Peron 9 i ¾ na King Cross zajmował wyjątkowe miejsce w jego sercu. Przenosił go do innego świata, do miejsca, które kochał. Pamiętał, kiedy ujrzał go po raz pierwszy…
Wstał z ławki – nie miał ze sobą bagażu – zarzucił przez ramię pelerynę i z szerokim uśmiechem podszedł do wagonu. W środku nikogo nie było, jednak nie przeszkadzało mu to. Znalazł swój przedział, na którego drzwiach widniała złota tabliczka z wybitym na niej jego imieniem. Wszedł, usiadł wygodnie i spojrzał na zewnątrz, na pustą przestrzeń, gdzie nie było już nic, kiedy pociąg ruszył.
– Nic nie zabierasz? – usłyszał pytanie i spojrzał na mężczyznę siedzącego przed nim.
– Nic mi nie potrzeba – odparł cicho.
Jego towarzysz podróży wyglądał dość młodo, choć na jego czarnej czuprynie pojawiały się już pierwsze siwe włosy. Miał jasne jak stal oczy i uśmiechał się tylko kącikami ust. Obracał między palcami coś, co przypominało monetę, wokół której wirowały setki obręczy.
– Naprawdę? – zapytał, mrużąc oczy i przypatrując się chłopakowi intensywnie. – Naprawdę sądzisz, że tam, gdzie jedziesz, nie potrzebujesz niczego? Nawet tego?
W dłoniach mężczyzny pojawiła się niewielka peleryna, której widok wydawał się aż nazbyt znajomy. Chłopak wyciągnął dłoń, odebrał ją i po chwili, którą spędził na przyglądaniu się jej, schował dar do kieszeni, jakby odbierał swoją własność.
– Dzięki.
– Nie ma za co. To gdzie jedziesz?
Zamyślił się na chwilę, zerkając na rozciągające się za oknem połacie traw i nieskończony las, przed którego granicą dało się dostrzec nieliczne zwierzęta. Gdzie jechał?
– Nie jestem pewny – odparł spokojnie.
Mężczyzna zaśmiał się głośno i wstał. Przedmiot w jego dłoni zawirował wokół własnej osi błyskawicznie, aż zalśnił niczym słońce. Obaj podróżnicy zmrużyli oczy, chroniąc je przed światłem.
– To zaskakujące, jak wielu rzeczy nie jesteśmy pewni – powiedział. – Jedyne, czego możemy być pewni to zmiana – na lepsze lub gorsze, ale ta zawsze następuje, czasami nawet niezależnie od nas samych. Dlatego pewność, że pewne rzeczy są niezmienne, jest głupotą. Powiedz… czy masz pewność, że gdybyś postąpił inaczej, podjął inne decyzje, wszystko skończyłoby się lepiej? Albo… Czy gdybyś mógł, zmieniłbyś coś, na co nigdy nie miałeś wpływu?
– Nie rozumiem – powiedział, również wstając, jakby coś nakazało wykonać mu jakikolwiek ruch.
Mężczyzna uśmiechnął się, wystawił przed siebie dłoń. Moneta z obręczami wirowała coraz szybciej i szybciej, w bezustannym pościgu czasu.
– Jestem pewny, że pewnego dnia zrozumiesz. Weź to.
Wyciągnął dłoń w kierunku przedmiotu i cofnął palce w ostatnim momencie, bojąc się go dotknąć. W jego umyśle trwała zażarta bitwa myśli między tym, co chciał zrobić, a tym, co powinien. A powinien jechać dalej, nie dać się zawrócić…
Ale słowa podróżnika obudziły w nim pewną niezaspokojoną ciekawość, której nigdy się nie wyzbył. Wiele rzeczy chciałby zrobić inaczej.
Spróbował jeszcze raz, opuszkiem palca dotknął obręczy i wtedy rozbłysło światło. Wszystko wokół zniknęło, zawirował wokół własnej osi, poczuł się wciągany przez niezrozumiałą przestrzeń. Wagon, pociąg i wszystko wokół przestało istnieć, pozostawiając po sobie jedynie pustkę, w której dryfował.
Ostatnim, co ujrzał było wspomnienie. Bardzo odległe, a jednak tak niedawne, że do tej pory czuł skutki tego, co się wydarzyło. W jednej chwili wszystko wróciło. Bitwa o Hogwart. Pamiętał las, pamiętał swoją drogę do tego jednego momentu. Do własnej, nieuniknionej śmierci. Pamiętał różdżkę Voldemorta wycelowaną w niego i spokój, a później światło. Rozmowę z Dumbledorem na King Cross i decyzję, by nie wracać, by zostawić to wszystko innym i w końcu zaznać nieco spokoju.
Jęknął, gdy uderzył o twardą ziemię i obił sobie o coś plecy.
– Szlag! – syknął pod nosem, mając wrażenie, że po raz pierwszy od bardzo dawna czuł ból. Tak słaby, a jednak intensywnie rozprzestrzeniający się po ciele.
Wstał ostrożnie, starając się rozeznać w sytuacji i wstrzymał oddech, gdy zobaczył przed sobą szkołę. Była nietknięta pożogą wojny, wyglądała jak zawsze, piękna i majestatyczna.
Przełknął ślinę, patrząc na swoje dłonie – były brudne od czarnej sadzy, popiołu i krwi – przetarł je o wnętrze bluzy, choć i tak niewiele to pomogło. Zacisnął pięści, pokręcił głową i ruszył w kierunku miasteczka. Dopiero teraz zarzucił na plecy pelerynę, którą jako jedyną zabrał ze sobą do pociągu – była szara, sięgała niemal ziemi, miała bardzo wysoki kołnierz i szerokie rękawy. Nie pamiętał dokładnie skąd ją miał, być może gdzieś ją znalazł, a może zawsze była jego częścią.
Poszedł do Hogsmeade, obserwując otoczenie, bo miał wrażenie, że zza każdego rogu mogą zaraz wyskoczyć na niego śmierciożercy. Ostrożnie wszedł do „Trzech Mioteł". W środku za ladą stał starszy mężczyzna.
Nie rozpoznawał go, Hogsmeade też wydawało się jakby inne.
– Przepraszam – powiedział, podchodząc do niego. Mężczyzna spojrzał na niego z uniesieniem brwi. – Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale… Który mamy rok?
– Faktycznie, to brzmi dziwnie – odparł, kręcąc głową i podając mu gazetę. Od razu spojrzał w jej róg, gdzie widniała data: 2 maja 1977 roku.
– Chce pan coś zamówić, panie…?
– Harry – odparł zszokowany, przełykając ciężko ślinę.
– Harry jaki? – dopytał.
– Deerson – rzucił na szybko, niewiele nad tym myśląc.
– Chodzisz do Hogwartu? Wyglądasz młodo… Nigdy cię nie widziałem.
Harry przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu walić. W głowie niemal zaczęło mu się gotować od natłoku myśli. 1977 rok… Zacisnął palce na gazecie, gniotąc mocno papier, wbijając bezmyślnie spojrzenie w litery, które przestały tworzyć słowa.
1977...
– Panie Deerson? Czy coś się stało?
– Tak? – odparł cicho, próbując się otrząsnąć. Spojrzał na mężczyznę, którego wzrok był zmartwiony.
– Jest pan uczniem?
Harry kiwnął ciężko głową.
Barman uniósł wysoko brwi.
– Wiesz, że uczniowie mają zakaz wychodzenia ze szkoły po godzinie nocnej? Z którego jesteś domu?
– Wiem – odparł niespokojnie Harry, grzebiąc w kieszeniach i jedynym, co znalazł, była różdżka i peleryna niewidka. – Ja…
– Dobra, dobra! – powiedział, kręcąc głową. – Mniejsza z tym… Wracaj do szkoły, tylko nie główną bramą! Za sklepem Zonka jest przejście, mała klapa tuż pod ścianą, przykryta beczką. I powiedz swoim kolegom, że ostatni raz wam pomagam!
– Dziękuję – powiedział niepewnie i ruszył do wyjścia, ale gdy tylko się odwrócił, wpadł na jakąś dziewczynę, której z dłoni wypadła taca. Wszystko upadło na podłogę, kufle się robiły, piwo rozlało, jedzenie poleciało wszędzie, brudząc co się tylko da.
Harry odskoczył w tył jak poparzony, kobieta pisnęła, zaklęła siarczyście i obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.
– Uważaj, jak chodzisz!
– Rosmerta! – upomniał ją barman, a dziewczyna zacisnęła zęby.
– Przepraszam, moja wina – powiedziała w kierunku Harry'ego, choć nadal opryskliwie, po czym dodała ciszej, zerkając na swojego szefa. – Przyjdzie dzień, gdy to ja będę ci rozkazywać, zgrzybiały dupku...
Harry wstrzymał oddech, czując że zaraz jego nerwy nie wytrzymają i błyskawicznym krokiem wyminął dziewczynę, wybiegając z pubu. Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, ruszył w pierwszą lepszą alejkę i tam, opierając się o ścianę, zwymiotował.
Później przetarł tylko usta rękawem, nie wiedząc, co robić. Jakim cudem znalazł się w tym czasie? Przedmiot, którego dotknął w pociągu ani trochę nie przypominał zmieniacza czasu… A skoro tutaj był, do tego żył… Voldemort również. Żył i właśnie trwała wojna. Na tę myśl Harry'ego przeszedł zimny dreszcz niepokoju.
Przełknął ślinę, zacisnął powieki, bo nadmiar emocji sprawił, że chciało mu się płakać. Zamiast tego roześmiał się głośno, jak szaleniec, który właśnie zauważył coś absurdalnego. Bo było to absurdalne.
Harry zamilkł, wyprostował się i wyszedł z zaułku. Hogsmeade wyglądało niemal identycznie, jak w jego czasie, różnicą były kolory budynków i to, że część przy lesie nie była tak obudowana. Poszedł sztywnym krokiem do wskazanego tajnego przejścia, mając nadzieję, że Albus Dumbledore będzie potrafił to w jakiś sposób wyjaśnić.
