Witam serdecznie w Nowym Roku. Oby okazał się spokojniejszy niż poprzedni i można będzie wracać do normalnego życia.


Harry i Hermiona przeszli prosto do przedziału prefektów. Czekali tam już na nich Draco z Pansy a atmosferę, jak można było sobie wyobrazić, można było kroić nożem. To Pansy jako pierwsza odzyskała przytomność, ponieważ Draco siedział z zasznurowanymi ustami, ale zdecydowanie nie sprawiał wrażenie tak wyszczekanego jak zawsze.

- Tak myślałam, że będziecie prefektami Gryffindoru – powiedziała Pansy – gratulacje!

- Dzięki Parkinson – powiedział Harry.

- Jesteście najlepsi w swojej klasie, jak wakacje? – spytała Pansy.

- Spokojnie – odparła Hermiona – to rok SUMów!

- Odwiedził was Wiktor Krum – powiedział Draco – na ile u was został?

- Dwa tygodnie – wyjaśniła Hermiona – Harry zaś miał okazję ćwiczyć z nim latanie.

- Słuchajcie – zaczął ostrożnie Draco – jesteśmy teraz prefektami, jesteśmy bardziej dojrzali. Wiem, że zachowywałem się przez lata jak palant, ale chcę was przeprosić. Nie chcę z wami kłopotów.

- Ze względu na wujka, inaczej Malfoy nadal byś mnie wyzywał od szlam – powiedziała chłodno Hermiona.

- Nie chcę z nim zwady Granger-Grindelwald, wychowałem się w domu, gdzie uczono mnie, że każdy kto nie jest czystej krwi to szumowina. Wszyscy dorastaliśmy w określonych przekonaniach, nie proponuję wam przyjaźni, ale… ale zawieszenie broni – wyjaśnił Draco.

- My nie będziemy atakować jak długo by nie będziecie – zapewniał Harry – zamierzamy zebrać SUMy z najwyższymi ocenami!

- Ja też – zapewniła Hermiona.

- No, to chyba warto zacząć od początku – powiedział Draco – Draco Malfoy – powiedział wyciągając dłoń do Hermiony.

- Hermiona Granger-Grindelwald – odpowiedziała ściskając dłoń.

- Harry Potter – powiedział Harry podając rękę Pansy.

- Pansy Parkinson. No to może zjemy po czekoladce i ruszamy na patrol?

- Tak szybko? – jęknął Draco.

- Tak, mamy obowiązki.

Prefekci mieli faktycznie za zadanie patrolować korytarze. Harry szedł razem z Hermioną, bo zwykle pary z danego Domu chodziły razem. Nie zauważyli większych problemów, ot zwykłe, uczniowskie przepychanki. Takie coś w każdym razie widzieli Harry i Hermiona, ponieważ Draco i Pansy mieli nieco trudniejsze zadanie. Starsi Ślizgoni, część z nich rzecz jasna, była bardzo podekscytowana powrotem Czarnego Pana jak o nim mówili. Dom Slytherina był podzielony między zwolenników Voldemorta a zwolenników Grindelwalda. Ci drudzy mieli znacząca przewagę liczebną, ale ci pierwsi nadrabiali okrucieństwem i fanatyzmem. I z tym musieli mierzyć się Draco i Pansy, oficjalnie po stronie Voldemorta.

Nikt nie wiedział, że powrót Voldemorta przekonał Perseusza Parkinsona do zmiany stron. Parkinson marzył rzecz jasna o większych wpływach dla rodów czystej krwi, ale w przeciwieństwie do Lucjusza wiedział, że powrót Voldemorta oznacza krwawą jatkę, a nie przywileje. Dlatego postanowił za pośrednictwem wspólnych znajomych umówić się na rozmowę do Lorda i Lady Grindelwald.

- Co za zmiana panie Parkinson – mówił Gellert – czemu pan chce zmienić strony?

- Nie będę ukrywać, że wychowałem się w rodzinie wierzącej w wyższość czystej krwi. Ale nie jestem ślepy i widzę jaki potencjał mają ci półkrwi, a poza tym, poza tym mam żonę i córkę i nie chcę, żeby żyły w strachu. Dla mojej Pansy, mojej jedynaczki pragnę by była wolna i sama decydowała o sobie i sama sobie dobierała przyjaciół. Dlatego chcę pomóc Lordzie Grindelwald.

- Rodzina potrafi zmotywować – powiedział Gellert – ale ja muszę mieć pewność, pan wie to sprawdzam prawda?

- Każe pan przechodzić przez ogień Protego Diabolica – powiedział Perseusz – zrobię to. Ale chyba nie na dywanie w salonie?

- Nie, zapraszam do piwnicy.

Perseusz Parkinson z pewną obawą wszedł w krąg magicznych płomieni. Naprawdę szczerze chciał lepszego życia dla żony i córki i z tą myślą przekraczał ognie. Kiedy te zaczęły go obejmować przestraszył się, ale nie poparzyły go. Przeszedł nietknięty do czarnoksiężnika stojącego dokładnie pośrodku.

- Ma pan wątpliwości co do moich przekonań, ale nie dość by zdradzić – powiedział Gellert rozpraszając płomienie – zapraszam na górę, tam się będzie nam wygodniej rozmawiało.

- Oczywiście Lordzie Grindelwald.

- Starczy proszę pana, oczywiście jak jesteśmy w zaufanym gronie – powiedział Gellert – nie chcemy zepsuć przygrywki, jest pan zdolnym politykiem Parkinson, proszę działać w stronnictwie konserwatywnym dbając by Malfoy i Nott takowe kompromitowali. Pańska córka zaczyna teraz piątą klasę prawda?

- O tak, Pansy jest prefektem proszę pana – powiedział Perseusz.

- Gratuluję, niech obserwuje młodego Malfoya przebywa z nim dość często by to czynić, czyż nie? Malfoyowie to wielcy zwolennicy Tomusia.

- Kogo? – spytał Perseusz.

- Ach – zaczął Gellert.

Po chwili czarnoksiężnik napisał różdżką w powietrzu „Tom Marvolo Riddle" i machnął rękę tak, że napis zmienił się w „I am Lord Voldemort", w oczywistym anagramie. Perseusz wytrzeszczył oczy widząc owo oszustwo, ponieważ Riddle to nie nazwisko czarodziejskie. Gellert opowiedział swojemu nowego stronnikowi, że Riddle to bękart charłaczki i mugola, co nakłamał im wszystkim prosto w oczy o swej czystej krwi.

-On kłamał, wszystkich nas okłamał – mówił Perseusz.

- Crabble czy Yaxley nie potrzebowali wymówki by zabijać, ale to co musisz wiedzieć Parkinson to to, że Tomuś to szaleniec z manią wielkości. Należy na niego uważać, a nie mu wierzyć.

Parkinson zrobił, jak mu nakazano a o zmianie stron naprawę mało kto wiedział. Pansy raz podsłuchała rodziców, jak ojciec tłumaczył matce swoje przejście na bardziej umiarkowaną stronę. Jej matka Melinda przyjęła to z ulgą, była z domu Macmilian podobnie jak Ernie, a rodzina Macmilian znana była z umiarkowanych poglądów. Po tym Pansy rozumiała czemu ma mieć oko na Draco, co mogła robić jako jego dziewczyna, a sama Pansy zamierzała przekonać Draco by szukać pomocy u Lorda Grindelwalda.

Kiedy pociąg dotarł na stację w Hogsmeade, Hermiona zaczęła szukać Lavender i Parvati by z nimi jechać, zaś Harry szukał Rona oraz Seamusa, ponieważ tego drugiego dawno już nie widział. Wcześnie pomagali innym uczniom, ale zasadniczo prefekci nie mieli jakiś szczególnych obowiązków w czasie jazdy.

- Draco, jesteś blady i nawet nie chciałeś mnie zaprosić do domu w wakacje – mówiła kiedy siedzieli tylko we dwoje w powozie ciągniętym przez testrale.

- On teraz mieszka u mnie w domu, nie masz pojęcia co się dzieje – mówił Draco.

- Potrzebujesz pomocy, jesteś bardzo przestraszony – mówiła Pansy.

- Nikt mi nam nie pomoże, nikt – mówił Draco.

- On ma potężnych wrogów, a jednym z nich dyrektor, a drugim Lord Grindelwald, każdy to wie – powiedziała Pansy.

- Lord Grindelwald nienawidzi mojej rodziny, a dyrektor – zaczął Draco – on nie da rady! Matka zabroniła mi przyjeżdżać na święta. Mam napisać, że się uczę.

- Zatem dotrzymam ci towarzystwa – zapewniała Pansy.

- Twojej rodzinie też grozi? – spytał Draco.

- Nie, ale chcę z tobą pobyć – zaśmiała się Pansy – w szkole będziesz bezpieczny.

- Ale matka tam jest – mówił Draco.

- Jest bardzo mądrą czarownicą – przypomniała Pansy – poradzi sobie, poza tym On nie zaryzykuje poparcia twego ojca.

- Raczej nie, ale to co On mi kazał oglądać, nie masz pojęcia co to było!

Pansy współczująco objęła swego chłopaka. Draco był roztrzęsiony, a z tego co podsłuchała w rozmowie ojca a Tezeuszem Greengrassem to Voldemort urządził sobie w Malfoy Manor niezłą serię orgii przemocy. Wielu było zachwyconych dając upust swoim żądzom, ale nie Draco ni nie jego matka. Młodzi Ślizgoni czekali, że czeka ich mroczny rok.


Pomimo stanu wojny, której nie chciało uznać ministerstwo magii, uczta powitalna miała być wspaniała jak co roku. Dyrektor wygłosił swoje zwyczajowe przemówienie, zaś potem przyszła pora przedstawić nowego nauczyciela OPCM. Alastor i Syriusz na za długo utknęli we Francji, by Knot nie skorzystał z okazji by wcisnąć swojego człowieka na stanowisko. A był to John Dawlish, który wygłosił wyjątkowo długą i nudną przemowę.

- Ktoś tego w ogóle słuchał? – pytał Seamus, na co Harry, Ron i Hermiona pokiwali głowami.

-Ministerstwo będzie się mieszać w sprawy Hogwartu – powiedziała Hermiona – uważa dyrektora za zagrożenie. Tylko nie wiem czemu.

- Tata mówi, że minister uważa, że Dumbledore szkoli tutaj armię by przejąć ministerstwo – powiedział Ron biorąc porcję ziemniaków.

- To największe bzdury jakie słyszałem – powiedział Harry – po co by miał to robić? Przecież gdyby dyrektor chciał zostać ministrem, byłby nim dawno.

- I Knot o tym wie – powiedziała Hermiona – a raczej ktoś mu przypomniał, ale po co?

- Dywersja – odparł Ron – chodzi o zmylenie go i skierowanie wzroku, gdzie nie trzeba. A kto jest największym fanbojem wężogębego w ministerstwie?

- Jesteś genialny Ron, no przecież blondasek!

- O czym wy na Merlina mówicie? – pytał Seamus – jak lato Neville?

- Bardzo dobrze, zajmowałem się dużo roślinami – powiedział chłopiec – ale to rok SUMów, boicie się?

- Trochę, ale na pewno dasz sobie radę tylko nie bądź taki strachliwy Neville.

Neville zmienił się przez lato. Wyjechał do Francji bardziej naukowo, ale trafił też do magopsychiatrów w szpitalu Meluzyny, którzy pomogli mu z różnymi innymi problemami. Fakt, że chłopiec otarł się o śmierć i widział powrót Voldemorta sprawił, że już nie bał się eliksirów czy większości lekcji. No i zrozumiał kto jest naprawdę zły w ich świecie, toteż teraz siedział i uważnie obserwował.

Chłopcy z radością rozłożyli się na swoich łóżkach w dormitorium. Ron już wszystkim opowiedział o spotkaniu z Wiktorem Krumem, a Harry potwierdził, że Wiktor odwiedził ich w tym roku. To zdecydowanie bardzo ich ciekawiło i każdy po troszku zazdrościł Potterowi, ale to w końcu Potter.

- Myślicie, że to prawda, to co mówi dyrektor o powrocie Riddle'a? – spytał Seamus – bo mama nie bardzo w to wierzy.

- Wiem co widziałem – powiedział Neville. – A skurwiel uciekał od Lorda Grindelwalda i dyrektora gdzie pieprz rośnie – dodał Neville – ale teraz to bardziej boję się SUMów.

- Ale to na koniec roku, teraz to pomyślny o meczach – zaczął Ron.

I skończyli dyskusję debatując nad szansami Gryffindora w zwycięstwie w szkolnych meczach sportowych. Harry bardzo chciał wypróbować nowe ruchy w czasie meczów, opowiadają o tym jak latał sobie w Wiktorem i Johannem. Starsi czarodzieje wiele go nauczyli, a on zamierzał wykorzystać nowe umiejętności.

W innej rzeczywistości, o której nieraz śnił czasem Harry, byłby teraz przedmiotem ataków razem z dyrektorem. Teraz owszem miały miejsce niesnaski między ministrem Knotem a dyrektorem, ale stronnictwo równowagi go broniło. A i taki Parkinson zgłaszał bezsensowne, nadęte pomysły by ośmieszyć byłych kolegów. Tak mu kazał Gellert, by ośmieszać konserwatystów zgłaszaniem niczym nie popartych rewelacji jak to, że to sama magia uznaje wyższość czarodziei nad czarownicami oraz, że krew ulega oczyszczeniu w każdym pokoleniu i tylko kojarzenie czystych linii daje potęgę. Charłaki zaś biorą się z dodatku świeżej krwi, bo to ponoć rozcieńcza magię. Tezy te miały zabierać zwolenników i ośmieszać, ale wielu je kupowało. Stronnictwo konserwatywne popierało tezy ministra i tezy o wywrotowej działalności ministra znajdywały się obok tez o niższości czarownic. Dlatego pewnie matka Seamusa niechętnie to czytała i Seamus nie był nastawiony niechętnie do Neville'a.


Na pierwszą lekcję OPCM szli zaciekawieni, gdyż miał ich uczyć auror. John Dawlish, teraz profesor Dawlish, wyglądał imponująco jako młody, wysportowany mężczyzna. Ku niezadowoleniu uczniów polecił jednak wyjątkowo nudny podręcznik, a to już zniechęcało. Autor nie pisał niczego, poza tym, że uroki i klątwy są złe i każdy kto ich używa jest zły.

- Schowajcie różdżki, nie będą wam potrzebne – zaczął Dawlish – ani na tej, ani na żadnej z moich lekcji. Będziecie czytać podręcznik. Coś jest niejasne panie Potter?

- Tak panie profesorze Dawlish – odparł Harry – czy nie będziemy ćwiczyć podczas lekcji?

- A po co miałby pan ćwiczyć panie Potter?

- Aby dostać dobra ocenę na SUMach - wyjaśnił Harry – chciałbym dostać „W" z pańskiego przedmiotu a na egzaminie będzie część praktyczna.

- Na pewno da pan sobie radę, pańska ambicja jest duża panie Potter.

- O tak profesorze, mój taka jak pan wie szkolił się na aurora i chciałbym iść w jego ślady. Dlatego potrzebuję praktyki, pan jest aurorem i wie jak trudne jest szkolenie.

- Ale to dopiero po szkole, a teraz nie ma powodu byście używali zaklęć. Nic wam w szkole nie grozi – zapewniał Dawlish – ja zaś dowiem się co do wymagań egzaminacyjnych i zadbam by teoria wystarczyła na dobrą ocenę. Dobrze, że pan o tym wspomniał Potter przyjrzę się tej sprawie. A teraz zacznijcie proszę czytać.

Klasa jęknęła, ale nie mieli wielkiego wyboru jak czytać śmiertelnie nudny podręcznik. Neville i Seamus zasnęli, ale nauczyciel zdawał się nie przejmować faktem, że uczniowie śpią u niego na lekcji. Nie zareagował nawet jak Lavender, siedząca w drugiej ławce zasnęła nawet się z tym nie kryjąc. Harry próbował nie zasnąć, ale było mu ciężko. Ron chrapał, tak samo zresztą Ślizgoni. Draco, Pansy i Dafne nie spali, ale reszta tak. Dafne próbowała budzić Tracy, ale bez większego rezultatu. Vincent i Millicent, oficjalna para, spali stykając się głowami i traktowali pięściami każdego kto im przerywał sen. Nauczyciel siedział i miał to wyraźnie gdzieś, wyraźnie woląc by uczniowie spali na lekcji niż się czegoś uczyli. Dopiero dzwonek ich rozbudził.

- Ale mnie kark boli – jęczał Ron.

- Trzeba się było na czymś skupić na lekcji, a nie spać Ronald – powiedziała Hermiona.

- Nie mów, że czytałaś ten podręcznik!

- Nie, robiłam powtórkę na transmutację – wyjaśniła – ty też powinieneś Ronald!

Rudzielec tylko jęknął nie zamierzając słuchać wykładu Hermiony. Drzemka to nic złego i właściwie nie miał nic przeciwko pospaniu sobie na lekcji. Przecież nikt nie pokazywał im klątw, nie kazał stawać oko w oko ze strachami czy coś takiego. O nie, mogli sobie spokojnie pospać a jak wiadomo w czasie snu śniadanie lepiej się układa.

- To było okropne – mówiła Hermiona w Pokoju Wspólnym – jak mamy zdać SUMy bez praktyki?

- Powinniśmy założyć grupę ćwiczeniową i uczyć się – zaproponował Harry – czytać zaklęcia i je trenować.

Siedzieli akurat w czwórkę z Nevillem a inni uczniowie postanowili skorzystać z pięknej pogody tego wczesno wrześniowego dnia. Dlatego nastolatkowie mogli sobie spokojnie skorzystać z chwili na spokojną rozmowę. Nie zwracali uwagi na pierwszaków, którzy wyraźnie byli przestraszeni samego nazwiska Grindelwald. Hermiona w pewnym sensie ich odstraszała, zaś Colin czy Dean wyraźnie się od nich oddalali.

- Harry, wujek kazał nam trzymać głowy nisko i nie pakować w żadne awantury, którego puntu nie zrozumiałeś? – spytała Hermiona – grupa nauki zaklęć jak nauczyciel ministerialny tego zabrania?!

- Dawlish nie ma racji!

- Wiem, że nie ma, ale wujek się wścieknie jak się dowie, on nienawidzi brawury, dlaczego co chwila tak reaguje na Blacka?! – przypomniała Hermiona – ale masz rację: powinniśmy się uczyć. Pójdziemy do kompetentnego nauczyciela jak profesor Flitwick, albo McGonagall lub Snape i niech oni nam dadzą dodatkowe lekcje.

- Dlaczego Snape? – spytał Neville który ich uważnie słuchał.

- Bo się zna na czarnej magii, a nie sposób nauczyć się dobrze obrony przez czarną magią od kogoś kto tej czarnej magii, Crouch miał rację, że ciężko uczyć się obrony przez nieznanym – tłumaczyła Hermiona.

- Ty uważaj z takimi tezami – mruknął Ron – nie mówię, że nie masz racji, ale masz rację na nazwisko Grindelwald to brzmi sama wiesz jak.

- Granger-Grindelwald – przypomniała – a my SUMa do zdania, ktoś kompetentny musi nas uczyć! Mnie, Harry'ego, ciebie Ron, Neville'a i wszystkich.

- Ale naprawdę sądzisz, że nauczyciele się zgodzą? – pytał Harry.

- Nie wiem, ale jak się nie spytamy to się nie dowiemy no nie?

- Ja bym chciał się umieć bronić – powiedział Neville – nienawidzę być słaby i być celem, drugi raz inni mnie nie ocalą – mówił – chciałbym umieć się bronić przez… przed Riddle'm i tą suką Lestrange – dodał ostro – chciałbym, aby zapłaciła za to co zrobiła rodzicom. By cierpiała jak oni!

- Do tego byś musiał umieć poprawnie Cruciatusa– powiedziała Hermiona – a to zaawansowana czarna magia.

- Wiem Hermiono i wiem, że czarnej magii można się legalnie uczyć we Francji – powiedział Neville za zaciętością na pucołowatej twarzy – nie zapomnę nigdy kto mnie ocalił tam na cmentarzu i jak powiedział, że fair to można być w przyjacielskim pojedynku a nie wobec tchórzliwych morderców.

- To nie brzmi jak deklaracji chęci nauki OPCM, ale czarnej magii – zauważył Harry.

- Nie każdy kto używa czarnej magii jest zły, sam to mówiłeś – powiedział Neville.

- A twoja babcia? Pozwoli ci na to? – spytała Hermiona.

- Za dwa lata, jak osiągnę dojrzałość zostanę pater familias rodziny Longbottom i nie będzie mi mogła niczego zabronić – przypomniał Neville.

- Ale na razie pójdziemy do nauczycieli.

Ron i Neville uważali, że nie powinni mieszać w to nauczycieli, ale Hermiona się uparła i nie chciała nawet słyszeć o samodzielnym nauczaniu. W innej rzeczywistości, gdzie nie zostałaby adoptowana przez rodzinę czarodziei zapewne uznałaby za właściwie by samodzielnie trenować. Ale od wakacji po pierwszym roku trenowała czarną magię u boku wujka Gellerta, który skutecznie wbijał jej do głowy jak niebezpieczne jest rzucanie nieznanych zaklęć bez nadzoru jak się jest nastolatkiem.

Nagła zmiana w poglądach Neville'a głęboko zaskoczyła Harry'ego oraz Hermionę. Przeszedł od niechęci do czarnej magii do chęci nauki takowej, ale najwyraźniej bycie porwanym przez Glizdogona go zmieniło, to plus ratunek przez Gellerta. Hermiona nie zamierzała nikomu mówić, że uczy się czarnej magii by nie zdradzać jakież to ma atuty.


Severusowi coraz trudniej przychodziła rola wrednego nietoperza z lochów. Jego przywódca kazał mu grać takiego, ale Severus nie był tutaj samotnym, zgorzkniałym człowiekiem nienawidzącym świata. Miał całkiem spore grono znajomych w postaci Akolitów, grupę która uznała jego zdolności jako przydatne i z która brała go jako „nowego" na próbne picie do Dame Blanche i tym podobnych miejsc. Miał przyjaciela w osobie swego Mistrza Wilhelma, a i przywódca dbał by wrócił raczej niepoobijany z misji. Gellert dbał w taki sposób o wszystkich Akolitów, ale o Severusa nikt tak nie dbał prócz matki i Lily więc cóż, potrzebował czasu by do tego nawyknąć. Ale polecenie do polecenie, toteż brał na cel wiecznie nieprzygotowanego Weasleya oraz niezdarę Longbottoma a takich jak ci dwaj znaleźć można w każdej klasie.

- SUMy – napisał na tablicy – w tym roku będziecie mieć egzamin z eliksirów, który oczywiście większość z was obleje – dodał patrząc na Rona – czyli się pożegnamy a na przyszły rok przyjmę rzadkie perły – spojrzał na Draco – a teraz czas na kartkówkę powtórkową!

- Ale jest dopiero wrzesień – jęknął Ron.

- Weasley jestem tego świadom, a teraz wyciągacie karteczki i koniec dyskusji, chyba że ktoś chce zawrzeć bliską znajomość z moimi kociołkami. Nie? Dobrze, zatem opiszcie mi składniki potrzebne do…

Cała klasa jęknęła tak jak to zwykle z kartkówkami bywa. Severus zaś chodził i pilnował czy nikt nie ściąga zachowując się jak na wrednego nietoperza przystało. Oczywiście patrząc na to jak Ron jest nieprzygotowany, a Seamus znowu coś wysadza nie musiał udawać złości. I tak właśnie robił krążąc między nimi by ich dodatkowo zestresować.

- Jak zwykle – parsknął Severus – Nikt poza Potterem i Granger-Grindelwald nie opanował sztuki czytania w Gryfindorze, chociaż Brown i Patil są bliskie. No, to teraz przygotujecie w ramach powtórki eliksir pieprzowy.

Pomimo niefortunnego początku, Harry, Ron i Hermiona oraz o dziwo Neville postanowili pytać Severusa o dodatkowe lekcji.

- Klub nauki obrony? – pytał Severus – które z was to wymyśliło Potter czy ty i Granger-Grindelwald?

- Skąd pan profesor wie, że to my? – spytał Harry.

- Bo a) tylko wy macie jakieś ambicje w waszej klasie i b) tylko wy macie dość tupetu by coś takiego zaproponować. A teraz posłuchajcie mnie bardzo uważnie – powiedział Severus – minister wysłał tutaj Dawlisha nie bez powodu, ma mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Organizując coś takiego jedynie karmimy paranoję ministra. Możecie – dodał miękko – prosić o korepetycje, ale nie mnie, bo cóż moja działka to eliksiry idźcie do Flitwicka! A co do eliksirów, to niech pani chwilę zostanie panno Granger-Grindelwald chciałem pokazać pani pewną książkę i omówić możliwość dodatkowych lekcji.

Chłopcy postanowili zrobić jak Severus kazał, zostawiając Hermionę z nim. Nikt nie zadawał pytań, dlaczego Hermionę interesuje dodatkowa książka bo to Hermiona. Jej zapał do nauki znała cała szkoła i branie dodatkowych lekcji w roku SUMów to w jej wypadku coś raczej oczywistego a nie nieoczekiwanego.

- Pani wuj prosił by pani ćwiczyła czarną magię pod moim okiem – powiedział Severus kiedy wyszli – oficjalnie ma pani dodatkowe lekcje eliksirów, jako najlepsza uczennica.

- Tak jest profesorze.

- A ta grupa nauki, nie wiem czyj to pomysł, ale uważajcie. Pójdziemy zaraz do nieużywanej klasy, gdzie ocenię co pani umie. Od kiedy wuj panią uczy czarnej magii?

- Od wakacji po pierwszym roku – wyjaśniła – mam oddzielną różdżkę do tego.

- Doskonale, ma ją pani przy sobie? – spytał.

- Zawsze na wypadek ataku profesorze – odparła – mam w torebce różdżce i książkę z zaklęciami, podręcznik z Francji nic specjalnego, żadna tam Magica Mortis czy Necronomicon.

Severus nic nie powiedział na te ostatnie, ale przeszli do sąsiedniej klasy gdzie już stał manekin treningowy. Miejsce to zwykle służyło jako dodatkowy składzik, ale teraz zostało zaadoptowane do treningów. Severusa nawet ciekawiło co zobaczy po uczennicy swego przywódcy, ale oczekiwał wiele.

- Niech pani rzuci podstawowe klątwy takim sposobem jaki zwykle je pani rzuca – powiedział wyliczając listę zaklęć – chcę widzieć styl rzucania i wszystko.

- Czy mam rzucić zaklęcie werbalnie czy niewerbalnie? – spytała.

- Niech pani rzuci co potrafi niewerbalnie, a jeśli umie pani bezróżdżkowo to i tak. To rozumiem jako sposób. Proszę, trzy, dwa, jeden!

Hermiona skinęła głową i wykonała polecenie. Używała swej nielegalnej różdżki, wykonując niezwykle oszczędne ruchy dłonią. Tak ją uczył wujek i sam tak rzucał zaklęcia. Część klątw rzuciła niewerbalnie, takich podstawowych zaś inne wymienione szeptając formułę tak, że ofiara by nie słyszała co też na nią rzuca. Skupiona ciskała klątwę za klątwą bez wahania i bez przerwy tak jak zawsze uczył wujek.

- On panią uczy na Mistrzynię – powiedział Severus – technika oszczędnych ruchów jest bardzo trudna, ale piekielnie przydatna o czym pani wie zapewne. Umiem rzucać zaklęcie tą techniką, mam listę zaklęć którą powinna pani znać wedle wuja. Czy ćwiczyła pani pojedynki?

- Tak – odparła – wujek mówił, że zacznie ćwiczyć ze mną jak opanuję Cruciatusa, na razie ćwiczyłam z jego ludźmi, a ostatnio głównie z Violette. Wujek mówi, że one nie jest typem wojowniczki ale powinna ćwiczyć, bardzo się przejął atakiem na nią.

- Bardzo, jest jego przyjaciółką co by pani zrobiła, jakby ktoś zaatakował Weasleya i wysłał go do szpitala?

- Wydrapałabym oczy, przypaliła palce a na koniec wypatroszyła – wyjaśniła szybko Hermiona.

- Dokładnie, więc powinna pani rozumieć wuja. Dobrze, dzisiaj zajmę się oceną a potem poćwiczymy pojedynki - wyjaśnił Severus – zasada będzie prosta, może pani rzucić na mnie wszystko poza Niewybaczalnymi. Jak dobrze zna pani oklumencję?

- Ciotka mnie uczyła, znam podstawy. Harry też, wujek go uczył – zapewniała.

- Zatem zostanie pani ze mną co dwa tygodnie po zajęciach by mieć dodatkowe lekcje. Jakby kto pytał, to przerabialiśmy...

Severus opowiedział Hermionie co miała mówić, oczywiście na temat już znanych sobie zaawansowanych eliksirów by nadać całości prawdopodobieństwa. Nie żeby Rona to ciekawiło, ale rzecz jasna musieli mieć zaplanowane co i jak, zwłaszcza jeśli Dawlish węszył po szkole, szukając dowodów na to, że dyrektor szkoli uczniów by zaatakowali ministerstwo.


Albus zignorował rady Gellerta by nie posyłać ludzi na patrole w ministerstwie. Gellert wyjaśnił mu w jaki sposób chce ściągnąć do ministerstwa śmierciożerców i Albus właściwie uznał ten plan. Mimo to na wszelki wypadek słał tak ludzi na patrole, by mieć oko na sytuację. Obaj długo debatowali co zrobić, ale nie mogli postawić w ministerstwie takich alarmów jak na cmentarzu w mugolskiej wiosce. Próbowali tego, ale niestety czasem chadzali tam prawdziwi czarodzieje i po fałszywym alarmie musieli takie znieść.

- Nie myśl, że nie martwię się o nich – mówił Minerwie – ale musimy mieć oko na tamto miejsce, na wypadek jakby jednak Tom znalazł sposób by jego ludzie tam weszli.

- Ale jaki? To możliwe? – pytała Minerwa.

- Nie wiem, nie mam za wielkiej wiedzy o wróżbiarstwie – wyjaśnił Albus – Gellert wie więcej, ale nie chce mówić. Pomysły edukacyjne Dawlisha to wręcz prowokowanie dzieci by zrobiły coś głupiego, zwłaszcza dla tych co mają egzaminy końcowe. Nie wiem, jak im pomóc.

- A ja chyba wiem, przyszła do mnie Hermiona i opowiedziała, jak chcą tworzyć grupy nauki – opowiedziała Minerwa – nikt nam nie zabroni dawać uczniom korepetycji w roku SUMów czy OWUTEMów. Ale dlaczego Knot to robi?

- Lucjusz Malfoy, niewątpliwie na rozkaz Toma, przekonuje Knota, że chcę przejąć ministerstwo. Chce mnie wyeliminować, żeby musieć mierzyć się tylko z Gellertem – wyliczał Albus.

- Nie da sobie z nim rady, Gellert ma wsparcie na całym kontynencie – wyliczała Minerwa – musimy przeczekać szaleństwo Knota, z tego co mówisz Riddle planuje uwolnić takich jak Bella. Nie powinniśmy jakoś tego powstrzymać?

- Gellert nie pomoże, a bez niego nie damy rady – powiedział Albus – jego ludzie są bardzo kompetentni, on sam ma możliwości większe niż ministerstwo.

- Dlaczego nie pomoże? – spytała Minerwa.

- Chce ich pozabijać poza Azkabanem – wyjaśnił Albus – boję się nie przegranej w tej wojnie, ale to co będzie w razie wygranej.

Małżonkowie rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale boleśnie rozumieli jak słabą stronę stanowią. Nie mieli niczego do zaoferowania, co by mogło przebić oferty innych. A Gellert dawał czarodziejom pokój i osłabienie mugoli dość, by czarodzieje nie musieli się ukrywać. Stworzył imperium i ma następców. A oni nie mają za wiele.

Albus zorientował się, że Weasleyowie coraz bardziej po stronie Gellerta. Tamten nawet nie krył się z niczym, a Artur opowiadał jak miłymi gośćmi okazali się Gellert i Ariana Grindelwald. Opowiadał o ich wizycie w Norze, o tym jacy byli uprzejmi, kiedy ich odwiedzili i jak dobrze przyjęli w swoim domu Rona.

- Na razie to Tom jest wrogiem – przypomniała Minerwa – i jego ludzie.

Dawlish faktycznie myszkował po szkole, ale nie znalazł niczego czego mu kazano szukać. Mógł mieć swoje rozkazy, ale nie był głupi i nie mógł zakazać prowadzenia grup samopomocy czy zabronić nauczycielom prowadzenia dodatkowych lekcji. Pilnował tylko tego, czy nie ma tutaj miejsce niczego podejrzanego.

Flitwick oraz Minerwa zgodzili się na dodatkowe lekcje dla uczniów mających SUMy oraz OWUTEMy tak by mogli trenować. Dawlish mógł być tutaj na rozkaz ministra, ale nie zapomniał jak sam miał zdawać egzaminy. Mógł obiecywać, że zapewni brak części praktycznej na egzaminie, ale nie było to możliwe. Dlatego nie mógł odmówić sensu planom nauczycieli by pomagać, nie miał powodów by tego zakazać. A i nie znalazł niczego dowodzącego prawd tezom ministra.

- To nie ma sensu pani dyrektor Bones – mówił rozmawiając przez Fiuu z Amelią – każę dzieciakom czytać bezsensowny podręcznik, szkodzę im. Minister nie ma racji z tą armią!

- Nie ma, ale sam na to nie wpadł Dawlish – tłumaczyła Amelia – nie możesz zdradzić nic Knotowi, mów, że nic nie ma szkole i że musisz przeszukać Zakazany Las a tymczasem… każ uczniom czytać podręcznik, ale patrz przez palce na ich działania. Knot nie może wysłać nikogo innego!

-Rozumiem, nie może.

Dawlish faktycznie opowiedział ministrowi, że być może znajdzie coś w Zakazanym Lesie i zamierza zacząć poszukiwania możliwie najszybciej. Knot w to uwierzył i nawet życzył mu powodzenia, wyraźnie zadowolony z przebiegu sprawy. Wcześniej rozmawiał jeszcze z Lucjuszem i Hyperionem, a ci przekonali go, by zmniejszyli liczbę strażników w Azkabanie, bo przecież mają dementorów, a minister nie uznał tego za nic podejrzanego.