowali na miejscu, oni po prostu grzmotnęli o ziemię. Już dawno nie przeżył tak nieudanej aportacji. Chyba tylko cudem się nie rozdzielili i żadne z nich się nie rozszczepiło!

Trochę nieporadnie podniósł się i spojrzał na Hermionę. Dziewczyna właśnie próbowała wstać.

- Udało się! – powiedziała niewyraźnie, z trudem przełknęła ślinę przez wyschnięte gardło i uśmiechnęła się szeroko. – Severus, udało nam się! Aportowaliśmy się do Australii!

- Zapewniam cię, że zdążyłem to już zauważyć – sarknął, skrywając ulgę na widok, że nic jej nie jest. - Ale nie sądzę, żebyś na siedząco znalazła swoich rodziców, więc rusz się lepiej.

Och, dziękuję za pomoc, jak to miło z twojej strony. Hermiona wstała i świat dookoła się zachwiał.

- Wiesz, jak trafić do An... Jaydena?

Severus spojrzał w kierunku osady. Kilkadziesiąt jardów dalej zaczynały się pierwsze domy. I jak na zawołanie ukazała się między nimi znajoma sylwetka, która machnęła do nich ręką i ruszyła w ich kierunku.

- Właśnie po nas idzie.

Jayden Anderson wyglądał jak typowy Aborygen. Był niski, dość krępy, miał okrągłą twarz w kolorze czekoladowym, płaski, bardzo szeroki nos i wysuniętą do przodu szczękę, zaś czarne, gęste włosy były mocno poskręcane i zmierzwione. Poza tym ubrany był jak najzwyklejszy mugol – w luźne szare spodnie i trochę zbyt obszerną kurtkę, która z pewnością dodawała mu kilka funtów. Jak to często bywa w przypadku innej rasy, Hermiona nie bardzo potrafiła określić jego wiek, ale sądząc po pierwszej siwiźnie i kilku zmarszczkach na czole, dała mu jakieś 60 – 65 lat.

Widząc już z daleka szeroki uśmiech mimo woli przypomniało się jej Skradzione Pokolenie i zdążyła nawet pomyśleć, że może akurat on miał szczęście trafić na porządny dom i troskliwych opiekunów i jego życie nie było pasmem koszmaru, ale gdy tylko podeszli do siebie, straciła złudzenia.

- Severus! Jak dobrze cię widzieć! – uśmiechnął się jeszcze szerzej, zatrzymując się jakiś jard od nich.

Hermiona chciała postąpić jeszcze krok do przodu, gdy silna ręka złapała ją z boku i przytrzymała w miejscu.

- Anderson – skinął mu głową Severus. – To panna Granger.

- Hermiona – poprawiła go od razu, bo to było proste do przewidzenia.

Aborygen uczynił jakiś trudny do opisania gest dłonią, ale nie podał jej.

- Miło cię poznać. Mów mi Tau.

Żeby zrobić cokolwiek z na pół wyciągniętą już ręką, Hermiona odgarnęła za ucho włosy i dopiero wtedy zaskoczyła.

- Tau? – zerknęła pytająco na Severusa. – Myślałam, że...

- To moje plemienne imię – wyjaśnił. – Ale nie martw się, Severus zawsze nazywa mnie Anderson. To jak, mieliście udaną aportację?

Jakby pod wpływem pytania Severus poczuł nagle na nowo ból, o którym udało mu się zapomnieć.

- Tak – rzucił krótko. – Udało ci się odszukać Ill-oo'kę?

- Jasne, bez obaw! Chodźmy, opowiem ci po drodze...

Ruszyli energicznym krokiem w stronę osady i Hermiona musiała porządnie wyciągać nogi, żeby za nimi nadążyć. Idąc trochę z tyłu, przysłuchiwała się jednym uchem wyjaśnieniom Tau i równocześnie rozglądała się dookoła.

Pierwsze, co rzucało się w oczy, były dwa kolory: pożółkły beż i rdzawa czerwień. Wszystko dookoła zdawało się być w tym odcieniu: ciągnące się jak okiem sięgnąć w każdą stronę suche kępy traw i krzewów, wypalony przez słońce czerwony piasek, czy pokryte wszechobecnym kurzem drewniane ściany i dachy domów. Tylko gdzieniegdzie błyskały zielenią karłowate drzewka, choć i to nie miało długo potrwać, bo niedawno zaczęła się australijska zima, która była porą suchą.

Drugą rzeczą, która przykuła jej uwagę, była sama osada. Stanowiły ją tylko dwa rzędy domów na drewnianych palach, odsunięte od siebie na jakieś dziesięć jardów, tworząc coś na podobieństwo drogi znikąd donikąd.

Poza tym nie dostrzegła sklepów, szkoły, baru czy choćby poczty, za to zaraz na początku osady ujrzała niewielką budę bez okien i samotne drzwi, tkwiące dokładnie pośrodku drogi. Buda wyglądała wręcz odstręczająco, zaś drzwi zupełnie idiotycznie, jakby ktoś rozebrał cały dom i zapomniał tylko o nich, ale Hermiona doskonale wiedziała, że to był Intra-Portal, prowadzący do jakiejś większej miejscowości, skąd istniały dalsze przejścia, natomiast w budzie znajdował się zbiornik nawadniający dla osady, w którym przy pomocy specjalnego zaklęcia Aquaeructo Fons ściągana była woda ze studni artezyjskich.

Przed domami siedziało lub stało pełno ludzi. Dorośli dyskutowali ze sobą, gestykulując gwałtownie rękoma, zaś dzieci bawiły się lub jadły. Jeden z chłopców przewiesił sobie przez ramię dużą jaszczurkę, której ogon sięgał mu do pasa, zaś na plecach innego siedział... O Merlinie, ale słodziak! Hermiona aż uśmiechnęła się z czułością na widok niedźwiadka koali. Zdecydowanie wolę koalę od ropuchy!

Wszyscy bez wyjątku przerywali rozmowę lub zabawę i przyglądali się im, ale być może ze względu na obecność Tau nikt ich nie zaczepił.

Jakoś w połowie osady zatrzymali się przed piętrowym domem i Tau machnął ręką w kierunku wejścia.

- Pamiętasz? Piętro, pierwsze drzwi na prawo – przypomniał Severusowi. – Idźcie, ja zaraz przyjdę!

Mieszkanie Tau w pewien sposób nie zawiodło oczekiwań Hermiony. W bardzo gorzki sposób. Od chwili, gdy Tau cofnął się o krok i nie podał jej ręki na powitanie, słowa Skradzione Pokolenie przestały być tylko terminem przeczytanym w książce, ale stały się namacalnym obrazem bólu i okrucieństwa, jakie jeden człowiek może wyrządzić innemu. I choć życzyła mu jak najlepiej, miała ponure przeczucia, że jego dom będzie wyglądać podobnie jak jego życie.

Wszedłszy do niewielkiego pokoiku odruchowo zlustrowała go szybkim spojrzeniem. Na pomalowanej na biało drewnianej ścianie po prawej ciągnął się rząd półek zastawionych księgami, różnymi ingrediencjami i sprzętem do warzenia eliksirów, po lewej stała skrzynia i łóżko zasłane jakąś szarą kapą, zaś na wprost, pod oknem, dostrzegła stół z dwoma krzesłami. Poza tym nie było żadnych osobistych drobiazgów, obrazów, dekoracji, czy choćby dywanu lub zasłon w oknach. Nic, co by sprawiło, że, choć zastawione sprzętami, to pomieszczenie przestałoby być... puste i nabrało życia.

Nie było też żadnych drzwi do innego pokoju, kuchni czy łazienki – najwyraźniej Tau wynajmował pokój, lub, sądząc po długim korytarzu z wieloma drzwiami, ten dom był czymś w rodzaju hoteliku. W powietrzu unosił się trudny do określenia zapach, będący najprawdopodobniej mieszaniną kurzu i rozmaitych ingrediencji.

Nagle jej radość z powodu zjawienia się w Australii przygasła.

Severus usiadł przy stole i spojrzał na Hermionę, jakby czekał na jakiś komentarz, więc dziewczyna postanowiła zatrzymać wszelkie refleksje dla siebie.

- Zawsze tak wygląda aportacja międzykontynentalna? – zagadnęła zamiast tego, stawiając walizkę obok jego torby, z ulgą zdejmując luźną bluzę i siadając naprzeciw. – Myślałam, że właśnie dlatego wybraliśmy aportację, a nie świstoklik, żeby nie rąbnąć o ziemię jak worek z kartoflami.

- Gdyby zawsze tak wyglądała, możesz mi wierzyć, nie ruszałbym się z Anglii – odparł i zmiótł dłonią warstewkę pyłu zaściełającą cały blat.

- Tak podejrzewałam. Ale co w takim razie poszło nie tak?

- Zbyt mocno zareagowałaś na eliksir. Bardzo rzadki przypadek, ale może się zdarzyć. Raz na tysiąc, może nawet rzadziej.

Hermiona aż uniosła do góry brwi, co sprawiło, że Severusowi mimo woli kącik ust powędrował do góry.

- Żartujesz?! Merlinie, przy takim szczęściu chyba zacznę grać w Loterię Morgany...! – pokręciła głową z niedowierzeniem. – Ale to znaczy, że zareaguję normalnie przy powrocie?

- Powinienem raczej powiedzieć, że to ty jesteś tym przypadkiem. Najwyraźniej nie tolerujesz jednego ze składników tego eliksiru. Więc na pewno byłby problem przy powrocie, gdybym pozwolił ci tak wracać.

- Nie wiedziałam, że jestem tak wyjątkowa – stwierdziła z udawanym podziwem Hermiona i westchnęła. – Spróbuję zrobić sobie świstoklik. Zabrałam księgę o zaklęciach transportowych, tak na wszelki wypadek. Bo na luksus Inter-Portalu nie ma co liczyć... Swoją drogą, używałeś go kiedyś?

- A czy ja wyglądam jak pracownik Ministerstwa?

- Fakt – uśmiechnęła się dziewczyna i wyjrzała przez okno. – Choć trochę szkoda, na pewno udałoby ci się ustawić do pionu co poniektórych.

- O, tak. Znam kilku, którzy byliby wręcz zachwyceni taką perspektywą – rzucił dość kąśliwie Severus.

Hermiona spojrzała na zegarek, wytrząsnęła zza paska kilka ziarenek piasku i przestawiła na czas lokalny. Było już dwadzieścia po dziewiątej.

- Ciekawe, kiedy przyjdzie Tau. Wiesz, gdzie on poszedł?

- Wróżką też nie jestem – powiedział lodowato Severus i przesunął powoli różdżkę między palcami. - Ale mogę ci powiedzieć, co się za chwilę stanie, jeśli nadal będziesz tyle gadać.

Dziewczyna westchnęła teatralnie i zacisnąwszy usta spojrzała za okno. Czekaj, jeszcze przyjdzie taka chwila, że będziesz prosił, żebym mówiła!

Przez chwilę przypatrywała się chodzącym ludziom, a potem zwróciła uwagę na domy. Wszystkie były drewniane i stały na wysokich na trzy, cztery stopy palach. To ją bardzo zaintrygowało, bo w żadnej z książek nie było mowy na ten temat. Zanotowała w myślach, że trzeba o to zapytać przy okazji, gdy rozległo się skrzypienie drzwi i do pokoiku wszedł Tau w towarzystwie znacznie starszego mężczyzny.

Widząc, że Severus wstaje, żeby się przywitać, Hermiona zrobiła to samo. Obaj mężczyźni wymienili krótki uścisk dłoni, po czym Tau stanął przed nią.

- Yunupingu Ill-oo'ka – przedstawił go. – Nasz Mistrz Umysłu. A to... panna Granger.

- Hermiona – podpowiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się do Ill-oo'ki.

Mężczyzna podał jej rękę, więc uścisnęła ją i wyczuwszy jego magię puściła prędko, bez mała w szoku.

O Merlinie...!

To było przedziwne... niemal nieprzyjemne uczucie. Jakby dotknęła czegoś... innego. OBCEGO.

Do tej pory wiele razy wyczuwała magię innych czarodziejów i choć różniły się od siebie, tak jak różnią się ludzie, zawsze było w nich coś znajomego. Zupełnie jak słońce, oglądane o różnych porach dnia, czy to nad morzem, czy w górach, czy nad jeziorem, zawsze było „angielskie". Sądząc po intensywności tego uczucia, śmiało mogła powiedzieć, że była w innej galaktyce.

Ill-oo'ka nie zareagował w żaden sposób na jej dziwne zachowanie, ale Hermiona dostrzegła kątem oka ostrzegawcze spojrzenie Severusa, więc czym prędzej przywołała spokojny wyraz twarzy i schowała obie dłonie za siebie.

- Miło... hmm... cię poznać – wyrzuciła z siebie.

Broda i wąsy Ill-oo'ki poruszyły się, jakby uśmiechnął się do niej w odpowiedzi.

Gdy Tau napomknął o śniadaniu, Hermiona nagle uzmysłowiła sobie, że nie jadła już od dwunastu godzin i natychmiast zaczęło ją ssać w żołądku.

Severus wylewitował stół na środek, dziewczyna wyczarowała dwa dodatkowe krzesła, zaś Tau sprawił, że na stole pojawił się nagle talerz z nieforemnymi plackami chlebowymi, miska z warzywami, duże zielone, gęsto nakrapiane jajo emu i spory kawałek upieczonego mięsa oraz dzban z wodą. Z kolejnym machnięciami różdżki ze skrzyni śmignęły ku nim gliniane kubki i talerze i z głośnymi stuknięciami opadły na środek stołu.

Żeby tylko nie przywoływał noży... pomyślała Hermiona i musiała to mieć wyraźnie wypisane na twarzy, bo mężczyzna wybuchnął śmiechem i pokiwał przecząco palcem.

- Bez obaw! – zawołał i wyjął ze skrzyni cztery duże noże.

Chcąc respektować prywatną przestrzeń Tau, wyraźnie większą niż u innych, Hermiona na wszelki wypadek przesunęła swoje krzesło w stronę Severusa i niepewnie sięgnęła po placek i bardzo owalnego pomidora.

- To pomidory pustynne – ostrzegł ją Severus, widząc, jak unosi warzywo do ust.

Cholera! Hermiona czym prędzej odłożyła go na talerz.

- Nawet o tym nie pomyślałam! – przyznała z ulgą w głosie i przekroiwszy na pół zaczęła wydłubywać pestki, które były trujące.

- Więc lepiej zacznij, bo nie mogę wiecznie łapać cię za rękę – poradził na to, ściszając bardzo głos, żeby Ill-oo'ka i Tau tego nie usłyszeli.

Wszyscy zajęli się jedzeniem i dopiero, gdy zaspokoili pierwszy głód, Severus wyjaśnił obu Aborygenom powód ich wizyty. Mówiąc, zwracał się głównie do Ill-oo'ki, który niemal natychmiast przestał jeść i słuchał go uważnie, podszczypując krótką, sterczącą na wszystkie strony białą brodę.

- Ile lat od Factum? – spytał trochę nieporadnie po angielsku, gdy Severus skończył mówić.

- Sześć – odparła dziewczyna natychmiast, zaalarmowana jego miną. Chyba nie jest za późno...?!

Ill-oo'ka wyciągnął w stronę Hermiony przedziwną różdżkę – bardzo krótką i oplecioną na rękojeści chropowatą skórą.

- Popatrz – przechylił się ku niej przez stół, przytknął ją do jej czoła i wymówił jakieś dziwne słowo.

Hermiona natychmiast wyprostowała się, rozwarła szerzej oczy i spojrzała na niego. Spróbowała też rozluźnić się i otworzyć umysł, lecz w jej głowie pulsowała bez ustanku jedna myśl „niech nie będzie za późno, niech się uda...".

Po chwili poczuła jakieś łaskotanie w środku głowy i znów ten przedziwny, obcy dotyk, który o dziwo było o wiele prościej znieść. I nic więcej.

Chwilę później mężczyzna cofnął rękę i usiadł z powrotem.

- Można sprawdzić.

Dzięki ci, Boże! Hermiona osunęła się z westchnieniem ulgi na krzesło.

- Ale do relacji wy potrzebujecie któregoś z przywódców magicznych Tradycjonalistów. Manduaya albo Liru.

Tau przełknął pospiesznie kawałek pomidora i otarł usta wierzchem dłoni.

- Sprawdzę na mapie w Ministerstwie, gdzie są oba plemiona. Domyślam się, że zależy wam na czasie?

- O tak – powiedziała prosząco Hermiona.

Severus tylko skinął mu głową i pocierając lekko palcem o brzeg kubka, zaczął mówić dalej.

- Nie mamy zbyt wielkiego wyboru jeśli chodzi o relacje: miłość i więź krwi. Którą z nich poleciłbyś wzmocnić? – spytał Ill-oo'kę.

- Miłość.

- A nie więź krwi? To bardzo specyficzny rodzaj relacji między ludźmi.

- Co jest... – Aborygen zawahał się, szukając słów – to samo. Idzie do tego samego.

- Chodzi ci o to, że relacja między rodzicami i dziećmi opiera się na miłości? – spróbowała sprecyzować Hermiona.

- Tak, tak! To proste. Co czujesz, jak ich widzisz, jak ich dawno nie widziałaś? Jak odchodzisz?

- Jak witałam ich wracając z Hogwartu – dopowiedziała Hermiona z na poły radosnym, na poły smutnym uśmiechem.

- Dokładnie! Czemu jak jesteś daleko, o nich myślisz? Czemu oni o tobie myślą?

- I o mnie dbają...

- Skończyliście tę wyliczankę, czy macie jeszcze dużo innych wzruszających przykładów? – zapytał cichym, ale spokojnym głosem Severus.

Hermiona natychmiast urwała, rozdarta między ochotą fuknięcia na niego i przeproszenia. Fakt, że z Ill-oo'ką nie musieli tyle rozwodzić się nad tematem, ale z drugiej strony przecież byli w gościach! Prosili ich o pomoc!

A potem dotarło do niej, że powolny ruch jego palców zamarł i że teraz zaciskają się mocno dookoła kubka. Czyżby...

Z procesu i z jego wspomnień, które oddał Harry'emu we Wrzeszczącej Chacie wiedziała już, że Severus nie miał szczęśliwego dzieciństwa, ale nigdy nad tym się głębiej nie zastanawiała. Może dlatego, że nie miała powodu.

Ale teraz wyobraziła sobie, jak tak naprawdę mogło wyglądać i... i poczuła, jak te palce zacisnęły się nie dookoła kubka, ale dookoła jej serca.

O mój Boże...

- Panna Granger ma rację – odezwał się Ill-oo'ka zupełnie normalnym tonem i nagle Hermiona zorientowała się, że patrzy Severusowi prosto w oczy.

Ten posłał jej tak ostre spojrzenie, że natychmiast spuściła wzrok, po czym odwrócił głowę i starannie rozluźnił dłoń.

- Zrozumiałem. Jednak wpierw musimy przejrzeć wspomnienia panny Granger. Kiedy możemy to zrobić?

- Teraz. Tylko trzeba dobre miejsce – starszy Aborygen zatoczył koło ręką. – Tau?

- Nie ma sprawy! – odparł ten natychmiast. - Jest kilka wolnych pokoi. Hermiono, weź ten naprzeciw.

- Przygotuj się, masz pięć minut – dodał sucho Severus.

Hermiona czuła na sobie jego spojrzenie, równie dobrze, jak ślady jego palców, więc nie ośmieliła się podnieść głowy, tylko na oślep sięgnęła po bluzę i walizkę i nie oglądając się, wyszła na korytarz.

Drzwi do pokoi naprzeciw znaleźć można było bez problemów po grubych, białych pasach błyszczących w równych odstępach w ciemnym korytarzu. Równie łatwo można było usytuować klamki, bo w dużych dziurkach od kluczy najwyraźniej nic nie tkwiło.

Hermiona na próbę nacisnęła klamkę, pchnęła drzwi przeznaczonego jej pokoju i aż cofnęła się gwałtownie, zasłaniając sobie oczy.

Przez okno na wprost wpadały ostre promienie słońca, odbijając się od ścian i sufitu oślepiającą bielą. Nawet podłoga wydawała się płonąć. Równocześnie zaczęło ją piec gardło i płuca, ponieważ zachłysnęła się gorącym, aż gęstym od kurzu i wszechobecnego pyłu powietrzem.

Odetchnęła kilka razy czystszym i chłodniejszym powietrzem na korytarzu, po czym postąpiła krok do przodu i smagnęła różdżką w przestrzeń przed sobą.

- Frigeo!

Powietrze przeszył suchy, ostry trzask, błysnęło błękitnawo i temperatura opadła do całkiem znośnej. Hermiona przywołała z walizki prześcieradło, złożyła na cztery i wylewitowała pod samo okno.

- Accro! – tkanina natychmiast przylgnęła do szyby i framugi i w pokoju pociemniało. – Consulo!

Ponieważ prześcieradło zgęstniało nagle i odbiło całe światło słoneczne, zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Tylko w jednym rogu, gdzie tkanina odstawała odrobinę od okna, widać było jasną plamę. Dziewczyna użyła zaklęcia tnącego i z każdym machnięciem różdżki na ciemnym prostokącie pojawiały się większe i mniejsze szparki, przez które sączyły się promienie światła, aż w pokoju zapanował przyjemny półmrok.

Dopiero teraz mogła rozejrzeć się dookoła, choć nie było znów co tak oglądać. Pod ścianą po lewej stało łóżko – jednoosobowe, ale większe niż jej własne, mała szafeczka z resztką świeczki, zaś w ścianie koło okna wbite były dwa duże gwoździe. Wszystko pokryte było warstewką kurzu o wiele grubszą niż ta na stole Tau.

Nie chcąc na tym siadać, Hermiona sięgnęła do walizki po swój koc. Jej palce od razu natrafiły na puchatą miękkość, pod którą odnalazły coś płaskiego i twardego.

Nawet przez gruby polar Hermiona natychmiast odgadła, co to było. Spakowane niemal w ostatniej chwili pudełko po butach. Jedyny powód jej wizyty tu.

Natychmiast zapomniała o kurzu i pyle na łóżku. Niecierpliwie rzuciła koc gdzieś na łóżko, po czym jak najostrożniej wyjęła pudełko i usiadłszy na brudnej podłodze położyła je sobie na skrzyżowanych nogach.

Z boku widniało zdjęcie długich zimowych kozaków, ale Hermiona nawet ich nie dostrzegła, przesuwając palcami po trochę już zniszczonej pokrywie. Zamiast tego zobaczyła siebie i swoich rodziców siedzących dookoła salonowego stolika i przeglądających wszystkie laurki i prezenty dla nich... mignął jej przed oczami ojciec trzymający pomalowany na kolorowo kamień... a potem wypłynęło wspomnienie jej mamy, która przyniosła kiedyś z garażu pudełko po butach. „Schowajmy te wszystkie skarby do środka" – powiedziała z ciepłym, matczynym uśmiechem. „To będzie nasz sekretny schowek. Pomożesz mi, kochanie?"

Miała rację. To były skarby, zarówno dla nich, jak i dla niej. Coś, co ona mogła dać im, wkładając w to całe swoje dziecięce serce i całą swoją miłość.

Coś, czego Severus nigdy nie zaznał. I prócz nieprzemożnej tęsknoty czuła również głęboki, przejmujący smutek. Do dzisiejszego dnia nie miała nawet pojęcia, jakie ma szczęście, że może TĘSKNIĆ. Że są ludzie, którym nawet to nie jest dane.

Koniec rodziału IV

Niedziela, 18 maja

Birriani,

Gdy tylko drzwi zamknęły się za dziewczyną, Severus zerknął na zegarek, po czym obrócił się w stronę Ill-oo'ki.

- Muszę cię uprzedzić, że to wspomnienie nie będzie... przyjemne – powiedział. – To i pełno innych, które ona ma.

Stary Aborygen pokiwał głową i pokazał swoją różdżkę.

- Wiem. Wyczułem to. W jej głowie dużo bólu. Bardzo dużo – odparł, po czym dodał po lekkim wahaniu. – Ona była z tobą na wojnie?

- Tak. Ale w zeszłym tygodniu skończyła się kolejna, która ją bardzo dotknęła.

Ill-oo'ka przesunął palcami po krótkiej, białej brodzie.

- Twoi ludzie nie wiedzą, co to dobro – stwierdził smutno. – Znają dużo złych słów. Wiedzą, jak krzywdzić. Ale są tacy, jak ty i ona. To dobrze.

Severus nie zamierzał wysłuchiwać morałów, obojętnie czy pozytywnych, czy nie.

- Jakże poruszające. Wracając do tematu. Panna Granger wie, o czym ma myśleć i nie sądzę, żeby próbowała nas powstrzymać, lecz jeśli wspomnienie będzie zbyt bolesne, może do tego dojść. Dlatego ci o tym mówię.

- I dobrze – odparł Ill-oo'ka spokojnie. – Ty ją znasz, pannę Granger. I nie skrzywdzisz, widzę to. Więc szukaj w jej umyśle, a ja będę pilnować.

Severus posłał mu krzywe spojrzenie, ale jednocześnie coś w nim drgnęło w poczuciu ulgi. Biorąc pod uwagę wczorajszą scenę, nadal nie potrafił zdecydować, czy zgodzić się na prośbę dziewczyny, co było równie irytujące co... niepokojące.

Nie wiedział tylko, czy ulżyło mu, bo Ill-oo'ka podjął decyzję za niego, czy ponieważ miał zrobić dokładnie to, co ona chciała.

- Jak chcesz – stwierdził, wzruszając ramionami.

Ill-oo'ka uśmiechnął się do niego szeroko, jakby z pobłażaniem, więc żeby nie dać mu okazji do dłuższej dyskusji, obrócił się do Tau.

- W którym pokoju mogę zostawić swoje rzeczy?

Gdy kilka chwil później weszli do pokoju Hermiony, dziewczyna siedziała na podłodze poobkładana kartkami z kolorowymi, dziecięcymi rysunkami. Na ich widok podniosła głowę i spojrzała na nich z pełnym smutku uśmiechem.

Severus westchnął w duchu i machnięciem różdżki przesłał wszystkie kartki do pudełka, a drugim zamknął je.

- Spodziewałem się, że lepiej wykorzystasz czas – spojrzał wymownym wzrokiem na koc leżący krzywo na łóżku i widoczne nawet w półmroku smugi pyłu na podłodze.

O dziwo jego słowa nie zrobiły na Hermionie wrażenia. Mógł odebrać jej laurki, ale nie to, co ze sobą przyniosły. Może dlatego, że sercem znalazła się już tam, gdzie za chwilę miała zabrać również i ich.

Usiadła na jednym z przywołanych przez Tau krzesłach, Ill-oo'ka rozsiadł się na wprost niej, a obok niego zajął miejsce Severus. Widząc ich obok siebie, Hermiona nie mogła się nie uśmiechnąć.

Severus wyglądał przy nim niczym uosobienie elegancji. Nigdy dotąd rysy jego twarzy nie wydały się jej być tak... szlachetne. Przesunęła wzrokiem po jego długim, haczykowatym nosie, po gładkiej, pociągłej twarzy i wąskich kształtnych wargach, odnalazła pionową zmarszczkę między gęstymi brwiami i czarne błyszczące oczy i jakaś cząstka w niej uznała nagle, że jest... piękny.

Ale nie było jej dane przyglądać się mu dłużej, bo Ill-oo'ka przywołał ją gestem ku sobie.

- Chodź tu, moje dziecko – uśmiechnął się do niej dobrotliwie. – Przypomnisz sobie tamten dzień. Cały. Myśl. My – wskazał ręką siebie i Severusa – będziemy to widzieć. Wejdziemy w twoje myśli. Ja będę cię prowadzić. Mój kolega czytać, co ty czułaś wtedy.

Słysząc to Hermiona odczuła tak głęboką ulgę, że aż zrobiło się jej jakoś miękko. Czyli nie myliłaś się. Na Severusa zawsze można liczyć.

Spojrzała na niego, ale jego twarz była całkowicie nieprzenikniona.

- Teraz sprawię, że będziesz na nas patrzeć – usłyszała i czym prędzej skupiła się na starszym Aborygenie. – Nie bój się. Nie skrzywdzę cię.

Krótką różdżką wskazał na swoją lewą dłoń, wyszeptał coś, czego zupełnie nie zrozumiała i jak najdelikatniej przykrył nią jej czoło. Hermiona bardziej wyczuła obcą magię, niż sam dotyk; coś jakby cień przesunęło się po jej skórze zostawiając po sobie ulotne wrażenie szczypania, które przesunęło się na jej oczy, musnęło policzki i nos, usta i w końcu podbródek.

- Popatrz.

Gdy Hermiona uchyliła powieki, wszystko wokół wydawało się nie istnieć. Wiedziała, że jest, ale nie czuła potrzeby, czy nawet ochoty spojrzenia gdzie indziej, niż na dwóch mężczyzn siedzących tuż przed nią, tak blisko, że czuła ciepło ich kolan koło swoich. Ich twarze przyciągały wzrok jak magnes, ich oczy stały się centrum wszechświata i sensem jej istnienia. Bez wahania wybrała czarne, kuszące aksamitną głębią i przylgnęła do nich.

- Legilimens – dobiegł ją znajomy głos. Chwilę, minutę, godzinę, czy nawet dzień później... to było jej zupełnie obojętne.

Zaraz potem poczuła poruszenie się gdzieś w środku głowy. To było tak... przedziwne, niepokojące, wręcz przerażające uczucie, że aż skuliła się w sobie, jakby chciała przed tym uciec.

- Ciiiicho – uspokoił ją ten sam miękki głos i ciepła ręka przykryła jej zaciśniętą kurczowo dłoń.

Powoli rozluźniła się i pogrążyła się w swoim koszmarze.

Severus przyjrzał się uważnie siedzącej przed nim dziewczynie. Z poruszającą pewnością wiedział, że widzi ją taką po raz ostatni. Że to, co zobaczy, zmieni wszystko.

Popatrzył w jej czekoladowe oczy, wymówił półgłosem zaklęcie i natychmiast poczuł, jak otworzył się przed nim jej umysł. Zupełnie jakby zanurzył się pod powierzchnię nieskazitelnej tafli jeziora; jeszcze przed chwilą mógł dostrzec w jej źrenicach swoje odbicie, a teraz widział zupełnie obce mu obrazy, słyszał echo głosów i czuł to, co ona.

Natychmiast zorientował się, że dziewczyna miała wspaniale zorganizowany umysł. Ale tego mógł się spodziewać po najinteligentniejszej od stuleci czarownicy. W odróżnieniu od większości ludzi kategoryzowała wspomnienia po temacie, więc wszystko dotyczące Hogwartu było oddzielone od wspomnień z pracy, od nauki czy czasu spędzanego z rodzicami. Ostatnie wydarzenia musiały również mieć swoje osobne miejsce. Inną szufladkę.

I coś mu mówiło, że gdyby tylko zechciała spróbować Oklumencji, zamknęłaby natychmiast tę, którą chciałaby ukryć i nawet on nie wiedziałby, że tam jest.

Gdy Ill-oo'ka znalazł się obok niego, dziewczyna drgnęła gwałtownie i wszystko zacisnęło się nagle dookoła nich, więc czym prędzej sięgnął na pamięć po jej dłoń, żeby ją uspokoić. Już zwykła penetracja umysłu, nawet przeprowadzana z jak największą delikatnością, była nieprzyjemna, co dopiero, gdy robiło to dwóch czarodziejów. Znał to aż za dobrze.

Po chwili dziewczyna odprężyła się i już chciał kazać jej przywołać tamto wspomnienie, kiedy naraz się w nim znalazł.

To, co poczuł, powiedziało mu aż za dobrze, że to właśnie to wspomnienie.

Słońce tego dnia zabłysło tylko na kilka chwil, po czym skryło się za grubą warstwą ciemnych, niemal sinych chmur. Patrząc na niebo Hermiona pomyślała, że pogoda jest w tej chwili oknem do jej duszy. Bo czuła się, jakby słońce wzeszło dziś po raz ostatni i już nigdy nie miała go zobaczyć.

Dziś był TEN dzień, który świadomie wybrała i teraz błagała Boga, żeby dał jej na tyle siły, żeby zdołała zrobić to, co musiała.

Przesunęła palcami po szybie, znacząc ślady pierwszych kropli deszczu i poczuła mocne dławienie w gardle. To samo, które czuła ciągle od powrotu z Hogwartu i które być może już nigdy miało nie zniknąć.

Jej rodzice... Mama... Tata... natychmiast dostrzegli, że coś ją gnębi, więc wyjaśniła, zresztą zgodnie z prawdą, że właśnie straciła kogoś, kto był jej bardzo bliski. Tak mogłaby określić Dumbledora, który zawsze wydawał się być dla niej życzliwy, a od chwili, gdy powołał Zakon Feniksa, prócz dyrektora stał się również niezłomnym obrońcą Dobra. Nadzieją na jutro w tych czarnych, mrocznych czasach. Iskierką w tunelu.

Jego śmierć pozostawiła w sercu bolesną, wciąż krwawiącą ranę, a fakt, że został zamordowany przez kogoś, komu ufał... komu ona też ufała i kto ich zdradził, sprawiał, że tym bardziej nie chciała się ona zagoić.

Na myśl o tym wszystkim zbierało się jej na płacz, ale nie miała już na to siły. Człowiek nie może płakać w nieskończoność. I wyglądało na to, że coś w niej chciało zaoszczędzić łzy na to, co miało nadejść...

Rodzice nie drążyli tematu, ale gdy z każdym kolejnym dniem było gorzej, zaczęli się niepokoić. Biedni, kochani rodzice. Już za chwilę nie będzie miała nikogo, kto by przyszedł, przytulił ją i szeptał pocieszające słowa.

Ale nie miała innego wyjścia. Musiała pomóc Harry'emu – dlatego, że był bratem, którego nigdy nie miała i ponieważ od tego zależał los całego czarodziejskiego świata. Czym przy tym była jej strata? Zaledwie kroplą w jeziorze.

Chyba od wyjazdu z Hogwartu wiedziała, że będzie musiała od nich odejść. Może nawet od pogrzebu Dumbledora. Chwilami czuła, jakby wtedy nie tylko jego pogrzebała.

Ale dopiero po wielu dniach znalazła sposób, jak to zrobić.

Już czas.

Powtarzała to sobie od godziny. Lecz teraz naprawdę nadszedł czas.

Obróciła się od zapłakanego okna i rozejrzała po pokoju po raz ostatni. Nawet jeśli kiedykolwiek by tu wróciła, już nigdy nie miał tak wyglądać. Już nigdy nie miał być JEJ pokojem. Wychodząc z niego czuła, jakby ubyła w niej jakaś cząstka samej siebie.

Sądząc po odgłosach, rodzice krzątali się w kuchni na dole, więc Hermiona pospiesznie wyjęła z komody stojącej między ich pokojami pudełko z jej laurkami i dziecinnymi prezentami i wepchnęła je do wyszywanej koralikami torebki. Spakowała już do niej wszystko, co musiała mieć wyruszając w szaleńczą podróż, teraz przyszedł czas na zabranie czegoś, co PRAGNĘŁA mieć. Dziecinne rysunki, ich wspólne zdjęcia obrysowane kwiatkami i serduszkami, garść muszelek i piórek zebranych z plaży podczas wakacji, kolorowe kamyki, wysuszone kwiatki czy kupione za znalezione pieniądze spinki, błyszczące gumki do włosów i tym podobne drobiazgi, których jej rodzice nie mogli przecież nosić i używać, ale może właśnie z powodu ich naiwności i niewinności były skarbami samymi w sobie.

To wszystko miało olbrzymią wartość dla jej rodziców i zupełnie inną, ale równie wielką dla niej samej. Była w tym cała jej dziecięca miłość, którą mogła im ofiarować.

I właśnie to postanowiła ocalić. Im to już miało nie być potrzebne, ona zaś chciała PAMIĘTAĆ.

Schodząc powoli po schodach stępowała do piekła. Chyba jeszcze nigdy tak ostrożnie nie stawiała stóp, jeszcze nigdy tak mocno nie przytrzymywała się poręczy i idąc tak na dół widziała wreszcie to, na co nigdy do tej pory nie zwracała uwagi. Obrazki na ścianie, wytłoczone wzory na tapecie, lekko obity wazonik z zasuszonymi różami, między którymi pająk rozpiął pajęczynę...

Zupełnie jakby widziała je po raz pierwszy. Choć tak naprawdę może ostatni?

Z każdym stopniem coraz większy ciężar lęgł się w jej piersi i coraz więcej duszy jej ubywało i gdy w końcu dotarła na sam dół, czuła się, jakby na barkach miała cały świat.

- Kochanie, wypijesz z nami herbatę? – spytała jej mama, wychodząc z kuchni do saloniku z tacą zastawioną ciastkami i filiżankami. – Zaparzyłam cały dzbanek, ale nie wzięłam dla ciebie filiżanki.

W tej chwili wydała się Hermionie najpiękniejszą kobietą na ziemi.

- Tak, mamuś – wykrztusiła, wykrzywiając twarz w czymś, co miało wyglądać na uśmiech.

- Nie widziałaś nigdzie Krzywołapa? – zawołał z salonu ojciec. – Zostawiłem dla niego kawałek mięsa.

Oczywiście nie mógł wiedzieć, że Krzywołap był już w Norze, gdzie wysłała go rano nie chcąc stracić i jego.

Jej mama przeszła do salonu, a Hermiona przywołała całą swoją silną wolę, żeby pójść za nią, a nie do kuchni i to prawie ją złamało. Ale nie było sensu odwlekać tego, co i tak miało nastąpić. Tej herbaty nie miała już wypić razem z nimi.

Rodzice usiedli na kanapie, tyłem do niej, nieświadomie ułatwiając jej to, co miała zrobić. Hermiona wyjęła z kieszeni spodni różdżkę, przełknęła z trudem ślinę i nabrała powietrza. Teraz.

- Factum... reticulis... imire – ledwo udało się jej wymówić zaklęcie przez zupełnie zaciśnięte gardło i zdrętwiałe w ostatnim proteście usta.

Jasno-żółty promień trafił w plecy jej mamy, więc trochę niekontrolowanym szarpnięciem przesunęła różdżkę na ojca i on również zamarł w bezruchu.

- Od tej chwili nazywacie się Monika i Wendell Wilkins – zaczęła mówić i aż przeraził ją jej rozedrgany głos. – Jesteście bezdzietnym... Bardzo szczęśliwym... Małżeństwem. Będziecie pamiętać całą waszą przeszłość... studia.. wojsko... pracę... Ale jako Monika i Wendell. Zapomnicie o wszystkim... co łączy się z... – otarła rękawem oczy, ale i tak nadal nic nie widziała – Hermioną. Granger. Kiedy za chwilę będziecie pić herbatę, zdecydujecie wyjechać do Australii. Jeszcze w tym tygodniu. Bo... to jest wasze największe marzenie. Ułożycie sobie życie... I zostaniecie tam... Na zawsze.

Z każdym wypowiadanym słowem odcinała się od nich coraz bardziej. I czuła, że umierało coś w niej.

I gdy w końcu skończyła, czuła się jak pusta muszla, wyrzucona gdzieś na brzeg przez sztorm.

Znów otarła oczy i nos i spróbowała ich dojrzeć. Siedzieli cały czas tyłem do niej, nie reagując ani na jej głos, ani na nagle zapadłą ciszę.

Hermiona sięgnęła przed siebie ręką i dotknęła czyjegoś ciepłego ramienia.

- Mamuś... tato... nawet nie wiecie... jak bardzo... was... koch...

Nie odpowiedzieli.

Z największym trudem wykonała ostatni, skomplikowany ruch różdżką kończący zaklęcie. I w tym momencie cieszyła się, że nie mogła zobaczyć, jak ze wszystkiego w tym domu za wyjątkiem jej torby znikają wszystkie ślady jej istnienia. Zniknęła ze zdjęć, zniknęły jej zabawki, zniknęły ubrania, zniknęły dziecinne książki... i tysiące drobiazgów, które są żywymi dowodami tego, że istniejemy. To wszystko znikło. Umarło.

Jednocześnie zaklęcie sprawiło, że zmieniły się ich imiona i nazwiska na dokumentach, na trzymanych na pamiątkę kartkach świątecznych, nawet inicjały na ich obrączkach.

Nie widziała, ale poczuła, gdy działanie zaklęcia dobiegło końca. Ten dom stał się... inny. Zimny i niemal odpychający. Nie należała już do niego.

Tak strasznie chciała jeszcze ostatni raz spojrzeć na swoich rodziców, ale nie była w stanie. I coś mówiło jej, że tak było lepiej. Co mogło dać patrzenie na ludzi, dla których była już tylko obcą osobą?

- Bądźcie szczęśliwi – szepnęła tylko, obróciła się na pięcie i deportowała.

Czas był odejść z tego świata i znaleźć się w innym; równie czarnym, co chmury na zewnątrz.

Severus śledził całe wspomnienie i równocześnie starał się szukać ukrytych myśli oraz powiązanych z nim innych wspomnień. Lecz nie mógł odciąć się od jej emocji. Będąc w jej umyśle był przecież nią samą.

O dziwo wpierw odczuł ból. Nie fizyczny, lecz psychiczny, ale tak obezwładniający, że aż coś w nim jęknęło w proteście. Zaraz potem znalazł się gdzieś na piętrze, przed oknem.

Czym prędzej skupił się na napływających obrazach. Niektóre były wyraźne, choć krótkie – to musiały być jej myśli, wiele zaś było zaledwie strzępami scen z przeszłości, czy wyobrażeniem jej obaw.

Stał na peronie 9 i ¾ i rozglądał się dookoła, podnosił różdżkę otoczony tłumem pod Wieżą Astronomiczną, ocierał łzy patrząc na biały, marmurowy nagrobek... mignęła mu przed oczami długa, biała broda Dumbledore'a i błysnęły jego okulary-połówki... Przez chwilę znalazł się w kuchni na Grimmauld Place, zobaczył samego siebie rozmawiającego z Blackiem i niemal natychmiast obraz zmienił się. Zza znajomych, och jak znajomych! drzwi dobiegł głuchy łoskot, kilka sekund później drzwi otwarły się gwałtownie i wybiegł z nich on i bez mała wpadł na Lunę Loovegood. I siebie. „Profesor Flitwick zemdlał, zajmijcie się nim! Ja muszę pomóc walczyć ze Śmierciożercami. No już, ruszcie się!" – warknął i odbiegł równie znajomym korytarzem.

Nie mógł przeoczyć fali goryczy i zawodu, które temu towarzyszyły, oraz czegoś podobnego do nienawiści, przygłuszonego głębokim szokiem. I nie wiedział tylko, czyje uczucia są czyje.

Na szczęście w tym momencie wszystko się zmieniło i znalazł się na łóżku, z książką o zaklęciach pamięci na kolanach i leżącym z boku atlasie świata rozłożonym na Australii i Oceanii.

To było to, to musiało być gdzieś tu!

Rozejrzał się czujnie w poszukiwaniu choćby okrucha wspomnień, które łączyły się z Australią. Czegokolwiek, co zaprowadziłoby go dalej. Jakaś jego część robiła notatki, zaś ta druga otwierała pospiesznie wszystkie szufladki i wsłuchiwała się w to, co z nich dobiegało.

„Tam też jeździ się lewą stroną"..., „Będzie chyba odpowiednio daleko"..., „Aportować ich czy wysłać samolotem?"... Było tego pełno, jak echa odbijające się od ścian w olbrzymiej komnacie i wiedział, że będzie musiał tu wrócić, by je wszystkie sprawdzić.

Wspomnienie pociągnęło go długimi schodami na dół, do znajomo wyglądającego salonu. Ujrzał kobietę, którą pamiętał ze zdjęć i coś w nim aż westchnęło na widok jej piękna, jednak natychmiast przejmujący smutek i ból stłumiły to uczucie.

Gdy Hermiona wyjaśniała mu, jak zmodyfikowała pamięć rodziców, brzmiało to... po prostu jak stwierdzenie faktu. Naturalnie domyślał się, że będzie bolesne, ale nie przypuszczał nawet jak bardzo. To był niemy krzyk rozpaczy, skręcający trzewia, który, gdy dobiegł wreszcie końca, przemienił go w trzęsący się wrak człowieka.

Gdy przebrzmiało echo deportacji, Severus zmusił się do dwóch rzeczy – do powrotu do jej – jego pokoiku i do przejrzenia wszystkich wspomnień jak najszybciej, żeby oszczędzić bólu im obojgu.

Skupił się z całych sił i zanurzywszy się na nowo w drgające echa wspomnień, obrazów, zasłyszanych wiadomości, przeglądał dziesiątki na raz, zaledwie muskał świadomością i pozwalał im płynąć dalej, robiąc miejsce dla kolejnych i następnych... Niektóre przytrzymywał na dłużej, lecz gdy tylko jego niezawodny instynkt podpowiadał mu, że to nie to, porzucał je i sięgał po dalsze.

Aż wreszcie trafił.

Znów znalazł się w znajomym salonie. Był już wieczór, sądząc po czerni panującej za oknami, rozjaśnionej tylko mdłym światłem pobliskiej ulicznej lampy.

Rodzice Hermiony siedzieli na kanapie, zaś ona… czy raczej on, bo tak to widział i czuł, siedział na podłodze, opierając się o kanapę plecami i wszyscy patrzyli w telewizor. Sądząc z perspektywy, Hermiona musiała być jeszcze dzieckiem.

Na stole obok piętrzył się stos pachnących słodko bułek drożdżowych i szklanki z niedopitą do końca herbatą.

Severus przyjrzał się kolorowym rybom i czemuś, co wyglądało jak różnobarwne rośliny i usłyszał nieznany kobiecy głos.

- ... jeśli nic się nie zmieni, za 10 lat największa na świecie rafa koralowa będzie miała tylko 5 procent swojej pierwotnej powierzchni. Oprócz naturalnych zagrożeń, jak sztormy czy drapieżne rozgwiazdy, coraz bardziej przyczyniają się do tego zmiany klimatyczne i rozwój przemysłowej żeglugi.

Matka Hermiony poprawiła poduszkę za plecami i spojrzała na męża.

- Mój Boże, strasznie chciałabym ją obejrzeć. To musi być najpiękniejsze miejsce na ziemi! – powiedziała z zachwytem. – Popatrzcie, jakie cudowne rozgwiazdy...!

- I te ławice ryb – dorzucił ten równie entuzjastycznie. – Tam są chyba wszystkie kolory tęczy.

Hermiona i zarazem on szturchnął kobietę łokciem i spojrzał wymownie na ojca Hermiony.

- Tak, szczególnie turkus, tato. Mamuś, co to ostatnio miało turkusowy kolor? – tak, jej… jego głos też był dziecinny.

- Twój fioletowy worek na kapcie z zeszłego roku – roześmiała się jej matka.

Jej ojciec uniósł ręce w geście poddania.

- A niech mu będzie i fioletowy! Choć mówiłyście, że jest szaro-niebieski.

- Perry, Perry – westchnęła wymownie matka Hermiony. – To było jeszcze wtedy, kiedy Hermiona chodziła do przedszkola. Trzy worki temu.

- Co przynajmniej dowodzi, że nie mam sklerozy. Więc co, kiedy jedziemy?

- Gdzie? – zapytał równocześnie z matką Hermiony.

- Jak to gdzie? Do Australii! Zwiedzić Wielką Rafę Koralową!

- A jedziemy? – poczuł, że Hermionę aż podniosło z wrażenia.

Jej matka uśmiechnęła się i pogłaskała go po splątanych włosach.

- Możemy sobie żartować, skarbie, ale to musi kosztować tysiące funtów.

Miała taką smutną minę, że uklęknął przodem do nich i wziął się pod boki.

- Zobaczycie, jak tylko skończę Hogwart i zostanę panią Minister Magii, to pierwszą rzeczą, jaką zrobię, to kupię wam wycieczkę do Australii!

Ojciec Hermiony wybuchnął krótkim śmiechem, po czym nagle spoważniał.

- Trzymam cię za słowo!

Na tym wspomnienie się urwało, ale to nie miało znaczenia. Wiedząc, czego szuka, Severus pospiesznie wrócił do chwili rzucania Factum i bardzo uważnie przyjrzał się wszystkiemu, co wirowało dookoła.

Dorosła Hermiona stała przy tej samej kanapie, skulona w sobie i celowała różdżką w plecy rodziców.

- ... co łączy się z... Hermioną. Granger. Kiedy za chwilę będziecie pić herbatę, zdecydujecie wyjechać do Australii. Jeszcze w tym tygodniu. Bo... to jest wasze największe marzenie. Ułożycie sobie życie...

Gdy to mówiła, w dali błysnęły kolorowe ryby i rośliny i poczuł ulotny zapach bułek drożdżowych...

Wielka Rafa Koralowa.

Miał to!

Wysunął się z jej umysłu najdelikatniej jak mógł i dotknął ramienia Ill-oo'ki.

- Finite Incantatem.

Znalazł!

Na widok Hermiony poczucie satysfakcji prysło jak bańka mydlana. Dziewczyna siedziała wciśnięta w krzesło, obejmując się mocno ramionami i patrząc nadal nieprzytomnie prosto na niego. Wyglądała jak ktoś, kto dotarł na koniec świata i ta droga okazała się ponad jego siły.

- Karora* - westchnął Ill-oo'ka, wysunąwszy się z jej umysłu – Udało się?

I nie czekając nawet na odpowiedź Severusa podniósł się z trudem i wziął Hermionę za ręce.

- Ptaszku malutki. Już będzie dobrze.

Hermiona zamrugała szybko powiekami, żeby otrząsnąć się z działania zaklęć. Fizycznie wróciła już do nich, o czym przekonał ją pulsujący, niezbyt mocny ból głowy, myślami była jeszcze w swoich wspomnieniach. To było przedziwne uczucie, być tu i nie być jednocześnie.

- Odpocznij teraz – dodał Ill-oo'ka i pogłaskał ją po włosach.

O niczym innym nie marzyła – żeby zamknąć oczy, pomyśleć o czymś innym, przyjemnym i przestać płakać. Ale przede wszystkim rozpaczliwie nie chciała być sama! Nie po raz drugi!

Severus również wstał i coś w niej szarpnęło się w proteście. Niech on nie odchodzi! Niemal zerwała się z krzesła i przytuliła do niego kurczowo.

Ten zesztywniał momentalnie i odruchowo złapał ją za ramiona.

- Hermiono...!

- Nie zostawiaj mnie – jęknęła błagalnie, wciskając w jego pierś jeszcze mocniej.

Severus stał jeszcze chwilę bezradnie, rozdarty między zupełnie sprzecznymi uczuciami. Coś w nim kazało mu ją odepchnąć – rozum, przyzwyczajenie, czy może idiotyczna duma? I równocześnie coś innego chciało uspokoić ją tak, jak ona to zrobiła tydzień temu.

Ktoś, Anderson? Ill-oo'ka? mruknął „chodźmy", ich kroki zaszurały i ucichły w korytarzu i Severus machnął ręką na dumę. Z głębokim westchnieniem przygarnął ją do siebie i zanurzył twarz w jej włosach i być może to lekki zapach migdałów upewnił go w tym, że to było właściwe. Coś, czego sam chciał.

Nie mieli pojęcia, ile tak stali. W miarę jak odpływał koszmar, Hermionę ogarniał spokój i niesamowite poczucie bezpieczeństwa. To było miejsce, w którym nic złego nie mogło jej spotkać. W którym nie była sama. Miała wrażenie, że mogłaby tak trwać latami, słuchając jego miarowego bicia serca, czując delikatne muśnięcia we włosach i kojący dotyk wzdłuż pleców. Na tyle kojący, że udało się jej w końcu na spokojnie wrócić do niedawno widzianych wspomnień, już bez bólu i cierpienia, i zacząć rozumieć, co to znaczyło.

Wielka Rafa Koralowa. Więc wiemy, gdzie są. Wiemy, gdzie szukać!

Wszystko dookoła pojaśniało, nabrało nagle blasku i poczuła, jak wszystko w niej się uśmiecha.

- Udało się. Mój Boże, udało ci się! – spojrzała na Severusa i poczuwszy mocne ukłucie w środku głowy, zacisnęła na chwilę oczy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo ci dziękuję!

- Nie musisz.

Widząc, że Hermiona doszła do siebie, Severus dał krok do tyłu, ale dziewczyna była szybsza. Błyskawicznie przechyliła się ku niemu, wspięła się szybko na palce i pocałowała go w policzek.

- Dziękuję!

Severus ledwie poczuł delikatne muśniecie jej ust, ale za to nagle z całą jasnością zdał sobie sprawę z jej miękkich, kobiecych kształtów lgnących do niego. O jasna cholera! Błyskawicznie odsunął się od niej na wyciągnięcie ramion.

- Powiedziałem, że nie musisz! – syknął, obracając się od niej, żeby nie dostrzegła szoku, którego nie umiał ukryć. Właściwe?! Nie ma nic bardziej niewłaściwego, idioto! – Połóż się – dodał głosem nie znoszącym sprzeciwu.

Hermiona nie zamierzała kłaść się na zakurzonym łóżku, ale czując coraz mocniejszy ból głowy po prostu odrzuciła poduszkę w nogi, przywołała swoją i przykryła kocem. Już i to wystarczyło, żeby musiała przytrzymać głowę, bo miała wrażenie, że jej odpadnie.

Severus przysiadł z samego skraju i podał jej jedną z dwóch fiolek, które wcześniej przygotował.

- Jak się czujesz? – spytał, starając zabrzmieć normalnie. – Prócz bólu głowy?

Hermiona usiadła i skrzywiła się lekko.

- Jestem zmęczona. I czuję się jakoś... dziwnie – nie umiała znaleźć słów, żeby oddać to, co czuje.

Nie musiała mówić, Severus znał doskonale to uczucie, kiedy nie do końca panowało się nad własnymi zmysłami. Przez jakąś chwilę ktoś przejął kontrolę nad jej umysłem i potrzebowała czasu, żeby ją odzyskać i móc nad nimi zapanować.

- Dziękuję – mruknęła dziewczyna, oddając mu pustą fiolkę. - To z powodu Legilimencji?

Severus potaknął.

- Dłuższa legilimencja na ogół jest bolesna, szczególnie jeśli zmusza się kogoś do pokazywania specyficznych wspomnień.

- Przecież sama pokazałam wam to wspomnienie?

- Ale były chwile, kiedy najchętniej przestałabyś o tym myśleć? – spytał domyślnie Severus i gdy po krótkim namyśle Hermiona skinęła głową, dodał. – Gdyby nie Ill-oo'ka, przywołałabyś jakieś inne. Właśnie dlatego do tego typu analiz umysłu potrzeba dwóch osób. Jedna zmusza cię do nieustannego skupienia się właśnie na nim, żeby druga mogła w tym czasie szukać w twojej podświadomości. Swoją drogą dlaczego właśnie Australia? Bo najdalej od Anglii?

- Pewnie też – wzruszyła ramionami Hermiona. - Ale przede wszystkim szukałam kraju, w którym łatwo by się zadomowili. A Australia podlega Koronie Brytyjskiej, więc z punktu widzenia formalności administracyjnych wszystko jest o wiele prostsze niż na przykład w Argentynie czy Japonii. A ja bałam się problemów z dokumentami. Poza tym mówi się tu po angielsku, jeździ po lewej stronie... Ale Wielka Rafa Koralowa? – spojrzała na białe kreski malowane promieniami słońca wpadającymi przez liczne rozcięcia w prześcieradle i uśmiechnęła się lekko. – Kiedy wymyśliłam Australię, zupełnie o tym nie pamiętałam. Ale tu na pewno nie chodzi o rafę, bo przecież nie mogą mieszkać na pełnym morzu, ale w którymś z portów wychodzących na nią. A tych nie ma tak wiele. Wystarczy, że przeszukamy je wszystkie!

Spojrzała na niego z taką radością i ufnością, że Severus nie mógł, po prostu nie mógł powiedzieć jej, że to wcale nie jest takie pewne. Nie po tym, co przeszła!

Kolejny raz więc stchórzył i podał jej drugą fiolkę, z eliksirem słodkiego snu.

- Wypij.

- Jest dopiero za kwadrans jedenasta – zaprotestowała dziewczyna. – To naprawdę potrzebne? Boli mnie tylko głowa, zaraz mi przejdzie.

- To naprawdę potrzebne, więc nie dyskutuj.

- Ale proszę, zbudź mnie za kilka godzin. Nie chcę przespać całego dnia.

Hermiona odkorkowała fiolkę, przysunęła ją do ust i zawahała się. Domyślała się, że kiedy ona będzie spać, on pewnie będzie rozmawiał z Ill-oo'ką o tym, co widzieli. Albo co gorsza będzie sam i będzie o tym myślał. A nie miała wątpliwości, że odczuł jej emocje, gdy myślała o śmierci Dumbledore'a.

- Jeszcze coś – powiedziała, poważniejąc nagle. – Chciałam cię przeprosić za to, co myślałam o tobie. Wtedy, kiedy... umarł Dumbledore. To wyglądało tak...

- Wyglądało dokładnie tak, jak miało wyglądać – przerwał jej równie poważnie. – Więc przestań nieustannie o tym myśleć. A teraz już pij.

Fiolka była mała i jej zawartość wystarczyła raptem na trzy łyki. Gdy tylko Hermiona przełknęła pierwszy z nich, poczuła gdzieś koło serca ciepło, które rozeszło się na boki jak fala i ogarnęło całą klatkę piersiową, kończyny aż po czubki palców i głowę. Wraz z ciepłem napłynęła błogość, tak cudowna, tak obezwładniająca, że nawet nie była w stanie utrzymać otwartych powiek.

Severus podtrzymał ją i opuścił delikatnie na łóżko.

- Sev...

- Śpij już – mruknął.

W ostatnim przebłysku świadomości Hermiona odnalazła jego rękę, ale nie udało się jej już ścisnąć, bo zasnęła.

Severus jak najdelikatniej wysunął dłoń spomiędzy jej bezwładnych palców i przyjrzał się jej, przypominając równocześnie niemal identyczną chwilę sprzed kilkunastu dni.

Wyglądała tak samo, ale równocześnie inaczej. Na doroślejszą. I na o wiele bardziej skrzywdzoną, niż do tej pory przypuszczał. Nie dostrzegał ani jej serca, ani jej duszy, ale przed chwilą widział jej umysł, czuł to, co ona i na samo wspomnienie miał wrażenie, że nadal krwawiło mu serce.

Wiedziony jakimś dziwnym odruchem sięgnął po kosmyk niesfornych włosów, który ułożył się w poprzek jej policzka i jak najdelikatniej odsunął go z jej twarzy.

Śpij.

Podłoga zaskrzypiała cichutko, gdy wstał, ale dziewczyna nawet nie drgnęła. Mimo wszystko rzucił Gradus Silencio, ponowił Frigeo i wyszedłszy na korytarz przymknął drzwi. Tak na wszelki wypadek, gdyby się obudziła.

Gdy wszedł do pokoju Tau, Aborygen porządkował swój składzik ingrediencji. Na jego widok odstawił trzymany słoik i podszedł do okna.

- I jak… ona się czuje? – spytał, przyglądając się swoim palcom.

- W porządku. Śpi – odparł Severus, stając obok.

- A jak jej umysł?

Severus zacisnął usta na wspomnienie ich zachowania. Gdy tak teraz o tym myślał, uznał, że jego było o wiele gorsze niż jej.

Hermiona mogła być usprawiedliwiona – w jej stanie robiła po prostu to, co podpowiadał jej instynkt. Nie chciała być sama i chciała mu podziękować za pomoc. Z tego, co widział, ludzie często dziękowali całując innych w policzek i choć on sam uważał to za idiotyzm, ona najwyraźniej nie. Pewnie dlatego, że była inna niż on.

Ale żeby on tego CHCIAŁ? Żeby uznał to za właściwe?! Żeby tulił się do niej, tak że czuł jej kobiece kształty napierające na jego pierś, jej...

Nawet o tym nie myśl!

- Dałem jej eliksir przeciwbólowy, bo rozbolała ją głowa – odparł, wyglądając na zewnątrz. - Ill-oo'ka musiał chyba kilka razy interweniować. Gdzie on jest?

- Gdy tylko wyszliśmy, powiedział, że idzie skontaktować się z Liru i Manduaya – wyjaśnił Tau. – I może tak będzie lepiej, bo nie wiem, czy ja dałbym radę.

I na widok uniesionej lekko brwi dodał:

- Od jakiegoś czasu coraz trudniej ich znaleźć. Ministerstwo robi wszystko, by mieć ich na oku, jednocześnie Tradycjonaliści robią wszystko, żeby zniknąć i na ogół im się udaje. Wiem, że Gubernator powołał specjalną ekipę, która ich szuka, ale nawet jak ich znajduje, nie wiem jakim cudem, to nie na długo. Przełamują zaklęcia śledzące i przemieszczają się bezustannie. Yunupingu jest z pogranicza, więc ma sposoby, żeby z nimi porozmawiać.

- Dobrze.

- To, co zobaczył, musiało nim trochę wstrząsnąć.

- Wspomnienia dziecka, które się okalecza, nie należą do przyjemnych.

Niemal całą rozmowę prowadzili, patrząc za okno, a nie na siebie, ale Severus dostrzegł kątem oka, jak Aborygen drgnął i nabrał mocno powietrza.

Obaj chwilę przyglądali się dwójce starszych chłopców, którzy przeszli pod ich oknem niosąc długą na dwa jardy drewnianą tubę. Severus rozpoznał w niej didgeridoo, którego ponure buczenie zawsze działało mu na nerwy, ilekroć tu był. Gdy muzycy znikli z pola widzenia, Severus usiadł przy stoliku, ale Tau pozostał przy oknie, starannie odwracając głowę.

- Severus, czy… To znaczy wiesz, że ja nigdy… znaczy się, nie… nie lubię pytać o… TE sprawy. Nie chcę wiedzieć. Ale żeby nie powiedzieć wam czegoś głupiego…

- Nie – odparł krótko Severus.

Od strony okna dało się słyszeć coś jakby westchnienie ulgi.

- Przepraszam. Po prostu… nigdy nie widziałem, żebyś kogoś… objął.

- Powiedzmy, że nauczyłem się tego tydzień temu.

Słysząc gorycz w jego głosie, Tau obrzucił go uważnym spojrzeniem.

- Usiądź – Severus gestem wskazał mu krzesło i usiadł wygodnie. – Pamiętasz Chase'a Griffina?

- Ten siwiejący, wiecznie uśmiechnięty facet? – spytał dla potwierdzenia Tau, siadając.

- Tak. Nie żyje – Tau skrzywił się, więc ciągnął dalej. - A Alexis Rayleigh?

- Tę kobietę, za którą oglądała się większość facetów na Konwencjach? Ona też nie żyje?

- Żyje – powiedział sucho Severus. – To ona go zabiła.

Tau wyprostował się momentalnie i spojrzał na niego wielkimi oczami.

- O bogowie...! Co się stało?!

Ponieważ Tau znał większość z osób wplątanych w tę historię, część z nich nawet osobiście, Severus opowiedział mu ją ze szczegółami.

- Rozprawa zaczyna się w przyszły poniedziałek – podsumował. – I biorąc pod uwagę, że to dość brudna sprawa, nasze Ministerstwo będzie z pewnością naciskać na Wizengamot, żeby zakończyła się jak najszybciej.

- Brudna – powtórzył za nim jak echo Tau i pokręcił głową z niedowierzeniem. – To szaleństwo! Nie spodziewałem się czegoś takiego po kimś z naszego kręgu. Powinieneś ją raczej udusić! Lubiłem Chase'a – dodał jakby dla wyjaśnienia. – Wydawał się mnie rozumieć.

- Miałem skrępowane z tyłu ręce. Ale to nad wyraz... pociągająca opcja – Severus uśmiechnął się kącikiem ust. – Gdyby nie Hermiona, może i bym to zrobił. Co u ciebie? – spytał, chcąc zmienić temat.

Tau uśmiechnął się szeroko i odchylił na krześle przy wtórze głośnego skrzypnięcia.

- W porządku. Naprawdę. W czasie ostatniej sesji Chancerel ukrył część moich wspomnień i teraz praktycznie nie mam już nawrotów koszmarów czy lęków.

Severus przyjrzał się uważnie starszemu mężczyźnie naprzeciw. Znał go o wiele lepiej, niż inni. Przed laty próbował mu pomóc i dzięki temu znał przyczyny blizn na jego ciele i duszy. Wyjątkowo głęboka trauma czy zadawnione wspomnienia pozostawiały ślady w podświadomości, których nawet wyczyszczenie pamięci nie mogło zaleczyć. Człowiek wtedy lubił lub nienawidził różne rzeczy, chciał ich lub... bał się i nie miał pojęcia skąd i Uzdrowiciele Umysłu nie potrafili temu zapobiec. Najwyraźniej Chancerel znalazł sposób. I dobrze. * tu napisać o tym na dole strony, że rodzice Hermiony zamieszkali w Grange, itd

- Powinieneś dać sobie wyjąć wszystkie, wtedy przeszłoby ci zupełnie.

- W ten sposób pamiętam.

- A chcesz pamiętać?

- Chcę. Przynamniej wiem, kim jestem. I dla przestrogi, żeby zawsze uważać na większość białych. Poza tym, co by mi pozostało, gdybym je usunął?

- Mógłbyś żyć? – rzucił ostrożnie.

- Prawdziwym, radosnym życiem? Więc czemu ty nie zrobiłeś tego samego? – odparł pytaniem na pytanie Aborygen.

- Nie potrzebuję. Mam bardzo ograniczone potrzeby i dobrze mi z tym, co mam.

- Mi też. Różnica między nami polega na tym, że jesteś ode mnie młodszy.

Severus wzruszył ramionami. Co to mogło mieć za znaczenie, że był młodszy? Prawdziwe, radosne życie nie było dla niego.

* Karora – duch twórca w religii Aborygenów

CZĘŚĆ WENDELL

Niedziela, 18 maja,

Grange, Mieszkanie Moniki i Wendella,

10:45 rano,

- ... soczewki i płyn do soczewek są, okulary są, odżywka do włosów jest... – mruczała Monika, unosząc poszczególne warstwy ubrań spakowane do dużej walizki. Odsunęła dyskretnie kopertę z wynikami badań ginekologicznych, wymacała dwa cienkie woreczki, do których włożyła złotą i srebrną biżuterię i wepchała je pod kosmetyczkę. – Biżuteria jest... Pewnie wszystkie łańcuszki i bransoletki będą splątane jak spaghetti, jak je wyciągnę, nie mam pojęcia, jak to jest. Wkładasz osobno, wyjmujesz jeden wielki węzeł...

- Tak samo, jak słuchawki – westchnął Wendell, siedzący na fotelu obok. – Spakowałaś słuchawki?

- Tak... Raczej tak... – Monika sięgnęła pospiesznie po mały plecaczek, który w podróży był praktyczniejszy niż torebka z uwagi na pełno małych, łatwo dostępnych kieszonek. – Mam! I-poda też mam, baterie...

- Założę się, że nie uda ci się dosłuchać do końca nawet pierwszego utworu, Śpiąca Królewno.

Monika zawsze spała w podróży, czego Wendell nie potrafił pojąć. Nawet kiedy w czasie urlopu wybierali się do Mackay, żeby zobaczyć, jak idą interesy i przy okazji popływać trochę jachtem, potrafiła przespać większą cześć jedenastogodzinnej drogi.

- Spróbuję, mam wszystkie najlepsze kawałki Queen – Monika dla pewności dorzuciła do plecaka zapasowe rajstopy i rozejrzała się dookoła. – Chyba wszystko mam... Ładowarka do komórki! – poderwało ją i rozejrzała się nerwowo dookoła. - Kochanie, podasz mi? Powinna być za kanapą, ta długa!

Wendell przechylił się przez oparcie, sięgnął na oślep i wymacał przedłużacz. Pierwszy kabel był do telewizora, drugi do lampy... Trzeci był o wiele cieńszy. Wyciągnął go i owinąwszy kilka razy dookoła ręki wstał i podał Monice.

- Znajdź koniecznie czas na wizytę w domu – mruknął, obejmując ją w pasie. – I odwiedź adwokata.

- Umówię się z nim, jak tylko przyjadę – Monika zarzuciła mu ręce na szyję i oparła mu głowę na ramieniu. – W lodówce masz jedzenie na kilka dni. Obiecaj, że nie będziesz się głodził.

- Nie bój się. Dam sobie radę. W końcu jestem byłym żołnierzem.

- Co będziesz robił? Przez cały tydzień?

- Już mi robisz przesłuchanie? Myślałem, że zacznie się dopiero jak wrócisz.

Oboje zachichotali, ale Monika niemal natychmiast spoważniała.

- Wiesz, o co mi chodzi. Jak ci z pracy zobaczą, że nie wyjechałeś, to będą chcieli, żebyś wpadł na chwilę, na jeden zabieg i drugi...

- I wyjdzie z tego 12 godzin dziennie – wpadł jej w słowo Wendell. – Nie martw się. Josh jest w Brisbane i będzie wracał w poniedziałek do Mackay. Więc jeśli naprawili już jacht, to zabiorę się z nim i wypłyniemy na Rafę, zakotwiczymy gdzieś tam i spędzę tydzień kołysany do snu przez fale. A jak nie, to wyciągnę Mike'a na pustynię. Ale ani tu, ani tam żywa dusza mnie nie znajdzie.

Z ulicy dobiegł znajomy, potrójny klakson – tak trąbiły wszystkie taksówki w tym stanie.

- Uważaj na siebie, dobrze? – rzuciła pospiesznie Monika.

- To ty uważaj. Nie otwieraj okien w samolocie, bo się przeziębisz.

- Zadzwonię, jak tylko dojadę. Kocham cię!

- Ja ciebie też, malutka. Baw się dobrze i zrób zdjęcie domu! I zwiedź wszystkie znajome kąty!

Wendell pomógł Monice zapakować walizkę do pomarańczowo-czarnej taksówki, pocałowali się jeszcze raz na pożegnanie i aż do najbliższego zakrętu Monika jeszcze machała mu ręką przez tylną1 szybę. Gdy auto skręciło, kobieta oparła głowę o zagłówek i przymknęła oczy.

Ten tydzień miał być zarówno długi, jak i krótki. Prócz zjazdu miała istotnie spróbować spotkać się z Hermioną Granger, tą dziewczyną, która mieszkała w ich domu, z adwokatem i...

Wendell o tym nie wiedział i nie miał wiedzieć. Monika już od jakiegoś czasu postanowiła pójść do jakiegoś psychiatry specjalizującego się w hipnozie, który mógłby pomóc jej odnaleźć odrzucone przez jej mózg wspomnienia.

Kiedy trzy lata temu przechodziła rutynowe badania ginekologiczne, dowiedziała się, że musiała mieć dziecko. Była matką.

Dwaj konsultowani oddzielnie ginekolodzy postawili taką samą diagnozę – biorąc pod uwagę stan jej dróg rodnych, dwadzieścia, trzydzieści lat temu musiała donosić ciążę i urodzić w naturalny sposób. Kiedy Monika zaczęła im tłumaczyć, że to niemożliwe, pokazali jej nawet ledwo dla niej widoczny ślad po episiotomii.

To był dla niej wstrząs. Nic takiego sobie nie przypominała, a z tego, co słyszała i widziała, poród nie był czymś, o czym można było zapomnieć, czy przegapić.

No chyba, że... Jeden z lekarzy wyraził przypuszczenie, że to musiał być dla niej tak straszny wstrząs, że żeby nie zwariować, jej umysł po prostu to wyparł. To, jak i wszystko, co się z tym łączyło.

Być może dziecko urodziło się martwe, a może zmarło w jej ramionach, albo wydarzył się jakiś wypadek?

O ile nie było jej łatwo, ale w końcu pogodziła się z tą myślą, do tej pory nie mogła poradzić sobie z podejrzeniami, które się za tym kryły.

Po pierwsze najwyraźniej zataiła to przed mężem.

Było to możliwe tylko w czasie dwóch pierwszych lat ich małżeństwa, gdy Wendell prawie nigdy nie bywał w domu, bo pracował jeszcze w wojsku i wyjeżdżał na misje do Jugosławii. Może... to nie było jego dziecko?

Po drugie... Wiedziała, że z tym nie pogodzi się nigdy w życiu. Jeśli to byłaby prawda.

Jeden z ginekologów przez znajomych lekarzy sprawdził wszystkie szpitale położnicze w całej Anglii w tamtym okresie, ale nic nie znalazł. Zupełnie jakby to była ukryta przed światem ciąża.

Monika panicznie bała się, że ukryła ciążę przed mężem i oddała dziecko zaraz po porodzie.

To była jedyna możliwa opcja, która nie tylko wyjaśniała brak jakichkolwiek zapisów medycznych, niewiedzę męża, jak i fakt, że jej umysł wyparł wszystkie wspomnienia z tym związane.

Teraz zamierzała się tego dowiedzieć.

Tu może być koniec rozdziału

CZĘŚĆ HERMIONA

Niedziela, 18 maja

Australia, Birriani / Metropolia

Po 18-tej (po 8-mej rano w Anglii)

Hermiona siedziała na najwyższym stopniu podestu i powoli zgarniała na kupkę wszechobecny szorstki pył. Usypała już nieforemną kupkę, gdy mocniejszy podmuch wiatru zmiótł go spod jej palców.

Dziewczyna nawet na to nie zareagowała; nadal gładziła palcem po desce, a po chwili uśmiechnęła się ciepło.

Nie widziała ani pyłu, ani desek, ani nic innego. Równie dobrze mogłaby przejść w tej chwili burza piaskowa, a ona i tak nie zwróciłaby na nią uwagi. Myślami była w tej chwili daleko stąd. Myślami, sercem i całą duszą. Gdzieś na wschodnim wybrzeżu. Jutro.

Przed jej oczami przepływały coraz to nowe, kolorowe, lekkie jak rajskie ptaki obrazy. Widziała siebie w jakimś mieście, do którego zaklęcie wyszukujące kazało się jej aportować. Widziała, jak z Severusem podchodzą pod klinikę, drzwi otwierają się, jak otwiera się niebo i stają w nich jej rodzice.

Nie umiała wymyślić nazwy miasta, nie umiała wyobrazić sobie kliniki – ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze, że ona była pewna, że to jest właśnie to.

Sceny coraz to zmieniały się – były inne miasta, inne kliniki – ale zawsze ich odnajdywała.

Oczywiście próbowała sobie wytłumaczyć, że być może to nie będzie jutro. Że zaklęcie wyszukujące zaprowadzi ich we wszystkie miejsca, w których bywali. Że trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać – króciutką chwilę – bo czym było... kilka godzin, jeden dzień? w porównaniu do sześciu lat? Ale wreszcie, na pewno BĘDZIE.

Właśnie stanęła u bram raju i od wejścia dzieliło ją tyle, co sięgnięcie po złoconą klamkę. Ta jakaś sesja z Aborygenami. A potem... już za chwilę. Za chwileczkę...

Znów uśmiechnęła się promiennie do swoich dłoni. Czuła się tak lekko... zupełnie jakby te rajskie ptaki uniosły ją na skrzydłach, ku tym wyczekiwanym, lepszym chwilom. Ku jutru.

Tau zarzucił na siebie kurtkę i przed zejściem na dół zajrzał do pokoju Severusa. Młodszy czarodziej siedział na łóżku oparty o ścianę z ugiętą jedną nogą, na której trzymał jakąś książkę.

- Jesteś pewien, że nie chcesz iść z nami? – spytał.

- Nie widzę nic, co wymagałoby tam mojej obecności.

- Przecież nie będziesz siedział tu sam?

Severus starannie obrócił stronę i dopiero wtedy spojrzał na Aborygena.

- Nazwij to miłą odmianą.

- Od?

- Za chwilę sam zrozumiesz.

Tau wzruszył ramionami i zbiegł po schodach na dół, do czekającej na niego Hermiony.

- Gotowa? – rzucił, zamykając za sobą drzwi.

Dziewczyna w sekundę zerwała się na równe nogi.

- Od tysięcy lat! – zawołała z entuzjazmem.

Przeszli na drugą stronę czegoś, co w braku lepszego słowa Hermiona nazwała „ulicą" i kryjąc się w cieniu ruszyli w stronę Intra-Portalu.

- Wiesz, że tak naprawdę to nie wy go wynaleźliście, a rosyjscy czarodzieje? – spytała Tau i widząc jego zaskoczoną minę, zaczęła wyjaśniać. – To tylko tak miało wyglądać. Rosjanie odkryli go na początku XIX wieku, szukając alternatywy dla aportacji i świstoklików, ale zanim zdążyli to odkrycie upublicznić, wykradli je amerykańscy czarodzieje. I żeby odwrócić od siebie podejrzenia, MACUSA zdecydowała się podsunąć go Brytyjczykom, zasiedlającym w tamtym czasie Australię. Oczywiście MSRS* natychmiast zaczął kłócić się z dopiero co powstałym Australijskim Ministerstwem Magii, a Amerykanie udali, że właśnie wtedy dowiedzieli się o jego istnieniu. I dziwnym trafem natychmiast pootwierali pełno Portali w całych Stanach i do innych krajów. Portale w obrębie tego samego kraju nazwali Intra-Portalami, a te na zewnątrz Inter-Portalami. Przez jakiś czas każdy mógł podróżować nimi bez ograniczeń, jednak dość szybko pod naciskami ICW Inter-Portale zarezerwowane zostały tylko dla wąskiej grupy pracowników Ministerstw.

- Niesamowite! – stwierdził Tau, patrząc na nią z uznaniem. - Uczą tego w waszej szkole?

- Nie – roześmiała się Hermiona. – Przeczytałam o tym w dodatku do Historii Australii. Uwielbiam czytać!

- A podróżowałaś tak kiedyś? – spytał, podchodząc do Intra-Portalu.

Hermiona natychmiast przypomniała sobie odpowiedź Severusa sprzed paru godzin. Ale nawet nie wyobrażała sobie w ten sposób odezwać się do Tau. Poza tym... Przecież jestem – zewnętrznym, ale jednak, pracownikiem Ministerstwa. To znaczy Byłam. Bo pewnie na przywrócenie do pracy będę musiała sporo poczekać.

Swoją drogą na samą myśl o niedawno odkrytej prawdziwej twarzy Ministerstwa jakoś wcale nie czuła potrzeby do niego wracać.

- Nie, nigdy. Widziałam tylko w książce ruchome zdjęcia. Wiem, że to nie to samo, ale mogę sobie to choć wyobrazić!

- Bez obaw! Będzie dobrze!

Hermiona przesunęła ręką po framudze osadzonej w niczym i przyjrzała się uważnie drzwiom. Były dość zniszczone, szczególnie na dole. Wyglądały jakby... na przemian stały w wodzie i schły na ostrym słońcu.

- Gdy zaczyna się pora mokra i pada deszcz, to wszystko tu zamienia się w jedną rwącą rzekę – wyjaśnił Tau.

- Ach! Dobrze wiedzieć! – to wyjaśniało, czemu wszystkie domy stały tu na palach.

Dziewczyna sięgnęła do klamki i czując lekki dreszczyk emocji przed poznaniem czegoś nowego, nacisnęła ją i pociągnęła drzwi ku sobie.

Za nimi ukazał się długi na jeden jard, ciemny, ponury korytarz. Nie zupełnie inna miejscowość, inny krajobraz, ale po prostu mroczny korytarz, na którego końcu, jednocześnie bliskim i dalekim, można było dostrzec zarys drzwi. Słońce, wiszące na niebie dokładnie na wprost, oświetlało jego wnętrze zaledwie na cal, może nawet mniej, podkreślając tym bardziej kontrast z rozsłonecznionym światem dookoła. Zupełnie jakby coś w środku wchłaniało całe światło i zwracało pustkę.

- Bez obaw! – powtórzył Tau święte australijskie powiedzenie. – Możesz iść.

Hermiona dała krok w mrok przed sobą, sięgnęła ręką na wysokości klamki i natrafiwszy na twardy, chłodny metal nacisnęła ją i pchnęła do przodu.

To wszystko zajęło nie więcej niż dwie sekundy, ale równocześnie odniosła wrażenie, jakby przeleciała z prędkością światła całe mile.

Lecz nie miała czasu się nad tym zastanowić, bo ledwie uchyliła drzwi, poraziło ją światło, dobiegły ją śmiechy i szmer rozmów i wyszła na średnio zatłoczony placyk.

Należało raczej powiedzieć – Hol. Zupełnie jak na dworcu, ale nie kolejowym, bo nie było tu szyn czy pociągów, tylko... drzwiowy? Bo we wszystkich czterech ścianach dookoła znajdowały się tylko drzwi z przyczepionymi do nich tabliczkami. Przed niektórymi nie było nikogo, przed innymi stały mniejsze lub większe kolejki.

„Merindaah" - głosił duży napis na słupie sterczącym po środku placyku. Hermiona chciała przyjrzeć się tabliczce na najbliższych drzwiach, gdy te otwarły się gwałtownie, wybiegł z nich jakiś ubrany na biało mężczyzna i z krzykiem „Z drogi!" runął w drzwi naprzeciw. Chwilę później wypadło za nim dwóch innych, jeden szarpnął drzwiami bez mała wyrywając je z zawiasów i pobiegli za nim.

- Zepsują i trzeba będzie przez Tokio wracać – parsknął ktoś stojący niedaleko.

- Na najbliższej sesji z Gubernatorem zaproponuję, żeby umieścić Sfinksy w korytarzach – odezwał się głośno jakiś mężczyzna w długim, aksamitnym płaszczu i przyjrzał się z uwagą swoim paznokciom.

- To będzie to również i ostatnia, bo żaden z tych przygłupów nie będzie w stanie stawić się na następną – skomentował to ktoś inny.

Zabrzmiało to strasznie... po severusowemu i Hermiona uśmiechnęła się odruchowo. Choć była pewna, że nikt nie mógłby się z Severusem równać.

Tau pokazał ręką słup.

- Witamy na Stacji Przejściowej w Merindaah.

Przed kolejnym Intra-Portalem stała tylko jedna osoba, więc błyskawicznie przeszli do Alkawarii, dużego miasta, z którego można było przejść do Metropolii.

Metropolia. Na dźwięk tego słowa Hermiona aż kręciła głową z niedowierzeniem. Coś takiego nie istniało w żadnym innym kraju na świecie.

Było tam... wszystko. Ministerstwo Magii, Anatjari – odpowiednik brytyjskiego Wizengamotu czy francuskiej Jastance, bezsprzecznie największa ze wszystkich Szkoła Magii i Czarodziejstwa, do której dzieci chodziły już od wieku sześciu lat oraz szkoły wyższe dla każdej specjalności. Był tam również cały kompleks medyczny, składający się z dziewięciu różnych szpitali rozsianych po całej Metropolii, Bank Narodowy Australii, Australijski Urząd Główny Przesyłek, zwany czasem Wielkim Gniazdem albo złośliwie Urzędem Głównym Odchodów, Centrum Handlowe z tysiącami dużych, małych i malutkich sklepów, w których można było kupić wszystko, poczynając od miniaturowych żądeł żądlibąka na tresowanym smoku Opalooku Antypodzkim * skończywszy. (* na dole strony Wiem, że Rowling pisała, że sprzedaż i hodowla była zakazana, ale pisała też, że np. przy specjalnych okazach można było z nich korzystać. Np. Turniej Trójmagiczny. Więc ktoś przecież musiał je hodować, tresować i sprzedawać. Żeby taki Charlie mógł się nimi zajmować. No i to nie tak, że w Australii nie ma miejsca, żeby sobie latały... Poza tym znajdowały się tam wszystkie przedsiębiorstwa produkujące przeróżne magiczne wyroby, takie jak eliksiry, świece, różdżki, ubrania, artykuły piśmiennicze czy meble, był nawet Park Istot Magicznych z przeróżnymi stworzeniami klasy X, XX, XXX i ponoć kilkoma klasy XXXX, hotele i setki barów i kawiarni. Jedynie australijski narodowy stadion Quidditcha znajdował się na północno-zachodnim wybrzeżu, z uwagi na klimat.

To wszystko czyniło Metropolię niezaprzeczalnym centrum polityczno-handlowo-medyczno-socjalnym i nawet jeśli w miastach czy osadach istniały jakieś sklepiki czy bary, należało to do rzadkości dzięki, czy może z powodu istnienia Intra-Portali.

Australia różniła się od innych państw również sposobem ukrycia magicznego świata przed mugolami. O ile w Anglii czarodzieje używali zaklęcia Fideliusa, Nienoszalności, Repello Mugoletum, czy Zaklęcia Wstrętu, Bułgarzy starali się otaczać miasteczka i wioski nieciekawymi lub wręcz niebezpiecznymi miejscami (nawiedzone cmentarze, fałszywe bagna, równie fałszywe strefy wykluczenia z powodu skażenia radioaktywnego, które było w rzeczywistości sfabrykowane przez czarodziejów), zaś Francuzi przenieśli cały magiczny świat do drugiego wymiaru, Australia skorzystała z olbrzymich, zupełnie niezaludnionych obszarów kraju. Tak więc wszystkie magiczne osady, miasteczka i miasta znajdowały się daleko w głębi lądu, dziesiątki mil od najmniejszej drogi czy rzeczki, Metropolia zaś położona była po środku Australii, pomiędzy Wielką Pustynią Piaszczystą i Pustynią Gibsona. Nie było więc obaw, żeby jakiemukolwiek mugolowi udało się tam dojechać, czy tym bardziej dojść. Z powietrza też nie bardzo można cokolwiek dojrzeć, bo wszystko skrywały czerwone skały – stąd wzięła się równie popularna nazwa „Skalne Miasto".

Biorąc pod uwagę, że prócz turystów w hotelach w Metropolii nikt nie mieszkał, Hermiona sądziła, że o szóstej wieczorem nie będzie tu zbyt dużo ludzi, ale okazało się, że było wręcz przeciwnie.

Wyjście z Intra-Portalu znajdowało się w olbrzymiej jaskini. Ledwie dziewczyna otworzyła drzwi, buchnął na nią zwielokrotniony echem gwar setek głosów, piski, śmiechy i dochodząca gdzieś z daleka muzyka. Ponieważ Stacja Przejściowa w Alkawarii była przestronna i bardzo osłoneczniona, w pierwszej chwili dostrzegła tylko dziesiątki okrągłych szczelin na tle jakby pofalowanej, skołtunionej ciemności, ale bardzo szybko wyłoniły się z niej sylwetki wielu setek ludzi.

- Macie dziś jakieś święto?! – zawołała, starając się przekrzyczeć donośny harmider.

- Bez obaw! Niedziela wieczorem! – wyjaśnił Tau z szerokim, lśniącym bielą uśmiechem.

Bez obaw? Taki tłum widziała tylko raz – na Mistrzostwach Świata w Quidditchu!

Po chwili ich wzrok przyzwyczaił się już zupełnie do miękkiego półmroku i lawirując między ludźmi wyszli na zewnątrz (zauważyła, że Tau starał się nikogo nie dotykać), na równie zatłoczoną ulicę.

- Przede wszystkim chodźmy do banku wymienić twoje pieniądze – zdecydował Tau.

- Będzie jeszcze otwarty, kiedy uda się nam tam dojść? – to też zabrzmiało po severusowemu.

- Bez obaw, punkt wymiany jest zawsze otwarty.

Bank znajdował się niedaleko i na szczęście po przeciwnej stronie Metropolii niż Centrum handlowe, tak więc kilkadziesiąt jardów dalej tłum odpłynął w kilka pomniejszych uliczek i zrobiło się przestronniej.

W książce o historii magicznej Australii Hermiona wyczytała, że Metropolia została wykuta w skalnym monolicie na dziesiątki jardów z głąb ziemi. Miało to zapewnić nie tylko ukrycie miasta przed mugolami, ale i ochronę przed palącym słońcem. Teraz idąc szeroką drogą mogła wreszcie przekonać się o tym osobiście.

Zaskakująca była już sama faktura skały - wyglądała jak tysiące sprasowanych ze sobą cieniutkich listków, tworzących pełną wypukłości i wklęsłości płaszczyznę.

Ściany budynków wyrastały z wygładzonej tysiącami stóp drogi, pięły się na wysokość jednego czy dwóch pięter i kończyły postrzępionymi, jakby czesanymi wiatrem dachami. Między nimi ciągnęła się szeroka szczelina, w której błyszczało niebo w kolorze czystego i tak głębokiego lazuru, że aż zapierało dech w piersiach. Promienie chylącego się ku zachodowi słońca rozświetlały skalne ściany i dachy sprawiając, że te płonęły wszystkimi odcieniami czerwieni i pomarańczu, porysowanego ostrą czernią tam, gdzie słońce nie docierało i czaił się cień.

I istotnie, ponieważ przez większą część dnia budynki ukryte były przed słońcem przez głębokie nawisy skalne, kiedy Hermiona przyłożyła dłoń do ściany jednego z nich, wyczuła tylko przyjemne ciepło, a nie palący gorąc.

- Masz tu coś do załatwienia, czy tylko mi pomagasz? – zagadnęła idącego niedaleko Tau.

- Jeśli będziemy mieć czas, to chciałbym wpaść do Ministerstwa i sprawdzić mapy Tradycjonalistów.

- Przecież Ill-oo'ce udało się umówić z kimś na jutro rano?

Tau nie odpowiedział natychmiast, ale chwilę szedł w milczeniu, patrząc przed siebie, ale najwyraźniej widząc coś, co tylko on mógł zobaczyć – swoje myśli.

- Można powiedzieć, że z ciekawości – wyjaśnił w końcu. – Rząd próbuje bez przerwy kontrolować pozostałe na wolności plemiona, zaś ich magiczni przywódcy próbują bez przerwy się ukryć. Po prostu chciałbym wiedzieć, jaki jest stan na dzisiaj.

Po tonie jego głosu można było wyraźnie wyczuć, gdzie chciałby właśnie być. Ale pomna na ostrzeżenia Severusa Hermiona nie spytała o to i postanowiła zmienić temat.

- A często tu bywasz?

- Kilka razy w tygodniu. Mam tu swoją pracownię – Tau wskazał ręką gdzieś na prawo. – Cała strefa wytwórcza zlokalizowana jest na obrzeżach Metropolii i ciągle się powiększa.

- Przeczytałam, że robią to więźniowie skazani za cięższe przestępstwa. Albo kopią studnie artezyjskie, żeby nawodnić osady i miasta. Ci skazani za lżejsze naprawiają Portale, zaś za bardzo ciężkie wyprowadzani są na szczerą pustynię i tam zostawiani. Naprawdę?

- Naprawdę zostawiani na pustyni? – domyślił się Tau. – Z tego, co słyszałem, ostatni taki wyrok został wykonany ze trzy lata temu.

- To musi być straszna śmierć – mruknęła Hermiona, patrząc pod nogi.

- Z pewnością. Ale o wiele straszniejsze jest to, że waga pozostałych przestępstw zmienia się w zależności od potrzeb. Realnych i osobistych – dorzucił kwaśno.

Hermiona znów poczuła, że wkracza na bardzo niebezpieczny teren. Severus powinien raczej ostrzec mnie, żebym nie dała wciągnąć się w dyskusje, a nie zadawała pytania.

Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek innego tematu i ujrzała całkiem niedaleko długi budynek z szeregiem identycznych okien i szerokim wejściem.

- Dokładnie – potwierdził Tau, widząc jej zainteresowanie. – To jest nasz bank.

Cztery schodki w dół zaprowadziły ich do przestronnego, jasnego holu, z którego odchodziło pięć przejść, w tym trzy zakratowane. Tau wskazał jej przejście zaraz po prawej wiodące do punktu wymiany pieniędzy, pełnego stolików i mosiężnych wag różnej wielkości. Tylko na jednym z nich leżała olbrzymia otwarta księga.

Hermiona sięgnęła do torebki po portmonetkę i nagle uzmysłowiła sobie, że nie wie, ile złota będzie im potrzeba. Pokoje u Tau na pewno musiały kosztować, zapewne będą tam również jadać...

- Czy znasz może... hmmm... wiesz, ile kosztuje nocleg? I wyżywienie? – spytała, otwierając przegródkę z funtami i pensami i przyjrzawszy się im, jakby je pierwszy raz na oczy widziała, dodała pospiesznie. - Jeśli oczywiście jakieś jest, bo jeśli nie, to żaden problem, coś wymyślę!

- Och, bez obaw! Za dwie pierwsze doby wystarczy po dwa, trzy jaja emu na osobę, a potem, to zobaczymy.

Hermiona zamarła z banknotem dziesięciofuntowym w ręku. Po chwilowym zakłopotaniu nie został nawet ślad

- Ssłu-słucham? – rozejrzała się dookoła, lecz prócz stolików i wag nic innego tu nie było.

Na widok jej miny Tau wybuchnął radosnym śmiechem, aż musiał złapać się za brzuch.

- Severus ci nie mówił? – odparł, gdy w miarę się opanował, parsknął jeszcze raz i kontynuował. - U nas na ogół płaci się przedmiotami. Tym, co akurat jest potrzebne. Ava, która wynajmuje pokoje i gotuje potrzebuje czegoś do przygotowania jedzenia. Wiem, że steków z kangura ma pełno, ale dziś zjedliśmy jedno z ostatnich jaj.

Stek z kangura...?!

- I... wiesz może, ile one kosztują?

- Nie więcej niż małą złotą grudkę za jajko. Nie martw się!

Hermiona złożyła sobie w myśli gratulacje za przeczytanie książki o magicznej Australii. Jej autorzy najwyraźniej również nie znali zwyczajów handlowych, ale za to znali tutejsze pieniądze, tak więc tym razem nie dała się zaskoczyć.

Australijska waluta wywodziła się wprost od złotego kruszcu, nie tylko nazwą, ale i formą. Stosowano tu złote grudki (małe, średnie i duże) odpowiadające mniej więcej mugolskim pensom czy magicznym syklom, oraz złote bryłki, które z kolei odpowiadały funtom i galeonom. Zrobione były ze stopu metali i stopniowo zwiększającej się zawartości złota. Istniały też w obiegu prawdziwe bryły złota, ale chyba nikt poza bankiem i Ministerstwem ich nie używał.

W leżącej nieopodal księdze znaleźli dzisiejszy przelicznik na inne waluty. Hermiona szybko sprawdziła, że jedna mała bryłka warta była dwa sykle i trzy knuty i już zupełnie odruchowo zerknęła na inne kolumny. Oczywiście nie interesował jej przelicznik, ale lista wszystkich magicznych walut na świecie. Jak wspaniale byłoby znać ją na pamięć...

W Europie dostrzegła natychmiast francuskie St. Orettes i Longuets i bułgarskie Pluki i Plalki, o których mówił jej Wiktor Krum, po czym z ciekawością popatrzyła na Afrykę i Bliski Wschód. Arabowie używali Al'heed i Balahdin, przy większości państw Afryki Środkowej używano najwyraźniej tej samej waluty, zwanej Laptika, zaś na południu...

Ciche kaszlnięcie sprawiło, że wróciła do rzeczywistości.

- Przepraszam – bąknęła, podeszła do najbliższego stolika i odliczyła na nim pieniądze.

- Całkiem ładny smok – ocenił Tau wizerunek – choć z dalszej odległości wygląda całkiem jak nietoperz.

Tym razem to Hermiona wybuchnęła śmiechem.

- Proszę cię, wspomnij o tym Severusowi! Na pewno mu się to spodoba!

- Czemu? Lubi smoki?

- Bo w szkole zawsze nosił taką długą, szeroką szatę i jak chodził, wyglądał jak nietoperz. I tak go wszyscy nazywali. Nietoperz z lochów. Tylko o tym mu nie mów!

Tau pokręcił głową z uśmiechem i pokazał lewą szalkę wagi.

- Bez obaw! Ale pospieszmy się, bo niedługo zaczną zamykać sklepy.

Hermiona położyła wszystkie galeony na szalce, która bardzo wolno osunęła się w dół. Gdy znieruchomiała, Tau stuknął w nią różdżką i powiedział:

- Mutare galeon.

Nad kupką złotych monet pojawiła się błękitnawa poświata, która przykryła je niczym klosz.

- Teraz nie możesz już ich dotknąć – wyjaśnił Tau.

Kilka sekund później podobny klosz zamigotał nad drugą szalką i zaczęły pojawiać się na niej... większe i mniejsze kawałki złota. Szalka drgnęła i powoli zjechała w dół, żeby w końcu znieruchomieć na tym samym poziomie, co ta z galeonami, choć złota było o wiele więcej, niż monet. Chwilę potem galeony znikły, klosz nad kupką złota również, szalka popłynęła w dół i dotknęła stołu.

Hermiona położyła na dłoni kilka kawałków złota. Niektóre z nich wyglądały na wypolerowane, inne zaś były zupełnie nieforemne, jakby stanowiły zlepek maciupeńkich drobinek.

- Te gładsze to grudki, a te drugie to bryłki – poinstruował Tau.

- A skąd ja mam wiedzieć, które są małe, które średnie, a które duże?

- Bez obaw, nauczysz się! To przychodzi samo, z czasem.

Dziewczyna przesypała złoto na dużą chusteczkę do nosa i włożyła ją do kieszeni spodni. Miała głęboką nadzieję, że nie będzie miała okazji się nauczyć.

CZĘŚĆ HARRY

Niedziela, 18 maja,

Grimmauld Place nr. 12

Trochę później -

(9-ta rano w Londynie / 19-ta w Metropolii)

Deszcz lał całą noc i uspokoił się dopiero tuż po wschodzie słońca, którego przez gruby pokład chmur oczywiście nie można było zobaczyć. Może gdzieś na horyzoncie pojawiła się na chwilę jasno-biała kreska, niczym rysa na brudnej szybie, ale natychmiast znikła, gdy słońce schowało się za chmurami.

I dopiero koło dziewiątej rano rozjaśniło się i w sypialni na Grimmauld Place zrobiło się nagle widno.

Promień słońca padł ukośnie na łóżko przez rozsunięte zasłony i połaskotał Harry'ego po twarzy. Chłopak zmarszczył nos, potem naciągnął na głowę koc, a chwilę później usiadł gwałtownie i wymacawszy okulary wepchał je krzywo na nos i spojrzał na zegarek.

- Cholera jasna! – zaklął głośno. – Ginny! Wstawaj! Zaspaliśmy!

Rudowłosa mruknęła coś, pociągnęła koc na siebie, ale Harry bezlitośnie zdarł go z niej, bo doskonale wiedział, że jeśli tego nie zrobi, dziewczyna będzie spać do południa. Rozbestwili się na tym zwolnieniu.

- Wstawaj, ten kretyński alarm nie zadziałał! – Miał szaloną ochotę walnąć starym, mugolskim budzikiem o ścianę. – Już dziewiąta! O tej porze powinniśmy już być w Australii!

- Mówiłam tacie, żeby zamiast kukułki wepchnął tam naszego ghula – wymamrotała Ginny.

- Ten to by nas zbudził o trzeciej rano. A specjalnie nie zasłaniałem okna, żeby w razie czego samemu się obudzić!

Mamrocząc pod nosem Harry wciągnął na siebie spodnie od pidżamy i musiał niemal wejść pod łóżko, żeby wygrzebać spod niego drugi kapeć. Założył je i poczłapał do łazienki się umyć i spróbować zrobić coś ze sterczącymi w każdą stronę włosami.

Wczoraj specjalnie poszli wcześniej spać, żeby dobrze wypocząć i wstać o siódmej. Ale jak zawsze w takich wypadkach, nie mogli zasnąć. Ginny przytuliła się do niego, on do niej jeszcze bardziej i tak na tym... przytulaniu zeszło im przynajmniej do pierwszej w nocy. I do tego jeszcze ten cholerny budzik nie zadzwonił!

Przynajmniej na wczorajszy wieczór nie możesz narzekać.

Zanim zszedł do kuchni zrobić śniadanie, postanowił wyjść na ulicę, żeby zadzwonić do Dudleya i poprosić o podwiezienie ich do Ministerstwa.

CZĘŚĆ HERMIONA

Australia, Metropolia

O tej samej porze

Po 20-tej, Po 10tej w Londynie

Hermiona nigdy nie była specjalną fanką chodzenia po sklepach, szczególnie ostatnimi czasy, zdecydowanie wolała spędzić czas z dobrą książką, ale Centrum handlowe po prostu ją zachwyciło i najchętniej spędziłaby tu całą dobę, a nie kilka godzin.

Było tam Wszystko i… wszystko było tak inne od tego, co znała. Od Pokątnej czy od Hogsmeade.

Dlatego szła niewielkimi uliczkami, smakowała każdą chwilę i starała się chłonąć to „Wszystko". Przyciągające wzrok kolorowe witryny, kusząco brzmiące nazwy, przedziwne towary wystawione przed sklepami i sklepikami, większości których przeznaczenia nie była nawet w stanie zgadnąć, cieszące oko kolory nasycone słońcem, dochodzące zewsząd przeróżne zapachy, przedziwną muzykę i barwny, międzynarodowy tłum.

Na każdym skrzyżowaniu z inną uliczką, wiodącą do następnych, równoległych, musiała zwalczać w sobie ochotę, żeby pójść WSZĘDZIE. Nie mogła wchodzić do wszystkich sklepów, ale niektóre z nich były tak intrygujące, tak INNE, że łamała się i wstępowała do nich choć na chwilę, żeby choćby rozejrzeć się szybko dookoła. No i oczywiście nie mogła sobie darować wejścia do księgarni!

Zdecydowanie, to był jeden z cudowniejszych dni w jej życiu!

- Czy macie w Birriani jakiś bar czy pub? – spytała, gdy wyszli ze sklepu z owocami i tupnięciem nogi spróbowała pozbyć się piór z fermy emu, w której byli chwilę wcześniej. I sądząc po panującym tam zapachu, nie tylko piór.

Tau po raz kolejny przyjrzał się, jak dziewczyna wkłada do niewielkiej torebki kolejną siatkę ze smoczymi owocami, bananami i wyglądającymi jak jeże śmierdzącymi durianami i, co zaintrygowało go najbardziej, podniosła ją bez żadnego wysiłku i przełożyła sobie przez rękę.

- Jest, bez obaw. Na parterze naszego domu. Ale nie sądzę, żeby ci się spodobał. Siedzą tam głównie faceci, którym się nudzi. I nie ma tam żadnych koktajli czy soków owocowych.

- To nie dla mnie, ale dla Severusa – Hermiona spojrzała tęsknym okiem na mijaną właśnie olbrzymią księgarnię. Te, w których była, były o wiele mniejsze. – Będziemy musieli tu wrócić!

- Po co?

- Jak to „po co"? Tu są tysiące książek! – Hermiona obejrzała się przez ramię. – Może znalazłabym coś na temat alternatywnych metod uzdrawiania! I może macie coś na temat Drugiej Wojny Czarodziejów w Wielkiej Brytanii! I może wreszcie udałoby mi się znaleźć Kompendium Zaawansowanych Eliksirów, to miałabym egzemplarz…

- Mi chodzi o Severusa – przystopował ją Tau, bo coś mu mówiło, że mogłaby wyliczać jeszcze długo.

- A, o Severusa! – dziewczyna natychmiast odwróciła się do niego i uśmiechnęła szeroko. – Wiem, że Severus lubi od czasu do czasu wypić jakąś dobrą whisky. Kiedy spotykaliśmy się u mnie... to znaczy, kiedy narady były u mnie – poprawiła się pospiesznie – jakiś czas temu... to zasmakował w whisky, którą kupiłam na powrót mojego ojca...

Tau machnął ręką, jakby próbował ją uspokoić. Albo uciszyć.

- Jasne. Bez obaw – powiedział równie szybko. – To znaczy... Jak chcesz, to tu wrócimy.

- ... dawno temu – dokończyła Hermiona i przyjrzała się wyraźnie zmieszanemu Aborygenowi. – Tau, to nie tak...

- Nie musisz się tłumaczyć.

- Posłuchaj...

- Hermiono, ja nie...

- Posłuchaj, proszę!

Mężczyzna zamilkł i skinął potakująco głową.

- Nie jesteśmy razem. I nigdy nie byliśmy – wyjaśniła Hermiona. – Po prostu lubię go. – To zdecydowanie upraszczało to, co czuła, więc postarała się to sprecyzować. - Podziwiam, szanuję i jestem mu wdzięczna, nawet nie masz pojęcia jak bardzo. Kiedyś, dawno temu, nie przepadałam za nim i bałam się go, ale tylko dlatego, że przez bardzo długi czas grał kogoś, kim musiał być, tylko po to, żeby uratować tysiące ludzi. A grał doskonale – przed oczami przemknęły jej tysiące scen, słów i aż pokręciła z niedowierzaniem głową. – Niemal umarł, żeby zagrać tę rolę do końca. A ja... – westchnęła ciężko i po chwili ciągnęła dalej. – Całkiem niedawno, kiedy już poukładał sobie jako tako życie, nie zawahał się ani chwili, żeby ratować zupełnie mu nie znanych ludzi. Z początku nie chciał nawet pozwolić mi sobie pomóc, bo uważał, że to niebezpieczne. I cały czas mnie chronił. To bohater, Tau. To bóg! I zarazem ktoś, kto ukrywa to przed światem pod maską sarkazmu, złości i warczenia na wszystko i wszystkich. A do tego teraz... pomaga mi odnaleźć rodziców. Jest jednym, jedynym człowiekiem na świecie, który o tym pomyślał – jej głos zadrżał, zapiekło w gardle i czym prędzej zamrugała powiekami. – Powiedz, jak można kogoś takiego nie uwielbiać?

Tau bardzo delikatnie dotknął jej ramienia i czym prędzej cofnął rękę.

- Coś o tym wiem. A teraz chodźmy, kupimy coś dla Jacka, który prowadzi tę budę zwaną barem. I wracajmy już, bo jest już po ósmej. Znam takiego jednego, co będzie warczał, jak się nie pospieszymy.

- Bez obaw – roześmiała się Hermiona, a Tau jej zawtórował. – I tak będzie warczał.

Ponieważ żadne z nich nie znało się na alkoholu na tyle, żeby kupić coś odpowiedniego Jackowi, Tau, który machnął już ręką na wizytę w Ministerstwie, zaproponował znaleźć coś dla Avy, która niedawno zaszła w ciążę i potrzebowała odpowiednich ubrań. Dlatego wstąpili do niewielkiego sklepiku, który jego właściciel już zaczął zamykać i Hermiona kupiła dwie luźne sukienki, po czym, po bardzo krótkim (jej zdaniu) wahaniu dokupiła dwie inne, tym razem dla siebie.

- Po prostu w moich ubraniach bym się tu ugotowała – wyjaśniła, wychodząc na zupełnie pustą o tej porze drogę do Stacji Końcowej. – Wiesz, w Anglii jest o wiele chłodniej niż tu. Nawet latem. Nie wiem, jak bym wytrzymała w dżinsach.

- Teraz w prawo – odpowiedział na to Tau, nie zdając sobie nawet sprawy, że w tym momencie zachowuje się jak przeciętny mężczyzna.

Skręcili w wąską uliczkę między dwoma niskimi budynkami i kilka jardów dalej wyszli na znajomo wyglądającą jaskinię.

W środku było prawie pusto i ich kroki odbijały się miarowo od ścian i sufitu. Tau bez wahania ruszył ku drzwiom po prawej stronie.

- Trzecie od prawej.

- Alkawaria? – odczytała Hermiona napis na tabliczce.

* MSRS – Magiczny Związek Stanów Rosyjskich - Magicheskiy Soyuz Russkikh Stran - магический союз русских стран

CZĘŚĆ HARRY

Niedziela, 18 maja

Londyn, Ministerstwo Magii / Metropolia, Australia

Kilka minut wcześniej

10:30 czasu londyńskiego,

20:30 czasu środkowo-magicznego

Winda, podzwaniając łańcuchami wjechała na Poziom 1 i złota krata odsunęła się z przeciągłym zgrzytem.

– Biuro Ministra Magii wraz z Sekretariatem i Służbami Pomocniczymi, Wydział Personalny, w tym Biura Administracyjne, Wydział Prawny, Wydział Płac oraz Wydział Osobowy, z Biurem Rejestracji i Usług – oznajmił kobiecy głos.

Harry poprawił na ramieniu dużą, sportową torbę Dudleya i przepuściwszy Ginny wszedł do holu.

- Chodź, Portale są zaraz za biurem Służb Pomocniczych – sapnął i zdusił w sobie pytanie, co, na gacie Merlina, w niej takiego jest, że aż tyle waży. Kiedy przed chwilą patrzył na Dudleya niosącego ją aż do windy, mógłby przysiąc, że była lekka jak piórko!

- Dlaczego Inter-Portale są tu, a nie w Atrium czy na Poziomie 9-tym? – spytała dziewczyna, rozglądając się dookoła z zainteresowaniem.

- Bo po pierwsze służą głównie Ministrowi i jego zastępcy,... a po drugie są drogą ewakuacyjną... na wypadek, gdyby nie działały... windy ani... toalety,... ani sieć Fiuu.

Ginny zerknęła na niego z niepokojem.

- Ciężkie?

- Jak cholera. Coś ty tu napchała? – nie wytrzymał.

- Wszystko, co niezbędne. I trochę jedzenia od mamy. I to, co dał nam tata, żebyśmy nie musieli używać magii.

Acha, czyli Artur dał jej pewnie te wszystkie rupiecie, które chowa przed Molly. Super. Następnym razem poproś Hermionę o rzucenie zaklęcia zwiększająco – zmniejszającego.

Jakimś cudem dowlekli się do biura Służb Pomocniczych, skręcili w krótki korytarzyk i Harry zatrzymał się przed portretem chudego jak rączka od miotły starca. Harry bardzo ostrożnie zsunął po ramieniu torbę na ziemię i dopiero wtedy ich przedstawił.

- Harry Potter i Ginewra Weasley. Przechodzimy do Australii.

Stary czarodziej wstał z głośnym stęknięciem z fotela, sięgnął po lupę i przyjrzał się im przez nią bardzo uważnie. Lupa musiała mieć olbrzymie powiększenie, bo jego oko urosło nagle do niesamowitych rozmiarów i Ginny z trudem opanowała chichot.

- Harry Potter – powiedział słabym, trzęsącym się głosem, przypatrując się jego bliźnie na czole. – Ten słynny Harry Potter.

- Dokładnie. Możemy przejść? Bo trochę się nam...

- Nie tak szybko, chłopcze, nie tak szybko – zacmokał natychmiast staruszek. – Ja zacznę zdanie, a ty je dokończysz. Jeśli na niebie świeci księżyc...

Harry aż wstrzymał oddech, próbując znaleźć jakąś sensowną odpowiedź. Przyszło mu do głowy pełno różnych, ale może było coś, czego nie należało mówić? Słyszał, że ten dziad już kilku osób nie przepuścił.

- To nie będę musiał używać Lumos – rzucił w końcu i zamarł w oczekiwaniu.

Staruszek skinął głową i spojrzał na Ginny, a ta natychmiast powiedziała:

- To widać gwiazdy.

Czarodziej z portretu wybuchnął skrzekliwym śmiechem, który przeszedł w kaszel.

- Na pewno, moja droga. Ale dla pani mam coś innego. Proszę mi powiedzieć, co pani to przypomina.

Wykonał przedziwny ruch różdżką – zupełnie, jakby coś nią malował, i z jej końca wypłynęła biała mgiełka. Rozpłynęła się trochę na boki, zafalowała i przybrawszy jakiś dziwny kształt, zastygła.

Jak to dobrze, że to nie mi kazał zgadywać pomyślał Harry, przypominając sobie wszystkie koszmarne chwile na Wróżbiarstwie, kiedy gapił się w fusy i nie widział w nich NIC. Tym razem też przedziwna ciapa nic mu nie mówiła, za to Ginny zmarszczyła brwi, przekręciła głowę i namyślała się chwilę, aż…

- To nietoperz!

Cholera.

- Ginny…!

- Jestem pewna! Patrz, tu ma łepek… - rudowłosa wskazała coś w powietrzu – tu są skrzydła… a tu zaczepił się o coś!

- Skoro tak mówisz… „Łepek"!

Staruszek przeczesał palcami gęstą, siwą brodę, jakby również się namyślał i w końcu machnął różdżką w stronę wielkich, drewnianych drzwi na końcu korytarza i oboje usłyszeli szczęknięcie klamki.

- Możecie przejść.

Z głośnym stęknięciem Harry założył sobie torbę na ramię, podziękowali i ruszyli ku nim.

- Nie mogłaś zobaczyć czegoś lepszego? – spytał szeptem.

- Naprawdę to był nietoperz – odszepnęła Ginny. – Na świecie żyje pełno nietoperzy, Harry. Dorośnij.

- Bardzo śmieszne.

Ginny postanowiła zmienić temat.

- To był jakiś sprawdzian. Wiedziałeś o tym?

- Tak. Ponoć kiedyś chcieli dać tu sfinksa. Ale uznali, że to... politycznie niepoprawne.

- O, na pewno. Jakby któryś z Ministrów nie znał odpowiedzi na pytania, byłaby afera.

- Albo jego goście. Ale ogólnie sfinksy... mogą być groźne. Więc za Knota... siedział tu Kuguchar.

- I co się z nim stało? - spytała Ginny, podchodząc do drzwi.

- Ktoś go rozpieścił i utuczył. I zaczął przepuszczać w zamian za żarcie.

Ginny parsknęła śmiechem i otworzyła je.

Z głębokiej ciemności wionęło na nich ciężkie, suche powietrze przesycone dziwnym zapachem. Od razu rozpoznali ostry, aż kręcący w nosie odór dzikich zwierząt – tego nie dało się w żaden sposób pomylić z niczym innym. Ale były i inne zapachy. Jakby odrobiny spalenizny... może przypraw korzennych... kadzidełek, a może węgla drzewnego...? I jeszcze coś.

Ginny nabrała głęboko powietrza i zanim przymknęła oczy, zobaczyła, że Harry robi to samo.

- Pachnie... – zawahał się chłopak.

- Przygodą – dokończyła za niego.

Pochmurny, londyński dzień zniknął i znaleźli się w zupełnie innym świecie, gdy przyświecając sobie latarką weszli do środka.

Mdły, żółtawy promień światła tańczył po posadzce i po ścianach i wydobywał z mroku drzwi z tabliczkami o kuszących nazwach. „La Paz", „Paramaribo", „Kair", „Pretoria", „Nairobi", „Taszkent", „Katmandu"...

Przechodząc koło niektórych z nich Ginny miała wrażenie, że słyszy odległe dudnienie tam-tamów, głuche, niskie warczenie lwa, pokrzykiwanie małp w koronach drzew, dzwonki riksz, wrzaski sprzedawców na arabskich czy azjatyckich targach, czy jękliwe dźwięki fletu wygrywającego muzykę dla kobry – ale była niemal pewna, że to tylko gra jej wyobraźni.

Inne nazwy były o wiele mniej egzotyczne. „Nowy Jork", „Paryż", „Rzym"...

Rozchwiane światło padło na drzwi do Ryiadu z przyczepioną do nich kartką „Po przejściu prosimy zasłonić dziurę, bo sypie piachem". Harry odruchowo zerknął pod stopy i dostrzegł cienką warstewkę brązowego, podobnego do kakao piasku, którą wywiewało przez podniszczone na dole drzwi.

Nie chcąc upaść szurnął nogami i odnalazł kolejne drzwi, na których widniał napis: „Metropolia".

- To tu! – zawołała cicho Ginny, ściągnęła na ziemię plecak i wyciągnąwszy z niego klucz wcisnęła mu go do ręki. – Masz!

Gdy wczoraj ministerialna sowa przyniosła im obiecane przepustki, oboje z Ginny byli zaskoczeni widząc, że były to dwa zwykłe, nawet nie ozdobne kluczyki. Spodziewali się czegoś zupełnie innego, choć sami nie wiedzieli czego. W każdym razie czegoś bardziej imponującego.

Przyświecając sobie latarką Harry włożył klucz do dziurki. Klucz wszedł bardzo łatwo... zdecydowanie za łatwo, aż do samego końca i... zniknął! I w tym momencie rozległ się stukot, jakby ktoś odsunął z drugiej strony ciężką zasuwę.

Ginny weszła mu prawie na plecy, drzwi z cichym skrzypnięciem otwarły się i w mlecznym świetle latarki oboje ujrzeli kłębiącą się ciemność.

- Kiepsko świeci – mruknął Harry.

- Lumos byłoby lepsze – zgodziła się z nim Ginny, przekrzywiając głowę, jakby to mogło pomóc. – Biedni mugole.

- Chyba się psuje. Przed chwilą było lepiej widać.

Harry pierwszy, Ginny zaraz za nim weszli niepewnie w coś w rodzaju korytarza, wąskiego akurat dla nich dwojga. Cholerna latarka nie rozjaśniała nic, więc Harry zagłębiał się weń bardzo powoli, wyczuwając drogę stopą i dla pewności nie odrywając ręki od jakiejś dziwnej, jakby falującej ściany. I mógłby przysiąc, że z każdym malutkim kroczkiem przemierzali jakąś oszałamiającą odległość i w mroku dookoła nich przemykał czas. Bez mała czuł na policzkach delikatne muśnięcia czegoś, co na pewno nie było wiatrem.

Ginny złapała Harry'ego za koszulę i drepcząc za nim nie przestawała się rozglądać szeroko otwartymi oczami, aż zaczęły ją piec.

- Merlinie, daleko jeszcze? – spytała i aż się wzdrygnęła słysząc własny głos. Brzmiał, jakby coś go pochłonęło i zwróciło tylko płaski, pozbawiony barwy i życia strasznie odległy dźwięk. Równie dobrze mogła mówić prosto w poduszkę.

Harry wzruszył ramionami, niepomny na to, że Ginny tego nie zobaczy, dał trochę większy krok przed siebie i w ciemności zamajaczyło jakieś światełko.

- Chyba coś widzę – powiedziała równocześnie Ginny.

Dwa kroki później bardzo słabe światełko stało się dwiema pionowymi i jedną poziomą kreską, chwilę później zmieniło się w niewyraźny zarys framugi i zaczęło przybliżać się w niesamowitym tempie. Tknięty nagłym przeczuciem Harry wyciągnął przed siebie rękę, postąpił jeszcze krok do przodu... i jego palce zderzyły się z czymś twardym.

- Już jesteśmy!

Na wpół wymacał, na wpół dojrzał klamkę, pociągnął mocno i oboje aż zaniemówili ze zdumienia.

Tu jest koniec rozdziału -

CZĘŚĆ FALASE

Niedziela, 18 maja

Australia, Kabi, Bar „U Paszczura"

O tej samej porze

20:30

Jak na niedzielę wieczorem, w barze „U Paszczura" świeciło pustkami. W poprzek kontuaru wisiał ktoś trudny do zidentyfikowania, bo miał na sobie długi worek, który obdzierał go z jakichkolwiek kształtów, a głowę przykrywał mu olbrzymi kaptur, w samym kącie siedziało dwóch mężczyzn i to wszystko.

- Więc za twoje pieprzone, czarodziejskie szczęście, Pete – rzucił jeden z nich.

Chyba większość kobiet chętnie zawiesiłaby na nim oko. Wysoki, szczupły, ciemnoskóry, sądząc po rysach twarzy Malgasz, miał krótkie, wełniste włosy, duże, błyszczące brązowe oczy i choć ogolił się gładko, zostawił sobie wąski pasek zarostu na linii ostro zarysowanej szczęki, który przechodził w długi, cieniutki warkoczyk wiszący mu aż do piersi. Musiał być dumny z tej ozdoby, bo całkiem odruchowo przesuwał go między palcami.

Siedzący naprzeciw był dla odmiany jasnookim, krępym blondynem. Blondyn roześmiał się, stuknęli się szklaneczkami z piwem i wypili do dna.

- Na pewno sobie poradzisz – dodał Malgasz.

- Jasne, że tak – odparł blondyn. – Robię w tym już od pięciu lat. Zbudować czarodziejski dom mogę już z pamięci. A co u ciebie, Omari?

Omari Falase wzruszył ramionami.

- W zasadzie... nic ciekawego.

- Nic ciekawego? Nie pieprz. Zaledwie tydzień temu zamordowano twojego partnera, a ty mówisz, że nic ciekawego?

- Takie życie Aurora – zabrzmiało go bardzo filozoficznie i beznamiętnie, ale tak naprawdę Falase nadal żałował Freddy'ego, swojej „połówki", z którym pracował od kilku lat.

Pete przyuważył barmana i dał mu znać, że zamawia jeszcze jedną kolejkę.

- Dali ci już kogoś nowego? – pospiesznie dopił resztę piwa.

- Nie, bo wszyscy mają partnerów. Więc póki co Coleman przykleiła mnie do takiej jednej ekipy i w teorii powinienem wciągnąć ich w moje sprawy, a oni mnie w swoje.

- A w praktyce? Mają cię w dupie?

Falase roześmiał się i pokręcił głową.

- Nie. To baba i facet, rozumiesz. Lecą na siebie, i to ostro.

Pete wytrzeszczył oczy.

- Wolno wam? Myślałem, że macie jakiś kod postepowania czy coś w tym guście?

- A ty byś przejmował się kodem, jakby cię swędziało miedzy nogami?

- Dobra, widzę – zachichotał Pete. – Czyli co, w praktyce robisz sam?

- Dokładnie. Mam dwie całkiem świeże sprawy i ciągnę je sam, potem zdajemy sobie relacje i udajemy, że zapieprzamy razem.

- Byle do nowego partnera, tak?

- Dokładnie.

To nie była do końca prawda. Nathalie z Johnem faktycznie pieprzyli się, kiedy tylko mogli, ale i on nie rwał się tak bardzo do podzielenia się śledztwami.

Wiedział doskonale, że nie miał „nosa", nie potrafił wyczuć ludzi i co za tym idzie, miał duże problemy ze znajdowaniem podejrzanych. Jego atutem była analiza sytuacji i szukanie rozwiązań, pod tym względem był prawdziwym geniuszem. Freddy przekonał się o tym bardzo szybko, podzielił się z nim rolami i od tego momentu ich współpraca szła jak po maśle, ale z Nathalie i Johnem nie miał szans na taki układ, głównie dlatego, że mieli pracować razem tylko tymczasowo. Do nowego partnera.

Poza Freddy'm chyba nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, bo Falase nie musiał nikogo pytać o zdanie czy prosić o pomoc, zaś jeśli inni to robili, na ogół wysłuchiwał uważnie opinii ludzi dookoła i dopiero potem dawał własną, która pasowała do zdania większości. I, cholera, nie miał specjalnej ochoty, żeby to wyszło na jaw.

- Jest coś ciekawego na horyzoncie? – spytał Pete.

Falase chwilę bawił się resztką piwa, które zebrało się na samym dnie. Korciło go, żeby z kimś pogadać, ale nie miał pewności, czy Pete czegoś nie wychlapie. Ale skoro już zaczął mu się zwierzać...

- Może i tak – odezwał się w końcu o wiele ciszej. – Wiesz, że Coleman szuka kogoś na stołek Murraya... Podszefa Aurorów na północ, zachód i południe?

- I masz ochotę na niego wskoczyć? – spytał Pete domyślnie.

- A, kuźwa, czemu nie? Wyobrażasz sobie... Nie musiałbym już nadstawiać własnej dupy i ganiać za przestępcami. Miałbym ludzi od tego.

Przede wszystkim na tym stołku nie musiałby mieć nosa do ludzi. Miałby do czynienia „ze swoimi" ludźmi, których znał i którzy byli wobec niego lojalni i mógłby wreszcie zacząć robić to, co naprawdę umiał.

Worek poruszył się na krześle, zachwiał i z łomotem zleciał na ziemię. Falase i Pete ryknęli śmiechem, po czym Pete kiwnął na kumpla.

- Trzy czwarte kraju? To niezła robota. Ale chyba nie miałbyś wtedy czasu na nic innego.

- Sądząc po Murrayu, miałbym.

- Jakie masz szanse? – zagadnął Pete.

- Spore. Colemann mnie lubi – w każdym razie takie miał wrażenie.

- A reszta? Wyżej i niżej?

Wyżej i niżej też było nieźle. Z Freddy'm mieli na koncie kilka błyskotliwych spraw i ogólnie byli dobrze widziani. Poza tym był ogólnie lubiany. Słynął z dobrego dowcipu – gdy tylko gdzieś wchodził, zawsze rzucał jakiś żart, jego ostry język wszyscy brali za ostry, zdecydowany charakter i wśród kobiet uchodził za „niegrzecznego chłopca", co tylko przysparzało mu popularności. Więc chyba mógł mieć nadzieje...

- Chyba też.

Barman dolał Pete'owi piwa, ale Falase odsunął szklankę.

- Spadam. Jutro muszę wcześnie zwlec dupę z łóżka – wyjaśnił. – Do następnego!

Rzucił na stół malutką bryłkę złota, machnął na pożegnanie i wyszedł na zewnątrz.

Gdybym teraz rozwiązał jedną czy dwie super sprawy, to wszystko by załatwiło. Żeby tylko zapunktować, dostać ten stołek i by się jakoś ułożyło. Potem to byś im kazał, kurna, zdawać relacje i oceniać innych. A jak ktoś by coś spieprzył, to byłaby jego, nie twoja wina.

Miał nawet jednego takiego na oku, gdyby okazało się, że facet kręci, to byłaby sprawa stulecia! Nawet tysiąclecia! Tylko skąd miał wiedzieć, czy facet mówi prawdę?

Potrzebował pomocy. Albo cudu.

Rozmyślając ponuro dotarł do Stacji Przestankowej w Kabi i podszedł do drzwi z napisem „Colebee".

Niedziela, 18 maja

Birriani,

O tej samej porze

20:30 czasu środkowo-magicznego

Tau, a za nim Hermiona przeszli Intra-Portalem do Alkawarii, stamtąd do Merindaah i dalej, do Birriani. Na każdej Stancji Przestankowej malała ilość drzwi i ludzi. W Alkawarii prócz nich podróżowała jakaś para, zaś wychodząc w Merindaah dziewczyna usłyszała trzask zamykanych drzwi.

W Birriani słońce już zaszło i na ulicy nie było już prawie nikogo. Przed jakimś domem bawiła się gromadka dzieci, które na ich widok czmychnęły do środka, kawałek dalej jakiś mężczyzna wyprowadzał na spacer dużą jaszczurkę, a gdzieś dalej słychać było skomlenie dingo.

Szybko doszli do hoteliku, sadząc po dwa schodki na raz weszli na podest, Tau otworzył drzwi... i niemal wpadli na siedzącego w sali na dole Severusa.

Ten uniósł jedną brew i spojrzał na nich przez trzymaną w ręku szklaneczkę z odrobiną bursztynowego płynu.

- Najwyraźniej zgubiliście się gdzieś po drodze – odezwał się niskim, miękki głosem, który jednak doskonale było słychać pośród licznych rozmów innych gości baru. – Jednak ku mojemu głębokiemu rozczarowaniu udało się wam odnaleźć.

Hermiona tylko z największym trudem powstrzymała się przed spojrzeniem na Tau i przed przewróceniem oczami. Równocześnie wszystko w niej się uśmiechnęło i rozluźniło, zupełnie jakby odtajała i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo wyczekiwała na ten moment.

- Kupiliśmy sporo rzeczy – odparła, stawiając torebkę na jego stole i wyciągnęła pierwszą siatkę. – Na kilka najbliższych dni, więc raczej dobrze, że się odnaleźliśmy.

Severus zmrużył oczy, chwilę milczał, po czym spytał cicho:

- Możesz mi powiedzieć, która jest godzina?

Hermiona podała Tau kolejne siatki i zerknęła na zegarek, choć doskonale wiedziała, że nie o to mu chodzi.

- Ósma czterdzieści parę.

- Prawie dziewiąta wieczorem – poprawił ją.

Pudło z jajami zaklinowało się, więc dziewczyna szarpnęła nim mocniej, nie chcąc ryzykować Accio.

- Daj mi to – wtrącił się Tau dyskretnie.

Hermiona oddała mu całą torebkę i spojrzała na Severusa.

- Niech będzie i dziewiąta, ale zakupy same się nie zrobią – odparła i dodała, uśmiechając się pod nosem. - Poza tym nie jesteśmy w Hogwarcie, więc nie możesz mi dać szlabanu za spacery po dziewiątej.

Jego brew uniosła się jeszcze wyżej, gdy podniósł się z krzesła i pochylił się ku niej.

- Nie, nie jesteśmy w Hogwarcie – powiedział jej niemal do ucha i Hermionie zrobiło się nagle bardzo gorąco. I słabo. Ale za nic na świecie by się teraz nie odsunęła! – Jesteśmy w Australii, żeby znaleźć twoich rodziców. Jesteś już od ponad doby na nogach, po bardzo męczącej dla umysłu sesji legilimencji i przed być może jeszcze bardziej męczącą sesją z Aborygenami jutro rano. Po której, mogę cię zapewnić, nie będziesz odpoczywać przez dwie godziny, bo nie będzie na to czasu.

Hermiona przygryzła lekko usta. Miał rację, jak zwykle miał rację. Nie czuła się zmęczona, zapewne dlatego, że ciągle była zaprzątnięta czymś nowym i ekscytującym, ale też wiedziała, że jak tylko emocje opadną, najprawdopodobniej zwali się z nóg i może nie będzie miała żadnych koszmarów. Poza tym im szybciej zaśnie, tym szybciej obudzi się Jutro...

- Wiem, ale...

- Więc – dodał, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że zaczęła mówić – zjesz teraz coś i pójdziesz spać. Masz piętnaście minut.

Masz piętnaście minut! Jeszcze czego! To, że miał rację nie znaczyło, że mógł ją tak traktować. Jak... uczennicę! A Hermiona nie zamierzała pozwolić mu się tak traktować! Wyprostowała się i choć musiała zadrzeć głowę do góry, żeby patrzeć mu w oczy, poczuła się, jakby była mu równa wzrostem.

- Nie jestem głodna, jedliśmy w Metropolii – oświadczyła powoli i z godnością. – Faktycznie, ten dzień był bardzo długi i czas odpocząć. Więc zamierzam teraz wziąć porządny prysznic i zajmie to tyle czasu ile zajmie, a nie piętnaście minut. Dobranoc.

Po czym obróciła się, złapała opróżnioną już torebkę i nadal dumnie wyprostowana pomaszerowała do góry.

Tau podał Jackowi ostatnią torbę z owocami, odebrał szklaneczkę wody z limonką i przysiadł się do Severusa, który patrzył na swoją whisky. Wyglądało na to, że gdyby tylko mógł, rozniósłby szklaneczkę w pył samym tylko spojrzeniem.

- W Metropolii było strasznie dużo ludzi, nawet jak na niedzielę po południu – powiedział Tau i upił kilka łyków. Napój był lekko kwaskowaty i przyjemnie orzeźwiał. - Wymiana pieniędzy zajęła nam sporo czasu, a potem musieliśmy zrobić zakupy.

- Od dawna jesteś obrońcą białych? Nic mi o tym nie mówiłeś?

- Nie jestem obrońcą, tylko mówię ci, co robiliśmy. Poza tym byłoby co najmniej dziwne, gdyby dziewczyna nie chciała choćby rozejrzeć się po mieście.

- I zacytować ci połowę książek, które przeczytała na temat Australii – dokończył Severus, odgarniając za ucho włosy z twarzy.

Tau uśmiechnął się szeroko i zaczął powoli obracać szklankę w dłoniach.

- Ona ma niesamowitą wiedzę! Dowiedziałem się rzeczy, o których nie miałem nawet pojęcia.

Kilka stolików dalej wybuchło nagle zamieszanie, najwyraźniej ktoś wygrał partię i jak zwykle wszyscy zaczęli się kłócić. Obaj obrzucili ich krótkim spojrzeniem, po czym Tau odwrócił się z powrotem ku Severusowi.

- Czemu powiedziałeś jej, że nie będzie jutro czasu na odpoczynek? Musicie szybciej wracać do Anglii, czy co?

Severus przez chwilę przyglądał się resztce whisky. Gdy poruszył szklaneczką, alkohol zakołysał się również i na brzegach została cieniusieńka warstewka, która niemal natychmiast podążyła za resztą płynu.

- Ona jest przekonana, że to, co wmówiła swoim rodzicom w momencie modyfikowania im pamięci jest trwałe. Więc zapewne wydaje się jej, że aportuje się gdzieś koło tej cholernej rafy koralowej, rzuci zaklęcie wyszukujące i ich od razu znajdzie.

Następne pytanie było oczywiste.

- Czemu tego nie sprostowałeś?

- Bo nie było okazji – sarknął Severus.

Któryś z graczy zerwał się od stolika przewracając krzesło i mamrocząc coś pod nosem wyszedł na zewnątrz. Tau odczekał, aż drzwi się zamkną i powiedział cicho:

- Nie złość się. Trochę przesadziłeś z tymi piętnastoma minutami.

- Nie mam zwyczaju się złościć – wzruszył ramionami Severus. – Poza tym nie sądzę, żeby ją to obchodziło.

Tau zaczął pieczołowicie wyciskać limonkę, aż nie została w niej ani kropla soku.

- Obchodzi – bąknął w końcu w stronę szklanki. – Ona… bardzo cię szanuje.

- Czyżby? – brew Severusa powędrowała w górę.

- I… wiesz… Takie mam wrażenie… Że chyba chciałaby… żebyśbyłszczęśliwy.

- Żebym. Był. Szczęśliwy? Masz wrażenie? A na jakiej niby podstawie?

Aborygen westchnął ciężko i niechętnie podniósł głowę.

- Tego, co mówiła.

Severus pokiwał głową.

- Czyli ucięliście sobie długą dyskusję na mój temat. Cudownie. Jeszcze trochę i będę mógł przejrzeć się w zwierciadle AIN EINGARP i zobaczyć samego siebie. Ale wiesz co, Anderson? Nie lubię na siebie patrzeć, więc darujcie sobie dalsze próby uszczęśliwienia mnie.

Po czym wychylił do końca resztkę whisky, odepchnął szklaneczkę i bez słowa poszedł na górę.

CZĘŚĆ HARRY

Meropolia

20:30 czasu australijskiego

Ministerstwo Magii

Widok po prostu... odebrał im mowę.

Otoczyła ich głęboka czerń błyszcząca tysiącami... milionami światełek. Wyglądały jak gwiazdy lśniące na niebie... jak meduzy z aureolami świętych, żeglujące z głębin oceanu ku powierzchni i ciągnące za sobą długie roziskrzone włosy... albo raczej jak diamentowe wisiory, z których spływały diamentowe sople...

Światełka kołysały się, migotały, rozbłyskiwały gwałtownie i słabły, zupełnie jakby przetaczało się nad nimi właśnie tysiąc burz, z milionem maciupeńkich błyskawic. I zarazem wszystko odbywało się w tak głębokiej, że niemal namacalnej ciszy, wydobywając z mroków tajemnicze kształty. Rozświetlone lekką poświatą kratery, regularne płytkie zagłębienia przypominające zmarszczki na tafli jeziora, szerokie szramy niczym ślady jakichś gigantycznych pazurów lub gładkie wklęsłości.

To wszystko układało się w jakieś nieznane figury, konstelacje, wiry, drogi mleczne – nieregularne, nieprzeliczone i... niezmienne.

- O, Merlinie – szepnęła Ginny, bo mówienie głośniej wydawało się być profanacją tego cudu. – Co to jest...?

- Nie mam pojęcia – odszepnął Harry. – To wygląda, jakby ktoś rzucił miliony Lumos...

I naraz światełka ożyły, ciemność wybuchła tysiącami świetlistych smug, które w ciągu kilku sekund uformowały szeroki, iskrzący się pas tuż nad ich głowami, prowadzący lekkim łukiem w lewo i niknący jakieś pięćdziesiąt jardów dalej.

Uważając gdzie stawiają stopy Harry i Ginny doszli aż do zakrętu, za którym czekała na nich przeszklona winda, również oświetlona tymi dziwnymi światełkami. Wsiedli, winda ruszyła do góry i wreszcie mogli przyjrzeć się im z bliska.

- Przecież to są ważki! – zawołała zdumiona Ginny, patrząc na błyszczące stworzonko, które usiadło na szybie tuż przy drzwiach.

- Zobacz, jaka jest gruba – zauważył Harry i przysunął do niej palec.

Ważka poruszyła dwiema parami długich skrzydeł przysłaniając trochę lśniący tułów, ale pozostała na miejscu, więc Ginny z Harry'm mogli się jej przyglądać przez całą drogę w górę.

Winda dotarła do sklepienia jaskini i nadal pięła się do góry. Patrząc na ściany z każdej strony kabiny Harry pomyślał, że z pewnością nie jest to miejsce dla cierpiących na klaustrofobię.

Czarne z początku skały z każdym mijanym jardem nabierały coraz bardziej czerwonej barwy, aż stały się bez mała pomarańczowe i chwilę potem nad nimi ukazała się jasna szczelina, do kabiny wlało się jasne, ciepłe światło i wkrótce znaleźli się w holu. Był z pewnością duży, ale trudno to było stwierdzić, bo oświetlona była tylko winda i duży kontuar trochę dalej, a cała reszta ginęła w rdzawo-czarnym mroku.

Za kontuarem coś się poruszyło, znikły dwa czarne czubki butów i sekundę później wyłonił się zza niego mężczyzna poprawiający granatowy uniform.

- Dzień dobry – pozdrowili go Harry i Ginny, podchodząc do niego.

- Dobry wieczór – odparł i odchrząknął. – Państwo w jakiej sprawie?

- Harry Potter i Ginewra Weasley – przedstawił ich Harry. – Mamy zarezerwowany nocleg i umówioną wizytę jutro rano z Doris Coleman.

Nie bardzo wiedział, w jaki sposób w Australii potwierdzało się swoją tożsamość, więc na wszelki wypadek wyciągnął ku niemu swoją różdżkę, trzymając ją za drugi koniec.

- Może pan ją zatrzymać, to nie będzie konieczne – zaoponował strażnik.

Wyjął skądś spod kontuaru krótkie, czarne pióro i kałamarz i jakąś księgę i obrócił ku nim. Na górze lewej strony widniało już kilka różnych podpisów.

- Proszę się podpisać. Imieniem i nazwiskiem.

Ledwie Harry ujął je w rękę, poczuł dziwne, bardzo lekkie łaskotanie w palce. Odruchowo potarł je o siebie, lecz to nie pomogło. Widząc to, strażnik pokiwał uspokajająco głową.

- To normalne, że swędzą pana palce, to pióro Prawdy.

To akurat Harry'ego nie uspokoiło, wręcz przeciwnie. W Szkole Aurorów uczył się o nim na zajęciach o magii w innych krajach – takie pióro służyło do sprawdzania wiarygodności używających go osób i pisało tylko prawdę. Jeśli spróbowałby podpisać się na przykład jako Ronald Weasley, pióro i tak napisałoby Harry Potter. Było to możliwe dzięki temu, że ptak, z którego pochodziło, pił w swoim życiu tylko i wyłącznie wodę zawierającą choć kroplę Veritaserum. I, co go niepokoiło, dzięki jakimś zaklęciom, łączyło się z jego magią.

Nie miał pojęcia, jak w ich obecnym stanie pióro może zareagować na nich... i ich magia na pióro.

- Acha – mruknął, bo nie miał innego wyjścia.

Umaczał je w kałamarzu, otarł delikatnie o brzeg i starając się rozluźnić zaczął pisać.

Z początku w głębokiej ciszy słychać było tylko poskrzypywanie pióra o niezbyt gładki pergamin, ale nie pojawiły się żadne literki. Tak ma być, czy magia za słaba...? Klnąc na siebie, że nie nauczył się wtedy wszystkiego, tylko przeleciał temat po łebkach, pisał dalej.

Kiedy skończył pisać „r" i wyprostował się (zupełnie nieświadomie niemal położył się na kontuarze), na pergaminie zamajaczyło coś i zaczęły pojawiać się ślady liter, ściemniały... i Harry uśmiechnął się i z ulgą odstawił pióro do kałamarza na widok napisu „Harry Potter". Jeszcze nigdy jego imię i nazwisko nie wydało mu się tak... ładne.

Ginny również się podpisała i gdy w księdze pojawiło się również „Ginewra Weasley", usatysfakcjonowany strażnik zabrał ją od nich i podał im do podpisania zwykłą księgę wizyt.

- Zgadza się. Zaprowadzę państwa do pokoju gościnnego – powiedział grzecznie, stawiając na blacie dwa kaganki.

W środku było pełno ważek, trochę innych niż te w jaskini czy w windzie, ale te nie świeciły się. To znaczy do chwili, gdy czarodziej stuknął w nie różdżką.

- Lucere Lux – powiedział i naraz oba kaganki wybuchły ostrym światłem. – Proszę, to latarenki pełne Sentinelles* (fr. Czytaj Sątinel). Żeby przestały świecić, wystarczy powiedzieć Finite Lux, a żeby znów się zaświeciły, Lucere Lux.

Harry westchnął ciężko. Cholera, nawet nie będziesz mógł kazać im przestać świecić... I przez ciebie pozdychają magiczne stworzenia w Australii. Cudowny początek gościnnej wizyty.

Już chciał coś powiedzieć, gdy odezwała się Ginny.

- Wolelibyśmy ich nie brać – uśmiechnęła się do niego słodko i odrzuciła do tyłu długie, rude włosy. – Rozumie pan, nasza magia nie jest skalibrowana do waszej i niechcący moglibyśmy coś uszkodzić, rzucając zaklęcia.

Mężczyzna wytrzeszczył na nią oczy, ale posłusznie sięgnął po kaganki.

- Ach tak. Rozumiem. Oczywiście, proszę pani – szepnął Finite Lux i ważki przestały świecić. – Ale... będziecie potrzebować światła...

- Proszę się nie martwić. Mamy własne zaklęcia, zdematerializowane – ciągnęła Ginny w natchnieniu. – Damy sobie radę.

- Naturalnie. W takim razieee... – strażnik zapatrzył się na Ginny baranim wzrokiem i dopiero kaszlnięcie Harry'ego mu pomogło. – Tak. Więc może... zaprowadzę was do pokoju, bo drzwi trzeba otworzyć zaklęciem i...

- Tak będzie zdecydowanie lepiej – pochwalił go Harry. – Moc naszych zaklęć mogłaby spowodować nieodwracalne szkody.

Po twarzy mężczyzny przemknął nerwowy uśmiech, gdy ten cofnął się o krok, wyszedł tyłem zza kontuaru i ominąwszy ich dość szerokim łukiem machnął ręką w stronę długiego, ciemnego korytarza.

- Może... może pójdę przodem – i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, ruszył w tamtym kierunku.

Korytarz na szczęście nie był zbyt długi. Strażnik musiał rzucić Lucere Lux, bo natychmiast na ścianach zalśniły tysiące ważek, ale nie usłyszeli nic, bo mężczyzna starał się iść dobre trzy, cztery jardy przed nimi i gdy tylko przyspieszyli, on też przyspieszył. Słyszeli za to cichy chrzęst piasku czy pyłu pod nogami.

- One są tu po to, żeby świecić? – zawołała za nim Ginny, wyraźnie zaciekawiona.

- Te tutaj tak! – odkrzyknął mężczyzna przez ramię. – Ale te na dole pełnią również rolę strażników!

- I co robią, jeśli coś jest nie tak?

- Rzucają się na człowieka i zjadają!

Jesteś pewien, że te są inne? Harry poczuł nagle, że korytarz jest strasznie ciasny i przycisnąwszy ramiona do siebie zaczął bardziej wyciągać przed siebie nogi. Nie żeby uważał, że coś z nimi jest nie tak, ale po idiotyzmach, które właśnie opowiedzieli... Przenieśmy się może jutro gdzie indziej. Gdzie nie ma tych chol... tych Sentinelles.

Zeszli dwa piętra w dół, weszli do innego korytarza, w którym było pełno drzwi i gdy Harry poczuł, że jeszcze krok lub dwa i odpadnie mu ramię, strażnik zatrzymał się.

- Alohomora – bardziej dopowiedzieli sobie, niż usłyszeli jego głos i duże, drewniane drzwi stanęły otworem. W środku było zupełnie ciemno. – Proszę bardzo. Pokój numer siedemnaście.

- Dziękujemy – odparli zgodnie.

- Właśnie latarenki...

- Proszę się nie martwić.

- To znaczy dadzą sobie państwo radę?

- Ależ oczywiście – uśmiechnęła się z pobłażaniem Ginny. - Dziękujemy panu.

- Dziękujemy bardzo – dodał dobitnie Harry.

Mężczyzna zawahał się i przez chwilę wszyscy troje stali gapiąc się na siebie – oni czekali, aż sobie pójdzie, zaś on czekał, aż oni wejdą. W końcu Ginny przysunęła się do niego i strażnik poddał się.

- To dobranoc państwu – rzucił i ruszył w kierunku schodów, wyraźnie się ociągając.

Ginny weszła w ciemność, Harry zerknął jeszcze za strażnikiem i również wszedł i zamknął pospiesznie drzwi.

- Poszedł sobie?! – szepnęła rudowłosa. – Daj latarkę!

W ciemności rozległo się głuche łupnięcie, gdy Harry opuścił torbę na ziemię.

- Nie wiem...! Wlókł się – odszepnął.

Wyciągnął z kieszeni latarkę i już chciał ją włączyć, gdy Ginny przytrzymała mu rękę.

- Latarkumos! – powiedziała głośno i zapaliła światło.

Żółtawe światło padło na nogi od stołu i oboje obejrzeli się na drzwi. Nie było w nich ani dziurki od klucza, ani nic, przez co można byłoby ich podejrzeć, ale na wszelki wypadek Ginny kiwnięciem głowy wskazała Harry'emu torbę.

- Ciemno trochę. Możesz zintensyfikować zaklęcie? – poprosiła głośno.

Harry uśmiechnął się szeroko i pospiesznie wystawił na stolik świeczki, dogrzebał się zapałek i pocierając jedną o pudełko zawołał równie głośno.

- Latarkumos max!

Ginny złapała się za twarz, niechcący rąbnęła się latarką w nos i natychmiast odechciało się jej śmiać.

- Cholera... Może warto sprawdzić, czy go tam nie ma? – wymamrotała cicho.

Harry potrząsnął głową. Strażnik mógł stać w ciemnym korytarzu, więc i tak by go nie zobaczyli, a poza tym to mogłoby nasunąć jakieś podejrzenia. A tego za wszelką cenę musieli uniknąć. Już i tak znalezienie się w obcym kraju bez możliwości posługiwania się magią było ryzykowne i wolał nie myśleć, co mogłoby się stać, gdyby ktoś się o tym dowiedział.

* Sentinelles – czyt. Sątinel (bez es! na końcu) – z francuskiego – strażnicy, warta, czujki

Poniedziałek, 19 maja

Birriani / wśród plemienia Liru

07:00

Hermiona po raz kolejny zerknęła na zegarek i przeciągnęła się mocno w łóżku. Dochodziła siódma, do wschodu słońca została jeszcze godzina, ale dla jej organizmu był właśnie wieczór i pewnie dlatego obudziła się jakiś czas temu i nie mogła już zasnąć.

Gwoli ścisłości obudziła się po raz drugi. Pierwszy raz miał miejsce gdzieś w środku nocy i w pierwszej chwili myślała, że to kolejny koszmar. Ktoś łkał czy skamlał z bólu, ale gdy zerwała się z przerażenia, gotowa wyrywać się i walczyć, usłyszała ten sam stłumiony jęk. Nadstawiła ucha w kierunku drzwi i niemal natychmiast zrozumiała. W którymś z pokojów jakaś para uprawiała seks.

Dziewczyna osunęła się z westchnieniem na poduszkę.

Seks. Ledwie miała pojęcie, co to jest.

Wszyscy się tym ekscytowali; dziewczyny na studiach rozprawiały o tym bezustannie, potem słyszała dyskutujące na ten temat Uzdrowicielki w Klinice. Opowiadały o swoich doświadczeniach i preferencjach, dawały sobie wzajemnie rady, czasem nawet przeglądały katalogi z bielizną, a czasem, co degustowało ją już zupełnie, porównywały mężczyzn, z którymi spały. Chwilami Hermiona miała wrażenie, że urządzają sobie coś w rodzaju konkursu i tylko nie wiedziała, czy chodziło o ilość zaliczonych partnerów, czy sprawdzenie ich poziomu, żeby móc porównać go z innymi. To było żałosne i godne zwariowanych nastolatek, a nie dorosłych kobiet!

Ilekroć słyszała takie rozmowy, na ogół wychodziła, a jeśli tamte starały się wciągnąć ją w dyskusję, zawsze rzucała ostre odpowiedzi i bardzo szybko nauczyła wszystkich, że nie jest to temat, który zamierzała tolerować.

Sama nie wiedziała, co pchnęło ją w ramiona Bena Harpera. Ona była na drugim roku studiów, on był już pełnoprawnym Uzdrowicielem i robił specjalizację z zakresu urazów pozaklęciowych, wpadli na siebie w bibliotece i tak się to zaczęło. Najprawdopodobniej po prostu chciała udowodnić sobie samej, że nie zwariowała i że to nie prawda, że stroni od innych. Bo na pewno nie była to miłość – ani z jej, ani z jego strony, choć wtedy tak się jej wydawało. Jej pierwszym razem z pewnością nie mogłaby się pochwalić, gdyby miała taki zwyczaj, kilka następnych było nawet całkiem przyjemnych, ale potem Ben zdał egzaminy i wyjechał gdzieś do Azji i na tym cała historia się skończyła.

Nie mając ochoty słuchać odgłosów ich miłości rzuciła Quiesus i pogrążyła się w marzeniach, że za kilka godzin wszystko będzie inne. Marzenia tak ją pochłonęły, że sama nawet nie wiedziała, kiedy stały się zupełnie nierzeczywiste i zasnęła.

Teraz wszędzie dookoła panowała zupełna cisza i przez jakiś czas Hermiona rozmyślała znów o dzisiejszym dniu, ale bardzo szybko zapragnęła, żeby wreszcie coś ZROBIĆ, a nie tylko myśleć. Zupełnie jakby samo ubranie się i wyjście z domu mogło przyspieszyć cokolwiek.

Otworzyła okno, żeby przewietrzyć pokój, szybciutko ubrała się i poszła do wspólnej dla wszystkich łazienki się umyć. Po czym rzuciwszy Gradus Silencio zeszła na dół i wyszła na zewnątrz.

Natychmiast owionęło ją chłodne, niemal mroźne powietrze. Temperatura z pewnością nie przekraczała dziesięciu stopni, ale Hermiona nie miała najmniejszej ochoty wracać po jakieś cieplejsze ubranie. Rzuciła na siebie zaklęcie rozgrzewające i objąwszy się ramionami wciągnęła mocno powietrze i zamknęła oczy.

Pachniało zupełnie inaczej niż wczoraj. Ostry, kręcący w nosie zapach kurzu złagodniał, przytłumiony lekko uchwytnym zapachem wilgotnego drewna i świeżości.

Niebo przed nią było jeszcze granatowo-czarne i widać było na nim liczne gwiazdy, nad nią przechodziło w kolor intensywnego ciemnego błękitu i jaśniało ku wschodowi. Poza tym wszystko dookoła wyblakło, jakby na cały świat spłynęła biała cisza i otuliła go szczelnie swoją peleryną. Drewniane ściany domów przybrały kolor ciemnego kakao, dachy stały się ciemno-szare i nawet czerwona wczoraj ziemia pod jej stopami nabrała szaro-różowawej barwy.

Chcąc obejrzeć wschód słońca dziewczyna wyszła za dom i aż przystanęła na widok czarnej sylwetki siedzącej tyłem do niej jakieś dwadzieścia jardów dalej. Ktoś inny z pewnością miałby problem z odgadnięciem kim był siedzący, ale Hermiona natychmiast rozpoznała sposób, w jaki jego proste, postrzępione na końcach włosy spływały na ramiona.

Severus!

Poczuła się tak, jakby właśnie wzeszło jej prywatne słońce.

Severus po raz kolejny w ciągu ostatniego tygodnia czekał na wschód słońca. Jeszcze nie tak dawno temu był całkowicie pewien, że już nigdy go nie zobaczy, a to, co sobie wyobrażał, nie miało ani kolorów, ani zapachów. Teraz wschód słońca przypominał mu, ile znaczy życie, stał się uosobieniem wolności i nadziei.

Kiedy wyszedł, na dworze panował jeszcze mrok, który kiedyś, przed Azkabanem był jego ulubioną porą, ale z każdą chwilą niebo na wschodzie jaśniało coraz bardziej. To też w jakiś sposób przypominało jego życie.

Nie usłyszał kroków, ale lekki powiew wiatru przyniósł ledwie uchwytny zapach migdałów, mówiąc wyraźnie, kim była nadchodząca osoba.

- Dzień dobry – usłyszał kilka sekund później. – Mogę?

Severus podniósł powoli głowę, obrzucił dziewczynę krótkim spojrzeniem, po czym w milczeniu skinął głową i odwrócił się.

Był nastawiony na to, że będzie chciała rozmawiać i już przygotował sobie ciętą odpowiedź, ale ku jego zaskoczeniu Hermiona usiadła kilkanaście stóp od niego, objęła ramionami kolana i w milczeniu zapatrzyła się w niebo.

Przez następne pół godziny siedzieli pogrążeni we własnych myślach, smakując ciszę i przyglądając się, jak niebo jaśniało coraz bardziej, z błękitu przeszło w gołębi niebieski, a chwilę później zza horyzontu błysnął pierwszy promień słońca, poraził oczy swoim blaskiem i w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund ukazało się cała, oślepiająca bielą kula i natychmiast zrobiło się cieplej.

Severus spojrzał na milczącą nadal dziewczynę. Wpatrywała się w dal mrużąc oczy, a na jej ustach błąkał się lekki uśmiech. Pewnie w jej myślach była zupełnie gdzie indziej.

Ale czas było wrócić do rzeczywistości. Mieli przed sobą wizytę u Aborygenów.

- Chodź już – powiedział, wstając zwinnie.

Hermiona drgnęła i uśmiechnęła się szerzej.

- To było piękne – machnęła ręką w kierunku słońca, wstała i otrzepała sobie spodnie. – Zupełnie inne niż w Anglii.

Severus poczekał aż podejdzie do niego i oboje ruszyli powoli ku przejściu między domami.

- Mam nadzieję, że wypoczęłaś, bo dziś nie będziemy mieli na to czasu.

- O tak! Wczoraj zasnęłam tak szybko, że nie pamiętam nawet, kiedy kładłam głowę na poduszce – przyznała Hermiona. – A trochę się bałam, że będę myśleć o dzisiejszym dniu i żeby zasnąć, będę musiała liczyć barany. Wiesz – dodała – tak mówią mugole. Że żeby zasnąć, musisz liczyć barany.

- Wiem, co to znaczy.

Hermiona kiwnęła głową i wyszła na ulicę między domami.

- Nie sądzę, żeby to działało.

- Na pewno nie – odparł cierpko Severus. – Jakby działało, spałbym na lekcjach.

Hermiona wybuchnęła głośnym śmiechem, aż musiała złapać się za usta.

- Severus! Wiesz co? – spojrzała na niego i odniosła wrażenie, że widzi go pierwszy raz w życiu. – Jesteś niesamowity!

Severus spojrzał na nią z politowaniem.

- Nie widzę nic niesamowitego w stwierdzeniu tego przygnębiającego faktu.

- Masz poczucie humoru – wyjaśniła Hermiona i dodała. - I wiesz, że nawet mi się podoba?

Severus złapał poręcz schodów prowadzących do ich hoteliku i przepuścił ją gestem dłoni.

- Będzie zdecydowanie lepiej, kiedy skończysz zachwycać się moją osobą i zajmiesz sobą.

Hermiona weszła na pierwszy schodek i spojrzała mu prosto w oczy.

- Mam zachwycać się samą sobą? A zniósłbyś to?

Jej oczy błyszczały rozbawieniem i była tak inna od tej Hermiony, którą zastał w jej domu, tak inna od tej, z którą miał do czynienia przy sprawie Rayleigh... i w szkole, że poczuł ciepło, rozlewające się w piersi na ten widok. Kącik ust powędrował w górę, gdy zupełnie bezwiednie odpowiedział lekkim, może trochę krzywym uśmiechem.

- Pięć punktów, panno Granger, za snucie prawidłowych wniosków.

- Mało. I mam nadzieję, że DLA Gryffindoru?

- Nie przesadzaj, bo zaraz będzie OD – gdy tylko zdał sobie sprawę ze swojego... i jej! zachowania, natychmiast starł uśmiech z twarzy. – Pospiesz się, tarasujesz przejście.

Hermiona zachichotała i ruszyła w górę.

- Świat się kończy. Profesor Snape przyznał punkty Gryfonce.

Spotkanie z plemieniem Liru wyznaczone było na mało precyzyjną zdaniem Hermiony porę „na początku drogi słońca po niebie". Dodatkowo należało wziąć pod uwagę, że Liru byli w drodze na zachodnie wybrzeże, z tysiąc mil od Birriani, więc tym bardziej trudno było powiedzieć, o której godzinie mają się tam stawić.

Hermiona zjadła śniadanie w iście ekspresowym tempie, bardziej pod naciskiem Severusa niż dlatego, że była głodna. Szczerze mówiąc nie miała ochoty na nic poza tym, żeby już być kilka godzin później. PO spotkaniu z Liru, PO tym, jak zadziała ich magia, PO tym, jak zlokalizują jej rodziców. PO tym, jak się przekona, że to, na co tak liczyli, naprawdę działa. I choć dobrze było choć na chwilę oderwać się od zwariowanej karuzeli myśli i pośmiać się, z minuty na minutę przychodziło jej to coraz trudniej.

Na widok wchodzącego do hotelu Ill-oo'ki zerwała się od stołu i złapawszy różdżkę, skoczyła w stronę schodów na górę.

- Dzień dobry! – rzuciła, mijając go. – Zaraz wrócę! Za pięć minut!

- Bez obaw! – zawołał za nią Tau. – Oni nie mają...

Reszta jego słów zginęła w miarowym stukocie jej sandałów, gdy wbiegała po dwa schodki na górę.

Błyskawicznie przebrała się w jedną z kupionych wczoraj sukienek, związała włosy w ciasny kok i była już pod drzwiami, gdy naraz zupełnie zwariowana myśl przyszła jej do głowy.

Jej tata zawsze mówił, że włóczkowa laleczka przynosiła mu szczęście. Bóg, Merlin i wszystkie bóstwa świadkami, że tego dziś potrzebowała bardziej niż kiedykolwiek!

Bez namysłu wyjęła laleczkę z pudełka, schowała do kieszonki sukienki i dopiero wtedy zbiegła na dół.

Severus obrzucił ją krótkim spojrzeniem i czym prędzej popatrzył jeszcze raz. Do tej pory nosiła ciągle luźne jeansy i podkoszulki i niemal zapomniał już, jak kobieco może wyglądać w dopasowanym kostiumie. Czy równie dopasowanej sukience.

- Zbierajmy się – rzucił, wstając i przełknął z trudem ślinę.

Tylko Ill-oo'ka mógł aportować ich do Liru używając bardzo specyficznej więzi duchowej, więc gdy deportował się z Tau, Severus postanowił jeszcze raz przestrzec Hermionę. Aborygeni byli bardzo specyficzni, nawet jak dla niego, a Hermiona miała wyraźne trudności z zaakceptowaniem różnic kulturowych i gatunkowych, jeśli stały w sprzeczności z jej punktem widzenia czy systemem wartości. WESZ była tego dobitnym przykładem.

- Pamiętaj, co ci mówiłem – posłał jej poważne, ostrzegawcze spojrzenie. – Cokolwiek by się nie działo, cokolwiek dziwnego zobaczysz, nie przyglądaj się za bardzo i pod żadnym pozorem nie okazuj... co czujesz.

Hermiona drgnęła i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Już jego słowa były... niepokojące, ale o dziwo bardziej przestraszył ją ton jego głosu. To był zupełnie inny Severus od tego, z którym droczyła się niecałe pół godziny temu. Na nowo spięty, czujny i choć stał tuż obok, myślami wydawał się być już odległy o całe mile.

- Oczywiście! Ale... będziesz blisko? – przygryzła dolną wargę.

Severus skinął głową i już otworzył usta, gdy z cichym trzaskiem zjawił się Ill-oo'ka.

- Panna Granger – wyciągnął ku niej ramię. – Severus. Trzymajcie mojej ręki.

Na wszelki wypadek Hermiona nabrała mocno powietrza, lewą ręką złapała Ill-oo'kę pod ramię, prawą podała Severusowi i poczuła, jak splotły się ich palce.

- Gotowi? – spytał Ill-oo'ka.

Hermiona zacisnęła mocno dłoń i wszystko pochłonęła ciasna ciemność. Ale ledwie pojawiło się znajome uciskanie i szum, wszystko pojaśniało i znalazła się po środku... niczego. Czerwonej pustki porośniętej tylko gdzieniegdzie karłowatymi krzaczkami.

Obejrzała się gwałtownie dookoła siebie i dostrzegła tylko Tau stojącego kilka jardów dalej.

- Gdzie oni są? – wyrwało się jej.

- Tam – wskazał ręką Tau trochę na prawo. – Bez obaw!

Istotnie, przez mocno drgające powietrze można było dostrzec ludzkie sylwetki i jakieś piramidki, które musiała pomylić z krzakami.

- Gdyby nie my, pewnie już by szli dalej – dodał Tau. – Oni zawsze wyruszają w drogę wczesnym świtem, kiedy nie jest jeszcze gorąco.

Ruszyli w tamtym kierunku i chwilę później Hermiona zrozumiała ostrzeżenie Severusa.

Obozowisko składało się z kilku chatek w kształcie piramid o dwóch lub trzech ścianach, które tworzyły trzy grube kije związane na końcach i wyplecione jakąś trzciną czy czymś podobnym. Przechodząc między nimi Hermiona dostrzegła kilka podobnych ścianek leżących na ziemi. Koło nich i na nich leżały jakieś tłumoki stanowiące najwyraźniej cały ich dobytek.

Kręcący się dookoła nich dorośli i dzieci zastygali i śledzili ich uważnie wzrokiem, gdy ich mijali. Hermiona usilnie starała się iść przed siebie i nie dopuszczać do siebie tego, co widziała. Przemyśli to później. Kiedyś. Jeśli w ogóle.

Wszystkie kobiety nosiły spódniczki z czegoś sztywnego, wyglądającego jak wypłowiała na słońcu skóra, mężczyźni mieli coś w rodzaju spodenek z podobnej skóry, dzieci zaś były zupełnie nagie.

O ile niektóre z nich można było nazwać dziećmi, bo gdy przeszli obok jakiejś dziewczynki klęczącej przy zasypanym ognisku, ta obróciła się ku nim ukazując dość zaawansowaną już ciążę.

Hermiona czym prędzej odwróciła głowę i przyspieszyła kroku, żeby zrównać się z Severusem.

Ill-oo'ka zaprowadził ich do chatki stojącej w niejakim oddaleniu od reszty. W środku, na gołej ziemi siedział jakiś mężczyzna, którego Ill-oo'ka wskazał Hermionie.

- Bupogul Djarrtjuntjun – powiedział i przez króciutką chwilę Hermiona miała wrażenie, że zaczął po prostu bełkotać. – Zajmie się tobą.

Mężczyzna wstał i dziewczyna poczuła nagłą, szaloną ochotę oparcia się, a przynajmniej podejścia do Severusa. Chyba tylko jej silna wola powstrzymała ją od cofnięcia się.

O, Boże...

Mężczyzna był niski, przysadzisty i praktycznie nagi. Tylko kilkanaście lichych włókien wiszących na cienkim sznurku zasłaniało, co miało zasłaniać. Z głowy spływały mu pofalowane, brudne włosy, twarz zarastała jeszcze bujniejsza, siwa broda, kilka cali pod obojczykami miał dwie duże, nabrzmiałe blizny, zaś resztę skrywały czarne włosy, porastające gęsto całe jego ciało. I gdy podszedł do niej, poczuła niemal duszący zapach potu, brudu i jeszcze czegoś, co aż odebrało jej oddech.

- Ttak – wykrztusiła. – Dziękuję.

I nagle poczuła znajome, uspokajające ciepło na ramieniu. Severus! I niewiele myśląc osunęła się na niego. Merlinie, wśród tego wszystkiego innego, obcego był jak... wysepka na bezkresnym morzu. Bezpieczna przystań, gdzie mogła poczuć się na nowo pewnie i bezpiecznie.

- Wytłumacz mu, czego potrzebujemy – rzucił Severus do Ill-oo'ki.

Wszyscy usiedli na ziemi i Hermiona skorzystała z okazji, żeby odsunąć się od tego jakiegoś mężczyzny i znaleźć jak najbliżej Severusa. I ściskając mocno różdżkę przysłuchiwała się rozmowie, próbując z intonacji wyłowić choćby jakąś wskazówkę.

Severus również się przysłuchiwał, a przynajmniej próbował.

- Dobrze, że mnie uprzedziłeś – szepnęła Hermiona.

- I tego się trzymaj – odparł równie cicho, nie odrywając wzroku od Aborygena.

- Znasz go?

- Nie. Koniec pytań.

Nie znał tego mężczyzny. Kiedy dwa lata temu miał do czynienia z tym plemieniem, ich przywódca magiczny był bardzo stary. Ten musiał być jego następcą i nie miał pojęcia, jakie miał przekonania wobec białych. Ale coś w nim go niepokoiło. Nie umiał tego nazwać, ale jego instynkt jeszcze nigdy go nie zawiódł. Teraz nieomal słyszał jego ostrzegawczy krzyk w głowie.

Aborygen powiedział coś, od czego Ill-oo'ka i Tau zastygli na chwilę, po czym sądząc po tonie, Ill-oo'ka zadał jakieś pytanie. Ten zaczął gestykulować i mówić bardzo szybko, wskazując ręką Hermionę. Ill-oo'ka znów się odezwał i tamten natychmiast mu przerwał.

- On się pyta, czy to ma dla ciebie duże znaczenie – przetłumaczył Tau, patrząc gdzieś w przestrzeń między Hermioną i Severusem.

- Oczywiście, że ma! – potaknęła natychmiast Hermiona. – To znaczy, że może to zrobić?!

- Opanuj się – syknął równocześnie ostrzegawczo Severus, ale za późno. – Nie okazuj uczuć!

Ill-oo'ka powiedział coś, najprawdopodobniej przekazał tamtemu Aborygenowi jej odpowiedź i zamilkł i w chatce nastała nagle pełna napięcia cisza. Można je było niemal dotknąć. Ostrzegawczy krzyk w głowie Severusa zmienił się w ogłuszający wrzask.

Hermiona zamarła. Pyta, czy to ma znaczenie, to znaczy, że może! Więc chodzi o... cenę.

- Czy... on powiedział... co chce? – spytała lekko drżącym tonem. – W zamian?

Tau wymienił niepewne spojrzenie z Ill-oo'ką, odchrząknął i wyjaśnił, co chce Aborygen.

W jednej sekundzie serce Hermiony szarpnęło się i podskoczyło do gardła.

- Cco mam mu dać? – usłyszała swój zdławiony głos.

CZĘŚĆ HARRY

Poniedziałek, 19 maja,

Metropolia, Ministerstwo Magii,

09:00

Harry'emu wydawało się, że szef lub szefowa Aurorów musi wyglądać... potężnie. Onieśmielająco. Żeby wystarczyło jedno spojrzenie i człowiek już wiedział, z kim ma do czynienia. Tak wyglądał Gawain.

Doris Colemann była całym jego przeciwieństwem. Była bardzo niska, drobniutka, miała okrąglutką głowę, co podkreślały jeszcze rzadkie, krótkie, proste włosy, wyglądające jak przyklejone do czaszki. Nic imponującego. W każdym razie takie było jego pierwsze wrażenie, które trwało dokładnie tyle, ile potrzebował na przejście dziesięciu jardów.

Gdy szefowa Aurorów obrzuciła jego i Ginny krótkim, ostrym spojrzeniem, uścisnęła mu mocno rękę i się odezwała, natychmiast zmienił zdanie.

Fakt, że Snape nie zawdzięcza swojej reputacji wzrostowi. No dobra, troszkę, ale nie tylko.

Na całe szczęście onieśmielenie minęło bardzo szybko. Doris zaprowadziła ich do niewielkiej salki, zamknęła z trzaskiem drzwi i wskazała im krzesła przy długim stole.

- Właśnie odnawiają moje biuro – powiedziała tonem, jakby jakieś wyjaśnienia były konieczne i usiadła naprzeciw. – Instalują pajęczyny, muchy i inne insekty.

- Instalują? – zdziwiła się Ginny. – Chyba raczej odkurzają...?

- Nie – roześmiała się Doris. – Wieszają je. Pająki i inne insekty to doskonałe pożywienie dla Sentinelles. Bez tego po jakimś czasie przestają świecić. Ale zajmijmy się wami, a nie pająkami czy ważkami. Słynna pani Weasley i słynny pan Potter. Pan Robards prosił mnie o koleżeńską pomoc dla was. Co mogę zrobić?

Ginny dyskretnie zerknęła w kierunku sufitu i przysunęła się do Harry'ego. Nie żeby bała się pająków, to przypadło w zaszczycie Ronowi, ale nie zachwycał jej pomysł pajęczyn wiszących jej nad głową.

- Szukamy dwójki mugoli – odparł Harry, przechylając się lekko w kierunku Doris. – I chcielibyśmy prosić o listę wszystkich małżeństw Monik i Wendellów Wilkins. Z dokładnymi adresami oczywiście.

Doris zmarszczyła cienkie brwi i postukała w podbródek długim, wąskim palcem.

- O ile dobrze pamiętam, kilka lat temu zjawiło się kilku pańskich kolegów i prosiło o listę dentystów i ludzi o tym samym nazwisku.

Harry miał ochotę gwizdnąć z podziwu, ale ograniczył się tylko do grzecznego skinięcia głową.

- Ma pani doskonałą pamięć – przyznał. – Chodzi nam o tych samych ludzi. Tyle tylko, że...

- Zmieniliśmy trochę sposób szukania ich – wpadła mu w słowo Ginny.

Doris wyciągnęła z kieszeni malutki notesik i bardzo krótkie, sztywne piórko, stuknęła w nie różdżką i zaczęła pisać mrucząc pod nosem.

- Adresy małżeństwa Wilkins Monika i...

- Wendell – podpowiedział Harry.

- Coś jeszcze? – zamarła z piórkiem w ręku.

Harry spojrzał na Ginny. Ich druga prośba zależała od tego, co wyczuje jego dziewczyna.

- Chcielibyśmy prosić was również o kilka obustronnych świstoklików. Już ustawionych na wskazane przez nas adresy – powiedziała Ginny. – I aktywujących się od dotyku.

- Ze świstoklikami nie powinno być problemów – odparła Doris. – Możemy wam je również ustawić, ale pewnie w Dziale Transportu będą mnie pytać, po co. Nie możecie ich sami ustawić?

- No właśnie chodzi o to, że nie możemy – potrząsnęła smutno głową Ginny. – Nie możemy używać magii. Przypuszczam, że doszły was słuchy o tym, co działo się w Wielkiej Brytanii tydzień temu? – gdy Doris potaknęła, Ginny kontynuowała. – My również zostaliśmy otruci. A ponieważ ta trucizna wpływała również na magię, w tej chwili nasza jest bardzo osłabiona. I jeśli nie chcemy stracić jej zupełnie, nie wolno nam jej używać.

- Nie mówiąc już o tym, że pewnie nie dalibyśmy rady rzucić nic silniejszego niż Accio – dorzucił ponuro Harry, spoglądając na swoją różdżkę.

W trakcie ich wyjaśnień Doris wyprostowała się, otwarła szeroko oczy i słuchała uważnie – o wiele uważniej niż przed chwilą.

- Merlinie – westchnęła, gdy Harry skończył mówić. - Oczywiście, że wiedzieliśmy, co się u was dzieje, zarówno od waszego Ministra, pana Robardsa, jak i przez ICW. Ale nie wiedziałam nic o magii... No i oczywiście, ustawimy wam świstokliki, to żaden problem, tak tylko... Ale to musi być dla was strasznie... niewygodne. I niebezpieczne.

- Wie o tym tylko pani i prosilibyśmy, żeby tak pozostało – zastrzegł Harry.

- Oczywiście! – zawołała Doris, przyjrzała się Ginny i uśmiechnęła lekko. – Mówi mi to pani dlatego, że wyczuła pani, że można mi zaufać?

- Dokładnie. Specjalnie poczekaliśmy z tym trochę, żebym mogła poznać pani uczucia.

- I może pani powiedzieć, co teraz czuję? – teraz Doris wyglądała na zaintrygowaną.

Ginny chwilę przyglądała się jej, jakby sondowała ją wzrokiem.

- Czuję szczerość. Coś, co mówi mi, że można pani wierzyć. Również smutek. Dość głęboko, ale ciągle jest. Wyraźne ożywienie i lekkie rozbawienie.

- Mój dziadek zmarł tydzień temu – wyjaśniła Doris. – To nadal boli.

- Nie umiem powiedzieć, skąd biorą się te uczucia, umiem tylko je wyczuć. Gdybym wyczuła u pani choć odrobinę fałszu, z pewnością nie prosilibyśmy o świstokliki.

Szefowa Aurorów przez chwilę wpatrywała się w Ginny, wyraźnie zamyślona, postukując rytmicznie palcem w podbródek.

- Pani Weasley... – odezwała się w końcu. – Nie wiem, czy mogłabym panią prosić... Bo rozpoznawać uczucia najwyraźniej pani może? Widzi pani, mamy w tej chwili dwóch podejrzanych, których za nic nie jesteśmy w stanie rozgryźć. Mogłaby pani nam pomóc? W zamian za to możecie prosić o cokolwiek chcecie.

- Ależ oczywiście – odparła od razu Ginny.

- Jesteś pewna? – spytał zaniepokojony Harry i dodał pospiesznie. – Doris, nie chodzi mi o to, że nie chcę wam pomagać. Nie chciałbym tylko, żeby Ginny... pannie Weasley coś się stało.

- Ja również bym nie chciała, panie Potter – uspokoiła go Doris i spojrzała na Ginny. – Naprawdę.

Dziewczyna uścisnęła Harry'emu ramię.

- Nic mi się nie stanie – zapewniła go. – Czuję emocje, czy chcę, czy nie. Więc co mi za różnica, czy to będą ci pani podejrzani, czy jacyś ludzie w pubie, albo na ulicy. Tak przynajmniej na coś się przydam.

Tym razem nawet Harry, który czasem uważał się za arcymistrza w nie-wyczuwaniu uczuć, mógł powiedzieć, że Doris promieniała radością. Okrągła twarz rozbłysła uśmiechem, gdy czarownica przechyliła się mocno przez stół i uścisnęła rękę Ginny.

- Jest pani cudowna! Nawet nie wiecie, jak my się z nimi męczymy! – przyznała z wyraźną ulgą. – Jest jeszcze coś, czego potrzebujecie? W czym mogę wam pomóc?

Harry i Ginny wymienili spojrzenia i chłopak przypomniał sobie ich pokój w Ministerstwie.

- Mogłaby nam pani doradzić jakiś hotel, gdzie nie trzeba używać magii ani do otwierania drzwi, ani do aktywowania waszych Sentinelles? – spytał, lekko zakłopotany.

Zanim jeszcze skończył mówić, Doris zaczęła kiwać głową.

- W Torbie u Kangura – powiedziała natychmiast i dodała. – Przepraszam, ale tak nazywa się hotel, z którym mamy umowę. Wyślę wiadomość do strażników, żeby ktoś was tam zaprowadził. Listę tych waszych mugoli dostarczymy wam do hotelu, jak się uda, to może jeszcze dziś, ale nie obiecuję. A panią Weasley zaprosiłabym w takim razie na... drugą po południu. Może być?

Pożegnali się ciepło i Doris odprowadziła ich aż do drzwi wejściowych, po czym wróciła do swojego biura, w którym przed chwilą skończyli umieszczać insekty i nawet przenieśli z powrotem wszystkie Sentinelles.

Była tak zaabsorbowana faktem, że być może wreszcie uda się ruszyć do przodu skomplikowane śledztwo, że nie zwróciła uwagi na to, że drzwi do sąsiedniej sali przymknęły się delikatnie.

CZĘŚĆ FALASE

W tym samym miejscu i czasie

Widząc na drugim końcu korytarza Elisabeth, Falase rozejrzał się rozpaczliwie dookoła w poszukiwaniu jakiejś kryjówki. Drzwi do najbliższego biura zastawione były skrzynkami, zostały mu więc sale narad. Przylgnąwszy do ściany przeszedł kilkanaście stóp, wśliznął do najbliższej i przymknąwszy drzwi wyjrzał przez wąską szparę na korytarz.

Znów zapomniał złotych grudek! Wczoraj Elisabeth prosiła go, żeby oddał jej złoto, w dodatku zrobiła to przy świadkach, on oczywiście obiecał i równie oczywiście zapomniał. Cholera! Zawsze oddawał co pożyczył i szczególnie teraz nie chciał, żeby jego dobry wizerunek szlag trafił.

- Ma pani doskonałą pamięć – dobiegł go nagle głos gdzieś zza pleców. – Chodzi nam o tych samych ludzi. Tyle tylko, że...

Falase obejrzał się za siebie, zdumiony. Ja pierdzielę, co jest? Po ciemku siedzą?

- Zmieniliśmy trochę sposób szukania ich – dołączył się kobiecy głos.

Głosy brzmiały, jakby były strasznie daleko. A ta sala była mała...

-... sy ma... stwa... Wil... nika... – choć usłyszał tylko poszczególne słowa, natychmiast rozpoznał swoją szefową i odruchowo nadstawił ucha. Żeby tylko go tu nie przyuważyła, bo mu urwie łeb.

- Wendell.

- Coś jeszcze?

- Chcielibyśmy prosić was również o kilka obustronnych świstoklików. Już ustawionych na wskazane przez nas adresy. I aktywujących się od dotyku.

Świstoklika ustawić nie potrafisz? Kim ty jesteś, kobieto?

- Ze świstoklikami nie powinno być problemów – to mówiła znów jego szefowa. - Możemy wam je również ustawić, ale pewnie w Dziale Transportu będą mnie pytać, po co. Nie możecie ich sami ustawić?

- No właśnie chodzi o to, że nie możemy.

Heh, no to, kuźwa, masz problem.

- Nie możemy używać magii.

O. Faktycznie masz problem. Falase wyjrzał znów na korytarz.

- Przypuszczam, że doszły was słuchy o tym, co działo się w Wielkiej Brytanii tydzień temu? My również zostaliśmy otruci. A ponieważ ta trucizna wpływała również na magię, w tej chwili nasza jest bardzo osłabiona. I jeśli nie chcemy stracić jej zupełnie, nie wolno nam jej używać.

- Nie mówiąc już o tym, że pewnie nie dalibyśmy rzucić nic silniejszego niż Accio.

No to macie kurewsko poważny problem. Angole.

- Merlinie. Oczywiście, że wiedzieliśmy, co się u was dzieje, zarówno od waszego Ministra, pana Robardsa, jak i przez ICW. Ale nie wiedziałam nic o magii... No i oczywiście, ustawimy wam świstokliki, to żadnen problem, tak tylko... Ale to musi być dla was strasznie... niewygodne. I niebezpieczne.

- Wie o tym tylko pani i prosilibyśmy, żeby tak pozostało.

A właśnie, że nie tylko pani.

- Oczywiście! Mówi mi to pani dlatego, że wyczuła pani, że można mi zaufać?

- Dokładnie. Specjalnie poczekaliśmy z tym trochę, żebym mogła poznać pani uczucia.

- I może pani powiedzieć, co teraz czuję?

Na chwilę zapadła cisza i Falase nagle zainteresował się przedziwną rozmową. Ta jakaś baba z Anglii umiała poznać, co kto czuje? Spojrzał w ciemność przed siebie, ale nic nie zobaczył.

- Czuję szczerość. Coś, co mówi mi, że można pani wierzyć. Również smutek. Dość głęboko, ale ciągle jest. Wyraźne ożywienie i lekkie rozbawienie.

Lekko drwiący uśmieszek zniknął jak za machnięciem różdżki i Falase przestał oddychać, żeby lepiej słyszeć.

- Mój dziadek zmarł tydzień temu. To nadal boli.

- Nie umiem powiedzieć, skąd biorą się te uczycia, umiem tylko je wyczuć. Gdybym wyczuła u pani choć odrobinę fałszu, z pewnością nie prosilibyśmy o świstokliki.

O, KURWA MAĆ. O, JA PIER...

- Pani Weasley... Nie wiem, czy mogłabym panią prosić... Bo rozpoznawać uczucia najwyraźniej pani może? Widzi pani, mamy w tej chwili dwóch podejrzanych, których za nic nie jesteśmy w stanie rozgryźć. Mogłaby pani nam pomóc? W zamian za to możecie prosić o cokolwiek chcecie.

Falase rzucił Lumos i jak najciszej podszedł w stronę, z której dobiegały te głosy. Gdzieś z przodu... u góry...?

Podniósł różdżkę i blade światło zatańczyło na ścianie i suficie i ukazało dużą czarną dziurę od przewodu wentylacyjnego.

Są w sali obok!

Tymczasem rozmowa trwała nadal.

- Jesteś pewna? Doris, nie chodzi mi o to, że nie chcę wam pomagać. Nie chciałbym tylko, żeby Ginny... pannie Weasley coś się stało.

- Ja również bym nie chciała, panie Potter. Naprawdę.

Jakaś Weasley. Ginny. I jakiś Potter... Zaraz... Potter? Z Anglii? Czyżby to był ten pieprzony święty Auror Potter?

- Nic mi się nie stanie. Czuję emocje, czy chcę, czy nie. Więc co mi za różnica, czy to będą ci pani podejrzani, czy jacyś ludzie w pubie, albo na ulicy. Tak przynajmniej na coś się przydam.

- Jest pani cudowna! Nawet nie wiecie, jak my się z nimi męczymy! Jest jeszcze coś, czego potrzebujecie? W czym mogę wam pomóc?

Och, kochanie, mi byś się przydała, nie wiesz nawet, jak bardzo!

- Mogłaby nam pani doradzić jakiś hotel, gdzie nie trzeba używać magii ani do otwierania drzwi, ani do aktywowania waszych Sentinelles?

Serce Falase zaczęło walić mu w piersi tak mocno, że bez mała zagłuszyło następne słowa, ale pomogło wpatrywanie się w mrok szeroko otwartymi oczami.

- W Torbie u Kangura. Przepraszam, ale tak nazywa się hotel, z którym mamy umowę. Wyślę wiadomość do strażników, żeby ktoś was tam zaprowadził. Listę tych waszych mugoli dostarczymy wam do hotelu, jak się uda, to może jeszcze dziś, ale nie obiecuję. A panią Weasley zaprosiłabym w takim razie na... drugą po południu. Może być?

Z dziury dobiegły odgłosy szurania krzesłami i coraz mniej wyraźna rozmowa. Wychodzili!

Falase na palcach dopadł drzwi, ale nie odważył się wyjrzeć na korytarz. Zamiast tego rzucił na siebie kameleona, przylgnął do ściany w samym kącie i wstrzymał oddech.

Nie właź tu... nie właź tu. Idź do siebie...

Doskonale wiedział, że jego szefowa rozpozna zwykłego kameleona w kilka sekund. A biorąc pod uwagę zwariowany pomysł, który zrodził mu się w głowie, było lepiej, żeby nikt nie miał pojęcia, że cokolwiek słyszał...

Poniedziałek, 19 maja,

Wśród plemienia Liru,

09:00

- Cco mam mu dać? – wykrztusiła Hermiona.

- Twoją młodość – powtórzył Tau, wyraźnie zakłopotany.

Dziewczyna spojrzała zagubionym wzrokiem na Severusa i Ill-oo'kę. Młodość? JAK ja mam mu dać młodość? I co to w ogóle znaczy? Mam zostać stuletnią staruszką?

- Jak...

Severus uciszył ją jednym krótkim gestem. Wiedział, czuł, że to się tak skończy! Cholera jasna!

- Ile chce? – spytał krótko.

Ill-oo'ka pochylił się ku Aborygenowi, Severus zignorował spojrzenie Hermiony i tylko siedział spięty, jakby przygotowywał się na najgorsze. Młodość, nie dzieciństwo. Byle tylko nie oznaczało to...

- Pół twojego życia – przetłumaczył Ill-oo'ka.

Hermiona aż otworzyła usta ze zdumienia, ale nie zdążyła się odezwać, gdy Severus wskazał jej głową wyjście.

- Zostaw nas samych.

- Pro...

- Wyjdź – rzucił szorstko.

- Ale...

W odpowiedzi posłał jej tak ostre spojrzenie, że dziewczyna sama nawet nie wiedziała, kiedy podniosła się i wyszła kilka kroków przed chatkę.

Severus rzucił Muffliato, żeby nie mogła ich usłyszeć i odezwał się do Ill-oo'ki i Tau.

- Powiedzcie mu, że to o wiele za dużo.

- Severus, wiesz dobrze, że Tradycjonaliści nie znają czegoś takiego jak negocjacje – zaoponował natychmiast Tau.

- Nie interesuje mnie, co znają, a co nie – warknął. - To za dużo. Wasz... przyjaciel chce odebrać jej pół życia.

- Ile ma lat panna Granger? – spytał Ill-oo'ka, przechylając się lekko ku nim.

- Niedługo skończy dwadzieścia cztery.

- Więc dwanaście. To nie bardzo... dużo.

Severus spojrzał na niego z niedowierzaniem. Nie dużo? On oszalał.

- Rok. Dwa. Nie więcej.

Ill-oo'ka westchnął ciężko.

- On potrzebuje dużo młodości. Dużo energii z młodości – wyjaśnił. – Są czary, do których to trzeba. Bardzo ważne dla Tradycjonalistów. On chce chronić Liru. Całe plemię – machnął ręką w kierunku obozowiska.

- Żeby pozbyć się na zawsze wszystkich białych? – spytał Severus, unosząc brew do góry. – Na pewno mu się uda. Szkoda, że nie znałem go wcześniej, nie musiałbym służyć dwóm szaleńcom przez tyle lat.

Ill-oo'ka spojrzał na niego surowo.

- Chciałeś pomocy. Masz. Bierz, albo idź dalej.

Gdyby chodziło o niego samego, Severus bez wątpienia przekląłby tego durnia i odszedł, nawet się za nim nie oglądając, ale tu chodziło o Hermionę! W głębi duszy zacisnął z całej siły pięści, po czym odetchnął głębiej i wrócił do nich.

- Niech weźmie je ode mnie – gdy Ill-oo'ka potrząsnął głową, ciągnął. – Niech weźmie MOJE pół życia. Nawet więcej, jeśli chce.

- Ty nie rozumiesz. On potrzebuje młodości. Twoje przyszłe... następne pół życia to już nie to. Jej – tak. Jeśli chcesz, to...

Severus nie chciał. Jednym płynnym ruchem, jakby specjalnie po to, żeby im udowodnić, że jest jeszcze młody, wstał, zdjął Muffliato i ruszył do wyjścia.

- Żegnam – rzucił lodowato i skinął na Hermionę, która szła właśnie ku niemu. – Idziemy.

Kilka chwil wcześniej

Hermiona patrzyła szeroko otwartymi oczami w falującą dal, ale nic nie dostrzegała. Rozpaczliwie chciała cokolwiek zrozumieć, lecz jej się nie udawało – tylko dziesiątki myśli ciskały się o siebie w jej głowie jak oszalałe.

Jak mogę oddać mu pół życia? Czy za to mi pomoże? Czy jeśli mu je dam, obojętnie jak, to dziś... jutro... a może nawet za chwilę odnajdę rodziców?

I przede wszystkim Czy zgodziłabym się mu je oddać?

Jeśli na nowo stałaby się małą dziewczynką – może wcale nie byłoby tak źle? Wtedy na pewno zrobiłaby tak, żeby dokładnie wiedzieć, gdzie są jej rodzice! A może nawet znalazłaby sposób na powstrzymanie Voldemorta i to wszystko by się nie wydarzyło? Choćby na trzecim roku nie pozwoliłaby Parszywkowi – Peterowi uciec... Może mogłaby uratować Syriusza... I na pewno! wróciłaby do Wrzeszczącej Chaty, żeby pomóc Severusowi! Może nawet udałoby się jej zrobić coś, żeby oszczędzić mu tylu lat cierpienia? Żeby był szczęśliwy?

Choć przecież to stało w sprzeczności z tym, czego ją uczono – że czasu nie wolno zmieniać. Więc może po prostu wszystko będzie tak samo, tylko cofnę się w czasie?

Nawet jeśli nie będę mogła pomóc ani Harry'emu, ani Syriuszowi, ani Severusowi, ale będę mogła dziś, za chwilę, odnaleźć rodziców to... chyba warto?

Warto. Na pewno. Po prostu przeżyję to wszystko jeszcze raz i już.

Na myśl o tym, że już niedługo mogłaby na nowo zobaczyć rodziców coś się w niej uśmiechnęło i w tym momencie usłyszała głos Severusa za sobą. Obróciła się z ulgą i postąpiła ku niemu.

- Idziemy – powiedział krótko.

- Gdzie indziej? Gdzie odprawimy ten... rytuał?

- Nie. Nie będzie żadnego rytuału.

Oczy dziewczyny gwałtownie się rozszerzyły. Spojrzała na Severusa, potem na siedzących w chatce i z powrotem na Severusa.

- Ale... Poczekaj... Nie rozumiem...

- Tu nie ma co rozumieć. Wracamy.

Hermiona popatrzyła błagalnie na Tau i złapała Severusa za rękę.

- Proszę! Co się stało? To niemożliwe? Nie da rady? Czy ta jego starożytna magia nie zadziała na mnie? I jak on chce to zrobić? Mam mieć na nowo jedenaście lat?

- Wyjaśnij jej wszystko – przerwał potok jej pytań Tau. – Ma prawo sama podjąć decyzję.

Hermiona ścisnęła mu rękę, więc prychnął krótko i cofnął ją.

- Wręcz przeciwnie. On chciałby, żebyś oddała mu następne dwanaście lat z twojego życia. Więc gdybyś się zgodziła, wyszłabyś stąd będąc o dwanaście lat starsza.

Dziewczyna zamarła, osłupiała.

- Następne – powtórzyła, nadaremnie próbując to ogarnąć. – Byłabym... będę starsza. Ale... on mi za to pomoże? Będę mogła odnaleźć rodziców? Aportować się do nich?

Jeśli w zamian za to będę mogła ich odnaleźć, może nawet rzucić zaklęcie wyszukujące i aportować się koło nich...

Ill-oo'ka pokręcił głową.

- Nie tak. Zaklęcia nie będą… potrafić działać. Jakiś czas będziesz czuć, kiedy będziesz blisko. Ale musisz ich szukać.

- Nie będziesz mogła rzucić zaklęć wyszukujących – pospieszył z wyjaśnieniami Tau. – Ale jeśli znajdziesz się koło nich, poczujesz to.

Dziewczyna czuła, że jej marzenia przeciekają przez palce.

- Poczuję? Jak?

- Będziesz wiedzieć.

- Ale...

- Myślę, że wystarczy tych wyjaśnień – uciął niecierpliwie Severus. Miał już dość tej farsy. – Obejdziemy się bez... POMOCY – wycedził.

Hermiona poderwała głowę jak ukąszona.

- To jak ich znajdziemy?!

- Damy sobie rady.

- Ale... przecież w ten sposób będę mogła poczuć, jak będę blisko – zaprotestowała, na nowo chwytając go za rękę. – Z tą magią wystarczy aportować się koło nich i już będę wiedzieć!

- Gdzie chcesz się aportować?! W Sydney, w Perth, w Darwin?!

- Rafa koralowa. Sam znalazłeś ją w moim umyśle...

Cholera, cholera, cholera! Severus w złości zupełnie zapomniał o swoim błędzie. Który wtedy wydawał się mieć niewielkie znaczenie, a teraz miał... kolosalne.

- To wcale nie jest takie pewne.

- Przecież sam mówiłeś, że gdy rzucałam Factum, przejęli to, o czym ...

- Mówiłem, że W TAMTYM momencie przejęli to, o czym myślałaś – fuknął. – Trzeba było mnie słuchać, a nie sobie dopowiadać to, czego NIE powiedziałem.

Dziewczynie zabrakło nagle oddechu, żeby protestować, pytać... Nagła panika skradła jej wszystkie słowa.

- Więc to wcale nie jest takie pewne, że nadal tam są. Mogą tam być – ciągnął Severus. – Ale równie dobrze mogą być po drugiej stronie Australii, czy nawet świata.

A nawet świata. Boże. A nawet świata. Trzy słowa, które wstrząsnęły całym jej światem.

- O Boże... – westchnęła i osunęła wzrok na czarną koszulę falującą mocno na jego piersi, jakby w niej mogła zobaczyć jakąś podpowiedź. – Więc... jak chcesz ich szukać?

- Przez australijskie Ministerstwo Magii. Albo przez nasze. Albo po mugolsku.

Hermiona poczuła bolesne ukłucie prosto w serce. Więc znów wracali do ... nawet nie do początku! Do niczego. Nie znali nikogo w tutejszym Ministerstwie. Ich Ministerstwo próbowało – wysłali Aurorów, którym się nie udało. Po mugolsku? Jak? Chodzić od kliniki do kliniki? Od drzwi do drzwi? I przemierzyć tak całą Australię? Albo cały świat? I spędzić tak... nawet więcej niż dwanaście lat?

Gdyby spróbowała sposobu, który proponowali Aborygeni, miała przynajmniej jakieś szanse. Jeśli jej rodzice zostali w okolicy rafy koralowej, wystarczyło aportować się tam. I powinna ich jakoś... wyczuć.

W ten sposób może nawet dziś... albo jutro... W ciągu kilku dni, jeśli będzie miała szczęście, MOŻE uda się jej ich znaleźć.

To albo nic.

I nagle przypomniało się jej, co ktoś kiedyś jej powiedział. Że o wiele lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nigdy nie spróbowało.

Nie zamierzała pozwolić swoim marzeniom przeciec przez palce zupełnie!

Severus poczuł lekki uścisk i zorientował się, że dziewczyna nadal trzyma go za rękę. Ale na widok jej spojrzenia zapomniał o tym natychmiast. Znał je doskonale. Tak wyglądali Gryfoni, gdy mieli popełnić jakiś idiotyzm.

- Severus... chcę spróbować.

- Wracamy – powiedział twardo.

- Naprawdę chcę spróbować.

- Zwariowałaś.

- Tak przynajmniej mamy jakąś szansę.

- Zwariowałaś – powtórzył Severus i z trudem opanował ochotę złapania ją za łokieć i deportowania stąd choćby na siłę. - Jakąś szasnę? A zastanowiłaś się, co się stanie, jeśli się nie uda? Spróbujesz jeszcze raz? Jak tak dalej pójdzie, będziesz starsza ode mnie! O ile się na to zgodzą, bo wtedy będziesz już ZA stara – sarknął i urwał. Nie chciał mówić, skąd to wiedział, zamiast tego więc wskazał ręką siedzącego nadal na ziemi przywódcę magicznego Liru. – Ten człowiek chce zabrać ci połowę życia dla swoich zwariowanych, nierealnych celów, w zamian za czcze obietnice.

- Mamy szansę. Jakąkolwiek – zaoponowała. – Lepsze to niż powrót do domu z niczym. Jestem pewna, że jeśli spróbujemy...

Och, do jasnej, pieprzonej cholery!

- Nie MY! Nie ma czegoś takiego jak MY. Możesz spróbować sama - warknął, wyrywając rękę. – Zawsze się zastanawiałem, dlaczego przy twojej inteligencji nie trafiłaś do Ravenclawu. Teraz już wiem. Trafiłaś do Gryffindoru, gdzie mylą męstwo z głupotą. Skończoną głupotą!

Hermiona zbladła i jego słowa wycisnęły jej oddech z piersi.

- Severus, przestań, proszę! To moje życie...

- I możesz sobie z nim robić, co chcesz, Granger! Jak chcesz sobie je zniszczyć durną brawurą, skłonnością do ryzyka i idiotyczną fałszywą odwagą, to proszę bardzo! O mnie zapomnij i nigdy już na mnie nie licz!

Dziewczyna poczuła pieczenie w gardle i wszystko przed nią rozmyło się.

- Posłuchaj...

- Severus, to ona tu decyduje – usłyszeli nagle Tau całkiem niedaleko.

Oboje obejrzeli się i Severus skrzywił się mocno.

- Anderson, jak będę potrzebował twoich porad, bez wątpienia się do ciebie zgłoszę – sarknął i obrócił się do Hermiony. – Od teraz możesz przestać żałować, że zostawiłaś mnie we Wrzeszczącej Chacie. To raczej ja żałuję, że wtedy nie umarłem. Nie musiałbym dziś wysłuchiwać twoich idiotyzmów.

Po czym obrócił się na pięcie i odszedł byle dalej przed siebie.

Hermiona z trudem przełknęła ślinę i otarła oczy wierzchem dłoni, ale nie umiała się odezwać, tak wszystko się w niej trzęsło. To przypomniało jej ich zaimprowizowaną, UDAWANĄ kłótnię. Ale w odróżnieniu od tamtej ta była prawdziwa i to bolało jeszcze bardziej.

Granger. Nazwał mnie Granger. O Boże. I kazał o sobie zapomnieć. I żałuje, że nie umarł, bo... Znów mną gardzi. Znów mnie nienawidzi. Znów jestem durną Granger.

Chyba właśnie świat się skończył. O Boże. Przetarła znów oczy i policzki i postanowiła się jakoś pozbierać.

- Przepraszam, że... na ciebie warczał – wyjęczała do Tau, chowając twarz w dłoniach. – To przeze mnie.

- Siadaj – mruknął ten, wskazując miejsce między Ill-oo'ką i Aborygenem. – I uspokój się.

Dlaczego wszystko w tym życiu musiało być tak cholernie trudne? Dlaczego nie mogła po prostu zgodzić się na ich propozycję i mieć cały czas koło siebie Severusa? Znów została sama i na swój sposób to było jeszcze gorsze od stracenia 12 lat życia. Oddałaby o wiele więcej, żeby tylko wrócił!

- Powiedzcie mi – siąknęła nosem – wszystko.

Usiadła, objęła nogi obiema rękoma, przytuliła się do nich mocno i zaczęła się kołysać. Tylko to jej zostało.

Tau wyczarował coś na kształt chusteczki i wylewitował ku niej, więc otarła porządnie oczy, a potem nos.

- Dziękuję – odetchnęła głęboko. – Więc?

Ill-oo'ka zaczął wyjaśniać jej, co otrzyma w zamian za oddanie 12 lat swojego życia i jak to będzie działać. Tau pomagał mu trochę i wyjaśnili nawet do czego Tradycjonaliście potrzebna była jej młodość. I choć zazwyczaj Hermiona zasypałaby ich gradem pytań, teraz było jej to... obojętne. Nawet nie bardzo do niej docierało. Równie dobrze mogło to dotyczyć kogoś innego. Jakby dotarła do jakiejś granicy i dalej nie była już w stanie przejść. Mogła się tylko przyglądać z daleka.

- To nie powinno boleć – powiedział jej Tau, gdy skończyli wyjaśniać i Aborygen gdzieś zniknął.

Dziewczyna wzruszyła ramionami. Nawet jakby bolało, to nie miało znaczenia. I może gdyby bolało, udałoby się jej jakoś otrząsnąć.

Obróciła się i spojrzała na stojącą w oddali czarną sylwetkę. Chyba nic nie mogło boleć bardziej niż TO.

- Zacznijmy już.

Severus stał w pełnym słońcu i wbijał wzrok w falującą równinę przed sobą. I w głębi ducha klął na czym świat stoi.

Od samego początku, gdy tylko się tu zjawili, czuł, że coś pójdzie nie tak. Wiedział. Tak samo, jak wiedział, które ze spotkań z Czarnym Panem skończą się źle. Pod tym względem jego instynkt był lepszy od Trelawney. Ale nie przypuszczał, że będzie AŻ tak źle.

Jak ona mogła zgodzić się na ten absurd?! Czemu go nie posłuchała?! Nie myślała?! Dwanaście lat życia... To mogło odstraszyć każdego. Ale nie Hermionę Granger, cholerną, upartą Gryfonkę!

Przecież mogli znaleźć ich w inny sposób! Pewniejszy!

Czemu? Doskonale wiesz, czemu! Z twojego powodu! – podszepnął mu cichy głosik w głowie i aż skręciły mu się wszystkie wnętrzności.

Gdyby tylko wtedy powiedział jej Prawdę, z pewnością zareagowałaby inaczej. Gdyby przyszła tu wiedząc, że rafa koralowa była tylko opcją, możliwością, gdyby nie nastawiła się na to, że na pewno się uda, nie zgodziłaby się na to.

A tak do wszystkich jej strat, bólu i krzywd dojdzie utrata młodości. Dwunastu lat, które mogły być najpiękniejszymi latami w jej życiu. On tego nie doświadczył, ale to były inne czasy. Wojny, szpiegowania i służenia dwóm panom. Ale ona mogłaby je przeżyć. A tak zamiast tego okaleczyła się na nowo.

Chciałeś ją chronić przed bólem i zawodem i zobacz, co z tego wyszło. Jesteś żałosnym idiotą. Nie wiesz, co to znaczy kogoś chronić, nigdy tego nie robiłeś tak naprawdę, więc nawet nie próbuj. Radziłeś Robardsowi, a sam jesteś nie lepszy!

Ten sam cichy głosik w jego głowie podpowiedział mu, że chciał również zobaczyć uśmiech na jej twarzy, ale to uparcie od siebie odpychał. Czegoś takiego nie czuł nawet do Griffina, który był do niedawna jego jedynym przyjacielem. To był zbyt... niebezpieczny temat.

Ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to on jest bezpośrednią przyczyną jej decyzji. To twoja wina. Nie jej.

Choć przecież nie mógł przewidzieć, że ten cholerny sukinsyn zażąda takiej absurdalnej ceny za ten ochłap magii, którą nazywa „pomocą"!

I naraz serce w nim zamarło, a potem ruszyło galopem. Żeby tylko na tym się skończyło! Kto wie, co jeszcze może jej zrobić?!

Na tę myśl rzucił się niemal biegiem w kierunku chatki, żeby upewnić się, że nic więcej jej się nie stanie. Nadal był na nią wściekły, ale choć tyle był jej przecież winien!

Gdy dopadł wejścia, zobaczył Hermionę siedzącą na klęczkach. Obok niej siedział Ill-oo'ka, a trochę dalej Anderson. Cholernego sukinsyna nigdzie nie było.

- Anderson – zawołał. – Podejdź tu. Proszę.

Hermiona podniosła głowę i na widok jej mokrych policzków ścisnęło mu się serce, więc czym prędzej cofnął się na zewnątrz.

- Miło, że wpadłeś – rzucił Tau ironicznie. – Zapomniałeś jej coś powiedzieć? Za mało płakała?

Severus obrzucił go ciężkim spojrzeniem i mężczyzna zamilkł.

- Jeśli wasz znajomy skrzywdzi ją w jakikolwiek... inny sposób, zabiję go – powiedział bardzo cichym, niemal jedwabistym głosem, ale groźba zawarta w jego słowach nie osłabła przez to ani odrobinę. – Powiedz mu to, albo ja mu to powiem. W taki sposób, że doskonale mnie zrozumie.

Tau przyjrzał mu się uważnie.

- Nie bój się, dopilnujemy tego. Nic jej się nie stanie. Więc możesz wra...

- Sam tego dopilnuję – uciął twardo Severus. – Nie będziesz mi mówić, co mam robić. Chcę tylko, żeby o tym wiedział.

Po czym stanął tuż przy wejściu, założył ciasno ręce na piersi i wpatrzył się w dal.

Chwilę później wrócił Aborygen. Wszedł i bez mała wpadł na Severusa, który nie cofnął się ani o cal, za to posłał mu długie, niemal wyzywające spojrzenie.

Mężczyzna miał na ramionach i piersi pełno białych i żółtych kropek, które tworzyły nieregularne wzory. Odstawił dwie miseczki z kolorowymi farbami, ukucnął koło siedzącej Hermiony, ostry zapach przybrał na sile i dziewczyna z największym trudem zmusiła się, żeby się nie cofnąć. Pracując w Klinice nauczyła się tolerować różne zapachy, ale ten był zupełnie inny niż te, do których już się przyzwyczaiła. Aż wwiercał się gdzieś w jej mózg.

- On sprawdzi teraz twój wiek – uprzedził ją Ill-oo'ka. – Żeby wziąć tylko pół.

Tradycjonalista przysunął rękę do jej twarzy, ale nie dotknął, tylko wodził powoli wzdłuż policzków, czoła... jakby śledził jej rysy. Hermiona bez trudu mogła wyczuć jego magię. Przeraźliwie obcą i... niechętną?

Aborygen przejechał dłonią wzdłuż jej szyi, zjechał na prawe ramię, potem na lewe, a w końcu zastygł na wysokości jej serca i powiedział coś do Ill-oo'ki.

- On mówi, że czuje niemal jeden rok dziwny – przetłumaczył Ill-oo'ka i wskazał coś na zewnątrz. – Niecały rok słoneczny. Jest podwójny.

Ulga jak balsam rozlała się w jej piersi i dopiero wtedy dziewczyna zdała sobie sprawę, jak bardzo ją ten człowiek niepokoił. To był najlepszy dowód, że był naprawdę tym, kogo szukali. Kimś obdarzonym starożytną magią. Bo to mogło oznaczać tylko jedno.

- Przez niemal jeden rok szkolny używałam zmieniacza czasu – wyjaśniła. – Niemal codziennie.

- Dobrze.

Ill-oo'ka przeszedł na język Aborygenów, a Hermiona odważyła się na krótkie spojrzenie w kierunku Severusa. To był bardzo delikatny temat i choć ich wzajemne układy bardzo się zmieniły... przynajmniej do dzisiejszego ranka... o tym jeszcze nigdy ze sobą nie rozmawiali.

Severus dostrzegł jej spojrzenie, ale z rozmysłem odwrócił wzrok i przyglądał się Ill-oo'ce i Tradycjonaliście.

- Więc tylko dwanaście – przekazał Ill-oo'ka.

Aborygen sięgnął po miseczkę z gęstą mazią w kolorze ochry, zamieszał energicznie i nabrawszy odrobinę na koniec patyka zaczął malować kropki na czole Hermiony.

Nie chcąc zezować, dziewczyna zamknęła oczy i liczyła po prostu szorstkie dotknięcia. Trzy... cztery...

Była pewna, że będzie ich dwanaście, ale ku jej zdumieniu po ósmym nastąpiła przerwa. Uchyliła niepewnie oczy i zobaczyła, jak Aborygen się podnosi.

- Mam... – Ill-oo'ka potaknął, więc również wstała i poprawiła sukienkę.

Mężczyzna chwilę rozmawiał z Ill-oo'ką, po czym wyciągnął do niej rękę i na migi pokazał, że ma podać mu swoją.

Hermiona przygryzła lekko usta i niepewnie sięgnęła po nią.

Ale wbrew jej obawom nic dziwnego się nie stało. Owszem, jego magia była Inna, Obca, nawet bardziej niż Ill-oo'ki, ale może dlatego, że nastawiła się na coś o wiele bardziej... szokującego, a może dlatego, że przyzwyczaiła się już do magii Aborygenów, nie było to tak straszne, jak sądziła.

Oczywiście, że to nie takie straszne. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Choć może nie do trzymania innych mężczyzn za rękę.

Cofnęła się o krok i zabrała swoją dłoń. Jak dla niej to był zbyt intymny gest, żeby móc na coś takiego pozwalać. W każdym razie nie wszystkim.

Spojrzała na Severusa...

Ale go nie było. Nikogo nie było. Nawet chatki. Severus, Tau, Ill-oo'ka, nawet ludzie, których widziała, gdy szli na to spotkanie – znikli i zostali tylko ona i Aborygen.

Hermiona rozejrzała się dookoła.

W tym jakimś dziwnym miejscu, gdzie się znaleźli, musiał już zapaść zmrok, może nawet i noc. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, kłębiła się niewyraźna mgła, oświetlona blaskiem światła wiszącego gdzieś nad nimi. Choć gdy Hermiona spojrzała do góry, nie dojrzała ani słońca, ani lampy, świetlistej kuli czy pochodni. To światło brało się znikąd, jakby tuż nad nimi panował nadal dzień, zaś wszystko dookoła spowiła już noc.

- Gdzie... gdzie – urwała. Nie pytaj, i tak cię nie zrozumie.

- Chcesz wiedzieć, gdzie jesteśmy? – spytał na to Aborygen i cofnął się trochę.

Jego głos zabrzmiał tak samo, jak przed chwilą, ale dziewczyna nie potrafiła powiedzieć, po jakiemu mówił. I czy w ogóle mówił w jakimś konkretnym języku, czy też po prostu... rozumiała go.

- Tak.

To też zabrzmiało znajomo, choć na pewno nie był to angielski.

- Jesteśmy w Czasie Snu.

- To znaczy... śpimy?

- Nie bardziej, niż jak nie śpimy. Jesteśmy. Nie wystarcza ci to?

Hermiona pomyślała, że w sumie, to wcale nie ma znaczenia. Co innego było ważniejsze.

- Zjawiliśmy się tu, żebym mogła oddać ci pół mojego życia?

Aborygen skinął głową.

- Nadal jesteś pewna, że chcesz?

- Tak.

- Twój towarzysz się z tym nie zgadza.

Oboje spojrzeli w pustkę, w której gdzie indziej stał właśnie Severus.

- Ale to ja decyduję.

- Niech więc tak będzie.

Aborygen skinął ku sobie ręką.

W tym momencie coś otarło się Hermionie o czoło i nos i dziewczyna odruchowo zacisnęła oczy i machnięciem ręki opędziła się od tego. I już chciała do niego podejść, ale naraz ktoś stanął tuż przed nią. Bez mała wszedł na nią. Lecz zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, dał krok do przodu, drugi... i Hermiona rozpoznała swoją sukienkę. Kolejny krok i oto tyłem do niej stała... ona sama.

Ta druga Hermiona podeszła do Aborygena i przez chwilę można było usłyszeć szmer ich rozmowy, potem zaś...

Dziewczyna przyglądała się właśnie uważnie swojej drugiej postaci, próbując ustalić, czy to jest jej duch, dusza czy może jeszcze coś innego, ale postać wyglądała niesamowicie materialnie. Jak człowiek z krwi i kości. Aż dotknęła własnej twarzy, żeby się upewnić, czy ONA sama jest realna.

I dokładnie w tym momencie Aborygen położył tej drugiej Hermionie rękę na ramieniu. Przez kolejne kilka sekund nie działo się nic, a potem ta druga Hermiona zaczęła blednąć, niknąć... zaś na dłoni i muskularnym, mocno owłosionym przedramieniu Aborygena pojawiły się jakieś białe ruchome smugi. Zupełnie, jakby jej życie, jej istnienie, jej... energia wciekała w niego. Czy może to on ją wysysał...

Ta druga ona stała się półprzeźroczysta, jej kontury rozpłynęły się i... jeszcze jedno mgnienie oka i znikła zupełnie.

Ta część rytuału dobiegła końca i znów tylko oni stali po środku niczego.

- Twoja młodość odeszła – odezwał się Aborygen. - Teraz musi przyjść do ciebie dorosłość.

Hermiona nie miała pojęcia, skąd wiedziała, co robić. Po prostu spojrzenie w mgłę przed nią wydało się jej oczywiste.

Jeśli teraz mam dwadzieścia trzy lata... prawie dwadzieścia cztery, to będę mieć... niemal trzydzieści sześć...

Do tej pory nie przeliczyła sobie jeszcze swojego przyszłego wieku i może dlatego nie bardzo zdawała sobie sprawy z tego, co to miało znaczyć. Teraz, kiedy już Wiedziała, zabrzmiało to strasznie... staro.

Z ciemności przed nimi dobiegł jakiś szelest, kłęby srebrzystej mgły rozstąpiły się i dziewczyna dojrzała kroczącą ku nim dorosłą kobietę.

To była ona i jednocześnie nie ona. Ubrana w tę samą błękitno-szarą sukienkę i białe sandały, z włosami związanymi w identyczny kok. Ale równocześnie było w niej coś innego.

Dorosłego.

Może to była twarz, jakby poważniejsza... dostojniejsza..., sposób trzymania głowy..., może bardziej kobieca figura, bo sukienka, jeszcze przed chwilą luźna, teraz opinała się lekko na piersiach i biodrach... a może po prostu sam chód był inny. Zmysłowy, pełen gracji i lekkości.

Hermiona wyprostowała się odruchowo, jakby chciała wyglądać doroślej na powitanie swojego przyszłego „ja", na co kobieta uśmiechnęła się lekko, zbliżyła się i zatrzymała się wyczekująco. I Hermiona nabrała pewności, że ten krok należy do niej. To ona ma zdecydować, kiedy stanie się dorosła.

Przyjrzała się sobie po raz ostatni, nabrała powietrza i zmuszając się do trzymania otwartych oczu, postąpiła do przodu.

Przez jeden krótki moment była pewna, że zderzy się ze sobą, że poczuje ból, pchnięcie... cokolwiek. Na sekundę coś przesłoniło jej widok, a potem zobaczyła... mgłę.

Obróciła się, lecz za nią była tylko pustka. Nikt nie stał. Nie stała tam żadna inna Hermiona.

- Nie szukaj tego, czego nie ma.

Jego słowa zabrzmiały przekonująco, ale mimo wszystko Hermiona przesunęła rękoma po biodrach, na których dzianina opinała się delikatnie i zawadziła wzrokiem o biust. Tak, to była ona.

TEN rytuał się skończył.

- Więc stało się – stwierdziła. – Nie było to takie... straszne, jak myślałam.

Aborygen skinął głową.

- Ty dałaś mi swój dar, teraz ja dam ci mój.

Hermiona wiedziała, że powinna się cieszyć. I być może będzie się cieszyć – kiedy już wróci z... Czasu Snu. Może faktycznie śnili – a przynajmniej ona. Bo czuła się jakby... nie czuła. Jakby w tym dziwnym świecie nie było miejsca na emocje. Wszystko było dziwnie płaskie i monotonne.

- Czemu to robisz? – spytała.

- Robię co?

- Pomagasz mi. Przecież jestem biała.

Mężczyzna chwilę przyglądał się jej uważnie, zanim odpowiedział.

- Jesteś biała. Ale to nie ty wyrządzasz krzywdy. Lecz są inni biali, którzy to robią.

Hermiona pokręciła przecząco głową.

- Tu nie chodzi o białych i nie białych. Tu chodzi o ludzi. Złych i dobrych. Nie patrz na kolor skóry, patrz w ich serca. - Aborygen milczał, więc dodała. - Użyj mojego daru, żeby chronić swój naród przed złymi ludźmi. A ja będę się cieszyć, że mogę ci w tym pomóc.

- Wiesz, co ja zrobię z twoim. A co ty zrobisz z moim?

- Spróbuję znaleźć moich rodziców. Których kiedyś ukryłam przed złymi ludźmi.

- Twój towarzysz ci pomoże?

Hermiona zawahała się.

- Mam nadzieję. Bardzo bym chciała. Czemu nazywasz go moim towarzyszem?

- A nim nie jest? – przekrzywił głowę Aborygen.

To było o wiele bardziej skomplikowane pytanie. Choć równie dobrze bardzo proste. Chciała, żeby jej towarzyszył. Nie wyobrażała sobie, żeby mogła go stracić. Żeby mogło go zabraknąć. Był dla niej... używając jego języka... tak.

- Masz rację. Jest moim towarzyszem – uśmiechnęła się.

Aborygen wyciągnął ku niej rękę.

- Podaj mi swoją dłoń.

Tym razem już bez zastanawiania się Hermiona podała mu rękę, uścisnęła ją lekko i... naraz wszystko pojaśniało i... Hermiona aż zachłysnęła się głośno, poczuwszy przedziwną, OBCĄ magię. Która aż parzyła! Zupełnie, jakby dotknęła gorącego kubka z herbatą, czy raczej jakby ten kubek owinął się dookoła jej ręki!

Pospiesznie wyrwała mu rękę, zaciskając kurczowo palce i przez pulsujący ból wyczuła coś twardego.

Co?!

DAŁ CI COŚ?

Czując nagle szalone bicie serca Hermiona otworzyła dłoń i spojrzała na to coś.

O Boże.

To był kamień. Ale ... dość niezwykły. Ciemno-brunatny, gładki, połyskujący w świetle, w kształcie nieforemnej kuli. Poprzecinany był grubszymi i cieńszymi żyłkami i do złudzenia przypominał skorupę żółwia.

Tradycjonalista wskazał go i zaczął mówić coś szybko w języku Aborygenów.

- To jest... jajo grzmotu * – przetłumaczył Tau. – Święty Kamień Aborygenów.

Dał mi... kamień? I co ja mam z nim niby zrobić?

- On odebrał twój dar i teraz masz w sobie jego dar – powiedział Ill-oo'ka. – Kiedy ktoś, kogo kochasz, jest blisko, będziesz wiedzieć, gdzie iść, by go spotkać. Będziesz pewna, gdzie iść.

Piekący ból ustał i Hermiona czuła już tylko lekkie pulsowanie w dłoni i przyjemne ciepło promieniujące z kamienia.

- Co to znaczy, że będę wiedzieć? – spytała Tradycjonalistę.

Tamten wzruszył ramionami i powiedział coś, czego nie zrozumiała. No tak, nie dziw się. TU go nie zrozumiesz.

- To święty Kamień – wyjaśnił Ill-oo'ka i Hermiona spojrzała na nowo na gładką bryłkę poprzecinaną szarymi żyłkami. W sumie to z wyjątkiem koloru wygląda i zachowuje się jak ludzkie serce. Może jakoś zareaguje, gdy wyczuje miłość? Na przykład zmieni kolor?

– Masz go mieć zawsze przy sobie. On podpowie ci, gdy ten ktoś będzie blisko.

- Jak mi podpowie? – przesunęła palcem po pulsującej delikatnie żyle.

- Zacznie bić. I będzie ciepły. I pozwoli poczuć.

W jednej chwili w jej głowie eksplodowały setki myśli, Hermiona otworzyła usta i... słowa uwięzły jej w gardle. I delikatne pulsowanie, jeszcze przed chwilą powolne i miarowe, przyspieszyło gwałtownie, w rytm jej serca, które zaczęło tłuc się w niej jak oszalałe, jakby chciało wyrwać się z piersi.

Albo to znaczyło, że jej rodzice znaleźli się gdzieś blisko... na środku bezludzia, gdzie nigdy nie dotarł żaden biały człowiek, albo...

- Dostałaś, co chciałaś. Spróbuj zrobić z tym coś sensownego. Tak dla odmiany – usłyszała lodowaty komentarz.

Popatrzyła na Severusa, przez chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały, po czym Severus obrócił się i wyszedł. I chwilę później dobiegł ją odgłos deportacji.

Boże przenajświętszy...

Dwie minuty wcześniej

Zaciskając różdżkę w ręku, Severus obserwował uważnie każdy ruch, każdy gest Tradycjonalisty, gotów w każdej chwili przekląć go na miejscu, gdyby spróbował posunąć się za daleko.

Już i tak posunął się za daleko. Zdecydowanie ZA DALEKO.

Nie zamierzał ryzykować. Wystarczy jeden ZŁY gest, jedno westchnienie...

Tradycjonalista rozmawiał chwilę z Ill-oo'ką, a potem wyciągnął rękę do Hermiony i gestem kazał jej podać mu swoją.

Severus ścisnął bez mała kurczowo palce na różdżce i wstrzymawszy oddech, skupił się na nich obojgu.

Dziewczyna miała wyraźnie niepewną minę. W znajomy sposób przygryzła usta i z wyraźnym wahaniem podała mu rękę. Przez jedną długą sekundę miał wrażenie, że coś zamajaczyło gdzieś za nimi czy obok, czy..., ale nie zdążył nawet odwrócić wzroku, gdy przez jej twarz przebiegł grymas bólu i z głośnym jękiem dziewczyna wyrwała swoją dłoń!

Severusowi serce podskoczyło aż do gardła, ale cholerny sukinsyn został na miejscu i tylko na nią patrzył.

I nie próbuj nic więcej!

Dziewczyna powoli rozchyliła zaciśnięte palce i nie odrywając wzroku od Aborygena, kątem oka Severus spojrzał na jej dłoń. Coś na niej leżało. Jakiś... kamień?

Więc jednak! Nie przywidziało mu się! Widział coś!

Ten cholerny Tradycjonalista wcisnął jej w rękę kamień!

- To jest... jajo grzmotu – usłyszał głos Andersona. – Święty kamień Aborygenów.

Wtedy odezwał się Ill-oo'ka i Severus zamarł, zaskoczony.

- On odebrał twój dar i teraz masz w sobie jego dar. Kiedy ktoś, kogo kochasz, jest blisko, będziesz wiedzieć, gdzie iść, by go spotkać. Będziesz pewna, gdzie iść.

Ill-oo'ka zaczął jej tłumaczyć działanie kamienia, ale Severus nawet go nie słuchał. Nie obchodziło go to. Co go obchodziło... i szokowało równocześnie, to fakt, że w jakiś przedziwny sposób Aborygen zabrał jej dwanaście lat życia, a on tego nie widział!

Co znaczyło również, że gdyby tylko ten sukinsyn chciał zrobić coś złego Hermionie... on nie byłby nawet w stanie jej obronić!

Przyjrzał się uważnie dziewczynie. Było w niej coś dziwnego, coś mu nie pasowało. Coś się zmieniło, ale nie umiał powiedzieć, co. Ale nie była ranna czy cierpiąca.

Wygląda na to, że nic się jej nie stało. Poza faktem, że zupełnie bezsensownie, z własnej głupoty straciła właśnie połowę życia. Bo nie chciała cię posłuchać podszepnął mu pełen goryczy głosik.

Ill-oo'ka powiedział coś, co ją zaskoczyło, bo poderwała głowę i Severus nagle pojął, co się zmieniło.

Nie miała na czole tych cholernych kropek!

Koło się zamknęło. Nie miał tu już nic do zrobienia.

- Dostałaś, co chciałaś. Spróbuj zrobić z tym coś sensownego – powiedział, przerywając ciszę i dodał. - Tak dla odmiany.

Dziewczyna spojrzała na niego i znów mu coś nie pasowało. To nie o kropki chodzi... Ale nie miał ochoty się tym przejmować, więc obrócił się i wyszedł na zewnątrz. I skupiwszy na miejscu nieopodal osady, gdzie kiedyś wybrali się z Andersonem, deportował się stamtąd.

I ledwie wylądował, przypomniał sobie Hermionę sprzed kilku sekund i nagle z całą jasnością zrozumiał, CO się zmieniło.

To już nie była młoda dziewczyna. To była dorosła kobieta.

* Jajo grzmotu (z ang. thunder egg), zwane także jajem burzowym, aborygenem lub kamieniem Aborygenów występuje najczęściej w Australii i Meksyku. Kamień ten jest uformowany z chalcedonu lub riolitu i poprzecinany żyłkami kwarcu, ewentualnie opalu. Ma najczęściej kształt owalny, jajowaty, często nieregularny. Z zewnątrz przypomina miniaturową skorupę żółwia. Barwa bywa zazwyczaj brunatna, lekko czekoladowa, rzadziej żółta.
Jego energia jest szybko wyczuwalna i klarowna. Aborygeni używali go podczas swoich rytuałów, jako amuletu ochronnego, pomagającego w połączeniu się z wyższymi energiami i w kontaktach z duchami przodków. Uważali, że pomaga realizować plany i osiągać zamierzone cele. Stosowano go również do pracy na poziomie podświadomości i uzdrawiania.

Poniedziałek, 19 maja,

Birriani / Wybrzeże Rafy Koralowej

Od 10 rano

Gdy Hermiona i Tau wrócili do Birriani, Severusa jeszcze albo już nie było. Hermiona nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Nie PO TYM, co się przed chwilą wydarzyło. Potrzebowała spokoju, chwili dla siebie, żeby usiąść w ciszy i spróbować to wszystko ogarnąć.

Dlatego też niemal pobiegła do swojego pokoiku, zatrzasnęła za sobą drzwi, padła na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę.

Sama nawet nie wiedziała, od czego zacząć.

Jej umysł zdecydował za nią i o dziwo zaczął od Severusa.

Po pierwsze pokłócili się. Nie, to on wściekł się na mnie. Wściekł i powiedział... Hermiona zacisnęła kurczowo ręce na kocu. Nie ważne, co powiedział, ważne, że potem odszedł. I może właśnie dlatego go nie ma w Birriani – bo wrócił do Anglii.

Nie mogła... nie chciała tego sobie wyobrazić. Na samą myśl, że mogłaby go już nie zobaczyć, chciało jej się wyć. I nawet nie dlatego, że potrzebowała jego pomocy, ale dlatego, że potrzebowała jego samego.

Co w szalony sposób łączyło się z Kamieniem.

Miłość.

O Boże.

Oczywiście zdawała sobie sprawę, że coś do niego czuła, ale wszystko działo się tak szybko i… działo się tak dużo, że nawet nie zastanawiała się nad tym. Nie próbowała tego nazwać.

Więc spróbuj teraz.

Hermiona z trudem przełknęła ślinę i zapatrzyła się w drobinki kurzu, wirujące w jasnych smugach światła, jakby one miały pomóc jej znaleźć odpowiedź.

I istotnie, pomogły. Na ich tle, niczym tysiące magicznych zdjęć, rozbłysły wspomnienia z ostatnich kilku tygodni, z tej właściwej, Prawdziwej znajomości, a ich łagodny taniec ubrał je w słowa.

Szanowała go. Podziwiała. Czuła się przy nim bezpiecznie i bezgranicznie mu ufała. I chciała, żeby on też jej ufał i był szczęśliwy. Imponował jej wiedzą, siłą, zdecydowaniem, determinacją. Męskością. Uwielbiała, kiedy coś wyjaśniał – zachwycał ją zarówno sposób, w jaki to robił; prosty, jasny i logiczny, jak i to, jak mówił, jak dobierał słowa, jak je intonował. No i jego głos; niski, jedwabisty, od którego robiło się jej słabo, szczególnie, kiedy stawał blisko niej. Potrzebowała go. Brakowało go jej, brakowało do szaleństwa!

No i musiała przyznać, że wyglądał całkiem nieźle. Nie, żeby był jakoś specjalnie przystojny, widziała już sporo przystojnych mężczyzn i Severusa raczej nie można było zaliczyć do tego grona, ale… ale miał w sobie to COŚ, co mogło pociągać kobiety. Nie umiała tego nazwać, ale wyraźnie czuła.

Więc… Podobał się jej. Posunęłaby się aż do tego, żeby przyznać, że ją fascynował.

Czy to zasługiwało na miano miłości?

Na pewno o wiele bardziej, niż to, co czułaś do Bena. I do Rona.

Hermiona westchnęła ciężko i po twarzy przemknął jej smutny uśmiech. Najwyraźniej nie masz do niej szczęścia. Bo ze strony Severusa nie miała nawet szans liczyć na jakąkolwiek wzajemność.

Zapomnij i zajmij się Kamieniem.

Dar Aborygenów. Zgodnie z tym, co mówił Ill-oo'ka, dar wyczuwania obecności tych, których kochała... miał działać pięć dni. Dostała pięć dni w zamian za dwanaście lat, żeby aportować się w niemal stu miastach i miasteczkach na Wybrzeżu i Bóg wie ilu cofniętych w głąb lądu, odszukać wszystkie kliniki dentystyczne i szpitale i zjawić się koło nich choć na...

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi, serce Hermiony dosłownie zamarło i choć chciała zawołać „Proszę", tylko zachłysnęła się powietrzem.

Drzwi uchyliły się i pojawiła się głowa Tau,

- Hermiona? – spytał niepewnie Aborygen. – Mogę?

Z korytarza dobiegł jakiś stukot i Hermiona spojrzała poprzez Tau, jakby chciała dostrzec, co czai się w mroku.

- Wrócił?!

- Nie. Nic ci nie jest? W porządku?

Jej dzika, szalona, zwariowana nadzieja rozpadła się na kawałeczki.

- Wszystko w porządku – westchnęła ciężko. – Jasne, że możesz.

- Sprawdziłem, nie ma go w pokoju – powiedział wyraźnie zakłopotany Tau. – Ale nie martw się. Wróci. Na pewno. Jakie masz plany? – zmienił szybko temat. - Chcesz zacząć szukać rodziców? Nie żebym cię wypychał, bez obaw! Ale tak myślałem... nie wiem, jak się czujesz.

Fakt, że nie było czasu do stracenia. Dochodziła dziesiąta, więc miała przed sobą cały dzień. Kto wie, co mogło wydarzyć się choćby za chwilę.

- Tak – odparła, prostując się. – Czas się zbierać. Chciałam tylko... przemyśleć sobie wszystko. Zrozumieć i zaplanować.

- Jak chcesz ich szukać?

Starając się definitywnie przestawić na szukanie rodziców, Hermiona przywołała mapę Australii i rozłożyła ją tak, żeby widzieć dobrze całe wschodnie wybrzeże.

- Zacznę od samej góry, tam jest dość mało miejscowości. W każdym większym mieście jest mugolska poczta, w której można znaleźć książkę adresową. W ten sposób zdobędę adresy wszystkich klinik dentystycznych w okolicy... wiesz, tam, gdzie mogą pracować moi rodzice.

Tau zbliżył się trochę i przekrzywiając głowę, spojrzał na mapę.

- I chcesz się aportować koło każdej kliniki, tak? – gdy Hermiona skinęła głową, śmiesznie zmarszczył nos. – Nie sądzę, żeby to było rozsądne. Tam jest pełno mugoli, mogą cię zobaczyć.

- Och, o to ci chodzi! Nie martw się, to nie będzie problem! – uspokoiła go Hermiona. – Użyję zaklęcia, które sprawia, że mugole dostrzegą mnie dopiero kilka chwil po aportacji i będą przekonani, że widzą mnie już od dawna.

- Bardzo sprytne – przyznał Tau. – Nigdy o nim nie słyszałem. Ciekawych zaklęć uczą w tej waszej szkole.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko i mimo woli wyprostowała.

- Nie mogłeś słyszeć, bo... to ja je wynalazłam – Tau spojrzał na nią z niedowierzeniem, więc dodała prędko, żeby to nie zabrzmiało zbyt chełpliwie. – Wiesz, mieszkam wśród mugoli i czasem muszę bywać w rozmaitych miejscach i doszłam do wniosku, że dobrze byłoby móc w jakiś sposób ukryć moment aportacji przed osobami niemagicznymi.

- I wynalazłaś swoje własne zaklęcia?!

- No… tak.

Aborygen pokręcił głową z nieukrywanym podziwem.

- Nie próbuj tego bagatelizować. Musisz być prawdziwym geniuszem, żeby tworzyć własne zaklęcia!

Hermiona odruchowo spojrzała w kierunku drzwi. Gdzie mógł stać ktoś, kto wynalazł nie tylko własne zaklęcia, ale i własne eliksiry. Mistrz nad mistrzami, geniusz wśród geniuszy.

I którego tam nie było.

- Dziękuję – westchnęła ciężko, poważniejąc natychmiast. – No więc tak, zamierzam się tam aportować. I tylko nie wiem, czy wystarczy po prostu się aportować i od razu coś poczuję, czy mam tam trochę posiedzieć... i próbować się skupić – przygryzła dolną wargę. – I nie wiem, co to znaczy, że coś poczuję. Wiem, że mówiliście, że jak to poczuję, to będę wiedzieć, że to właśnie to, ale...

- Uwierz mi. Będziesz wiedzieć.

- Uwierz-uwierz! – parsknęła Hermiona. – Tau, czy ty nie widzisz, jakie to wszystko jest... mętne? Zagmatwane? Łatwo powiedzieć „uwierz", ale co, jeśli to przegapię? Co, jeśli byli tam dawno i ich ślad jest tak słaby, że ledwo go poczuję? Co, jeśli będę akurat się źle czuć i nie zwrócę na to uwagi?

Albo pomylę to z tym, co czuję do Severusa? Kosztowało mnie to zbyt dużo, żebym mogła teraz pozwolić sobie na błędy!

Bo Kamień w kieszeni nadal leciuteńko pulsował. I gdzieś w głębi niej wzbierała potrzeba wyjścia stąd i pójścia gdzieś – nie wiedziała gdzie, ani do Kogo, ale Kamień wiedział.

Ale przecież do TEGO nie mogła się przyznać!

To było zupełnie jak mugolska zabawa w „ciepło-zimno", ale tu stawką byli jej najbliżsi.

Tau milczał chwilę, bezwiednie ciągnąc za czerwony sznurek na szyi i patrząc na nią niewidzącym wzrokiem, co było do niego zupełnie niepodobne.

- Bez obaw – uśmiechnął się w końcu. - Wybiorę się dziś z tobą. Jak tylko będziesz miała jakiekolwiek wątpliwości, to zawsze możesz mnie spytać.

No właśnie, że nie zawsze! Ale takiej oferty nie mogła odrzucić!

Hermiona wstała energicznie z łóżka i pospiesznie włożyła mapę do swojej torebki.

- Merlinie, nawet nie wiesz, jak ci dziękuję! Naprawdę! Nie chciałabym nadużywać twojej gościnności, ale... naprawdę nie chcę ryzykować!

- Bez obaw! Chętnie popatrzę, jak działa to zaklęcie.

- Zobaczysz, nic specjalnego!

Jeszcze zanim Hermiona otworzyła oczy, wyczuła, że są nad oceanem. Uczucie było takie, jakby aportowała się prosto pod prysznicem. Powietrze było troszkę chłodniejsze, ale za to tak przesycone wilgocią, że w jednej chwili nasiąknęła nią jej sukienka, jej włosy, a gdy odetchnęła, miała wrażenie, że oddycha pod wodą. I momentalnie wszystko stało się ciężkie i lepkie.

- Boże jedyny – westchnęła do Tau, który pojawił się sekundę później koło niej i przyjrzała się swoim rękom. Po prostu żeby sprawdzić, czy nie ciekną z nich strugi ciepłej wody.

Aborygen uśmiechnął się szeroko i rozejrzał dookoła. Na niebie wisiały ciemne chmury i prócz jodu wyraźnie czuć było w powietrzu zapach ozonu. Choć chodniki wcale nie były mokre. Najprawdopodobniej tylko pokropiło troszkę i wszystko zdążyło już wyparować.

- To niesamowite uczucie, nie? – roześmiał się. - Ale bez obaw! Zapewniam cię, że się nie topisz.

- A dokładnie tak się czuję – Hermiona znów odetchnęła głęboko, ustami, żeby złapać jak najwięcej tlenu. – Skąd wiesz, jak to jest?

- Bo czasami używam Intra-Portalu prosto z Metropolii do miast i osad położonych bliżej oceanu. I za każdym razem czuję się, jakbym tonął.

- Mogę sobie wyobrazić, co tu się dzieje w porze deszczowej!

Aportowali się na jakimś trawniku ciągnącym się wzdłuż niezbyt szerokiej ulicy. Chodnikiem po drugiej stronie przebiegł jakiś mężczyzna z psem i na ich wysokości minął się z kobietą z dziecięcym wózkiem obwieszonym siatkami z zakupami, ale żadne z nich nie zwróciło na nich uwagi.

- Nie widzą nas? – spytał Tau, wskazując ich głową.

- Jeszcze nie. Zobaczą za kilkanaście sekund – odparła Hermiona, również im się przyglądając.

- Niesamowite! Gdzie jesteśmy?

- Cooketown. To pierwsze miasto, licząc od góry, na Koralowym Wybrzeżu.

- I wiesz, gdzie tu jest mugolska poczta?

- Ja nie, ale ktoś tu będzie wiedział na pewno.

Wiedziała starsza pani, która wyszła z pobliskiego domu. Ponieważ trzeba było przejść spory kawałek, Hermiona grzecznie podziękowała, odczekała chwilę, aż pani odeszła trochę, po czym znów rzuciła Fundole i aportowali się ładną milę dalej.

Na poczcie było sporo ludzi, więc Tau został na zewnątrz. Hermiona poczekała, aż jakiś filatelista wybrał znaczki, których mu brakowało do kolekcji, młody chłopak nadał ponad dziesięć listów poleconych i jakiś facet odebrał straszliwie śmierdzącą paczkę i dopiero wtedy podeszła do okienka.

Pani za nim pomachała ręką przed nosem, krzywiąc się, bo choć facet odszedł, ostry smród wisiał nadal w powietrzu.

- Boże, co ci ludzie sobie przesyłają – wymamrotała urzędniczka, unosząc oczy do góry.

- Jeśli to było jadalne, to dawno temu – powiedziała Hermiona i obie wybuchnęły śmiechem. – Dzień dobry. Czy mogłabym prosić o książkę telefoniczną?

Pani wyciągnęła z jakiejś szafki książkę i na widok miny Hermiony znów zachichotała.

- Mam nadzieję, że nie musi się tego pani uczyć na pamięć?

Hermiona aż otworzyła usta ze zdumienia. To nie była książka – to była KSIĘGA. Grubością biła na głowę Historię Hogwartu!

- Uczyć to może nie, ale... – do tej pory zakładała, że jeśli Geminio nie będzie możliwe, po prostu przepisze kilkanaście czy kilkadziesiąt adresów, ale teraz przyszło jej do głowy, że w takim razie spędzi tu pół dnia. A Tau zaśnie na dworze.

- Chciałam przepisać adresy dentystów – wyjaśniła. – Ale chyba będzie ich dużo.

- Niech pani je skseruje, tak będzie prościej.

Skseruje? Że niby co mam zrobić?

Jej mina mówiła sama za siebie, bo pani zabrała księgę-olbrzyma, przeszła na stronę Hermiony i wskazała na salkę po lewej stronie.

- Pomogę pani. Nasze ksero ma skłonność do gadania i ludzie często się gubią. A poza tym... – spojrzała przez ramię i dodała, ściszając głos. – Tam tak nie śmierdzi.

Nie mając pojęcia, co powiedzieć, Hermiona zaśmiała się trochę bezradnie.

Xero istotnie było gadatliwe i pani musiała ciągle otwierać drzwiczki, podajniki, wyciągać pogniecione kartki, ale w końcu Hermiona dostała trzy strony z adresami klinik, poradni dentystycznych i szpitali w całym okręgu Hopevale*. (na dole strony – nie do końca wiem, jak przetłumaczyć australijskie jednostki podziału terytorialnego. Powiat wydał mi się zbyt „swojski", więc postanowiłam użyć nazwy „Okręg". Jeśli nie mam racji, z góry bardzo za to przepraszam).

Za pomocą mapy odznaczyli z Tau te położone nad samym oceanem, Hermiona znów rzuciła Fundole i zaczęli aportować się pod poszczególnymi adresami.

Na pierwszy ogień poszedł szpital. Na widok niezbyt okazałego budynku nie poczuła absolutnie nic. Wodziła wzrokiem po odległych oknach, wyobrażała, co może się za nimi znajdować, ale na nic.

Na Hope Street, gdzie znajdowała się zwykła przychodnia, było podobnie.

Po nich przyszły inne. Gabinet dentystyczny w Hope Vale, inny w Thornton Beach, w Rossville, w Wonga, pogotowie dentystyczne, osiem różnych klinik czy przychodni i szpital rejonowy w Port Dougas...

Choć Tau powiedział, że będzie WIEDZIEĆ natychmiast, w każdym miejscu stała w milczeniu kilka minut, wsłuchując się w siebie, obracając zimny Kamień w kieszeni, przyglądając się ludziom i czekając. Na jakieś mocniejsze bicie serca, na Pewność czy choćby Przypuszczenie, na znajomą twarz...

Ale Kamień milczał. Jej serce i umysł również. Nie czuła absolutnie nic specjalnego, nie miała żadnej ochoty iść w jakieś konkretne miejsce, nie miała wrażenia, że to TU.

Bardziej i mniej okazałe budynki, dziesiątki drzwi, setki okien, większe i mniejsze tablice ogłoszeniowe z powtarzającym się wszędzie jednym i tym samym słowem migały jej przed oczami jak poszczególne klatki w jakimś starym filmie. Odległe, choć przecież bliskie, bezbarwne, zupełnie puste.

I w którymś momencie przemknęło jej przez głowę, że to dobrze, że rano CZUŁA działanie tej magii, bo chyba przestałaby w nią wierzyć.

Po trzynastej sprawdzili ostatnią klinikę w Port Douglas i zdecydowali się zrobić przerwę na jakiś obiad. Niemal natychmiast znaleźli „Surf Club bar & bistro", niewielki bar niedaleko plaży. Menu nie było oszałamiające, ale Tau było obojętne, co będzie jadł, a Hermiona znalazła znajomo brzmiące fish&chips, więc zdecydowali się tam wejść.

Hermiona zamówiła więc dwa zestawy ryby z frytkami, poprosiła o miejsce na zewnątrz, w samym kącie, usiadła i dopiero wtedy poczuła, jak ciężkie ma nogi.

- Normalnie z chęcią spróbowałabym czegoś nowego, ale wyjątkowo wolę nie eksperymentować – wyjaśniła, trochę zakłopotana, łowiąc uchem te wszystkie odgłosy, które kojarzą się z wakacjami. Krzyki mew, szum wiatru, bardzo odległy huk rozbijających się o brzeg fal, zwykły zgiełk setek dorosłych i dzieci idących i wracających z plaży.

Dla ciebie na pewno nie są to wakacje pomyślała, wsuwając mimo woli rękę do kieszonki i dotykając Kamienia.

- To najprawdopodobniej będzie rekin, nie zdziw się – uprzedził ją Tau.

Hermiona uniosła ze zdumienia brwi, więc wybuchnął śmiechem.

- Bez obaw! Nie cały!

Kelner przyniósł im zimną wodę z plasterkami limonki, Hermiona napiła się łyka i przyjrzała Tau. Aborygen siedział lekko odsunięty od stołu, jakby próbował w ten sposób zwiększyć odległość między nimi. To natychmiast przypomniało jej, co mówił o nim Severus. I w następnej sekundzie jej myśli zdryfowały na tego ostatniego.

- Tau? – zagadnęła, opierając się wygodnie o krzesło. – Od jak dawna znasz Severusa? I jak się poznaliście?

Aborygen rozgniótł limonkę łyżeczką, upił trochę wody i odstawił szklankę na stolik.

- Na Konwencji Eliksirotwórców w Wiedniu. Ponad cztery lata temu. To była pierwsza Konwencja, na jaką zdecydowałem się wybrać. Bo, nie wiem, czy zauważyłaś, ale... nie przepadam za towarzystwem – Hermiona skinęła lekko głową, więc kontynuował. – Tam jest zawsze pełno czarodziejów, w ciągu dnia są prelekcje, a wieczorem większość idzie się napić i porozmawiać i przede wszystkim to mi nie odpowiadało. I już pierwszego dnia, w czasie przerwy, zaczepił mnie jakiś facet i zaczął poklepywać po ramieniu. Prosiłem, żeby przestał, ale ten uparł się mnie uściskać i... Trochę źle to zniosłem. I nie wiem, jakby się to nie skończyło, gdyby nie Severus. Nie mam pojęcia, jakim zaklęciem się posłużył, ale faceta poderwało i rzuciło o ścianę tak, że rozbił sobie głowę. – Gdy mówił, patrzył gdzieś w przestrzeń i miał poważną minę, ale na koniec uśmiechnął się szeroko. – Pamiętam, że zapadła martwa cisza i wtedy Severus powiedział coś w stylu „Na wypadek, gdyby jeszcze ktoś był głuchy jak ten dureń pod ścianą, ten człowiek powiedział NIE". Po czym po prostu wyszedł. Rozumiesz? Wyszedł.

Hermiona parsknęła śmiechem. Jakie to było typowe dla Severusa!

- Chciałem z nim porozmawiać – ciągnął Tau - podziękować mu, lecz gdy go dogoniłem, powiedział mi, że nie tylko ja nie lubię towarzystwa. Ale w końcu pogadaliśmy trochę. Potem spotkaliśmy się na następnej Konwencji, nie pamiętam gdzie. Wtedy wyjaśniłem mu, czemu tak się zachowywałem, to go zainteresowało i postanowił mi pomóc. Kilka razy aportował się u mnie i w ten sposób poznał Ill-oo'kę i Tradycjonalistów.

- Im wszystkim też pomagał? – spytała niewinnie Hermiona, przypominając sobie, co Severus mówił jej w Spinner's End.

- Och nie, to oni pomagali nam – zaśmiał się Tau. – To znaczy mi, bo Severusowi wystarczył Ill-oo'ka. – Urwał na chwilę, po czym niechętnie dodał, patrząc w talerz. - No, bo okazało się, że Severus nie lubi towarzystwa innych z podobnych powodów.

Hermiona tylko z trudem zachowała spokojny wyraz twarzy, bo aż nią wstrząsnęło.

O Merlinie... czyżby Severus też był bity?! W jednej sekundzie przypomniały się jej urywki zdań zasłyszanych od Lupina, Syriusza i innych, niektóre wyjaśnienia w trakcie jego procesu, sceny, których była świadkiem i fragmenty wspomnienia, które przekazał w tamtą noc Harry'emu i nagle wszystko połączyło się ze sobą i z tym, co powiedział właśnie Tau. Zupełnie jak porozrzucane klocki układanki, które właśnie wskoczyły na swoje miejsca i ukazały małego przerażonego chłopca w niedopasowanych, żałośnie wiszących na nim ubraniach, z buzią wygiętą w podkówkę, łzami w wielkich, czarnych oczach i rękami przyciśniętymi kurczowo do uszu. I uciekającego z domu, im dalej od krzyku, awantur i bólu, tym lepiej.

Biedny Severus...

- Zdecydowanie, nie tylko ten jeden dureń zasłużył na rzucenie nim o ścianę! – wyrzuciła z siebie i zabrzmiało to niemal jak warknięcie.

- Ty bywasz na Konwencjach? – zdziwił się Tau. – Nigdy cię nie widziałem.

- Nie, oczywiście, że nie. Mówiłam tak ogólnie. Spośród eliksirotwórców poznałam tylko kilka osób, które zanosiły eliksiry do Kliniki. No i pracowników Powella, kiedy zjawiłam się w jego pracowni na inspekcję. Severus mówił ci chyba coś na ten temat?

W tym momencie kelner przyniósł im talerze z olbrzymimi kawałkami panierowanej ryby i górą frytek, więc przerwali na chwilę. Gdy doniósł małe salaterki z sałatką i wreszcie znikł, Tau przysunął się do stolika i sięgnął po sztućce.

- Mówił, mówił. Biedy Chase. Lubiłem go. Można było z nim porozmawiać, miał olbrzymią wiedzę, doświadczenie i... i lubił żartować.

Hermiona spróbowała jedną grubą frytkę, która okazała się niemal słodka i sięgnęła po sól.

- Domyślam się, że ponieważ z Severusem nie mógł się za bardzo pośmiać, odbijał sobie przy tobie.

- I to nie wiesz, jak bardzo – zaśmiał się smutno Tau i pokręcił głową. – To straszne, co mu się przytrafiło. A ty nie bałaś się w to zaangażować?

Hermiona, lekko podpytywana przez Tau, opowiedziała mu całą historię ze swojego punktu widzenia. Tau co chwila kręcił głową, a kiedy doszła do jej wizyt w Azkabanie, przestał jeść i nie odrywał od niej pełnego zgrozy spojrzenia.

- Bogowie... Severus powiedział mi tylko, że zamknęli go na prawie tydzień w Azkabanie, ale nic więcej! To musiał być koszmar!

- To było coś o wiele gorszego niż koszmar – poprawiła go ponuro Hermiona. – Przy tych stworach człowiek przestaje być sobą. I już nie mówię o tym, że odbierają ci całą nadzieję i wszystko, co w tobie dobre, ale że tracisz całą godność i stajesz się tylko rozdygotanym strzępkiem bólu i przerażenia. W czasie Bitwy o Hogwart widziałam go umierającego, ale nawet wtedy nad sobą panował. Do ostatniej chwili świadomości. Inni pewnie błagaliby o ratunek, krzyczeliby w panice, ale nie on. Zaś w Azkabanie... – musiała wzdrygnąć się mocno, żeby na nowo zacząć widzieć jedzenie, stół i mężczyznę na przeciw siebie.

Przez chwilę oboje jedli w milczeniu, próbując wrócić do równowagi, ale o dziwo nie przyszło im to łatwo, zwłaszcza Hermionie. Zupełnie jakby samo wspomnienie dementorów i tamtego koszmaru sprawiło, że znikło słońce, błękit nieba i… to wszystko, co przypominało wakacje.

W końcu Tau otarł usta wierzchem dłoni i odsunął się od stołu.

- Dużo mamy jeszcze adresów do sprawdzenia? Bo okręg pewnie niedługo się skończy. Daj mi te kartki na chwilę. I mapę.

Hermiona wyciągnęła plik papierów z torebki, Tau złożył tak mapę, że widać było całe wschodnie wybrzeże i przez chwilę porównywał ją z listą klinik i szpitali.

- Dokładnie – wskazał palcem kropkę z napisem Port Douglas. – Tu jesteśmy. Okręg Hopevale kończy się całkiem niedaleko.

Hermiona przełknęła ostatni kęs ryby, odsunęła resztę frytek, które okazały się być strasznie tłuste i przekrzywiła mapę trochę ku sobie.

- Dokąd dokładnie sięga rafa koralowa?

- Jakoś do Bundaberg – pokazał inną kropkę, o wiele niżej.

- To dobrze – odetchnęła Hermiona z ulgą. – Myślałam, że aż do Brisbane.

- Bez obaw! Do Brisbane stamtąd jest tak ze... czterysta kilometrów – oszacował Tau odległość na mapie. – I im bliżej Brisbane, tym więcej miast i większe. Wiadomo, tuż przy stolicy stanu nie będzie osad. To znaczy wiosek.

- A ile nam jeszcze zostało?

- Trzynaście adresów.

Hermiona zastanowiła się, co dalej. Było już po drugiej. Trzynaście adresów mogli sprawdzić w godzinę, potem należało wybrać się na pocztę w kolejnym okręgu. I sprawdzać dalej, albo... albo też odnaleźć poczty w każdym okręgu, zdobyć wszystkie adresy i móc zaplanować w szczegółach kolejne dni.

Ledwie o tym pomyślała, natychmiast poczuła, że właśnie to trzeba zrobić. Nigdy nie lubiła zostawiać coś swojemu losowi, jeśli tylko mogła to przeanalizować i zorganizować.

Czym prędzej złożyła mapy, poszła zapłacić za obiad i gdy wyszli na ulicę, wyjaśniła swój plan Tau.

- Poza tym nie chciałabym nadużywać twojej pomocy – dodała. – Najgorzej było zacząć, ale już chyba wiem, o co chodzi, wiem, jak szukać, więc jutro będzie mi łatwiej.

- Bez obaw – uspokoił ją Tau, ruszając za nią. – Ale dobrze będzie wrócić dziś wcześniej. Będziesz mogła wszystko wyjaśnić Severusowi, na pewno będzie chciał ci jutro towarzyszyć.

Słowo „towarzyszyć" natychmiast przypomniało Hermionie jej... rozmowę z Tradycjonalistą.

- Chciałabym – uśmiechnęła się z nadzieją. – Oby tylko nie wrócił już do Anglii.

- Na pewno nie.

- Skąd możesz wiedzieć? Dziś rano był wyjątkowo wściekły.

Tau ominął dziurę w chodniku.

- Był, ale nie na ciebie. Na… Na nas. I na okoliczności. W jego przekonaniu Bupogul cię skrzywdził, a on nie mógł nic zrobić, żeby go powstrzymać.

- Sam słyszałeś. Powiedział, że mam o nim zapomnieć i nigdy więcej na niego nie liczyć.

- A czego się spodziewałaś? – zaśmiał się Tau. – To przecież Severus. Ale bez obaw – dodał, spuszczając wzrok na buty - Ty zawsze będziesz mogła na niego liczyć.

- Skąd wiesz?

Tau szedł chwilę, milcząc.

- Bo… No bo on… Zależy mu. Na tobie.

Hermiona zatrzymała się jak wryta.

- I dlatego...

- I dlatego kazał ci wyjść – wpadł jej w słowa Aborygen, krzywiąc się mocno. – I wpierw próbował negocjować, a kiedy okazało się, że to niemożliwe, ofiarował swoje pół życia za ciebie.

Hermiona otworzyła usta, ale nie wyszedł przez nie ani jeden dźwięk. Słowa, tysiące słów zamarły gdzieś w jej gardle i mogła tylko czuć.

Kamień milczał, ale jej serce i umysł wprost przeciwnie. Serce zamarło na chwilę, jakby jeszcze bało się uwierzyć, a potem po prostu eksplodowało, jak fajerwerki, i zaczęło tak tłuc się w jej piersi, jakby chciało się wyrwać i ulecieć, hen daleko, gdzieś do niego.

Jak ona mogła mieć wątpliwości? Zastanawiać się, czy to, co czuła, zasługiwało na miano miłości?!

W tej chwili kochała w nim wszystko; jego dobroć i troskę i to, że ukrywał to przed światem, jego biedne, nieustraszone serce, równie biedną, okaleczoną duszę, jego wiedzę i zdolności, przedziwne poczucie humoru, które zaczęła odkrywać, wszystkie sarkastyczne, cięte odpowiedzi, nawet tę maskę, którą nakładał przed innymi. I którą powoli zaczął zdejmować przy niej. Kochała nawet to, że sobie na to pozwolił.

Kochała jego głos – obojętnie, czy opowiadał coś, tłumaczył, mruczał pod nosem czy akurat warczał. Kochała każdą bliznę na jego ciele, od śladów po kłach Nagini, przez wszystkie szramy na piersi i plecach, aż po drobne skaleczenia na kształtnych, długich palcach, które odkryła, gdy go opatrywała po Azkabanie. I tak samo kochała długie, postrzępione na końcach włosy, pionową zmarszczkę między brwiami i długi, zakrzywiony nos.

Kochała jak chodził, jak się poruszał, grację, z jaką pisał, przygotowywał ingrediencje czy warzył, jego surowy styl bycia, zapiętą aż pod szyję koszulę i była pewna, że gdyby nadal ją nosił, kochałaby również jego nietoperzowatą szatę.

Och, kochała go ze wszystkimi wadami i zaletami! Był jej Bogiem, bóstwem, aniołem i Merlinem w jednej osobie.

Tak strasznie chciała mu to powiedzieć, okazać – teraz, w tej chwili. Przytulić, uścisnąć... czy też po prostu móc go dotknąć, czy... Merlinie, choćby tylko móc na niego popatrzeć! Był jak powietrze, bez którego nie można było żyć i fakt, że właśnie go brakowało, bez mała doprowadzał ją do obłędu. Miała ochotę krzyczeć, wołać go, gdziekolwiek był, zrobić wszystko, byle tylko znaleźć się tuż obok!

Boże, miała wrażenie, że serce za chwilę jej pęknie!

- Tau – westchnęła w swoje dłonie i podniosła głowę, którą nie wiedzieć kiedy w nich schowała. I zamrugała oczami, żeby cokolwiek dostrzec. – Może...

Nie miała pojęcia, co chciała powiedzieć. Ale Aborygen wybuchnął śmiechem i kiwnął głową w kierunku kolejnego adresu do sprawdzenia.

- Już dobrze. Bez obaw. Może chodźmy już. I może się pospieszmy. Im szybciej wrócimy, tym lepiej.

Pociągnęła lekko nosem i z krzywym uśmiechem potaknęła.

W końcu znalazła odpowiedź na swoje pytanie, ale jak to często w życiu bywa, ta tylko zrodziła następne. Czy jeśli jutro Severus będzie jej... towarzyszył, to czy w razie zjawienia się koło rodziców zauważy jakąkolwiek różnicę? I czy w takim razie powinien jej towarzyszyć?

CZĘŚĆ WENDELL

Poniedziałek, 19 maja,

Mieszkanie Wendella i Moniki

Koło 16-tej

Wendell przykucnął koło dużej torby z ubraniami i zawiązał sobie porządnie wysokie ponad kostkę buty. Takie były najlepsze na kilkudniową wyprawę na pustynię; chroniły przed ugryzieniami skorpionów, węży i jadowitych pająków, poza tym usztywniały nogę w kostce, przez co wygodniej chodziło się po nierównym podłożu.

Rano Josh zawiadomił go, że nawalił wał korbowy w silniku i jacht będzie w naprawie jeszcze przez przynajmniej dwa dni, więc czym prędzej zadzwonił do Mike'a i bez trudu namówił go na trzydniowy wyjazd na pustynię.

Mike kochał życie na dziko i bardzo często wyrywał się z miasta powłóczyć w buszu czy po pustyni. Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej. Wendellowi w jakiś sposób przypominało to czasy spędzone w wojsku i choć Jugosławia „wyleczyła" go z armii, pozostała ciągota do niebezpieczeństw i trudów. A ponieważ Monika zdecydowanie wolała kuchenkę gazową od ogniska, talerze i garnki od menażki i cynowej łyżki, i przede wszystkim toaletę, a nie kępę krzaków (czy gołą ziemię jak okiem sięgnąć), trafiała się cudowna okazja, żeby się wyszaleć!

- Wendell! – rozległo się wołanie i głośne gwizdnięcie zza okna.

- Już! – Wendell natychmiast poznał Mike'a, po głosie, ale też i po gwizdaniu. Nigdy nie spotkał nikogo, kto by potrafił tak dobrze gwizdać!

Ostatni raz sprawdził, czy wszystkie okna są pozamykane, odłożył na półkę komórkę, z której i tak nie miałby pożytku, na wszelki wypadek zakręcił butlę z gazem i złapawszy torbę, wyszedł z domu. Chudy jak tyczka Mike kiwnął na jego widok ręką i wypluł przeżuwaną cienką trawkę.

- Nawiewamy od cywilizacji, co? – zaśmiał się chrapliwie.

Wendell zamknął porządnie drzwi i zeskoczył z trzech schodków werandy.

- Jasne! – rąbnął Mike'a w plecy. - Dasz mi prowadzić?

Mikę kiwnął głową, więc wrzucił torbę na bagażnik starego, zdezelowanego pick-up'a i wskoczył za kierownicę.

CZĘŚĆ FALASE

Metropolia, Ministerstwo Magii,

Sala Aurorów

17:30

Duża sala, w której pracowali wszyscy Aurorzy, była w połowie pusta, gdy Falase ostentacyjnie podszedł do swojego biurka. Rzucił na nie paczkę ciastek, specjalnie celując w krawędź i zaklął pod nosem, gdy te zleciały na ziemię.

- Może potrzebne ci okulary – zaśmiał się Tony, trochę od niego starszy chłopak i ściszył głos. – Do kibla trafiasz?

Falase wybuchnął śmiechem i uklęknął, żeby pozbierać czekoladowe krążki.

- Zależy, jak bardzo chce mi się lać – odparł równie cicho i dodał już normalnym tonem. – Lecę z nóg. Całe popołudnie, kuźwa, przepytywałem stetryczałych czarodziejów i zrzędliwe stare wiedźmy i próbowałem wyperswadować im opowiadanie mi historii całego życia.

Siedzący przy biurku obok Adam oderwał się od pisania i obrócił w ich stronę.

- Oni zawsze tak mają. Pytasz, chłopie, o wczorajszy wieczór, a ci zaczynają od dzieciństwa. Mam nadzieję, że choć coś to dało?

- Średnio – skrzywił się Falase i dodał, żeby podtrzymać bajeczkę o współpracy z Nathalie i Johnem. – Mam nadzieję, że Nath poszło lepiej. Jutro ciąg dalszy. Powiem wam więcej jutro, teraz muszę lecieć. Dziś sprzedają rekiny i matka kazała mi kupić trochę na kolację.

- To miłego! – zaśmiał się Tony, kiwając ręką na pożegnanie.

Przechodząca niedaleko Anna, znana z tego, że spędzała cały wolny czas w kuchni, usłyszała ich rozmowę i zatrzymała się, zaintrygowana.

- Jakiś specjalny ten rekin?

- Jasne – Falase mrugnął okiem do Adama i Tony'ego. – Skrzyżowali go ze złotą rybką.

- ... i co? Jest smaczniejszy?

- Spełnia trzy ostatnie życzenia!

Kilka osób wybuchło śmiechem, Anna również, choć o wiele krócej, Falase pomachał im ręką i wybiegł.

Normalnie na pytanie, jak wypadło zbieranie informacji opowiedziałby co śmieszniejsze lub pikantniejsze szczegóły, jednak dziś wyjątkowo nie mógł sobie na to pozwolić.

Jego nieśmiałe marzenia wskoczenia na stołek po Murrayu nagle nabrały kolorów dzięki pomocy pani Weasley. Musiał tylko dopracować plan, który już zaczął obmyślać, a który bazował na tym, że nie miał pojęcia o jej obecności. Nie wiedział nawet, że istnieje.

Będą podejrzewać wszystkich, którzy o niej wiedzieli. Widzieli ją, albo choć o niej usłyszeli.

Nie mógł więc dopuścić, żeby ktoś mu o niej wspomniał. Nie mógł też kręcić się w pobliżu. Wszystko musiał zorganizować tak, żeby nie padł na niego choć cień podejrzeń.

Falase zbiegł po schodkach do holu, machnął ręką strażnikowi i wybiegł na zewnątrz. I zamiast na Stację Końcową skierował się do Centrum handlowego. Musiał kupić tego cholernego rekina, teraz to był już ślad, który potwierdzał jego wiarygodność. I zamierzał stworzyć podobnych setki i zostawić po sobie wszędzie, niczym okruszki chleba, żeby w razie ewentualnego śledztwa móc poprowadzić nimi kolegów Aurorów.

Idąc, powtarzał w myślach wszystko, co zdążył wymyślić od rana, w przerwach pomiędzy rozmowami ze świadkami.

Skoro ma bywać w Ministerstwie, muszą o tym wiedzieć choćby strażnicy. Więc jutro rano rzygasz na listę gości. Zrobią nową, tę wywalą od razu do śmieci na tyłach. Musisz szybko iść przepytywać świadków i wtedy ją przejrzeć. Ale zostaw ją w koszu.

W „Torbie" nikogo nie wypytuj. Benji robi rezerwacje dla gości, będzie trzeba wymyślić, jak się dostać do tych jego pierdzielonych papierów, to będziesz wiedzieć, do kiedy zostają.

Tylko jak, kuźwa, dowiedzieć się, co oni robią w ciągu dnia...?

Nie było mowy o używaniu Confundus, modyfikacji pamięci czy próbowaniu czytania w umyśle w żadnym z miejsc, w których będzie odbywało się śledztwo. Wszystkie zaklęcia zawsze zostawiały ślady, nie tylko w ciałach, ale i w otoczeniu i Aurorzy bez problemów potrafili je odnaleźć i zidentyfikować. Potrafili nawet dostrzec ludzi czy przedmioty ukryte pod niewidkami na podstawie zawirowań powietrza! Nawet przemiana po wypiciu wielosokowego pozostawiała, marne bo marne, ale jednak ślady.

Zaś Falase nie potrafił oceniać ludzi, ale za to znał się na swojej robocie jak rzadko, więc wiedział, jak opracować Plan Doskonały.

W sklepie rybnym cuchnęło tak strasznie, że bez mała natychmiast prześmierdło mu całe ubranie, lecz dziś było mu to wyjątkowo na rękę. Zamierzał nawet wpaść do baru „U Paszczura", żeby mieć dodatkowych świadków. Ot, kolejny okruszek chleba.

I gdy stanął przed sprzedawczynią, młodą dziewczyną o kształtach, oświeciło go i uśmiechnął się do niej szeroko.

Tuż koło hotelu, w którym mieszkała Weasley, były jeszcze dwa inne i do późnej nocy kręciły się tam panienki. Wystarczyło je porządnie przesłuchać, żeby dowiedzieć się, co robiła i może na tej podstawie mieć pojęcie o jej planach.

A ponieważ Gordon prowadził teraz sprawę śmiertelnych ukąszeń w Metropolii przez jakiegoś węża-olbrzyma, trzeba było tylko w jakiś bardzo zawoalowany sposób podsunąć mu pomysł przesłuchania prostytutek.

- Dzień dobry, skarbie – odezwał się do dziewczyny. – Załapałem się jeszcze na rekina?

CZĘŚĆ HARRY (Poniedziałek)

Poniedziałek, 19 maja,

Metropolia, Hotel „W Torbie u Kangura",

18:00

- ... to było niesamowite! Musisz koniecznie uczestniczyć w jakimś przesłuchaniu, poproszę Doris, żeby się zgodziła! – mówiła podekscytowana Ginny. – Można powiedzieć, że on napuszczał jednych na drugich, kłamał, żeby ich wytrącić z równowagi i sprowokować i w ten sposób dowiadywał się coraz więcej!

Siedzieli właśnie na bardzo wczesnej kolacji w restauracji hotelowej. Obojgu sprzykrzyły się kanapki, paszteciki z dyni i inne wypieki Molly, a poza tym zamierzali porządnie się najeść i położyć spać. Różnica w czasie zaczynała im się coraz bardziej dawać we znaki - w nocy praktycznie nie spali, bo przecież ledwie się obudzili i zmorzyło ich dopiero nad ranem, kiedy czas było wstać i iść na spotkanie z Doris. Trzygodzinna drzemka po powrocie trochę ich podratowała, ale nadal czuli się straszliwie zmęczeni.

- Co nie byłoby możliwe, gdyby nie wiedział, jak daleko może się posunąć i kiedy oni kłamią, a kiedy mówią prawdę – dokończył Harry, krojąc kawałek krwistego steku ze strusia. – Oni cię ozłocą.

- Właśnie dlatego zgodziłam się jej pomóc każdego ranka, do końca tego tygodnia – odparła Ginny głosem, z którego przebijała duma. - W ten sposób popołudnia i wieczory mam wolne i możemy zająć się szukaniem państwa Wilkins. Choć szczerze mówiąc, to siedzenie w salach ozdobionych pająkami i pajęczynami średnio mi się podoba.

Harry wyobraził sobie robotników rozpinających pajęczyny pod sufitami zamiast je ściągających i pokiwał głową.

- To nie jest kraj, do którego Ron mógłby się przeprowadzić.

- Zdecydowanie – parsknęła śmiechem Ginny. – Za to mama byłaby zachwycona tymi Sentinelles! Gdyby o nich wiedziała, nie kazałaby nam wtedy sprzątać całego Grimm.

- Zżarłyby je bahanki. Albo Stworek.

Na wspomnienie Stworka oboje zamilkli na chwilę, bo to nie był wesoły temat. Harry powiedział Ginny prawdę o skrzacie dopiero po powrocie do domu i od tej chwili dziewczyna nie chciała wchodzić już do salonu. Nawet on sam, choć z całą pewnością go nie kochał, czuł głęboki smutek na myśl o tym, że już go nigdy nie zobaczy. I równocześnie za każdym razem, gdy przypominał sobie niedawny koszmar, ogarniała go wściekłość. Jak to możliwe, że jedna osoba, w imię jakichś zwariowanych celów, mogła skazać na tak koszmarną śmierć setki osób?!

I doskonale wiedział, że setki łatwo mogły zamienić się w tysiące, gdyby nie Hermiona i Snape. To również go gnębiło. To ty powinieneś łapać Rayleigh, nie Hermiona.

Nagle za przeszklonymi drzwiami mignął jakiś cień i Harry odruchowo sięgnął po różdżkę i wbił w nie czujne spojrzenie. Ginny również spojrzała w tamtym kierunku i oboje usłyszeli cichy, dźwięczny ptasi śpiew.

- No już, wchodź, wchodź – zawołał kelner, który rozkładał właśnie zastawę na pobliskich stołach i zaklęciem otworzył drzwi. – Bez obaw – dorzucił do nich.

Do środka natychmiast wbiegł duży ptak. Nie wleciał, ale właśnie wbiegł i przebierając szybko długimi, wąskimi nogami, podbiegł do nich i zręcznie wskoczył na wolne krzesło, a z niego na stół.

Ani Ginny, ani Harry w pierwszej chwili nie zauważyli listu, który miał przywiązany do prawej nóżki, bo całkowicie pochłonął ich jego przecudny ogon. Miał przynajmniej trzy stopy długości i ptak trzymał go dumnie uniesiony w górę.

Ginny przesunęła wzrokiem po dwóch długich, wdzięcznie pofalowanych piórach w brązowe, białe i czarne prążki i przyjrzała się pozostałym. Były równie długie, ale cieniutkie jak włosy i tworzyły nad nim skrzący się błękitem i srebrem baldachim. W ogóle ptak obnosił się z zapierającą dech w piersi elegancją i wdziękiem.

- To pierwsza połowa – powiedziała Doris i Harry obejrzał się przez ramię.

- To pierwsza połowa – w tym momencie dotarło do niego, że szefowa Aurorów musi stać przed nim, więc obrócił się i... spojrzał prosto w duże, paciorkowate oczy ptaka. Który przekrzywił głowę, otworzył dziubek i znów rozległ się głos Doris. – To pierwsza połowa.

- O Merlinie... – wykrztusiła Ginny.

Ptak uniósł prawą nóżkę i dopiero wtedy oboje zauważyli kopertę przyczepioną dwoma paseczkami.

Jak najostrożniej Harry zaczął ją odpinać, zaś Ginny przesunęła palcami po brązowych, delikatnych jak jedwab piórach.

- Jesteś piękny – powiedziała z wyraźnym zachwytem.

- Jesteś piękny – powtórzył ptak jej głosem, patrząc na nią. – To pierwsza połowa. Rusz dupę.

Harry posłał mu trochę mniej zachwycone spojrzenie i machnął listem.

- Już mam. Dziękuję.

- Jesteś piękny – oznajmił ptak zachwyconym głosem Ginny i dodał niskim basem. – Rusz dupę.

- Też cię kocham – odpowiedział mu Harry.

Przedziwny ptak zamarł na chwilę, po czym powiedział ich głosami „Jesteś piękny, też cię kocham" i zeskoczył zwinnie na ziemię, po czym z taką samą elegancją wybiegł na zewnątrz. Kelner zachichotał cicho i machnięciem różdżki zamknął za nim drzwi.

- Ciekawą wiadomość przesłaliście do Ministerstwa – pokręcił głową z niedowierzaniem.

Ginny i Harry jak na komendę obrócili się ku niemu.

- To on to powtórzy?! – zawołała dziewczyna. – O Merlinie...!

- Skąd pan wie, że do Ministerstwa? – spytał równocześnie Harry, marszcząc brwi.

Czarodziej wsunął jeszcze sztućce w wymyślnie złożoną serwetkę i podszedł do nich.

- Bez obaw! To był lirogon, a lirogony są zarezerwowane dla Ministerstwa – wyjaśnił, opierając się o krzesło przy stole obok, które zatrzeszczało niepokojąco. – Więc nawet gdybym nie wiedział, że to ktoś stamtąd prosił o pokój dla was, poznałbym po ptaku.

Harry tylko kiwnął głową w odpowiedzi, bo nie chciał zwracać na nich uwagę, próbując zmienić temat. Ginny zrobi to o wiele lepiej.

- Był niesamowity – westchnęła ta, odrzucając do tyłu długie, rude włosy i mężczyzna natychmiast przestał patrzeć na niego. – Myślałam, że tylko papugi potrafią mówić.

- Lirogon nie mówi – poprawił ją. – On naśladuje dźwięki. Równie dobrze powtarza odgłosy burzy, imituje wiatr, szczekanie psa czy odgłosy, które wywołują niektóre zaklęcia. * przypis – Lirogony naprawdę mają takie zdolności imitacji dźwięków. Nie wiem, jakie zaklęcia potrafią naśladować, ale doskonale wychodzi im imitowanie aparatu fotograficznego czy piły łańcuchowej. Co ciekawe, pieśń godowa lirogonów to składanka dwóch popularnych w latach 30 melodii na flecie: „Mosquito Dance" i „The Keel Row". - tu możecie posłuchać sobie takiego lirogona watch?v=VzTrIc2JVxo)

- I tylko z tego powodu Ministerstwo chce go używać? Bo było w nim tyle dumy i... – Ginny zawahała się, szukając odpowiedniego słowa – ważności, że faktycznie wyglądał, jakby był do tej roli stworzony.

- A wie pani, że to całkiem możliwe? – przyznał kelner, krzesło zatrzeszczało na nowo i Harry zanotował w myślach, żeby nigdy nie siadać przy tamtym stole - Przed lirogonami używali altanników, ale one ciągle kradły co bardziej kolorowe i błyszczące przedmioty. W końcu jakieś dwadzieścia lat temu stado altanników buchnęło całą złotą biżuterię żony Gubernatora i nagle przeszła ustawa dotycząca ptaków pocztowych, nad którą męczyli się już dobry rok. I ulepszyli sieć zwierzęcych Intra-Portali, bo lirogony kiepsko latają.

Ginny wyobraziła sobie natychmiast lirogona, którzy przebiega przez taki sam korytarz, jaki przebyli oni i w ciągu zaledwie kilku sekund znajduje się na drugim końcu Australii i kiwnęła głową z aprobatą.

- Doskonały pomysł – przyznała. – Bez nich pewnie musieliście strasznie długo czekać na listy.

- No kiedyś, dawno temu na pewno. Ale bez obaw, Intra-Portale istnieją już od dawna. Najstarszy z nich...

Harry przysłuchiwał się ich rozmowie tylko jednym uchem, bo o wiele bardziej interesowała go zawartość koperty. Otworzywszy ją nożem, zajrzał do środka i dojrzał złożoną na pół listę nazwisk i adresów i poczuł nagle ożywienie. Mogli zacząć pisać listy już dziś wieczorem!

- Pospieszmy się, Gin – mruknął i posłał wymowne spojrzenie na kopertę. – Mamy jeszcze trochę pracy.

Oboje czym prędzej skończyli kolację i wrócili do ich pokoju na piętrze. Normalnie o tej porze na dworze było jeszcze jasno, ale tu, pod głębokimi skalnymi nawisami zaczęło się już robić ciemno, więc zapalili świece i usiedli przy niewielkim stoliku pod oknem.

- Przesyłam wam adresy wszystkich Wendellów i Monik Wilkins z Terytorium Północnego i Zachodniego Wybrzeża – zaczął czytać na głos Harry. - Niestety nie udało się nam odróżnić nazwisk panieńskich i po mężu. Jutro w południe powinnam dostać adresy z pozostałych stanów.

Ginny przebiegła wzrokiem listę. Było na niej co najmniej 50 adresów.

- Jeśli na prawie bezludnej północy i zachodzie jest tyle małżeństw Monik i Wendellów Wilkins, wolę nie myśleć, co będzie na o wiele bardziej zaludnionym południu i wschodzie – zmarszczyła śmiesznie nos.

Harry odłożył list od Doris i również spojrzał na listę.

- Coś mi mówi, że nie tylko nie odróżnili nazwisk panieńskich i po mężu, ale i stopnia pokrewieństwa – rzucił cierpko.

- Myślisz...?

- Pewnie patrzyli tylko na adres i spisali tu również dzieci, wnuki i prawnuki. Szkoda, że nie poprosiliśmy również o daty urodzenia.

Oboje spojrzeli po sobie i Harry westchnął ciężko.

- Jeśli chcemy ich szukać teraz, to nie mamy wyboru, musimy napisać do wszystkich.

- Nie odłożę tego na następny raz! – zdecydowała natychmiast Ginny, prostując się. – Trudno, jeśli tu faktycznie są całe pokolenia, to po prostu wyjdziemy na idiotów i tyle.

- Nie my, tylko ta jakaś MAREAA* (na dole strony – MAREAA - Marriage and Relationship Educators Association Australia / .au/, autentyczna organizacja istniejąca w Australii. ), którą wynalazł Dudley, ale na jedno wychodzi. Dobra, bierzemy się za to.

Ginny wyjęła z torby gruby plik mugolskich kartek z kolorowymi nadrukami, które zrobił Dudley, rozprostowała wzór listu, nad którym ślęczeli wspólnie i sięgnęła po pióro.

- Na kiedy ich zaprosimy? – odkręciła kałamarz i zdmuchnęła odrobinę zaschniętych, czarnych drobinek, które posypały się na stół. – Na jutro to będzie za krótko.

- Na środę – zaproponował Harry, otwierając mapę Australii. – W ten sposób mamy czwartek i piątek na pozostałe stany. I wiesz co, daj datę na przykład 9-ty maja. Ludzie pomyślą, że listonosz się spóźnił.

Dziewczyna kiwnęła głową i zaczęła pisać starannym, wyraźnym pismem krótki list do pierwszego małżeństwa. Harry odnalazł największe miasto w okolicy, znalazł mugolskie biuro administracji publicznej i spisawszy dokładny adres na liście Doris i na osobnym kawałku pergaminu, podsunął go Ginny, po czym zaczął szukać na mapie adres drugiego małżeństwa.

Był już przy trzecim, gdy Ginny złożyła zamaszysty podpis i pokazała mu pierwszy list.

- No i jak? Wygląda na mugolski? – spytała, przyglądając się mu krytycznie.

Harry oderwał się od mapy i zerknął jej przez ramię.

MAREAA

- Jak dla mnie wygląda wspaniale – ocenił. – Wątpię, żeby zaproszenie na rozdanie nagród za najlepiej utrzymany miejski trawnik było tak... profesjonalne, a wuj dał się złapać.

Z tego, co wiedział, ciotka z wujem dostali wtedy szału i wolał nie myśleć o nieszczęsnych ludziach, którzy mieli przejechać nie wiadomo ile mil na te spotkania i pocałować klamkę.

I pewnie zaraz potem zgłosić to na policję lub zawiadomić o idiotycznych wygłupach prasę, radio i telewizję.

Dudley liczył na to, że zanim zrobi się z tego ogólnokrajowa afera, minie kilka dni i właśnie tyle mieli. Dwa, trzy wieczory i ani jednego więcej. I jeśli zaczęli, musieli doprowadzić to do końca.

To był plan w stylu „wszystko albo nic", co przekładało się na „teraz lub następnym razem".

I żadne z nich nie chciało czekać na „następny raz".

Dziewczyna popatrzyła na zegarek i czym prędzej zabrała się za pisanie następnego listu.

Przez parę godzin w pokoju słychać było tylko lekkie poskrzypywanie piór, cichutki szelest przekładanych kartek papieru i nieco głośniejsze szurnięcia pergaminu, skwierczenie świec i rzadkie rozmowy.

Niestety nie mogli posłużyć się zaklęciem, żeby napisać ponad 50 listów, nie mogli też napisać jednego, stworzyć duplikatów i dopisać ręcznie tylko godziny i adresy, pod którymi miały odbyć się wręczenia nagród.

Nie chcąc pobrudzić atramentem bialutkich kartek Ginny musiała co jakiś czas myć ręce, co równocześnie pozwalało rozprostować trochę palce, ale i tak eleganckie z początku pismo pogorszyło się w połowie, zaś pod koniec wyraźnie było widać, że dziewczyna ma już dość. Żeby jej pomóc, Harry zajął się kopertami – adresował je, odczekiwał aż wyschnie atrament na listach i wkładał je ostrożnie do środka.

Niemal pięć godzin później Ginny podała Harry'emu ostatnie zaproszenie, odrzuciła na bok pióro i odsunęła się jak najdalej stołu.

- Wiem, czego nie zrobię przez najbliższe dziesięć lat, jak już się to skończy – oznajmiła, wyginając mocno dłonie. – Nie tknę pióra, nawet jeśli od tego miałoby zależeć moje życie.

- Proszę, zrób wyjątek w czasie ślubu – Harry posłał jej udawane, błagalne spojrzenie. – Tam będzie trzeba się podpisać.

- Podpisz za mnie. Potem w razie czego będę miała wymówkę, że to nie byłam ja.

Oboje parsknęli śmiechem i Ginny popatrzyła na siedem kupek kopert, piętrzących się na łóżku, które odpowiadały siedmiu różnym miejscom, w których miały odbyć się spotkania.

- Podzielmy się – zaproponowała po namyśle, co przychodziło jej coraz trudniej. – Nie musimy na nich czekać oboje.

Harry równocześnie ziewnął i pokiwał głową.

- Dokładnie o tym samym myślałem – dorzucił i przysunąwszy się do Ginny, rozłożył przed nimi mapę. – Weź może te dwa... – wskazał na Katherine i Broome – i Geraldtown, a ja wezmę cztery pozostałe. Będziemy potrzebować po dwa świstokliki w każde miejsce, aktywowane dotykiem...

- Po co dwa? – zdziwiła się Ginny i ziewnęła mocno.

- Bo jak ty będziesz w Ministerstwie, to wybiorę się tam, żeby się rozejrzeć. Chcę znaleźć miejsca, z których będziemy mogli się im przyjrzeć bez zwracania na siebie uwagi.

- Poproszę Doris, żeby mi przygotowała je na dwunastą, to przyniosę je razem z resztą adresów – zgodziła się Ginny i powoli się podniosła. – I po południu ja będę pisać resztę listów, a ty możesz świsnąć tam i się porozglądać. A skoro jutro rano nic nie robisz, to sprzątnij ten bajzel. Ja nie dam rady. Umieram. Albo raczej już jestem martwa.

- Jasne! – Harry też czuł się jak martwy, więc pomysł sprzątania jutro bardzo mu odpowiadał. Sięgnął po mugolski budzik i obejrzał się na Ginny, która wyciągnęła z torby koszulę nocną i powłócząc nogami, ruszyła niemrawo do łazienki. – O której jutro wstajesz? To nastawię ten złom, może tym razem zadziała.

- O siódmej.

- Żeby tylko cię wpuścili bez problemów – oboje wiedzieli, o co mu chodziło. Żeby nie musiała używać magii do otwierania przejść, świecenia światła czy składania magicznych podpisów. Wczorajszy raz wystarczył.

- Nie bój się – Ginny wstawiła do łazienki świecę i oparła się o framugę drzwi. – Doris kazała mnie wpisać na listę gości specjalnych. Wszyscy strażnicy są uprzedzeni i wiedzą, że mają ją zawiadomić natychmiast jak się zjawię.

Birriani, 18:30

Severus chyba setny raz odłożył na bok książkę, którą próbował czytać. Czy raczej udawać, że próbuje. Bo tylko kartkował ją bezsensownie, szukając jakiegokolwiek fragmentu, który przyciągnąłby jego uwagę, ale na nic. Dostrzegał tylko równe rządki literek, które nie układały się w żadne znajome słowa, jakby ta książka była napisana w jakimś obcym języku.

I nie było niczego, co mogło powstrzymać go choć na chwilę od przeklinania własnej głupoty. Idiotyzmu. Znów to zrobiłeś, sukinsynu. Znów skrzywdziłeś kogoś tylko dlatego, że nie potrafiłeś zapanować nad gniewem. Wiedziałeś, że to ją zrani i mimo wszystko to zrobiłeś.

I na swój sposób to, co zrobił dziś, było o wiele gorsze od tego, co zrobił ponad dwadzieścia pięć lat temu. Wtedy obraził Lily; sam upokorzony upokorzył ją, używając niewybaczalnego słowa „Szlama".

Dziś z samej tylko wściekłości zranił Hermionę, drwiąc z jej wyrzutów sumienia i odpychając ją.

Już raz to przeżył. Gorzko potem żałował i przepraszał, ale na próżno, od tamtego czasu TAMTA przyjaźń zgasła jak zapałka. A dziś?

Ty głupi idioto.

Nie miał pojęcia, ile czasu spędził na polance, próbując się uspokoić. A gdy już do siebie doszedł, jak huragan targnęło nim Zrozumienie. ZNÓW TO ZROBIŁ!

Pospiesznie wrócił do Birriani, ale Hermiony już nie było. Tau również, co przyjął z dużą ulgą. Przynajmniej był z nią ktoś, kto mógł jej pomóc.

I tylko jakiś głosik w jego głowie podpowiadał mu, że to ON powinien z nią być, to ON powinien jej pomagać.

Od tamtej chwili czekał, ciskając się między nadzieją i strachem, który podsycały jeszcze bolesne wspomnienia. Pomysły na to, co jej powiedzieć, splatały się ze scenami z teraźniejszości i przeszłości, widział młodą dziewczynę, ni to Lily, ni to Hermionę, stojącą przed nim i w głowie huczały mu ich głosy.

- „Tak mi przykro".

- „Nie interesuje mnie to."

- „Przepraszam!"

- „Oszczędź sobie płuc. Już za późno. Nie mogę dłużej udawać. Ty wybrałeś swoją drogę, ja wybrałam swoją."

- „Nie ma czegoś takiego jak MY. O mnie zapomnij i nigdy już na mnie nie licz!"

- „Severus, przestań, proszę!"

- „Od teraz możesz przestać żałować, że zostawiłaś mnie we Wrzeszczącej Chacie. To raczej ja żałuję, że wtedy nie umarłem. Nie musiałbym dziś wysłuchiwać twoich idiotyzmów".

„Granger".

Widział jej spojrzenie, widział jak obraca się, zamiata dookoła długimi włosami i odchodzi. On też odchodził, wszystko zaczynało wirować i stawało się mieszaniną zieleni i brązu, brązu i zieleni i pewnie dlatego nie mógł już dostrzec ani koloru jej włosów, ani oczu.

Słońce już od południa nie świeciło przez okno, poza tym o tej porze zaczynało już się chylić ku zachodowi, ale nadal było gorąco, więc znów rzucił Frigeo, żeby obniżyć temperaturę. Ale wolał siedzieć w upale, niż ryzykować wyjście w cień za domem, czy zasłonięcie okna.

Wtem z korytarza dobiegły go miarowe, słabe stuknięcia – jakby ktoś powoli wchodził na górę! Poderwało go z łóżka zanim jeszcze pomyślał, że mógłby wstać, podskoczył do drzwi i zaczął wsłuchiwać się w przybliżające kroki. Zamrą pod sąsiednimi drzwiami czy… może pod jego?

Chciał, rozpaczliwie chciał, by do niego przyszła, ale przecież nie powinna zobaczyć, że na to czekał!

Z każdą chwilą kroki stawały się coraz głośniejsze i mógł już nawet dosłyszeć spóźnione o pół sekundy klapanie sandałów o bose stopy…

Ledwie się aportowali, Hermiona ukradkiem włożyła rękę do kieszonki sukienki i natychmiast poczuła pulsowanie Kamienia. I przez cienki materiał mogła wyczuć jego ciepło. Ale Kamień nie był potrzebny, i bez niego w jakiś przedziwny sposób zrodziła się w niej absolutna pewność, że Severus jest w Birriani. Po prostu Wiedziała. Czuła jego obecność każdym napiętym nerwem, każdą komórką jej ciała, każdym calem jej skóry, od stóp po koniuszki palców i czubek głowy.

I teraz nie tylko Kamień wiedział, dlaczego.

- No i co? – spytał Tau, aportowawszy się w przejściu między domami chwilę po niej.

- Yhhmm... – bąknęła Hermiona i przygryzła lekko usta, bo nie bardzo wiedziała, co ma mu powiedzieć. Czy może raczej, o co pyta.

- Dobrze wreszcie wrócić do domu, czyż nie?

- Ach, tak! – odetchnęła z ulgą. – Po całym dniu takiej bieganiny lecę z nóg. A ty?

- Och, bez obaw! Więc leć teraz na górę powiedzieć Severusowi jak było, a ja rozejrzę się za jakąś kolacją.

- Na górę? Yhh... jesteś pewien, że jest na górze?

Tau wybuchnął głośnym śmiechem, po czym pokręcił jakby z niedowierzaniem głową.

- Owszem, jestem pewien. Bez obaw! No leć już!

Czując, jak zaczynają piec ją policzki i nawet uszy Hermiona obróciła się czym prędzej, wbiegła na podest hoteliku i zwolniła na schodach. Do drzwi Severusa podeszła już powoli, zadarła głowę lekko do góry i zastukała cicho.

Na ten odgłos Severusowi serce podskoczyło do gardła i wreszcie odważył się odetchnąć głębiej. Co uświadomiło mu, jak bardzo się do tej chwili dusił.

- Tak? – zmusił się do zdawkowego mruknięcia.

I znów wstrzymał oddech, bo nagle poraziła go zwariowana, przeklęta myśl. A jeśli przyszła powiedzieć ci, że możesz wracać do Anglii?

Hermiona uchyliła drzwi, zajrzała i gdy dostrzegła Severusa stojącego koło okna, nie mogła już dłużej nad sobą panować. To powolne podchodzenie do drzwi, pukanie jakby od niechcenia... A niech to wszystko szlag trafi! Bez zaproszenia wtargnęła do środka, podskoczyła ku niemu i upuściwszy torebkę, uwiesiła się mu na szyi i wykrztusiła w koszulę tylko jedno słowo. „Jesteś!"

Severus zamarł. Nie było to to, czego się obawiał, ale...

- Hermiono? Co się stało? – spróbował ją odsunąć, ale przylgnęła do niego jeszcze mocniej. – Coś cię boli? Coś nie tak? Co ci jest?!

Merlinie, jeśli to z powodu tego sukinsyna...

Próbował się jej przyjrzeć, ale miała twarz ukrytą w jego piersi i wtulała się w niego tak rozpaczliwie jak tamtego popołudnia, gdy wrócili z dworku Rayleigh i dostała list od Wolfa.

Poczuł, jak jeżą mu się włosy na głowie.

- Hermiono, coś nie tak z twoimi rodzicami?! Coś im się stało?! Odpowiedz!

Hermiona uniosła twarz ku niemu i uśmiechnęła się promiennie.

- Wszystko w porządku. Po prostu dobrze cię widzieć.

Severus poczuł, jakby ktoś zdjął mu z piersi kamień wielki jak cały świat. Żebyś tylko wiedziała, jak dobrze...! I przygarnął ją do siebie.

Hermiona przytuliła się na nowo i próbowała zapamiętać, co czuła. Cudowną gorąc jego ciała, lekki zapach piżma i jego własny; ostry, może odrobinę kwaśny... Jak zapach ziemi po deszczu. Kojące bicie jego serca tuż koło jej. Chropowatą koszulę pod policzkiem, aksamitną miękkość skóry pod palcami i delikatne muśnięcia jego włosów o wierzch dłoni. Jego oddech w jej włosach. I oszałamiające poczucie bezpieczeństwa jego ramion.

Gdyby tylko mogła trwać tak wiecznie... Ale wiedziała, że za chwilę będzie mogła cieszyć się już tylko wspomnieniami, dlatego póki mogła, chłonęła go całego.

- W porządku?

Bardziej poczuła, niż usłyszała jego niski głos wibrujący tuż przy jej uchu i zrozumiała, że już czas.

- Wszystko w porządku – powtórzyła i z żalem się odsunęła. – To był bardzo długi dzień.

Severus wskazał jej krzesło koło okna, zaś sam usiadł na brzegu łóżka.

- Na pewno. Pytanie, co dał.

Żebyś tylko wiedział... Hermiona uśmiechnęła się smutno, bo tego nie miał się nigdy dowiedzieć.

- Tau wybrał się ze mną – usiadła, krzesło zaskrzypiało niepokojąco, więc ostrożnie założyła nogę na nogę i objęła je rękoma. – Zaczęliśmy od samej góry i przeszukaliśmy cały jeden okręg. W sumie siedemnaście miast i miasteczek i ponad pięćdziesiąt gabinetów dentystycznych, klinik i przychodni. Wiesz, wszędzie tam, gdzie mogliby pracować moi rodzice.

- Aportowaliście się tam, tak? Jak zabezpieczyłaś aportację?

- Fundole – odparła Hermiona, rumieniąc się lekko na widok jego uniesionej brwi. – Moje własne zaklęcie. Sprawia, że mugole nie widzą momentu aportacji, dostrzegają cię dopiero kilka chwil później i są przekonani, że widzieli cię już od dawna.

Severus z trudem opanował zaskoczenie. Ona sama wynalazła tak skomplikowane zaklęcie? Zaklęcia ingerujące w umysły osób postronnych, a już szczególnie niemagicznych, były jednymi z najbardziej złożonych zaklęć, jakie istniały!

No tak, to przecież Hermiona Granger. Czego się spodziewałeś po najmądrzejszej czarownicy tego i zeszłego stulecia.

- Będę musiał sprawdzić, jak działa – naprawdę chciał się o tym przekonać! – Skąd wiedziałaś, gdzie szukać?

Ukrywając lekki zawód, Hermiona zaczęła opowiadać o mugolskiej poczcie i przy okazji wyjaśniać, czym jest książka telefoniczna, a potem w kilku słowach przedstawiła poszukiwania.

Severus przywitał te wyjaśnienia z wielką ulgą. Tego właśnie mu było potrzeba. Czegoś, co oderwałoby go od wspomnień i co sprawiłoby, żeby zaczął myśleć. Odnalazł na nowo cel i na nim się skoncentrował.

- W zasadzie po trzeciej skończyliśmy nasz okręg – dodała na koniec. – I moglibyśmy znaleźć pocztę w okręgu Cairns i zacząć sprawdzać tam, ale zamiast tego zdecydowałam, że będzie lepiej zebrać wszystkie dane, żebym mogła sobie zaplanować poszukiwania do końca tego tygodnia.

Uwagi Severusa nie umknęło, że mówiła o sobie, a nie o NICH, ale udał, że tego nie dostrzegł.

- Nie do końca tego tygodnia, ale do piątku – poprawił ją. – Nie licz na to, że ten dar będzie działał dłużej.

Powiedział to dość cierpko, zupełnie jakby w niego nie wierzył, więc Hermiona od razu zaprotestowała. Cały czas czuła pulsujące ciepło na prawym biodrze.

- Severus, to prawdziwy dar. Będzie działać.

- Nie mówiłem, że nie będzie.

- Zabrzmiało, jakbyś właśnie to chciał powiedzieć.

- Następnym razem może zacznę śpiewać, z pewnością zabrzmi lepiej – skrzywił się i pochylił ku niej. – Skoro zaś mowa o zaufaniu, niezmiernie martwi mnie, że zapomniałaś, co ci kiedyś o nim mówiłem.

Hermiona uniosła obie brwi do góry, z czego jedną troszkę wyżej niż drugą i Severus z trudem opanował uśmiech.

- Całkiem niedawno tłumaczyłem ci, na czym polegało Tabu.

- Wiara w innych i niechęć do zabijania – przypomniała sobie natychmiast Hermiona i dorzuciła. – I miłość. Nomen omen.

- Nigdy nie zakładaj w dobrej wierze, że wszystko będzie tak, jak byś chciała, żeby było. Że ludzie zawsze będą dobrzy i prawdomówni. Zawsze bierz poprawkę na to, że coś może pójść nie tak. I gdy tylko możesz, ograniczaj ryzyko do minimum.

Hermiona przygryzła lekko usta. Jak zawsze miał rację.

- Rozplanuję sobie wszystko do piątku w południe.

Jej głos zabrzmiał bardzo potulnie, ale jednocześnie nawet przez sekundę Severus nie widział w niej dawnej uczennicy, tylko dorosłą kobietę. Wyglądało na to, że panna Granger odeszła tego ranka na zawsze i wróciła definitywnie jako Hermiona.

- Pokaż mi te listy. I mapę.

Hermiona wyciągnęła wszystko z torebki i rozejrzała się, gdzie je rozłożyć. W pokoju Severusa nie było stolika, tylko krzesło i łóżko, ale nie umiała sobie wyobrazić, że może sobie na nim tak po prostu usiąść. Robiła to tylko w Spinner's End, kiedy go opatrywała, lecz to było co innego.

U niej też nie było miejsca, a na dole było pewnie już pełno ludzi...

Znów przygryzła usta, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Poza tym nie była pewna, czy powinien jej pomagać.

- Może... lepiej na dworze. I po kolacji – uśmiechnęła się lekko, na wszelki wypadek odwracając wzrok. W końcu to był również Mistrz Legilimencji. – Tau powiedział, że jakąś zrobi. A ja umieram z głodu.

Severus na krótką chwilę zacisnął pięści, ale równie szybko je rozluźnił. No tak, nie było co się dziwić. Odepchnąłeś ją, powiedziałeś, że ma już nigdy na ciebie nie liczyć i dokładnie to robi. Gryfoni są znani nie tylko z odwagi graniczącej z głupotą, ale i z równie głupiego poczucia honoru.

Co prawda kiedyś by się tym nie przejmował. Co najwyżej dałby jej garść porad i zostawił, skoro nie chciała jego pomocy. Ale to było kiedyś. Jakby w zupełnie innym życiu.

Chyba nawet Gryffinowi pozwoliłby szukać samemu!

Merlinie, co się z tobą dzieje, człowieku?

- Więc porozmawiamy o tym po kolacji – zdecydował. – Za chwilę do was zejdę.

Kolacja była u Tau. Gdy tylko Hermiona ruszyła ku schodom, Aborygen zawołał ją i wskazał siedzącego tyłem do niej Ill-oo'kę.

- Zobacz, kto przyszedł.

Na widok starego Aborygena coś w Hermionie się uśmiechnęło. I jednocześnie przyszło jej do głowy, że może jego będzie można dyskretnie podpytać!

- Ill-oo'ka! Cieszę się, że cię widzę! – powiedziała, podchodząc do nich. – Już się bałam, że się nie zobaczymy.

- Chcę wiedzieć, co dziś było – odparł ten i Hermiona dostrzegła zainteresowanie w jego lekko już zmętniałych oczach. – Jak szukałaś.

– Będziesz mogła mu wszystko opowiedzieć! – dodał Tau. – O tym twoim genialnym zaklęciu również!

Hermiona wzruszyła lekko ramionami.

- Tau, to nic wielkiego! I nie ma aż tak wiele do opowiadania. Prócz zwiedzenia mugolskich miast jedyną atrakcją był chyba rekin. Którego jadłam na obiad.

- Rekin był duży, wichetty grub są małe - Tau wskazał na dwie białawe kupki po środku stołu.

Hermiona spojrzała na wichetty grub i mina się jej wydłużyła.

- Boże, Tau, to są larwy! Zalęgły się gdzieś? – rozejrzała się dookoła. Tu wszystkie domki były drewniane, może to coś siedzi w jakiś dziurach...

- Och, bez obaw! To nasza kolacja. Te są na surowo – wskazał jedną kupkę – a te pieczone.

- Przecież... nie rozumiem. Dopiero co robiliśmy zakupy? Wszystko zjedzone?

Równocześnie coś w niej aż się zagotowało ze złości. Ale dlaczego?! Przecież to my robiliśmy zakupy! To czemu ktoś inny to wszystko zjadł?

Tau wybuchnął śmiechem i wziął jedną larwę, tę surową.

- To prawdziwy przysmak! Spróbuj, zobaczysz. Bez obaw! – wziął larwę do ust i odgryzłszy jej główkę, zaczął przeżuwać resztę.

Na jego twarzy odmalował się bez mała wyraz ekstazy, za to Hermiona tylko z najwyższym trudem opanowała grymas obrzydzenia.

- Wiesz, jeśli to taki przysmak, to... zjedz go za mnie – powiedziała z lekko ściśniętym gardłem. – Jest jeszcze coś do jedzenia?

- Ava ma jeszcze wędzone emu i słodkie ziemniaki – odparł Tau, wypluwając białawą skórkę. – Jak chcesz to...

- Siedź, już po nie idę – powstrzymała go Hermiona i uśmiechnęła się do Ill-oo'ki. - Mógłbyś mi pomóc, proszę? Tobie bliżej do wyjścia...

Tau rzucił coś po aborygeńsku, ale Ill-oo'ka nie zareagował, tylko wstał bez słowa i wyszedł. Hermiona wyszła zaraz za nim i delikatnie, jakby niechcący, przymknęła za nimi drzwi.

- Przepraszam, że cię fatyguję – rzuciła cicho. – Ale chciałabym cię o coś zapytać. Odnośnie Kamienia. A jeśli przyjdzie Severus... to takie trochę delikatne.

- Delikatne? – powtórzył po niej Ill-oo'ka, zatrzymując się przy schodach. – Delikatny Kamień?

- No nie chciałabym przy nim o tym mówić.

- Acha - Aborygen skinął głową i zaczął schodzić powoli.

Schody były na tyle szerokie, że Hermiona zaczęła schodzić tuż obok niego. Gwar na dole przybrał na sile, więc zaczęła mówić już normalnym głosem.

- Czy jeśli na przykład już... kogoś znajdę, to ten dar nadal będzie działał? Na przykład, jak znajdę mamę, to czy jak znajdę tatę, to też to poczuję?

- Dar działa pięć dni – pokazał palce prawej ręki Ill-oo'ka. – Zawsze. Potem już nie.

- To wiem. Ale czy na przykład ten kamień zrobi się ciepły i będzie pulsować jak znajdę mamę, przestanie, a potem zacznie na nowo, jak znajdę tatę?

Ill-oo'ka zmarszczył brwi, słysząc słowo „pulsować", ale potem kiwnął głową.

- Będzie ciągle bardziej ciepły. Jak ty będziesz z mamą, to on będzie ciepły.

Boże, czemu on nie może powiedzieć po prostu „tak" czy „nie"?!

- Oni powinni być razem – dodał Ill-oo'ka i Hermiona nie wiedziała, czy chodzi mu o to, że koniecznie muszą być we dwoje, żeby zadziałała magia, czy że ma na myśli to, że się nie rozwiedli. Czy też się pyta.

Nic, co mówił, nie było jasne. To, co ty mówisz, to już zupełna katastrofa.

Cholera.

Ill-oo'ka zszedł już z ostatniego stopnia, gdy złapała go za ramię i ścisnęła mocno.

- Ill-oo'ka. Proszę – spojrzała na niego błagalnie i westchnęła ciężko. – Tu chodzi o Severusa. On... ja... – zajęknęła się. – I rano... i od kiedy wróciłam do Birriani, Kamień jest ciepły. I bije. Tak jak powinien, gdy... w pobliżu jest ktoś, kogo kocham. Rozumiesz? Dlatego muszę wiedzieć, czy jeśli on będzie przy mnie, to czy poczuję w jakikolwiek sposób, że gdzieś niedaleko są moi rodzice?

Ill-oo'ka uśmiechnął się tak szeroko, że pomimo gęstej brody i wąsów mogła zobaczyć jego białe zęby.

- Ach, już wiem. Nie wiedziałem o Severusie. Będziesz wiedzieć. Im więcej miłości, tym cieplejszy Kamień. I będziesz więcej ... pewna. Bardzo pewna, że rodzice są blisko.

Hermiona ścisnęła mu ramię jeszcze mocniej i na widok lekkiego grymasu natychmiast puściła. Ale musiała się upewnić!

- To znaczy, że jak Severus będzie koło mnie i aportujemy się gdzieś, gdzie będą moi rodzice... albo choć jedno z nich, to Kamień zrobi się cieplejszy, tak? – Aborygen potaknął, więc ciągnęła. – I tą pewność, którą teraz czuję, poczuję ją jeszcze mocniej? I będę wiedzieć, gdzie iść, żeby ICH znaleźć?

- Tak. Dokładnie - znów skinął głową Ill-oo'ka.

Tym razem Hermiona oparła się o niego, żeby nie spaść z ostatniego schodka. Choć stawiając stopę niżej miała wrażenie, że unosi się w powietrze.

- Dziękuję. I tylko proszę, nie mów nic o Severusie. Nikomu.

- To sekret?

- Tak. A zwłaszcza przed nim. On nie wie i nie może wiedzieć.

Ill-oo'ka wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale Hermiona pociągnęła go w stronę kontuaru.

- Chodź, weźmy tego emu, bo jeszcze chwila, a Tau pomyśli, że poszliśmy na niego polować.

Gdy po kolacji Hermiona i Severus wyszli na dwór, słońce już zaszło i, jak to bywa na tej szerokości geograficznej, bardzo szybko zrobiło się ciemno. Lecz równocześnie było tu o wiele przyjemniej niż w środku – temperatura opadła trochę, wiał lekki wiaterek, niosąc skądś słodkawy zapach, tak inny od gryzącego w gardło kurzu. Osada z wolna zapadała w sen – ludzie chowali się do domów, cichły wołania, rozmowy i tylko czasem można było usłyszeć czyjś odległy śmiech, popłakiwanie dziecka czy wycie dingo.

Chcąc coś widzieć, Hermiona wznieciła niewielkie ognisko, oboje rzucili Lumos Maxima i usiedli przy rozłożonej mapie.

- Mam nadzieję, że nie przylecą tu nietoperze – mruknęła.

- Boisz się? – spytał Severus, strząsając drobinki piasku z cienkiego papieru.

- Jednego nie, ale wolałabym, żeby nie przyleciało całe stado.

Severus poczuł, jak mimo woli wygina mu się kącik ust.

- Pokaż, gdzie dziś byliście – zmienił temat, choć był pewien, że nie mówiła o nim.

Hermiona pochyliła się nad mapą i przesunęła palcem od Cooktown aż do Bundaberg.

- Stąd dotąd jest Koralowe Wybrzeże. A my dziś doszliśmy aż do Palm Cove – stuknęła w malutką kropkę kilka cali od góry.

Severus sięgnął palcem do ust i wodząc nim powoli po dolnej wardze przyjrzał się poszarpanej linii kończącej się niemalże w połowie Australii. Małych i większych kropek było pełno, im bliżej Bundaberg, tym więcej. I domyślał się, że najmniejsze miasta nie są nawet zaznaczone. Poza tym skoro już mieli skoncentrować się na Koralowym Wybrzeżu, należało sprawdzić też i miasta położone kilka mil w głąb lądu, bo nawet jeśli państwo Granger zostali w tej okolicy, nie można było oczekiwać, że mieszkają i pracują w porcie.

Jego uwagę przykuły większe punkciki, oznaczające większe miejscowości i zaczął je liczyć.

W tym czasie Hermiona wyjęła z torebki mugolski ołówek i zaczęła porównywać listę z mapą i zaznaczać niektóre nazwy.

- Sporo tego – westchnęła po chwili. – Nawet więcej niż sporo. Będziemy mieć jutro niezły maraton. To znaczy, oczywiście, jeśli chcesz ze mną iść – dodała prędko.

Severus chciał na nią spojrzeć, ale kilka kosmyków włosów zawisło mu akurat przed oczami, więc odgarnął je za ucho.

- A myślisz, że czemu tu siedzę?

W jego oczach płonęły światła ich różdżek i chybotliwy płomień ogniska i wyglądały jak głębokie jezioro, w którego gładkiej toni przegląda się nocne niebo. Tak głębokie, że można było w nim utonąć.

- Cieszę się – mruknęła, uśmiechając się łagodnie. Będzie mogła dodać ten widok do wszystkiego, co udało się jej z niego zapamiętać.

Severus chwilę jeszcze patrzył na nią, po czym skinął powoli głową i pochylił się znów nad mapą, więc wróciła do swojego zajęcia.

Kończyła już zaznaczać miasta z drugiego okręgu, kiedy Severus wyprostował się i szarpnięciem głowy odrzucił włosy do tyłu.

- W jakiej kolejności szukaliście dziś tych adresów?

- Zaczęliśmy od samej góry i schodziliśmy po jednym w dół.

- Czyli braliście pod uwagę położenie, a nie ilość klinik w danym mieście czy jego wielkość?

- Dokładnie – potwierdziła Hermiona i już widziała, do czego zmierza. – Sądzisz, że jutro powinniśmy zacząć od większych miast?

- Zdecydowanie. Nie wiemy, jak daleko działa ta magia, więc po pierwsze jest szansa, że nawet jeśli aportujemy się pod innym adresem, będziesz mogła ich jakoś wyczuć. A po drugie istnieje większe prawdopodobieństwo, że zamieszkali w jednym z tych bardziej znanych miast.

Hermionie to nasunęło pewien pomysł.

- W takim razie warto też aportować się w jakimś centrum handlowym. Wiesz, takim jak Pokątna. Czy w jakimś znanym i często odwiedzanym miejscu. Bo nawet mieszkając w zamku w Hogwarcie od czasu do czasu tam się wybieraliśmy i na ogół zawsze szliśmy pod Trzy Miotły.

- To całkiem prawdopodobne – ocenił Severus, choć w myślach dodał Dziesięć punktów dla Gryffindoru. – Są też i banki.

- Zapomnij o bankach. Na to nie wystarczyłby nam i rok!

- Aż tyle ich mają? – lekkie uniesienie brwi sprawiło, że Hermiona parsknęła śmiechem.

- Mój ojciec zawsze mówił, że więcej niż ustawa przewiduje.

Kolejny raz tego dnia kącik jego ust wygiął się ku górze.

- W takim razie mugolskie wersje Pokątnej i Trzech Mioteł. Wiesz, jak znaleźć takie miejsca?

- Wiem, że mugole mają coś takiego jak Informacja Turystyczna. Gdzie turyści mogą pójść, żeby ktoś im doradził, co zwiedzać, dał plan miasta i inne drobiazgi.

- Dobrze. Skończ zaznaczać adresy i daj mi te, które już przejrzałaś. I pióro.

Hermiona podała mu plik kartek i wyciągnęła z torebki drugi ołówek.

- Pióra mam w walizce, tu spakowałam tylko to – zaśmiała się, gdy się skrzywił. – Wiesz, co by było, gdyby mugole zobaczyliby mnie z piórem i atramentem? Mielibyśmy asystę na każdym kroku.

Nie komentując jej odpowiedzi, Severus wziął plik papierów i zajął się mapą. Odnalazł pierwszą miejscowość i chciał wpisać przy niej ilość adresów do sprawdzenia, ale ostry koniec ołówka przebił papier i wbił się w piasek. Kątem oka dostrzegł, że Hermiona zamarła, więc rzucił niewerbalne Reparo, żeby naprawić rozdarcie, po czym Temporis Duro i ponowił Lumos. Miękka kartka stwardniała natychmiast i zaczął opisywać wszystkie miasta i miasteczka. Przy mniejszych wpisywał tylko liczbę adresów, większe obrysowywał idealnym kółkiem, porównywał odległości i przy niektórych robił notatki.

Hermiona podawała mu kartka po kartce i dostrzegłszy, co robi, sama zaczęła wpisywać cyferki przy nazwach miejscowości. Na szczęście już wcześniej ułożyła listy okręgami, w odpowiedniej kolejności, więc było mu o wiele łatwiej odnaleźć się na mapie.

Przez jakiś czas pracowali oboje w ciszy, przerywanej tylko szelestem papieru, zgrzytnięciami grafitu, ledwie słyszalnymi puknięciami ołówka o twardy jak kamień papier i dziwnymi odgłosami dobiegającymi gdzieś z pustyni.

W którymś momencie wiatr zmienił odrobinę kierunek i przyniósł ledwo uchwytną nutkę piżma. Hermiona odetchnęła głębiej i z lekkim uśmiechem błąkającym się na twarzy wróciła do ostatniej kartki. Chwilę później podała ją Severusowi, usiadła trochę bokiem i pozwoliła sobie mu się przyjrzeć.

Kosmyki długich włosów poruszały się rytmicznie, gdy pisał coś drobnym, ścisłym pismem. Hermionie przypomniało to receptę na truciznę i jego notatki, które robił, gdy szukali mordercy kilka tygodni temu. Jak inne były ich układy! Szczególnie w twoim przypadku dodała, czując nadal ciepłą twardość na biodrze.

Gdy kończył notatki, powoli i uważnie sunął palcem po mapie, do kolejnego miasta. Zarówno sam gest, jak i widok jego długiego, wąskiego palca był zaskakująco hipnotyzujący, Hermiona nie była w stanie oderwać od niego wzroku i coś w niej zapragnęło, żeby tych miast było... tysiące. Miliony. Naraz odkryła, że mogłaby tak patrzeć na niego w nieskończoność.

Jednak wszystko, co dobre, niestety się kończy. Kilka minut później Severus podniósł głowę i przywołał ją gestem.

A właśnie, że się nie kończy pomyślała, przechylając się ku niemu.

- Mamy siedemdziesiąt sześć miejscowości, w tym dwanaście większych i dziewięć dużych miast – powiedział i Hermiona otrząsnęła się, żeby wrócić do rzeczywistości. – Ponad trzysta adresów do sprawdzenia. Prócz tego dojdą te miejsca, o których mówiłaś. Załóżmy trzysta pięćdziesiąt. Ile czasu potrzeba, żeby ta magia zadziałała?

- Tau i Ill-oo'ka mówili, że natychmiast – odparła. Istotnie, natychmiast.

Severus patrzył na nią chwilę w milczeniu, marszcząc brwi i choć Hermiona domyślała się, że liczy, sama nie potrafiła się skupić.

- Sądzę, że wystarczą nam trzy dni – ocenił w końcu. - Aportujemy się wpierw w dużych miastach, pod wszystkimi adresami, potem w znanych miejscach i dopiero potem przeniesiemy się do tych mniejszych, a potem najmniejszych.

- Masz na myśli okręg po okręgu, czy całe Koralowe Wybrzeże?

- Spróbujmy wpierw jeden okręg i zobaczymy. Im większa odległość, tym trudniejsza aportacja, a będzie ich bardzo dużo.

Hermiona westchnęła ciężko. Zanosiło się na bardzo męczące dni. Już po dzisiejszym zaczęły boleć ją nogi, a kilka następnych miało być jeszcze trudniejszych. Ale przecież sama tego chciała.

Zmieniła trochę pozycję, rozprostowała lewą nogę i poruszyła stopą.

W tym czasie Severus zdjął Temporis Duro z mapy, złożył ją i podał Hermionie razem z plikiem kartek z adresami.

- W ten sposób mamy jeden dzień na nieprzewidziane problemy.

- Albo na szukanie gdzie indziej – dodała Hermiona i widząc jego pytające spojrzenie, wyjaśniła. – Moglibyśmy aportować się w znanych miejscach w innych dużych miastach. Już nie na Koralowym Wybrzeżu. W Sydney, Melbourne, Brisbane...

Severus również usiadł wygodniej i przyjrzał się jej uważnie. Bardzo uważnie.

- Czemu? – spytał w końcu.

Hermiona przesunęła końcem ołówka po piasku, malując prostą, cienką kreskę.

- Gdyby znudziła mi się rafa koralowa i chciałabym przenieść się gdzie indziej, najprawdopodobniej szukałabym jakiegoś znanego miasta po tej samej stronie Australii, a nie malutkiej wioseczki po drugiej stronie kontynentu. Tak łatwiej się przeprowadzić. Poza tym nawet mieszkając na Wybrzeżu Koralowym chciałabym pewnie zobaczyć jakiś inny kawałek tej Australii. A po trzecie nie wiem, jak to jest z dokumentami, ale pewnie musieli się gdzieś zgłosić, żeby wystąpić o prawo pobytu, szukać pracy... I może od czasu do czasu muszą odnawiać takie pozwolenie.

Mówiła, rysując kolejne linie, wzdłuż i w poprzek, układające się w równą kratkę. Poruszany wiatrem płomień z ogniska dorysowywał inne, tworząc ciemno-czerwone poszarpane górki i pogrążając w mroku dolinki i sprawiając, że ten rysunek żył własnym życiem. Pulsował.

Oboje przyglądali mu się przez chwilę w ciszy.

- Severus? – ołówek zamarł i Severus podniósł na nią wzrok. – Nadal jesteś na mnie zły?

Nie odpowiedział od razu. Zły? Do tej pory nie bywał zły, to słowo nie istniało w jego słowniku. Mógł być na kogoś wściekły, mógł dostać furii, mógł być nie w humorze, ale nie... zły. A kiedy wściekłość mijała, przychodziła obojętność. Złość oznaczałaby, że mu na czymś... na kimś zależało.

Tym razem nawet teraz, w tej chwili nie odczuwał obojętności. Do tego jednak nie zamierzał się przyznać.

- Tu nie chodzi o to, czy jestem zły – odpowiedział w końcu. – Tu chodzi o to, że podjęłaś decyzję bez przemyślenia, pod wypływem emocji. I straciłaś bezpowrotnie coś bardzo dla ciebie cennego. To już kolejny raz, kiedy reagujesz impulsywnie, zamiast rozważyć na spokojnie wszystkie opcje i wybrać najlepszą z nich. I kolejny raz, kiedy nie chcesz słuchać tego, co się do ciebie mówi.

Hermiona przygryzła usta. Z jednej strony miał rację. Ale ponieważ na pewno nie był kimś targanym uczuciami jak ona, nie mógł zrozumieć, co czuła.

- Może i tak – westchnęła. – Ale to naprawdę ma dla mnie olbrzymie znaczenie. I nie potrafiłabym wrócić dziś do Anglii i zacząć od nowa. Szukanie po mugolsku mogłoby trwać latami. Więc uznałam, że zamiast czekać, mogę je oddać.

- I nadal uważasz, że podjęłaś dobrą decyzję?

- Tak – odparła natychmiast Hermiona i na widok jego uniesionej w górę brwi dodała. – No dobrze, może dwanaście lat to dużo. Nawet bardzo dużo. Ale z drugiej strony zawsze czułam się źle z rówieśnikami. W mugolskiej szkole rozważali przesunięcie mnie dwie klasy wyżej, ale rodzice się nie zgodzili. W Hogwarcie.. – uśmiechnęła się pod nosem – Pamiętam, jak jechałam pierwszy raz Ekspresem Hogwart. Byłam pierwszoroczna, niemal wszyscy byli ode mnie starsi, a i tak moim zdaniem zachowywali się jak dzieci. I w ciągu wszystkich sześciu lat było podobnie. Nie mówiąc o powrocie na siódmy rok. Na studiach to samo – przyszło jej do głowy, że trzy lata starszy Wiktor i sześć lat starszy Ben mówili sami za siebie. – Teraz w Św. Mungu i w Ministerstwie jest inaczej. Ludzie są dorośli, starsi ode mnie i wreszcie czuję się na swoim miejscu.

- Porozmawiamy sobie o tym za jakiś czas. Nie wydaje mi się, żebyś za miesiąc czy rok miała podobne zdanie. A jak się teraz czujesz? Po tym rytuale?

Hermiona westchnęła ciężko, odłożyła ołówek i spojrzała na niego.

- Teraz jestem po prostu zmęczona. Może trochę boli mnie głowa. Przejdzie. Ale rano było gorzej. Rano... – rano miała wrażenie, że coś w niej umarło i nie chciała już nigdy przez coś takiego przechodzić. I musiała mu to powiedzieć. – Wiem, że byłeś na mnie zły, ale proszę, Severus, nie rób mi już tego nigdy więcej.

Jej wzrok był jak drzazga wbijająca mu się prosto w serce. Tak samo jej drżący głos. I oczy, błyszczące naraz o wiele bardziej w świetle ognia.

- Posłuchaj – z trudem przełknął ślinę i spróbował odetchnąć, żeby uspokoić szalone bicie serca. I wbił wzrok w czarne niebo usiane gwiazdami, jakby mogło mu przynieść ukojenie, ale zamiast tego znalazł się znów przed portretem Grubej Damy czekając na Lily. I czuł się dokładnie tak samo. I przeraźliwie bał się, że tym razem koniec będzie identyczny. – Rano... To, co mówiłem rano było... niestosowne. Niewybaczalne. To nie powinno zostać powiedziane.

Nie potrafił i nawet nie chciał wymówić tych samych słów, co wtedy. Bo gdyby je wymówił, na pewno odwróciłaby się i odeszła. Tak chociaż mógł mieć nadzieję.

Ale zacisnął oczy, żeby tego nie widzieć i tylko czekał na szelest ubrania, szmer sypiącego się piasku...

Naraz poczuł lekki uścisk na ramieniu.

- Severus? - odważył się na nią popatrzeć i ujrzał, jak się lekko uśmiecha. – Nie gniewam się.

- Nie...

Hermiona kiwnęła lekko głową. Spodziewała się co najwyżej niewyraźnego bąknięcia „Przepraszam", ale to, co usłyszała starło momentalnie łzy i ból. Te kilka słów było jak kojący balsam na głęboką ranę, jak najmocniejszy eliksir słodkiego snu.

- Nie – powtórzyła. – Na tym polega prawdziwa przyjaźń. Na wybaczaniu tej drugiej osobie, kiedy ta żałuje. A ja... cię tak traktuję. Jak prawdziwego przyjaciela.

Myślała, że będzie zaskoczony. Może zły, a może po prostu zaakceptuje to, co powiedziała. Ale zupełnie nie spodziewała się tego, co zobaczyła. W jednej chwili opadły wszystkie osłony, które zawsze stawiał, żeby ukryć swoje uczucia i odgrodzić się od innych, jego oczy stały się zwierciadłem jego serca i duszy i dostrzegła w nich szok. Absolutny, bolesny szok.

Severus wiedział, że w tej chwili widać po nim, co czuje, ale nie potrafił tego ukryć. Nie był w stanie.

Na tym polega prawdziwa przyjaźń. Na wybaczaniu tej drugiej osobie, kiedy ta żałuje.

Jego świat eksplodował i powstał na nowo i nagle, jak w kalejdoskopie, wszystkie wydarzenia ułożyły się w zupełnie inną historię... odkryły nagle prawdę, której do tej pory nie widział. Zupełnie jakby ktoś poruszył lustrem i naraz wszystko ukazało się w zupełnie innym świetle.

WTEDY Lily obróciła się od niego z pogardą w oczach i odeszła, choć prosił i przepraszał. Żałował. I był pewien, że Teraz skończy się dokładnie tak samo.

Ale ta inna Gryfonka została. Uśmiechnęła się. Wybaczyła mu.

I powiedziała Prawdę, której do tej pory nie dane mu było poznać. „Na tym polega prawdziwa przyjaźń. Na wybaczaniu tej drugiej osobie, kiedy ta żałuje."

Prawdziwa przyjaźń. Merlinie... To takie proste...

To nie była prawdziwa przyjaźń. To było tylko twoje wielkie, gorące życzenie. Tak bardzo tego pragnąłeś, że wmówiłeś sobie, że to prawda... Ale to nie była Prawdziwa przyjaźń. Nie z JEJ strony.

Sevrus opuścił głowę, bo nagle wszystko zawirowało, zachwiało się dookoła.

- Severus? Czy... – Hermiona uścisnęła mocniej jego ramię i dopiero wtedy dotarło do niego, że nadal go dotyka. – W porządku?

- Zostaw mnie – skulił się, żeby powstrzymać myśli, bo to, co zaczynał pojmować, wywracało cały jego świat na drugą stronę. I jego wnętrze; rozdzierało serce, duszę i ciało. Czuł, jak cały zaczyna się trząść. – Zostaw.

- Dobrze, ale... powiedz tylko, czy nic ci nie jest?

Jej zaniepokojony głos i ciepła ręka utrzymywały jeszcze świat i jego samego w całości, ale czuł, że gdy tylko go puści, wszystko się rozsypie. I tak miało być. Musiało się rozsypać, żeby mógł złożyć go na nowo, tak, jak być powinien.

- Tak – szarpnął głową, nadal patrząc niewidzącym wzrokiem gdzieś w dół. – Teraz zostaw mnie. Proszę.

W Azkabanie Hermiona masowała i ściskała mu ramię, żeby dodać mu otuchy. Ale od tego czasu tyle się zmieniło... Sama nie wiedziała, jakim cudem się na to odważyła. Delikatnie podniosła jego twarz, przesunęła dłonią po policzku i pochyliwszy się, przytuliła usta do zmarszczki między jego brwiami.

- Oczywiście – szepnęła. – Będę na górze.

Po czym wstała i odeszła.

Dopiero teraz. I gdy odgłos jej kroków znikł w oddali, wszystko pękło i zapadła ciemność.

ROZDZIAŁ XI Anglia, Londyn,

Hotel Hilton

Poniedziałek koło 12tej czas angielski

Koło 21-szej czas australijski

Monika zaparkowała wynajętego Nissana na podziemnym parkingu, wyciągnęła dwie walizki, zarzuciła plecaczek na ramię i bez mała słaniając się na nogach doczłapała do wind.

Była ledwo żywa. I miała ochotę zacząć mordować. Wszystkich.

Samolot spóźnił się ponad dwie godziny. Z powodu strajku personelu lotniska połowa stanowisk kontroli paszportowej była zamknięta, więc kolejka była dwa razy dłuższa niż normalnie. Gdy w końcu wymęczeni pasażerowie przeszli przez kontrolę, okazało się, że wszystkie bagaże – naturalnie nie odebrane o czasie, zabrano z taśmy i trzeba było czekać pół godziny, aż zostały wyładowane ponownie. Na dwóch różnych taśmach, skrajnych oczywiście.

Gdy wreszcie dotarła do agencji wynajmu samochodów – cała strefa była odgrodzona, a personel ewakuowany z powodu jakiejś porzuconej walizki. A kiedy wreszcie agencję otwarto, do Hertza rzucił się dziki tłum...

Wychodząc z windy do olbrzymiego holu poraziła ją wszechobecna biel, ale Monika nie była nawet w stanie powiedzieć, czy bierze się z lśniącej jak tafla lodu białej marmurowej posadzki, białego sufitu i białych ścian, na tle których odcinały się wyraźnie brązowe kolumny, czy po prostu oślepiła ją kotłująca się w niej furia.

Ledwie dała krok przed siebie, natychmiast podbiegł do niej młody chłopak w nieskazitelnej liberii boya hotelowego, żeby odebrać jej bagaże i jej złość troszkę osłabła. Gdy wyjaśniła, że przyjechała na Sympozjum, zaprowadził ją do osobnego kontuaru, przy którym stała młoda dziewczyna o długich, splątanych brązowych włosach.

Monika podała jej paszport.

- Dzień dobry. Mam u państwa rezerwację. Monika Wilkins.

Dziewczyna błyskawicznie odnalazła ją w komputerze.

- Oczywiście – uśmiechnęła się do niej szeroko. – Mam rezerwację dla państwa Moniki i Wendella Wilkins. Pan Wilkins pewnie zaraz przyjdzie...? – spojrzała odruchowo w kierunku wind.

- Egency Travel nie zawiadomili was o zmianie rezerwacji? – zdziwiła się Monika. – Mój mąż nie mógł przyjechać, jestem sama.

Dziewczyna chwilę szukała w komputerze, marszcząc brwi.

- Przykro mi, ale nie dostaliśmy żadnego zawiadomienia od nich... Ale nic nie szkodzi, pani Wilkins. I tak nie wiem, czy moglibyśmy zmienić pani pokój, przez ten tydzień mamy komplet. Jak minęła podróż?

Monika odebrała paszport i schowała go do portfela.

- Szczerze mówiąc była koszmarna. I strasznie długa. Nie marzę o niczym innym, tylko o tym, żeby pójść spać.

Recepcjonistka spojrzała na nią z wyraźnym współczuciem.

- Może życzy sobie pani zamówić lunch do pokoju? Nie? To może choć jakąś drobną przekąskę? Jak się pani obudzi, będzie pani strasznie głodna. Mogę pani polecić nasze ciastka, pieczone na miejscu. Dziś zrobili cudowne bułeczki drożdżowe, przepyszne! – przechyliła się do niej lekko i mrugnąwszy okiem, dodała ciszej. – Przyznam się, że podskubuję je od samego rana.

Monika zawahała się. Może to i nie był taki zły pomysł...

- Eduardo – dziewczyna bezbłędnie zauważyła jej wahanie. – Skocz do restauracji i przynieś kilka drożdżówek, a ja przez ten czas wyjaśnię pani Wilkins wszystko, co trzeba. Z owocami czy z konfiturą? – zwróciła się do Moniki.

Monika poczuła, jak znika, wyparowuje z niej kolejna porcja złości. Zupełnie jakby ktoś zdjął jej z ramion ciężki płaszcz i poczuła się nagle o wiele lżejsza.

- Z konfiturą – uśmiechnęła się do boya hotelowego.

- Madame – skłonił się ten, obrócił na pięcie i bez mała wpadł na ubraną trochę wyzywająco blondynkę stojącą tuż za nim.

Recepcjonistka położyła na białym blacie kartę do pokoju i małą broszurkę hotelu.

- Apartament 1647. Eduardo panią zaprowadzi. Bankiet odbędzie się w Sali Królewskiej, o siódmej wieczorem. Jeśli życzy pani sobie zamówić prasowanie, proszę zadzwonić na recepcję – wskazała długopisem numer 980. – Tu znajdzie pani godziny podawania posiłków, jeśli życzy pani sobie zamówić coś do pokoju, albo nie odpowiada pani wybór kaw, herbat czy czekolady do ekspresu również wystarczy do nas zadzwonić. Adapter do gniazdka... – chwilę szukała w szufladzie, mrucząc „Australia..." i w końcu dała Monice dwie przejściówki do gniazdek elektrycznych. – Proszę bardzo. Jeśli potrzebuje pani więcej, to proszę dać nam znać. Z okazji dzisiejszego bankietu zamówiliśmy na dzisiejsze popołudnie fryzjerkę, kosmetyczkę i makijażystkę – dodała z porozumiewawczym uśmiechem. – Taka odrobina rozpieszczania nigdy nam, kobietom, nie zaszkodziła, choć pewnie panowie będą innego zdania, bo zainstalowaliśmy je w Salonie Whisky.

Obie zaśmiały się i Monika włożyła przejściówki do plecaka.

- Dziękuję, pomyślę o tym – powiedziała, odbierając kartę. - Dam sobie radę, proszę nie fatygować...

- Absolutnie nie – przerwała jej stanowczo dziewczyna. – Nie będzie pani nosić bagaży. Poza tym Eduardo już wrócił.

Monika obejrzała się przez ramię i zobaczyła przed sobą duży talerz pełen niewielkich, upieczonych na złocisty kolor drożdżówek. Sekundę później dotarł do niej zapach – mocny aromat drożdży, maślanego ciasta i jeszcze rozgrzanej konfitury ze śliwek. I z niepojętych powodów odtajała zupełnie – wyparowała z niej resztka złości, jej miejsce zajęło błogie szczęście i nabrała nagłej ochoty na to, żeby znaleźć się w swoim ukochanym, zaczarowanym świecie – zdjąć buty, skulić na kanapie... z dobrą książką i tymi właśnie drożdżówkami.

- Bardzo panu dziękuję – uśmiechnęła się radośnie.

Gdy Eduardo i Monika odeszli do wind, do lady podeszła blondynka i oparła o nią w niedbałej, trochę nonszalanckiej pozie dłoń o długich, krwisto-czerwonych paznokciach.

- Dzień dobry. Czy mogłaby mi pani powiedzieć, w którym pokoju mieszka ta pani? – wskazała Monikę i złote pierścionki błysnęły w świetle dziesiątek lamp. – To... moja znajoma. To znaczy koleżanka po fachu, rozumie pani – spojrzała trochę z wyższością na młodą dziewczynę. – I chciałabym jej zaproponować wspólną sesję makijażu. Dzisiejszy wieczór to cudowna okazja, żeby zrobić wspaniałe wrażenie.

Dziewczyna uśmiechnęła się grzecznie.

- Proszę mi wybaczyć, ale hotel nie ma prawa udzielać tego typu informacji. Ale jestem pewna, że spotka pani swoją znajomą, jeśli nie u makijażystki, to na dzisiejszym bankiecie. Mogę prosić o pani paszport albo dowód osobisty?

Blondynka posłała jej wysilony uśmiech i niechętnie podała jej paszport.

Australia, Birriani

O tej samej porze

Gdy Hermiona weszła do hoteliku, w barze panował zwykły rozgardiasz. Kilka osób grało w karty, przy stoliku przy wejściu siedział jakiś młody Aborygen i malował białe i żółte kropki na kawałku deski, trochę dalej jakaś para starszych pań chichotała w najlepsze, a zaraz za nimi kiwał się smętnie nad szklaneczką tak zarośnięty mężczyzna, że gdyby nie kształt głowy, nie można byłoby poznać w nim białego. Nad tym wszystkim unosiły się leniwie smugi aromatycznego dymu z czyjejś fajki.

- Hermiona! – usłyszała wołanie Tau od strony kontuaru i aż podskoczyła. – Bez obaw! No i jak było?

Merlinie, ten to miał zdolność zadawania kłopotliwych pytań!

- W porządku – odparła, podchodząc do niego i odbiła piłeczkę. – A ty? Co to jest?

W szklance, którą wskazała, w mętnej wodzie pływały różowawe, malutkie kuleczki. Wyglądały jak kawior, ale zapachem wcale go nie przypominały. Na szczęście.

- Finger lime w wodzie z cukrem. Taka cytrynka. Chcesz? – Tau skinął ręką na Jacka. - Zrób jeszcze jeden sok dla Hermiony!

Zabrzmiało to całkiem przyjemnie, więc Hermiona zdecydowała się spróbować. Usiedli ze szklankami przy wolnym stoliku i Hermiona zakołysała swoją.

- Nie bój się – zachichotał Tau i jakby dla dodania jej odwagi wypił kilka łyków.

To był ten sam człowiek, który dwie godziny temu jadł larwy na surowo, więc Hermiona wzięła mały łyczek i dopiero, gdy poczuła słodko-cytrynowy smak, odważyła się na więcej.

- Bardzo dobre – oceniła, przegryzając kuleczki.

- No więc? Udało się wam zaplanować jutrzejszy dzień? – zagadnął Tau.

- Owszem. Mamy plan aż do czwartku włącznie, piątek zostawiamy na inne duże miasta po wschodniej stronie Australii. Skąd wiesz, że planowaliśmy?

Aborygen przez chwilę kołysał szklanką z pełnym zakłopotania uśmiechem, ale gdy Hermiona uniosła pytająco brwi, zachichotał i odparł:

- Nie gniewaj się, ale... pół osady przyszło pytać, co za idioci siedzą przy ognisku, skoro cały czas jest ciepło. Więc też rzuciłem okiem.

Hermiona parsknęła tak, że aż opluła stół maleńkimi kuleczkami.

- Chłoszczyść – mruknęła, stukając różdżką w blat i kuleczki znikły. – Severus będzie zachwycony, wiedząc, że awansował na idiotę.

Chwilę podśmiewali się z nich samych, aż w końcu Tau zaczął się dopytywać o plany na najbliższe dni. Z uznaniem kiwnął głową, gdy Hermiona mówiła o kolejności, w jakiej mieli szukać i przyznał rację co do planów na piątek.

- Też nie wiem, jak wygląda sprawa z dokumentami. Staram się nie mieć zbyt wiele kontaktów z mugolami. Ale pamiętam, że gdy byłem mały, co jakiś czas jeździliśmy do jakiegoś dużego miasta, do urzędów. I na zakupy.

- A wiesz, jaki zasięg ma ta magia? – spytała Hermiona.,

- Chyba tylko Bupogul mógłby to powiedzieć. Ale nie wiem nawet, czy tu można mówić o zasięgu. Wszystko zależy od tego, jak dawno byli w miejscu, w którym się aportujesz, ale również jak długo. Mogą tam mieszkać, spacerować w pobliżu czy jeździć samochodem i wtedy pewnie już z dala ich odnajdziesz, a mogli równie dobrze przed godziną wpaść do restauracji na obiad. Ale nie znam się na tym – rozłożył ręce Tau. – Jeśli chcesz, jutro przyniosę jakiś eliksir wzmacniający czy regenerujący, pewnie ci się przyda.

Hermiona odruchowo poruszyła nogami, które były chyba cięższe od niej samej.

- I przeciwbólowy, jakbyś mógł, byłabym ci bardzo wdzięczna. Nie wiem, czy Severus coś ma, ale nawet jeśli tak, to chyba szybko wyjdzie. A co, jutro idziesz do... pracy?

Tau potaknął, ale wcale się nie skrzywił, jak większość ludzi, którzy właśnie tak reagowali na to pytanie. Zwłaszcza w niedzielę wieczorem.

- Mam trochę zamówień na przyszły tydzień. I muszę wybrać się po ingrediencje.

- W ogóle to jak wygląda twoja praca? – zaciekawiła się Hermiona.

Aborygen zaczął wyjaśniać, jak spotyka się z klientami, zbiera zamówienia, kupuje składniki, gdzie warzy, opisał swój magazyn w Metropolii i Hermiona próbowała to porównać do Pracowni Powella, którą znała. I do sposobu pracy Severusa.

- Taki zwykły tydzień – ocenił Tau na zakończenie. – A ty? Co będziesz robić, jak wrócisz?

- Na pewno wrócę do pracy – stwierdziła stanowczo Hermiona. – Jestem Uzdrowicielką w Klinice w Londynie. Tydzień temu trochę się załamałam, przestałam chodzić do pracy i odcięłam od ludzi dookoła. I przestałam używać magii. Ale Severus postawił mnie na nogi. I to jak! Merlinie, nawet nie wyobrażasz sobie, jak mnie opieprzył – aż pokręciła z niedowierzeniem głową na samo wspomnienie jego tyrady. – I muszę przyznać, że miał rację.

- Mogę sobie wyobrazić.

- Wierz mi, nie – zaprzeczyła Hermiona, ale to przypomniało jej sprawę Rayleigh. – I od poniedziałku zaczyna się proces Rayleigh przed Wizengamotem. Nie stawiłam się na przesłuchanie w Ministerstwie, ale na pewno będę na procesie.

- Wiecie wszystko, co się wydarzyło, bez was obojga się nie obędzie – potwierdził Tau. – Będziecie chyba jedynymi świadkami, bo ta jakaś dziewczyna, którą ocaliliście, chyba się nie liczy?

- Raczej nie wie zbyt wiele. Ale ja też nie wiem wszystkiego. I tak myślę, że przyjdę na wszystkie rozprawy, żeby dowiedzieć się szczegółów.

- Jak to nie wiesz? – zdziwił się Tau.

- Nie wiem, jak dokładnie wyglądała ostatnia wizyta Bryanta. Kiedy Severus pokazał mu fałszywą plamę – zaczęła wyliczać Hermiona. – Nie wiem, jak to możliwe, że Bryant go złapał. Domyślam się, że musiał się jakoś ukryć, bo gdyby Severus go widział, na pewno by sobie z nim poradził – Tau uśmiechnął się, ale nie zwróciła na to uwagi. – No i przede wszystkim nie wiem, co się działo, kiedy Rayleigh zabrała go do siebie z Howden Dam. Jako Tylor. Kiedy wróciła do własnej postaci? I jak on się uwolnił?

Uśmiech znikł z twarzy Tau jak za machnięciem różdżki i zastąpił go lekki popłoch. Wyglądał zupełnie jak wtedy, gdy bardzo blisko niego byli obcy ludzie i kulił się w sobie, żeby uniknąć dotyku.

Najwyraźniej wiedział i to musiało być bolesne, albo…

- Coś ci mówił? – nacisnęła Hermiona. – Jak on to zrobił?

- Tylko wspomniał – odparł z ociąganiem.

- Nie widziałam wtedy, ale chyba gdy był w Howden Dam, to nie mógł dosięgnąć ukrytej różdżki? Bo inaczej zrobiłby coś już wcześniej. Pomógł mi jakoś. I przecież by mnie tam nie zostawił!

- Hermiono, bez obaw! Nie mógł jej wyjąć! – zawołał i na widok uporu na jej twarzy dodał. – On… Zaczęli… się całowali i ona go rozwiązała, żeby… no wiesz. I wtedy on ja uderzył tak, że zemdlała.

Hermiona zamarła. Miała wrażenie, że to JĄ ktoś właśnie uderzył. Rąbnął z całej siły, prosto w twarz.

Coś lodowatego rozlało się jej w piersi, skuło serce i odebrało oddech i poczuła, że za chwilę się udusi.

CO oni robili?!

Całowali się?

Jakimś cudem udało się jej odetchnąć i lód zmienił się w ogień i krew zawrzała jej w żyłach.

- CO oni robili? – spytała powoli.

Aborygen, sam spanikowany, uniósł ręce, jakby próbował ją uspokoić. Równie dobrze mógł próbować uspokajać w ten sposób rozwścieczonego hipogryfa.

- Musiał się jakoś uwolnić, w...

- I żeby się uwolnić, musiał... – Hermionie aż zabrakło głosu.

- Posłuchaj, nie złość się, to tylko...

- Nie złość się?! Mam się nie złościć? Tau, ja się tam prawie spaliłam żywcem! Brakowało dosłownie sekund! I pomyśleć, że jeśliby czekał... jeśliby się… jeszcze chwilę dłużej... albo ... nie ważne! Jakby czekał jeszcze kilka sekund, to ja mogłam tam spłonąć! Bo mu się zebrało na... na... na Całowanie!

Mówiła i jednocześnie słyszała swój wysoki, piskliwy głos, jakby stała z boku.

Tau skrzywił się bezradnie.

- To straszne. To, co musiałaś wtedy czuć. I że mogłaś tam umrzeć...

Jego dalsze słowa zginęły, uniesione przez wiatr, przez wściekłość, przez szok. Widziała, że nadal mówił, bo poruszał ustami, ale tak naprawdę, to był tylko tłem, na którym wybuchły setki obrazów z tamtej chwili.

Ale to nie ogień się liczył. Nie pożar. To nie miało żadnego znaczenia! Co się liczyło, to to, co się działo po JEGO stronie.

Ktoś inny ośmielił się do niego zbliżyć. Położyć na nim ręce. I jednocześnie on położył ręce na jakiejś innej kobiecie.

O Melinie!

Do tej pory sądziła, że jest tą jedną, jedyną osobą na świecie, na której mu zależało, której nie odpychał, przy której był sobą. Że miała wyłączność na jego przyjaźń, troskę, na tę wyjątkową relację i na... wszystko!

Czuła się, jakby oswajała dzikie zwierzę, do którego nikomu innemu nie wolno było podejść.

A tymczasem ktoś... jakaś kobieta, jej to ukradła. Przekreśliła to wszystko. I to jeszcze jak!

Hermiona szarpnęła głową. Nie była jeszcze gotowa choćby spróbować wyobrazić sobie, co się tam mogło dziać. JAK to mogło wyglądać. Boże, nie! Nie teraz. Nie tu! Nie przy innych!

- Przepraszam, Tau – powiedziała, odetchnęła głęboko i zaczęła mówić bardzo powoli i bardzo spokojnie. – Wiesz, chyba pójdę spać. Ten dzień był długi i... skomplikowany. I chyba jestem trochę zmęczona.

Przykleiwszy do twarzy uśmiech, pomału wstała od stołu, rzuciła miękko „dobranoc", dokładnie przysunęła krzesło do stołu i krok po kroku, stopień po stopniu, weszła na górę.

Jej pokój był otwarty. Okno też, ale teraz nie miała ochoty do niego podchodzić, więc panując jeszcze nad sobą, zamknęła je zaklęciem, po czym usiadła na łóżku, wyjęła ciepły, pulsujący Kamień i przycisnęła do niego czoło.

Czemu ten świat musi być tak obłąkany? Żeby w tym samym dniu, w którym pojmujesz, że się zakochałaś, dowiadujesz się również, że twój mężczyzna całował się z inną?

Londyn, poniedziałek, 16h

Klinika Św. Munga / mieszkanie Beth

Marga i Mathias kończyli właśnie trochę wcześniejszy obchód. Mathias przyjrzał się karcie śpiącego pacjenta pod oknem, odwiesił na oparcie łóżka i odszedłszy kilka kroków, odezwał się przyciszonym głosem.

- Doskonale, nie ma już gorączki, daj mu jeszcze dwie fiolki czyścioszka i do jutra powinien poczuć się jak nowonarodzony. Tylko zrób co najmniej pięć godzin przerwy między nimi, bo przeczyści go na całego.

Podczas gdy Uzdrowicielka robiła krótką notatkę, zerknął dyskretnie na zegarek i podszedł do ostatniej pacjentki, tuż przy drzwiach. Starsza pani trafiła do nich dwa dni temu z powodu silnego zatrucia po spożyciu jaja widłowęża, które kupiła na ulicy Śmiertelnego Nokturnu jako znakomity środek na poprawianie sprawności umysłowej i Mathias słyszał, że na piętrze szły niezłe zakłady o to, czy podziałało.

- Co to za książka? – uśmiechnął się do niej, sięgając po kartę w nogach łóżka.

- Historia Rady Czarodziejów, pióra samego Burducka McLevisa – odezwała się starsza pani raźnym głosem. – Jestem już w połowie!

- Szybko pani czyta – powiedziała z uznaniem Marga.

- Dziecko kochane, ja nie czytam, ja przeglądam. Żeby sobie odświeżyć pamięć – oświadczyła czarownica z wyższością. - Jutro o siódmej rano macie mnie przepytać ze wszystkich dekretów aż do 1631 roku!

- Droga pani Zenobio, myślę, że odłożymy tę przyjemność na kiedy indziej – zaprotestował Mathias. – Jutro rano będziemy bardzo zajęci. A teraz życzę miłego popołudnia i miłej... przygody z Burduckiem McLevisem.

Po czym pospiesznie wyszedł aż na korytarz i dopiero wtedy skinął na Margę.

- Chyba doszła już do siebie – mruknęła Uzdrowicielka.

- Zaskakująco szybko – zgodził się z nią Mathias. – Szczególnie, że jeszcze wczoraj nasza pani profesor wymiotowała dalej niż widziała. Jeśli do jutra nic się nie zmieni, wypiszcie ją do domu.

Marga obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.

- Jutro też cię nie ma? Myślałam, że tylko dziś wychodzisz wcześniej.

- Być może się spóźnię. Wiesz, nie chcę załapać się na to przepytywanie – uśmiechnął się szeroko Mathias i mrugnąwszy okiem, ruszył przed siebie.

Marga zamarła na sekundę, po czym podbiegła do niego, wyprzedziła i zastąpiła mu drogę swoimi dwustoma funtami żywej wagi.

- Jak ona ma na imię?

- Zenobia Russell...

- Nie mówię o tej, od której właśnie wyszedłeś, tylko o tej, do której się wybierasz – powiedziała słodko.

Mathias już chciał ją grzecznie odsunąć, gdy dotarły do niego jej ostatnie słowa i bardzo powoli opuścił rękę.

- Do nikogo się nie wybieram – bąknął cicho. – Nie wiem, skąd ci to...

- Och, daruj sobie. Łgać możesz pacjentom, ale nie mi – przerwała mu Marga. – Od kilku dni sypiesz dowcipami, uśmiechasz się tak, że gdyby nie uszy, to zęby widać ci byłoby nawet od tyłu, chodzisz w pląsach, poprawiasz włosy, albo gapisz się cielęcym wzrokiem w ścianę. Troll by się zorientował.

Mathias wyprostował się i przybrał poważny, nawet trochę protekcjonalny wyraz twarzy.

- Margaret – odchrząknął. – Chciałbym ci przypomnieć...

- Że jesteś moim szefem. Wiem. No więc? Coś nie tak? Biorąc pod uwagę, jak wyglądasz, jestem pewna, że nie jest ani brzydka, ani głupia.

Okrągła twarz Margi znikła i na jej miejsce wypłynęła owalna twarz Beth, jej błyszczące radością oczy, urzekający uśmiech, dźwięczny głos... Brzydka?! I głupia?! Merlinie!

Widząc, jak się skrzywił, Marga zachichotała i kiwnęła głową.

- No więc? Czemu się boisz przyznać?

Merlinie, ona nigdy nie odpuści!

- Bo jak tylko się przyznam, zaczniecie wszystkie mnie śledzić, żeby tylko ją zobaczyć – wybuchnął nagle, rozzłoszczony. - A jak tylko zobaczycie, zaczniecie gadać głupoty i być może jednym durnym zdaniem przekreślicie coś... – urwał, czując, że się zagalopował i dodał już spokojniej. - Na czym mi zależy. To mugolka, Marga. Potrzebuje czasu, żeby się z tym wszystkim oswoić. I ostatnią rzeczą, jakiej nam trzeba, to tabun wiedźm łażących za nami i rzucających głupie komentarze.

Kobieta przed nim nagle spoważniała i odsunęła się o krok.

- Przepraszam, Mathias. Może faktycznie trochę przesadzam.

- TROCHĘ to przesadzałaś sześć lat temu. Do dziś bardzo ci się pogorszyło. I nie tylko tobie.

- Myślałam, że jest dokładnie na odwrót i już nam przeszło.

- Jasne – spojrzał na nią ironicznie Mathias. - W stan krytyczny.

Marga uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową.

- Dobrze już, dobrze. Będę siedzieć cicho, jak po Silencio. A ty zbieraj się i leć do tej twojej najmilszej.

Tego nie trzeba było Mathiasowi dwa razy powtarzać.

Błyskawicznie przebrał się w normalne ubranie i fiuuknął do siebie, zarówno po to, żeby zmyć z siebie nieciekawy zapaszek Kliniki, jak i po malusieńką buteleczkę z eliksirem o złotej barwie. Jego prezent dla Beth.

Gdy żegnali się w sobotę wieczorem, Beth powiedziała, że w niedzielę chciałaby się przygotować do poniedziałkowego wystąpienia i zaproponowała spotkanie dopiero w poniedziałek po południu.

Mathias doskonale ją rozumiał, co nie znaczyło, że nie poczuł nagłego ukłucia żalu. I nagłej pustki na myśl, że nie będzie jej widział.

I dopiero w domu dotarło do niego coś, co zmyło ten żal. Beth była smutna i wyraźnie zakłopotana, zupełnie jakby dla niej ich spotkania w każdej wolnej chwili dnia też były czymś normalnym. Zupełnie jakby jej również na nich zależało. Na nich i... może na nim?

W niedzielę wybrał się więc na Pokątną, żeby kupić jej jakiś prezent. Coś, co ją rozbawi, albo po prostu się jej spodoba. Coś czarodziejskiego. Błąkał się po nielicznych otwartych sklepach, nie mając pojęcia, co wybrać, aż w końcu w Aptece wpadł na znajomego sprzedawcę, który zabrał go na zaplecze i pokazał malutką buteleczkę ze złotym płynem.

Felix Felicis. Kosztowała całe 50 galeonów, ale nie żałował.

Aportował się w ciemnym kącie na klatce schodowej Beth, nie chcąc czekać na windę, wbiegł po dwa schodki na trzecie piętro i zastukał energicznie do drzwi.

Na dźwięk pukania Beth zalały równocześnie radość i panika. Radość, bo to mógł być tylko Mathias, wszyscy inni używali dzwonka, a panika, bo choć była już elegancko uczesana i dosłownie przed chwilą wyszła od niej koleżanka, która zrobiła jej makijaż, nadal miała na sobie podomkę!

Miotnęła się do pokoju, ale natychmiast przyszło jej do głowy, że przecież w sekundę się nie ubierze, a nie każe mu przecież czekać pod drzwiami. Zawróciła więc i dopiero po dwóch krokach dotarło do niej, że wciąż trzyma plik kartek z przemową profesora Neumanna i jej dopiskami, które PONOĆ! miały pomóc w zapamiętaniu tego wszystkiego. Rozejrzała się rozpaczliwie dookoła i w końcu rzuciła je na komodę i podbiegła do drzwi.

- Mathias! – na jego widok udało się jej nawet na chwilę uśmiechnąć, ale niemal natychmiast mięśnie jej twarzy wykrzywiły się na nowo ze strachu. – Wejdź proszę – dodała z ciężkim westchnieniem.

Mathias sięgnął po jej rękę, żeby się przywitać i zaskoczył go sposób, w jaki ją trzymała. Strasznie sztywno.

- Dzień dobry, Beth – powiedział, całując ją lekko. – Coś się stało? Przeszkadzam?

- Och, Boże, nie. Tylko mam zrobione paznokcie i cały czas się boję, że sobie je połamię. Przepraszam, ale to strasznie dziwne uczucie.

Mathias przyjrzał się jej dłoni i zobaczył białe paski na końcach paznokci i coś jakby malutką kropelkę złota na paznokciu palca serdecznego.

- Ładne – stwierdził.

Beth kiwnęła głową i gestem wskazała mu salonik.

- Przepraszam za ten bałagan. Przed chwilą wyszła fryzjerka i koleżanka, która zrobiła mi makijaż. Taki specjalny, żeby się nie rozmazał, jakbym płakała albo co... Muszę jeszcze wybrać sobie biżuterię, ale cały czas się boję o te paznokcie. I za pół godziny przyjedzie taksówka, bo pewnie wypiję tam odrobinę szampana czy wina i nie chcę potem prowadzić. Chyba nie dałabym rady. A poza tym na mieście są straszne korki. A ja tam muszę być trochę wcześniej. Boże, i jeszcze muszę przepakować torebkę! Próbowałam powtarzać cały tekst, ale już nic nie pamiętam. Zupełnie, jakby mi ktoś wyczyścił pamięć, wiesz? I pomyśleć, że i tak jak zwykle wszystko zacznie się później, po co ja się już teraz denerwuję! Właśnie, skoro jesteś, możesz wyjąć mi buty z pudełka? Tam gdzieś stoi, na szafie. Nie wiem, gdzie. Muszę jeszcze w ostatniej chwili spryskać sobie te włosy lakierem, też nie wiem, gdzie jest, ale to dopiero, jak się przebiorę. I nie wiem, jak ja założę rajstopy z tymi paz... Boże, zapasowe rajstopy!

Mówiąc to, Beth bez przerwy chodziła po mieszkaniu. Podeszła do komody, na której stały pudełka z pożyczoną od koleżanek złotą biżuterią, ale nie chcąc w nich grzebać i zadrapać lakieru, przeszła do kuchni po widelec. Ale pomyliła szufladę ze sztućcami z inną, na serwetki i to przypomniało jej o chusteczkach do nosa, które przed chwilą gdzieś położyła i oczywiście zapomniała gdzie. W tym momencie zapiszczał tysięczny raz od rana telefon i tym razem zabrzmiał jak ponaglenie. Nie wiedzieć po co, bo tradycyjnie będzie godzina opóźnienia, godzina, którą mogłaby wykorzystać na powtarzanie tekstu!

Cholerny profesor Neumann! Na pewno nie chodziło mu o Dublin, on po prostu nie chciał stać przed tysiącem ludzi i gadać do mikrofonu! Bał się, po prostu się bał! I zepchnął to na nią! I teraz to ona umierała ze strachu. Przestawała już kontrolować, co robiła, co mówiła, od wczoraj nie mogła już jeść i nie wiedziała, czy brzuch bolał ją z głodu, czy z paniki, która się tam zalęgła i powoli wyparła wszystkie inne uczucia.

A pomyśleć, że mogłaby teraz spokojnie przygotowywać się na sympatyczny wieczór, być może nawet udałoby się jej zrobić tak, żeby móc zaprosić Mathiasa jako osobę towarzyszącą. Wysłuchaliby półgodzinnej przemowy Neumanna, potem zjedli wykwintną kolację przy kameralnej muzyce... mogliby rozmawiać, może nawet szeptać do ucha zabawne komentarze, kto wie, jak to mogłoby się skończyć. A tymczasem miała wrażenie, że jeśli tylko szerzej otworzy usta, to będzie wymiotować!

- Nie możesz zrobić tak, żeby już było PO? – spytała rozpaczliwie i dotarło do niej, że znów stoi przed komodą, choć przecież miała iść do kuchni po widelec! Sama już nie wiedziała, co robi! – Machnąć różdżką i niech będzie jutro!

Widząc, jak Beth miota się po mieszkaniu, Mathias zerknął na zegarek. Było tuż po w pół do piątej. Zawartość buteleczki miała wystarczyć na pięć, sześć godzin, więc może warto dać jej go już teraz?

- O której masz przemawiać?

Beth wzruszyła ramionami, nacisnęła coś na telefonie i po chwili skrzywiła się.

- Nie wiem. Pewnie koło ósmej. Wiesz, nim wszyscy się zejdą, rozsiądą... – pokręciła bezradnie głową.

Mathias ostrożnie wyjął z kieszonki marynarki maleńką buteleczkę i stanąwszy za Beth, dotknął jej ramienia.

- Podaj mi rękę.

Beth obróciła się gwałtownie, strącając przy tym wieczko jednego z pudełek.

- Po co...?

- Chcę coś ci dać – uśmiechnął się Mathias i pokazał zamkniętą dłoń.

Beth niepewnie wyciągnęła prawą rękę, Mathias włożył w nią coś małego, okrągłego... i gdy cofnął się, w świetle padającym z okna zalśniło na niej coś złotego.

Złota broszka? Albo wisiorek? przemknęło jej przez myśl, ale gdy przekrzywiła głowę, dookoła złota błysnęło coś... jakby szkło. Jakby to była maciupeńka buteleczka dla lalek ze złotym płynem. Beth przyjrzała jej się uważniej i dostrzegła nawet maleńki złoty koreczek.

- Co to... jest?

- Felix Felicis.

Beth doskonale znała łacinę, ale to jej nie pomogło.

- Szczęście szczęśliwe?

- Dokładnie – uśmiechnął się Mathias. – To jest eliksir szczęścia. Myślę, że ci się dziś przyda.

Beth ostrożnie wzięła buteleczkę w dwa palce i poruszyła nią. Złoto natychmiast zafalowało pod powierzchnią szkła i zalśniło w blasku słońca.

- To znaczy, że jak go wypiję, to będę szczęśliwa? – spytała niepewnie.

- To znaczy, że jak go wypijesz, przez kilka godzin uda ci się wszystko, cokolwiek zrobisz. I przy tym będziesz bardzo pewna siebie. Zero stresu – obrzucił wymownym spojrzeniem wieczko na podłodze, porozkładane pudełeczka i na koniec ją całą. – Ta przemowa będzie dla ciebie najprostszą rzeczą na świecie.

To zabrzmiało bardzo obiecująco. Przestać się wreszcie denerwować i być pewną, że nie wygłupi się z niczym!

- Wypij najlepiej już teraz, chcę widzieć, jak reagujesz – ponaglił ją Mathias.

Najdelikatniej jak mogła, Beth wyjęła koreczek, który okazał się pomalowanym na złoto kawałkiem najzwyklejszego korka i bez wahania wypiła całą zawartość buteleczki. Starczyła akurat na jeden łyk.

Niemal natychmiast zniknął dotychczasowy ciężar przygniatający jej ramiona i nieustanne gniecenie w żołądku i zrobiło się jej lżej. O wiele lżej. Tak bardzo, że mogłaby unieść się w powietrze.

Równocześnie po całej jej piersi rozlało się uczucie niesamowitego spokoju i poczucie, że... da sobie radę. Nie, nie „da radę", ale że może absolutnie wszystko, co tylko zapragnie!

Wyjść na podium, stanąć przed tysiącem ludzi i wygłosić przed nimi półgodzinną przemowę? W tej chwili wydało się jej to równie proste, co rozmowa ze znajomymi na zakładowej stołówce. Ale... co tam przemowa! Przemowa nie miała znaczenia. O wiele bardziej zależało jej na czymś innym i do tej pory nie bardzo wiedziała, JAK to zrobić. Teraz poczuła, że to dziecinnie proste.

Beth postanowiła uwieść dzisiejszego wieczoru mężczyznę, który stał właśnie przed nią.

- Mathias... – uśmiechnęła się czarująco. – Bardzo ci dziękuję.

Przesunęła delikatnie palcami wzdłuż jego szczeki aż do dołeczka w brodzie, po czym wspięła się na palce i równie delikatnie pocałowała go w policzek.

- Naprawdę dziękuję...

Mathias nie zdążył nawet zareagować, gdy Beth cofnęła się i odeszła aż do stolika.

- Więc... widzę, że... eliksir podziałał – wykrztusił urywanym głosem, bo jego oddech nie nadążał za dziko bijącym sercem i odchrząknął. – Lepiej się czujesz?

- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo lepiej.

Beth usiadła wygodnie na kanapie, chwilę postukała w telefon... zadzwoniła przypomniał sobie odpowiednie słowo, i chwilę czekała, po czym powiedziała do telefonu.

- Dzień dobry. Zamawiałam dziś taksówkę na godzinę siedemnastą. Ascalon street 5, mieszkania 8, na nazwisko Roberts... Chciałam ją anulować... Nie, nie przełożyć, ale anulować... Doskonale. Dziękuję i do widzenia.

O cholera. Jej słowa były jeszcze lepsze niż zimny prysznic. Kuszące myśli, które właśnie zalęgły mu się w głowie, wywietrzały natychmiast.

- Beth? Nie mówiłaś, że musisz tam być wcześniej?

- Usiądź – Beth wskazała mu miejsce koło siebie. – I opowiedz mi proszę o tym eliksirze...

Rozdział XII część MONIKA, CZĘŚĆ MATHIAS

Hotel Hilton, 19h

Choć Monika była pewna, że Sympozjum nie zacznie się punktualnie, zjawiła się w Sali Królewskiej na kilka minut przed siódmą wieczorem.

Sala istotnie zasługiwała na swoje miano. Ledwo przekroczyło się jej próg, a nie można było opanować pełnego podziwu westchnienia.

Przede wszystkim czuło się zaskakujący komfort i wygodę. Niewątpliwie duży wpływ na to miał jej wystrój – stonowane, brązowe ściany, dość wysoki sufit, w którym znajdowało się osiemnaście olbrzymich kręgów, podświetlonych ukrytym ciepłym, żółto-brzoskwiniowym światłem, miękki mahoniowy dywan oraz dziewięć rzędów długich stołów oświetlonych świecami, tkwiącymi w wysokich, filigranowych lichtarzach. Tak samo znaczenie miała łagodna muzyka, która mieszała się z gwarem setek głosów mówiących w przeróżnych językach oraz mocny, ale wcale nie nieprzyjemny zapach perfum.

Ponieważ każdy miał wyznaczone miejsce, niektórzy po odnalezieniu go lawirowali między stołami, wychodzili na zewnątrz, zapewne na ostatniego papierosa, i zbierali się w niewielkie grupki.

Monika przedarła się przez tłum przy wejściu, przeszła do szóstego stołu i odnalazłszy miejsce 647 z elegancką wizytówką, uśmiechnęła się na jej widok:

„Monika Wilkins, Australia, doktor stomatologii, spec. Periodontologia".

Wyglądało na to, że albo Uniwersytet Queensland trochę się pospieszył i przesłał organizatorom Sympozjum jej przyszły tytuł, albo ktoś, kto przygotowywał wizytówki, nie zrozumiał, co znaczy „przewód doktorski w toku".

Sąsiednie miejsce było dla „Wendella Wilkins, lekarza stomatologii", więc bez wahania położyła na krześle torebkę i wyjąwszy z niej program Sympozjum, zaczęła go przeglądać.

Po chwili obok niej usiadł jakiś mężczyzna, a kilka minut później owionął ją mocny zapach perfum i koło niej wyrosła jakaś elegancko ubrana blondynka.

- Och, jak to dobrze, że panią spotkałam! – zawołała i podała jej rękę ozdobioną błyszczącymi pierścionkami. – Doktor Anna Goldberg.

- Monika Wilkins – odparła odruchowo Monika, wymieniając uścisk dłoni.

- Spotkałyśmy się na recepcji – uśmiechnęła się szeroko Anna i Monika natychmiast sobie przypomniała, że faktycznie, kobieta stała tuż za nią. – I przez przypadek słyszałam, że przyjechała pani sama, bez męża...

- Niestety nie mógł przyjechać – odpowiedziała smutnym uśmiechem Monika. – Nieprzewidziane problemy.

Za Anną stanął jakiś długowłosy brunet, ta posłała mu powłóczyste spojrzenie, po czym obróciła się do Moniki.

- Wiem, że to... trochę delikatne... Ale chciałam się zapytać... czy nie przeszkadzałoby pani, gdybyśmy zamieniły się na pokoje? Bo hotel musiał się pomylić i zamiast podwójnego pokoju dał nam pojedyncze i... skoro pani ma podwójny, a jest pani sama...

Monika była tak zaskoczona przedziwną prośbą, że odruchowo kiwnęła głową, bo nie widziała żadnego problemu z mieszkaniem w pojedynczym pokoju. Co prawda wydawało się jej, że skoro to wina hotelu, to hotel powinien szukać rozwiązania, a nie ona, ale...

- Ależ oczywiście, bez obaw – odezwała się, stopując gadającą jak nakręcona Annę. – Tylko...

Radosny uśmiech momentalnie spełzł z twarzy Anny.

- Tylko co...?

- Może zamieńmy się jutro. Bo przyjechałam w południe...

- I pewnie porozkładała już pani swoje rzeczy? To może pójdźmy zaraz po kolacji, ja mogę poczekać, aż je pani złoży!

Monika potrząsnęła głową. Nie zdążyła porozkładać swoich rzeczy, wyjęła tylko kostium na dzisiejszy wieczór i torebkę z kosmetykami. Ale używała hotelowego ręcznika i przecież spała w łóżku. No może raczej NA łóżku, na pościeli, przykryła się tylko puszystym kocem...

Powiedziała to Annie, ale ta zbyła jej obawy machnięciem ręki.

- Żaden problem! Wezmę jeden ręcznik od siebie. I skoro spała pani NA kołdrze, to nic takiego się nie stało! Bardzo pani dziękuję! Dziękujemy – spojrzała wymownie na męża, a ten natychmiast dołączył się do jej wylewnych podziękowań.

Szybko ustalili, że zamienią się pokojami zaraz po kolacji i Anna z mężem odeszli. Monika otworzyła na nowo program Sympozjum, gdy odezwał się jej sąsiad.

- Widzę, że interesują panią najmniejsze detale – powiedział niskim głosem. – A wie pani już, że mowę powitalną wygłosi doktor Roberts, asystentka profesora Neumanna?

Monikę detale specjalnie nie interesowały, ale informacja ją zaciekawiła. Obróciła się na krześle i odłożyła program na bok.

- Nie miałam pojęcia. A skąd pan wie?

- Jestem dobrze poinformowany – uśmiechnął się lekko, po czym spoważniał. - Neumann miał atak serca wczoraj rano i w tej chwili leży w szpitalu.

- O mój Boże!

Mężczyzna pokiwał uspokajająco głową.

- Niech się pani nie martwi, jest w dobrych rękach. Trafił do szpitala z ostrym zespołem wieńcowym, ale na szczęście praktycznie natychmiast, więc obeszło się bez operacji. Teraz zaczęliśmy już rehabilitację, ale trochę potrwa, zanim wypiszemy go do domu.

- My – to znaczy, że pracuje pan tam, tak?

Mężczyzna natychmiast wyciągnął rękę do Moniki.

- Przepraszam, nie przedstawiłem się. David Rawlings. Jestem kardiochirurgiem w London Bridge Hospital. Doktoryzowałem się z chirurgii ogólnej, teraz zacząłem specjalizację w zakresie kardiochirurgii dziecięcej.

Rozmowa z Davidem Rawlingsem okazała się być bardzo wciągająca. Monika zasypała go gradem pytań i bez trudu wyobrażała sobie małych pacjentów, o których mówił. Rawlings nie pozostał jej dłużny i dopytywał się o jej przewód doktorski i oboje nawet się nie zorientowali, jak minęło pół godziny, zabłysły reflektory skierowane na podwyższenie po ich prawej stronie i ustała cicha muzyka.

- Chyba wreszcie się zacznie – mruknął Rawlings.

W tym momencie rozległa się zupełnie inna muzyka – o wiele głośniejsza, typowa na otwarcie jakiegoś spotkania, rozmowy na sali ucichły i naraz na podwyższeniu ukazała się jakaś kobieta, która energicznym krokiem podeszła do podium na środku.

Miała na sobie skromny czarny kostium z bordowymi dodatkami, włosy upięte w elegancki, lecz zarazem luźny sposób, jakby czesał je wiatr, bardzo delikatny makijaż i uśmiechała się w zaraźliwy sposób. Z tej odległości Monika nie umiała powiedzieć, w jakim mogła być wieku, ale wyglądała szalenie sympatycznie. Nawet bardziej niż sympatycznie. Monika poczuła miłe piknięcie w sercu i coś się w niej uśmiechnęło.

- Dobry wieczór państwu – nawet jej głos brzmiał... radośnie. – Nazywam się Elizabeth Roberts i jako gospodarz tego spotkania, mam ogromny zaszczyt powitać państwa na XVI-tym Sympozjum Światowego Stowarzyszenia Lekarzy w Londynie.

Mówiąc to, skłoniła się lekko w ich stronę, gdzieś po prawej stronie rozległy się pojedyncze brawa i natychmiast dołączyła do nich reszta sali, a doktor Roberts od razu się do nich przyłączyła.

- Te brawa należą się wam, a nie mi – skomentowała je, gdy nieco ucichły i natychmiast, jak za dotknięciem różdżki jakiegoś magika, zapadła absolutna cisza i tylko widać było uśmiechy na twarzach ludzi dookoła. – Muszę się wam przyznać, że to bardzo... niespodziewany zaszczyt. Tę przemowę miał wygłosić profesor Neumann, ale wczoraj doznał lekkiego ataku serca i niestety nie mógł się tu dziś zjawić.

Rozległy się ciche ochy i achy i doktor Roberts uśmiechnęła się pogodnie.

- Proszę się nie martwić. Widziałam się z nim dziś rano, więc mogę was zapewnić, że profesor czuje się już bardzo dobrze i kazał mi przekazać wam pozdrowienia. Jest pod doskonałą opieką medyczną, ale oszczędzę wam szczegółów, bo i tak ich nie zrozumiecie.

David Rawlings zachichotał głośno, kilka innych osób również i naraz cała sala zatrzęsła się ze śmiechu i posypały się gromkie oklaski.

Beth spojrzała na ekran znajdujący się na pulpicie, zobaczyła zaznaczony na szaro pierwszy akapit przemowy profesora Neumanna, ale naraz nabrała ochoty, żeby powiedzieć coś innego. Od siebie.

Co prawda spędziła z technikiem sceny praktycznie pół godziny na formatowaniu tekstu, wyborze sposobu wyświetlania i przetrenowaniu używania interaktywnego pulpitu, więc wiedziała, że ktoś słucha jej teraz, śledzi tekst i jeśli od niego odejdzie, nie będzie już mogła liczyć na podpowiedź, ale... czuła, że może sobie na to pozwolić.

Wyjęła więc mikrofon ze statywu i wsłuchując się w oklaski, zrobiła powoli kilka kroków wzdłuż niewielkiej sceny.

- Gdy przed chwilą weszłam do hotelu – odezwała się, kiedy zapadła cisza - natknęłam się w holu na grupę niemieckich turystów, którzy oglądali afisz naszego sympozjum i dyskutowali o tym, co my tu robimy. I wiecie państwo co? Przyszło mi do głowy, że to bardzo trafne pytanie. Lecz nie, co my TU robimy, ale w ogóle, CO tu robimy. Z jakiego powodu tu trafiliśmy.

Pozwólcie, że opowiem wam, czemu ja się tu znalazłam. Otóż... można powiedzieć, że sprowadziła mnie tu mała dziewczynka. Mała, przerażona i zapłakana dziewczynka, która chowała się w cieniu namiotu na afrykańskiej ziemi i przyglądała się rzeszy chorych i cierpiących ludzi stojących w długiej kolejce po pomoc. Pamiętam, że czułam się tak przez cały rok pobytu w Nigerii, dokąd zabrali mnie moi rodzice – nauczyciele. I właśnie wtedy odkryłam swoje powołanie...

Australia, Birriani

Wtorek, 7:30 rano

21:30 czasu angielskiego

Hermiona przebudziła się już jakiś czas temu, ale zamiast wstać, zamknęła na powrót oczy i natychmiast w jej wyobraźni pojawił się Severus. Choć jeśli miała być ze sobą szczera, był w niej nawet wcześniej. I być może od wczorajszego wieczora wcale jej nie opuścił.

Ale teraz mogła na spokojnie spojrzeć na to, co wczoraj było wirującą w szalonym tempie karuzelą wydarzeń, odkryć i emocji. Szczególnie w nocy.

Gdy sięgnęła pod poduszkę, jej palce natychmiast odnalazły tętniące ciepło.

No właśnie. Miłość.

Kiedy wczoraj rano wreszcie nazwała to, co czuła, natychmiast uznała, że z jego strony nie ma co liczyć na wzajemność. Nie zastanawiała się, dlaczego, po prostu uznała, że ktoś taki jak Severus Snape nigdy nie będzie czymś takim zainteresowany.

Ale w środku nocy zrozumiała, czemu tak myślała.

Zbudziły ją znów zduszone jęki pary z któregoś z pokojów i wtedy pojęła, że właśnie tego zabrakło.

Miłość nieodmiennie kojarzyła się jej z czułością, pieszczotą, uwodzeniem czy pragnieniem tej drugiej osoby. I seksem.

Ale do tej pory żadnego z tych pojęć nie łączyła z Severusem.

Przez lata był jej profesorem. Widziała, jak wykładał, jak chodził i jak jadł. Czasem słyszała, jak inni uczniowie zastanawiali się, czy „Nietoperz" akurat nie śpi.

Później widywała go czasem na Grimmauld Place składającego raporty.

Jeszcze później dowiedziała się, że był również szpiegiem.

Kiedy Harry ujawnił jego wspomnienia, dowiedziała się, że zawsze kochał jego matkę, choć ta wybrała kogoś innego.

Od roku spotykała go w miarę regularnie, gdy przynosił eliksiry do Kliniki.

I ostatnio miała okazję poznać go bliżej – jego inteligencję, chęć ochrony innych i jej samej. Ale w tym wszystkim nie było ani knuta erotyzmu.

Nigdy, przenigdy, nie widziała go przyglądającego się jakiejś kobiecie, uwodzeniu jej, całującego w rękę, tańczącego z nią... tak więc do tej pory Severus Snape kojarzył jej się z ascetą, który co najwyżej pozwoli sobie na platoniczną przyjaźń.

Pewnie dlatego odkrycie, że całował się z Alex Rayleigh aż tak nią wstrząsnęło. Nie tylko fakt, że ktoś inny odebrał jej wyłączność na to coś, co między nimi było, ale i to, że wcale ascetą nie był.

Był prawdziwym mężczyzną.

A jako prawdziwy mężczyzna z pewnością mógł uwodzić, całować i być z kobietą.

Z tego, co mówił Tau, wynikało, że na całowaniu się nie skończyło, bo jak inaczej można było zrozumieć, że Rayleigh rozwiązała mu ręce, „żeby… no wiesz"? Więc może byli ze sobą? Jeśli nie teraz, to może w przeszłości?

Tu jej nocne przemyślenia się skomplikowały. Albo to coraz głośniejsze odgłosy miłości zza ściany, albo wizja Severusa trzymającego w objęciach jakąś kobietę sprawiły, że zrobiło się jej gorąco. Patrzyła, jak Severus przyciągnął ją i zaczął całować. To był długi i gorący pocałunek, który pozbawił ich oboje wszelkich zmysłów. I kiedy ich oddechy nie nadążały już za galopującymi sercami, Severus oderwał się z głuchym westchnieniem, które zawibrowało gdzieś w jej piersi, obrzucił ją wzrokiem, w którym czaiła się obietnica i pochylił, by odnaleźć zagłębienie koło jej ucha...

Ktoś krzyknął, ciemność wybuchła tysiącem gwiazd i Hermiona usiadła gwałtownie.

Nie umiała powiedzieć, kto to był, para za ścianą czy ona sama, bo... sama nie wiedziała czemu, od któregoś momentu kobieta w jej wyobraźni miała jej twarz.

O Boże, o Boże, o Boże, o Boże...

Ukryła twarz w drżących dłoniach i spróbowała przełknąć ślinę, ale wpierw musiała złapać oddech. Którego jej zabrakło.

Gdy w końcu jakimś cudem odzyskała panowanie nad sobą, rzuciła Quiesus dookoła całego łóżka i dopiero wtedy położyła się spać. Nie sięgała pod poduszkę – bała się, że tym razem to ona poparzy Kamień.

To było w nocy. Teraz wizja jej i Severusa przybladła, ale nadal czaiła się gdzieś na krańcach świadomości i nieustannie kusiła szalonymi, namiętnymi obrazami.

Hermiona jeszcze chwilę toczyła walkę z wyobraźnią, aż w końcu wstała i poszła do łazienki.

Tym razem nie musiała spoglądać przez okno, żeby Wiedzieć, że Severus siedzi na dworze, czekając na brzask.

Severus poznał, kto nadchodzi po cichym odgłosie klepania sandałów o bose stopy. Chwilę później owionął go znajomy zapach i gdyby wcześniej miał jakieś wątpliwości, teraz wiedziałby już na pewno.

Hermiona przywitała się z nim lekkim uśmiechem, po czym w zupełnej ciszy usiadła obok, więc na nowo pogrążył się w myślach. I choć od wczorajszego wieczora udało mu się poskładać jego świat, wciąż był zaskoczony, jak łatwo wtedy sam siebie oszukał.

Ale wraz z brzaskiem odeszły upiory przeszłości, odegnane światłem i migdałowym wiatrem. Zupełnie jakby pomiędzy nie i niego wśliznął się jakiś niezauważalny Patronus.

Nie wiedział nawet, kiedy blask na horyzoncie zbielał, błysnął pierwszy, oślepiający promień i chwilę później ukazał się im rąbek słońca, które szybko wspięło się na niebo i rozgrzało wszystko dookoła. Tak samo jak uśmiech obok.

- Dzień dobry – odezwała się Hermiona. – Mam nadzieję, że nie spędziłeś tu całej nocy?

Severus skinął jej na powitanie.

- Nie.

- Wszystko w porządku? – spojrzała na niego z troską.

- Dlaczego ma nie być?

- Bo wczoraj wieczorem... nie byłeś w najlepszym stanie.

Z całą pewnością Severus nie zamierzał się jej spowiadać.

- Czy twoim zdaniem wyglądam na kogoś, kto potrzebuje pomocy?

- Wnioskując z tego, co powiedział mi Tau, owszem. Ty i ja – i na widok uniesionej w górę brwi dodała. – Ponoć połowa mieszkańców uznała, że zwariowaliśmy, skoro w gorący wieczór rozpaliliśmy ognisko.

- Trzeba było mu powiedzieć, że ponoć zaczęła się tu zima.

- I dlatego robiliśmy za dwa bałwany?

- Mielibyśmy oszałamiającą konkurencję – uśmiechnął się kącikiem ust.

Hermiona roześmiała się radośnie. Zdecydowanie, KOCHAŁA jego poczucie humoru!

- Powiem mu. O bałwanach też. Ale może pod koniec naszego pobytu, bo wolałabym, żeby nie próbował się mścić i zaserwować na przykład pieczonych chrząszczy czy smażonych mrówek. Czy suszonych pająków.

- Na twoim miejscu nie liczyłbym, że będą pieczone czy smażone. Te... bałwany wolą wszystko na surowo – Severus nie był wybredny, jeśli chodzi o jedzenie, ale pająki, chrząszcze czy mrówki uznawał tylko jako składniki eliksirów. Ziemniaki i stek były o wiele lepsze.

Hermiona znów zachichotała, po czym spoważniała. Koniec pobytu przypomniał jej o dniu dzisiejszym.

- Severus? – gdy spojrzał na nią, zawahała się lekko. – Dzisiejszy dzień będzie naprawdę męczący. Dziesiątki aportacji, chodzenie, pełno ludzi dookoła... Bardzo bym się cieszyła, gdybyś zechciał ze mną iść, ale... zrozumiem, jeśli zostaniesz.

- Dopiero teraz dokonałaś tego odkrycia?

- No... tak. Wczoraj byłam zbyt zmęczona, żeby logicznie myśleć.

- Jeśli wczoraj nie myślałaś logicznie, to dziś tym bardziej – stwierdził poważnie. – Co tylko potwierdza

to, że trzeba cię pilnować.

Tak naprawdę, to od chwili, gdy Ill-oo'ka potwierdził jej, że poczuje obecność rodziców, Hermiona nie wyobrażała sobie, że mogłaby dziś być sama. A już po dzisiejszej nocy... tym bardziej.

- Dziękuję – powiedziała cicho, zaczynając na nowo bawić się piaskiem. – Bardzo. To, że mi pomagasz, że w ogóle chcesz pomagać, bardzo dużo dla mnie znaczy. Nawet więcej niż dużo. Nie wiem nawet, dlaczego to robisz. Tak bez powodu. Bo nie masz powodu, nie musisz mi za nic się odwdzięczać. Po prostu...

- Pleciesz. Wiesz o tym? – przerwał jej Severus, krzywiąc się.

Fakt, że plotła. Ale tyle chciała mu powiedzieć... Może kiedy indziej.

- Wiem – Hermiona postanowiła obrócić to w żart. - Przywilej wieku. Nie mówię, że jestem stara, ale...

- To dobrze, bo chciałbym ci przypomnieć, że mimo twoich niestrudzonych wysiłków nadal jestem od ciebie starszy.

- ... ale dorosła. To się chyba nazywa druga młodość.

Hermiona zebrała garstkę piasku i zaczęła wysypywać cienką stróżką, tworząc niewielki kopczyk na ziemi. Całkiem jak klepsydra, która w jej przypadku przesypała się trochę szybciej.

Severus zignorował kopczyk, przyjrzał się jej uważnie i po raz kolejny dotarło do niego, że istotnie, to nie jest już dziewczyna, ale dorosła kobieta.

- Jak to się stało? – spytał i oboje wiedzieli, co ma na myśli.

Kobieta koło niego odczekała jeszcze kilka chwil, aż piasek przesypał się zupełnie, otworzyła dłoń i dopiero wtedy zaczęła mówić.

- Kiedy podałam mu rękę, nagle znaleźliśmy się gdzie indziej, sami. Zaczęliśmy rozmawiać, ale nie umiem ci powiedzieć, w jakim języku. Słyszałam nasze głosy, więc to na pewno była mowa, ale to nie był ani angielski, ani dialekt Aborygenów. Spytał mnie, czy jestem pewna, że chcę oddać młodość, a kiedy potwierdziłam, skinął ręką i w tym momencie wyszła ze mnie... druga ja. On położył jej rękę na ramieniu i ta druga ja zaczęła znikać. A potem z mgły wyszła moja dorosła ja. Identycznie ubrana, uczesana, tylko starsza. Weszłam w nią, ale zupełnie tego nie poczułam. Wtedy Aborygen spytał mnie, jak chcę użyć jego daru. Wyjaśniłam, że będę szukać rodziców, on znów kazał mi podać rękę, podałam i nagle znalazłam się na powrót w tej chatce, razem z wami. Resztę widziałeś. Jego magia aż parzyła, tak była inna, więc wyrwałam mu rękę i wtedy poczułam w niej Kamień. I wygląda na to, że wróciłam już jako ta starsza ja.

Severus skinął głową. Coś takiego właśnie podejrzewał. Teraz.

Hermiona dotknęła palcami swojej twarzy.

- Jesteś w stanie powiedzieć, co się zmieniło? Co jest inaczej? Oglądałam się w lustrze, ale nie mam pojęcia, jak to określić.

Severus przyjrzał się jej uważnie. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec jakąś ulotną zmianę, która sprawiała, że wyglądała doroślej, jednak też nie potrafił określić, co takiego się zmieniło. Ale nie był najlepszą osobą do odpowiadania na to pytanie. Do tej pory nigdy się jej nie przypatrywał. To znaczy nie w... ten sposób. No może z wyjątkiem chwili, kiedy leczył jej rany kilka dni temu. No właśnie, jak wyglądają teraz blizny? Po... dwunastu latach?

- Zamknij oczy – mruknął i sięgnął do pierwszej z nich.

Przesunął palcem od samego kącika oka aż do skroni, lecz nic nie wyczuł. Nawet gdy leciutko naciągnął delikatną skórę, nie zobaczył ani śladu. Całe szczęście pomyślał, bo doskonale pamiętał drobną, różową kreskę, która została po tym, jako skończył wcierać dyptam.

Tak samo sprawa miała się z uchem. Nie tylko nie widział, ale też nie wyczuł pod palcami żadnego zgrubienia ani szramy. No może z wyjątkiem płatka jej ucha, gdzie doszukał się lekkiej nierówności. Gdy przekrzywił głowę, w świetle słońca mógł dojrzeć jaśniejszą kreskę, która ginęła gdzieś za uchem. Ale tylko dlatego, że on wiedział, czego szuka, dla wszystkich innych miała nietkniętą, niepoznaczoną bliznami twarz.

Korzystając z okazji, że dziewczyna... nie, Kobieta miała zamknięte oczy, przyjrzał się jej naprawdę uważnie, cały czas dla niepoznaki błądząc palcami przy jej uchu.

I musiał przyznać, że była... piękna. Do tej pory nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak kształtne ma brwi... jak idealny jest jej nos, jej policzki... i jak... zmysłowo wyglądają jej usta. Pełne, wilgotne, lekko rozchylone. Jak gładką ma skórę, zarówno przy uchu, jak i na szyi...

Hermiona zacisnęła mocno oczy i wciągnęła gwałtownie powietrze i Severus nagle wrócił do rzeczywistości.

- Boli? – odsunął natychmiast rękę, zaalarmowany wyrazem jej twarzy.

Boli? Jezu Chryste... tak, bolało!

Już gdy tylko się jej przyglądał, mogła przysiąc, że czuje, fizycznie czuje na sobie jego wzrok!

Ale gdy zaczął jej dotykać, to było jak delikatna, najbardziej zmysłowa pieszczota.

Od siedzenia w chłodzie poranka miał wyziębione dłonie, ale każde muśnięcie jego palców, tych długich, kształtnych, zwinnych palców, znaczyło gorące ślady na jej skórze, rozpalało coś głęboko w niej i Hermiona poczuła, że lada chwila po prostu spłonie i jednocześnie przeszedł ją dreszcz. Merlinie, od samego dotyku!

I jednocześnie wróciło wspomnienie z tej nocy i choć dobrze wiedziała, że to tylko jego palce błądzą po jej skórze, coraz łatwiej mogła sobie wyobrazić, że to jego pocałunki...

Na chwilę dotyk ustał, całe jej ciało zamarło w niemej tęsknocie i wtedy pojawił się na nowo, tuż koło jej ucha. Wszystko zaczęło się mieszać, zobaczyła Severusa, którzy popatrzył na nią rozpalonym pożądaniem wzrokiem, a potem pochylił się ku niej, musnął ustami płatek jej ucha, a potem zsunął je na szyję...

I tylko z najwyższym trudem powstrzymała głośny jęk.

- Nnie. Nie bardzo – wykrztusiła, czując jak cały świat wiruje jej przed oczami. – To znaczy... troszkę.

Sama nie wiedziała, czy chce, żeby pochylił się ku niej jeszcze raz, czy wręcz przeciwnie. Bo miała ochotę umrzeć, tak bardzo jej go brakowało i równocześnie czuła, że jeśli choć jeszcze raz jej dotknie...

- Jestem pewny, że Gratus nie użył czarnej magii – powiedział Severus. – To musi być tylko z powodu twoich wspomnień. A teraz chodźmy już. Zdaje się, że mamy coś ważnego do zrobienia.

Hermiona potrząsnęła głową i odetchnęła głębiej. Merlinie, żebyś wiedział JAKICH wspomnień.

Ale musiała uważać, w końcu miała do czynienia z Mistrzem Legilimencji, więc zmusiła się do słabego uśmiechu i bardzo powoli zaczęła zbierać się z ziemi.

- Masz rację, to chyba tylko wspomnienia – mruknęła.

CZĘŚĆ MONIKA CZĘŚĆ MATHIAS

Londyn, Hotel Hilton / mieszkanie Beth

O tej samej porze

- Jeszcze raz chciałem pani pogratulować – powiedział z emfazą doktor Johansson z Londyńskiego Instytutu Badawczego. – To była zachwycająca przemowa! Byłem już na wielu prelekcjach, ale nigdy jeszcze nie spotkałem prelegenta, który potrafiłby porwać salę tak, jak to pani zrobiła! Profesor Neumann ma wyjątkowe szczęście, mogąc z panią współpracować!

Beth podziękowała skinieniem głowy i poczuła, że za chwilę od tego potakiwania pęknie jej kark. I że dostanie skurczu w policzkach.

Jej zaimprowizowana przemowa faktycznie została przyjęta gorącą owacją na stojąco. Normalnie dziwiłaby się, jak to jest możliwe... Normalnie to nie byłoby możliwe!, ale doskonale wiedziała, że zawdzięcza to eliksirowi szczęścia. Czy raczej Mathiasowi. I od chwili zejścia ze sceny nie marzyła o niczym innym, jak o tym, żeby móc wrócić już do domu i się z nim spotkać. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, że nie mogła tak po prostu wyjść, musiała wytrwać choćby do końca wystawnej kolacji, a poza tym umówili się na dziesiątą trzydzieści wieczorem.

Jeszcze tylko godzina.

Eliksir chyba przestawał działać, bo wychodząc przed chwilą z toalety porwała sobie rajstopy i rozlała na stół kawę, ale teraz to już nie miało znaczenia.

Chcąc zniechęcić kolejne ewentualne osoby do podejścia z gratulacjami, sięgnęła po program Sympozjum i zaczęła go bezmyślnie przeglądać. Gdy chwilę później kątem oka zobaczyła zbliżającą się postać, rozłożyła na stole listę gości i pochyliwszy się nad nią, na chybił trafił stuknęła palcem.

- Monika Wilkins, Australia, doktor stomatologii – wymruczała, udając całkowite skupienie i jednocześnie coś w niej zamarło. Zabrzmiało to bardzo znajomo. Jakby już gdzieś to widziała.

Ten ktoś minął jej krzesło i poszedł dalej, Beth odetchnęła z ulgą i przyjrzała się liście.

- Monika Wilkins – przeczytała powoli, na głos. – Australia. Doktor stomatologii. Specjalizacja Periodontologia...

Monika Wilkins. Australia. Doktor stomatologii... Zaraz... Wilkins? Monika? Dentystka z Australii?

I nagle zamiast kartki papieru zobaczyła przystojną męską twarz i usłyszała głęboki głos mówiący „Więc Hermiona wyczyściła pamięć swoich rodziców i wysłała ich do Australii jako Monikę i Wendella Wilkins... Oboje są bardzo dobrymi dentystami, nie powinni mieć problemu ze znalezieniem pracy..."

- O Boże...

Mathias! Natychmiast!

Bez namysłu zerwała się od stołu, sięgnęła po torebkę i uśmiechnąwszy się do siedzącego dwa krzesła dalej Alaina Milbourna wskazała ręką zegarek.

- Życzę miłego wieczoru – powiedziała zmęczonym głosem. – Na mnie już czas. To był bardzo długi dzień.

Niektórzy goście również zaczęli już opuszczać salę. Podchodząc do drzwi wyprzedziła jakąś ciemnowłosą kobietę, do której podbiegła wyzywająco ubrana blondynka, wyszła do holu i zadzwoniła do kierowcy samochodu wynajętego przez Instytut Chorób Zakaźnych, który ją tu przywiózł i miał odwieźć do domu.

- ...wdę, bardzo pani dziękuję. Tylko niech pani nie mówi tym na recepcji, niech się trochę pomartwią – usłyszała blondynkę, czekając na połączenie.

- Nie ma za co, pani Anno...

- Collins Cars, Ryan, słucham?

Siedząca niemal przy wyjściu Barbara Dicks powiodła wzrokiem za doktor Roberts, która wyszła szybko z sali, jej wzrok ześlizgnął się na brunetkę, która przytrzymała zamykające się drzwi i przez jej twarz przebiegł nagły błysk rozpoznania.

Helen?! Tutaj? Niesamowite!

Ale zanim zdążyła zareagować, do Helen podbiegła jakaś blondynka i obie wyszły do holu.

Barbara czym prędzej sięgnęła po listę gości i zaczęła przeglądać zaproszonych z Wielkiej Brytanii. Nie wiedziała, jak Helen mogła mieć teraz na nazwisko, ani z czego zrobiła specjalizację, ale z Wielkiej Brytanii nie było tak wielu delegatów. Koniecznie musiały się spotkać i porozmawiać o starych dobrych czasach!

ROZDZIAŁ XIII

Londyn, 21:50

O tej porze na ulicach nie było dużego ruchu i niecały kwadrans później Beth była już pod domem. Drzwi na klatkę schodową nie wiedzieć czemu były otwarte, winda jak na zawołanie stała na parterze, zaś gdy wyszła na podest na trzecim piętrze, zobaczyła siedzącą na schodach znajomą sylwetkę.

- Mathias! – zawołała, bez mała podbiegając do niego.

Mathias zerwał się na jej widok i przytulił do siebie. To jak najbardziej odpowiadało jego planom.

- No i jak było? Udało się?

- Tak! Ale to nie ważne! – Beth wyszarpnęła z torebki klucze. – Mam coś dla ciebie!

Z podekscytowania i nagłej, zwariowanej radości nie mogła trafić kluczem do zamka, a gdy jej się już udało, okazało się, że to nie ten i nie może go przekręcić.

Mathias zasłonił sobą klamkę i stuknął różdżką w zamek.

- Alohomora – oboje usłyszeli stuknięcie zasuwy, więc otworzył przed Beth drzwi i gestem ustąpił pierwszeństwa. – Wygląda na to, że to coś wyjątkowego?

Beth z rozpędu zapaliła światła w salonie i w kuchni, rzuciła torebkę na kanapę i złapawszy program Sympozjum, otworzyła go na początku listy zaproszonych gości.

- Popatrz - wskazała palcem Monikę Wilkins. – Chyba znasz tę panią.

Mathias już chciał powiedzieć jakiś komplement na temat jej paznokci, o które się tak bała, ale na widok imienia i nazwiska zamarł. Imienia, nazwiska, kraju i specjalności.

- Merlinie przenajświętszy – wymamrotał, wrócił wzrokiem na początek linijki i przeczytał ją jeszcze raz. I jeszcze raz.

- Pomyślałam dokładnie to samo. Oczywiście to może być przypadek, ale... to musiałby być niesamowity zbieg okoliczności.

Mathias z olbrzymim wysiłkiem oderwał wzrok od listy.

- Australia to duży kraj. Ale zgodzę się, że prawdopodobieństwo, żeby znalazła się jeszcze jedna kobieta, która ma takie same imię i nazwisko i specjalizację jest... niewielkie.

- Wiesz, jak ona powinna wyglądać? Ona lub jej mąż, bo z tego, co wiem, niektórzy są z osobami towarzyszącymi.

- Nie wiem, czy bym ich poznał. Hermiona pokazywała kiedyś rodzinne zdjęcia, ale sprzed wielu lat.

- Jeśli widziałeś tylko raz stare zdjęcia, to na pewno żadnego z nich nie rozpoznasz – zaprzeczyła Beth. - Najlepiej byłoby, gdyby to Hermiona mogła ją zobaczyć.

Mathias również tak uważał, ale też nie chciał robić dziewczynie nadziei. I natychmiast przyszło mu do głowy rozwiązanie.

- Już wiem, co zrobimy – kiwnął głową. - Ustal jutro, kiedy można ją spotkać i gdzie, a ja pod jakimś pretekstem ściągnę tam Hermionę.

- Najprościej będzie, jak wróci do hotelu – Beth zdjęła żakiet i odwiesiła go na oparcie krzesła. – Sprawdzę jutro, do kiedy ma zarezerwowany pobyt i w jakim jest pokoju.

Pod spodem miała dopasowaną sukienkę bez rękawów, zapinaną na plecach. Zaledwie kilka godzin wcześniej Mathias pomagał jej zapiąć ciasny suwak i już wtedy krew wrzała mu w żyłach, ale udało mu się opanować. Eliksir szczęścia eliksirem szczęścia, ale nie chciał ryzykować, że ją zdenerwuje albo ją zdekoncentruje.

Wtedy. Teraz możesz dekoncentrować ją do woli...

- Jesteś moim Patronusem – powiedział, ujmując ją za ręce i przyciągając lekko ku sobie.

Beth popatrzyła w błyszczące błękitne oczy i dostrzegła w nich zachwyt i coś jeszcze. Coś, czego nie umiała nazwać, ale wyraźnie czuła całą sobą. Coś pierwotnego, nieokiełznanego, co sprawiło, że przeszedł ją dreszcz i całe jej ciało wygięło się ku niemu. I naraz z całą pewnością wiedziała, co się za chwilę stanie.

- Co to... znaczy? – spytała słabo.

- Jesteś moim szczęściem - Mathias zsunął wzrok na jej usta.

Nie umiała powiedzieć, czy to on pochylił się ku niej, czy ona ku niemu. W nagle zapadłej ciszy słyszała tylko gwałtowne pulsowanie w głowie, wyjątkowo głośne tykanie zegara i... Poczuła jego ciepły oddech tuż przy uchu, najlżejsze muśnięcie, niczym pocałunek wiatru na policzku... i dotyk jego gorących warg na swoich.

Nareszcie.

Wschodnie Wybrzeże – Okręg Cairns

9-ta rano

Najwięcej adresów do sprawdzenia było oczywiście w Cairns. Gdy Hermiona aportowała się pod pierwszym z nich, jej lewa ręka odruchowo powędrowała do kieszonki sukienki i natychmiast wyczuła pulsujące ciepło. Równocześnie jego przyczyna zdjęła rękę jej z ramienia i odsunęła się.

Hermiona krótką chwilę rozglądała się dookoła, prześlizgując wzrokiem po mijających ich, całkowicie nieświadomych ich obecności ludziach, odnalazła wejście do gabinetu dentystycznego i przyjrzała się otwartym oknom.

- Nic – potrząsnęła głową.

Severus nie odpowiedział, tylko wskazał wzrokiem listę z adresami. Następna była przychodnia kilka ulic dalej, więc rzuciła Fundole i deportowała ich tam z cichym pyknięciem.

Budynek był olbrzymi i stał w niejakim oddaleniu od bramy, przed którą się pojawili, ale nawet stąd można było dostrzec dziesiątki pomieszczeń na każdym piętrze – z pewnością pracowało tu pełno lekarzy różnych specjalności.

Hermiona zmrużyła oczy, by lepiej widzieć i jakaś jej część zamarła w nadziei, że poczuje nagły gorąc na biodrze i oszałamiającą i jakże znajomą pewność siebie, ale równocześnie ta druga część zapragnęła, żeby to nie nastąpiło. Nie teraz. Nie tak szybko – szepnął cichutki głosik w jej głowie. Później.

?! Zwariowałaś! pomyślała ze zgrozą.

Musiała mieć zapewne dziwną minę, bo Severus obrzucił ją uważnym spojrzeniem i zmarszczył brwi, co pogłębiło pionową kreskę między nimi i nagle przegnało jakiekolwiek racjonalne myśli. Mogła tylko na nią patrzeć i myśleć, że to była ta sama miękka, udręczona kreska, którą wczoraj całowała.

Ale to nie było tylko wspomnienie, lecz i pokusa. Jej wyobraźnia, ośmielona nocnymi marzeniami, natychmiast podsunęła jej wizję, co byłoby, gdyby odważyła się zsunąć usta niżej... i Hermionie zrobiło się słabo.

- Nnic.

Czując, jak się rumieni, czym prędzej opuściła wzrok. To był również zakazany owoc, szczególnie, że miała przed sobą Mistrza Legilimencji.

- Nie jestem przekonany, że stercząc tu i gapiąc się na swoje buty zdążysz sprawdzić resztę adresów, lecz może się mylę – powiedział jadowicie Severus.

Nagły ostry ton trochę ją otrzeźwił i Hermionie udało się skupić.

- Chciałam się upewn... – odetchnęła głębiej i dodała. – Ale to nie to. Możemy kontynuować.

Trochę niezręcznie przekręciła listę z adresami w stronę Severusa i pokazała mu następny.

- Kervin Street jeden.

Ledwie Hermiona obróciła się na pięcie i ludzie, samochody, wszechobecne reklamy i błękit nieba rozmyły się w kolorową smugę, już pojawili się kawałek dalej, otoczeni innymi ludźmi, samochodami i innymi reklamami.

Hermiona znów odczekała trochę, by upewnić się, że to nie tu, że to nie teraz, wybrała kolejny adres, znów rzuciła Fundole i znów obróciła się na pięcie...,

W ten sposób rozpoczęła się szalona podróż w pogoni za bliskimi, za szczęściem, niby podobna do wczorajszej, ale zarazem tak inna. Gabinety dentystyczne, kliniki, szpitale, większe i mniejsze przychodnie znów zaczęły migać jej przed oczami jak klatki jakiegoś dziwnego filmu bez głównych bohaterów, bez akcji i bez dialogów, znaczone chwiejnym śladem palca sunącego po mugolskim papierze, tym samym pulsującym ciepłem Kamienia i dwiema różnymi nadziejami.

Za każdym razem Hermiona rozglądała się w poszukiwaniu znajomej twarzy, ale łapała się na tym, że sama już nie wie, którą chce zobaczyć, bo choć rozsądek podpowiadał jej, że ma patrzeć w dal, przed siebie, wszystko w niej szukało czarnych, postrzępionych włosów, czarnych oczu i zakrzywionego, najpiękniejszego na świecie nosa i tego, co ze sobą niosły.

Niektóre adresy były tuż obok, inne trochę dalej, lecz wciąż blisko, więc z początku niemal nie czuli nieprzyjemnego uczucia towarzyszącego teleportacji, jednak gdy zjawili się pod dwunastym adresem, Hermionie dopiero po kilku sekundach udało się odetchnąć i skupić na odczuciach.

- Pyne Street – potrząsnęła w końcu głową, pokazując następny.

- Sklep?

- Z wyposażeniem dentystycznym. Może tam bywają.

Severus rzucił Fundole, aportował ich na Tyne Street i tym razem ucisk na całe ciało był tak mocny, że Hermionę aż zemdliło. Odruchowo wyprostowała się mocniej i odgięła głowę do tyłu. Kamień w dalszym ciągu był tak samo ciepły, jak wcześniej.

I dobrze.

Boże. Idiotka.

Niech i tak będzie. Później.

Hermiona nieświadomie wyszarpnęła rękę z kieszeni i przycisnęła ją do krtani i Severus spojrzał na nią, zaniepokojony. Ten gest przypomniał mu żywo inny, gdy w Spinner's End zaczęła się dusić i próbowała rozdrapać sobie gardło. Teraz ściskała w niej kamień, więc... Czyżby?

Ale dziewczyna... Kobieta milczała.

- Czujesz coś? – wyrwało mu się zupełnie wbrew jego woli. Owszem, nie należał do cierpliwych, ale tym razem zamierzał pozwolić jej powiedzieć mu to samej. To znaczy tak to sobie zaplanował.

Hermiona tylko odetchnęła głębiej, w taki trochę desperacki sposób. Coś było nie tak. Cholera.

- Hermiono? – obrócił ją ku sobie.

- Poczekaj – Hermiona potrząsnęła głową, odetchnęła jeszcze raz i dopiero wtedy otworzyła oczy. – To nie tu. Nie ma ich. Nic nie czuję.

- Jesteś pewna?

Severus spojrzał wymownie na jej zaciśniętą pięść, Hermiona otworzyła ją i oboje popatrzyli na nieforemną bryłkę poprzecinaną pęknięciami i żyłkami kwarcu.

- Ponoć ma zareagować, jak znajdziesz się koło nich.

Na rozgrzaną, tętniącą miłością nieforemną bryłkę, która, Hermiona mogła przysiąc! pulsowała w widoczny sposób.

O Boże...

- Oach nie. Po prostu źle się poczułam – zdobyła się na słaby uśmiech i zmusiła się do tego, by powoli, spokojnie schować go do kieszonki. Ufff!

Severus posłał jej zaniepokojone spojrzenie, więc dodała:

- To pewnie po tych aportacjach. Zemdliło mnie i... wszystko nadal kręciło się w głowie. - Żeby nic nie zauważył. Nie zwrócił uwagi. - I nie mogłam oddychać. Nie wiem, jak ty... Może dlatego, że jesteś mężczyzną... Pewnie tak...

Urwała, bo sama już nie wiedziała, o czym mówi.

Severus skrzywił się i rozejrzał dookoła w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, gdzie mogliby usiąść.

Sam doskonale znosił teleportacje, więc sądził, że Hermiona wytrzyma znacznie więcej, ale najwyraźniej się mylił. Być może zawsze miała z tym jakieś problemy. Albo to jakaś reakcja na to, co ten cholerny sukinsyn jej zrobił. Na nagłe postarzenie się o 12 lat czy na ten jego... Dar.

- Daruj sobie dokładną analizę mojej osoby – uciął. – Musisz chwilę odpocząć.

- Dziękuję. Złość się, gryź, cokolwiek, byle dalej od Kamienia.

Dookoła nie było żadnej ławki, ale kawałek dalej, pod jakimś drzewem z olbrzymimi różowymi kwiatami Severus dostrzegł duży głaz.

- Tam – kiwnął głową w tamtym kierunku.

Głaz nie był zbyt wygodny, więc Hermiona przysiadła na samym brzegu i podparła się nogą. I w popłochu szukała jakiegoś INNEGO tematu do rozmowy.

Gdzieś niedaleko musiało być morze i przystań dla jachtów, bo co mocniejsze podmuchy wiatru niosły jego szum, głośne krzyki mew i rytmiczne podzwanianie mocowań do żagli. Bez trudu mogła sobie wyobrazić rząd mniejszych i większych łodzi przycumowanych do nabrzeża, bo swego czasu jej ojciec chciał kupić jakąś by pływać po Tamizie i często wybierali się do portu.

Jacht... Podróże! Teleportacja!

- Czytałam sporo o teleportacji, ale nigdzie nie znalazłam informacji, kto i kiedy ją wynalazł – powiedziała niewinnie. – Wiesz może?

Severus oparł się wygodnie o pień drzewa i chwilę patrzył na nią w milczeniu zanim odpowiedział.

- Teleportacja zalicza się do bardzo starożytnej magii. Pierwotnie miała służyć do przenoszenia się do świata bogów, czyli tam, gdzie w żaden inny sposób dostać się nie można. Potem nasi przodkowie zaczęli używać jej również do podróży na duże odległości.

- Myślałam, że to tego potrzebna jest różdżka?

- Dlaczego?

No tak, wdając się w rozmowę z Severusem nie należało liczyć na bezmyślne pogaduszki. Jeśli zdecydował się wziąć w niej udział, oczekiwał dyskusji na poziomie i Hermiona nie śmiałaby nawet odpowiedzieć czegoś w stylu „Nie widziałam nigdy, by ktoś deportował się bez". Natychmiast spróbowała się skupić na jego pytaniu i odruchowo przygryzła lekko usta.

- Do aportacji nie potrzeba zaklęcia... więc w tym wypadku różdżka nie jest przekaźnikiem magii, ale pozostaje przecież jej ośrodkiem...?

Severus pokręcił przecząco głową, ale gdy przez dłuższą chwilę nie powiedziała nic więcej, powiedział:

- Gdybym przy jednym stole postawił czarodzieja i mugola i kazał im warzyć jakikolwiek eliksir, jednemu wyszłaby substancja magiczna, a drugiemu kolorowa woda. Wyjaśnij mi, czemu?

- Ponieważ... – zaczęła i nagle przypomniała sobie jego słowa z pierwszej lekcji i wszystko stało się jasne. – To proste! Magia zawsze bierze się z nas. I tylko wynajdując różdżki do rzucania zaklęć zmieniliśmy zupełnie ich charakter, przez co różdżki stały się niezbędne.

Severus bardzo powoli skinął głową.

- Odpowiedź poprawna, ale niestety godna pana Pottera lub pana Weasleya. Możesz mi powiedzieć, co się z tobą dzieje?

- Musiałam chyba upaść na głowę – przyznała Hermiona z uśmiechem. – Zgroza ogarnia. Przecież nie tylko do eliksirów nie używa się różdżek. Jest jeszcze astronomia, w której magia przychodzi przez gwiazdy i planety, numerologia, zielarstwo...

Mogła dodać do tego wróżbiarstwo, ale uznała, że nie był to... odpowiedni temat. Tak samo jak postanowiła nie cytować jego słów z pierwszej lekcji. Nie wiedzieć czemu nie chciała przypominać, że kiedyś, w odległej o tysiące lat przeszłości, on był profesorem, ona jego uczennicą.

Oczarować umysł i usidlić zmysły… Nawet nie wiedział, jak bardzo miał rację!

- Wyjątkowo złożę to na karb twojego obecnego stanu – ocenił Severus. – Ale nie chciałbym, żeby trwał on dłużej.

- Ja również. Ale jeszcze jedno pytanie, skoro chwilowo jestem jeszcze upadnięta na głowę – Severus uniósł pytająco brew i równocześnie kącik ust zadrgał mu w uśmiechu. – Czy po moim opisie umiesz powiedzieć, czy wczoraj rano to była teleportacja? Nie poczułam absolutnie nic, zupełnie jakbym w ciągu jednego mgnienia oka znalazła się zupełnie gdzie indziej.

- Sadzę, że zabrał cię do innego... świata. Wymiaru, jeśli chcesz to tak nazwać – przyznał niechętnie Severus.

Obojgu natychmiast skojarzyło się to z przejściem do pracowni Rayleigh i przywiodło na myśl najgorszy koszmar tamtych chwil. Severus w jednej chwili przypomniał sobie, jak – wtedy Tylor otworzył Przejście, a on musiał zostawić Hermionę na pastwę Gratusa, Hermiona przez sekundę widziała morze płomieni, ale zaraz zastąpił je wyimaginowany obraz Severusa całującego Rayleigh.

Czym prędzej otrząsnęła się i przyjrzała mężczyźnie stojącemu niedaleko. Kilka kosmyków włosów osunęło mu się na twarz, niczym muśnięcia czarnego wiatru, miękki cień drzewa sprawił, że jego bladość stała się pięknością, jasny świat dookoła przeglądał się w czarnych oczach jak słońce w czystej tafli głębokiego jeziora i Hermiona pomyślała, że nie ma chyba cudowniejszego obrazu na świecie.

Rayleigh była przeszłością. A on był teraz z nią.

I o wiele mocniej niż do tej pory zapragnęła, żeby To nastąpiło Później. Nie teraz.

- Na pewno masz rację. W końcu początek zawsze bierze się z... ze starożytności – powiedziała. Mówiła cokolwiek, byle mówić i móc choć jeszcze chwilę patrzeć na ten boski widok.

Severus skrzywił się i oderwał od drzewa.

- Najwyraźniej czujesz się już lepiej, skoro zaczynasz filozofować, więc idziemy dalej. I daj mi tę listę, od teraz tylko ja nas aportuję.

Hermiona podniosła się i podała mu kartkę.

- Ja też mogę, już mi przeszło.

- Przestań – uciął. Jeszcze tylko brakowało, żeby któreś z nich się rozszczepiło.

Sięgnął do jej ramienia, ale Hermiona wyciągnęła ku niemu rękę.

- Tak przynajmniej się nie pogubimy.

Severus już miał ochotę złapać ją za łokieć, ale lekki podmuch wiatru przyniósł ulotny zapach, który stał się jego ulubionym i złamał się. Zacisnąwszy usta, ujął jej dłoń i czym prędzej deportował ich stamtąd.

Być może miała rację, być może lekkie trzymanie ramienia mogło nie wystarczyć. Być może trzymanie za rękę było bezpieczniejsze... Och, z pewnością miała rację, ale jego problemem nie było to, jak ma ją trzymać, ale ona sama.

Gdy po śniadaniu zeszła dziś z góry, ubrana w dopasowaną, podkreślającą kształty czarną sukienkę tuż za kolana, musiał przywołać całą silną wolę, żeby oderwać od niej wzrok.

Wczoraj rano co prawda też miała na sobie sukienkę, ale wczoraj rano... wczoraj rano była dziewczyną. Dziś kobietą. Piękną, zmysłową i, o Merlinie, pełną seksu kobietą. Był w każdym jej geście, w każdym ruchu, oddechu i aż skręcał trzewia i nawet przez oszołomiony umysł przemknęła mu myśl, że jakimś cudem zabrała od niego eliksir intensyfikujący i właśnie go wypiła, bo tak niewiele różniła się od tej Hermiony, przed którą się kłaniał.

Lecz eliksir działał tylko kilka minut, a tymczasem nawet teraz musiał zmuszać się, żeby... cholera, żeby się na nią nie gapić! Bo za każdym takim razem dobitnie czuł się mężczyzną!

Dlatego przed chwilą wdał się w rozmowę. Na widok jej sylwetki znów zrobiło mu się gorąco i już zamierzał ją zbyć albo na nią fuknąć, kiedy pomyślał, że może to go zajmie i choć na chwilę zajmie się czymś innym.

Teraz czas było wrócić do poszukiwań. I skupić się, bo jak tak dalej pójdzie, to przez ciebie oboje się rozszczepicie.

Sprawdzili kolejne sześć adresów i na tym lista w Cairns się skończyła, więc Hermiona poszła spytać o największe centrum handlowe i urząd miasta, a Severus poddał się i oparłszy się o ścianę jakiegoś budynku, przez chwilę śledził wzrokiem jej sylwetkę.

- Centrum handlowe jest ledwie dwie przecznice stąd – powiedziała Hermiona, podchodząc do niego kilka minut później. – Jak to powiedział ten chłopak, którego pytałam: „rzut bumerangiem stąd". A po drodze jest informacja turystyczna, więc może po prostu się przejdziemy?

Severus skinął głową, więc ruszyła we wskazanym kierunku i jednocześnie skupiła się na przyciskaniu lewej ręki do biodra. Bo chyba jak na złość ciągle sięgała do kieszeni, całkowicie nieświadomie, nawet tuż przed chwilą.

Po samych aportacjach chodzenie okazało się czystą przyjemnością, choć ulica po obu stronach była skąpana w słońcu. Poza tym, gdy tylko minęli duży, przeszklony budynek, zaraz za nim ujrzeli niewielki, cieszący oczy soczystą zielenią skwer i Hermiona aż wrosła w ziemię na widok niewielkiego stada kangurów.

Zwierzęta schroniły się w cieniu drzew – niektóre leżały na ziemi, inne skubały liście z najniższych gałęzi i zupełnie nie zwracały na nich uwagi. Dopiero gdy mijali je, jeden z nich zastygł i chwilę przeglądał się im uważnie, po czym wrócił do jedzenia.

- Coś cudownego – westchnęła Hermiona, oglądając się jeszcze przez ramię. - Oczywiście czytałam o tym, że one pasą się wszędzie, nawet w dużych miastach, ale to niesamowite zobaczyć je na własne oczy.

Odwróciła się i... Cholera! Złapała się na tym, że znów obraca w palcach Kamień. Na szczęście kilkadziesiąt jardów dalej, po drugiej stronie ulicy dostrzegła znajomy znak informacji turystycznej, więc podała Severusowi różdżkę, jednocześnie dyskretnie wyjmując drugą rękę z kieszeni.

- Potrzymasz? Wejdę tylko zapytać, gdzie jest Urząd Miasta.

- Możesz rzucić Invisus mugoletum.

Invisus mugoletum ukrywało przed mugolami niewielkie przedmioty i Hermiona doskonale je znała, ale jej zdaniem to nie był najlepszy pomysł.

- Lepiej nie. Może trzeba będzie coś tam podpisać i wolałabym mieć obie ręce wolne.

- Nabieram ochoty, żeby wysłać cię do Birriani po torebkę – skrzywił się Severus, chowając różdżkę do kieszonki na piersi.

- Wezmę ją jutro.

- Oświeć mnie, czemu nie wzięłaś jej dziś?

- Bo aportacja z torebką nie jest specjalnie wygodna, więc pomyślałam, że...

- Że będę twoim tragarzem, tak? Genialny pomysł. Równie genialny jak oddawanie różdżki. Nie znam nikogo innego, kto robiłby to z taką ochotą.

Hermiona uśmiechnęła się do niego słodko.

- Jak widzisz, mam do ciebie absolutne zaufanie.

- Wzruszające. Lepiej idź, zanim zmienię zdanie – pogonił ją i odwrócił wzrok, żeby nie widzieć, jak odchodzi. Wciąż miał przed oczami podobną scenę sprzed kilku minut.

Nie mając ochoty czekać w pełnym słońcu, które o tej porze zaczęło już palić, Severus przeszedł kilka jardów i stanął pod zacienionym daszkiem jakiejś restauracji niedaleko.

Metropolia, Urząd Pocztowy – Wielkie Gniazdo

10:30,

Riley Morton machnięciem ręki pozdrowił siedzącego w Informacji Freda, który z cierpiętniczą miną zeskrobywał właśnie z biurka ptasie odchody i poszedł prosto do pokoju poczciarzy.

- Hej chłopaki – rzucił, zamykając za sobą drzwi. – Mam trochę pilnego śmiecia.

Nie przestając sortować listów, Johnny kiwnął mu głową, ale Barty, młody chłopak, który dopiero co zaczął pracować, odłożył na bok pióro i uścisnął mu rękę.

- W porządku? Jak się chowa mały Davy?

- Bez obaw! Drze się tak, że aż sąsiedzi zaczęli pytać, czy już zapisaliśmy go do ministerialnego chóru – zachichotał Riley i postawiwszy torbę na stole, wyciągnął pierwszy, dość gruby plik listów. – Pilne.

Barty sięgnął po koperty i zerknąwszy na adresy aż gwizdnął.

- To u mugoli. Wszystko na zachodzie... To nasi?

- Wątpię, bo musicie przywalić mugolską pieczątkę. Więc chyba to prawdziwi mugole.

- Stało się coś?

- Nie wiem – wzruszył ramionami Riley i położył obok listy z innej przegródki. – Ale wszystko od Coleman, więc cholera wie.

- Jo? – Barty machnął listami w stronę starszego kolegi. – Do mugoli ślemy czym? Mogę wziąć walabie? Jeszcze nigdy nie brałem walabie – zrobił proszącą minę, zupełnie jak małe dziecko.

Johnny uniósł oczy ku górze.

- Walabie, walabie... Jeszcze żaden kangur cię nie rąbnął piąchą, co? - zerknął na koperty i pokręcił głową. – Nie tym razem. Kakadu dadzą sobie z tym radę. Tylko weź te z drugiej klatki, one są lepiej tresowane i nie drą mordy jak mały Riley'a.

- W takim razie możecie brać byle które, Davy nie ma konkurencji – zaśmiał się Riley i dodał z zaciekawieniem, bo dla niego to też była nowość. - Do mugoli też macie portale?

- Nie wszędzie – odparł Barty. – Jo, co jeśli są daleko od adresów?

- Jak więcej niż 20 kilometrów, to daj im eliksir przyspieszenia – wyjaśnił Johnny. - Tylko nie przedawkuj, jak ostatnio. Ostatnim razem – zwrócił się do Riley'a – dał jednej tyle, że nie wyhamowała przed skrzynką na listy i wrąbała się dziobem w drzwi. Całe szczęście, że to było wśród naszych!

Barty wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu i zabrawszy listy do mugoli, wyszedł do Gniazda.

Gniazdo, czyli ptaszarnia znajdowała się w jaskini na piętrze. Już zbliżając się do wejścia można było usłyszeć harmider, więc Barty rzucił Quiesus i dopiero, gdy dookoła niego zaległa zbawienna cisza, wszedł do środka.

Widok był... nieprawdopodobny. Zawsze, kiedy tu wchodził, Barty nie mógł powstrzymać westchnienia podziwu.

Tuż przed nim, we wszystkie strony ciągnęły się alejki oddzielające dziesiątki olbrzymich klatek, otwartych zupełnie u góry, w których harcowały w najlepsze rozmaite gatunki ptaków. Młode kąpały się w kałużach, stroszyły piórka w promieniach słońca, wpadających przez liczne otwory wykute w wysokim sklepieniu lub ganiały się całymi stadami, dorosłe ptaki zaś wylatywały i wracały do gniazd, wzywane przez poczciarzy czy wracając po dostarczeniu przesyłek, zaś w przerwach skubały donoszone regularnie pożywienie, wiły gniazda na drzewach lub lewitujących konarach, albo uprawiały tańce godowe.

Bez dwóch zdań, to było ptasie królestwo, w którym czarodzieje stanowili zdecydowaną mniejszość, ale jednocześnie widać było niesamowitą harmonię między przyrodą, ptakami i ludźmi. To była magia w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Barty uwielbiał tu przychodzić.

Teraz, tłumiąc niecierpliwość, wstąpił do magazynu. Jednym ruchem rozłożył w wachlarz plik listów, przywołał kilka sztywnych kartek z mugolskimi znaczkami i wybrawszy czerwone, oznaczające priorytet, wskazał je różdżką i zawołał „Adhaerere"! 52 znaczki oderwały się od nich niczym stado motyli i mieniąc się biało-czerwoną wstęgą, śmignęły do prawego górnego rogu każdej z kopert i przylgnęły mocno.

Kolejne zaklęcie i na każdej kopercie pojawił się mugolski stempel, ale to było już o wiele mniej widowiskowe.

Barty szybko sprawdził, jak daleko od każdego adresu znajdował się ptasi portal i wyliczył dokładnie ilość eliksiru, który musiał podać ptakom. Jo miał rację, gdyby tym razem się pomylił i jakiś mugol znalazł czarną papugę wbitą po nasadę dzioba w jego drzwi z listem w łapkach, byłaby draka jak cholera.

Klatki dla czarnych kakadu były całkiem niedaleko. Minął australijskie orły, wspaniałe ptaki o upierzeniu przywodzącym na myśl płonące Feniksy, uśmiechnął się na widok wtulonych w siebie i śpiących słodko sówek (używane były tylko wieczorami i nocą), zatrzymał na chwilę przy ogrodzeniu ptaków kiwi, wyglądających zupełnie jak puszyste, szaro-beżowe kuleczki i minąwszy się z chłopakiem, który wracał do Sali Nadawczej po kolejną porcję listów i paczek, dotarł do czarnych papug.

Do przyzywania ptaków pocztowcy używali specjalnych gwizdków, różnych dla każdego gatunku. Nikt nie miał pojęcia, jak brzmiał ich dźwięk, bo tylko ptaki je słyszały. Teraz ledwie gwizdnął, za ogrodzeniem zakotłowało się i w ciągu kilkunastu sekund obsiadło go duże stado papug.

- Mam dla was coś bardzo pilnego, słoneczka – powiedział, głaszcząc delikatnie pióra najbliższej z nich.

Musiał odłożyć listy na bok, żeby nabrać do pipety eliksir przyspieszający i aż parsknął śmiechem widząc, jak ptaki jak jeden mąż obróciły główki, śledząc ruch jego ręki.

- No więc... Coral Bay, Robinson Street 10 – odczytał, podsuwając zwiniętą w rulonik kopertę jednej z papug. – Otwórz dziobek i powiedz AAA...

Papuga posłusznie otworzyła olbrzymi, zakrzywiony dziób i dała sobie wkropić trzy krople eliksiru, potem z zaskakującą ostrożnością wzięła z jego ręki orzecha, którego dał na zachętę i aż nastroszyła kilka razy czub na główce.

- Wiem, że to lubisz – pogłaskał ją delikatnie Barty. – No dobrze, tylko nie drzyj się, leć szybko i uważaj na siebie

Ptak zacisnął pazurki dookoła koperty i machnąwszy skrzydłami tak mocno, że zwichrzył chłopakowi włosy, wystrzelił w kierunku najbliższego okna.

- Następna. Yuna...

Jedna po drugiej, kakadu odlatywały z listami, aż w końcu nie został ani jeden, a to, co miał na głowie, nie przypomniało w niczym fryzury, którą pieczołowicie układał sobie rano.

Odprowadził wzrokiem ostatniego ptaka i aż syknął, gdy któraś z pozostałych papug uszczypnęła go w palec.

- Och...! – wyszarpnął jej rękę. – Co jest?!

Kakadu kiwnęła dziobem w stronę orzechów i nastroszyła kilka razy czub, ale Barty doskonale pamiętał ze szkolenia, że nie wolno rozpieszczać ptaków pocztowych.

- Nie ma listów, nie ma orzechów – powiedział stanowczo. – Inaczej się rozbestwicie.

I nie zwracając uwagi na, najprawdopodobniej głośne, skrzeczenie niezadowolonych papug kazał im wracać do klatki.

Gdyby ktoś z was śledził kakadu z listami, zobaczyłby coś niesamowitego.

Wszystkie ptaki wylatywały na zewnątrz, prosto w stronę oślepiającego słońca, niczym czarne pociski wzbijały się wysoko, wysoko w górę, tam gdzie ostry wiatr jeżył im pióra, a temperatura była o wiele niższa i nagle... znikały. W ciągu jednego mgnienia oka.

Jeszcze tylko chwilę ciemne plamki tańczyłyby wam przed oczami, do złudzenia przypominając malejące ptaki ze zwiniętymi skrzydłami... a potem widzielibyście już tylko błękitne niebo.

Pomyślelibyście pewnie, że to złudzenie i widząc kolejnego ptaka, wytężalibyście wzrok, ale on również zniknąłby, dokładnie w tym samym miejscu.

W miejscu, gdzie niebo stykało się z magią.

Każda z papug wleciała w ptasi portal z kierunku zachodnim i kilka sekund później wyleciała, ale setki kilometrów dalej. I natychmiast każdy z ptaków, kierując się instynktem i wpojoną przez czarodziejów wiedzą, wybrał najkrótszą, ale wcale nie prostą drogę do miejsca przeznaczenia.

Szyk ptaków się załamał; niektóre wpadły w kolejne portale prowadzące bardziej na północ, inne wprost na zachód, kilka na południe i tak z każdym portalem było ich coraz mniej, aż w końcu każdy z nich został sam.

Pierwsza z papug jak strzała wyleciała z ostatniego portalu, jakieś 30 kilometrów od Coral Bay. Zacisnąwszy pazurki dookoła drogocennego listu, błyskawicznie wychwyciła prąd powietrzny, rozłożyła szeroko skrzydła i dała się ponieść w kierunku zachodnim.

Do miasta dotarła niecałe pół godziny później. Zniżyła lot, odnalazła właściwy adres i zanurkowała ostro w kierunku niewielkiego domku.

Tradycyjnie dla tej części kraju skrzynka na listy stała przy drodze, jakieś 50 metrów do domu, razem z pięcioma innymi. Kakadu złapała dziobem list, usiadła bokiem na skrzynce i jednym zręcznym ruchem wsunęła go do środka. Po czym dała upust nudzie i zaczęła zjeżdżać po stromym daszku, podlatywać do góry i zjeżdżać na nowo.

Straszliwy odgłos pazurów drapiących po blasze z pewnością nie zwrócił uwagi ludzi, ale skrzekliwy wrzask na pewno. Gdy do tego papuga zaczepiła się pazurami o kanciasty brzeg skrzynki, zwisła łbem do góry i zaczęła zaciekle dziobać w ścianki, z domu wyszła starsza pani i machnąwszy rękoma, krzyknęła:

- Wendell! Pogoń tą latającą małpę, szybko!

Zza domku wychynął starszy mężczyzna i krzyknął głośno, lecz papuga nic sobie z tego nie robiła. Dopiero, gdy podszedł bliżej i rzucił trzymanym w ręku butem, zaskrzeczała i odleciała na pobliskie drzewo.

Wendell poszedł podnieść buta i, skoro już był przy skrzynce, zajrzał do środka. Prócz gazety, na wierzchu leżał mocno zwinięty list.

- Za grosz szacunku – mruknął pod adresem listonosza, zaciekawiony rozerwał kopertę i zajrzał do środka. – Monika! Jakieś zaproszenie dostaliśmy!

Papuga nastroszyła czub i zadowolona pokiwała energicznie główką na boki. Misja była zakończona, mogła wracać.

Okręg Cairns, Wschodnie Wybrzeże

Koło 10tej rano

Wizyta Hermiony w Informacji Turystycznej trwała koło kwadransa, choć z pewnością potrwałaby o wiele krócej, gdyby mężczyzna, który szukał dla niej adresu Urzędu Miasta, był bardziej zainteresowany swoją pracą niż nią samą.

Nie była to dla niej nowość – choć minęło już tyle lat od zakończenia wojny, do dziś trafiali się tacy, którzy stawiali sobie chyba za punkt honoru uwieść słynną pannę Granger, więc nauczyła się mniej lub bardziej grzecznie ich odprawiać.

Tym razem zajęło jej to o wiele więcej czasu, ale nie dlatego, że nie umiała rozpoznać jego awansów, czy że wyglądał nad wyraz interesująco, lecz dlatego, że... miał koło czterdziestu lat.

To było zupełnie jak objawienie. Jakby ktoś zdjął zasłonę z jej oczu i wreszcie zrozumiała.

Zarówno Severus jak i Tau znali ją jeszcze SPRZED wczorajszego ranka i cały czas traktowali tak samo. Ona sama, choć oczywiście dostrzegła w lustrze zmiany, czuła się tak samo. Jakby nic się nie zmieniło.

Tymczasem zmieniło się wszystko. Bezpowrotnie.

TEN mężczyzna jej nie znał. Po prostu wziął ją za taką, na jaką wyglądała. KIM była.

Dopiero po dłuższej chwili Hermionie udało się opanować zaskoczenie, zdecydowanie odrzuciła jego zaproszenie, schowała do kieszeni małą mapkę Cairns z zapisanym adresem Urzędu Miasta i wyszła na zewnątrz.

- Nawet jakbym była królową wieczoru, to nie ty byłbyś królem, kochany – wymamrotała, zbiegając po schodkach. – To nie ta baśń. Bajka.

Przysłoniła oczy przed ostrym słońcem, które po wyjściu z klimatyzowanego biura dało się jej ostro we znaki i rozejrzała za Severusem. Stał pod ocienionym daszkiem restauracji niemal naprzeciwko, jego ciemna sylwetka odcinała się wyraźnie na tle jasnej ściany.

W jednej sekundzie Hermionie stanęły przed oczami dziesiątki scen, w których stał tak, dumnie wyprostowany, z rękoma splecionymi na piersi, zupełnie niczym król i uśmiechnęła się rzewnie.

Jakie to by było proste, gdyby to była bajka. Znalazłabyś rodziców, on by się w tobie zakochał i wszyscy żylibyście dłuuugo i szczęśliwie. Tymczasem to durna rzeczywistość, w której w Najlepszym wypadku znajdziesz rodziców. Po Severusie cudów się nie spodziewaj.

I tak cud, że jest tu z tobą.

Cud.

Na tę myśl zrobiło się jej jakoś dziwnie, jakby coś zrozumiała i natychmiast zapomniała i zostało w niej tylko wrażenie pustki po tym zrozumieniu. Nieomalże namacalnej, ciepłej jak Kamień pustki, gdzieś koło serca.

?... Cud...?

Hermiona zatrzymała się przy ulicy, przeczekała kilka nadjeżdżających samochodów i rozejrzawszy się prędko na boki, przebiegła na drugą stronę.

- Mam...

- Uważ...!

Czyjś krzyk i ostry pisk gdzieś z lewej zagłuszyły resztę słów, coś dużego, ciemnego mignęło jej tuż przed oczami i aż pchnęło boleśnie do tyłu! Hermiona szarpnęła rękoma przed siebie, sięgnęła w powietrze, byle tylko nie upaść i chyba tylko cudem udało się jej utrzymać równowagę.

Młody chłopak na rowerze zahamował gwałtownie kilka jardów dalej, zwalił na kierownicę, ale natychmiast obrócił do niej.

- Boże! Nic się pani nie stało?!

Nic się nie stało? Hermiona potrzebowała zaledwie sekundy, żeby poczuć brak ciepła w kieszeni. I w ręku!

- Kamień...

Gdzie jest Kamień?! Rozejrzała się rozpaczliwie dookoła. Nie mogła zgubić Kamienia! Omiotła wzrokiem chodnik i czym prędzej spojrzała na ulicę. Jeśli rozjedzie go jakiś samochód...! Boże, to byłby koniec świata!

W tym momencie podszedł Severus i spojrzał na nią z wyraźnym poirytowaniem.

- Nic ci nie jest?

- Kamień. Zgubiłam Kamień. Wypadł mi, jak... – Hermiona machnęła na bok pustą lewą ręką.

Oboje popatrzyli w tamtym kierunku i dostrzegli nieforemną bryłkę kilkanaście stóp dalej. Hermiona odetchnęła z ulgi i wtedy nadszedł inny koniec świata.

Severus dał dwa duże kroki w bok i pochylił się po niego.

- Nie możesz choć trochę uważać? – fuknął, obracając się i zamarł. – Co jest..?!

ROZDZIAŁ XIV

CZĘŚĆ FALASE

Australia, Jannali,

O tej samej porze

Przeprowadzanie wywiadu wśród potencjalnych świadków nigdy nie jest specjalnie pociągające, szczególnie, jeśli nie do końca wiesz, o co pytać, bo twoje śledztwo dopiero się zaczyna.

Część z nich jest bardziej zainteresowana doniesieniem na nielubianych sąsiadów, niż odpowiedzią na twoje pytania, młodsi mamroczą coś niewyraźnie pod nosem, starsi zaś mają napad słowotoku, jedni ograniczają się do konkretów, innym należałoby z miejsca podać Veritaserum, żeby zaoszczędzić czas... A co najgorsze, zdecydowaną większość spisanych zeznać potraktujesz w końcu Evanesco.

Dla Falase dzisiejszy wywiad miał jeszcze mniej sensu, niż dotychczas. Biorąc pod uwagę jego pomysł, to, co mieli opowiadać mu ludzie, miał głęboko gdzieś. Jak to mówią, w dupie u Murzyna. Ale musiał pieczołowicie zostawiać za sobą okruszki chleba, a to do nich należało.

Podziękował wylewnie młodej czarownicy, która, po przemyceniu kilku komplementów, opowiedziała mu połowę swojego życia i ruszył do następnego na liście domu.

Jego plan z jednej strony krystalizował się, z drugiej pojawiły się komplikacje.

Nie musiał grzebać w żadnych papierach, żeby dowiedzieć się, że Weasley zostaje do piątku. I całe szczęście, bo Benji, choć nie był Aurorem, stawiał Tarczę jak tylko byle pająk spieprzył mu się na łeb, taki był przeczulony, więc podejść go nie byłoby łatwo.

Ale wystarczyło przyjrzeć się grafikowi przesłuchań, który wisiał w sali. Do tej pory w ciągu tygodnia nie było więcej niż kilka i odbywały się o różnych porach dnia, aż do późnego wieczora. W tym tygodniu wszystkim, którzy mieli jakichkolwiek podejrzanych w areszcie, zaplanowano przesłuchania od 8:30 do 12:00, do piątku włącznie.

Najwyraźniej Coleman chciała skorzystać z bytności Weasley, by podgonić sprawy w toku.

To była dobra i równocześnie cholernie zła wiadomość.

Po takiej zmianie grafików w biurze chyba wszyscy darli mordy. A kiedy ludzie poznają kobietę, która czyta w uczuciach innych jak w otwartej książce, będzie to temat naczelny tygodnia.

Kurwa mać.

Dziś udało mu się uciec z Sali zanim ludzie zaczęli gadać – pomysł obrzygania się przydał się nie tylko do wyciągnięcia listy gości, ale był i wspaniałą wymówką, by wyjść się przebrać. Dzięki niewinnemu zaklęciu wywracającemu zawartość żołądka śmierdział gorzej niż troll i oczywiście wszyscy uznali, że winny był temu wczorajszy pierdzielony rekin. Ale jak, kuźwa, miał nic nie usłyszeć jutro czy pojutrze? Przecież nie będzie udawał głuchego i ślepego!

Nie mógł dopuścić do tego, żeby „dowiedzieć się" o Weasley. Musiał ją capnąć ZANIM to się stanie.

Natchnienie spłynęło na niego zaledwie dziesięć metrów dalej.

Zastukał do drzwi starego, drewnianego domu, w którym miał mieszkać jakiś dupek, który ponoć widział Istotę Bez Twarzy i oparł się o nieco wypaczoną ścianę. Gdy minęło jakieś pół minuty zapukał jeszcze raz i na wszelki wypadek sprawdził numer domu. Już raz, jak ostatni kretyn, poszedł nie pod ten numer, co trzeba i zamiast na podejrzanego, trafił na mugolską dziewczynę.

Numer się zgadzał, więc zastukał jeszcze raz i zerknął na dom naprzeciw.

Opuszczony dom, w którym wejście zabito deskami, okna również, ale z którego przez szparę w deskach ktoś mu się przyglądał.

A może nie czekać, tylko zrobić to już dziś?

Skoro Weasley siedziała w Ministerstwie rano, popołudniu będzie wolna. Najpewniej z Potterem wybiorą się zwiedzać Metropolię, nie było na świecie czarodzieja, który by tego nie zrobił!

Cały czas zastanawiał się, gdzie ukryć Weasley, a teraz masz! Znalazł sposób!

W jakimś opuszczonym domu!

Opuszczonych domów w swoim życiu widział już od cholery!

Okręg Cairns

Hermiona otworzyła usta, żeby cokolwiek powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Jak, na miłość boską, mogła wyjaśnić CZEMU Kamień był ciepły i pulsował?!

Jeszcze ciepło mogła jako tako wytłumaczyć: nagrzał się, bo trzymała go w kieszeni. Kilka chwil temu myślała, że to sensowne wytłumaczenie, lecz teraz czuła, że jest wręcz idiotyczne. Ale pulsowanie?! Jeśli pulsował w takim samym rytmie, jak jej galopujące serce, nie ma możliwości, żeby tego nie poczuł!

Severus zmarszczył brwi, więc przełknęła ślinę i kiwnęła głową.

- Trzymałam go w kieszeni... Od rana... – przygryzła mocno usta.

- Przepraszam bardzo – odezwał się równocześnie chłopak koło nich. – Ale tu jest ścieżka z pierwszeństwem dla rowerów i...

- Nie wiedziałem, że ścieżki dla rowerów zwalniają z obowiązku patrzenia dookoła – przerwał mu Severus i posłał tak ostre spojrzenie, że chłopak aż zachwiał się i znów wpadł na kierownicę. – I najwyraźniej myślenia.

Po czym machnięciem ręki kazał mu znikać, odwrócił się do Hermiony i podał jej Kamień.

- Ciebie to też dotyczy. No chyba, że wybrałaś się tu po to, żeby dać się rozjechać byle głupcom, ale w takim razie byłoby miło, gdybyś mnie uprzedziła.

O ile wcześniej Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć, tak teraz po prostu zbaraniała. Kamień tętnił jej w dłoni bez mała rozwierając zaciśnięte dookoła niego palce, a on tego nie skomentował?!

Może po prostu jest wściekły i nie zwrócił uwagi?

Ale jak mu przejdzie, to sobie przypomni!

Merlinie, i chyba cię udusi!

- Ten kamień czy nie? – spytał niecierpliwie Severus, więc pospiesznie kiwnęła głową. – To czemu sterczysz jak spetryfikowana?

Merlinie, on tego nie czuje! Nic nie czuje!

Ulga, która zalała Hermionę, była tak wielka, jakby weszła W Patronusa. Odetchnęła pełną piersią i uśmiechnęła się radośnie.

- Musiałam ochłonąć. W-wpierw ten chłopak, potem Kamień... trochę mnie to zaskoczyło – demonstracyjnie schowała Kamień do kieszeni i spojrzała na Severusa. – A ty, jak zwykle, musisz straszyć ludzi dookoła?

Oboje spojrzeli za chłopakiem, który był już daleko od nich i pedałował ile sił w nogach i Severus wzruszył ramionami.

- Trzymaj – oddał jej różdżkę. – I lepiej się pospieszmy. W takim tempie prędzej twoi rodzice znajdą tu ciebie, a nie ty ich.

- Gdyby to było takie proste... – Hermiona wyciągnęła ku niemu rękę i widząc uniesioną jedną brew, dodała: - Starczy tych spacerów. Królowie piechotą chodzą tylko do toalety.

- Wypiłaś wywar z blekotu, czy jednak ten rower ci zaszkodził?

- Tak mówią mugole. Ja nas aportuję, wiem gdzie.

Czując na nowo dotyk jego dłoni Hermiona poczuła się jak w domu. Właśnie to chciała czuć. Mruknęła „Fundole", pomyślała o centrum handlowym niedaleko i obróciwszy się na pięcie, pociągnęła za sobą Severusa.

Bez wątpienia króla wśród czarodziejów.

CZĘŚĆ HARRY

Metropolia, 20 maja,

„W Torbie u Kangura", 12:30

Harry wyjrzał znów za okno czy nie nadchodzi Ginny i zaklął pod nosem. Minęła już dwunasta, a jej nadal nie było. Jej, listów, reszty adresów i świstoklików.

- Pospiesz się – wymamrotał, kładąc się na wznak na łóżku i przymykając oczy.

Ostatnia noc znów nie należała do spokojnych pomimo eliksiru uspokajającego. Koło trzeciej Ginny zerwała się ze stłumionym krzykiem, usiadła machając rękoma na oślep, a kiedy po chwili dotarło do niej, gdzie jest, przez kilka minut łkała w poduszkę, zanim Harry'emu nie udało się jej uspokoić. Potem przez prawie godzinę rozmawiali, planowali i dopiero wtedy zasnęła.

Merlinie, miejmy nadzieję, że Hermiona ma się lepiej, szczególnie po tym, jak Snape usunął jej pamięć. Bo jej nie ma kto przytulić, kiedy jest jej źle.

To na nowo przypomniało mu cel ich wyprawy do Australii i odruchowo zacisnął pięści. Musiało się im udać! Nie ważne, ile listów musieli napisać, w ile miejsc się wybrać, ile Monik i Wendellów zobaczyć – musieli odnaleźć jej rodziców!

Najpóźniej w piątek wieczorem będzie już po wszystkim. Zacznij się lepiej zastanawiać, jak ściągnąć ich z powrotem do Londynu i przywrócić im pamięć.

W sumie to było proste. Kiedy rozpoznają ich w którejś grupie, zawężą adresy do sprawdzenia do kilku, kilkunastu. I najlepiej będzie wrócić jak najszybciej do Anglii i zawiadomić Gawaina i Mathiasa. Oni już będą wiedzieć, co dalej.

Harry wyobraził sobie, jak z Richem, Gawainem i Mathiasem pukają do jakiegoś domku w Melbourne czy... nawet w Perth, otwierają się drzwi, a oni pytają „Państwo Granger?" i w tym momencie...

W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła Ginny. Czy raczej wpadła.

- Mam wszystko! – zawołała triumfalnie już od progu i podbiegła do niego.

Harry akurat siadał, ale Ginny z impetem przewróciła go z powrotem na łóżko i pocałowała.

- Doris jest genialna! To bóstwo, a nie kobieta! – powiedziała, odsuwając się.

- Bóstwo, mówisz? – Harry przyciągnął ją do siebie, pocałował równie mocno i dopiero potem puścił. - Przekonaj mnie, że większe bóstwo niż ty.

Ginny zachichotała i ściągnęła pospiesznie plecak.

- Proszę bardzo, panie niedowiarku. Reszta adresów - machnęła mu przed nosem dość opasłą kopertą. – 134 niemal gotowe listy – wyciągnęła gruby plik zapisanych jej charakterem pisma kartek i odłożyła na stół.

Wczoraj wieczorem byli zbyt zmęczeni, żeby racjonalnie myśleć, ale na szczęście w nocy doszli do oczywistego wniosku, że Ginny musi po prostu napisać jeden list, bez adresu i poprosić Doris, żeby go skopiowała. Geminio było o wiele szybsze niż przepisywanie poezji Dudleya.

- Zaprogramowane świstokliki, aktywowane dotykiem – Ginny wyciągnęła duży worek, wyjęła ze środka jakieś zawiniątko i podała Harry'emu. – Ten jest do Geraldton.

Harry obróci je, żeby odczytać napis, ale nie próbował odwijać. Magiczny papier lub niektóre rodzaje tkanin nie przepuszczały magii, ale gdyby choć musnął świstoklik końcem palca, aktywowałby go natychmiast, a przecież nie o to chodziło. No i koniecznie chciał zobaczyć, co jeszcze przyniosła Ginny. Po jej minie wnosił, że to coś, czego w ogóle się nie spodziewał.

Rudowłosa wstała, jednym gładkim ruchem wyciągnęła jakąś tkaninę z wnętrza plecaka i przykryła się nią. I znikła!

Peleryna niewidka!

- Dobrze działa? – napłynęło z pustki.

Harry obszedł Ginny dookoła i zlustrował uważnym spojrzeniem. To nie był pierwszy raz, kiedy miał do czynienia ze zwykłym płaszczem niewidzialności, w szkole Aurorów, a potem w pracy spotykał się z nimi często, więc znał jego mankamenty. Przede wszystkim chodziło o niejednolitość tła, zbyt grube szwy, które tworzyły załamania na ukrywanym obiekcie i refleks na powierzchni materiału, spowodowany płowieniem sierści.

- Obróć się.

Doszedł go szelest stóp, ale nadal widział tylko ściany, podłogę i przedmioty dookoła.

- Idealnie – uznał i sięgnął na oślep przed siebie.

Sądząc po dotyku, trafił na plecy Ginny, więc obrócił ją ku sobie, przyciągnął i odszukawszy dotykiem jej twarz pocałował lekko. Dopiero potem ściągnął z niej pelerynę i przyjrzał się jej uważnie.

- Doris powiedziała, że jest utkana z włosia tego samego demimoza – wyjaśniła Ginny. – I ma niecały rok. I mam jeszcze jedną, podwójną!

- Jeszcze jedną...? Ale przecież wziąłem naszą...?

- Jaką „naszą"? – spytała z takim zdziwieniem w głosie, że w pierwszej sekundzie Harry już chciał jej odpowiedzieć i dopiero potem do niego dotarło. Peleryny były dość rzadkie i drogie, a w ich sytuacji lepiej, żeby nic nie zwracało na nich uwagi, nawet to.

- Biorąc pod uwagę, że nie możemy się zakameleonić, Doris kazała nastawić świstokliki na jakieś ustronne miejsce w pobliżu każdego adresu i zaproponowała peleryny.

- Genialne!

- Owiniemy się nimi tuż przed dotknięciem świstoklika i...

- ... i w ten sposób nikt nas nie zobaczy! – dokończył Harry. – Obie jesteście genialne!

Ginny podała mu drugą pelerynę, złożoną w ładną kostkę i przewiązaną sznurkiem.

- Nie chciałabym uszkodzić naszej.

W odpowiedzi Harry uścisnął ją mocno. Nie zależało mu ani na Czarnej Różdżce, ani na Kamieniu Wskrzeszenia, ale Peleryny nie chciał stracić za nic na świecie.

- Możesz oddać listy do wysłania i adresy jeszcze dziś? – spytał, siadając do stołu.

- A jak myślisz? Masz do czynienia z dwiema genialnymi kobietami i jeszcze takie pytania zadajesz?

Całe szczęście, że przyszło nam do głowy skopiowanie tych listów pomyślał Harry niemal dwie godziny później, przyglądając się, jak Ginny dopisuje adres i oddaje mu kolejną kartkę.

Używając Scribere byłoby szybciej, ale znów nie tak bardzo. Tak naprawdę wpisanie adresu i opisanie koperty zajęło im jakieś pół godziny.

Przez resztę czasu próbowali rozplanować w jakiś rozsądny sposób spotkania.

Z jednej strony mieli 134 adresy rozrzucone po olbrzymim terenie i nie mogli wyznaczać spotkań zbyt daleko od miejsc zamieszkania państwa Wilkins.

Z drugiej strony nie mogli wyznaczać ich ani zbyt wcześnie, ani zbyt późno, bo przecież większość z nich na pewno pracowała i zostało im tylko dwa dni. Nie mogli też liczyć na różnicę czasu między stanami, która tak bardzo pomogła im w rozplanowaniu spotkań na dziś. Och, i byli sami.

Ale było już za późno na odłożenie tego na „następny raz", musieli skończyć to, co zaczęli.

Tak więc zaplanowali 40 spotkań, co pół godziny, pomiędzy 19-tą i 21-szą i podzielili między siebie. Co gorsza, mieli równolegle dwa różne spotkania o tej samej porze.

- Przydałby się zmieniacz czasu – powiedziała Ginny, patrząc jak Harry wkłada ostatnią kopertę do jej torby.

- Damy sobie radę. Rodzice Hermiony na pewno przyjdą wcześniej i przecież będą trochę czekać. Nikt nie odejdzie punkt siódma czy ósma, będą rozmawiać, potem pójdą się dopytywać, co ze spotkaniem, ktoś na recepcji czy w biurze też będzie potrzebował trochę czasu na sprawdzenie...

- A potem zaczną rozmawiać z innymi Wilkinsami.

- Dokładnie. Trochę ich to zajmie.

Po twarzy Ginny przebiegł krótki uśmiech i znikł. Coś ją trapiło.

- Coś nie tak? Masz dziwną minę.

- Bo... pomyślałam sobie, że może akurat teraz rodzice Hermiony są gdzieś na wakacjach – wzruszyła ramionami rudowłosa. – Nie wiem gdzie, gdzieś daleko od domu. I na te spotkania stawią się wszystkie inne...

- Ginny, stop – powiedział zdecydowanym tonem Harry i wziął ją za ręce. – Zawsze jest taka możliwość. Kiedykolwiek byśmy nie szukali, my czy ktokolwiek inny, w jakikolwiek sposób, zawsze byłoby możliwe, że w tym samym czasie ich nie byłoby w domu. Przy każdym śledztwie mam z tym do czynienia. Zawsze mogę przeoczyć jakiś ważny ślad, źle go zinterpretować, rozminąć się z podejrzanym. I czasem tak się dzieje, ale na ogół wszystko kończy się dobrze.

Ginny uśmiechnęła się i oparła czoło o ich splecione dłonie.

- Wiem. Marudzę. Po prostu jestem zmęczona, to wszystko.

- Może połóż się na chwilę?

- Nie. Zaniosę listy Doris. Im szybciej je dostanie, tym szybciej pójdą do naszych kochanych państwa Wilkins – zaprzeczyła, wstając. – Poza tym zrobienie 80-ciu świstoklików zajmie im pewnie sporo czasu.

Harry przytrzymał jej torbę.

- Dobrze, więc zróbmy tak. Zanieś je do Ministerstwa, a ja wyskoczę obejrzeć adresy na jutro – Ginny już chciała zaprotestować, ale potrząsnął głową. – Nie ma sensu, żebyśmy oglądali je oboje. Chcę tylko znaleźć najlepsze punkty obserwacyjne. I wierz mi, dam sobie radę, zaliczyłem z tego egzamin na Powyżej oczekiwań – mrugnął do niej okiem.

Ginny uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

- Poza tym – ciągnął Harry – w ciągu najbliższych kilku dni zaliczysz sporo twardych lądowań i zapewniam cię, zdążysz jeszcze mieć ich dość.

- Chciałabym ci pomóc...

- Jak chcesz mi pomóc, to przy okazji rozejrzyj się za jakimś dobrym barem czy restauracją. I zanim świśniemy spotkać „naszych kochanych państwa Wilkins", pójdziemy coś zjeść.

Ginny odebrała mu torbę i przytuliła się mocno do niego.

- Masz rację, to żarcie tu jest jakieś dziwne. Spytam Doris, co poleca i wracając do hotelu sprawdzę, co tam dają jeść.

Wschodnie wybrzeże

Koło 14tej

- No dobrze, ale w którymś momencie ludzie chyba zorientowali się, że używając różdżki zaczęli tracić poprzednie zdolności – powiedziała Hermiona, dopijając orzeźwiający sok pomarańczowy i zaczęła bawić się ozdobną papierową parasolką z napoju.

Kończyli właśnie dość późny obiad na tarasie niewielkiej restauracji nad brzegiem morza i zarazem długą dyskusję o różnych rodzajach magii. Od wizyty w Informacji Turystycznej narzucili sobie dość ostry rytm: dziesięć aportacji i krótki odpoczynek i w trakcie każdego z nich rozmawiali na różne tematy. Hermiona pytała, Severus sprawdzał jej stan wiedzy i wyjaśniał resztę i o dziwo odkrył, że sprawia mu to przyjemność. Tym razem znów zeszli na odejście od starożytnej magii – to był temat, który wyraźnie ją interesował.

Pisk mew, miarowy szum fal, przejeżdżające samochody i krzyki plażowiczów skutecznie zagłuszały ich rozmowę, ale na wszelki wypadek Hermiona rzuciła Muffliato i Severus z trudem opanował ochotę skomentowania tego. Jeszcze nie tak dawno temu odmówiła posłużenia się zaklęciem, które jej zaproponował, ponieważ nie zostało ono zaaprobowane przez Ministerstwo. Zdecydowanie, za chwilę po dawnej pannie Granger nie pozostanie nawet śladu.

- Oczywiście - odparł, oderwał mały kawałek chleba i starannie zebrawszy nim resztkę sosu z talerza, uniósł do ust. – Myślisz, że to im przeszkadzało? Co wiesz o pierwotnej wersji amortencji?

Nowa wersja panny Granger naprzeciw oderwała wzrok od jego dłoni i zmarszczyła brwi – wyraźny znak, że próbowała się skupić. Co też znaczyło, przed chwilą błądziła myślami Merlin wie gdzie.

- Została wynaleziona na przełomie drugiego i trzeciego wieku naszej ery – odparła powoli. – I była o wiele słabsza, niż ta, którą znamy dziś. Nie wywoływała obsesji, tylko lekkie zauroczenie i stosowana była przez kobiety, które nie potrafiły dać sobie rady w wymuszanych małżeństwach.

Severus otarł usta serwetką i odrzucił ją na talerz.

- Avada i Imperio?

- Wynalezione dla Uzdrowicieli. Avadę stosowano w przypadku nieuleczalnych chorób, żeby skrócić bolesne agonie, Imperio zastąpiło maść z jadu węża, która działała przeciwbólowo na różne dolegliwości, ale szybko zabroniono stosowania jej podczas porodów, bo wpływała negatywnie na dziecko.

Akurat na temat Avady i Imperio Hermiona mogła powiedzieć mu o wiele więcej, ale ograniczyła się tylko do tego, o co mu chodziło.

- Maść z kamienia księżycowego? – Severus lekkim kiwnięciem głowy potwierdził, że dokładnie takiej odpowiedzi oczekiwał.

- Bardzo stara maść, chyba z okresu średniowiecza, na drobne rany i skaleczenia, niektórzy nadal ją stosują, bo jest tańsza niż dyptam.

- Appello cursum i Vera damnum?

Coś błysnęło w jej oczach i parasolka przestała tańczyć.

- Jestem chyba jedyną osobą na świecie, która tak się urządziła, że zaklęcia wyszukujące nie wystarczą – westchnęła ciężko Hermiona i cieniutki patyczek trzasnął w jej palcach.

Severus sięgnął po parasolkę, wyprostował złamaną rączkę i odłożył na bok.

- Powiem ci to tylko raz, więc lepiej dobrze to zapamiętaj – powiedział bardzo miękko. – To była najlepsza rzecz, jaką mogłaś wtedy zrobić. Gdybyś wiedziała, gdzie ich ukryłaś i Malfoy czy ktokolwiek inny cię torturował, powiedziałabyś to. I nie mów, że nie, po króciutkim spotkaniu z Bellatrix wiesz doskonale, że nie wytrzymałabyś długo.

Hermiona uśmiechnęła się do niego i dotknęła palcem jego ręki.

- Dziękuję. Naprawdę – jeden raz w jego wydaniu warty był tysiąca innych.

Severus skinięciem głowy zaakceptował podziękowania i przechylił się do tyłu, aż na oparcie krzesła, bo lekkie muśnięcie zostawiło po sobie zaskakujące uczucie chłodu. Jednocześnie wyobraził sobie Hermionę rozciągniętą na posadzce w dworze Malfoya i wyjącą z bólu, który znał aż za dobrze i poczuł, że gdyby Bellatrix jeszcze żyła, z pewnością by ją udusił.

- Wracając do naszej rozmowy, jeśli to cię nadal interesuje – powiedział czym prędzej, nie pozwalając sobie drążyć tematu. – Odrzuciłabyś wtedy możliwość skorzystania z amortencji, Imperiusa, nie smarowałabyś ran maścią i nie użyłabyś żadnego z zaklęć wyszukujących? – gdy potaknęła, ciągnął dalej. - Po co ludzie mieli uciekać się do ożywiania zmarłych, co dostępne było tylko nielicznym, skoro ci sami nieliczni mogli skorzystać z Kamienia Filozoficznego? I nie zapominaj o kontekście politycznym i społecznym tamtych czasów. Niemagiczni zaczęli bać się i nienawidzić czarodziejów, wszystkie obrzędy były źle postrzegane. Wszyscy szukali wtedy nowych zaklęć i rytuałów, żeby odciąć się od przeszłości.

- Fakt, że nie mieli wtedy łatwego życia – przyznała Hermiona. – Czytałam trochę na ten temat, wiesz, dla zaspokojenia ciekawości, bo profesor Binns nic nam o tym nie mówił.

- Profesor Binns uznawał tylko bunty, wojny i inkwizycje i nic poza tym jego zdaniem nie było godne, by przejść do historii – kącik ust Severusa zadrgał mocno, gdy przypomniał sobie Historię magii.

- Więc skąd tyle o tym wiesz?

- Nauczyłem się w trakcie praktyk na Mistrza Eliksirów.

To była jedna z takich odpowiedzi, która aż błagała o kolejne pytania, zupełnie jak jedno krótkie zdanie przeczytane w książce tysiąca tajemnic i nie pozwalające jej odłożyć, póki nie pozna się ich wszystkich, jak jedna gwiazdka z nieba, kiedy ponad nami lśnią i kuszą nas miliardy. Hermiona już otworzyła usta,... gdy naraz znikąd pojawił się kelner. Severus ledwo miał czas zdjąć Muffliato, gdy chłopak zatrzymał się przy ich stoliku.

- Mogę zabrać talerze? – zapytał i gdy oboje potaknęli, dodał – Życzą sobie państwo coś jeszcze?

Hermiona poprosiła o rachunek, więc szybko zebrał nakrycia i zniknął.

- W przyszły poniedziałek zaczyna się proces Rayleigh – zmienił temat Severus, wyciągając z kieszeni zwitek mugolskich pieniędzy i położył go koło Hermiony. – Nie raczyłaś stawić się na przesłuchanie w Ministerstwie, więc miałem niezmierną przyjemność spędzenia kilku godzin w towarzystwie Shaklebolta i Robardsa. Liczę na to, że z poniedziałek ty również jej dostąpisz.

Rayleigh. To jedno krótkie słowo sprawiło, że nagle zniknął cały świat i przed oczami Hermiony wybuchła wyimaginowana scena, w której jakaś kobieta lgnęła do niego, tuliła go i całowała... i, do jasnej cholery, którą całował on!

I na myśl o tym, że ta kobieta poznała to, czego jej nigdy nie będzie dane poznać, zalała ją taka fala złości, że ledwie udało się jej nad sobą zapanować.

- Och, o to nie musisz się martwić! – warknęła. - Nie pominę żadnej sesji, nawet jeśli by to znaczyło, że mam pracować na nocne zmiany!

Severus przyjrzał się uważnie Hermionie. Chyba pierwszy raz widział w niej tyle zawziętości, uporu i jeszcze czegoś. Palącego bólu, zupełnie jakby Rayleigh zraniła ją osobiście.

- To miło, że wreszcie przejęłaś się tą sprawą, ale dla odmiany trochę przesadzasz.

- A co, powinnam może jej dziękować i gratulować? Zamierzam zadbać o to, żeby twoja cela nie świeciła pustkami - Hermiona sięgnęła na oślep po zwitek banknotów, jej ręka trafiła do cukierniczki i to ją wreszcie otrzeźwiło

O la la. Panna Granger potrafi mieć temperament.

- Fakt, że przez nią bez mała straciłaś dwójkę przyjaciół nie oznacza, że nie możesz podejść do tego z dystansem. Wolałbym nie usłyszeć za kilka dni, że wpadłaś w nową depresję.

Przez jedną, krótką sekundę Hermiona nie wiedziała, o czym on mówi, a potem, jak lawina, runęły wspomnienia z tamtych dni. No właśnie, w dodatku to! Harry, Ginny...

I Chase.

O mój Boże. I do tego Severus przecież stracił pracę. Jak zwykle, jego również to dotknęło i jak zwykle myśli o innych, a nie o sobie.

- Postaram się. Obiecuję – powiedziała o wiele spokojniejszym tonem. Dla niego. A ona i tak zgnije w Azkabanie. – Severus? Skoro teraz Powell wie, że to nie ty, to myślisz, że przyjmie cię z powrotem do pracy?

Tym udało jej się go zaskoczyć i Severus potrzebował chwili, żeby sobie przypomnieć, że przecież nigdy z nią na ten temat nie rozmawiał.

- Nie sądzę.

- Dlaczego? – zdumiała się Hermiona. – Na jego miejscu błagałabym cię o powrót. Nawet jeśli nie zawsze się zgadzaliście, teraz jest o jednego eliksirotwórcę mniej, a poza tym pewnie będą znów o tobie pisać...

- Akurat co do mojego odejścia z Pracowni byliśmy wyjątkowo zgodni. Powiedziałbym nawet, że to był porywający przykład aklamacji.

- Ach, tak... Więc co będziesz robił? Uczył, warzył dla kogoś innego? – Severus uniósł pytająco brew, więc dodała. - Może mógłbyś wrócić do nauczania? Albo otworzyć własną aptekę czy pracownię eliksirów?

- Nie potrzebuję nic robić.

Hermiona powstrzymała się od przewrócenia oczami. Jakie to było dla niego typowe! Mógł dbać o innych, on sam nie potrzebował nic.

- Oczywiście, że musisz. Najważniejsze, żebyś robił w życiu to, co kochasz, trzeba tylko...

- Niech cię przestanie interesować moje życie – przerwał jej Severus, pochylając się ku niej gwałtownie – Zdaje się, że masz swoje do poukładania.

Hermiona nie cofnęła się, wręcz przeciwnie. Spojrzała z bliska w aksamitną czerń jego oczu i opanowała ochotę sięgnięcia i odgarnięcia na bok kosmyków jego włosów.

- To ty poukładałeś moje życie. Przyszedłeś po mnie, jednym słowem dałeś nadzieję i przywróciłeś sens wszystkiemu, co wydawało mi się przegrane – powiedziała cicho i bardzo stanowczo. – Więc nawet przez sekundę nie marz o tym, że teraz ja zostawię ciebie i pozwolę ci przegrać twoje.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, żadne z nich zdecydowane nie ustąpić drugiemu i Severus już otworzył usta, żeby warknąć na nią, gdy Hermiona dodała.

- Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.

O Merlinie.

W jednej chwili przypomniały mu się jej inne słowa, sprzed zaledwie kilkunastu dni. „Przyrzekam ci. Nie zostawię cię tu. Jeśli nie jutro, to pojutrze stąd wyjdziesz. Przyrzekam ci to na własne życie". I „Nic mnie nie powstrzyma".

Istotnie, nic nie było w stanie jej powstrzymać. Dotarła na sam koniec świata, żeby go odnaleźć, znalazła w sobie odwagę i upór, żeby przychodzić wiele razy w to przeklęte miejsce, byle dać mu Nadzieję, choć przecież to słowo nie miało prawa tam istnieć. Przywróciła go do życia, kiedy pragnął już tylko umrzeć. Merlinie, w jego obronie potrafiła nawet rzucić się na Dementora!

I udało się jej. Zmieniła Wszystko. Zamiast lodowatego zimna czuł teraz gorąc, zamiast ciemności i wszystkich odcieni zgnilizny spoglądał na świat zalany jasnym słońcem.

Z tego wszystkiego ten sam pozostał tylko zapach migdałów.

Był wolny. Na szczęście.

Jak mógłby ją powstrzymać przed pomaganiem jemu?

Severus nabrał głębiej pachnącego migdałami powietrza i… poddał się.

- Jesteś nieznośna, uparta, wścibska, źle wychowana, krnąbrna i zbyt pewna siebie.

CZĘŚĆ FALASE

Australia, Colebee,

Dom matki Falase,

O tej samej porze

Jakoś w południe Falase doszedł do wniosku, że nie mógł tego zrobić dziś. To było zdecydowanie za wcześnie. Musiał wybrać któryś opuszczony dom i przekonać się, że faktycznie jest opuszczony. Musiał dowiedzieć się, jak ta Weasley wygląda i co robi popołudniu, żeby wybrać najlepszą porę. Musiał przygotować jakieś jedzenie i jakieś rzeczy dla niej. Musiał wymyślić, jak zmusić ją do pomocy. W jego pierwotnym pomyśle ograniczył się tylko do takich jak dziś rozmów ze świadkami i z podejrzanymi, ale przecież mógł wykorzystać jej zdolności o wiele lepiej, pod warunkiem, że ona sama chciałaby z nim współpracować.

Strasznie dużo było tych „musiał".

W Szkole Aurorów pakowali im do głów, że nie wolno, pod żadnym pozorem, przeprowadzać akcji, które nie są do końca zaplanowane, chyba, że zaistnieje sytuacja krytyczna.

Tak więc słuchając jednym uchem świadków rozmyślał nad planem na najbliższe dni, próbował podważyć każdy pomysł, znaleźć dziury i je załatać.

I wymyślił.

Musiał nie pójść jutro do pracy. To akurat było bardzo proste – przez pierdzielonego rekina rozchorowała się poważnie jego matka. Trzeba było tylko to tak zaaranżować, żeby dowiedzieli się o tym ludzie w Ministerstwie dziś, zanim jeszcze on wróci z przesłuchiwania świadków. W ten sposób za jednym zamachem miał pretekst do pospiesznego wyjścia z pracy i zyskiwał cały jeden wolny dzień.

Dlatego też wpadł do matki na obiad koło 14-tej. Wszedł na ganek i zastukał do na w pół przymkniętych, wypaczonych drzwi.

Chwilę później rozległy się ciężkie kroki i skrzypienie podłogi i w drzwiach ukazała się gruba, czarnoskóra kobieta o bardzo dużych, niemal czarnych oczach i włosach gęsto przetykanych siwizną.

– Omari! Nie spodziewałam się dziś ciebie! Ale to cudownie, że przychodzisz! – na jej szerokiej, miłej twarzy rozlał się radosny uśmiech.

- Cześć, mamo – cmoknął ją w policzek i przyjrzał uważnie. Bardzo uważnie. – Jak się czujesz?

- Bez obaw! Świetnie! Wejdź, wejdź, pewnie wpadłeś coś zjeść?

Oboje weszli do środka i Falase aż ślinka napłynęła do ust. Zawsze tak było, obojętnie czy był głodny, czy najedzony.

Matka, choć zjawiła się w Australii ponad 20 lat temu, nadal gotowała typowe, madagaskarskie potrawy. Jej kuchnia zawsze przesycona była zapachem ryżu, mieszanką imbiru, kurkumy, mielonego ręcznie czarnego pieprzu, czosnku, cebuli czy chili, na piecu zawsze pyrkotała jakaś aromatyczna zupa lub dusiło się powoli mięso, smażyły się pomidory czy cukinie, a stół zastawiony był świeżymi plackami chlebowymi czy bananami w cieście.

Ilość jedzenia, które przygotowywała, również była typowa dla mieszkańców Madagaskaru – choć mieszkała sama, gotowała tyle, że mogłaby wyżywić pół osady.

Widząc i czując to wszystko, za każdym razem miał ochotę jeść teraz-zaraz, i to palcami!

- Pytam, bo mi chyba zaszkodził ten wczorajszy rekin – powiedział, siadając za stołem. – Usmażyłem sobie trochę wieczorem i rano... mówię ci, koszmar.

Pani Falase postawiła przed synem talerz z jeszcze gorącym mięsem duszonym z liśćmi manioku, sięgnęła po garnek z ryżem i zaczęła nakładać do dużej miseczki.

- Co ty powiesz? Zrobiłam go na pikantno, ze świeżymi chili na obiad i nie zauważyłam, żeby coś było z nim nie tak.

- Może źle gotuję – uśmiechnął się Falase, zobaczył miskę pełną ryżu i czym prędzej przytrzymał matce rękę, bo ta chciała nałożyć więcej. – Boże, starczy! W każdym razie jakby co, daj mi natychmiast znać, dobrze?

- Bez obaw, kochanie! Co chcesz wypić?

Falase spojrzał ostentacyjnie na zegarek i kiwnął głową.

- Masz jeszcze litchel*(przypis na dole strony *Litchel – lekkie wino palmowe)?

Jego matka pogłaskała go po głowie i wyszła z kuchni.

Falase odczekał chwilę, aż usłyszał skrzypnięcie drzwi do piwnicy, po czym podskoczył do szafki, w której leżały jej ulubione ciasteczka przekładane konfiturą z róży, które podjadała między posiłkami. Rozchylił ostrożnie kilka z nich, Accio przywołał maść żywokostową i rozsmarował grubą warstwę, po czym złożył i zostawił je na talerzyku na stole, a resztę pospiesznie schował.

Matka stosowała tę maść na siniaki, od kiedy pamiętał i jako mały chłopak nie raz podjadał ją, żeby się rozchorować i nie musieć iść do szkoły. Prócz wymiotów w przeciągu kilku godzin dostawało się po niej również gorączki, a to było dokładnie to, czego potrzebował.

- Zrobić ci herbaty czy kawy? – krzyknął w stronę schodów.

ROZDZIAŁ XV

Birriani, 21sza

Londyn 12sta, Anglia 11:00

W barze o tej porze było zaskakująco mało ludzi, co bardzo odpowiadało Severusowi. Nie przepadał za tłokiem i zupełnie nie potrafił pojąć, co pchało ludzi do pubów takich jak Pod Trzema Miotłami czy Pod Świńskim Łbem, gdzie kłębił się dziki tłum, panował hałas i sąsiad dyszał ci w kark.

Zdecydowanie wolał usiąść sam i móc w spokoju raczyć się dobrą whisky. A na taką wyglądała ta, którą kupiła Hermiona przy okazji robienia zakupów dla właścicieli hoteliku.

Odebrał nalany hojną ręką alkohol, usiadł przy pustym stoliku i przyjrzał się uważnie trzymanej w ręku szklaneczce. Whisky wyglądała... obiecująco. Miała kolor głębokiego bursztynu, rozpalonego blaskiem świecy, której płomień odbijał się od spodu szklanki, pełgał po jej ściankach i rzucał ciemne, niemal krwawe cienie na krawędzie. Kiedy Severus poruszył lekko ręką, alkohol zakołysał się, zostawiając za sobą delikatną smużkę na brzegach, a płomień świecy liznął opuszki jego palców. Niemal czuł jego dotyk. Zaiste, bardzo obiecująco.

Hamując niecierpliwość, uniósł szklaneczkę ku twarzy i wciągnął głęboko powietrze.

W pierwszej chwili jak zwykle poczuł mocny zapach zboża, który niemal natychmiast zastąpiła woń dopiero co skoszonej trawy i jeszcze czegoś... Severus przymknął powieki i usta drgnęły mu w uśmiechu, gdy rozpoznał nutkę świeżego pergaminu. A potem, jak zawsze, przez to wszystko przebił się bogaty aromat sherry i gorycz dębowych beczek.

Dopiero po tym mógł pozwolić sobie na więcej. Wziął do ust zaledwie odrobinę, pozwolił whisky rozlać się po języku i wczuł się w smak. Och tak... Była mocna, ciężka i z charakterem, dokładnie tak, jak oczekiwał.

Musiał przyznać Hermionie, że dobrze trafiła, już dawno nie pił czegoś tak... Wybitnego.

Na myśl o Hermionie poczuł znajome napięcie rozlewające się po jego ciele. To samo, które czuł cały dzień, ilekroć na nią spojrzał.

To niesamowite, jak strój mógł zmienić człowieka. Stój i wiek. Już w trakcie inspekcji u Powella zauważył, jak dobrze Hermiona wygląda w eleganckim żakiecie i wąskiej spódnicy, ale wtedy jeszcze to była panna Granger. Zarówno pod względem ich wzajemnych stosunków, jak i wiekiem.

Teraz jej kobiece kształty kusiły go, każdym ruchem, głębszym oddechem, zapachem obiecując to, czego nie miał już od tak dawna. I na nic zdawało się usilne odwracanie wzroku, skoro kiedy tylko zamknął oczy, nadal widział jej sylwetkę i w bardzo konkretny, niemal bolesny sposób czuł się mężczyzną.

Całe szczęście na dziś masz z nią spokój. Pewnie prosto po kąpieli pójdzie spać.

Przez jedną szaloną chwilę wyobraził sobie ją pod prysznicem; mokre, splątane włosy przyklejone do nagiej skóry, wilgotne, rozchylone usta i ten sam wyraz twarzy, co rano... Merlinie, dałby wszystko, byle móc odgarnąć te kosmyki na bok, poznać jej kobiecość i stłumić jej krzyki własnymi ustami...

Chhhhholera! Severus z głośnym stuknięciem odstawił szklaneczkę na stół, spojrzał za okno i nabrał gwałtownie powietrza, żeby uspokoić dzikie bicie serca. I spróbować dać zmaltretowanemu ciału choć trochę wytchnienia.

Ale dopiero po kilku głębokich oddechach udało mu się dostrzec cokolwiek na dworze i po kilku następnym zacząć rozumieć, co widzi.

Zajmij się może lepiej INNYMI aspektami dzisiejszego dnia!

Rozmawiali. Merlinie, dużo rozmawiali. Pod TYM względem bez wątpienia mógł zaliczyć ten dzień do tych bardziej udanych w swoim życiu.

Może dlatego, że to była rozmowa. Dyskusja. Wymiana poglądów. Nie było się co dziwić, że wiedział więcej od niej i z... och, niech będzie, z przyjemnością! Stwierdził, że Hermiona na ogół nie próbowała opowiedzieć mu o wszystkim, co wiedziała – co go kiedyś tak bardzo w niej denerwowało. Ograniczała się do tego, czego oczekiwał i tylko kilka razy musiał ją przyhamować, gdy jakiś temat ją poniósł.

No i zupełnie nie spodziewał się, że on również czegoś się dowie. Rozmawiali akurat o... o ewolucji niektórych zaklęć i eliksirów i wtedy Hermiona opowiedziała mu o nowych zaklęciach diagnostycznych, które były ni mniej, ni więcej, jak ulepszonymi zaklęciami stosowanymi do hodowli smoków.

Przypominając sobie ich dyskusję, Severus uśmiechnął się kącikiem ust. To był właśnie jeden z tematów, które ją pasjonowały. Pociągały. Widział to wyraźnie w jej błyszczących oczach, rozszerzonych źrenicach, nawet w rumieńcu na twarzy. I chłonąc ją całą wzrokiem, równie dobrze mógł wyobrazić sobie inny powód takiego stanu, równie... pociągający.

Popijając powoli whisky, pozwolił sobie wrócić myślami do co ciekawszych rozmów i tym razem mógł skupić się nie na treści, ale na... formie. Jej formie.

Zaiste, była...

- Severus? – usłyszał zza swoich pleców.

Równocześnie poczuł zapach świeżości i... niech to szlag trafi, wilgotnej skóry! i koło niego stanęła Hermiona z dwiema szklaneczkami w ręku.

- Mogę się przysiąść?

I nie czekając na odpowiedź, postawiła przed nim niemal pełną szklaneczkę whisky i usiadła naprzeciw.

- Cieszę się, że zadałaś pytanie. Fakt, że nie zdążyłem odpowiedzieć, najwyraźniej jest tu bez znaczenia – stwierdził cierpko Severus i czym prędzej odwrócił od niej wzrok. Wilgotne kosmyki włosów przyklejone do szyi sprawiły, że niedawna wizja ich obojga stanęła mu na nowo przed oczami i momentalnie wróciło wcześniejsze napięcie. Jakby jego ciało tylko na to czekało.

- Biorąc pod uwagę, że jesteś wyjątkowo taktowny i najwyraźniej spragniony, postanowiłam zaryzykować – roześmiała się Hermiona i Severus z trudem przełknął ślinę. Och, żebyś wiedziała, kobieto, jak...

- ... mi mówiło, że tu będziesz - dopiero po chwili wrócił do rzeczywistości i zobaczył, jak się uśmiecha. Zupełnie jakby powiedziała coś, co ją bawiło. - Więc postanowiłam zejść i się z tobą czegoś napić. Ava była zajęta, więc pozwoliła mi zrobić sobie drinka i przy okazji nalałam tobie – spojrzała wymownie na jego niemal pustą szklaneczkę.

No tak, to wyjaśniało sprawę. Severus jeszcze raz popatrzył na swoją whisky, porównał z jej drinkiem i zacisnął usta. Płyn miał trochę jaśniejszy kolor, za to jej szklanka była o wiele większa.

- Obawiam się, że masz mały problem z dozowaniem. Co prawda to nie jest warzenie eliksirów, ale jeśli jutro nie będziesz w stanie przejść prosto nawet jarda, to nie licz na to, że będę cię prowadził.

Hermiona westchnęła demonstracyjnie, upiła odrobinę i choć lekko zapiekł ją język, zmusiła się do pełnego spokoju uśmiechu.

- Sok jabłkowy, sok z limonki i odrobinka whisky, którą kupiłam. Nie zamierzam się upić, nie martw się – powiedziała, na wszelki wypadek odsuwając szklaneczkę od siebie. - Dobrą whisky chociaż mi doradzili?

Severus napił się również i chwilę rozkoszował smakiem.

- Jest... zadowalająca – stwierdził w końcu.

Hermiona nie miała ochoty na żadne naukowe tematy tego wieczora, po prostu chciała się odprężyć i porozmawiać z nim jak z przyjacielem. Jak z kimś bliskim. Poza tym coś jej mówiło, że Severus też nie ma na takie dyskusje ochoty. Kiedyś, na początku ich znajomości powiedział przecież wyraźnie, że nie życzy sobie żadnych pogaduszek, więc i tak był cud, że tyle dziś rozmawiali.

Ostrożnie, kątem oka przyjrzała mu się. Wpatrzony w chybocący płomień świecy wyglądał na wyjątkowo odprężonego i rozluźnionego. Rysy jego twarzy, zazwyczaj ściągnięte zniecierpliwieniem czy gniewem, wygładziły się, bez mała znikła głęboka zmarszczka między brwiami, przez co wyglądał młodziej, nie tracąc jednak w żaden sposób pełnego dzikości uroku, który ją pociągał, z chwili na chwilę coraz mocniej, jakby jej uczucia zupełnie wymknęły się spod kontroli.

Naraz przyszło jej do głowy, że o przyjaciołach wie się więcej, niż ona wiedziała o nim.

- Severus? Opowiesz mi o sobie?

Severus aż drgnął, zaskoczony i uniósł wysoko brew.

- Wiesz, że pomyliłaś stoliki?

- Mam na myśli... Na przykład, czy... – chwilę szukała jakiegoś w miarę neutralnego pytania, od którego mogli zacząć, i w końcu znalazła. – Czy przeczytałeś wszystkie książki do pierwszej klasy zanim poszedłeś do Hogwartu?

Severus milczał, więc wzruszyła ramionami i patrząc na tę samą świecę, zaczęła mówić.

– Ja przeczytałam wszystkie. Te obowiązkowe i kilka dodatkowych, na które naciągnęłam jakiegoś czarodzieja z Ministerstwa, jak robiliśmy zakupy na Pokątnej. Wyglądały… - uśmiechnęła się na samo wspomnienie tamtej wizyty – imponująco! Szczerze mówiąc, to jakbym mogła, kupiłabym chyba wszystko. Albo tam zamieszkała! Ale udało mi się opanować i wybrałam tylko kilka. Takich… bardzo dużych. I jak tylko wróciliśmy z zakupów z naręczem książek, praktycznie zamknęłam się w swoim pokoiku i czytałam. Mama musiała mnie wyganiać do koleżanek, wyobrażasz sobie?

Severus znał ten pokój z jej wspomnienia, więc wyobraził to sobie bez trudu, za to zaintrygowało go co innego.

- Co powiedziałaś koleżankom o nowej szkole?

- Ten czarodziej z Ministerstwa, który przyniósł nam list, zaproponował rodzicom kilka historyjek, ale mama mi mówiła, że były mało prawdopodobne. Więc rodzice wymyślili, że niby idę do szkoły we Francji i będę mieszkać u ciotki w Paryżu. Ale… - przygryzła lekko dolną wargę i gdy cofnęła zęby, został na niej wilgotny, błyszczący ślad, a Severus nagle zapragnął otrzeć ją palcem. Albo wręcz przeciwnie, posmakować, a potem przygryźć ją samemu.

Z trudem przełknął ślinę, tak głośno, że pomimo panującego dookoła szumu chyba to usłyszała, więc dla zamaskowania wziął duży łyk whisky.

- Ale? – spytał z naciskiem.

- Ale nawet nie wiesz, jak byłam... dumna, że byłam czarownicą. Chciałam móc opowiedzieć o tym całemu światu i jednocześnie czułam się źle z tego powodu. Bo przecież to było zabronione. Wiesz, taki mały wewnętrzny konflikt.

Severus skinął głową. Z tego, co wiedział, Ministerstwo już kilka razy zastanawiało się nad tym, żeby rzucać Datus Magicae również na małe dzieci pochodzenia mugolskiego.

Kiedy Hermiona zaczęła wymieniać „kilka" nadprogramowych książek, które kupiła, nie mógł powstrzymać krzywego uśmiechu. Doprawdy, tak bardzo przypominała mu jego samego!

- Ty na pewno znałeś je już na pamięć – stwierdziła na zakończenie. – Poza tym o niektórych rzeczach nie musiałeś nawet czytać.

I zamilkła. Wiedziała, że jeśli będzie czekać cierpliwie, Severus w końcu się odezwie.

Severus poruszył szklaneczką, upił trochę whisky, jeszcze chwilę patrzył w kołyszący się łagodnie płyn i wreszcie skinął głową.

- Moja matka trzymała w domu wszystkie księgi z Hogwartu i pełno innych, jeszcze z jej rodzinnego domu.

- I wszystkie przeczytałeś?

- Często... wychodziłem z domu – Severus stłumił ochotę powiedzenia „uciekałem" – z książką i z różdżką matki i ćwiczyłem zaklęcia. Kiedy przyszedłem do Hogwartu, umiałem większość zaklęć do drugiej klasy włącznie. I pełno innych.

Hermiona bez trudu mogła sobie wyobrazić, o jakich zaklęciach mówi, ale to nie była chwila na dyskusję czy ocenę jego postepowania.

- Jak ci szło w szkole? – spytała zamiast tego.

- Powiedzmy, że nie uznawałem Zadowalających.

- Wiesz co? Wcale mnie to nie dziwi – uśmiechnęła się. – A jakie były twoje ulubione przedmioty? Poza eliksirami oczywiście?

CZĘŚĆ MATHIAS

Wtorek, 20 maja,

Londyn, Instytut Chorób Zakaźnych

Po 11-tej rano

Jak się okazało, zastąpienie profesora Neumanna nie sprowadzało się tylko do wygłoszenia mowy powitalnej, nie. Kiedy tylko Beth przyszła do pracy, jej biurko bez mała się uginało od spraw do załatwienia, które nie wiedzieć czemu trafiły do Instytutu, zamiast do Brytyjskiego Narodowego Centrum Medycyny organizującego Sympozjum. Najwyraźniej niektórzy słyszeli, że dzwoni, ale nie wiedzieli, w którym kościele.

Kilku delegatów musiało zgłosić się do ich ambasad, by odebrać wizy biznesowe, bo zgodnie z przepisami turystyczne nie uprawniały do odbywania spotkań naukowych, St. George's Hospital przesłał plan dializ dla profesora M'Topi z Bostwany, Centrum Szkoleń Biznesowych prosiło o kontakt w sprawie cateringu dla ośmiu grup delegatów, których gościło... I oczywiście wszystko było Strasznie pilne.

Szczególnie, że Strasznie się spóźniłaś.

Beth uśmiechnęła się do siebie na myśl o powodzie jej spóźnienia. Czy raczej o powodach.

Jej wczorajszy plan uwiedzenia Mathiasa przeszedł jej najśmielsze oczekiwania i kiedy wreszcie zasnęli, było już dobrze po północy. Zaś rano, kiedy zbudziła się, czując przyjemne pobolewanie w od dawna nie używanych mięśniach, Mathias w... jak on to potem ujął? W całkowicie niewerbalny sposób wyperswadował jej wcześniejsze wstawanie. Choć musiała przyznać, że wcale aż tak się nie opierała...

Boże, to było niesamowite. Po którymś dotyku znikła zupełnie jego nieśmiałość i zaczął ją kochać w sposób, który przegonił całkowicie jakiekolwiek rozsądne myśli u nich obojga. Przestała panować nad tym, co wyrywało się jej z gardła, co mówiła, o co go prosiła, miarowe poskrzypywanie łóżka z każdym ruchem sprawiało jej coraz większą, perwersyjną rozkosz aż nie wiedziała już, które z nich łkało, gdy w końcu rozpadła się na tysiące kawałków!

Gumka recepturka pękła z trzaskiem w jej palcach, Beth krzyknęła cicho i nagle dostrzegła zmiętolony raport, który próbowała zwinąć w rulonik. Boże jedyny. I po co w rulonik! Co ty w ogóle robisz!

Czując, jak palą ją policzki, odetchnęła głęboko i spróbowała znów wystukać numer hotelu Hilton, ale ręce tak jej się trzęsły, że nie była w stanie.

Opanuj się. Zajmij czymś... zwykłym. Prozaicznym.

Odrzuciła na środek biurka prozaiczną gumkę i przypomniała sobie, co było Potem.

Kiedy wreszcie udało się im pożegnać, wróciła jej zdolność myślenia i ze zgrozą uświadomiła sobie, CO zrobiła. Była z mężczyzną, i to nie raz, bez żadnego zabezpieczenia, bez niczego! I w dodatku, gdy jakąś resztką zdrowego rozsądku spytał jej, czy może, błagała go o to!

Tak więc zamiast do pracy pognała do apteki, żeby rumieniąc się i jąkając, wybłagać pigułkę Po.

- Zwariowałaś – mruknęła do siebie, już trochę spokojniej i znów sięgnęła po telefon.

Tym razem wreszcie udało się wybrać odpowiedni numer i zamarła ze słuchawką przy uchu.

- Hotel Hilton, czym mogę służyć? – odpowiedział bez mała natychmiast miły, kobiecy głos.

- Och... Dzień dobry! Z tej strony doktor Roberts, mam do państwa kilka spraw związanych z Sympozjum...

Dość szybko załatwiła sprawy administracyjne, przesłała mailem menu dla wegetarian i alergików na najbliższe dni, które firma cateringowa przez pomyłkę wysłała do Instytutu, przyjęła gratulacje za wczorajszy występ i pozdrowienia dla profesora Neumanna i przeszła do najważniejszego punktu tej rozmowy.

- Maggy, jeszcze jedno – powiedziała, starając się zabrzmieć jak najbardziej naturalnie. – Za dwa dni profesor Neumann powinien wyjść ze szpitala i chciałabym zorganizować małe spotkanie z paroma osobami, które zna osobiście. Sir Henry uważa, że to nie powinno mu zaszkodzić, wręcz przeciwnie.

- Na pewno się ucieszy – odparła recepcjonistka. – Wczoraj musiał żałować, że nie mógł się zjawić.

- Nawet nie ma pani pojęcia, jak bardzo... – Beth westchnęła teatralnie, krzyżując jednocześnie palce. – Muszę wiedzieć, do kiedy u Was zostają. I będę musiała się z nimi skontaktować, żeby uzgodnić datę, bo pewnie mają już jakieś plany. Może mi pani pomóc?

- Oczywiście, pani doktor! Proszę mi tylko dać chwilę... – Beth usłyszała, jak Maggy wystukuje coś w komputerze. – Może mi pani podać imiona i nazwiska?

Beth czym prędzej złapała listę delegatów i długopis. Nie spodziewała się dostać ich przez telefon, myślała, że będzie musiała przesłać je mailem i czekać na odpowiedź...

- Monika Wilkins z Australii...

- Monika... Wilkins... – dało się słyszeć cichutkie klikanie i Beth wstrzymała oddech. – Mamy dla niej rezerwację do niedzieli. Apartament 1647.

- Jest sama, czy z mężem? Nie wiem, czy rezerwować jedno czy dwa miejsca.

- Sama.

- Gdzie są spotkania stomatologów?

- U nas, w małej sali konferencyjnej.

- Cudownie – uśmiechnęła się Beth i odszukała byle jaką inną osobę. – Yao Wang z Chin...

- Przez Y? Hmmmm... Przyjechał sam, zostaje do piątku... pokój 244...

CZĘŚĆ MATHIAS

Londyn, mieszkanie Hermiony

11:30

Miotając się między nagłym wezwaniem Sergiusza, zupełnie niezaplanowanym zebraniem Uzdrowicieli kierujących oddziałami zwołanym przez Al, bardzo zaplanowanym spotkaniem jego własnego Oddziału i równoczesnym unikaniu Margi, która nie skomentowała co prawda jego spóźnienia, ale za to rzucała domyślne spojrzenia, Mathias chyba tylko cudem znalazł wolny kwadrans przed południem.

Błyskawicznie przebrał się w swoim biurze, dał dwa kroki do wyjścia i natychmiast dwa do tyłu, by porwać różdżkę z biurka, znów dwa do przodu, otworzył energicznie drzwi i... i nadział się na Margę!

- Zapomniałeś kwiatka – zrobiła do niego oko, nie odsuwając się ani odrobinę.

- Idę do Hermiony – odparł, siląc się na spokój.

- Masz i schowaj to – wcisnęła mu w rękę garść fiolek z niebieskim eliksirem.

- Co to...

- My tego nie używamy, ale rozdają to chętnym piętro niżej. Wiesz, na Oddziale Kobiecym.

Jasne, „rozdają"!

Jego żołądek wykonał jakiś zwariowany piruet, kiedy Mathias bez mała podskoczył z radości i równocześnie dotarło do niego, że, na gacie Merlina, omawia właśnie z własnym personelem swoje życie intymne!

- Marga, czy ja ci wyglądam, jakbym...

- Nawet nie wiesz, jak bardzo – roześmiała się. – Mój mąż zawsze ma taką rozanieloną minę PO, więc nie próbuj mi opowiadać, że trzymaliście się za ręce. A teraz idź to schowaj. Po co idziesz do Hermiony?

Chowanie fiolek zajęło mu zaskakująco wiele czasu – tyle, żeby znaleźć jakiś wiarygodny powód. Jednocześnie przez oszołomiony umysł przemknęło mu, że nie wymyślił jeszcze żadnego pretekstu dla Hermiony!

- Minął tydzień, od kiedy wypisała się do domu – powiedział, wychodząc na nowo na korytarz. – Po prostu chciałbym wiedzieć, czy wszystko u niej w porządku.

Uzdrowicielka natychmiast spoważniała.

- Biedaczka. Uściskaj ją od nas wszystkich i niech się mocno trzyma!

Merlinie, JAK ja mam ją wyciągnąć z domu wieczorem? myślał rozpaczliwie Mathias, zbiegając po schodach na parter. Skoro zignorowała wezwanie od Ministra?! Musimy porozmawiać? Skończyło ci się zwolnienie i musisz wpaść po nowe, wieczorem, kiedy nie ma zbyt dużo ludzi? A może... potrzebuję twojej pomocy?

I gdy wyszedł na małe, zaśmiecone podwórko na tyłach Kliniki, skąd mógł się deportować, nagle go oświeciło! No jasne! Harry i Ginny źle się czują i potrzebują twojej pomocy!

Nie było chyba innej osoby na świecie, dla której Hermiona gotowa byłaby na wszystko, prócz jej rodziców rzecz jasna!

Dom Hermiony wyglądał zupełnie inaczej, niż kilka dni temu. Poprzednim razem wszystkie okna były pozamykane i pozasłaniane, zupełnie, jakby nikt tam nie mieszkał. Dziś okna na piętrze były lekko uchylone od góry, zaś na parterze widać było elegancko zasłonięte, ozdobne firanki. Wszystko wyglądało pogodniej, lżej. Zdrowiej. Choć może to była zasługa słońca, które wyjrzało zza chmur i przeglądało się właśnie w okiennych szybach.

Mathias zapukał energicznie i zamarł, starając się przez szum samochodów dobiegający z sąsiedniej ulicy, głośną rozmowę dwóch mężczyzn trochę dalej i ćwierkanie ptaków usłyszeć jakikolwiek odgłos dobiegający zza drzwi.

Chwilę później zastukał jeszcze raz, o wiele głośniej i zaczął liczyć w myślach do dziesięciu. Gdy skończył, rozejrzał się trochę bezradnie i dostrzegł biały przycisk tuż przy framudze. Dzwonek! mimo woli przypomniał sobie uśmiechniętą Beth, tłumaczącą mu, jak dostać się do niej do domu.

Nacisnął go kilka razy i znów zaczął liczyć.

... sześć... siedem... Hermiono, otwieraj! Osiem...

Wdusił go z całej siły, żeby dzwonił głośniej i przytrzymał. I znów zaczął liczyć.

... pięć... ty tam ogłuchłaś, czy jak? Sześć... siedem... Hermiono, co jasnej cholery!

Wiedząc, że Hermiona rzuciła zaklęcia ochronne, darował sobie rzucanie Alohomory. Z tego, co mówił Harry, nawet Snape'owi nie udało się wejść do środka, więc tym bardziej jemu się nie uda, a sterczenie przed otwartymi drzwiami mogłoby tylko zwrócić uwagę mugoli.

- Może poszła na zakupy... – mruknął do siebie.

Na wszelki wypadek obszedł dom dookoła i zastukał w salonowe okna.

- Hermiona? – zawołał. – Jesteś w domu?

Okno obok wyglądało na kuchenne, więc zapukał również w nie i przytknął głowę do szyby.

- Hermiona!

- Hej! Co pan tam robi?!

Obejrzawszy się przez ramię, Mathias dostrzegł starszego mężczyznę stojącego po drugiej stronie ulicy.

- Przyszedłem do znajomej – zawołał.

- Słucham?!

Mężczyzna przystawił rękę do ucha, ale nie ruszył się z miejsca. No tak, Zaklęcie Odrazy pomyślał Mathias, zerknął ostatni raz przez okno i podszedł do samego ogrodzenia.

- Przyszedłem do znajomej, która tu mieszka – powtórzył podniesionym głosem. – Ale chyba jej nie ma.

- Jej chyba nigdy nie ma – odparł tamten, sięgnął po papierosa i zapalił. – Wieczorami światło się świeci, ale nigdy nie widać, żeby ktoś wchodził czy wychodził.

Ulicą przejechał skuter i Mathias odruchowo skrzywił się na rozdzierający uszy hałas.

- Nawet ostatnimi dniami? Bo jest... na urlopie – machnięciem ręki przegonił niebieskawy obłoczek spalin.

- Urlopie? To ona pracuje? – zaciągnął się mocno jego rozmówca. – Nie wiem, nie zwróciłem uwagi. Jak jeszcze żyli jej rodzice, czasem rozmawialiśmy, fajni ludzie byli, ale teraz spokój i cisza. A co ona robi?

Mathias w porę przypomniał sobie, co Hermiona wymyśliła na taką okazję.

- Jest agentką upieczeniową – rzucił i zerknął ostentacyjnie na zegarek. – No cóż, może innym razem. Do widzenia.

Starszy pan wytrzeszczył na niego oczy, więc Mathias pomachał mu ręką i czym prędzej wyszedł na ulicę i ruszył w przeciwnym kierunku.

CZĘŚĆ MONIKA

Hotel Hilton, Wielka Brytania, Londyn

Mała sala konferencyjna

Po 12-tej

Po 22-giej w Birriani

Trochę przydługa i bardzo nudnawa prelekcja na temat kosztów opieki dentystycznej dobiegła końca. Wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia i przy okazji rzucać komentarze.

- W moim kraju sprawa jest prosta – stwierdził głośno sąsiad Moniki. – Jeśli koszty zabiegów podstawowych podskoczą jeszcze odrobinę, to pacjenci nie będą mogli jeść nie przez godzinę, ale przez miesiąc po rwaniu zęba.

- Więc czemu pan ich nie obniży? – spytał gładko ktoś z tyłu, wszyscy obejrzeli się i zobaczyli wysokiego Araba ubranego w tradycyjny arabski strój.

- Bo wtedy to ja musiałbym wbić zęby w ścianę!

Arab odszedł, nie komentując tego i dopiero gdy zniknął za drzwiami, ktoś inny przechylił się i zerknął na wizytówkę.

- Doktor chirurgii szczękowej Abu Dżafar an-Hanbali coś tam coś tam ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich – odczytał i parsknął krótko. – Ten to pewnie nie wie, jaką próbę użyć, jak wstawia sztuczne zęby. Biedaczek.

Monika, jak wszyscy inni, zaśmiała się i wziąwszy torebkę, wyszła do holu.

Kręciło się tam już sporo osób, większość z plakietkami uczestników Sympozjum. Na jej widok jakaś kobieta odłożyła przeglądane reklamówki atrakcji turystycznych i podeszła spiesznym krokiem.

- Helen? – uśmiechnęła się, wyciągając na powitanie rękę. – Barbara Dicks... to znaczy Harper. Byłyśmy razem na pierwszym roku na uniwerku w Birmingham.

Monika zamarła, zaskoczona. Barbara, Barbara... Zaraz! TA Barbara?

- Barbara? Ta, co powiedziała Sutkowi z anatomii, że budowę męskiego ciała ma w jednym palcu? – profesor Sutton wrył się wszystkim w pamięć zarówno z powodu terroryzowania studentów, jak i właśnie tej słynnej odpowiedzi.

Birriani,

W tym samym czasie

Severus zaczął wymieniać jeden szkolny przedmiot po drugim i jednocześnie porównywać z Hermioną i zanim zdali sobie sprawę, wdali się w niesamowitą, pełną werwy dyskusję na temat ich wzajemnych preferencji i przydatności niektórych przedmiotów w dorosłym życiu. Z początku rozmawiali poważnie, ale wkrótce Hermiona ośmieliła się i zaczęła pozwalać sobie na drobne żarty.

- Oczywiście, że eliksiry są ważne – powiedziała, stukając delikatnie paznokciem w pustą już szklankę. – Znam sporo osób, które myślały tak jak ja. Ale uwierz mi, jakby... nasz profesor zechciał tłumaczyć wszystkim tak, jak mi ostatnio, na pewno byłoby ich więcej.

- Wasz profesor – wycedził powoli Severus, pochylając się ku niej – uznał, że miał wystarczająco dużo baranów w klasach. Uwierz mi, nie zależało mi na powiększeniu stada.

Hermiona aż się wyprostowała gwałtownie. Stada?!

- Severus! Jak możesz?!

- Masz rację, to... nieodpowiednie słowo – odczekawszy chwilę, aż mina kobiety przed nim złagodnieje, dodał z drwiącym uśmieszkiem. – Baranki są grzeczne. Czego nie można powiedzieć o studentach, którzy kradną ingrediencje z moich prywatnych zapasów. Jakbyś ich nazwała?

Hermiona zamarła. Najchętniej próbowałaby udawać niewiniątko, ale miała jakieś dziwne wrażenie, że Severus wie, że to ona. I że wie, że ja wiem, że on wie, że ja wiem... Wiemy oboje, że wiemy... no dokładnie. Wiemy.

- Hmmmm... Powiedzmy... – rozejrzała się dookoła i spojrzała na niego z czarującym uśmiechem. – Niezłe ziółka? No i ryzykanci oczywiście. Albo... – na widok baaardzo wysoko uniesionej brwi kontynuowała. – Nicponie?

- No, no, no... Kto by pomyślał, że panna Granger ma takie... wyjątkowe poczucie humoru. Zgodziłbym się na określenie „ryzykant", choć „szaleniec" pasuje o wiele bardziej. Ale myślę, że najlepsze to złodziej.

- Co najwyżej przywłaszczyciel.

- Złodziej. Czy raczej złodziejka.

- Złodziejka, też mi coś! – fuknęła Hermiona. – Jeden jedyny raz wzięłam taką małą, malutką skórkę boomslanga i odrobinkę sproszkowanego rogu dwurożca, a ty robisz mi teraz scenę, jakbym ci cały magazyn wyniosła!

- Nieprawda. Nie tylko złodziejka, ale i kłamczucha.

Kłamczucha?! Jak on śmie?!

- Severus, przestań!

Złość szarpnęła się w niej, złapała za gardło i żeby ją w jakiś sposób wyrzucić, Hermiona rąbnęła ręką w stół.

To znaczy próbowała, ale Severus był szybszy. Ledwo uniosła dłoń do góry, błyskawicznie złapał ją i ścisnął mocno.

- Ani. Się. Waż – syknął i dodał na pozór spokojnym, niskim głosem. – Nieprawda. Czemu kłamiesz?

- Ja nie... – gdy spróbowała uwolnić rękę, przytrzymał ją bez trudu.

- Czemu kłamiesz, Hermiono?

To jedno słowo skradło jej oddech i natychmiast złość i jakikolwiek opór wyparowały, znikły bez śladu, zostawiając tylko zupełnie obezwładniające poczucie jego... bliskości.

- Tylko... raz... i taką... – wymamrotała, niezdolna ani do żadnej sensownej odpowiedzi, ani do oderwania wzroku od jego oczu.

- Ależ oczywiście, że nie raz.

? Nie raz? Hermiona nie wiedziała, o czym on mówi. Boże, nie wiedziała nawet, o czym ONI mówią. Jedyne, co się liczyło, to żeby mówił dalej. Do skończenia świata.

- To nie był jeden jedyny raz – ciągnął Severus, rozluźniając uchwyt, ale nadal gotów ją przytrzymać, gdyby próbowała się wyrwać. – Skrzeloziele ci nic nie mówi? Hermiono? – powtórzył jej imię, zarówno dlatego, że zauważył jakie to zrobiło na niej wrażenie, jak i dlatego, że naraz spodobało mu się jego brzmienie. I to, jak łatwo i... przyjemnie mu się je wymawiało.

Hermiono... Jezu Chryste...! Sposób, w jaki jego język pieścił każdą literę jej imienia był niemal namacalny. Zupełnie jakby to on tulił ją całą.

Jakaś ostała część umysłu Hermiony rozpoznała znajome słowo, podczas gdy cała reszta przestała działać, zajęta lgnięciem do gorąca jego dłoni, raczeniem się szorstkością jego skóry, odkrywaniem zgrubienia tuż przy opuszku jego palca... i topnienia pod jego czarnym, głębokim spojrzeniem.

- To był Zgrede...

- Bierzesz mnie za głupca? – ścisnął ostrzegawczo jej rękę.

Kobieta przed nim drgnęła i zamarła i Severus w tym momencie zdał sobie sprawę, że ustał delikatny, powolny ruch jej kciuka o jego kciuk.

- Ciebie? Nigdy w życiu – pokręciła głową, nie odrywając od niego spojrzenia. – Nigdy w życiu.

- Chcesz powiedzieć, że... skrzat... który pracował w szkole... – odezwał się miękko, uchwyt na nowo zelżał, stał się... dotykiem, a jej palce podjęły delikatną wędrówkę i Severus odczuł nagłą ulgę. – Który był zatrudniony w Hogwarcie... – w myślach śledził ruch jej dłoni – który mógł wejść do mojej pracowni... – Merlinie, czuł, był pewny, że jak skończy się to zdanie, skończy się i ten dotyk i rozpaczliwie chciał go przedłużyć! – który powinien mi służyć… - mówić, cokolwiek, byle mówić… - że ten skrzat... ukradł... okradł... nauczyciela?

Aksamit, który kołysał Hermionę, zniknął i naraz dotarł do niej drażniący uszy zgiełk i zupełnie znikąd wrócił świat dookoła. W którymś jakaś postać ruszyła w ich kierunku.

Hermiona cofnęła gwałtownie rękę, wyprostowała się i złapała swoją szklankę.

- Hmmm. Więc... – Ava przyniosła coś komuś przy stoliku obok. Boże. Szlag! O czym on... Ach, Skrzat go okradł. – Tak.

Ava dostrzegła krótkie spojrzenie Hermiony i pokazywaną jej pustą szklankę i z uśmiechem podeszła do jej stolika.

- Coś wam podać?

Severus z rozmysłem odwrócił od niej wzrok i upił porządny łyk whisky. Mocny smak natychmiast rozlał mu się po ustach, języku i gardle i choć w nikłym stopniu zastąpił przejmujące uczucie pustki i chłodu.

- A... tak! – odparła równocześnie Hermiona, patrząc na jej lekko zaokrąglony brzuch. – To samo. Jeszcze raz.

- Kochanie, sama sobie nalewałaś. Co to ma być?

Och Merlinie... Kochanie...

- Sok z cytryny... sok z jabłek i whisky. Pół na pół.

- Już się robi – uśmiechnęła się znów Ava. – Zaraz ci przyniosę.

CZĘŚĆ MONIKA

Londyn. Hotel Hilton

W tym samym czasie

Barbara roześmiała się radośnie.

- Miałam u niego pierwszą i ostatnią w życiu poprawkę. Co u ciebie? Boże, to niesamowite, spotkać się tak po latach!

To trochę Monikę otrzeźwiło. Owszem, znały się, ale Barbara musiała ją z kimś pomylić. Z jakąś Helen. Sama nie przypominała sobie żadnej Helen, ale na pierwszym roku było pełno osób, które bardzo szybko odpadły, więc pewnie jakaś Helen między nimi była.

- No... owszem. Niesamowite. Ale... ja nie jestem Helen. Monika Wil... Brown.

Barbara zamarła i spojrzała na jej plakietkę.

- Wiesz co... – zmarszczyła brwi, poważniejąc. – Nie pamiętam... Byłaś w grupie Oswalda?

- Benny'ego – poprawiła ją Monika.

- No to ze mną... – zawahała się Barbara. – A…w którym byłaś akademiku?

- Mieszkałam u babci.

- Acha. To pewnie dlatego... – za tamtych czasów studenci mieszkający w akademikach uważani byli „za tych lepszych". Wiadomo: wspólne kucie, nocne pogadanki i przede wszystkim te wszystkie nocne imprezy… Często akademiki określano mianem Manhattanu, a domy rodzine „slumsami" i dokładnie tak zabrzmiała jej odpowiedź. - Co tu robisz?

To samo co ty przemknęło przez głowę Monice, ale uśmiechnęła się grzecznie.

- Stomatologia. Pewnie będziemy przez kilka dni rozmawiać o rwaniu zębów, leczeniu kanałowym i innych tego typu przyjemnościach. A ty?

Barbara wzdrygnęła się mimowolnie.

- A ja okulistyka – powiedziała, zakładając ciasno ręce.

Rozmowa przestała się kleić. Nie znając się na okulistyce, Monika nie wiedziała, o co mogłaby zapytać, co nie zabrzmiałoby trywialnie czy wręcz idiotycznie, Barbara zaczęła rozglądać się dookoła, jakby chciała uciec wzrokiem. Monika straciła naraz cały entuzjazm ze spotkania. Boże, zupełnie jakby przyjechał autobus, ale nie ten – to było jedyne, co przyszło jej do głowy. I pewnie dlatego poczuła niezmierną ulgę na widok Davida Rawlingsa, który wyszedł zza filara i podszedł do nich.

- Monika? – uśmiechnął się do niej szeroko i skinął głową Barbarze. – Przepraszam, że przeszkadzam...

- Żaden problem! – zawołała ta natychmiast. – To ja przepraszam! Życzę miłego pobytu! – i szybko odeszła.

- Kto to? – spytał Rawlings, ujmując Monikę pod rękę. – Chodźmy szybko na obiad, pięć minut temu zasuwali tam wygłodniali Francuzi, więc za chwilę znikną najlepsze przystawki.

- Znajoma-nieznajoma. Nie panikuj, Francuzi przez godzinę będą raczyć się aperitifem, a potem wyjedzą nam wszystkie sery – poprawiła go. – Ale chętnie zjem prawdziwy angielski obiad!

Birriani

W tym samym czasie

Hermiona odchrząknęła i spojrzała na Severusa, próbując przypomnieć sobie, o czym mówili, ale nie bardzo jej to szło. Coś jej się rwało. No tak, sznurek się rwał.

- Powiedzmy, że ci wierzę i skrzeloziele ukradł mi skrzat – podjął przerwaną rozmowę Severus. – Miałaś szczęście, że z początku tylko się domyślałem, że to ty.

Ach, o tym było!

- A niby jak?

- Wtedy na pewno nie wiedziałaś, że prowadzę rejestr składników klasy A i B. Skórka zginęła przez przypadek tego dnia, kiedy na lekcji, na której był Potter, eksplodował kociołek Goyla. Niesamowity zbieg okoliczności, czyż nie?

- No i co? – Hermiona nie widziała związku.

- To, że Potter BYŁ wtedy w klasie. Co znaczyło, że kogoś krył. Weasley również. Nie trudno się domyślić, kogo.

Hermiona wreszcie zaskoczyła. Genialne!

- Prawdziwie szpiegowska analiza – przyznała.

Severus posłał jej krzywe spojrzenie.

- Upewniłem się, jak cię zobaczyłem w Skrzydle Szpitalnym.

- Przecież nikt mnie nie miał widzieć?!

- A eliksiry, które piłaś, miały uwarzyć się same?

- No... chyba nie. Wolałabym, żeby mi tak nie zostało. Trochę głupio bym wyglądała.

- Trochę? – uniósł brew Severus. – Powiedziałbym, że Wyjątkowo głupio.

Ava przyniosła Hermionie drinka i wskazawszy wzrokiem Severusa, posłała jej znaczący uśmiech. Z którym Hermiona musiała się zgodzić.

- No dobrze, już dobrze, oboje macie rację – westchnęła demonstracyjnie. – Bardzo głupio. Ale skoro wiedziałeś, to czemu nic nie zrobiłeś? Powinieneś. Harry mówił, że tak mówiłeś.

Wizja Dumbledora, uśmiechniętego niemal z ojcowska i kręcącego głową stanęła Severusowi przed oczami jak żywa.

- Ponieważ z przyczyn oczywistych Potter musiał kontynuować naukę. Co do Weasleya, dyrektor w swoim napadzie dobroduszności uznał, że przecież udało mi się opanować sytuację na lekcji, więc za taki niewinny żart usunięcie ze szkoły to byłaby zbyt poważna konsekwencja. A jeśli chodzi o ciebie...

Severusie, Severusie, jako Mistrz Eliksirów powinieneś raczej oniemieć z podziwu, że ktoś tak młody mógł uwarzyć tak skomplikowany eliksir. A jako profesor panny Granger powinieneś być raczej dumny, że masz okazję uczyć tak wyjątkową czarownicę!"

Oniemieć z podziwu? Wtedy niemal oniemiał ze zgrozy, że ten stary dureń miał czelność wysuwać tak idiotyczne argumenty! Teraz o dziwo całkowicie się z nim zgadzał. Zaiste, panna Granger była wyjątkowa...

- Powiedzmy, że uratowały cię twoje zdolności.

Nieomalże kraśniejąc z dumy Hermiona wzniosła za siebie toast i nie zwracając uwagi na mocny zapach, wzięła porządny łyk.

Ogień natychmiast rozlał się po ustach oraz języku i sekundę później spłynął jej do gardła! Hermiona zachłysnęła się gwałtownie, puściła szklankę i krztusząc się, kaszląc i dławiąc, próbowała złapać powietrze i ugasić płomień, który rozlał się już po piersi i brzuchu.

- Evanesco! Reparo! Aquamenti!– trzema smagnięciami różdżki Severus osuszył stół, złożył w całość potłuczoną szklankę i napełnił ją wodą.

Jeden rzut oka na kobietę naprzeciw wystarczył, żeby mieć pewność, że nic jej nie grozi. Po prostu należało dać się jej wykaszleć. I bardzo dobrze. Przynajmniej będzie miała nauczkę.

Palenie w gardle osłabło w końcu i Hermionie udało się wreszcie porządnie odetchnąć. Kaszlnęła jeszcze kilka razy i osunęła się na krzesło.

- Ale... – odchrząknęła i skrzywiła się, bo gardło zapiekło mocno. – Mocne.

- Wypij – Severus podał jej szklankę.

- Co to?

- Nie zadawaj durnych pytań, tylko pij.

Otarłszy łzy, Hermiona wzięła łyka, potem następnego i widząc ostre spojrzenie Severusa, wypiła wodę do końca. Pieczenie bez mała ustało i zrobiło się jej lepiej.

- Nie wiem, czemu... tak mnie wzięło – pokręciła głową, wachlując twarz. – Może to powietrze.

- Niewątpliwie – prychnął Severus. – Daj mi różdżkę, bo jeszcze kogoś nią zabijesz. Oczywiście przez powietrze.

- C-och… dam sobie radę – Hermiona pokiwała różdżką na boki i uśmiechnęła się nagle radośnie. – Bez obaw!

- Nie bądź głupia. Expelliarmus! – różdżka wyrwała się jej z ręki gwałtownie i Severus ledwo ją złapał.

Dokładnie! Hermiona spojrzała na niego, jakby doznała objawienia. O to chodziło!

- Severus? Mogę cię o coś prosić? – przechyliła mocno głowę na bok. – Zobacz. Oddałam dwanaście… STRACIŁAM dwanaście lat mojego życia. To straszne… Przerażające – potrząsnęła nią ze zgrozą.

Severus uniósł brew do góry. Och, czyżby wreszcie do niej dotarło…

- Bo zobacz… Teraz jestem dwanaście lat starsza, tylko trochę młodsza od ciebie, a zobacz, jaka ja jestem głupia! Straciłam tyle lat, kiedy mogłam się uczyć… Możesz mnie uczyć?

?!

To było tak idiotyczne i tak… nieoczekiwane, że Severusowi nie udało się nad sobą zapanować i wybuchnął głośnym śmiechem. Takim prawdziwym, przynoszącym ulgę, cudownym śmiechem. Dotychczas nie miał pojęcia, jak wspaniale jest móc się tak śmiać! Niemal natychmiast rozbolały go żebra i policzki, ale to też było wspaniałe!

- O co ci chodzi? – spytał, jak już się uspokoił, parsknął jeszcze raz i wreszcie spoważniał.

Hermiona siedziała naprzeciw i aż starała się nie mrugać, żeby nie uronić ani chwili. Severus Snape, który się śmieje! Niesamowite! To go zmieniało niemal nie do poznania!

- O czym ty mówisz? – powtórzył i Hermiona się ocknęła.

- O eliksirach, o zaklęciach, o historii, o… o wszystkim! – machnęła ręką, jakby pokazywała cały świat. – Ty wiesz i umiesz wszystko. Opowiesz mi o tym? Tak jak tylko ty potrafisz… - uśmiechnęła się prosząco.

W tym momencie wyglądała tak, że mimo woli Severus pomyślał, że ostatnią rzeczą, na jaką ma ochotę, to być znów jej profesorem. Zdecydowanie, były o wiele lepsze opcje.

Mógłbyś z nią spędzić więcej czasu.

- Zobaczymy – uciął, uśmiechając się kącikiem ust.

Hermiona osunęła się na oparcie krzesła, bo właśnie obiecał jej niebo. Z kolei to jej coś przypomniało.

- No właśnie. Ile tyle miałeś lat, jak zacząłeś uczyć?

- Dwadzieścia jeden.

Uczył od 21szego roku życia? Więc… teraz ma 21 lat więcej? Coś jej tu nie pasowało, ale nie umiała powiedzieć, co. Pewnie dlatego, że oni tu wszystko przeliczali na metry, jakiś dziwny ten kraj. Merlinie, gdzie ona wysłała tych biednych rodziców!

W każdym razie miał 21 lat, więc… był tylko troszeczkę starszy od siódmorocznych!

Wyobraźnia natychmiast podsunęła jej obraz młodego Severusa łupiącego z rozmachem drzwiami o ścianę, przechodzącego między ławkami energicznym, prężnym krokiem, dochodzącego do biurka i rzucającego ostre, władcze spojrzenie na siedzących cichutko, przestraszonych uczniów bez mała w tym samym wieku. Uczniów i... uczennic!

Boże, jak udało mu się wytrzymać w klasie... nawet w szkole pełnej tylu młodych dziewczyn!

Zamiast przerażonych nastolatek mignął jej obrazek grupki rozchichotanych dziewczyn o rozpuszczonych długich włosach, rozluźnionych krawatach, odsłaniających rozpięte guziki koszul i rzucających mu powłóczyste spojrzenia... i aż fuknęła, rozzłoszczona. Durne baby!

- Jak udało ci się wytrzymać... – zaczęła, prostując się z gracją.

- Cudem – rzucił kwaśno Severus.

- Aż tyle ich było?!

- Tyle czego?

- No dziewczyn! – Severus znów uniósł wysoko brew, więc ciągnęła. – Dostawałeś dużo liścików? Serduszek i lau...

- Ty mnie masz za Lockharta, czy co? – prychnął gwałtownie Severus. – Zwariowałaś?

Hermiona pokiwała kilka razy głową na boki.

- Oczywiście, że nie! Lockhart był odmóżdżony. Tak mówił Ron.

Merlinie, świat się kończył, skoro musiał zgodzić się z Weasleyem! Ale nie zdążył odpowiedzieć, gdy Hermiona dodała.

- Ale ten uśmiech to miał. Nie wiem, co się stało z jego szatą. Chyba wszystkie dziewczyny ją rozdrapały. Twojej nikt nie rozdrapał?

- Hermiono, przestań! – syknął Severus. – Uczniowie nie znosili mnie chyba równie bardzo jak ja ich! Uczennice też, zapewniam cię.

Uspokojona Hermiona uśmiechnęła się szeroko i odrzuciwszy do tyłu splątane włosy, przesunęła ręką po szyi.

- Biedaczek. Aż tak nie podobała ci się praca nauczyciela?

Biedaczek? Serce zabiło mu gwałtowniej, ale... nie wiedział, czy to była reakcja na litość, czy na widok jej dwuznacznego gestu. W jednej chwili z całą siłą wróciła przemożna, frustrująca tęsknota budująca się w nim od... Merlinie, od rana!

Jego ciężki wzrok podążył śladem jej dłoni, podziwiając gładkość jej skóry, odkrywając mocny, wyraźny puls aż błagający, by poczuć go palcami, ustami, językiem...

- Rozkoszowałem się każdą minutą.

Hermiona potrzebowała dłuższej chwili, żeby uznać, że to miała być ironiczna odpowiedź. Co ją bardzo zadowoliło. Musiała teraz tylko znaleźć mu jakąś inną, ciekawą pracę, gdzie nie będzie drugiej Rayleigh. Och nie, nie, nie, na to nie zamierzała pozwolić! Miał być jej. Jeszcze nie wiedziała, jak to zrobić, ani kiedy, lecz to była tylko kwestia czasu. Za tydzień, za kilka dni, jutro, dziś…

- Świat nie kończy się na Hogwarcie, wiesz? Mógłbyś pracować na przykład w Międzynarodowym Kręgu Badawczym Eliksiroznawców. Albo otworzyć własną pracownię eliksirów… O, już wiem! Możesz być…

- Powiedziałem ci już, że nie zamierzam nic robić.

- Ciii… Teraz ja mówię. Doradcą w Ministerstwie!

Teraz ja mówię"?! A TO co ma być?! Severus złapał ją za rękę i ścisnął ostrzegawczo.

- Nie posuwaj się za daleko – syknął.

Hermiona zamknęła palce dookoła jego kciuka i pokręciła przecząco głową.

- Wcale nie za daleko, przecież to doskonały pomysł! Na przykład bezpieczeństwa...

Jej delikatny dotyk rozluźnił jego uścisk szybciej niż jakiekolwiek zaklęcie, ale za nic w świecie nie wysunąłby teraz ręki z jej dłoni. Najchętniej zostałby już tak na zawsze.

- Nie zamierzam nic robić – powtórzył powoli, starając się opanować coraz bardziej obezwładniającą ochotę poruszenia palcami.

- Ależ oczywiście, że musisz – Hermiona zrobiła to za niego i aż zakręciło mu się w głowie. - Trzeba coś robić, żeby być szczęśliwym.

- Jestem szczęśliwy.

- Tylko ci się tak wydaje, bo nie wiesz, co to szczęście. A ja chcę ci je pokazać, chcę ci je dać!

Delikatny taniec jej palców po wierzchu jego dłoni sprawił, że przestał myśleć i mógł już tylko czuć. I pragnąć. Kobieta, która igrała z nim od rana, trzymała go właśnie za rękę, a on, Merlinie wybacz, dobitnie czuł się mężczyzną.

- Co mi chcesz dać? – spytał niskim, lekko zachrypniętym głosem. – Siebie? Dom? Miłość i dziecko?

Usłyszał swój głos, zupełnie jakby stał z boku, i to go otrzeźwiło. Co ty mówisz?! Oszalałeś! Zupełnie siebie nie poznawał! Nie miał nawet pojęcia, skąd mu to przyszło do głowy!

Ale tym, co nim wstrząsnęło, były jej łagodne słowa.

- A gdybym powiedziała „Tak"?

Cisza, jaka po nich zapadła, równie dobrze mogłaby być absolutna. Gdzieś na skraju, tysiące mil od nich wciąż trwał jakiś szum, ale on nie miał znaczenia, dookoła nich świat się zatrzymał. Zamarł. Zbladły kolory wszystkiego z wyjątkiem jej, a może wręcz przeciwnie, jej rysy stały się jeszcze wyraźniejsze, jeszcze... piękniejsze.

I każde uderzenie serca przynosiło coraz większą niepewność. Niemożliwe. Musiał źle usłyszeć.

- Hermiono…

- Co by było, gdybym chciała ci to wszystko dać?

Zupełnie niemożliwe. Nieprawdopodobne. To się nie może dziać.

Albo źle rozumiał jej słowa. Na pewno! Ona miała na myśli zupełnie co innego, a on po prostu to źle pojmował. Lub, co gorsza, w swoim... szaleństwie pociągnął ją za sobą!

Na wszelki wypadek puścił jej rękę, bo był pewien, że lada chwila złamie się zupełnie.

- Posłuchaj…

- Czemu nie?

Jej wzrok przesunął się wolno, bardzo wolno po kosmykach jego włosów i po jego policzku i Severus poczuł, jakby to była jej dłoń. Odpychane cały dzień pożądanie wróciło z całą mocą i świat zawirował mu przed oczami. Merlinie, czas było powstrzymać ją i siebie i to skończyć!

- Myślę, że dość dziś rozmawialiśmy – powiedział, podnosząc się gwałtownie.

- Nie chcesz...

- Nie – warknął, choć niemal szalał z pragnienia pokazania jej, jak bardzo chciał. – Wstawaj, czas iść spać!

- Yhmmm - to było ni westchnienie, ni mruknięcie, choć gdyby to od niego zależało, to by krzyczała.

Hermiona wstała powoli, długie rozpuszczone włosy zsunęły się do przodu i na chwilę przysłoniły nawet jej twarz, ale gdy się wyprostowała, uśmiechała się do niego szeroko. Merlinie, nie może TEGO mieć na myśli!

- Chodź – wyciągnęła ku niemu rękę.

Upewnij się tylko, że cię posłucha i dojdzie na górę.

Nie idź. Nie słuchaj jej. Nie powinieneś.

Ale jej sylwetka wołała go niczym syrena kusząca żeglarzy. Z jaką łatwością mógł sobie wyobrazić jej włosy rozrzucone na poduszce i nieukrywające nic przed jego wzrokiem, dłońmi, ustami...

Zaprowadź ją tylko na górę.

Hermiona skinęła na niego, więc ruszył posłusznie za nią, z każdym krokiem bojąc się, że źle ją rozumie i równie mocno bojąc się, że ma rację...

Wtorek, Londyn, mieszkanie Hermiony / mieszkanie Beth

Po 18-tej

Środa, Po 4-tej w nocy w Birriani

Nie chcąc ryzykować wpadnięcia na tego samego, wścibskiego sąsiada Mathias rzucił na siebie Kameleona i dopiero wtedy aportował się przed domem Hermiony.

Zastukał bardzo energicznie, na wszelki wypadek z całej siły nacisnął dzwonek i przyłożył ucho do drzwi. Nic. Spróbował jeszcze raz i jeszcze raz... I jeszcze raz. Aż rozbolały go kłykcie. I znów nic.

Obstukał wszystkie okna na parterze, znów bez rezultatu.

Kilka lat temu Hermiona praktycznie zabarykadowała się w domu i nie odpowiadała na sowy, nawoływania przez Sieć Fiuu, pukanie do drzwi, więc istniała możliwość, że tym razem zrobiła to samo, ale z chwili na chwilę nabierał coraz większej pewności, że autentycznie jej nie ma. Nie poruszyła się ani jedna firanka, nie mignął żaden cień za oknami...

Ale gdzie w takim razie mogła być? Może w Norze? Bo przecież nie na Grimm, skoro Harry i Ginny...

O Merlinie!

To było jakieś szaleństwo. Harry i Ginny wybrali się właśnie do Australii szukać jej rodziców, podczas gdy oni wybrali się w tym samym czasie do Londynu! Zbiegło się, jak gacie Merlina w praniu!

Mathias wiedział, że jej ciotka w Paryżu zmarła, a poza nią Hermiona nie miała już żadnych bliskich krewnych wśród mugoli, więc gdziekolwiek by się nie chowała, była w czarodziejskim świecie. Co z kolei znaczyło, że mógł bezpiecznie wysłać jej Patronusa.

I żeby się upewnić co do jej miejsca pobytu, postanowił go wysłać stąd, a nie z Kliniki.

Był właśnie w połowie drogi na tyły domu, gdy po przeciwnej stronie zatrzymał się z ostrym piskiem samochód. Kierowca wysiadł, oparł się o drzwi i zapaliwszy papierosa... zaczął gapić na dom Hermiony.

Mathias zastygł nieruchomo i na wszelki wypadek wstrzymał oddech. O cholera...

Oczywiście gdy Harry uczył go zaklęcia Kameleona, zapewniał, że nikt go nie zobaczy, sam siebie nie widział, ale to nie zmieniało faktu, że czuł się cholernie, rozpaczliwie, idiotycznie odsłonięty! Może jak będzie szedł, to jego ciało nie dostosuje się tak natychmiast do otoczenia i ten tam COŚ zobaczy?

Doskonale pamiętał, jak panicznie się bał kilka dni temu, gdy zdradził Beth istnienie magii i nie zamierzał przeżywać tego po raz drugi!

Z nim ożenić się nie możesz przeleciało mu przez głowę i mało nie parsknął śmiechem.

Facet z naprzeciwka zaczął puszczać kółka z dymu i Mathias postanowił skorzystać z okazji. Bardzo wolno, krok za krokiem, podszedł do śmietnika i z ulgą wcisnął za kontener.

Ulgą, która niemal natychmiast wyparowała, gdy poczuł straszliwy smród i rękaw jego marynarki nasiąkł czymś... TYM czymś śmierdzącym!

Na całe szczęście chwilę później pojawił się pasażer i wsiadł do cholernego auta, cholerny kierowca wyrzucił niedopałek na ulicę i również wsiadł i ze strasznym rykiem cholerny samochód ruszył i zniknął mu z oczu.

Jedź i nie wracaj! Mathias z obrzydzeniem spojrzał na brudny, mokry rękaw, rzucił „Chłoszczyść" i korzystając z okazji przebiegł na tyły domu Hermiony.

Stanąwszy między niewysoką przybudówką i dużą wierzbą płaczącą, która osłaniała go przed widokiem z okolicznych okien wrócił wspomnieniami do wczorajszego wieczora.

- Expecto Patronum!

Natychmiast pojawił się przed nim świetlisty rajski ptak, wywinął dwa szalone kółka dookoła niego i musnąwszy go gorącem skrzydła zawisł w powietrzu tuż przed nim.

- Hermiono, odezwij się do mnie. To pilne. Chodzi o Harry'ego – powiedział szybko i smagnął różdżką.

Patronus jednym machnięciem skrzydeł wzbił się natychmiast w niebo i sekundę później zniknął.

Zamiast wlecieć DO domu.

Teraz już Mathias mógł aportować się do Beth.

Wszystko, co miał jej do powiedzenia i o co chciał zapytać na jej widok wywietrzało mu z głowy na dobre kilka minut, akurat tyle, żeby się przywitać.

- Cudownie wyglądasz – szepnął w końcu jej do ucha, łapiąc oddech.

- Dziękuję – odszepnęła Beth, przesunęła palcami po jego policzku i zmarszczyła lekko nos. – Chętnie zwróciłabym komplement, ale... – spojrzała na nadal poplamiony rękaw jego marynarki i odsunęła się lekko. – Gdzie ty łaziłeś?

- Innymi słowy chcesz powiedzieć, że śmierdzę, tak?

- Trzeba ją wyprać. Ściągaj ją, dam zaraz do pralki.

- Tylko niech ci odda – zastrzegł, wyjmując z wewnętrznej kieszonki drogocenne fiolki.

Beth wybuchnęła śmiechem i złożyła marynarkę na pół, żeby się nie ubrudzić.

- Byłeś u Hermiony?

- Byłem, w południe i przed chwilą, ale jej nie było – odparł Mathias i ruszył za Beth do łazienki. – A ty dowiedziałaś się czegoś?

- Wiem wszystko – uśmiechnęła się Beth. - Monika Wilkins przyjechała bez męża, ma zarezerwowany pobyt do niedzieli. Mam numer jej pokoju, wiem, gdzie odbywają się jej seminaria i w jakich godzinach.

Merlinie, ona jest genialna!

- Do niedzieli mamy dużo czasu. Wysłałem Hermionie wiadomość Patronusem, gdziekolwiek jest, na pewno go dostanie.

.

No cóż, Mathias nie pomyślał, że bywają... hmm... sytuacje, w których Patronus może być całkowicie niezauważony.

.

.

Birriani,

Po 8-smej rano

Z ciężkim westchnieniem Severus osunął się na poduszkę i rozluźnił zaciśnięte powieki. Powoli, bardzo powoli jego urywany oddech wyrównał się, zwolniło bicie serca i w końcu jedynym śladem po szalonym, zwariowanym śnie było tylko nieprzyjemne, żenujące uczucie wilgoci na brzuchu i prześcieradle. Sięgnął pod cienki koc i skrzywił się, zdegustowany.

Czuł się jak... jakiś żałosny nastolatek. Żeby coś takiego przytrafiło mu się we śnie?!

Merlinie, ale W JAKIM śnie! W tym śnie wszystko było tak niesamowicie realistyczne, że nie było się co dziwić. Jeszcze teraz bez mała czuł jej słodkie usta i drobne, nieposłuszne dłonie, wszędzie, oszałamiającą gorąc i miękkość jej idealnego i... pełnego ciała, słyszał w głowie echo jej błagalnych jęków, pamiętał jak wspaniale brzmiało jego imię, gdy krzyczała je i jak cudownie brzmiało jej.

Hermiona.

Severus aż zgrzytnął ze złości zębami i otworzył oczy. Tak z pewnością będzie prościej opędzić mu się od... I wtedy wzdłuż całej lewej nogi, biodra i całego ramienia poczuł nagły gorąc, zupełnie jak przed chwilą!

Jednym gwałtownym zrywem przekręcił się i spojrzał na poduszkę.

O Merlinie...!

Poduszka i łóżko obok było puste, zupełnie puste i pościel aż lśniła w świetle słońca, które musiało wyjrzeć właśnie zza chmury czy zza framugi, czy cholera jasna wie czego jeszcze!

Był sam!

Coś w nim jęknęło z ulgi i równocześnie coś innego aż zawyło z żalu i tęsknoty.

Zwariowałeś, idioto! warknął na siebie, ale nie mógł okłamać własnych myśli. Merlinie, jakaś część jego dałaby wszystko, byle ta poduszka nie była pusta...

Po raz drugi tego ranka Severus osunął się na nią ciężko i wtulił twarz w miękką tkaninę, jakby w rozpaczliwym poszukiwaniu choć śladu zapachu migdałów.

Gdy wczoraj wszedł za Hermioną do jej pokoju i ta powiedziała coś zupełnie bez sensu, naraz z całą jasnością dotarło do niego, że po prostu za dużo wypiła i tylko dlatego mówiła i zachowywała się tak, jak się zachowywała.

Dlatego choć coś aż krzyczało w nim, żeby zakończyć ten wieczór tak, jak pragnął, tak jak powinien się skończyć, nie mógł, po prostu nie mógł tego zrobić! To byłoby zupełnie jak wykorzystanie jej, a tego nie robił nigdy, nawet jako Śmierciożerca.

Więc po prostu kazał jej położyć się spać, otworzył zaklęciem okno, po czym wyszedł na dwór, żeby ochłonąć. Gdy wracając jakąś godzinę później zajrzał do niej, Hermiona spała dokładnie tak, jak się położyła, wtulona w poduszkę i wyglądała jak wcielenie niewinności.

Wcielenie niewinności! Aż skrzywił się na samą myśl o tym. Wczoraj wydawało mu się, że wyglądała i zachowywała się wręcz… kusicielsko, ale teraz, szczególnie Teraz! doszedł do wniosku, że po prostu on wszystko tak interpretował. Od tak dawna nie byłeś z kobietą, że najwyraźniej nie panujesz już nad sobą.

Severus westchnął ciężko. W jego przypadku pod tym względem wszystko było zawsze skomplikowane. Alex Rayleigh powiedział, że dla niego nie istnieje kobieta na jedną noc, ale było wprost przeciwnie. Seks sprowadzał się nawet nie do całych nocy, lecz do rzadkich, krótkich i jednorazowych aktów z mniej lub bardziej obcymi kobietami, po których zawsze szybko znikał. Jako profesor nie zamierzał pozwolić, by ten aspekt jego życia był publicznie znany, więc w czasie przerwy między obiema wojnami bardzo uważał wybierając sobie partnerki. Kiedy powrócił Czarny Pan, jego wybór zawęził się do kobiet z rodzin Śmierciożerców; po prostu przy okazji balów wyprawianych przez Malfoyów czy innych dobrze sytuowanych rodzin czystej krwi znikał z którąś z nich trochę przed końcem wieczoru. Po wojnie zaś pozwalał sobie na to tylko wtedy, kiedy wybierał się na Kontynent po niektóre ingrediencje, a biorąc pod uwagę, że od półtora roku pracował u Powella i jego prywatny biznes uległ poważnemu ograniczeniu i warzył tylko bardzo rzadkie, bardzo cenne eliksiry…

Cóż, nie pamiętał już nawet, kiedy ostatni raz uprawiał seks, więc nie było się co dziwić, że widok kobiecych kształtów tak na niego podziałał. Co go zaskoczyło, to fakt, że tym razem to były kształty Hermiony Granger!

Zwariowałeś. Trzymaj się od niej z daleka. Wytrzymaj jeszcze te kilka dni, a potem o tym zapomnij.

Po pierwsze Hermiona zajęła miejsce Griffina i przypuszczał, że będą się od czasu do czasu widywać, po drugie zdecydowanie nie wyglądała na „kobietę na jedną noc".

Niestety wczoraj zrobił z siebie durnia, odkrył się przed nią i miał nadzieję, że nic z tego nie będzie pamiętać. A jeśli będzie… Na to też był sposób. Jeśli dziś będzie suchy, oschły… po prostu taki wredny Snape, nawet jeśli będzie coś pamiętała z wczorajszego wieczora, uzna, że się jej przywidziało.

Zdegustowany sobą, wyczyścił zaklęciem pościel, wziął porządny, zimny prysznic i dopiero wtedy zapukał do uchylonych drzwi pokoju po przeciwnej stronie korytarza.

- Tak?

Severus pchnął je mocno i wszedł do środka, nie zwracając uwagi na głośne stuknięcie klamki o ścianę. Mimo otwartego szeroko okna w powietrzu pachniało mocno rumiankiem, mirtem i eukaliptusem i ten cudowny zapach obudził w nim zupełnie inną tęsknotę. Za gorącym kociołkiem, unoszącą się z niego srebrną parą, dotykiem chłodnego noża i szorstkiej deski...

- Anderson – przywitał się krótkim skinieniem głowy.

Siedzący przy stoliku Tau uśmiechnął się do niego szeroko i gestem wskazał krzesło naprzeciw.

- Severus! Zdemolujesz mój pokój – sięgnął po kolejną, lekko poruszającą się gałązkę, w której Severus od pierwszego rzutu oka rozpoznał szalej jadowity i zaczął ją obskubywać z listków. – Już kończę, bez obaw! Hermiona jeszcze śpi...

To się nazywa powrót do rzeczywistości. Jeszcze silniejszym pchnięciem Severus zamknął drzwi za sobą i usiadł.

- To jest durne pytanie czy stwierdzenie faktu? Jeśli pytanie to proponuję, żebyś poszedł i sam się przekonał.

Tau zamarł z ręką w powietrzu i gałązka natychmiast zagięła się i zaczęła owijać dookoła jego palca.

- To jest pytanie. Drugie to co cię ugryzło?

- Mnie nic, ale ciebie za chwilę to spotka.

Mocnym szarpnięciem Tau oderwał roślinę i rzucił na deseczkę do krojenia ingrediencji.

- Bez obaw! A wracając do tematu, nie zamierzam do niej wchodzić. Nie… - zawahał się i pokręcił głową. - Nie wiem, jak… Może… Gdyby… No wiesz, o co chodzi. Nie potrafiłbym.

Severus wzruszył ramionami i spojrzał przez okno na grupkę dzieci siedzących na gołej ziemi i jedzących placki chlebowe.

- Jest coś, co z pewnością potrafisz. Znajdź mi eliksir przeciwbólowy i eliksir trzeźwości. Obawiam się, że bez tego mogę nie przeżyć całego jednego dnia z omdlewającą i kwękającą panną Granger.

- O bogowie – przewrócił oczami Tau, odłożył gałązkę i otrzepał ręce. – Nie mam tu nic, wszystko trzymam w pracowni. Wyskoczę po nie, możesz dokończyć?

- Oczywiście – stwierdził kąśliwie Severus. – Poobrywać listki, posiekać, pociąć łodygi... Jest jeszcze coś, co mógłbym zrobić? Nie krępuj się.

Aborygen wyszczerzył do niego zęby i wyszedł – sekundę później dało się słyszeć rytmiczne łupanie, gdy zbiegał ze schodów. Severus spojrzał na gałązkę szaleju, rozejrzał się po pokoju, znów na nią spojrzał i dotknął palcem. Sam nie wiedział, czy po to, żeby ją odepchnąć, czy przysunąć, ale wystarczyło najlżejsze muśnięcie i nie mógł się powstrzymać. Przesunął długim, wąskim palcem po gładkiej łodydze, cienkich, lekko chropowatych na końcach listkach, a roślina, najwyraźniej wyczuwając jego magię, zamarła natychmiast.

W sumie to czemu nie. Uśmiechnął się lekko i przysunął do siebie deseczkę. Minęło kilka dni, od kiedy warzył czy choćby dotykał ingrediencje i wyraźnie poczuł, jak bardzo mu tego brakuje. Jakby stracił kilka dni ze swojego życia.

Gdy niemal pół godziny później wrócił Tau, wszystkie łodygi były pocięte na idealne słupki i porozcinane dokładnie w połowie, a słoiczek obok pełen był posiekanych drobniutko listków.

- Zamknęli Intra-Portal i przedzierałeś się przez busz na piechotę? – na jego widok Severus uniósł wysoko brew. – Poukładaj sobie łodygi, nie wiem, w czym chcesz je trzymać.

Nie patrząc na niego, Aborygen postawił na stole podstawkę z kilkoma fiolkami i zerknął na zegarek.

- Tak mi trochę zeszło. Na szukaniu – odparł niechętnie, zerknął do słoiczka i jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu. - Niesamowite! Wiesz co, nie pamiętam już, kto powiedział mi, że to co My robimy, to zwykłe przygotowywanie składników i warzenie eliksirów, natomiast w twoim wydaniu to prawdziwa sztuka. Ależ ty masz cierpliwość!

Severus skrzywił się i już miał go spytać, co było nie tak, bo najwyraźniej coś było bardzo nie tak, ale natychmiast pomyślał o całym dzisiejszym dniu i uznał, że wystarczy mu problemów.

Na wszelki wypadek rzucił okiem na podstawkę i w trzech dodatkowych fiolkach rozpoznał eliksir nawadniający, wzmacniający i świeżości.

- Mała rada na przyszłość, Anderson – powiedział, wstając. – Jak chcesz coś przede mną ukryć, nie próbuj tego maskować idiotycznymi pochlebstwami.

Po czym wyszedł do korytarza i pchnąwszy mocno drzwi do pokoju Hermiony, wszedł do środka.

Hermiona spała zwinięta w ochronną kulkę, co dużo mówiło o jej stanie psychicznym po ostatnim koszmarze. Mógł wyperswadować jej porzucanie magii, ale potrzebowała czegoś więcej niż tylko ostrej przemowy, żeby dojść do siebie.

Przez chwilę Severus przyglądał się, jak oddycha miarowo, co mógł poznać po promieniach słońca, które padały przez szpary w zasłonie i malowały jasne kreski na jej policzkach, ramionach i podciągniętym aż do połowy uda materiale sukienki. W jakiś niezrozumiały sposób jej spokojny oddech uspokajał jego i w końcu złapał się na tym, że ich klatki piersiowe falują w jednakowym rytmie.

Włosy rozsypały jej się dookoła głowy, zupełnie jak w jego śnie i tylko jeden niesforny kosmyk osunął się jej na twarz. Severus złamał się - pochylił, ostrożnie odsunął go na bok i dopiero wtedy rzucił „Finite Incantatem".

- Wstawaj – rzucił głośno. I sucho. – Już!

Hermiona drgnęła gwałtownie, uchyliła powieki i od razu jęknęła cicho i zasłoniła sobie oczy ramieniem.

- Severus... O Boże... To ty...

- Niezwykle ciekawe spostrzeżenie.

- Czy ja... Zaspałam. Która jest? – wymamrotała płaskim głosem.

- Zaspałaś to bardzo skromnie powiedziane – powiedział Severus i postawił podstawkę z fiolkami na stoliku nocnym.

- Nie łup...!

- Masz tu kilka eliksirów, które pozwolą ci doprowadzić się do... przyzwoitego stanu. Za dwadzieścia minut masz być na dole.

Hermiona powoli zsunęła nogi na ziemię, spróbowała usiąść i od razu złapała się za głowę.

- Dwadzieścia...? Spróbuję.

Severus pochylił się ku niej i powiedział bardzo cicho:

- Jeśli będę musiał po ciebie przyjść drugi raz, zapewniam cię, nie będę miły.

.

.

Trzaśnięcie drzwiami zabrzmiało jakby runął co najmniej cały Hogwart i jeszcze przez chwilę echo pulsowało straszliwie gdzieś w środku jej czaszki. W końcu bardzo powoli zaczęło cichnąć, zupełnie jak burza, która oddalała się, ale w każdej chwili jakiś piorun mógł rąbnąć w ziemię tuż u jej stóp.

- O Merlinie...

Hermiona otworzyła ostrożnie oczy i wolno, starając się nie poruszyć głową, spojrzała na stolik nocny. Zamazany z początku obraz wyostrzył się wraz z silnym, pulsującym bólem, ale udało się jej wytrzymać i nie zacisnąć powiek.

Fiolki z eliksirami. ZAKORKOWANE fiolki z eliksirami!

Mógł, cholera, je otworzyć! Drżącą ręką sięgnęła po pierwszą z nich i wstrzymawszy oddech wyciągnęła korek i pospiesznie wypiła całą zawartość.

Jezu, Jezu, Jezu...

Mało nie zwymiotowała, kiedy głowa eksplodowała jej na kawałki, ale udało się jej jakoś opanować. Odczekawszy kilka sekund? minut? godzin? wypiła kolejną i następną i jeszcze następną...

Nie miała bladego pojęcia, jaki miały smak. Mogły być gorzkie, słodkie, słone... nie czuła żadnego, ale bardzo odpowiadał jej pomysł wypicia czegoś. Nie wiedziała też ile ich było i co zawierały, lecz po jakimś czasie ból ucichł, minęły mdłości, zawroty głowy i znikł nieprzyjemny smak w ustach. I przedziwne ogłupienie.

Boże, co ona wczoraj wyprawiała?! Upiła się! Pierwszy raz w życiu upiła się! Co za wstyd…!

Pamiętała, że zeszła napić się drinka z Severusem, że rozmawiali o książkach, o przedmiotach szkolnych... coś mówiła o nim jako nauczycielu...

I o czym jeszcze? Bo przecież coś jeszcze było...?

Po głowie snuły się zaledwie cienie myśli i umykały ledwie próbowała przyjrzeć im się z bliska. Cholera, co jeszcze?!

Było coś z kciukiem... Hermiona potarła niepewnie swój palec, ale na nic, nie była w stanie powiedzieć, o co chodziło i choć starała się skupić, trafiała na ścianę. Ciemność. Pustkę.

Boże, żeby tylko nie okazało się, że powiedziałaś mu o Kamieniu! Albo wyznałaś dozgonną miłość! Bo bez powodu nie byłby tak wściekły.

Istniała również inna opcja – powiedziała coś wyjątkowo durnego i go obraziła lub zaczęła mu współczuć.

Cokolwiek to nie było, najwyraźniej bardzo mu się nie spodobało. Ciekawe jak długo będzie się dziś krzywił, zanim mu przejdzie.

Odruchowo zerknęła na zegarek i aż ją podniosło! Dziewiąta piętnaście!

O jasna cholera!

Wyszarpnęła różdżkę wepchniętą nie wiedzieć czemu pod poduszkę, podskoczyła ku drzwiom i w głowie wybuchło jej bielizna! Czym prędzej padła na kolana przed walizką, klnąc pod nosem wygrzebała byle które majtki i stanik, złapała drugą, świeżo wypraną sukienkę i pognała do łazienki.

Takiego krótkiego prysznica jeszcze chyba nigdy w życiu nie brała! Mycia zębów wolała nie skracać, ale darowała sobie porządne płukanie ust, poprawiła sandały i złapawszy w ostatniej chwili różdżkę, pobiegła do schodów.

I tam wreszcie zwolniła.

Starając się jak najdelikatniej stawiać stopy, cichutko zeszła na dół. Na widok Severusa i Tau jedzących JUŻ ścisnął się w niej żołądek, bo to znaczyło, że... Nie będzie miły. Ale nie przyszedł po ciebie... Może Tau go czymś zajął...

Ostrożnie podeszła do nich i usiadła na brzegu krzesła po stronie Tau.

- Dzień dobry – mruknęła. – Przepraszam za spóźnienie.

- Dzień dobry – odparł Tau i przesunął ku niej talerz z plackami chlebowymi.

Hermionie nie chciało się jeść, ale wolała nie kusić losu, więc sięgnęła po jeden i rozejrzała się po stole za czymś, czego nie trzeba było ani kroić ani ciąć. Czymś... dyskretnym. W końcu wybrała kawałki suszonego mięsa i nalawszy sobie stojącą najbliżej, zwykłą wodę zaczęła jeść.

Po kilku pierwszych kęsach o dziwo wrócił jej apetyt, jednak bardzo szybko absolutne milczenie stało się niewygodne, wręcz dręczące i w końcu jedyną rzeczą, na jaką miała ochotę było uciec stamtąd jak najdalej. Gdzieś, gdzie nikt by jej nie widział!

Zastanawialiście się czasem, jak brzmi cisza? Bo wbrew pozorom ciszę słychać i czuć.

Czasem cisza uspokaja – kołysząc nas delikatnie, pozwala się odprężyć i zrelaksować. Innym razem może drażnić czy nawet złościć. A czasem potrafi oskarżać, niemym krzykiem szarpać nam serce i duszę. Dla Hermiony tego ranka cisza brzmiała niczym wyrzut.

Nagłe słowa Tau były tak niespodziewane, że aż kawałek placka wypadł jej z ręki.

- Zjedz jakieś owoce, przyda ci się.

- O-ch na pewno, dziękuję!

Placek z podłogi nie nadawał się już do niczego, więc Hermiona odłożyła go na brzeg talerzyka, sięgnęła po banana i zaczęła obierać. Mów dalej, nie ważne co, po prostu mów!

- Jak się czujesz?

- Dobrze. Bardzo dobrze - Hermiona spojrzała na Severusa i już nabrała powietrza, gdy ten ją przystopował.

- Możesz podziękować Andersonowi za eliksiry – powiedział, poprawiając długie mankiety czarnej koszuli. – Gdyby to ode mnie zależało, nie dostałabyś nic. Może by cię to czegoś nauczyło.

- Aaa...ch. Dziękuję, Tau…

- Najedz się i napij, bo mamy dziś ponad sto adresów do sprawdzenia – ciągnął Severus, nadal na nią nie patrząc – i zapewniam cię, sprawdzimy je wszystkie. Czekam na ciebie na górze.

Po czym zaklęciem odesłał swoje nakrycia na kontuar i bez słowa szybkim krokiem poszedł na górę.

- Cholera. Zanosi się na bardzo ciężki dzień – westchnęła cichutko Hermiona, kiedy czarne buty znikły już ze schodów i ucichły jego kroki, po czym dodała, odwracając się do Aborygena. – Tau, jeszcze raz bardzo ci dziękuję za eliksiry.

Mężczyzna kiwnął głową, bo właśnie odgryzł łapczywie duży kawałek suszonego mięsa, pogryzł je bardzo energicznie i głośno przełknął.

- Och, bez obaw! – złapał szklankę z wodą i wypił kilka łyków. – Wiesz, tak naprawdę to Severus kazał mi je przynieść. Ja tylko dorzuciłem… kilka – dopił pospiesznie wodę, odstawił szklankę na stół i porwawszy resztkę mięsa podskoczył do wyjścia. – Muszę uciekać!

Hermiona nie zdążyła nawet odpowiedzieć, gdy łupnęły zamykane drzwi.

- … miłego dnia – wymamrotała.

Co go ugryzło? pomyślała i dopiero wtedy dotarło do niej, że Tau ani razu na nią nie spojrzał. Zupełnie jak Severus…

Cisza, która nagle zapadła, choć zupełnie inna, była równie męcząca. Owszem, upiła się wczoraj, powiedziała pewnie coś niestosownego, spóźniła się dziś na śniadanie, więc zachowanie Severusa jej nie dziwiło, ale żeby Tau też się na nią złościł…?

W tym momencie za jej plecami rozległo się stuknięcie i z zaplecza wyszła Ava. Jeśli ona też będzie się na mnie złościć…

- Dzień dobry, kochanie! – zawołała Aborygenka i Hermiona trochę odżyła. – Jak się czujesz? – spytała i przysiadła się do niej.

- Cześć, Ava. W porządku.

- A tak naprawdę?

- Tak naprawdę, to jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł – przyznała Hermiona markotnie. – Psychicznie, bo fizycznie eliksiry Tau postawiły mnie na nogi. Wiesz, nigdy jeszcze nie… wypiłam za dużo i to był pierwszy raz.

- A jak minęła noc?

Hermiona przechyliła się przez stół po wodę z limonką, po którą przy Severusie nie chciała sięgać. Już i tak wystarczająco zwróciła na siebie uwagę.

- Podobnie. Nienawidzę spać w ubraniu, ale wieczorem musiała być chyba tak… ululana, że nie pomyślałam, żeby się przebrać, potem, w ciągu nocy nie miałam siły, a rano, jak rozbolała mnie głowa, myślałam, że oszaleję – powiedziała, wsłuchując się w odgłos wody ściekającej po brzegu szklanki. W przedziwny sposób to bardzo odprężało. – To dlatego Tau tak uciekł? Bo nie pochwala tego, co zrobiłam? – odstawiła butelkę na stół.

Ava westchnęła ciężko, sięgnęła do kieszonki fartuszka i wyciągnęła z niego fiolkę z niebieskim płynem. Na jej widok Hermionie włosy stanęły dęba i zachłysnęła się powietrzem.

- NIE?!

Widząc jak Hermiona wodzi szeroko rozwartymi oczami od fiolki do drzwi, Ava wybuchnęła śmiechem.

- Bez obaw! Hermiono! – pogłaskała ją uspokajająco po ramieniu. – Poprosiłam go rano, żeby przyniósł ci jedną fiolkę, ale jak pewnie wiesz, on nie lubi tego tematu, dlatego tak nawiał.

Hermiona bez mała opadła na krzesło. Ale tylko na jego krawędź.

- Ale… W takim razie z kim…

- Myślałam o Severusie – odpowiedziała na jej nieme pytanie Ava i Hermiona otworzyła usta i je zamknęła. – Patrząc na was wczoraj wieczorem, byłam pewna, że skończycie w łóżku, ale najwyraźniej on nie jest tym typem.

Kiedy do Hermiony dotarło, co to znaczyło, czy raczej co to MOGŁO oznaczać, złapała się za usta i czując, jak się czerwieni, pospiesznie opuściła głowę.

- A-Ava, ja… My… to nie tak, my tylko…

Aborygenka zachichotała i poczochrała jej włosy.

- Kochanie, nie próbuj się tłumaczyć! Przecież gołym okiem widać, ze coś między wami jest!

? Między NAMI? Hermionę zatkało na moment i dopiero, gdy poczuła, że się dusi, wciągnęła mocno powietrze.

- Co... dokładnie, masz na myśli „Nami"? – gdy spojrzała na Avę, musiała być czerwona jak piwonia, bo paliły ją nie tylko policzki, ale nawet uszy!

- Wami, wami – pokiwała głową Ava. – Wierz mi, prowadzimy ten hotel z Jackiem od lat, dużo ludzi się tu przewinęło i takie rzeczy dostrzegam od razu. A na was wystarczy spojrzeć.

Hermiona przygryzła mocno usta, nagle rozdarta między chęcią zakończenia tej trochę… a nawet bardzo niezręcznej rozmowy i nagłą potrzebą dowiedzenia się więcej. Skoro Ava już coś zauważyła…

- No więc ja… - zaczęła, zerknąwszy na schody i na wszelki wypadek ściszając bardzo głos. – No dobrze. On… podoba mi się. Nawet więcej. No wiesz – uśmiechnęła się i policzki zapłonęły na nowo. – Ale on, nie sądzę. Chyba nie widzi we mnie nic… interesującego. Co najwyżej mnie lubi – to ostatnie zabrzmiało bardziej jak pytanie niż stwierdzenie faktu.

- Dziecko jesteś. Lubi? Bardzo – bardzo lubi – odparła Ava. – Hermiono, on oczu od ciebie nie może oderwać. Nie zauważyłaś? Jak gdzieś idziecie, czeka na ciebie przy drzwiach, nie odchodzi od stołu, póki ty nie skończysz jeść… Dziś to był wyjątek, ale chyba nie zniósł twojego jedzenia banana – zaśmiała się i dodała, bo Hermiona pokręciła głową. – Nie mów, że nie, widziałam z zaplecza.

- Ava... – Hermiona była pewna, że za chwilę na twarzy pojawią się jej bąble. Od oparzeń. – Mi chodzi o to, że... Nie sądzę, żeby to było takie proste. To znaczy nie sądzę, że to, co widzisz... Przecież on był szpiegiem. Przez wiele lat, i to na obie strony. I nikt niczego się nie domyślił. Więc nie sądzę, żeby teraz nagle zaczął wszystko po sobie pokazywać!

- No więc najwyraźniej ten talent ukrywania uczuć ogranicza się tylko do niektórych - Ava pogłaskała ją po policzku. – Uwierz mi. A raczej zacznij wierzyć w siebie. Ten pomysł zmienienia koloru sukienki na czarną był genialny, nawet nie masz pojęcia, co w facetów musi wstępować, jak cię widzą.

- Myślisz…? – Hermiona znów spojrzała przelotnie na schody.

- Nie myślę, ale jestem pewna. Wczoraj, jak szliście na górę, zastanawiałam się, czy uda się wam dojść do pokoju.

Och, Merlinie… Hermiona pochyliła znów głowę i jak nigdy cieszyła się, że nie związała włosów. Bo nie była w stanie powstrzymać szerokiego, zwariowanego uśmiechu. Tak zwariowanego, że aż rozbolały ją policzki.

- Tylko nie bardzo rozumiem, czemu dziś się tak zachowuje – dodała Ava niepewnie.

TEGO akurat Hermiona się domyślała i to starło głupi uśmieszek z jej twarzy.

- Przypuszczam, że albo jest na mnie zły, bo się upiłam, albo robi to specjalnie, żebym się nie zorientowała, że wczoraj chciał… no wiesz.

- No co ty? – zdziwiła się Ava, również zerknęła na schody i potrząsnęła głową. – Więc idź i nakop mu w tyłek.

Hermiona parsknęła śmiechem. „Nakop mu w tyłek". Ava, nie wiesz, co mówisz! To samobójstwo!

- Nie przeczę, że Severus czasem… często przesadza i zaczęłam już uczyć się mu odpowiadać i stawiać na swoim, ale jeśli się złości za to, że się upiłam, to ma rację.

- Oczywiście, że nie ma! Myślisz, że jemu nigdy w życiu się to nie trafiło? Jestem pewna, że nie raz! Poza tym zamiast marudzić dziś mógł po prostu przystopować cię wczoraj wieczorem.

W tym momencie drzwi się otwarły i do środka weszło kilka osób. Ava natychmiast podniosła się od stolika i powiedziała jej cicho do ucha:

- Miłego dnia. I nie pozwól mu ani przez chwilę myśleć, że ma cię na końcu różdżki i to on dyktuje warunki!

- Dziękuję, Ava – uśmiechnęła się Hermiona. – Za rozmowę i za pomysł eliksiru!

Ava puściła do niej oko, zabrała dyskretnie fiolkę i podeszła zająć się nowymi klientami, więc Hermiona dopiła wodę z limonką, zebrała talerze, sztućce i szklankę i nie chcąc ryzykować, odniosła go na kontuar.

Nie może ode mnie oderwać wzroku? Bardzo – bardzo lubi? Widać, że coś między nami jest? Miało się nam nie udać dojść do pokoju…?

O, Merlinie… Niemożliwe! To… zbyt piękne, żeby było prawdziwe! Żeby Severus chciał… ze mną…? Chociaż… Przed oczami jak żywa stanęła chwila, jak przyglądał się… DOTYKAŁ! jej rano. Albo dzień wcześniej, gdy skończyli oglądać wschód słońca – faktycznie czekał, aż wstanie…

Może rzeczywiście Ava ma rację? Choć trochę?

Hermiona doszła do schodów i zaczęła się powoli wspinać na górę, krok za krokiem. Zamiast nierównych, zaokrąglonych na końcach od setek stóp desek widziała przemieszane zupełnie dziesiątki scen, przeczących sobie zupełnie i jednocześnie z każdym stopniem, z każdą chwilą rozpalała się w niej coraz bardziej nadzieja.

Merlinie, może by spróbować… Zrobić COŚ. Cokolwiek. Żeby się przekonać… Chociaż jeśli Ava się myli i Severus tylko ją toleruje, dostanie szału!

Jaka szkoda, że nie ma tu Ginny! Ona wiedziałaby wszystko od pierwszego…

Raptownie schody się skończyły, Hermiona zobaczyła drzwi do swojego pokoju i pokoju Severusa i... poczuła, że nie jest w stanie do niego pójść. Jeszcze nie!

Potrzebowała jeszcze chwili, żeby coś zdecydować.

Przepranie czarnej sukienki było o wiele lepszym pretekstem niż siedzenie na łóżku i gapienie się w ścianę, więc Hermiona złapała ją i czym prędzej zamknęła się w łazience.

Jeśli okażesz mu, co czujesz... jakoś tak delikatnie, może ci odpowie pomyślała, gniotąc czarną dzianinę, zamarła na chwilę i dokończyła: A może przeklnie cię tak, że przez miesiąc nie będziesz w stanie się pozbierać!

To było bardzo otrzeźwiające. Łatwo było siedzieć przy umywalce i tak sobie teoretyzować, ale nie zjawili się tu na wakacje. Do końca tygodnia miała szansę, jedyną szansę na znalezienie rodziców i bezwzględnie musiała ją wykorzystać. A Severus z łatwością mógł uczynić kilka następnych dni prawdziwym piekłem.

Poczekaj do niedzieli. Zrób to dla siebie i dla rodziców. A potem… zobaczysz.

Zabrzmiało to strasznie tchórzliwie i bezradnie, ale przecież nie miała innego wyjścia.

Hermiona westchnęła ciężko, wyżęła sukienkę, rozprostowała ją, żeby nie była zbyt pognieciona… i wtedy przyszło jej do głowy, że jest coś, co może zrobić.

Dziś nie mogła jej założyć i wolała nie zmieniać koloru tej, którą na sobie miała, ale przecież nie tylko ubranie się liczy!

Uśmiechając się pod nosem pospiesznie wróciła do pokoju, zrobiła sobie delikatny makijaż, zebrała włosy w luźnego koka i zostawiła kilka kosmyków opadających zmysłowo na ramiona. I dopiero wtedy wzięła torebkę i poszła do Severusa.

Nie miała pojęcia, czy Ava miała rację co do NICH, ale z pewnością należało mu... troszkę! skopać tyłek.

Słysząc ciche pukanie Severus przywołał książkę i otworzył na byle której stronie, upewnił się, że na pościeli nie ma żadnych śladów i dopiero wtedy rzucił krótkie:

- Wejść!

Hermiona odetchnęła głęboko i pchnęła drzwi.

- Trochę to trwało, ale jestem już gotowa – powiedziała, siląc się, żeby zabrzmiało to głośno i wyraźnie. – Ale zanim wyjdziemy, chciałam ci coś powiedzieć… - urwała, gdy Severus minął ją i podszedł do drzwi. – Severus?

Severus zatrzymał się z ręką na futrynie.

- Tak? – rzucił, nie obracając się.

Hermiona ścisnęła mocniej różdżkę. Najwyżej cię przeklnie.

- Byłoby dobrze, gdybym nie musiała rozmawiać z twoimi plecami.

?! Severus oniemiał. Nigdy jeszcze, od nikogo nie usłyszał czegoś podobnego! Błyskawicznie obrócił się, podskoczył do Hermiony i pochylił się ku niej.

- Tak lepiej? – warknął. – Lepiej niech to będzie coś ważnego.

- Owszem, to ważne – odetchnęła Hermiona, nie ustępując ani na krok. Byłaby wdzięczna Merlinowi i wszystkim bogom świata, gdyby mogła równie łatwo uspokoić tłukące się w piersi serce. – Wczoraj… się upiłam. I chcę, żebyś wiedział, że… Jest mi wstyd. To nie powinno się zdarzyć.

Severus zacisnął usta, ale milczał, wbijając w nią twarde jak diament spojrzenie, więc kontynuowała.

- Poza tym najwyraźniej cię obraziłam. Nie wiem, co takiego powiedziałam, czy zrobiłam, ale musiało to cię zranić. Więc chciałam cię przeprosić. Cokolwiek to było, przepraszam. Bardzo.

Czyżby nic nie pamiętała? Na to wskazywałoby to, co mówiła… Severus nie był pewien, ale nie mógł przecież posłużyć się Legilimencją, żeby zajrzeć do jej wspomnień, w ten sposób tylko naprowadziłby ją na właściwy trop.

A poza tym… nie był w stanie. Żeby to zrobić, musiałby się skoncentrować, choćby pomyśleć o zaklęciu, a tymczasem tonął w jej czekoladowych oczach w ciemnej oprawie, okolonych długimi, gęstymi rzęsami, czuł na twarzy jej oddech, gorąc promieniujący od jej ciała, od… każdej błagającej o dotyk krągłości… Merlinie, jak on mógłby skupić się na czymkolwiek innym!

Powiedz jej coś. Opanuj się, człowieku, nie zamierzasz przecież skończyć w tym samym stanie, co wczoraj!

Jeśli potwierdzi w odpowiednio przekonujący sposób, że chodziło właśnie o to, Hermiona z pewnością nie będzie szukać innego powodu… Jakiś głosik w jego głowie szepnął mu, że jak na podwójnego szpiega to jego wnioskowanie było zupełnie żałosne…"prawdziwie szpiegowska analiza"…, ale nie potrafił zdobyć się na nic więcej.

- Upiłaś się – powiedział lekko ochrypłym głosem i odchrząknął. – Zachowałaś się jak durna małolata.

- Severus…

- Jakbyś miała dwanaście lat MNIEJ, a nie więcej!

- Severus! – Hermiona złapała go za rękę.

To było zupełnie jakby prąd elektryczny przeszył całe jej ciało, któremu ten gest, ten dotyk coś przypomniał. I po nagłym rozszerzeniu oczu Severusa poznała, że on też to poczuł.

- Przeprosiłam cię – zacisnęła lekko palce, choć nagle coś w niej zapragnęło zanurzyć je w jego niezapiętym rękawie, powędrować nimi wyżej, wzdłuż jedwabistej skóry i aż przeszedł ją dreszcz. – Przeprosiłam szczerze i z całego serca. Nie potrafię lepiej. Więc proszę, przestań się złościć.

Powinien jej powiedzieć, że on się nie złościł. W jego słowniku to słowo nie miało prawa istnieć. Ale zamiast tego miał przed oczami równocześnie dwie sceny, z dwóch różnych wieczorów. I zarazem dwie tak różne Hermiony. Jedna z nich trzymała go za rękę i mówiła „A gdybym powiedziała „Tak"?, druga uśmiechała się do niego łagodnie, gdy to on ją przepraszał, mówiła „Na tym polega prawdziwa przyjaźń. Na wybaczaniu tej drugiej osobie, kiedy ta żałuje" i całowała go w czoło.

Merlinie, i jak on mógł chcieć być wobec niej tym wrednym, surowym Snape'm?

Jak przez mgłę przypomniał sobie, że zaledwie kilkanaście dni temu próbował tego samego. Wtedy obudził się w Spinner's End i chciał wyrzucić ją z domu, a dziś szukał choćby jej zapachu na poduszce. Szaleństwo. Zaledwie dwa tygodnie temu, a miał wrażenie, jakby to było... dwanaście lat.

Skinął krótko głową. Bardzo krótko, jakby się bał, bo to była nie tylko zgoda na jej prośbę, ale i przyznanie się przed sobą do uczuć, które przecież próbował odepchnąć.

- Czy zdajesz sobie sprawę z konsekwencji twojego wczorajszego zachowania? – spytał cicho, odsuwając się i puszczając jej rękę i natychmiast tego pożałował.

- Że będę się parszywie czuć dziś rano? – odparła Hermiona. - I że zmarnuję cały dzień? Czy że powiedziałam ci, że się nie upiję, a to zrobiłam? – dodała z goryczą.

- Nie. Gdybyś była sama, nie byłabyś nawet w stanie się obronić.

Hermiona wzruszyła ramionami i sięgnęła do kieszonki po Kamień, żeby zastąpić nagłą chłodną pustkę.

- Nie piłabym sama. Przyszłam, bo ty tam byłeś.

- Więc to ma być teraz moja wina? – jego brew powędrowała lekko do góry.

- Ależ oczywiście, że nie! Przyszłam, bo po prostu chciałam z tobą porozmawiać.

Severus znów skinął głową, tym razem już normalnie.

- Czy mogę oczekiwać, że to cię czegoś nauczyło i drugi raz nie popełnisz… tego samego błędu?

- Chroń Merlinie! – zawołała ze zgrozą Hermiona. – Nigdy więcej! Chyba przerobię WESZ na stowarzyszenie o Walkę o Eliminację Substancji… Zakręcających!

- Chyba Zamraczających – mruknął Severus, czując jak drga mu kącik ust.

Hermiona parsknęła śmiechem.

- A czy ja mogę oczekiwać, że zapomnisz o wczorajszym wieczorze i nie będziesz już… gryzł… się na mnie złościł? – przekrzywiła głowę i zrobiła do niego słodką minę.

- Ty chcesz OCZEKIWAĆ czegoś po mnie? Zacznij się ZACHOWYWAĆ, to zobaczymy.

Gdy Severus spojrzał na nią, ubraną co prawda w inną, ale równie dopasowaną sukienkę, kosmyki włosów, które wymsknęły się spod koka i które najchętniej odgarnąłby, żeby odsłonić jej szyję… uznał, że to będzie wyjątkowo ciężki dzień.

.

.

Środa, Metropolia

Księgania „Wyskrobane Bajecznym Piórem"

11:00

Księgarnia to chyba jedno z takich miejsc, w których pomimo tłoku panuje względna cisza.

Tak też było w największej w Metropolii księgarni „Wyskrobane Bajecznym Piórem". Dziesiątki czarodziejów i czarownic przechadzało się między regałami, przyglądało cieńszym i grubszym książkom, przystawało, żeby sięgnąć po którąś, przekartkować czy choćby dotknąć okładki. Między nimi lawirowali sprzedawcy w kremowych szatach, by pomóc znaleźć jakiś rzadki wolumin, czy przyzwać zastrzeżone księgi.

Była środa przed południem, więc większość klientów stanowili dorośli, choć w rzędzie dla młodzieży kilku chłopców zapewne urwało się ze szkoły, usiadło na ziemi i zapamiętale czytało najnowszy tom przygód Wściekłego Tony'ego – dobrego bandyty, który tym razem pozwolił się złapać na kradzieży, żeby przyjść z pomocą niesłusznie skazanemu przyjacielowi. Jeden z chłopaków dostał aż wypieków na twarzy.

Niepozorny Azjata przeszedł do sekcji historycznej, ominął historię Australii i zatrzymał się przed historią świata. Musiał wiedzieć, czego szuka, bo szybko przesunął wzrokiem po opasłych tomiskach, wyciągnął „Ostateczne zwycięstwo" opisujące II wojnę z Lordem Voldemortem w Wielkie Brytanii i zaczął kartkować. W końcu zwolnił przy rozdziale „Rebelianci", odnalazł jakiś akapit i... zaklął paskudnie.

Wczoraj wieczorem Falase przypomniał sobie, że na którymś z regularnych szkoleń w pracy wspominali o słynnym Aurorze Harry'm Potterze i przy okazji było coś o jakiejś Weasley.

Dlatego też jak tylko podał matce eliksir nasenny, używając wielosokowego, który Aurorzy zawsze mieli na składzie w domu, wybrał się do księgarni sprawdzić książki na ten temat i obejrzeć zdjęcia.

Ale gdy tylko zerknął na ruchomą fotografię dwóch młodych chłopaków i dziewczyny, podpisaną „Harry Potter, Hermiona Granger i Ronald Weasley", natychmiast sobie przypomniał. Nie „jakiejś" tylko „jakimś" Weasley. Pierdzielony szlag.

Już miał szukać zdjęcia Pottera, gdy coś go tknęło. Tu Weasley, tam Weasley... ile tych Weasleyów koło Pottera może się kręcić?

Na wszelki wypadek przyjrzał się dokładnie obu chłopakom, zsunął wzrok na zdjęcie Weasley'a, niezbyt udanego rudzielca o trójkątnej twarzy i mlecznej karnacji, z czego tylko płomienny kolor włosów był warty uwagi i zaczął czytać krótką biografię.

.

„Ronald Weasley, ur. 1.03.1980 roku w Devon, najbliższy przyjaciel Harry'ego Pottera. W latach 91 – 96 był bohaterem licznych prób powstrzymania Lorda Voldemorta. Uznany za „zdrajcę krwi" przez Śmierciożerców, na przełomie roku 1996 – 1997 zmuszony był do ukrywania się z Potterem i HermionĄ Granger. przez caŁy ten czas aktywnie wspierał ich wysiłki w celu obalenia panowania Lorda Voldemorta. Walczył heroicznie w czasie bitwy o Hogwart 02.05.1998 roku."

.

Walczył heroicznie, heros jeden prychnął w myślach i skubiąc bezmyślnie gładką brodę przejrzał pobieżnie resztę jego biografii. I tym razem trafił w sam środek celu!

Okazało się, że Ronald Weasley miał bardzo liczne rodzeństwo! Co znaczyło, że choć jedna baba musiała tam być. A tak łatwo można było sobie wyobrazić, że któraś z jego sióstr zakochała się w jego najbliższym przyjacielu!

Czym prędzej odnalazł biografię Pottera. Zdjęciu przyjrzał się bardzo uważnie. Czarne, strasznie poczochrane włosy, kwadratowa twarz i okrągłe okulary. No i blizna na czole, ale nie mógł przecież łapać za rękę każdego bruneta i gapić mu się na czoło.

Jego biografię przeczytał bardzo uważnie, szukając wzmianki o partnerce życiowej, ale nic nie znalazł. Nic dziwnego, to była książka o historii Wielkiej Brytanii, a nie kronika towarzyska, lecz to nie miało większego znaczenia. Wiedział, jak wygląda Potter i musiał szukać kobiety o płomienno-rudych włosach. Rudych w Australii było mało, w samej Metropolii jeszcze mniej, a już koło „Torby" nie powinno być więcej niż... jedna?

1