Było już ciemno. Tylko kwestią czasu był moment, kiedy blask przydrożnych latarni całkowicie zgaśnie, dołączając do innych wyczerpanych źródeł światła w mieście, którego zmęczeni mieszkańcy znaleźli ukojenie w leczniczym śnie. Mimo złowrogiej aury otaczającej opustoszałe chodniki i aleje, tworzącej każdej nocy zupełnie inny świat, odczuwalna temperatura powietrza była cieplejsza niż zwykle; mogło to być wynikiem wiosennej symfonii rozgrywającej się pod promieniami niedawno zachodzącego słońca. Obecnie jedynym źródłem światła docierającego do całego Sunset City pozostawał naturalny blask księżyca zawieszonego gdzieś wysoko na niebie, nieświadomie chowającego się od czasu do czasu między chmurami przelatującymi nad potężnymi mostami, po których w dalszym ciągu przejeżdżały przeróżne pojazdy. Jednak bez względu na wszystko, nie należało dać się zwieść pozorom; było już ciemno.

Doskonale zdawała sobie z tego sprawę pewna młoda, ciemno fioletowa łasica, która zmierzała do swojego mieszkania, wierząc w siłę należnego jej odpoczynku; mijała za sobą sklepy i kawiarnie, których gospodarze — na okres gwieździstej nocy — zdążyli zwinąć swoje podwoje, podczas gdy ich stali bywalcy rozeszli się, prawdopodobnie znikając gdzieś w głębi miejskiego centrum. Na najbliższym skrzyżowaniu postanowiła jednak zmienić zdanie i skręciła w znajomą ulicę, gdzie znalazła archaicznie wyglądającą budkę telefoniczną: po zatrzymaniu się, zsiadła z rowerowego siodełka i podeszła do jej szklanej obudowy, by delikatnie uchylić drzwi i bezszelestnie wejść do środka. Korzystając z błogosławiącej ją ciemności, wyciągnęła palec w kierunku metalowej klawiatury numerycznej i zaczęła uważnie wybierać dziwną kombinację cyfr, po której wprowadzeniu spokojnie podniosła lekko zakurzoną słuchawkę.

Trzymając ją tuż przy prawym uchu, wsłuchała się w powtarzające się co jakiś czas monotonne brzęczenie; po kilku sekundach jego występowania momentalnie zamilkło, doprowadzając ją do subtelnego szumu czyjegoś mikrofonu, a zarazem połączenia z urządzeniem docelowym.

— Alice? — usłyszała zza głośnika czyiś męski głos.

— Megan — odpowiedziała mu. — Nie ma ruchu na falach.

Głos zza słuchawki zamilkł na chwilę, dając o sobie znać jedynie cichym szmerem stale płynącego połączenia rozmowy telefonicznej.

— Dowództwo potwierdziło twój raport — odezwał się. — Carl Einwegdumm nie żyje.

— Raczej zaginął w akcji.

— Nazwałabyś dezertera zaginionym w akcji?

— To zależy — odparła, rozglądając się nieufnie po nocnym sąsiedztwie budki. — Dowództwo przysłało ekipę sprzątającą. Była już na wraku. Ich wstępne oględziny wskazują na wypadek...

— Dokładnie tak, jak myślałaś.

— Czy przejęła już jego sprzęt?

— Tak — powiedział jednoznacznie. — Roboty, broń i raporty. Do tego pozyskali z systemów łączności nowe części zamienne.

Nowe? — przerwała — Ten wrak leży tam już wystarczająco długo! Jak możesz nazywać ten złom nowym?

— Cięcia budżetowe czynią cuda, Meg...

Łasica mimowolnie prychnęła, lekko rozluźniając swój mocny uchwyt na słuchawce telefonu.

— No tak, cięcia...! — uśmiechnęła się pod nosem — Nie przestajesz mnie rozbrajać, B.D...

Zuch chłopak?

— W rzeczy samej...

Między rozmówcami zapadła cisza. Megan jeszcze raz rozejrzała się po otoczeniu zza szklanej kabiny, chcąc się upewnić, że nikt nie miał zamiaru bawić się w podsłuchiwanie jej rozmowy. Zatrzymała wzrok na dwójce nieznanych jej cywili: pancerniku o czerwonej skorupie i żółtej polatusze, którzy szli razem przez pobliski chodnik, trzymając się blisko siebie za plecy. Zanim zdążyła ogłosić żółty alarm, zauważyła, że wraz z kolejnymi krokami nieznajomych ujawnia się ich dziwna przypadłość: para z trudem utrzymywała wzajemną równowagę, bełkocząc między sobą słowa czegoś, co mogło być biesiadną piosenką. Uznając, że niepotrzebnie przyglądała się kolejnym pijakom wracającym z imprezy, ponownie skupiła uwagę na słuchawce miejskiego automatu telefonicznego.

— Fałszywy alarm — obwieściła. — To były tylko jakieś najebusy przechodzące obok budki.

— Uroki życia w Sunset City?

— Nawet o nich nie zaczynaj...

— Wiesz co? To dobry pomysł. Mam lepsze tematy, którymi mógłbym cię zanudzać.

— Takie jak...?

— Masz może jakieś nowe informacje na temat miejsca pobytu twojego niziołka?

Projektu Shadow?

— Mhm...

Megan ugryzła się w język, próbując przypomnieć sobie swoje ostatnie spotkanie z jeżopodobną hybrydą. Ostatni raz miała z nią kontakt krótko po tym, jak otrzymała wiadomość, że Purus zawarł partnerstwo biznesowe z G.U.N., dzięki któremu zamierzał całkowicie zautonomizować swoje placówki w ciągu najbliższych pięciu lat, skutecznie pozbywając się jej skutecznej przykrywki. Przygotowała dla niego nieszkodliwe prezenty, powiedziała kilka ciepłych słówek, a także zostawiła spreparowany numer telefonu w nadziei, że "złapie haczyk". Do tej pory jednak na linię zadzwoniła kobieta, która "pochwaliła się", że jej złota rybka utonęła w akwarium, po czym się rozłączyła bez pożegnania. Nie takiego rezultatu się spodziewała.

— Nic ciekawego — burknęła, mimowolnie drapiąc się po prawym uchu. — Pojawił się, zebrał dla nas nieco telemetrii, a potem zniknął. Nie powiem, ale to był dla nas dość interesujący miesiąc...

— Sam bym tego lepiej nie ujął... — odetchnął z ulgą — Przez ten głupi samochód bałem się, że z wściekłości wyrwę sobie uszy! Drzwi nie chciały się zamykać, silnik nie przestawał wydawać dziwnych dźwięków... Co za szrot. Swoją drogą, jak twoje wrażenia?

— Z czego? — zaśmiała się — Twojej nowej, kretyńskiej fryzury?

— Hybrydy — przerwał na chwilę. — Byłaś blisko niej przez naprawdę długi czas. Mało kto tego dokonał. Boli cię głowa? Czujesz się dobrze?

Łasica przypomniała sobie moment, w którym po raz pierwszy zapoznała się z rezultatem Projektu Shadow, przynajmniej na papierze. Niemal niezniszczalny, wysoce agresywny, wykazujący skłonności socjopatyczne, a do tego z potwierdzonym zaburzeniem osobowości typu borderline. Istna maszyna do zabijania, gotowa ugryźć karmiącą go rękę, gdy tylko zobaczy, że ktoś inny oferuje mu kilka drobinek jedzenia więcej. A jednak okazał się być kimś o wiele bardziej skomplikowanym, niż wyglądał. Kimś, kto mimo swoich żenujących umiejętności komunikacji społecznej, chciał mieć przysłowiowy "święty spokój".

— Polemizowałabym — oznajmiła. — Rozumiem, dlaczego wszyscy boją się o niej rozmawiać, ale... czy nie lepiej byłoby wykorzystać ją w inny sposób, zamiast próbować ją zniszczyć, czego tak bardzo chce dowództwo?

— O czym ty mówisz? — B.D. powiedział z oburzeniem. — Nie wiesz, co zrobiła na stacji kosmicznej ARK?

— A czy wiesz, co zrobiła na pokładzie tamtego lotniskowca?

Głos zza słuchawki zamilkł ponownie, ustępując miejsca cichemu szumowi połączenia.

— Miał z tym związek? — zapytał ją półszeptem.

— Byłam tam, B.D. — odpowiedziała mu. — Byłam tam...

Bliski współpracownik łasicy zaniemówił z wrażenia.

— Jakim cu-

— Telemetria — przerwała mu.

— Doprowadziła cię tam?

— Jak już mówiłam, to był wypadek. Niepowstrzymana siła napotkała nietykalny obiekt...

On to zrobił? Zmusiłaś go do tego?

On się tylko bronił, próbując wykonywać cywilne obowiązki, które mu przydzieliłam. Gdy chciałam go obezwładnić tuż przy wraku, wystraszyłam się, że nabierze podejrzeń, przez co wrócę do was w worku na zwłoki... Ale wiesz, co się stało? On kupił moje kłamstwa. Wszystkie z nich...

— Co masz przez to na myśli? To przecież ściśle tajna broń! Tylko garstka agentów miała na tyle szczęścia, by przeżyć z nią bezpośredni kontakt!

— Ale mi się udało — odparła mu bez emocji. — I na dodatek nawiązałam z nią... pewną więź? Mogłabym nazwać ją przyjaźnią, ale to nie jest właściwe słowo, biorąc pod uwagę kontekst jej przyjścia na świat...

Jasna cholera...