Mikołaj jak obiecał, tak zrobił :) A tak na serio, pewnego listopadowego popołudnia wpadł mi do głowy pomysł na opowiadanie. Chciałam poznać i opisać Hermionę i Severusa na trochę innym gruncie niż w "Nowym Początku". Z początku miała to być krótka, zamknięta forma, która jednak w miarę pisania "lekko" się rozrosła. Postanowiłam więc, że rozbiję ją na kilka rodziałów. Ten jest wyjątkowo długi, ale przypuszczam, że nie nikt nie będzie z tego powodu narzekał. Zapraszam do czytania i jestem ciekawa waszych reakcji.

Oczywiście wszystkie prawa do postaci itp. itd. należą do J.K. Rowling.


I

Sometimes it feels like I'm dying

Like it's gone black and white and I'm caught in a dream

But I see the birds in the sky, they're high flying

But I'm stuck in this room with just you and me

But the weather's changing right before my eyes

It's been a long time coming

Through the dark, dark night

It's been a long time coming

But I'm going to be alright

Caitlyn Smith - Long Time Coming

Hermiona nie była do końca pewna, dlaczego zgodziła się przyjąć posadę nauczycielki mugoloznawstwa w Hogwarcie. Gdy otrzymała tę propozycję niedługo po zdaniu owutemów, właściwie nie była nią ani zaskoczona, ani zbytnio zadowolona. Po wojnie, gdy świat powoli wracał do normy, ona sama zmagała się ze swoimi własnymi problemami. Nagle wszystko się skończyło. Życie, które znała do tej pory miało już nigdy nie wrócić. I dzięki Bogu, bo dopiero teraz czuła, jak bardzo była zmęczona. Chociaż zawsze wydawało jej się, że doskonale wie co chce w życiu robić, teraz zaczęła się zastanawiać, czy umie odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Siedziała przy oknie w swoim salonie, który był częścią jej kwater. Był koniec listopada, pogoda za oknem nie rozpieszczała. Było zimno, od tygodnia padał nieustający deszcz, sprawiając, że błonia tonęły w wodzie i błocie, a jezioro już lekko wychodziło z brzegów.

Wypiła łyk herbaty i westchnęła. Być może sprawiała to ponura pora roku, ale Hermiona czuła się ostatnio bardzo, ale to bardzo samotna i smutna.

Z Ronem im nie wyszło. Przez krótki moment wydawało się, że to może być to, jednak szybko okazało się, że na każdej płaszczyźnie życua dogadują się ze sobą lepiej jako przyjaciele niż para. Momenty zbliżenia były niezręczne i nigdy nie doszło do niczego więcej. Próbowali, ale pewne rzeczy okazały się być nie do przeskoczenia. Cóż, ludzka rzecz. Rozstali się spokojnie, bez żadnych kłótni ani napięć, postanawiając nadal pozostać przyjaciółmi.

Ron wraz z Harrym odwiedzili ją, gdy już zdążyła urządzić się w Hogwarcie. Nie była to przyjemna ani wesoła wizyta. Wszyscy troje zostawili w tym miejscu kawałek siebie i przeżyli zdecydowanie zbyt dużo. Polały się łzy, były wspomnienia, wspólne spacery po błoniach i zamku, gdzie jeszcze nie było uczniów, a tylko duchy, puste korytarze, ponownie wiszące na ścianach obrazy i kilku profesorów. Minerwa McGonagall pełniła teraz funkcję dyrektorki i Hermiona podziwiała ją za to, jak świetnie radziła sobie z całym ciężarem spoczywającym na jej barkach. Pomagała jej jak tylko mogła i chyba również z tego powodu, żeby zaoszczędzić jej problemów z szukaniem, objęła stanowisko nauczycielki mugoloznawstwa, które po śmierci poprzedniej profesor ciągle było wolne.

Hermiona starała się nie rozpamiętywać i nie myśleć zbyt wiele o przeszłości. Niestety jej status bohaterki i ogólne poważanie jakim się teraz cieszyła zbytnio jej w tym nie pomagało. Często zapraszano ją na różne wywiady, sesje zdjęciowe i spotkania, czego nie znosiła i bez zastanowienia odmawiała. Męczyło ją to zainteresowanie jej osobą. Pragnęła tylko spokoju i na początku również samotności, która z biegiem czasu zaczęła jej jednak coraz bardziej doskwierać. Latem było lepiej, jednak gdy nadeszły jesienne i zimowe wieczory i noce brakowało jej kogoś z kim mogłaby posiedzieć przed kominkiem, porozmawiać albo po prostu przytulić się i poczuć bezpiecznie. Poczuć się kochaną.

Oparła głowę o chłodną szybę. Po jej zewnętrznej stronie spływały krople deszczu, a wewnątrz, po twarzy Hermiony spływały łzy.

x x x

W tym samym momencie, dwa piętra niżej, Severus Snape siedział w fotelu obok kominka. Zamyślony, wpatrzony w płomienie, w prawej ręce trzymał szklankę z whisky i kręcił nią lekko.

Pomimo wszystkiego co się stało, przeżył. Przeżył i jak ostatni głupiec wrócił do Hogwartu, chociaż podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Gdzie indziej jednak miał iść? Teoretycznie miał pomysł na założenie własnej praktyki i stanie się niezależnym Mistrzem Eliksirów, pracując tym samym samotnie, wyłącznie na własnych warunkach, nie musząc użerać się z bandą dzieciaków. Czuł jednak, że to nie jest jeszcze ten moment. Wiedział, że nie porzuci tego pomysłu i prędzej, czy później go zrealizuje, oznajmiając Minerwie pewnego pięknego dnia, że rezygnuje i już nigdy tutaj nie wróci. Póki co chciał się zregenerować, wrócić do siebie. Wracając do Hogwartu poczuł się na swój sposób jakby był w domu. Zażyczył sobie jednak inne komnaty. Nie chciał już dłużej mieszkać w lochach tym bardziej, że nie uczył już eliksirów. Na tym stanowisku zgodził się pozostać Slughorn, a jego Minerwa namówiła na objęcie posady nauczyciela obrony przed czarną magią twierdząc, że nigdzie nie znajdzie lepszego wykładowcy z takim doświadczeniem jak jego. Kiedyś co prawda chciał tego uczyć, ale Dumbledore za każdym razem odrzucał jego kandydaturę. Jak się po latach okazało, sam Czarny Pan chciał wykładać ten przedmiot w Hogwarcie, a gdy mu nie pozwolono, obłożył to stanowisko klątwą. To dlatego żaden z nauczycieli nie utrzymał się na tym stanowisku dłużej niż rok. Severus był pewny, że wraz ze śmiercią Voldemorta ta klątwa przestała działać, ale mimo tego miał pewne obawy. Cóż, tylko czas pokaże, czy w czerwcu nie trafi go przypadkiem szlag.

Hogwart wydawał się jedyną opcją na ten moment. O powrocie na Spinner's End nawet nie myślał. To miejsce przeszło przez zbyt wiele i musiałby chyba postradać zmysły, żeby choćby pomyśleć o zamieszkaniu w nim na stałe. Wystarczyło, że po dość długim okresie jaki spędził w szpitalu musiał się tam zatrzymać na krótki czas, zanim pod koniec roku szkolnego mógł wprowadzić się na nowo do Hogwartu. Ze Spinner's End zabrał tylko kilka pamiątek po swojej matce i kilka książek, a gdy zamykał za sobą drzwi odetchnął z ulgą. Ten rozdział w życiu już zamknął. Koniec z tragicznym dzieciństwem, młodością i dramatyczną resztą jego życia. Powrót do Hogwartu, w znajome mury i do znajomych zajęć pomagał mu wrócić na dawny tor. Teraz, gdy nie było już Czarnego Pana, Dumbledore'a, szpiegowania, palącego Mrocznego Znaku i ciągłego stresu żyło mu się lepiej i spokojniej. Owszem miewał koszmary a czasami wzdrygał się i chwytał za różdżkę przy najmniejszym stuknięciu albo niespodziewanym odgłosie, ale któż mógłby go winić? Musi upłynąć jeszcze dużo czasu, zanim otrząśnie się z tego co było, a i nie był do końca pewny, czy uda mu się to kiedykolwiek.

Oderwał wzrok od tańczących w palenisku płomieni, rozejrzał się i odetchnął głęboko. Był sam. Całkowicie sam. Teraz, gdy jego myśli nie zaprzątała wojna, losy świata ani ochrona Pottera przed Czarnym Panem, miał czas, żeby wreszcie zacząć myśleć o własnym życiu i o tym co dalej. Czasami nie docierało do niego, że doświadczył właściwie tego zaszczytu, że może w ogóle myśleć o czymś takim. Nie był pewny, czy ma odwagę marzyć o czymś więcej. Bo o czym niby? O rodzinie? Która kobieta by go zechciała? Z jego skomplikowaną przeszłością, wiedząc kim był i co zrobił, która w ogóle odważyłaby się spojrzeć w jego stronę? Nie wspominając już o jego skrytej naturze. Wsłuchał się w ciszę i pomyślał o pustce. Pustce w jego komnatach, w jego życiu, w jego sercu.

Jednym tchem wypił whisky nawet się nie krzywiąc, wstał i poszedł do sypialni. Stając w drzwiach oparł się o futrynę i westchnął. Wielkie łóżko, kolejna pustka i kolejna samotna noc w jego życiu.

x x x

W Wielkiej Sali, jak zwykle przy śniadaniu panował gwar. Słychać było rozmowy, szczękanie sztućców i śmiechy uczniów, którzy gromadzili się przy swoich stołach.

Hermiona siedziała sztywno po prawej stronie profesor McGonagall i od kilku minut grzebała łyżką w swojej porcji owsianki nie mogąc się zmusić do przełknięcia chociażby jednej łyżeczki. Paskudny humor nie opuścił jej. Myślała, że go prześpi, zmuszała się do szukania pozytywnych stron, ale nic z tego nie wyszło. Wiedziała, że z czasem jej przejdzie i wszystko wróci do szarej, nudnej rutyny, jednak nie zanosiło się na to, że stanie się to szybko. Dopadła ją prawdziwa chandra. Była świadoma tego, że dyrektorka spogląda na nią z wyrazem konsternacji na twarzy, tym bardziej nie była zdziwiona, gdy usłyszała jej pytanie:

- Hermiono, wszystko w porządku? Jesteś dzisiaj w wyjątkowo podłym nastroju.

- Wszystko w porządku - odparła Hermiona, zmuszając się do lekkiego uśmiechu. - Naprawdę nic się nie dzieje.

- Jesteś pewna? To do ciebie nie podobne. Taką minę jak twoja częściej widzę tylko u jednej osoby obecnej przy tym stole - powiedziała i zerknęła na lewo, gdzie dwa krzesła dalej siedział Severus Snape z równie mrocznym wyrazem twarzy co zwykle. Hermiona podążyła za jej wzrokiem i akurat w momencie, gdy na niego patrzyła odwrócił wzrok i ich spojrzenia spotkały się. Hermiona speszyła się lekko, bo ogólnie rzecz biorąc, unikała raczej kontaktu ze swoim byłym profesorem, a teraźniejszym kolegą z pracy. Będąc świadkiem, była wtedy pewna, jego śmierci, a później dowiadując się od Harry'ego o jego przeszłości i fakcie, że jednak jakimś cudem przeżył, czuła się niekomfortowo w jego obecności i chociaż męczyło ją to, bo wolałaby z nim żyć na przyjacielskiej stopie, a nie balansować na granicy neutralności graniczącej z dziwnym dyskomfortem, niedopowiedzeniami i skrywanymi tajemnicami, nie umiała zdobyć się na odwagę, żeby z nim porozmawiać i wyjaśnić sobie wszystko.

Spuściła wzrok i odwróciła głowę, patrząc z powrotem na swoją owsiankę. Zrobiło się jej jeszcze ciężej i nie wiedzieć czemu zachciało jej się płakać. Nie była pewna dlaczego, ale to, że pomiędzy nimi sprawy wyglądały tak jak wyglądały, powodowało, że źle się czuła i żałowała, że w ogóle zgodziła się rozpocząć tutaj pracę. Świadomość, że mieszkali w tym samym miejscu, spotykali się w pokoju nauczycielskim i przy posiłkach i nigdy ze sobą nie rozmawiali była dla niej nie do zniesienia. Nie znosiła niedomówień.

- Przepraszam cię, Minerwo - powiedziała cicho, odsuwając krzesło. - Za niedługo mam zajęcia, muszę się przygotować.

Z tymi słowami odeszła od stołu, odprowadzona zmartwionym spojrzeniem profesor McGonagall i pozornie beznamiętnym wzrokiem Severusa Snape'a.

x x x

Nie marzyła o niczym innym, jak tylko zaszyć się już w swoich pokojach, rzucić na bok wszystkie książki, które aktualnie niosła w ramionach, przebrać się w coś wygodnego i wypić w spokoju lampkę wina.

To zdecydowanie nie był dobry dzień. Uczniowie denerwowali ją jak nigdy dotąd, najprostsze czynności sprawiały jej problem, a oczy i głowa bolały niemiłosiernie. Żałowała, że nie miała już żadnego eliksiru przeciwbólowego. Nie chciała iść po niego do skrzydła szpitalnego, bo Pomona jak zwykle zaczęłaby się nad nią umartwiać i wiadomość o jej niezbyt zdrowym wyglądzie i podłym ostatnio nastroju w mgnieniu oka rozeszłaby się wśród grona pedagogicznego. Drugą osobą, u której mogłaby uzyskać rzeczony eliksir był oczywiście on, ale do niego również nie miała zamiaru się udać.

Jak na komendę, skręcając za róg, zamyślona, zderzyła się z czymś twardym. A raczej z kimś. Wypuściła książki z rąk i jęknęła lekko. Najpierw widziała tylko jak spadają na podłogę, a gdy sekundę później uniosła wzrok dotarło do niej na kogo wpadła.

- O rany, przepraszam, nie chciałam... - zaczęła się tłumaczyć i uklękła, szybko zbierając książki z podłogi. Kilka luźnych kartek potoczyło się nieco dalej i ku swojemu zdziwieniu zauważyła, że pomógł jej je pozbierać. Bez zbędnych komentarzy, bez bezczelnych uśmiechów. Stali na przeciwko siebie. Również bez słowa wyciągnął w jej stronę rękę z kartkami.

- Dziękuję - powiedziała cicho i odważyła się spojrzeć mu w twarz. Jego mina była tak obojętna jak zwykle, ale w jego oczach nie dostrzegła niczego, czego się spodziewała - złości ani nienawiści.

- Następnym razem uważaj - odparł tylko i ruszył w swoją stronę.

Hermiona przełknęła ślinę i nadal stojąc w tym samym miejscu, patrzyła za nim ze zdziwieniem. Dopiero po chwili, gdy na korytarzu zaczęli pojawiać się uczniowie, wróciła do rzeczywistości i szybko uciekła do prywatności swoich pokoi.

x x x

Co było nie tak z tą dziewczyną? I dlaczego w jej obecności czuł się tak... dziwnie. Nieswojo. Różni ludzie wiedzieli o nim różne rzeczy. Przyzwyczaił się do tego, że prawda o jego motywach wyszła na jaw po wojnie. Oczywiście nie cała. Potter nie odważył się nikomu wspomnieć o jego miłości do Lily, jednak był pewny, że Weasley i Granger wiedzieli.

Jej obecność w zamku i to, że zmuszeni byli do znoszenia swojej obecności w niczym nie pomagało. Czasami musieli zamienić ze sobą słowo, ale było to tak służbowe i krótkie jak tylko się dało. Zresztą czemu się dziwił? Oboje mieli powody, żeby czuć się niekomfortowo w swoim towarzystwie. Ona widziała jego śmierć, on miał świadomość, że ona to widziała. I słyszała co powiedział Potterowi. Nie minęło dużo czasu, gdy równocześnie wrócili do Hogwartu - oboje jako nauczyciele. O tym, co się stało nigdy nie rozmawiali. Nie wyjaśnili sobie niczego.

Musiał przyznać, że się zmieniła. Mogła być ciągle bardzo młoda, ale wojna odcisnęła na niej swoje piętno i zawsze będąc poważniejszą i dojrzalszą od reszty swoich rówieśników, teraz sprawiała wrażenie, jakby zamiast dwudziestu lat miała co najmniej grubo po trzydziestce. W dodatku zauważył, że działo się z nią ostatnio coś dziwnego. Zwykle pogodna i rozgadana, ostatnio była niczym gradowa chmura, snująca się bez życia po zamku.

Nie dostrzegł tego przy śniadaniu, ale gdy zderzyli się na korytarzu zauważył, że miała przekrwione, zmęczone oczy. Zupełnie, jakby płakała. I był prawie pewien, że to robiła. Pytanie tylko dlaczego?

Potarł dłonią po policzku, odkładając pióro i odsuwając od siebie stos właśnie sprawdzanych esejów.

Co go to właściwie obchodziło? Dlaczego nagle zaczęła go interesować Hermiona Granger? Oczywistym było, że oboje nie czują się dobrze w swoim towarzystwie, więc najlepiej było po prostu zostawić sprawy takimi jakie są i nadal unikać się nawzajem. Jednak ile można to ciągnąć?

Pomimo wszystkiego, co podpowiadało mu, żeby zostawić tę sprawę w spokoju, postanowił, że wykorzysta swoje umiejętności i będzie się jej przyglądał, próbując się dowiedzieć powodu nagłej zmiany w jej zachowaniu. W końcu oprócz pracy nie miał nic lepszego do roboty, mógł więc w wolnym czasie zająć myśli czymś innym niż tylko użalaniem się nad sobą.

Okazja nadarzyła się już następnego dnia.

Był czwartkowy wieczór. Severus siedział w pokoju nauczycielskim, gdzie przed chwilą skończył omawiać z Minerwą pewne zagadnienie dotyczące nadchodzącego meczu quidditcha. O ile Slughorn zgodził się nadal uczyć eliksirów, o tyle zrezygnował z bycia opiekunem Slytherinu. Tym oto sposobem ta zaszczytna rola przypadła znowu Severusowi, który wcale jednak zaszczycony się nie czuł.

Minerwa wyszła, zostawiając go samego w pustym pokoju. On sam uporządkował papiery plątające się po stole, wstał i również z zamiarem wyjścia zaczął kierować się w stronę drzwi, które nagle otwarły się i do środka weszła ona. Zatopiona w myślach, ze zwieszoną głową, jak zwykle obładowana książkami i pergaminami, dopiero po chwili zauważyła czyjąś obecność, a jego uwadze nie umknęło to, jak się spięła, gdy dotarło do niej, że to on.

- Och, myślałam, że... - widocznie szukała wymówki, żeby szybko uciec. - Myślałam, że zastanę tu Minerwę, chciałam o coś zapytać, ale skoro jej nie ma...

- Przed chwilą wyszła.

- Och, tak... - powiedziała nerwowo, unikając choćby jednego spojrzenia w jego stronę. - No cóż, pójdę już w takim razie.

Gdy się odwracała jeden ze zwiniętych pergaminów, najpewniej wypracowanie jakiegoś ucznia, sturlało się i spadło na podłogę, pociągając za sobą resztę. Niezręcznie próbowała je przytrzymać, ale książki, które dodatkowo miała w rękach skutecznie jej to uniemożliwiły. Severus nie poruszył się nawet na krok. Zamiast tego obserwował jej minę. A była ona naprawdę żałosna.

- No tak... - westchnęła cicho, patrząc ze zrezygnowaniem na bałagan. Przymknęła na chwilę oczy, odetchnęła, a jemu przez krótki moment wydawało się, że zaraz się rozpłacze. Tak się jednak nie stało, a ona, widocznie zdenerwowana i zawstydzona, uklękła i zabrała się za zbieranie papierów. Identyczna sytuacja jak wczoraj. Zastanowił się, dlaczego nie pomoże sobie magią, ale widocznie mugolska część jej natury górowała czasami nad magiczną.

Przez chwilę sam nie wiedział co ze sobą zrobić. Zrobiło mu się głupio, że tylko stoi i się gapi, wcale nie poprawiając tym panującej atmosfery. Podszedł do niej ostrożnie i kucając w bezpiecznej odległości pomógł jej gromadzić papiery.

- Nie musisz... - zaczęła, ale wszedł jej w słowo.

- Ale chcę.

Poderwała głowę i spojrzała na niego ze zdziwieniem. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale chyba zabrakło jej słów.

Szybko na nowo obładowała się papierami i książkami, a gdy odbierała od niego resztę zwojów widział jak bardzo starała się przypadkiem nie dotknąć jego dłoni.

Kolejny problem pojawił się, gdy okazało się, że nie ma jak sobie sama otworzyć drzwi. Nie czekał, aż go poprosi. Po prostu otworzył je przed nią, a na jej ciche "dziękuję" odpowiedział tylko skinieniem głowy.

Wyszła szybko, a on zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem jednym z powodów jej ewidentnie podłego samopoczucia nie jest napięta relacja pomiędzy nimi.

x x x

Dlaczego ze wszystkich nauczycieli musiała akurat wpaść na niego? Hermiona zaklęła, rzuciła na stół wszystko, co ponownie ledwo doniosła na miejsce i poszła nalać sobie wina. Tak naprawdę wcale nie szukała Minerwy. Chciała załatwić coś innego, ale musiałaby wtedy spędzić więcej czasu w pokoju nauczycielskim a nie wiedziała, czy i ile on miał zamiar w nim przebywać. Spanikowała na jego widok i fakt, że mieliby zostać sami, dlatego wymyśliła naprędce słabą wymówkę.

Przez jakiś czas udawało jej się go unikać, a teraz nagle bez przerwy na niego wpadała. Zupełnie jakby ją śledził. Wiedziała, że tak nie jest, ale mimo wszystko denerwowała ją ta cała sytuacja. Nie dość tego, że za każdym razem musiała zrobić z siebie pośmiewisko, to jeszcze czuła się jak ostatnia niezdara.

Po co jej to wszystko? Miała swoje zmartwienia i troski, nie trzeba jej było jeszcze teraz stawiać mu czoła.

Odkąd go pamiętała był skomplikowanym człowiekiem. Nieprzeniknionym. Z innymi dało się normalnie porozmawiać, o coś zapytać, dało się wyczuć ich nastrój. Z nim nigdy nic nie było wiadomo. Wyglądał na wiecznie złego, zmęczonego, nieprzyjaznego, niezdolnego wręcz do ludzkich uczuć. O ile kilka z tych rzeczy mogło być prawdą, bo przecież teraz już wiedziała ile spraw i jaką odpowiedzialność dźwigał na swoich barkach, dodatkowo musząc poświęcać czas na uczenie, to z jednym nie mogła się zgodzić. Severus Snape na pewno nie był bezdusznym draniem pozbawionym uczuć. Gdyby tak było nie zdecydowałby się na to co zrobił, nie wspominając o tym, że jego patronus nigdy nie przybrałby takiej formy jaką miał.

A dzisiaj? Dzisiaj znowu pomógł jej zbierać te cholerne papiery, mówiąc, że robi to, bo chce, a później otworzył przed nią drzwi. Nie dziwiłoby to, gdyby chodziło o kogoś innego, ale w jego przypadku tak zwykłe, codzienne odruchy wydawały się być czymś nienormalnym.

Może zamiast pogrążać się w smutku i zamartwiać, powinna spróbować rozgryźć go i wreszcie wziąć się na odwagę i uporządkować sprawy między nimi? Bądź co bądź, miała zamiar jeszcze przez jakiś czas uczyć w Hogwarcie, z pewnością tak jak on. Jak długo mogli się unikać i udawać, że nic się nie stało?

Jedynym czego była pewna, to fakt, że potrzebowała czasu. Dużo czasu, żeby uporać się z tym wszystkim. Uporać z przeszłością, żeby móc zacząć myśleć o przyszłości. Może samotność nie była do końca taka zła? Wreszcie miała czas tylko dla siebie i mogła go wykorzystać na poznanie swoich własnych uczuć i zastanowienie się nad swoim własnym życiem i potrzebami. Nie musiała się martwić o Harry'ego, Rona, o swoich przyjaciół i rodziców. Nie musiała uciekać, chować się przed szmalcownikami i śmierciożercami. Nie była już na żadnej czarnej liście ze względu na swój status krwi. Była wolnym człowiekiem. Czym więc tak naprawdę się zamartwiała? Może i była sama, ale czy na pewno samotna? Miała przyjaciół, rodziców, których zdołała ochronić. Był z nią nawet Krzywołap, który wyglądał na najbardziej zadowolonego z powrotu do Hogwartu.

Była młoda. Mogła osiągnąć wszystko, o czym tylko zamarzyła. Nie bez powodu nazywano ją najmądrzejszą czarownicą swojego pokolenia. Jeśli miała uczyć, to będzie uczyć. I będzie to robić najlepiej jak potrafi. A na miłość przyjdzie czas. A przynajmniej miała taką nadzieję.

Poczuła, że powoli wstępują w nią nowe siły i budzi się w niej dawna energia i zapał do pracy. Postanowiła jednak jeszcze nie epatować wybitnie dobrym humorem, bo po pierwsze wcale go jeszcze nie miała. To, że lekko podniosła się na duchu, nie znaczyło, że jej zły humor prysnął jak bańka mydlana. Głowa ciągle ją bolała, była zmęczona i postanowiła, że jeśli tego nie prześpi i jutro ciągle będzie się męczyć, to pójdzie do niego po eliksir. Przełamie się i spróbuje nawiązać kontakt. Świadomie i z własnej woli. Na samą myśl o tym serce zaczęło jej mocniej bić. Wizja jakiejkolwiek interakcji z nim wywoływała w niej tak skrajne uczucia, że aż nie mogła w to uwierzyć. Owszem, mogłaby poprosić również Slughorna, bo przecież on także był mistrzem eliksirów, ale skoro miała pretekst, żeby zwrócić się o pomoc do Snape'a, to go wykorzysta.

Przyjmując tę posadę nie sądziła, że będzie jej aż tak ciężko na tak wielu płaszczyznach.

x x x

Severus ze znudzeniem przesunął wzrokiem po Wielkiej Sali. Kolejny poranek, kolejny początek kolejnego dnia. Za niecałą godzinę zaczynał zajęcia i szczerze mówiąc wcale nie miał na to ochoty.

Pijąc kawę, zamienił kilka słów z siedzącym obok niego Filiusem. Jego uwaga rozproszyła się jednak, kiedy za stołem usiadła Hermiona Granger.

Wyglądała odrobinę lepiej niż wczoraj, chociaż jej mina i obecność przy śniadaniu ewidentnie były wymuszone. Usłyszał, jak zapewniała Minerwę, że czuje się dobrze, i że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jej zachowanie potwierdziło jednak jego przypuszczenia. Mało jadła, prawie nic nie piła i wodziła zmęczonymi oczami po sali. Odwrócił wzrok i zaczął się zastanawiać co przyniesie dzisiejszy dzień i czy znowu będzie musiał pomagać jej w zbieraniu papierów z podłogi.

x x x

Uczniowie wiedzieli, że z profesor Granger można śmiało zamienić kilka słów, a nawet wyżalić się i poobgadywać innych profesorów. Oczywiście bez przesady i w granicach zdrowego rozsądku. Hermiona dała się poznać właśnie od tej strony - jako osoba otwarta, przyjazna i pomocna, którą w rzeczywistości przecież była. Postanowiła, że jako nauczycielka nie będzie tworzyć pomiędzy sobą a uczniami zbędnych barier, jednak nie miało to nic wspólnego z tym, że mieli odnosić się do niej bez szacunku albo traktować ją jak koleżankę. Mogła nie być od nich dużo starsza, ale bądź co bądź pozostawała ich nauczycielką i obowiązywały ich pewne reguły.

Gdy klasa zaczęła się powoli zapełniać zauważyła, że niektórzy są wzburzeni i z zapałem dyskutują między sobą. Oparła się rękami o biurko i zmarszczyła brwi. Zazwyczaj na jej zajęciach panował spokój. Odchrząknęła i powiodła wzrokiem po sali.

- Czy mogę prosić o spokój? - spytała głośno. Rozmowy wreszcie ucichły. - Nie wiem, czy chcę ryzykować, ale zapytam. Co się stało, że są państwo dzisiaj tacy nerwowi?

Uczniowie zaczęli wymieniać się spojrzeniami, niektórzy uśmiechali się pod nosem.

- Przed chwilą mieliśmy zajęcia z profesorem Snapem - odezwał się Anthony, jeden z lepszych uczniów trzeciego roku. Gryfon.

Ach, więc to o niego chodzi, pomyślała Hermiona.

- I?

- Odebrał naszemu domowi dwadzieścia punktów.

- Aż tyle, za co?

- Właściwie to nie wiemy. Omawialiśmy dzisiaj wilkołaki i Miranda zapytała tylko, czy spotkał kiedyś jakiegoś.

Oj, tak, żebyście tylko wiedzieli ile razy i w jakich okolicznościach...

- Tak? A on co na to?

- Odparł, że to nie jest jej interes i nie toleruje osób ciekawskich, wtykających nos w nie swoje sprawy. I odjął dwadzieścia punktów gryffindorowi! Moim zdaniem to niesprawiedliwe.

Jak mało o nim wiecie, pomyślała Hermiona. Severus Snape nie znosi, gdy zadaje się mu osobiste pytania, nawet tak pozornie nic nie znaczące jak wasze. Tym bardziej, że przypadkowo trafiliście w czuły punkt, a fakt, że spytała gryfonka w niczym wam nie pomógł. Najwyraźniej jego przyzwyczajenie do odbierania punktów temu domowi nie uległo zmianie.

- Nie przejmujcie się. Profesor Snape potrafi być drażliwy, ale jest przy tym... naprawdę dobrym i kompetentnym nauczycielem.

- Ale to było tylko zwykłe pytanie.

- Ale widzicie jaki wywołało efekt - odparła Hermiona. - Profesor nie lubi zbędnych pytań ani bezsensownych odpowiedzi. Róbcie to, co wam każe i nie wychylajcie się zbytnio, to nie będzie miał powodów, żeby odejmować wam punkty. Wykażcie się wiedzą i zapracujcie sobie na jego sympatię.

- Ale...

- Dość - zakończyła, nie mając siły ani nie chcąc dłużej wdawać się w dyskusję na jego temat. Nie chciała powiedzieć zbyt wiele, a fakt, że wszyscy przecież wiedzieli, że on sam kiedyś ją uczył mógł doprowadzić do tego, że i ją zaraz zaczęliby wypytywać o prywatne sprawy. - Przechodzimy do zajęć. Dzisiaj będziemy zaczynać omawiać mugolski system szkolnictwa. Czy ktoś z was wie lub pamięta cokolwiek na ten temat?

Tak oto rozpoczęła kolejną lekcję. Zachciało jej się śmiać, bo ze wszystkich możliwych tematów i osób w szkole, uczniowie musieli narzekać akurat na niego. Ten, którego unikała jak mogła, jak na złość coraz częściej pojawiał się w jej życiu.

Reszta dnia minęła spokojnie. Był piątek, więc wszyscy myślami byli już gdzie indziej. Uczniowie snuli się po korytarzach marząc o odpoczynku i odłożeniu nauki na bok, a pragnienia nauczycieli wcale się zbytnio nie różniły. Profesor Slughorn zapraszał wszystkich do Trzech Mioteł na piwo kremowe lub coś mocniejszego, Hagrid zaprosił Hermionę do siebie na herbatę, a z kolei profesor McGonagall, która przyszła do niej po jednej z jej lekcji, poprosiła ją o stawienie się wieczorem w swoim gabinecie. Nie chciała zdradzić po co, a Hermiona miała nadzieję, że nie miało to nic wspólnego z jej podłym ostatnimi czasy humorem. Nie chciała, żeby ktokolwiek się nad nią użalał albo próbował wtrącać w jej sprawy. Choć uwielbiała Minerwę i choć po wojnie i po tym, jak Hermiona skończyła edukację stały się dla siebie prawie że koleżankami i znikła między nimi bariera nauczyciel-uczeń, nie miała zamiaru zwierzać się jej ze wszystkich swoich problemów. Hermiona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest najmłodsza z grona pedagogicznego. Pobiła nawet Snape'a, który zaczynał uczyć mając dwadzieścia jeden lat. Fakt, że była niewiele starsza od większości studentów i o wiele młodsza od reszty nauczycieli, stawiał ją raczej w beznadziejnej sytuacji. Żałowała, że Harry i Ron nie mogli jej częściej odwiedzać. Mieli już własne sprawy i każdy z nich układał sobie życie jak umiał. Harry dostał się na kurs przygotowawczy dla aurorów i ciężko pracował, żeby osiągać jak najlepsze wyniki i przejść przez egzaminy końcowe, a Ron pomagał bratu prowadzić sklep na Pokątnej.

Próbując nie wymyślać możliwych scenariuszy i nie denerwować się niepotrzebnie, Hermiona udała się wieczorem do gabinetu dyrektorki. Gdy zajmował go Dumbledore nie bywała w nim często, zapamiętała jednak jego surową i raczej tajemniczą atmosferę. Teraz, gdy gabinet zmienił właściciela, od razu czuło się w nim zupełnie inną energię.

Hermiona zapukała do drzwi i weszła, usłyszawszy pozwolenie.

- Chciałaś się ze mną widzieć - powiedziała, dostrzegając siedzącą za biurkiem McGonagall.

- Tak, siadaj proszę.

- Mam nadzieję, że nic się nie stało?

- Ależ skąd! Czy od razu musi się coś dziać? - spytała dyrektorka, uśmiechając się szeroko.

- Właściwie to nie - odparła Hermiona, siadając w dużym fotelu obok biurka. - Pytam z przyzwyczajenia.

- No tak. Kiedyś sporo się tutaj działo. Nie było ani dnia spokoju, czyż nie?

- Ani dnia - potwierdziła, uśmiechając się słabo.

- No dobrze, przejdźmy od razu do rzeczy - McGonagall spojrzała na nią przenikliwym wzrokiem. Pod żadnym względem nie była ani trochę podobna do Dumbledore'a, a jednak Hermiona przez chwilę poczuła się, jakby miała déjà vu. - Nie będę przeciągać, bo na pewno masz swoje plany na wieczór, lepsze niż spędzanie ich w moim towarzystwie.

- Uwierz mi, że bardziej cenię sobie twoje towarzystwo niż stosu esejów, które czekają na moim biurku.

McGonagall zaśmiała się.

- Też masz wrażenie, że ilekroć się z nimi uporasz, nagle jakby z nikąd pojawiają się setki nowych?

- Niestety tak. To chyba jakaś bardzo czarna magia.

- Coś w tym musi być - odparła wesoło dyrektorka. Pochyliła się i splotła dłonie na biurku. - Mam dla ciebie propozycję.

- Propozycję?

- Hermiono, jak pewnie zdajesz sobie sprawę, mam aktualnie na głowie bardzo dużo spraw - ważnych i tych bardziej błahych. Kilka razy w tygodniu jestem wzywana do Ministerstwa, żeby wyjaśniać kwestie dotyczące spraw administracyjnych Hogwartu, udzielać wywiadów, tłumaczyć się z motywów, które kierowały tym szalonym człowiekiem... - powiedziała, wskazując głową na portret Dumbledore'a, który aktualnie drzemał w swoich ramach. - Sama widzisz, że trochę się tego uzbierało. Dodatkowo nadal uczę transmutacji i pozostaję opiekunką Gryffindoru. A lata niestety lecą i z przykrością stwierdzam, że nie mam już tylu sił co dawniej.

- Uważam, że radzisz sobie ze wszystkim świetnie - zapewniła ją Hermiona. - Pamiętaj, że w razie czego zawsze możesz na mnie liczyć.

- Dziękuję ci, moja droga. To samo mogę powiedzieć o tobie. Znalazłaś się w zupełnie nowej dla ciebie sytuacji, bo to jednak spora różnica siedzieć za biurkiem, a nie przed nim, ale dajesz sobie wspaniale radę. Uczniowie cię uwielbiają. Poza tym, proponując ci pracę, wiedziałam, że nie będzie żadnych problemów. W końcu jesteś Hermioną Granger. Zapracowałaś sobie na szacunek i mam nadzieję, że młodsze pokolenie będzie brało z ciebie przykład.

Hermiona poczuła, że rumieni się lekko i spuściła wzrok. Nie wiedziała co powiedzieć, więc podziękowała tylko, czując, że komplementy Minerwy podniosły ją lekko na duchu. Zawsze miło było usłyszeć dobre słowo na swój temat.

- Sama prawda, sama prawda - powiedziała dyrektorka i machnęła lekko ręką. - Absolutnie nie masz mi za co dziękować. A wracając do mojej propozycji, cieszę się, że mogę na ciebie liczyć, bo liczę również na to, że zgodzisz się objąć funkcję opiekunki Gryffindoru, jako że ja planuję z niej zrezygnować.

Hermiona przez chwilę tylko patrzyła się na dyrektorkę, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszała. Wreszcie uśmiechnęła się i z niedowierzaniem zapytała:

- Ja miałabym zostać opiekunem Gryffindoru?

- Tak.

- Ale przecież... Czy ja nie jestem za młoda na takie stanowisko? Jak uczniowie będą słuchali poleceń i strofowania osoby kilka lat starszej od nich?

- Uwierz mi, że wiek nie ma tu nic do rzeczy. Hermiono, jesteś dla nich bohaterką. Żyjącą legendą można by rzec. Jak już mówiłam, dawno zapracowałaś sobie na szacunek całego magicznego świata. Nie znam osoby, która źle by się o tobie wyrażała.

- Naprawdę? Ale...

- Jakie ale? Nie ma żadnego ale. Wiem co mówię, zaufaj mi.

- Jestem zaszczycona propozycją, Minerwo. Właściwie to nie wiem co powiedzieć. To zaszczyt, że o mnie pomyślałaś, i że mogłabym cię zastąpić na tym stanowisku. To wiąże się ze sporą odpowiedzialnością...

- Oczywiście, że tak, ale daje również sporo satysfakcji. Byłabyś odpowiedzialna za uczniów, ich problemy i zmartwienia. Poza tym czeka cię współpraca z resztą opiekunów przy różnych szkolnych wydarzeniach jak mecze quidditcha, wypady do Hogsmeade, poradnictwo zawodowe przed owutemami... Sama widzisz, że trochę tego jest, a ja czuję w kościach, że nadszedł już czas, żeby ustąpiła z tej zaszczytnej funkcji, przekazując ją kolejnemu pokoleniu.

- Kiedy mam dać ci odpowiedź?

- Nie musisz się spieszyć. Przemyśl to sobie na spokojnie.

Hermiona pokiwała tylko głową, czując się jednocześnie niesamowicie zadowoloną i dumną z siebie, a z drugiej niepewną, czy mogłaby należycie pełnić tę funkcję.

- Hermiono, uwierz w siebie.

- Słucham? - poderwała głowę, wyrywając się z zamyślenia.

- Widzę, że ostatnio coś cię gryzie. Nie myśl, że chcę się wtrącać w twoje prywatne życie, ale znam cię tyle lat i traktuję cię trochę jak własną córkę, czując się tym samym za ciebie odpowiedzialną. Gdy sięgnę pamięcią wstecz, widzę siebie jako młodą, ambitną, chociaż lekko zagubioną czarownicę. I również, gdy zaczynałam pracę w Hogwarcie miałam taki czas, że wydawało mi się, że kompletnie tu nie pasuje. Czułam się samotna i nie mogłam się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Z biegiem czasu jednak to wszystko minęło. Dojrzałam i zrozumiałam, że to jest to, czym chcę się zajmować w życiu. Być może ty stwierdzisz, że nauczanie nie jest dla ciebie i będziesz chciała pójść inną ścieżką. Wtedy nie pozostanie mi nic innego jak wspieranie cię w twojej decyzji i ciche płakanie po kątach, bo będę świadoma tego, że tracę wspaniałą nauczycielkę.

- Och, Minerwo... - westchnęła, czując, że starsza czarownica trafiła prosto w czuły punkt. - Jeśli mam być szczera, to ostatnio właśnie tak się czułam. Nie wiem dlaczego. Chyba przez to, że od zawsze byłam otoczona przyjaciółmi, a teraz...

- Zostałaś sama, pomiędzy uczniami i nami - nauczycielami. Starymi wygami.

- Zaraz tam starymi... - uśmiechnęła się lekko Hermiona.

- Najmłodszy z nas ma czterdzieści lat - parsknęła McGonagall. - Merlinie, żebym znowu mogła tyle mieć...

- Profesor Snape zaczynał pracę mając dwadzieścia jeden lat, tak? - zapytała Hermiona, korzystając z okazji, że weszły na jego temat.

- Tak. I również od razu został opiekunem Slytherinu. Jeśli przystaniesz na moją propozycję, zdaję mi się, że pobijesz jego rekord, bo nie dość, że wcześnie zaczął uczyć, to był najmłodszym, który zaczął pełnić tę funkcję.

Hermiona myślała intensywnie. Kusiło ją, żeby od razu się zgodzić. Lubiła wyzwania i czuła, że pełniąc taką funkcję mogłaby się sprawdzić i w jakiś sposób zaspokoić swoje ambicje. Od zawsze chciała zajmować się czymś pożytecznym, a teraz to wszystko mogłoby się spełnić. Były plusy i minusy, jak zawsze i wszędzie, ale serce podpowiadało jej, że nie należy się zastanawiać tylko zgodzić.

Nagle nie przerażała ją nawet wizja ewentualnych częstszych interakcji ze Snapem. Jeśli i w tym temacie ma się coś zmienić, to zmieni się prędzej czy później, obojętnie, czy będzie go unikać, czy nie. A poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy: przebywając w jednym budynku dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie da się uniknąć choćby przypadkowego spotkania.

- Zgadzam się - odparła, zdziwiona tym, z jaką łatwością jej to przyszło. Zwykle potrzebowała dużo więcej czasu na podjęcie decyzji i przemyślenie wszystkiego, a teraz, podejmując jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu, wystarczyło jej tylko kilka minut, żeby powiedzieć "tak".

- Wspaniale - McGonagall klasnęła w dłonie, uśmiechając się szeroko. - Nawet nie wiesz jak się cieszę. Myślę, że sam Godryk Gryffindor zgodziłby się ze mną, że jesteś najlepszą kandydatką na to stanowisko. Prawdziwa gryfonka z krwi i kości - mądra, odważna, waleczna i dzielna.

- Dziękuję.

- Będziesz dobrze broniła interesów naszego domu.

- Przez te wszystkie lata miałam z kogo brać przykład - powiedziała Hermiona. - Mam nadzieję, że nie zawiodę.

- Nigdy nie zawiodłaś, moja droga - McGonagall podeszła do niej i ujęła ją za ręce. - Gdyby nie ty, wiele spraw potoczyłoby się inaczej. Potter i Weasley zginęliby bez ciebie.

- Coś w tym jest - zaśmiała się Hermiona.

Dyrektorka uśmiechnęła się, a Hermiona zauważyła, że wojna i związany z nią stres, odcisnęły również na niej swoje piętno. Na jej twarzy widniało coraz więcej zmarszczek, a zwyczajowy błysk w oku jakby zmatowiał pod wpływem zmartwień, nadmiaru obowiązków i zmęczenia.

- No to co? - spytała McGonagall podchodząc do jednej z szafek i wyciągając z niej karafkę z czerwonym płynem, który nie mógł być niczym innym jak sherry. - Należałoby uczcić jakoś tę zmianę.

- Właściwie, czemu nie? W końcu jest piątek. Eseje mogą poczekać - stwierdziła Hermiona, po czym obie wzniosły toast i wypiły po kieliszku.

Szybko okazało się, że nie skończy się na jednym. Minerwa zaprosiła Hermionę do swoich prywatnych pokoi, żeby uniknąć ciekawskich spojrzeń, złośliwych docinków i podsłuchiwania byłych dyrektorów, którzy nagle przestali udawać, że drzemią i z ożywieniem zaczęli komentować decyzje i zachowanie obu pań.

Obie czarownice usadowiły się wygodnie w fotelach i sącząc sherry najpierw omówiły jeszcze raz zakres obowiązków Hermiony, następnie to, gdzie będzie mieszkać. Ponieważ Minerwa była dyrektorką, opuściła swoje dawne kwatery, które znajdowały się niedaleko pokoju wspólnego gryfonów i stały teraz zupełnie puste. Jako że Hermiona miała przejąć po niej funkcję opiekuna tego domu, mogła się do nich przenieść.

- Wiem, że pewnie lubisz swoje dotychczasowe mieszkanie, ale nie będziesz zawiedziona, gdy zobaczysz pokoje opiekuna. Są iście królewskie. Oczywiście daję ci wolną rękę do dokonania w nich zmian, jakie uznasz za stosowne. Ja nie będę już z nich korzystać, za to ty musisz czuć się w nich jak u siebie w domu.

- Minęły dopiero trzy miesiące, odkąd się tu wprowadziłam, więc nie zdążyłam się jeszcze całkowicie przyzwyczaić - machnęła ręką Hermiona. - Poza tym przeniosę się tylko o jedno piętro wyżej, a skoro mówimy o apartamentach królewskich, to nie mam nic przeciwko.

- Byłam pewna, że się zgodzisz. Teoretycznie przeprowadzka nie jest obowiązkowa, jednak zaleca się, żeby opiekun danego domu mieszkał blisko uczniów. Pamiętam, jak Weasley'owie urządzali imprezy po meczach… Oj, nie dawali mi oni wtedy spać… - McGonagall uśmiechnęła się smutno, a Hermionie na samo wspomnienie tych beztroskich wieczorów, które wtedy często tak bardzo ją denerwowały, bo nie mogła się uczyć, a jednocześnie teraz chciałaby, żeby się wróciły, zachciało się płakać. Wielu, którzy wtedy świętowali nie było już z nimi. Na czele z Fredem, który zginął podczas bitwy. Po jego śmierci George już nie był taki sam. - No, ale nie ma co za dużo wspominać. Żyjemy tu i teraz i trzeba patrzeć w przyszłość. - podjęła. - Odnośnie tego mieszkania blisko uczniów, zawsze współczułam Severusowi, że musi mieszkać w lochach, bo przecież tam mieszkają jego ukochani ślizgoni. Tym bardziej wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy w tym roku oznajmił mi, że przyjmuje moją propozycję powrotu do Hogwartu i może znowu zostać ich opiekunem, co mnie ucieszyło, bo nie mogłam już słuchać narzekań Horacego w tym temacie, ale życzy sobie innych kwater.

- Profesor Snape mieszka gdzie indziej?

- O tak - skinęła głową Minerwa. - Zajmuje całkiem przyjemne komnaty na czwartym piętrze. Właściwie to może nie powinnam się dziwić. Ile można mieszkać w zimnych lochach, bez okien i światła słonecznego? Jemu najwidoczniej też już się to sprzykrzyło.

- Może przez to był zawsze taki niezadowolony?

- To rzeczywiście mógł być jeden z powodów jego humoru, ale myślę, że znajdował się on na samym końcu listy. Zważając na to, co wiemy o nim teraz.

- Tak, to prawda…

- Hermiono?

- Tak?

- Czy mi się tylko wydaje, czy pomiędzy tobą a Severusem jest jakieś napięcie?

- Napięcie? - spytała Hermiona, czując, że ogarnia ją nagle zdenerwowanie. - Dlaczego tak sądzisz?

- Odnoszę wrażenie, że się unikacie. Nigdy ze sobą nie rozmawiacie. Wybacz, ale jestem dyrektorką. Do moich obowiązków należy obserwowanie nie tylko uczniów, ale i nauczycieli. Chciałabym, żeby wszyscy czuli się w Hogwarcie jak najlepiej.

Hermiona westchnęła tylko i uciekła wzrokiem.

- Biorę twoją reakcję za potwierdzenie mojej teorii. Pytanie brzmi dlaczego?

- Jakby to ująć… - zaczęła Hermiona. - Jestem przyjaciółką Harry'ego, jego byłą uczennicą, której nie znosił. Dla niego pozostałam irytującą panną wiem-to-wszystko, która znała odpowiedź na każde pytanie. A poza tym… wiem o nim rzeczy, których wolałby, żebym nie wiedziała i to sprawia, że ja nie mogę spojrzeć mu w oczy, a on czuje się nieswojo w moim towarzystwie.

- Naprawdę tak cię nazywał? Panna wiem-to-wszystko?

- Tak.

- Drań - stwierdziła McGonagall, a Hermiona uśmiechnęła się lekko. - Harry zdradził mi, co widział w jego wspomnieniach. Kazał mi przysiąc, że nikomu nie powiem, ale skoro obie znamy ten sekret, to możemy swobodnie rozmawiać.

- Ty wiesz?

- Tak. I muszę przyznać, że mam wyrzuty sumienia, że gdy był tutaj dyrektorem, robiłam wszystko, żeby uprzykrzyć mu życie. Ale skąd miałam wiedzieć, że w rzeczywistości on stara się nam wszystkim pomóc?

- Nie mogłaś tego wiedzieć.

- Po wojnie pytałam go, dlaczego mi niczego nie powiedział, nie wtajemniczył mnie w to, co robi. Przecież mogłabym mu pomóc, może nawet nie doszłoby do tego, że o mało co nie umarł.

- A on co na to? - spytała Hermiona, ciesząc się, że zaczęły rozmawiać na jego temat. Nie była pewna dlaczego, ale ostatnimi czasy Severus Snape, pomimo dyskomfortu jaki czuła w jego obecności, zaczął ją na swój sposób fascynować. Tym bardziej łowiła każdą informację na jego temat, starając się przy tym brzmieć neutralnie i nie zdradzić, jak bardzo jest ciekawa.

- Nic. Wzruszył tylko ramionami i powiedział, że im mniej osób wiedziało, tym lepiej. I że taki od początku był plan pomiędzy nim a Dumbledorem.

- Wierny do samego końca, czyż nie?

- Tak - skinęła głową McGonagall, patrząc na Hermionę dziwnym wzrokiem.

Przez chwilę zapanowała między nimi cisza. W końcu jako pierwsza odezwała się dyrektorka. - On naprawdę jest jeszcze młody, a przeszedł w życiu zbyt dużo. Zbyt dużo złego. Przecież ja go uczyłam, Hermiono, znam go odkąd miał dwanaście lat. Był jednym z najlepszych uczniów, ale wybrał złą ścieżkę dla siebie. Złych przyjaciół. Szkoda, że tak się stało, ale nie zmienimy już przeszłości. Mówię ci to wszystko, bo musisz zrozumieć, że jego postawa i zachowanie nie wzięło się znikąd. A teraz, on również zmaga się z tym, co było. Myślę, że nie powinnam się dziwić, że mimo wszystko wrócił do Hogwartu. To od zawsze był jego prawdziwy dom. Mówiłaś, że sama próbujesz się odnaleźć w nowej rzeczywistości. On również. Kiedyś było ciężko, ale do takiego życia wszyscy się przyzwyczailiśmy. Teraz, gdy jest inaczej musimy nauczyć się żyć na nowo. Severus wrócił na znany sobie teren, żeby utrzymać chociaż trochę z tej dawnej rutyny. Myślę, że to pomaga mu wrócić do siebie i okrzepnąć.

- Nie myślałam o tym w ten sposób…

- A więc cieszę się, że mogłam ci to uświadomić - powiedziała McGonagall. - Jesteś jedną z nas, Hermiono. Nie bój się z nim porozmawiać, jeśli to miałoby wam pomóc. No, chyba że on wpadnie na pomysł, żeby porozmawiać z tobą jako pierwszy, ale Severus jest strasznie upartym mężczyzną i raczej kiepsko sobie radzi w kontach międzyludzkich, ale jest w tym wszystkim niesamowicie inteligentny. Jestem pewna, że on też czuje, że coś jest nie tak i dobrze wie o co chodzi. Daj jemu i sobie czas, Hermiono. Reszta z nas może was tylko wspierać. I nie załamuj się od razu, a gdy coś będzie się działo, pamiętaj, że ze wszystkim możesz przyjść do mnie. Twoje tajemnice są u mnie bezpieczne. I nie chcę już widzieć skwaszonej miny jutro przy śniadaniu. Naprawdę wystarczy mi, że on jest wiecznie niezadowolony - McGonagall uśmiechnęła się, a Hermiona poczuła nagle, jakby zdjęto jej z barków ogromny ciężar. Świadomość, że miała w Hogwarcie kogoś, komu może zaufać i się zwierzyć była dla niej niezwykle pocieszająca. Same informacje o Snapie, które usłyszała, również zmieniły nieco jej zdanie o nim. Być może naprawdę nie tylko ona czuła się samotna i potrzebowała kogoś, z kim mogłaby po prostu… być. Bez zbędnych pytań, oceniających spojrzeń i skrępowania?

- Dziękuję ci za wszystko, Minerwo. To wiele dla mnie znaczy i jestem naprawdę wdzięczna - powiedziała Hermiona, czując, że niebezpiecznie zbiera jej się na płacz. Odłożyła kieliszek na stół i odetchnęła głęboko.

- Nie ma za co, moja droga. To dla mnie sama przyjemność. Jutro z samego rana prześlę informację reszcie nauczycieli, żeby zaraz po śniadaniu zebrali się w pokoju nauczycielskim. Powiemy im wtedy o nowej zmianiu, a przy kolacji poinformujemy uczniów, co ty na to?

- Wspaniale - odparła Hermiona. - Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Serce wali mi z nerwów.

- To normalne, ale jestem pewna, że wszyscy będą zachwyceni i nikt nie będzie miał nic przeciwko. Ach, i radzę ci przygotować sobie krótkie przemówienie. Nie, nie, nie będziesz musiała nic mówić podczas kolacji - zaśmiała się Minerwa, widząc jej minę - ale później twoim obowiązkiem będzie zajrzeć do pokoju wspólnego i porozmawiać z uczniami.

- Oczywiście. Zrobię to z przyjemnością.

- Dobrze - McGonagall spojrzała na zegar. - Merlinie! Dochodzi północ! Zasiedziałyśmy się, a miałam nie zabierać ci wieczoru. No już, uciekaj do siebie. Odpocznij. A jutro widzę cię w dobrym nastroju, tak?

- Tak - zapewniła ją Hermiona. Gdy wstała z przerażeniem stwierdziła, że lekko kręci jej się w głowie. Zbyt dużo wrażeń, zbyt dużo sherry. - Chociaż nie wiem, czy ból głowy, który dopiero dzisiaj mnie opuścił, jutro znowu nie powróci.

Minerwa zaśmiała się serdecznie. Przechodząc do gabinetu, powiedziała:

- Zawsze możesz iść do Poppy po eliksir. A gdyby zaczęła za bardzo lamentować, powiedz jej, że ja cię przysłałam i że prosisz o dwie buteleczki.

- Może nie będzie tak źle.

- Na pewno nie. A teraz już dobranoc.

- Spokojnej nocy.

Hermiona zaczęła kierować się w stronę wyjścia, gdy usłyszała za sobą głos dyrektorki:

- Hermiono?

Odwróciła się i zobaczyła, że McGonagall podchodzi do niej. Nim zdążyła się zorientować, znajdowała się już w krótkim, mocnym uścisku jej ramion.

- Jestem z ciebie dumna - powiedziała, po czym puściła ją. Hermiona pokiwała tylko głową, niezwykle wzruszona. - Idź już, bo sama zaraz się rozkleję.

x x x

Hogwart stawał się nocą zupełnie innym miejscem. Cichym, spokojnym, wydawałoby się, że pustym, chociaż mieszkało w nim przecież tylu ludzi. Po pustych korytarzach hulał tylko przeciąg i sporadycznie błysnął w słabym świetle pochodni jakiś duch. Nawet Irytek, którego natura jakby lekko złagodniała po bitwie, zdawał się być gdzieś ukryty i zbierać siły na kolejny dzień psot i szaleństw.

Hermiona szła tak szybko jak mogła, bo było prawie całkiem ciemno, modląc się, żeby na nikogo nie wpaść. Przede wszystkim na żadnego ucznia. Wyraźnie było po niej widać skutki wypitej niedawno sherry, a co to byłby za wstyd, gdyby uczeń zobaczył ją lekko wstawioną, a jutro ogłoszono ją opiekunką Gryffindoru. Wspaniały początek i rysa na jej nieskazitelnej reputacji.

Była już na piątym piętrze, tak niewiele pozostało jej do celu, gdy za zakrętem zderzyła się z czymś. A raczej z kimś. Przed upadkiem powstrzymał ją uścisk dwóch, silnych dłoni, które podtrzymały ją za łokcie. Jęknęła lekko i serce zaczęło jej walić jak młotem, gdy podniosła wzrok i spojrzała prosto w skąpaną w słabym świetle księżyca twarz Severusa Snape'a.

- Ma pani niesamowity talent wpadania na ludzi, panno Granger. Chyba że ten zaszczyt spotyka tylko mnie?

- Mogłabym to samo powiedzieć o panu i o to samo zapytać - odparła, będąc pewną, że jej nagły przypływ odwagi miał związek z krążącym w jej krwi alkoholem. Snape uśmiechnął się tylko i bezczelnie.

- A może tym razem to nie kwestia talentu tylko zaburzonej percepcji po spożyciu alkoholu?

Hermiona odsunęła się od niego gwałtownie, uświadamiając sobie, że ciągle tkwi w jego uścisku. Poczuła, jak wzbiera w niej złość. Wyprostowała się i nie spuszczając wzroku powiedziała:

- Jeśli ma pan zamiar tylko mnie upokorzyć, to proszę nie próbować i nie marnować zarówno swojego jak i mojego czasu. Nie jestem już pańską uczennicą, profesorze i nie dam się traktować tak jak kiedyś. Do pańskiej wiadomości: tak, piłam, ale nie sama w kącie, zalewając smutki, jak pewnie mogłoby się panu wydawać, a z profesor McGonagall w jej gabinecie. Bo widzi pan - ciągnęła, z satysfakcją obserwując jego minę - pani dyrektor postanowiła zrezygnować z funkcji opiekuna Gryffindoru i to mnie zaproponowała to stanowisko. A ja się zgodziłam.

Przez chwilę tylko na nią patrzył, mrużąc lekko oczy. Wydawało jej się, że się już nie odezwie, gdy wreszcie spytał:

- Pani? Opiekunką Gryffindoru?

- Zgadza się.

- Chyba nie zdaje sobie pani sprawy jaka to odpowiedzialność.

- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, proszę się nie martwić. Poza tym, to nie ja jestem pierwszą, która objęła tak ważną funkcję w wieku dwudziestu lat.

Pomimo wszystkiego, co powiedziała jej dzisiaj na jego temat McGonagall, Hermiona odczuła dziwną satysfakcję z tego, że mu dogryzła. W końcu on robił to przez tyle lat bez zmrużenia oka i choć wiedziała, że część z tego mogła być przykrywką - w końcu miał udawać lojalnego sługę Voldemorta, nie mógł więc głaskać Harry'ego i jego przyjaciół po głowie, bo zaraz któryś ze ślizgonów doniósłby o tym swoim rodzicom - śmierciożercom i wszystko mogłoby runąć w gruzach, ale była również pewna, że po ludzku naprawdę ich nie znosił i sprawiało mu przyjemność odbieranie im punktów i złośliwe komentarze.

- Dobranoc, profesorze. Proszę mi wybaczyć, ale nie mam nastroju na dalsze potyczki słowne.

Mówiąc to, ominęła go i z największą gracją, na jaką ją było teraz stać, powoli poszła przed siebie. Odetchnęła z ulgą dopiero, gdy znikła za rogiem. Oparła się o ścianę i odetchnęła głęboko, jednocześnie czując, że trzęsą się jej ręce. Nie tak to miało wyglądać. Chciała zawrzeć z nim pokój a nie prowadzić ciągłą wojnę. Dobrze, że chociaż zdołałam się odezwać, a nie tylko jąkać, jak przestraszona uczennica, pomyślała. To i tak była najdłuższa rozmowa, jaką chyba kiedykolwiek z nim przeprowadziłam. Co on takiego w sobie ma, że budzi we mnie takie zdenerwowanie? A właściwie to jakieś fatum, czy co, że nawet o północy musiałam spotkać akurat jego? Dlaczego nie jest u siebie i nie śpi, tak jak reszta ludzi w tym zamku?

Hermiona zapragnęła nagle teraz znaleźć się w swoich bezpiecznych czterech ścianach i przestać o nim myśleć. Musiała jednak przyznać, że chociaż niczego sobie z nim osobiście nie wyjaśniła, to rozmowa z Minerwą sprawiła, że jej paniczny wręcz strach przed nim jakby znikł i poczuła, że jest gotowa na to, żeby stawić mu czoła, a nie unikać go i jąkać się jak przerażona uczennica. Również funkcja jaką teraz pełniła wymagała od niej tego, żeby wzięła się w garść. Na miłość Boską, przez chwilę była nawet Bellatrix Lestrange, włamała się do Gringotta i wyleciała z niego na zdziczałym smoku, potrafiła więc chyba stawić czoła jednemu mężczyźnie. Przeczesała włosy palcami i wzięła głęboki wdech. Postanowiła, że gdy wróci napisze listy do rodziców, Harry'ego i Rona i wyśle je jutro z samego rana. Wiedziała, że ciężko będzie jej zwlec się z łóżka o takiej porze, żeby zdążyć na śniadanie, ale teraz, gdy Snape dowiedział się o jej lekkim wstawieniu się, nie da mu tej satysfakcji i choćby jak bardzo miała jutro rano źle się czuć, to usiądzie do stołu i będzie trzymać głowę wysoko uniesioną. W końcu miała z czego być dumna i nie pozwoli sobie na żadne wątpliwości ani na zepsucie sobie humoru, który po rozmowie z Minerwą definitywnie uległ poprawie. I przestanie o nim myśleć. Tak, zdecydowanie. Tylko dlaczego nagle, gdy dowiedziała się o nim trochę więcej, Severus Snape zaczął ją na swój sposób fascynować? Przerażać ale i fascynować? Potrząsnęła głową i puściła się prawie że biegiem do swoich pokoi, chcąc się znaleźć jak najdalej od niego.

x x x

Kolejna noc i kolejny raz, kiedy nie mógł zasnąć. Nie wiedział, czy te mury tak na niego działają, czy po prostu on sam ze sobą ma jakiś problem. Próbował sobie wytłumaczyć, że wszystko już minęło, że nie zbudzi go w nocy nagły ból przedramienia, spowodowany wezwaniem Czarnego Pana, że nie będzie musiał już nigdy więcej przed nim kłamać i dawać sobie grzebać w umyśle, że skończyły się już stres, ból i nienawiść. Teraz był tylko on, jego praca i próba uporania się z przeszłością, która czasami, zbyt często, pukała do jego drzwi.

Minerwa wybaczyła mu wszystko, ale i sama prosiła go o wybaczenie. Po tym, jak wyszedł ze szpitala, spotkał się z nią na jej prośbę. To wtedy wyjaśnili sobie wszystko i to wtedy zaproponowała mu, żeby wrócił do Hogwartu. Na początku ją wyśmiał, bo obiecywał sobie, że jego noga tu już więcej nie postanie. A jednak. Po namyśle stwierdził, że właściwie nie ma gdzie zagrzać miejsca na stałe, a na inne życie nie jest jeszcze gotowy. I tak oto Hogwart znowu stał się jego schronieniem.

Z resztą nauczycieli nigdy nie miał wybitnego kontaktu i tak właściwie pozostało do dzisiaj. Nie było żadnych wielkich przemów z jego strony ani tłumaczenia tego, co się stało. Minerwa zadbała o wszystko. Dzięki niej wszyscy dowiedzieli się prawdy i sądząc po tym, że zachowywali się w jego obecności tak jak zwykle, to znaczy powściągliwie i, choć trochę go to dziwiło, z szacunkiem, również zrozumieli, dlaczego zrobił to, co zrobił.

A poza tym w gabinecie dyrektora wisiał cholerny portret cholernego Albusa Dumbledore'a, który mógł sam o wszystkim zaświadczyć. Severus spotykał się z Minerwą wszędzie byle nie tam. Nie mógł patrzeć na byłego dyrektora ani wspominać rzeczy, które ten kazał mu robić w imię "większego dobra". Był zwykłą marionetką, a Dumbledore tylko pociągał za sznurki. Ale cóż, właściwie sam był sobie winien, bo to on doprowadził do tego, że dyrektor stał się jego ostatnią deską ratunku, gdy Severus wreszcie się opamiętał i dotarło do niego, że źle wybrał i popełnił straszliwy błąd.

Nie chciał katować się myślami, w kółko rozpamiętując to samo. To nie było do niego podobne. Starał się tak nigdy nie robić, bo nie prowadziło to do niczego dobrego. I tym razem nie mógł przez to zasnąć. Postanowił więc, swoim dawnym zwyczajem, przebrać się i przejść się po zamku. Nocą, gdy było cicho i ciemno, wtapiał się w tę ciemność i dawało mu to ukojenie, pozwalało odciąć się od negatywnych emocji.

Nie spodziewał się na pewno tego, że tym razem na korytarzu oprócz duchów, spotka całkiem żywą i lekko rozkojarzoną istotę.

Instynktownie złapał ją i podtrzymał, gdy po raz kolejny w ciągu ostatniego tygodnia się z nim zderzyła. Jak zwykle miała roztrzepane na wszystkie strony włosy, a jej wzrok, gdy na niego spojrzała, był lekko zamglony, a przede wszystkim przerażony. Dlaczego ona tak się go obawiała? Jak się miał po chwili dowiedzieć, tym razem, na pewno za sprawą alkoholu, do którego konsumpcji się przyznała, wykazała się większą odwagą niż zazwyczaj i gdy minęło zaskoczenie, w grę weszła złość. Był pewny, że gdyby nie ten strach, który ją powstrzymywał, Hermiona Granger mogłaby okazać się interesującą partnerką do rozmowy a może i nawet temperamentną kobietą. W końcu nie bez powodu nazywano ją najmądrzejszą czarownicą swojego pokolenia. Severus dobrze wiedział, że teorię mógł wykuć na pamięć byle idiota. Ona jednak umiała tę teorię wprowadzić w życie i nie było zaklęcia ani eliksiru, z którym by sobie nie poradziła. Nie mówiąc o tym, że umiała zachować zimną krew w stresujących sytuacjach.

Kiedy po krótkiej wymianie zdań wytknęła mu, że on sam został opiekunem Slytherinu, będąc praktycznie w jej wieku, przez chwilę poczuł jak wzbiera w nim złość, jednak po chwili zastąpiło ją dziwnego rodzaju rozbawienie. Ona wyglądała dla niego zabawnie. W jej wojowniczej postawie i ciętych słowach kryło się coś ulotnego, delikatnego wręcz. Być może chciała udawać przed nim, że jego słowa nic dla niej nie znaczą i że jest silna i pewna siebie, ale Severus wiedział, że mimo wszystko była w tym zamku tak samotna jak on.

Pożegnała się chłodno i poszła w swoją stronę, a do niego dotarło, złączyło się w całość, że Hermionie Granger nie tylko ciążyły niewyjaśnione sprawy pomiędzy nimi i to, że chodzą koło siebie niczym dwa tygrysy, obserwujące się z daleka, oceniające swoje szanse i szykujące do ataku, ale również to, że była sama. Nagle bez przyjaciół, w znanym miejscu, ale jednak na obcym sobie gruncie. Samotność dawała jej się we znaki i pewnie to było przyczyną jej okropnego ostatnimi czasy humoru. Początkowa euforia minęła i zaczęła zastępować ją powoli kształtująca się rutyna.

Minerwa może i chciała przejść na emeryturę i pozbyć się jednego z obowiązków, ale iście po ślizgońsku podstępnie zaproponowała dziewczynie coś, w co mogłaby się bardziej zaangażować i zaspokoić swoje ambicje. Pytanie tylko, czy Granger podoła i naprawdę odnajdzie się w tym wszystkim?

Kierując swoje myśli na zupełnie inny tor, Severus nagle stwierdził, że odechciało mu się spacerów po zamku. Wrócił do siebie i poszedł spać, ciekawy tego, co przyniesie jutrzejszy dzień i jak będzie się zachowywała nowa opiekunka Gryffindoru, pierwszego dnia na swoim nowym stanowisku.

x x x

Hermiona otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Przez okno, po raz pierwszy od tygodni, wpadały promienie słońca. Powoli wstała, czując, że wcale nie jest z nią tak źle, jak sobie wyobrażała. Prawdopodobnie duży kubek kawy i porządne śniadanie wystarczą, żeby postawić ją całkowicie na nogi.

Poszła do łazienki, a gdy zaliczyła już wszystkie punkty swojej porannej rutyny, wróciła do sypialni i stanęła przed szafą, zastanawiając się co na siebie włożyć. Zdecydowała się na prostą, czarną sukienkę z długim rękawem i czarne szpilki. Ubierała je tylko na wyjątkowe okazje, a że jedna z nich właśnie się nadarzyła, postanowiła, że nie będzie się ograniczać. Potrzebowała się podbudować i czuć pewnie, a żeby to osiągnąć wiedziała, że musi się ubrać tak, żeby móc czuć się komfortowo i po prostu ładnie. Była zdania, że wygląd to nie wszystko i liczy się wnętrze, ale to nie oznaczało, że miała chodzić ubrana byle jak. Sztuką było połączenie tych dwóch składników.

Na sukienkę dodatkowo ubrała jedną ze swoich peleryn - od niedawna nieodłączny element jej codziennego ubioru. Zdecydowała się na burgundową z wąskimi rękawami i szerokim kapturem z delikatnymi aplikacjami.

Zadowolona z efektu końcowego, zerknęła na zegarek. Dochodziło wpół do ósmej co oznaczało, że miała jeszcze chwilę do śniadania. Z podekscytowania o mało co nie zapomniała, że miała wysłać listy, które napisała w nocy. Nie zwlekając, udała się do sowiarni. Po drodze wyobrażała sobie miny i reakcje przyjaciół i swoich rodziców, gdy dowiedzą się o jej awansie. Hermiona wolałaby przekazać im te wieści osobiście, szczególnie rodzicom, za którym bardzo tęskniła, ale nie była pewna, czy będzie mogła w najbliższym czasie opuścić Hogwart, żeby się z nimi zobaczyć. Postanowiła przy okazji zapytać Minerwę, czy pozwoliłaby jej na wyrwanie się do Londynu chociaż na kilka godzin. Oprócz wizyty w domu, chciała pójść na bardzo szybkie zakupy i dokupić sobie kilka sukienek, koszul, spódnic i bluzek, jak również dodatkowe komplety bielizny. Wprowadzając się przed trzema miesiącami do Hogwartu zabrała ze sobą dużo rzeczy i wydawało jej się, że to wszystko jej wystarczy. W praktyce okazało się jednak inaczej.

Zdawała sobie sprawę, że odbiegała stylem od reszty nauczycieli, ale cóż mogła na to poradzić? Lubiła zwykłe, mugolskie ubrania i nie zamierzała z nich rezygnować. W swojej szafie miała nawet dres, bo gdy pogoda dopisywała lubiła pobiegać, a w wolnym czasie, żeby ukoić myśli uprawiała jogę.

Jednym z plusów mieszkania w Hogwarcie było to, że nie musiała za nic płacić. Całą wypłatę miała dla siebie. Część z niej odkładała na swoim koncie, a część wydawała na swoje potrzeby.

W jednym z butików w Hogsmeade wydała raz tyle, że po pierwsze sama siebie nie poznała, a po drugie od razu stała się ulubioną klientką. Nie dość, że zostawiła w sklepie dużo pieniędzy, to w dodatku była Hermioną Granger, a to często wystarczało, żeby wywołać uśmiech na twarzy sprzedawcy i być traktowaną z jakimiś - niepotrzebnymi jej zdaniem - honorami.

Nigdy nie była całkowicie anonimowa, szczególnie po artykułach Rity Skeeter, ale po wojnie stała się już całkowicie rozpoznawalna. Rozgłos sprawiał, że czuła się niekomfortowo i może również dlatego wolała zakupy w mugolskich sklepach, bo mogła w nich liczyć na swobodę i na to, że nikt nie będzie patrzył jej na ręce.

Póki co skupiła się na znalezieniu sów i posłaniu listów, a następnie na bezpiecznym wyjściu z sowiarni, bo zejście ze stromych, nierównych schodów w butach na obcasie okazało się być nie lada wyzwaniem. Obiecała sobie, że przy najbliższej okazji kupi sobie własną sowę, żeby zaoszczędzić sobie takich wycieczek. Na szczęście obyło się bez ofiar i po chwili, pewnym już krokiem przemierzała korytarze, kierując się do Wielkiej Sali. Oprócz kłaniających się jej uczniów, nie zwracała w zasadzie uwagi na nic innego. Odpowiadała tylko na pozdrowienia, myślami będąc już zupełnie gdzie indziej i zastanawiając się między innymi, jak zareaguje reszta grona pedagogicznego na wieść o nowym opiekunie Gryffindoru. Jedna osoba już wiedziała, ale z jego reakcji nie dało się w zasadzie niczego odczytać. Nagle, prawie jakby samą myślą przywołała go do siebie, usłyszała za plecami tak dobrze sobie znany głos.

- No, no, panno Granger. Musi pani częściej ubierać te buty. Słychać panią z końca korytarza. Może dzięki temu inni będą mieli czas na odsunięcie się, żeby nie paść pani ofiarą.

Nie obejrzała się ani nie zwolniła kroku. W momencie, gdy skończył mówić zrównał się z nią. Sama już nie wiedziała, czy ma się dziwić, czy nie, że nagle przestał traktować ją jak powietrze i obdarzać wyłącznie zdawkowymi frazami. Odchrząknęła, czując, że jej serce znowu przyspieszyło. Był na tyle blisko, że poczuła bijący od niego zapach jego perfum, który, musiała przyznać, był całkiem przyjemny.

Wcale nie chciała, ale bezwiednie uśmiechnęła się lekko i odważyła się na niego spojrzeć. Zaskoczyło ją, że dopiero teraz odczuła o ile był od niej wyższy, nie była za to ani trochę zdziwiona, widząc, że na jego twarzy pojawił się jego firmowy bezczelny uśmiech. Chociaż jego oczy nie zdradzały wesołości, wydało jej się, gdy również na nią zerknął, że jest rozbawiony.

- Dziękuję za cenną radę, profesorze, ale raczej się do niej nie zastosuję.

- To znaczy, że ofiar będzie więcej?

- Jeśli mam być szczera, to jedyną ofiarą do tej pory był pan - odparła, zachowując kamienną twarz. - Więc chyba rzeczywiście muszę zacząć bardziej uważać, żeby, nie daj Boże, nie narażać pańskiego zdrowia. A może wypróbuję stary sposób z lusterkiem? Będę przystawać przed każdym zakrętem i zaglądać, czy pana przypadkiem tam nie ma? Z bazyliszkiem to się sprawdziło.

Snape parsknął, teraz już na pewno rozbawiony. Udało mi się wywołać w nim jakieś ludzkie uczucie, pomyślała Hermiona. Może Minerwa miała rację? Może on rzeczywiście nadal balansuje na granicy tego co było i tego co jest?

Nim się obejrzała, dotarli już prawie do Wielkiej Sali. Zatrzymali się u szczytu schodów, prowadzących do sali wejściowej. Snape założył ręce za siebie, a jego twarz ponownie zamieniła się w neutralną maskę.

- Jak to jest, panno Granger? - zapytał cicho, patrząc jej prosto w oczy. Hermiona zauważyła, że choć korytarz był mniej zatłoczony niż zazwyczaj, niektórzy uczniowie ciekawie zerkali w ich stronę. - Jeszcze kilka dni temu bała się pani zostać ze mną sam na sam w jednym pomieszczeniu, o rozmowie nie wspominając. A teraz? Co się nagle zmieniło?

- Z pana strony również odczułam brak jakiejkolwiek ochoty na nawiązanie ze mną kontaktu i swojego rodzaju odrzucenie. A teraz nagle przestał mnie pan traktować jak powietrze. Co się nagle zmieniło?

- Nie wie pani, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie?

- Wiem, że pomiędzy nami są niedomówienia i że mamy do wyboru albo udawać, że wszystko jest w porządku i zadowolić się pozornie przyjacielską relacją, albo nadal się ignorować. Z tym, że ja już przestanę się tym przejmować i niepotrzebnie denerwować.

Czuła się nieswojo pod naporem jego spojrzenia. Oparła się jedną ręką na poręczy i przypominając sobie o jego wybitnych zdolnościach legilimencyjnych spuściła wzrok, uciekła nim gdzie indziej, nie chcąc, żeby odczytał z jej oczu więcej niż by sobie tego życzyła.

- Wydaje mi się zatem, że musimy porozmawiać - oświadczył, również uciekając wzrokiem. Nagle oboje wyglądali na bardzo zagubionych i bardzo speszonych.

A więc jednak zdecydował się na pierwszą opcję, pomyślała. Jednak nie zależy mu na trwaniu w tej beznadziejnej sytuacji. Nie był głupi i dobrze wiedział, co kryje się pod słowem "niedomówienia" i był świadomy na co się pisze i o czym będzie musiał jej opowiedzieć. Ona również będzie się musiała przed nim otworzyć, chociaż czuła, że na pewno będzie jej w jakiś sposób łatwiej niż jemu.

Jak to jest, że do tej pory wydawało jej się, że nic nie łączy ją z tym człowiekiem? Że był tylko jej nauczycielem, a cała historia tak naprawdę rozgrywała się pomiędzy nim a Harrym? Teraz Harry poszedł w swoją stronę, a ją los skierował na ten sam tor co jego i ich ścieżki nagle przecięły się.

- Zgadzam się.

- Nierozsądnie byłoby zrobić to teraz, bo i tak przyglądało nam się zbyt dużo ciekawskich oczu, a nasza nieobecność na śniadaniu mogłaby wywołać falę spekulacji.

Hermiona parsknęła i obrzuciła go rozbawionym spojrzeniem.

- Po śniadaniu natomiast jest zebranie w pokoju nauczycielskim, chyba nawet domyślam się w jakim celu. Czuję się zaszczycony, że dowiedziałem się o wszystkim wcześniej i to od samej gwiazdy wieczoru - ciągnął, a ona tylko przewróciła oczami. - Ale po wszystkim może pani znowu przypadkiem na mnie wpaść. Powiedzmy na błoniach?

Uniósł tylko brew, patrząc na nią pytająco, po czym obrócił się i zszedł po schodach. Patrzyła za nim do momentu, gdy jego czarna peleryna nie znikła za drzwiami Wielkiej Sali.

Czy to działo się naprawdę? Przez tyle miesięcy nic, a nagle, w ciągu kilku dni następuje przełom na tyle znaczący, że on sam chce z nią rozmawiać? Czy to możliwe, żeby to napięcie między nimi przeszkadzało tak samo jemu jak i jej? Przecież równie dobrze mógłby ją nadal ignorować. W końcu nigdy nic dla niego nie znaczyła, była tylko działającą mu na nerwy kujonką.

Nie miała siły się dłużej zastanawiać. Postanowiła poczekać do ich rozmowy, której szczerze mówiąc tak bardzo jak nie mogła się doczekać, równie tak samo się obawiała.

x x x

Podczas śniadania McGonagall ogłosiła, że spodziewa się wszystkich uczniów na kolacji, ponieważ ma do ogłoszenia coś bardzo ważnego. Sądząc po pomrukach i wymianie spojrzeń między uczniami, informacja ta rozniesie się z prędkością światła i dotrze nawet do tych, którzy korzystając z dnia wolnego postanowili dłużej zostać w łóżku.

Hermiona liczyła na to, że zje dzisiaj trochę więcej niż kilka kęsów, ale się pomyliła. Oprócz kawy nie była w stanie wmusić w siebie tyle ile powinna. Chciała mieć spotkanie z nauczycielami już za sobą i jak najszybciej udać się na zewnątrz, żeby poszukać Snape'a. Było tyle czasu na rozmowy, a wybrał akurat moment, w którym powinna skupić się na sobie i na tym, żeby w jak najlepszy sposób przygotować się do nowej roli. Nie wspominając o tym, że na dalszy plan zeszły jej codzienne obowiązki i choć tego nie znosiła, będzie musiała poinformować uczniów, że będą musieli dłużej poczekać na wyniki.

Gdy wreszcie nadszedł moment, że całe grono pedagogiczne zebrało się w jednym pomieszczeniu, Minerwa nie zwlekała i po krótkim wstępie i wyjaśnieniu powodów, dla którego zdecydowała się na taki krok oznajmiła, że oto Hermiona Granger została przez nią wybrana na swoją następczynie, obejmując tym samym opiekę nad gryfonami.

Właściwie nikt nie wydawał się zdziwiony ani nie miał żadnych obiekcji w tym temacie. Profesor Flitwick klasnął w dłonie i z szerokim uśmiechem na ustach jako pierwszy podszedł, żeby pogratulować Hermionie, życząc zarówno jej jak i sobie, owocnej współpracy między domami, jako że on sam ciągle pozostawał opiekunem Ravenclawu. W podobnych słowach pogratulowała jej profesor Sprout, a reszta nauczycieli z aprobatą wyrażając się o Hermionie i jej osiągnięciach potwierdziła, że nikt inny nie byłby lepszym kandydatem na to miejsce.

- To prawdziwe szczęście, że zdecydowałaś się na pracę w Hogwarcie - stwierdziła profesor Vector, ściskając dłoń Hermionie. - Z twoją wiedzą, reputacją i doświadczeniem można się tylko cieszyć, że będziesz uczyła i wychowywała przyszłe pokolenia czarodziejów.

- Dziękuję - odparła Hermiona, a później zwracając się do wszystkich powiedziała kilka słów, właściwie od serca, bo patrząc na tych wszystkich ludzi, którzy kiedyś ją uczyli i na swój sposób pomogli jej dotrzeć do tego miejsca, w którym się znajdowała, czuła, że jest im to winna i poczuła, że wzruszenie zaczyna ściskać ją za gardło. Poczuła na ramieniu lekko zaciśniętą dłoń Minerwy, a gest ten znaczył dla niej więcej niż z pozoru mogłoby się wydawać.

Kończąc mówić, otarła pojedynczą łzę i uśmiechnęła się, lekko zażenowana, że nie umiała powstrzymać emocji i się rozkleiła. Nikt jednak nie zdawał się zwracać na to uwagi. Wszyscy za bardzo ją lubili i wiedzieli, że jest szczera i że przyjęła tę pracę i ich sympatię z pokorą.

- A gdzie jest Hagrid? - zapytała McGonagall. - Przecież mówiłam mu, żeby przyszedł.

- Nie szkodzi. Wybieram się na spacer po błoniach, więc zajrzę do niego i sama mu powiem - zapewniła Hermiona, planując, że rzeczywiście to zrobi, ale dopiero po tym, gdy spotka się z kim innym…

- Dobrze. Na pewno będzie zachwycony, gdy się dowie. A Severus? - dopiero teraz, gdy o nim wspomniała, Hermiona również spostrzegła jego nieobecność. - Gdzie on się podziewa?

- Myślę, że nie przyszedł, bo wiedział, co będzie tematem tego spotkania - przyznała Hermiona, próbując ukryć lekkie speszenie.

- A skąd niby?

- Przypadkiem wpadłam na niego wczoraj, gdy od ciebie wracałam - powiedziała cicho, posyłając Minerwie znaczące spojrzenie.

- Ach tak… - dyrektorka uśmiechnęła się lekko. - Cóż, zapomniałam, że przed nim nie da się niczego ukryć. No dobrze, moi drodzy, dziękuję wszystkim za spotkanie i życzę miłego dnia. Wracam do swoich obowiązków, a wszystkim radzę pójść za przykładem Hermiony i spędzić ten dzień na dworze. A ciebie proszę jeszcze na słówko - dodała, zwracając się do Hermiony. - Omówimy nasze plany na wieczór, co do poinformowania uczniów, a przy okazji odprowadzisz mnie do gabinetu.

Hermiona pokiwała głową i obie wyszły na korytarz. Gdy oddaliły się od pokoju nauczycielskiego McGonagall przyznała, że nie chciała wcale rozmawiać o uczniach.

- Jestem pewna, że wiesz co powiedzieć - machnęła ręką. - Zaraz po kolacji, gdy wszyscy wrócą do dormitoriów, udamy się tam obie i powiemy kilka słów. Będą zachwyceni, bo cię uwielbiają. W końcu dla nich jesteś bohaterką, nie wspominając o tym, że przyjaźnisz się z Potterem. Właściwie, to co u niego słychać?

- Wszystko w porządku. Szkoli się na aurora.

- A Weasley?

- Prowadzi sklep z bratem.

- Dobrze, dobrze - mruknęła Minerwa, zamyślając się na chwilę.

- O czym właściwie chciałaś ze mną porozmawiać?

Okazało się, że oczywiście o nim. Hermiona zrelacjonowała jej szybko ich wczorajsze spotkanie na korytarzu.

- Szkoda, że go spotkałaś.

- Słucham?

- Nie, nie w tym sensie - uśmiechnęła się McGonagall. - Zawsze, gdy nie mógł spać wędrował po korytarzach. Znaczy, że ten problem trwa do dzisiaj.

- Rozumiem…

- Ale przynajmniej miał miłe spotkanie, czyż nie?

- Bardzo miłe - parsknęła Hermiona.

W międzyczasie dotarły już pod gabinet, a Hermiona choć na zewnątrz taktownie nie zdradzała oznak zniecierpliwienia, w środku aż się gotowała, chcąc jak najszybciej wyjść z zamku. Na szczęście zamieniły jeszcze tylko kilka słów, po czym Minerwa wygoniła ją, każąc jej korzystać z dnia, a sama znikła na schodach za kamiennym gryfem.

Zanim jednak Hermiona gdziekolwiek poszła, uświadomiła sobie, że szpilki nie są zbyt dobrym wyborem na spacer po trawie, która po nieustająco padającym deszczu, będzie pewnie ciągle mokra a grunt grząski. Nie zastanawiając się dwa razy, pomaszerowała do siebie, żeby zamienić obcasy na stare, wysłużone conversy. Machnęła ręką na to, jak się będą prezentować i na to, czy w ogóle będą pasować. Ważne, że spełnią swoją funkcję. Dodatkowo z komody porwała swój długi czarny szal i owinęła go sobie wokół szyi. Mogło być ciepło, ale to w końcu był listopad, a ona nie chciała niepotrzebnie zmarznąć.

Będąc wreszcie gotową, udała się na błonia. Musiała przyznać, że trochę się bała. Nie jego, ale tej całej niespodziewanej rozmowy i jeszcze bardziej niespodziewanego zaangażowania z jego strony. Teraz już nie było jednak nad czym się zastanawiać.

Z uśmiechem powitała ciepłe promienie słońca, które padły jej na twarz, gdy tylko wyszła na dziedziniec. Już miała zastanawiać się, w którą stronę ruszyć, ale uprzedził ją, wychylając się cienia, w którym stał, oparty o kamienny filar.

- Panno Granger.

- Profesorze.

Podszedł do niej, a ona wiedziała, że chociaż nie skomentował, zdążył się jej przyjrzeć i zauważyć zmianę w ubraniu.

- A więc rozmowa?

- Na to wygląda.

- Chodźmy więc. Szkoda marnować czas.

Na dobrą sprawę nie uszli nawet kilku kroków, gdy Snape zdążył przyczepić się do błahych spraw, na które ona nigdy nie zwróciłaby nawet uwagi. Ona sama trzymała się na uboczu i starała się ignorować błagalne spojrzenia uczniów, którzy mieli nieszczęście stanąć na jego drodze. Z ulgą przyjęła to, że żaden z nich nie był z Gryffindoru. Oficjalnie jeszcze nikt nie wiedział o jej nowej funkcji, a gdyby Snape chciał odebrać punkty jej domowi, musiałaby interweniować i mogłaby się przedwcześnie zdradzić. Jak gdyby wiedział co miała na myśli, bo gdy poszli dalej powiedział:

- Szkoda, że to nie byli gryfoni.

- Ostrzegam, że będę walczyła o moich podopiecznych, a z tego co właśnie zobaczyłam pańskie upodobanie do odbierania punktów nie osłabło ani trochę.

- W takim razie będziemy się często widywać, panno Granger, skoro po każdej skardze na mnie będzie pani chciała odbywać ze mną poważne rozmowy. - Myślę, że w jakiś sposób uda nam się dogadać.

- Tak pani myśli?

- A czy tak nie byłoby lepiej?

Spojrzał na nią. Założyła ręce na piersi i spuściła wzrok. Widział, że jest zdenerwowana i speszona, czując się zdecydowanie niekomfortowo. Wiedział również, że skoro są już tutaj, w tym miejscu, nie da za wygraną i próbując zaspokoić swoją ciekawość i jakoś załagodzić sprawy między nimi, będzie chciała wyjaśnić pewne kwestie. On sam czuł się raczej dziwnie, mając świadomość tego, że będzie musiał jej o czymkolwiek opowiadać.

Nie odpowiedział jej. Zamiast tego szli dalej, otuleni niekomfortowym milczeniem i powiewami chłodnego, listopadowego wiatru.

Gdy już oddalili się od zamku, idąc szpalerem rosnących wzdłuż ścieżki brzóz, odezwała się jako pierwsza:

- Zdaję sobie sprawę jak dziwna jest ta sytuacja. Przecież ja jestem dla pana nikim. Nikim ważnym. Tylko byłą uczennicą, która wiecznie działała panu na nerwy swoją nadgorliwością. Nie oczekuję ani nie chcę żadnych głębokich zwierzeń z pana strony. Nie śmiałabym ich nawet oczekiwać. Chciałabym tylko wiedzieć, że między nami jest w porządku, i że mogę przebywać w pana towarzystwie i normalnie rozmawiać, nie myśląc o tym, czy czuje się pan niekomfortowo w moim towarzystwie, bo ma świadomość, że byłam wtedy… - zawahała się na chwilę - wtedy przy Harrym, we Wrzeszczącej Chacie i widziałam i słyszałam wszystko. I proszę mi uwierzyć, że to dla mnie również nie jest ani nie było łatwe, szczególnie, gdy dowiedziałam się, że będziemy razem pracować i mieszkać w tym samym miejscu. Dlatego pana unikałam, dlatego denerwowałam się w pana obecności, nie mogąc nawet wykrztusić słowa.

Zatrzymała się, bo on nagle przystanął. Odszedł kawałek, opierając się o jedno z drzew, a ona czekała z niecierpliwością na jego odpowiedź. Jego spojrzenie było nieprzeniknione i nie dało się z niego nic odczytać. W końcu westchnął i odwrócił wzrok i stał się nagle w jej oczach dziwnie bezradny i zagubiony. Gdy się odezwał, jego głos był jednak pewny.

- Nigdy nie była pani dla mnie nikim. Bywa pani irytująca, to niezaprzeczalny fakt, ale poza nim, uważam panią za… za naprawdę inteligentną czarownicę.

Nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Czy on nie tylko właśnie jej nie obraził, ale nawet wyraził pochlebną opinię na jej temat? Popatrzyła na swoje trampki, nie mogąc powstrzymać uśmiechu i będąc pewną, także rumieńca, który pojawił się na jej policzkach.

- Z czego się pani tak cieszy? - zapytał, a ona uniosła głowę i zobaczyła, że ją obserwuje.

- To pierwsze miłe słowa, jakie kiedykolwiek od pana usłyszałam.

Odwrócił wzrok i znowu zapatrzył się na jakiś, sobie tylko znany punkt na horyzoncie.

- Słusznie, że nie oczekuje pani ode mnie żadnych zwierzeń, bo ich pani nie otrzyma - kontynuował. - Nie czuję się w obowiązku, żeby rozmawiać z panią o moich prywatnych sprawach i uczuciach. Poza tym jestem pewien, że i tak wie pani więcej niż powinna.

- Jeśli to coś zmieni - wtrąciła - to proszę mi wierzyć, że to co wiem, zostawię tylko i wyłącznie dla siebie. Nie mam zamiaru nikomu o tym mówić. Nawet nie wiem po co miałabym to robić.

- Bardzo to pocieszające - zakpił. - Ale mimo wszystko dziękuję.

- Nie jestem pańskim wrogiem, profesorze. Nie chodzi o to, żebyśmy nagle stali się najlepszymi przyjaciółmi, ale o to, żebyśmy porzucili dawne animozje i starali się jakoś dogadać. Nie jestem już pana uczennicą. Nie jestem już nawet tą samą osobą, którą byłam rok temu.

- No cóż. Przyznam, że nigdy nie sądziłem, że będę odbywał taką rozmowę i to akurat z panią. Tak się jednak stało, że łączą nas bardzo niekomfortowe wspomnienia, które może i wyblakłyby z czasem, gdybyśmy się nie widzieli. Pani wiedziałaby swoje, ja swoje i może wtedy faktycznie pozostalibyśmy dla siebie obcymi ludźmi. Jesteśmy jednak skazani na swoje towarzystwo i rozumiem pani dyskomfort, bo sam odczuwam podobny. Nawet w tym momencie, gdy muszę o tym mówić.

Hermiona, do tej pory stojąca w lekkim oddaleniu od niego, przyglądała się jego postawie. Przestała na niego patrzeć jak na swojego byłego nauczyciela. W tym momencie chciała w nim widzieć zwykłego człowieka, doświadczonego przez życie, którego o mały włos nie utracił. W głowie ciągle brzmiały jej słowa Minerwy i starała się nie oceniać, nie rozpamiętywać przeszłości. Chciała tylko, żeby było… normalnie.

Podeszła do niego ostrożnie, stając u jego boku. Nie wiedziała co zrobić z rękami, splotła je więc na piersi i wpatrując się w ziemię, kopnęła lekko leżący w trawie kamień.

- Jeśli mogę… - powiedziała cicho, patrząc w dal - jeśli mi wolno wyrazić swoje zdanie, to chciałabym tylko powiedzieć, że nie oceniam pana postępowania, bo nie mam do tego prawa. Teraz, wiedząc więcej niż przedtem, mogę tylko podziękować. Za pana poświęcenie.

- Panno Granger… - zaczął ostrzegawczym tonem, posyłając jej zirytowane spojrzenie. Spostrzegł, że w ogóle nie zwróciła na niego uwagi. Mówiła dalej, melodyjnym tonem, zamyślona, jakby wpadła w jakiś trans.

- Za to co pan zrobił dla nas wszystkich. Chciałabym mieć choć trochę takiej siły w sobie. I wydaje mi się… Wydaje mi się, że chciałabym zacząć od początku. Tak żebyśmy mogli zacząć normalnie żyć w tym zamku. Bo nie wiem jak panu, ale mnie bardzo brakuje normalności i chcę przestać już myśleć o przeszłości i zadręczać się, myśląc, co mogłam zrobić albo powiedzieć inaczej.

Czując, że skończyła, westchnął i powiedział już spokojniejszym tonem.

- Panno Granger.

Popatrzyła na niego, a w jej oczach błyszczały łzy.

- Pomijając pani zbędne podziękowania, sądzę, że w równym stopniu podzielam pani pragnienia dotyczące normalności.

- Naprawdę? Czy to znaczy, że…

- To znaczy, że czas abyśmy zakopali topór wojenny, nie sądzi pani?

- Och, jak najbardziej jestem za - odparła, energicznie kiwając głową.

Przez chwilę się jej przyglądał. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał i wahał, po czym, ku jej zdziwieniu, wyciągnął dłoń w jej kierunku. Uścisnęła ją bez wahania. Jego dłoń była chłodna, a uścisk pewny i silny, ale jednocześnie mający w sobie coś delikatnego i budzącego zaufanie.

Po wszystkim uśmiechnęła się do niego. Po raz pierwszy w życiu. Był to szczery uśmiech, który oddawał jej uczucia. Naprawdę cieszyła się, że mieli tę rozmowę za sobą i że zdołali się jakoś porozumieć.

- Profesorze?

- Słucham.

- Czy mogę zaryzykować jeszcze jedno pytanie?

- Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, czyż nie? - westchnął.

Uznała to za pozwolenie, więc zapytała:

- Czy możemy przejść na ty?

- Wydaje mi się to być naturalną koleją rzeczy. Nie mam nic przeciwko.

- To dobrze.

Na niebie zaczęły pojawiać się ciemne chmury, pędzone coraz szybciej wzmagającym się wiatrem.

- Chyba na tyle z ładnej pogody - stwierdziła Hermiona.

- Proponuję, żebyśmy wrócili do zamku. Poza tym, przed tobą pracowity wieczór. Powinnaś się przygotować.

- Ach tak, przez chwilę kompletnie o tym zapomniałam - odparła, gdy szli w kierunku zamku. - Naprawdę jest tak ciężko? Być opiekunem domu?

- To zależy. Czasami jest lepiej, czasami gorzej. Co nie znaczy, że można do tego podejść na luzie.

- Jakieś rady?

- Tylko jedna: nie daj sobie wejść na głowę.

- Postaram się. W razie czego zwrócę się do ciebie o pomoc. Kto jak kto, ale ciebie nie można posądzić o pobłażliwość.

Uśmiechnął się lekko.

Szli, przez chwilę nie odzywając się do siebie. Wreszcie zapytał:

- Wydaje ci się, że jesteś słaba?

- Słucham?

- Powiedziałaś, że chciałabyś mieć trochę mojej siły, czy to znaczy, że uważasz, że jesteś słaba?

- Ja… nie wiem - odparła szczerze. - Ale czasami tak się czuję.

- Nie powinnaś. Gdybyś była słaba, nigdy byś nie osiągnęła tego wszystkiego. Nie myśl sobie, że nie wiem co robiliście podczas szukania horkruksów. Przede wszystkim dzięki tobie to wszystko się udało.

- Harry i Ron też…

- Oni byli w ciebie wpatrzeni jak w obrazek i polegali na twojej wiedzy i zdolnościach analitycznych. Gdyby nie twój wkład, historia potoczyłaby się inaczej. Trochę więcej wiary w siebie - dodał i pokręcił głową, widząc jej nagle zaczerwienione policzki. Nie tylko od wiatru.

- Dlaczego mówisz mi to wszystko?

- Bo uważam, że powinnaś to usłyszeć.

- Tylko dlatego?

- A czy to ważne?

Odwróciła wzrok i zbyła jego pytanie milczeniem i tak też pokonali resztę drogi do zamku - w ciszy.

- A więc - zaczął, gdy stanęli w progu Sali Wejściowej. Hermiona odniosła wrażenie, że żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. - Teraz, mając naszą rozmowę za nami myślę, że możemy zająć się obowiązkami, czyż nie?

- Oczywiście.

- Zatem miłego dnia… Hermiono - powiedział, wypowiadając jej imię powoli, jak gdyby badając jego wydźwięk i brzmienie. Cały czas patrzył jej w oczy i unosząc nieznacznie kąciki ust, skinął głową w jej stronę po czym odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Jego czarne szaty jak zwykle powiewały za nim dramatycznie, a ona jeszcze przez chwilę stała jak zamurowana nie wiedząc dlaczego nagle zrobiło jej się ciepło, a jej oddech przyspieszył lekko. Chciała w tym momencie zaszyć się u siebie i przeanalizować każdy moment z ich dzisiejszego spotkania oraz ku swojemu zdziwieniu, a nawet lekkiemu zażenowaniu, pomyśleć również o nim samym. Nie była ślepa, zauważyła i mogła to stwierdzić, że Severus Snape nie był już tym samym mężczyzną, którego kiedyś znała. Oczywiście nie w odniesieniu do uczniów, tu nic się nie zmieniło. Ale nie to ją interesowało. Tym, co rzeczywiście miało dla niej znaczenie było to, że okazał się być interesującym partnerem do rozmowy, że właściwie potrafił nie być opryskliwym dupkiem i, Boże dopomóż, ten głos. Zdała sobie sprawę, że coś, na co nigdy, ale to nigdy nie zwracała uwagi teraz przyprawiło ją o szybsze bicie serca. Mogła sobie wyobrazić, że rozmawia z nim godzinami, słuchając jego głębokiego, męskiego głosu. I to spojrzenie… Teraz, gdy miał więcej czasu dla siebie i mniej stresu, wyglądał o wiele lepiej. Jego włosy wcale nie były tłuste, a cera nabrała zdrowszego wyrazu. I był wysoki, coś co niesamowicie na nią działało.

Po chwili uświadomiła sobie, że ciągle stoi w sali wejściowej i marzy o, właściwie można by to już tak nazwać, swoim koledze z pracy. I to w jaki sposób. Była pewna, że jest czerwona na twarzy i zrobiło jej się wstyd na zmianę z uczuciem, którego czuła, że wcale nie chciała zwalczać.

Potrząsnęła głową i postanowiła wziąć się w garść. To była tylko jedna rozmowa. Tylko trochę czasu w jego towarzystwie. Za mało, żeby móc cokolwiek powiedzieć i w jakikolwiek sposób go ocenić. Był zbyt skomplikowaną osobowością, żeby dało się wydać na jego temat jakikolwiek werdykt.

Hermiona znała swoją wartość i znała siebie. Nie da mu się rozszyfrować ani zbytnio do siebie zbliżyć w zbyt krótkim czasie. Weszli na ścieżkę zgody, po której absolutnie nie chciała zbyt szybko przejść. Chciała iść nią powoli, krok po kroku odkrywając wady i zalety Severusa Snape'a. Powoli, po trochu, delektując się tym procesem.

Na samą myśl o tym poczuła ekscytację i nie mogła się nadziwić temu, co się z nią działo. A może to wcale nie było aż tak dziwne? Może ona wyobraża sobie zbyt wiele, a on po prostu był ją jedną rozmową i cieszył się, że ma to już za sobą i że ona wreszcie się od niego odczepi?

Nie, na pewno tak nie pomyślał. Wydawał się być szczerze zainteresowany i przyjazny. A to, w jaki sposób się z nią pożegnał, wydało się jej być obietnicą początku a nie końca.

Była wdzięczna, gdy usłyszała, że woła ją znajomy głos, który przerwał jej irracjonalny tok myślenia. To była Minerwa.

- Hermiono! Wiem, że dopiero co cię męczyłam, ale znowu mam do ciebie sprawę - powiedziała, schodząc po schodach. - Coś się stało? Dlaczego tak tu stoisz?

- Nie, nic się nie stało - odparła słabym głosem Hermiona, próbując się opanować. - Zamyśliłam się, to wszystko.

- Cóż… - dyrektorka zmierzyła ją wzrokiem i pohamowała się od dalszych komentarzy. - Jeśli nie masz nic przeciwko, to chciałabym pokazać ci twoje nowe kwatery. Nie wiem jak mogłam o tym wcześniej nie pomyśleć.

- Oczywiście, że nie mam. Możemy iść nawet teraz - ucieszyła się Hermiona.

Mieszkanie opiekuna Gryffinforu znajdowało się w bliskim sąsiedztwie pokoju wspólnego. Wejście do niego prowadziło przez duży, oprawiony w zdobioną złotą ramę obraz, na którym znajdowała się kompozycja przepięknych kwiatów. Całość przywodziła na myśl styl barokowy i malarstwo, które Hermiona podziwiała kiedyś w jednym z francuskich muzeów.

- Jeśli w środku jest tak samo pięknie jak zapowiada ten obraz, to już nie mogę się doczekać - powiedziała.

- Jest jeszcze lepiej.

I rzeczywiście było. Wystrój, rozmieszczenie i wyposażenie pokoi były nie do porównania z tymi, które zamieszkiwała teraz. Centralną część stanowił salon, utrzymany oczywiście w szkarłatno - burgundowych barwach przemieszanych złotem, brązem i drewnem. Wysokie okna wychodziły na błonia i jezioro ukazując tereny okalające Hogwart w całej okazałości. Ku swojej ogromnej radości Hermiona odkryła, że w regale stojącym przy jednej ze ścian znajduje się sekretne przejście, które prowadziło do jej osobistego gabinetu. Zaparło jej dech w piersiach, gdy do niego weszła, bo w środku zastała największe biurko, jakie chyba kiedykolwiek widziała. Ale to nie dębowe cudo przyprawiło ją o zawrót głowy tylko ilość książek w pomieszczeniu. Każda ściana, od podłogi aż do sufitu pokryta była regałami, na których stało tysiące książek. W powietrzu unosił się zapach starego kurzu i palonych świec.

- Niektóre z tych ksiąg należały jeszcze do samego Godryka Gryffindora - poinformowała ją Minerwa. - Są bardzo stare i nie znajdziesz podobnych nigdzie indziej.

- To jest niesamowite - westchnęła Hermiona wodząc wzrokiem po pomieszczeniu. - Nie mogę się doczekać, aż będę miała czas, żeby je przeczytać.

Gdy wreszcie wyszły z gabinetu, dyrektorka pokazała jej jeszcze niewielką, ale praktyczną kuchnię oraz znajdujące się na lewo od salonu sypialnię i łazienkę, których widok znów przyprawił Hermionę o zawrót głowy.

Sypialnia była prawdziwą królewską komnatą. W odróżnieniu od szkarłatnego salonu, była utrzymana w jasnych barwach. Naprzeciw wejścia stało ogromne łoże z baldachimem, zasłane grubą, srebrną narzutą. Na drewnianej podłodze leżał duży, puchaty dywan, a przed kominkiem stał fotel, który aż zapraszał, żeby w nim usiąść. We wnęce po prawej stronie ulokowano szafę, a po drodze Hermiona zauważyła jeszcze komodę. W oknach wisiały białe firany i nadające kontrastu ciemnoszare zasłony a z sufitu zwisał przepiękny kryształowy żyrandol.

Łazienka oczywiście nie odbiegała wyglądem od sypialni. Utrzymana w podobnym stylu, była iście luksusowa. W stojącej pośrodku wannie, jak zauważyła Hermiona, spokojnie zmieściłyby się dwie osoby. Na ścianach wisiały wysokie lustra, w których odbijały się, wpadające przez okna promienie słońca. Obok umywalki, na dużym marmurowym blacie stał flakon z bukietem białych hortensji. Hermiona przejechała dłonią po zimnej powierzchni i uśmiechnęła się, ciesząc się na myśl, że już za niedługo będzie się mogła tu wprowadzić.

- Tu jest cudownie - powiedziała. - Warto było się zgodzić, choćby tylko po to, żeby móc zamieszkać w takich komnatach.

- Rekompensują trudy bycia opiekunem, to fakt. Czasami po ciężkim dniu nie marzy się o niczym innym jak tylko o zamknięciu za sobą drzwi i odcięciu się od całego świata. A te pokoje ci to zagwarantują. Po tylu latach zauważyłam, że dostrajają się do humorów właściciela i często instynktownie reagują na jego zachowania.

- Naprawdę? To ciekawe.

- Jest jeszcze jedna sprawa - podjęła Minerwa, gdy wróciły do salonu. - Wiem, że do tej pory nie chciałaś, żeby żaden skrzat domowy ci pomagał, jednak nadal nalegam, żebyś zgodziła się przyjąć któregoś z nich.

- Dobrze wiesz, co myślę o służbie skrzatów…

- Wiem, pamiętam twoją akcję o ich wyzwolenie, to jednak nie zmienia faktu, że one nadal tutaj pracują i mają zapewnione najlepsze możliwe dla nich warunki. Mając pomoc jednego z nich byłoby ci lżej. Choćby teraz, przy przeprowadzce.

- No nie wiem… - westchnęła Hermiona. - To byłoby sprzeczne z moimi poglądami, ale muszę przyznać, że masz trochę racji.

- Nie namawiałabym cię, gdybym nie uważała, że to ułatwi ci życie. W zasadzie mam jedną skrzatkę, którą uważam za naprawdę wyjątkową i jakby to powiedzieć, lekko odbiegającą od normy.

- To znaczy?

- To znaczy, że jak na skrzata wykazuje niezwykłe zapędy do samodzielności i niezależności, co nie znaczy, że trzymam ją tutaj na siłę. Ona i jej brat sami poprosili mnie o to, abym przyjęła ich do Hogwartu. Jej brat jest do niej podobny, ale on już jest przypisany do kogo innego.

- To znaczy, że są skrzaty, którym przeszkadza dotychczasowy styl życia i to, że czarodzieje mają nad nimi kontrolę!

- Tak, ale należą do zdecydowanej mniejszości.

- Jeśli ona jest taka jak mówisz, to zgadzam się.

- Wspaniale - Minerwa klasnęła w ręce. - Wezwę ją niezwłocznie. Muri, mogłabym cię prosić?

Po chwili w pokoju pojawiła się skrzatka i już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie jest zwyczajna. Nie miała na sobie zwykłej starej szmaty, tylko ładnie skrojoną czystą lnianą sukienkę. W jej spojrzeniu nie było typowego dla skrzatów przerażenia i poddaństwa, a raczej zadziorność i pewność siebie.

- Profesor McGonagall, profesor Granger - ukłoniła się w stronę obu czarownic, po czym wyprostowała się i czekała na instrukcje.

- Muri, profesor Granger, niechętnie, ale zgodziła się na przypisanie jej skrzata domowego do pomocy. Musisz wiedzieć, że profesor Granger walczyła kiedyś o prawa skrzatów, i że nie jest zwyczajną czarownicą. Tak samo jak uważam, że ty nie jesteś zwyczajną skrzatką. Wezwałam cię po to, aby ci powiedzieć, że od dzisiaj nie będziesz już pracować w kuchni, tylko pomagać profesor Granger i wykonywać jej polecenia.

- Minerwo, jeśli mogę… - wtrąciła się Hermiona i zwróciła się do skrzatki. - Muri, chcę żebyś się mną opiekowała a nie mi służyła. Nienawidzę tego słowa. Co do mojej niezwykłości, to chyba w tym temacie polemizowałabym z profesor McGonagall. Słyszałam jednak, że ty masz trochę inne poglądy niż reszta skrzatów, co mnie w zasadzie bardzo cieszy. Mam nadzieję, że się dogadamy. I jeszcze jedno, gdybyś chciała dzień wolny albo nawet kilka dni, mówisz mi o tym. Gdybyś się źle czuła i potrzebowała pomocy, mówisz mi o tym. O wszystkim masz mnie informować, nie chcę, żeby były między nami jakiekolwiek niedomówienia, rozumiesz?

- Rozumiem - odpowiedziała Muri. - Wiele słyszałam o sławnej Hermionie Granger i jestem dumna, że to ja zostałam wybrana, żeby pani pomagać. Od dzisiaj jestem na każde pani polecenie, nikomu nie powiem o niczym, co tutaj usłyszę albo zobaczę, bo pani sekrety są u mnie bezpieczne.

- Dziękuję, Muri. Myślę, że będę miała dla ciebie pierwsze zadanie. Pomożesz mi w przeprowadzce, dobrze?

- Jak sobie pani życzy.

- Nie musisz mówić mi na ty. Jestem Hermiona.

Skrzatka popatrzyła z lekkim zdziwieniem na wyciągniętą w jej stronę dłoń, zanim zdecydowała się odwzajemnić gest.

- Pierwszy raz w moim życiu czarodziej tak się ze mną spoufalił - powiedziała Muri, spuściwszy wzrok na podłogę. - Naprawdę jestem zaszczycona i widzę, że to, co słyszałam było prawdą.

- A co słyszałaś? - spytała Hermiona, uśmiechając się lekko.

- Że Hermiona Granger jest najbystrzejszą czarownicą swojego pokolenia i że jest jedyna w swoim rodzaju.

- Naprawdę tak słyszałaś? Kto tak mówił?

- Ja… ja nie pamiętam już. Poza tym skrzaty w kuchni mówią różne rzeczy. Kiedyś były na ciebie obrażone, bo za bardzo próbowałaś je zmienić, ale po wojnie dużo się zmieniło. Brakuje im Zgredka, mimo tego, że denerwował ich swoimi poglądami, a wieść o jego śmierci i o tym, jak został pochowany odbiła się echem wśród nas, skrzatów domowych.

- Dziękuję ci za te słowa, Muri. Wciąż nie uważam się za nikogo wyjątkowego i również nie chcę, żebyś ty mnie tak traktowała. Możesz mi nawet nagadać do słuchu, jeśli coś ci się nie będzie podobało.

- Och, nie, nie śmiałabym. Jestem trochę inna niż inne skrzaty i mam inne poglądy, ale mimo wszystko nie mogłabym źle się wyrażać w stosunku do mojej pani.

- Muri, chcę, żebyś czuła się w moim towarzystwie swobodnie, a nie jak więzień. I cieszę się, że zachowujesz się i mówisz normalnie. Nie zniosłabym, gdybyś na siłę kładła mi się u stóp i zapewniała o swojej miłości do mnie. Uważam to za upokarzające zarówno dla ciebie jak i dla mnie.

- Nie mam w zwyczaju padać ludziom do stóp.

- I niech tak pozostanie.

- Wiedziałam, że będziecie do siebie pasowały - ucieszyła się Minerwa. - Pasujecie do siebie. No dobrze, Hermiono zostawiam cię tutaj, to są oficjalnie już twoje komnaty i mam nadzieję, że będziesz czerpała dużo przyjemności z ich użytkowania. - Obrzuciła jeszcze raz wzrokiem znajome pokoje i westchnęła. - Zbyt dużo czasu tutaj mieszkałam, a teraz wszystko się zmienia… Ach, robię się zbyt sentymentalna.

- Zawsze jesteś tutaj mile widziana - powiedziała Hermiona.

- Zawsze byłaś niezwykle uprzejma, Hermiono - stwierdziła dyrektorka i uścisnęła ją lekko w ramię, uśmiechając się. - Zostawiam was. Obowiązki wzywają. Ach, zapomniałabym - dodała, będąc już przy wyjściu. - Musisz wymyślić nowe hasło. Wystarczy, że przyłożysz różdżkę do tej czerwonej róży w centrum obrazu i powiesz formułę: Gryffindorze, opiekunem nowym domu jestem twego, twych komnat mi użycz i hasła nowego. Gdy róża zacznie się świecić po prostu wypowiesz nowe hasło i to wszystko.

- W porządku, dziękuję ci jeszcze raz, Minerwo.

- Nie ma za co. Do zobaczenia wieczorem.

Dyrektorka wyszła, a Hermiona westchnęła i rozejrzała się wokół siebie. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko należy teraz do niej. Usiadła na kanapie i spojrzała na Muri. Poza lekkimi wyrzutami sumienia nie czuła się właściwie źle. To, że kiedyś próbowała pomóc skrzatom nie znaczyło, że one chciały przyjąć tę pomoc. Teraz mając Muri może będzie mogła dotrzeć do tych jednostek, które rzeczywiście chciałyby mieć inne życie a nie tylko służyć czarodziejom. To był jednak temat na inny czas, a ona cieszyła się, że chociaż jeden skrzat będzie się czuł dobrze.

- Minerwa wspominała, że masz brata - przypomniała sobie nagle Hermiona. - Mówiła, że jest już przypisany innemu czarodziejowi.

- Tak. Mój brat Rori pomaga już komuś - potwierdziła skrzatka.

- Czy on jest podobny do ciebie?

- Wydaje mi się, że jest trochę bardziej uległy niż ja, ale zgadzamy się w większości przypadków.

- Do kogo trafił?

- Do profesora Snape'a.

Dlaczego, gdy usłyszała jego nazwisko, serce zabiło jej mocniej, tego nie potrafiła wytłumaczyć. Dotarło jednak do niej, że może będzie mogła czasami podpytać o niego Muri. Skrzaty były zobligowane do nie zdradzania sekretów swoich czarodziei, ale oni jako rodzeństwo mogli sobie czasami wspomnieć o tym i owym…

- Naprawdę? - Kusiło ją, żeby o coś zapytać, ale nie wiedziała jak skrzatka zareaguje. Praktycznie się jeszcze nie znały i nie chciała wyjść na ciekawską. - No cóż, proponuję, żebyśmy się wzięły do roboty. Zmienię hasło i pójdziemy do mnie po moje rzeczy, w porządku?

- Oczywiście. To będzie dla mnie przyjemność.

Hermiona wyszła z komnat i kierując się instrukcjami Minerwy ustawiła swoje własne hasło: gardez espoir - zachowaj wiarę.Nie wiedziała, dlaczego na myśl przyszły jej akurat te słowa i dlaczego akurat po francusku, ale uznała, że idealnie pasują. Chciała wierzyć, że będzie dobrze, że da sobie radę, że wreszcie wszystko zaczęło się układać.

Z pomocą Muri, a właściwie tylko dzięki jej pomocy, udało jej się uporać z przeniesieniem swoich rzeczy w jedno popołudnie. Teraz pozostało jej tylko rozmieszczenie wszystkiego na właściwym miejscu i delektowanie się nowymi kwaterami. Przebierając się na kolację, Hermiona tęsknie popatrzyła na łóżko i wręcz nie mogła się doczekać momentu, w którym dzisiaj wieczorem będzie mogła zakopać się pod kołdrą i wreszcie odpocząć. Całe szczęście była sobota a to oznaczało, że nazajutrz nie będzie musiała wstawać o świcie tylko czekał ją leniwy poranek spędzony na, miała nadzieję, piciu kawy, czytaniu książek i wylegiwaniu się w łóżku. To, że czekały na nią obowiązki nauczycielskie i ciążyła na niej odpowiedzialność za swój dom, zdawało się nie mieć teraz żadnego znaczenia.

Ubrała się bardziej odświętnie niż zwykle, podobnie jak rano, jednak teraz zamiast burgundowej, założyła ładnie skrojoną czarną pelerynę, granatową sukienkę i jej ukochane szpilki. Rozpuściła włosy, uśmiechnęła się do siebie w lustrze próbując sobie dodać odwagi i udała się na kolację. Brak obiadu dał się jej we znaki. Była nieziemsko głodna i nie mogła się doczekać, żeby wreszcie coś zjeść.

Nie skorzystała dzisiaj z przejścia dla personelu. Zamiast tego weszła do Wielkiej Sali przez główne wejście. Idąc między rzędami stołów, przez chwilę wydało jej się, że zaraz skręci i usiądzie przy stole gryfonów, gdzie już będą na nią czekać Harry i Ron i razem znowu będą zastanawiać się nad tym jak ocalić świat. To wszystko działo się tak niedawno, że aż nie mogła uwierzyć w to, że już się skończyło.

Uczniowie zdawali się posłuchać prośby Minerwy o tłumne stawienie się na kolacji, bo rzeczywiście Wielka Sala pękała w szwach. Ciekawość widać zwyciężyła i nikt nie chciał przegapić tego, co miała im do zakomunikowania dyrektorka. Hermiona gładko przeszła pomiędzy uczniami, którzy schodzili jej z drogi i witali się przyjaźnie. Kolejna rzecz, do której przez pierwszy miesiąc nie mogła się przyzwyczaić. Teraz powoli już docierało do niej, że stała się panią profesor i musiała przyznać, że była z tego dumna. Rozważała różne opcje kariery, ale ta, choć nie znajdowała się na pierwszym miejscu jej listy, okazała się dawać jej sporo satysfakcji.

Będąc już w połowie długości sali, gdzie tłum nieco się rozluźnił, nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Zerknęła na stół nauczycielski i zorientowała się kto na nią patrzy. Pozornie zajęty był rozmową z siedzącym obok niego profesorem Slughornem, nie przeszkadzało mu to jednak we wpatrywaniu się w nią. Nie było to mimo wszystko ostentacyjne. Robił to z właściwą sobie klasą i rezerwą. Jednocześnie obserwował, nie dając się przyłapać na tym co robi. Prawdopodobnie, gdyby Slughorn zapytał go, co go tak interesuje, odparłby, że kontroluje zachowanie swoich ślizgonów lub sprawdza, czy ktoś przypadkiem nie zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji. On jednak skupiał się na niej. A ona poczuła się jednocześnie nieswojo i pewnie. Dziwiło ją to, że w jego obecności często odczuwała skrajne emocje, a nie mogła znaleźć równowagi. Wiedziała, że zlustrował ją od góry do dołu, że prawdopodobnie w myślach parsknął, widząc, że znowu ubrała szpilki, które skomentował dzisiaj rano. Być może czuł się swobodniej po ich rozmowie, a jej widmo, jeszcze ciągle żywe, majaczyło między nimi tworząc nić porozumienia i umożliwiając swobodniejszą interakcję. Starała się wyprostować i unieść wysoko głowę. Nie chciała znowu skurczyć się w sobie, czując się jak mała dziewczynka pod ciężarem jego spojrzenia. Ich oczy na chwilę spotkały się. To ona pierwsza odwróciła wzrok, uśmiechając się nieznacznie i kusiło ją, żeby obejść stół od jego strony i przejść obok niego, ale wydało jej się to być nagle zbyt trywialne i błahe, a poza tym, co ją to obchodziło, że się na nią gapił? Szkoda tylko, że gdy leżąc nocą w łóżku i analizując tę sytuację, wydało jej się, że kryło się za tym coś więcej. Strach przed nim zmienił się w uczucie, którego nie do końca rozumiała i w duchu przeklinała to, że była tak niedoświadczona, i że z jej inteligencją w ogóle przychodzą jej do głowy myśli, że on mógłby czuć do niej coś… Nie. Nawet nie chciała tego do siebie dopuścić. Każdy mógł się na nią gapić, co nie znaczyło, że miał jakieś ukryte intencje. A może ona chciała, żeby do czegoś doszło, dlatego wyobrażała sobie jakieś niestworzone sytuacje? Wreszcie jej myśli zaczęły dobijać nawet ją samą i postanowiła wziąć się w garść i nie zachowywać jak idiotka. Niemożliwym było, żeby z obopólnej antypatii i uprzedzeń dzięki jednej, niezbyt zresztą długiej rozmowie, przejść od razu do… czegoś zupełnie przeciwnego.

W każdym razie Hermiona porzuciła pomysł zbliżania się do niego, a poza tym i tak nie miałaby na to szans. Za niedługo wszystkie spojrzenia skierowały się na Hagrida, który gdy zobaczył Hermionę, zrywając się ze swojego wielkiego krzesła, o mało co nie przewrócił stołu i narobił sporo rabanu. Nie wspominając o tym, że o mały włos nie zdradził przedwcześnie przed całą szkołą tego, o czym wiedzieli póki co tylko nauczyciele. Ktoś inny musiał przekazać mu nowiny, bo z tego wszystkiego Hermiona kompletnie zapomniała poinformować go wcześniej, dzięki czemu uniknęłaby teraz tego wybuchu radości, ale co było zrobić… Przed południem jej myśli skierowały się zupełnie na inne tory.

Była wdzięczna Minerwie za to, że ogłosiła wiadomość o jej awansie dopiero po kolacji. Z pełnym żołądkiem lepiej się jej myślało i od razu poprawił się jej humor. Jej pewność siebie wzrosła, a jej obawy co do słuszności swojej decyzji rozwiały się, gdy wszyscy, a najbardziej gryfoni, zaczęli wiwatować na jej cześć i głośno klaskać. Hermiona uśmiechnęła się szeroko i ukłoniła się.

Ogłoszenie zakończyło kolację i czekał ją teraz najtrudniejszy dla niej punkt programu - krótka przemowa w pokoju wspólnym. Minerwa wspomogła ją swoim doświadczeniem i pierwsza powiedziała kilka słów, po czym przyszła kolej na Hermionę. W swoim krótkim przemówieniu zapewniła uczniów, że będzie robiła wszystko co w jej mocy, żeby godnie zastąpić profesor McGonagall na tym stanowisku, że będzie bronić ich interesów i dbać o to, żeby każdy czuł się w Hogwarcie jak w domu. Dała również do zrozumienia, że jest gotowa zająć się każdym problemem i że cokolwiek by się nie działo, każdy może do niej przyjść i się wyżalić oraz opowiedzieć o swoim zmartwieniu. W końcu nieraz ratowała Harry'ego i Rona, a nawet siebie z przeróżnych tarapatów, więc problemy natury szkolnej i osobistej nie zdawały się stanowić wielkiego wyzwania. Co nie znaczyło, że podchodziła do tego jak do czegoś błahego. Patrząc na zadowolone twarze swoich podopiecznych, poczuła się wzruszona, bo przypomniała sobie siebie, gdy sama znajdowała się na ich miejscu. Wtedy nigdy nie przypuszczałaby, że zamieni się kiedyś miejscami z profesor McGonagall.

Wróciwszy po wszystkim do swoich komnat, Hermiona odetchnęła z ulgą. Zdjęła szpilki i poczuła się błogo, stąpając boso po miękkich dywanach i dając odpocząć stopom.

Pierwszym na co się zdecydowała była oczywiście gorąca kąpiel. Zapaliła świece, zdjęła z siebie ubranie i wprost jęknęła z rozkoszy, gdy zanurzyła się w wannie pełnej wody. Przymknęła oczy i przez dłuższy moment po prostu leżała i cieszyła się chwilą. Wreszcie miała ten dzień za sobą. Naprawdę wiele się działo i zachciało jej się śmiać, bo o ile te pierwsze miesiące odkąd zaczęła pracę w Hogwarcie dłużyły się niemiłosiernie i sprawiały jej wiele trosk, o tyle większość jej zmartwień wyparowała w ciągu ostatnich kilku dni. Dzięki rozmowom z Minerwą poczuła się mniej samotna i bardziej podbudowana do działania niż kiedykolwiek. Uświadomiła sobie, że niepotrzebnie się przejmowała i że wcale nie jest tak źle jak sobie ubzdurała. Potrzebowała po prostu trochę więcej czasu na to, żeby się do wszystkiego przyzwyczaić. Na miejscu miała wsparcie wszystkich nauczycieli, a listownie zawsze mogła skontaktować się z Harrym i Ronem. Była pewna, że w razie czego mogłaby nawet na chwilę wyrwać się do domu, żeby odwiedzić rodziców. Drugą sprawą było to, że wreszcie przestali ze Snapem udawać, że wszystko jest w porządku i spróbowali jakoś się dogadać. Ta sprawa od początku ją męczyła, tym bardziej, gdy dowiedziała się, że on również miał zamiar wrócić do Hogwartu. Była ciekawa co przyniesie przyszłość i jak dalej potoczą się sprawy między nimi. Zaintrygował ją - tego była pewna i jakaś dziwna moc pchała ją do tego, żeby dowiedzieć się o nim czegoś więcej i nie spocząć na laurach, tylko starać się poznać go lepiej. Po trzecie awans na opiekuna domu dodał jej skrzydeł. Nie ukrywała tego, że naprawdę była z siebie dumna i nie mogła się doczekać nadchodzących wyzwań. Była ciekawa z czym będzie musiała się zmierzyć. Na pewno nie jeden raz się zdziwi albo zdenerwuje, ale czekała na to z otwartymi ramionami.

Po kąpieli ubrała piżamę i skierowała się prosto do łóżka. Była miło zaskoczona, bo okazało się, że pościel jest świeżo zmieniona, a łóżko idealnie zasłane. Poczuła zapach świeżego powietrza, więc ewidentnie było wcześniej wietrzone, firany były zaciągnięte i ogólnie rzecz biorąc wszystko zwiastowało przyjemny odpoczynek. Hermiona postanowiła nazajutrz podziękować Muri. Wiedziała, że to tylko i wyłącznie jej zasługa.

Zanim zasnęła chwilę jeszcze myślała i analizowała, ale wreszcie ogarnęło ją przyjemne ciepło i zasnęła, kompletnie zapominając o całym świecie.