– Jutro wracamy do Altdorfu. – powiedział Ranald, siadając ciężko na ławie. –Rozmawiałem z Kapitan Pfeiffer, sędzia skrócił nam wyrok. Po tej aferze z trollem nie chcą nas tu widzieć, mamy opuścić koszary najpóźniej do południa.

Karczma Na Moście o tej porze była pełna jak zwykle. Pomimo gwaru rozmów, śmiechów, kufli uderzających o stoły i hałasu dobiegającego z kuchni, słowa Ranalda zabrzmiały z niebywałą mocą wśród siedzących przy stole osób. Ludbell, Golgni i Grimwold spojrzeli na siebie zdziwionym wzrokiem, nie potrafiąc wykrztusić słowa.

– WIEDZIAŁEM! – wykrzyknął z ekscytacją Grimwold, wstając i wylewając rozmarynową nalewkę na swoje białe szaty. – Mówiłem wam! Wracamy do domu!

– Panie Tolzen, sprowadziłem tę nalewkę specjalnie dla pana. – skarcił maga karczmarz. – Golgni, dla ciebie to samo co zawsze?

– Dawaj. – odparł chrząknięciem krasnolud, dopijając połowę kufla jednym haustem. – I dla każdego też. Dziś świętujemy.

– Co takiego świętujecie, jeśli można spytać?

Nie zdziwił ich niski, melodyjny głos dochodzący zza pleców karczmarza: Malthael zawsze pojawiał się znikąd, a traf chciał, że zawsze działo się to w odpowiednim miejscu i czasie. I chociaż oni to wiedzieli, karczmarz nie miał tyle szczęścia.

Trzymany przez mężczyznę pusty kufel Golgniego poszybował w powietrze, gdy niespodziewający się niczego gospodarz podskoczył z przestrachem i złapał się za serce. Nie usłyszeli jednak brzęku tłuczonego szkła: Malthael, niemalże od niechcenia, zręcznie pochwycił naczynie i wręczył je karczmarzowi z lekkim uśmiechem.

– Skoro jest co świętować, ja stawiam następną kolejkę. – powiedział elf, siadając obok Ludbell. – To co, złapaliście dziś wyjątkowo opornego handlarza kapusty, który stał w niedozwolonym miejscu? – zaśmiał się zadziornie, przeczesując machinalnie palcami swoje nastroszone, czarne włosy.

– Wyjeżdżamy! – odparł radośnie Grimwold, ścierając jednocześnie plamy nalewki z szat. – Skończyliśmy wyrok! Nareszcie zostanę czarodziejem!

– Taa, a ja przestanę być niańką. – dodał Ranald z ledwo słyszalną nutą entuzjazmu w głosie.

– Ach tak. – mruknął zamyślony Malthael.

Po chwili jednak uśmiechnął się szeroko do każdego z nich, lecz wesołość nie objęła jego akwamarynowych oczu. Co się stało?, zastanowiła się niziołek, przyglądając mu się z uwagą.

Pili długo, ciesząc się niespodziewaną wolnością i rozmawiając o wszystkim, co spotkało ich od czasu feralnego jarmarku. Ludbell, pomimo ogólnej euforii, nie potrafiła skupić się na dobrych stronach końca wyroku. Z całych sił próbowała ignorować fakt, że prawdopodobnie było to jej ostatnie spotkanie z Malthaelem. Dlaczego dopiero ostatnio potrafiłam normalnie z nim rozmawiać? Może gdybym umiała… gdybym potrafiła…

– Mam pewną sugestię. – Grimwold zwrócił się w stronę elfa z oczami pełnymi nadziei. – Skoro jutro wyjeżdżamy i nie będziemy mogli dokończyć tego, co zaczęliśmy… to… czy mógłbyś tak, wiesz… zwrócić mi nos?

– Przepraszam, mógłbyś powtórzyć? – powiedział Malthael wyrwany z własnych myśli, potrząsając lekko głową.

To do niego zupełnie niepodobne, pomyślała Ludbell spoglądając na elfa ze zmartwieniem. Chyba naprawdę coś jest nie tak.

Kiedy zauważył jej wzrok, szybko opuściła głowę, wpatrując się w schowane pod stołem dłonie. Okrągłe policzki niziołek zapłonęły, gdy niezrozumiały dreszcz przeszedł przez całe jej ciało. Uspokój się, skarciła się w duchu.

– Czy mógłbyś zwrócić mi nos? – powtórzył błagalnym tonem Grimwold. – Nie mogę pokazać się w takim stanie w Kolegium!

– Cóż by to była za nauka gdybym teraz odebrał ci możliwość i motywację? Niech cię Hoeth ma w swojej opiece. – odparł Malthael. – Wierzę w ciebie, Grimwoldzie. Jesteś jednym z najzdolniejszych młodych, ludzkich magów jakich spotkałem. Nie postawiłbym przed tobą takiego zadania myśląc, że nie dasz sobie rady. – dodał, gdy Tolzen zwiesił głowę ze smutkiem.

Położył mu dłoń na ramieniu i uśmiechnął się zachęcająco. Grimwold westchnął i, zamknąwszy oczy, sięgnął za głowę rozwiązując pasmo cienkiej tkaniny oplatającej jego twarz.

– Widziałem wiele rzeczy… – powiedział z odrazą Golgni. – Ale tego wolałbym nie widzieć.

W miejscu, w którym powinien znajdować się nos, ziała pustka. Ludbell wzdrygnęła się i odwróciła wzrok; chociaż zdawała sobie sprawę, że to tylko iluzja, nie potrafiła się przyzwyczaić do tego widoku.

– Skup się Grimwoldzie. – upomniał go elf. – Musisz nauczyć się ignorować niepotrzebne bodźce i pozwolić, by Hysh był jedynym, co czujesz. Pamiętaj, nigdy nie mieszaj wiatrów i…

– Wiem przecież. – przerwał mu, zgrzytając zębami. – Nie traktuj mnie jak dziecko.

– I nie daj się wyprowadzić z równowagi – dokończył Malthael, uśmiechając się szelmowsko. Wahając się lekko, zaczął śpiewać: początkowo cicho, niemalże niesłyszalnie, jednak z każdym słowem głos maga nabierał mocy i pewności. Po chwili zmarszczki na czole maga wygładziły się, a niepewność zastąpił niezmącony spokój.

Nagle wszyscy zakrzyknęli z podziwem i zdumieniem: tam, gdzie wcześniej znajdowała się makabryczna rana, pojawił się prosty, zgrabny nos. Malthael uśmiechnął się jeszcze szerzej i poklepał go po plecach z uznaniem.

– Mówiłem, że dasz radę.

– Naprawdę ci się udało! – wykrzyknęła z radością Ludbell. – Na pewno zostaniesz teraz pełnoprawnym magistrem!

– Rzadko to mówię, ale… Tolzen. To było coś. – rzekł krasnolud.

– Lepiej wyglądałeś bez niego. – wzruszył ramionami Ranald.

Kiedy Grimwold otworzył oczy, Ludbell zauważyła, że jego brązowe tęczówki stały się nieco jaśniejsze. A może to tylko gra światła?, zastanowiła się.

– Pomogłeś mi zrozumieć. – powiedział ze spokojem mag. – Dziękuję ci.


– Chyba musimy wracać, za kilka godzin będzie świtać.

Po słowach Ranalda wszyscy zmarkotnieli. Jutro czekała ich daleka droga, ale czuli, że być może spędzają ostatnie beztroskie wspólne chwile zanim w Altdorfie znów rozdzielą się na wiele miesięcy czy nawet lat.

– Oczywiście, nie będę was zatrzymywać. Ja właściwie jestem u siebie więc… to wasz wybór. – powiedział Malthael wzruszając ramionami i bawiąc się skaczącymi okruchami światła na swoich palcach. Karczma już niemal opustoszała i nikt nie zwracał uwagi na jego magiczne sztuczki.

Spojrzeli na siebie, zgodnie podejmując decyzję, że już czas. Powoli, ociągając się, wstali z miejsc, które zajmowali niemal każdego wieczoru od czasu wybuchu w Czerwonym Księżycu. Pożegnawszy się z karczmarzem i zostawieniu sporego napiwku, wszyscy stanęli na kamiennym moście przecinającym rzekę Teufel. Wokół było cicho i spokojnie: podczas nocnych patroli nigdy nie trafiali na taką sielankę.

– Nie lubię pożegnań, więc powiem tylko: dzięki za wszystko, ale nie jesteśmy ci nic winni. Wędruj bezpiecznie, obieżyświecie. – rzekł prosto Ranald i uścisnąwszy dłoń Malthaelowi, powoli odszedł w kierunku koszar.

– Taa, porządny z ciebie chłop. Nawet jak na elfa. W sumie, zwłaszcza jak na elfa. Właściwie to… ech, nigdy nie byłem dobry w słowa. – powiedział Golgni i ku zdumieniu wszystkich porwał Malthaela w objęcia. Ten jedynie zaśmiał się, poklepał krasnoluda po plecach i powiedział w nieznanym Ludbell i Grimwoldowi języku, brzmiącym tak, jak gdyby skała zderzała się ze skałą:

– Niech twój topór pozostanie zawsze ostry Golgni, synu Ullabora.

Krasnolud pociągnął nosem i skłonił się lekko. Kiedy pełen powagi Malthael odpowiedział mu tym samym, Golgni ruszył w stronę czekającego na nich nieopodal Ranalda, niezdarnie wycierając oczy wielkimi palcami.

– Oby Hoeth nad tobą czuwał. Dziękuję za wszystko, mistrzu. – powiedział spokojnie Grimwold i skinąwszy głową w stronę elfa, odszedł.

Chłodny wieczorny wiatr sprawił, że Ludbell zadrżała. Podniosła nieśmiało wzrok, by momentalnie posmutnieć na widok strapionej twarzy Malthaela, który po chwili przyklęknął obok niej.

– No to już chyba tyle. – szepnęła. – Dziękujemy ci za wszystko. Gdyby nie ty, nie byłoby nas tutaj.

Spojrzeli na siebie, a cisza wokół gęstniała coraz bardziej. Ludbell przypomniała sobie chwilę, w której zobaczyła go po raz pierwszy tego pechowego dnia jarmarku. Wówczas i wtedy ich oczy się spotkały. Z najmniejszymi szczegółami pamiętała wyraz na twarzy Malthaela, gdy „ten Skurwysyn" (zawsze w myślach tak go nazywała; zwykłe „Einauge Spaltman" nie pasował jej do kogoś, kto zabija niewinnych ludzi z zimną krwią) wystrzelił bełt, który na zawsze zmienił życie jej i jej przyjaciół.

– Ja… – chciała powiedzieć coś więcej, ale ścisk w gardle nie pozwolił jej wydobyć z siebie głosu. Wzięła głęboki oddech, godząc się z tym, co postanowiła w dniu poznania elfa. – Do zobaczenia, Malthaelu.

– Wątpię żebyśmy się jeszcze kiedyś spotkali. – odparł cicho. – Chyba, że użyjecie tego w razie potrzeby… – musnął palcem pierścień znajdujący się na jej dłoni. Zmarszczył brwi, gdy Ludbell zadrżała czując jego elektryzujący dotyk na swojej skórze. – …ale możliwe, że nie będziecie potrzebować mnie, a jedynie tego, co echo mojej osoby będzie mogło wam przekazać.

– Będziemy cię potrzebować! – jej głos poniósł się po pustych ulicach, gdy powiedziała to o wiele głośniej niż zamierzała. Pąsowiejąc, opuściła głowę, wpatrując się w kamienny bruk pod ich stopami. – To znaczy… tak myślę. Ja… chyba muszę już iść.

Odwróciła się, pozostawiając za sobą zdezorientowanego Malthaela. Odetchnąwszy głęboko, z ulgą poczuła jak świeże powietrze otrzeźwia jej umysł.

– To i tak nie ma sensu. – szepnęła do siebie, kręcąc stanowczo głową.

Bez wahania ruszyła w stronę czekających na nią przyjaciół. Teraz już moich jedynych przyjaciół… Którzy i tak niedługo odejdą. Westchnęła cicho. Dobrze, tak będzie dla nich lepiej.

Czując lekki powiew, zignorowała intuicję podpowiadającą jej, że nie jest on tak chłodny, jak wiejący od strony rzeki wiatr. Przeniknął jej ciało, pozostawiając po sobie delikatne, nienaturalne mrowienie. Okrywszy się mocniej płaszczem, niziołek potrząsnęła głową i ruszyła naprzód.

– Jesteś pewna, że to nie ma sensu? – melodyjny szept rozległ się tuż przy jej uchu, nie dając jej czasu na reakcję. Czując nagły ból w dole kręgosłupa, krzyknęła zaskoczona i upadła na ziemię.

– Ludbell! – Grimwold kilkoma długimi krokami podbiegł do niziołek. – Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Hej, Ludbell!

Golgni i Ranald podeszli spokojnie do maga światła, stając nad nim z założonymi rękami.

– Daj spokój, wygrzmociła się tylko. A jak mówiłem, żeby mi oddała te buty, to nie chciała słuchać. – stwierdził Golgni.

– Nie potknęła się! Widzielibyśmy to! – krzyknął przestraszony Grimwold. Jeśli coś jej się stało… Mimo świadomości, że świetnie poradziłaby sobie sama, od zawsze czuł się za nią odpowiedzialny. Traktował niziołek jak młodszą siostrę, chociaż jako jedynak nie był pewny czy właśnie tak wyglądają relacje między rodzeństwem.

Ludbell nie słyszała tej wymiany zdań. Nie czuła dotyku Tolzena, który gorączkowo potrząsał jej ramieniem. Doznanie, początkowo sprawiające jej cierpienie, stało się niewysłowioną rozkoszą odrętwiające całe ciało. Nieznane uczucie rozchodziło się po każdym nerwie: nie była w stanie się poruszyć ani wydobyć z siebie dźwięku. Pierwszym, co do niej dotarło, był ten sam głos, który szepnął do niej przed upadkiem.

– Wszystko w porządku?

– Nie, nie jest w porządku! Coś jej się stało, nagle się przewróciła! Musimy zanieść ją do świątyni Shallyi, to może być coś poważnego!

Ciało Ludbell powoli wychodziło z odrętwienia, chociaż nie miała siły się ruszyć. Poczuła jak chłodna dłoń o długich palcach dotyka jej rozpalonej twarzy.

– Spokojnie, wszystko dobrze. Po prostu jest bardzo zmęczona: za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Wezmę ją do siebie. Musi się dobrze wyspać, skoro będziecie płynąć kilka dni.

– Myślisz, że nie damy rady donieść metrowego niziołka do koszar? – powiedział poirytowany Ranald.

– Oczywiście, że dacie radę. – odparł uprzejmie Malthael. – Jak możecie jednak zauważyć: tu jest bliżej. A ona naprawdę potrzebuje teraz spokoju i snu. Sami widzicie w jakim jest stanie.

– No nie wiem… – rzekł zaniepokojony Grimwold. Im bardziej niziołek zaczynała odzyskiwać świadomość siebie, tym większą troskę słyszała w jego głosie.

– Dajcie spokój, przecież to swój chłop. Przyjdziemy po Małą rano, weźmiemy jej rzeczy. O, i wiewiórkę też. – powiedział Golgni tonem kończącym dyskusję. – Chodź, Młody. Ranald, przestań się tak dąsać, jutro stąd wyjeżdżasz!

– Dbaj o nią, proszę. – szepnął Grimwold, delikatnie kładąc Monti na swoim ramieniu. Ruda kita wiewiórki owinęła się wokół karku maga, gdy pogładził uspokajająco zwierzę.

– Będę jej strzegł, nie znasz mnie?

Chłopak westchnął i odwrócił się w stronę towarzyszy.

– Tak naprawdę chyba nikt cię nie zna.

Wokół znów zrobiło się cicho. Echo kroków odchodzących w stronę dzielnicy komisariatu zaczęło niknąć, a po chwili i one rozmyły się pośród ciemności.

Malthael ostrożnie włożył ręce pod plecy i kolana Ludbell. Podniósłszy ją bez wysiłku, odwrócił się w stronę karczmy. Niziołek, powoli odzyskując władzę w członkach, już niemal całkowicie świadoma otoczenia, otworzyła oczy. Od razu napotkała rozbawiony wzrok elfa, którego kolor oczu przypominał jej morze, za którym tak tęskniła.

– Przepraszam, nie chciałem przesadzić. Chociaż nie powiem, miło było widzieć jak na ciebie działam. – uśmiechnął się do niej zadziornie. – Nie martw się. Nic ci się przy mnie nie stanie. – szepnął, zatopiwszy twarz w jej złotych włosach.

Zaczął mówić delikatniej, w nieznanym Ludbell języku. Melodyjny rytm słów brzmiał jak kołysanka, która sprawiła, że powieki zaczęły jej ciążyć. Rozluźniając się coraz bardziej, pozwoliła im opaść.

Czując ciepło ramion niosącego ją Malthaela mogła myśleć tylko o tym, że jest bezpieczna.


– Myślicie, że naprawdę nic jej nie będzie? – szepnął Grimwold, leżąc na niewygodnej pryczy w baraku straży.

– Jest dużą dziewczynką, da sobie radę. – odparł półśpiący Ranald – Dałbyś już temu spokój, Tolzen. Idź spać.

– A… a co, jeśli ktoś ich napadnie? Albo ją porwie? A co jak on ją porwie? – powtórzył, czując paniczny strach. – Co wtedy będzie?

Potężne chrapnięcie Golgniego sprawiło, że oboje podskoczyli w łóżkach.

– Człowieku, myślisz, że zabójczy elf da jej coś zrobić? Wyśpi się, jutro się z nimi spotkamy. Tyle. Idź wreszcie spać, bo doprowadzasz mnie do szału.

– Tak, idźcie wreszcie spać, bo doprowadzacie nas do szału. – usłyszeli zniecierpliwiony głos obudzonego strażnika.

– Przepraszamy – powiedział Grimwold i przewróciwszy się na bok, położył sobie poduszkę na głowę. Nic jej nie będzie, po prostu za dużo tu przeżyliśmy. Jutro wyjeżdżamy, już koniec z rzecznymi trollami, mutantami z wielkimi kuszami, niesprawiedliwością i krzywdą. Od jutra zaczynamy nowe życie. A tak naprawdę to stare życie. Ale nowe, tylko że dawne. Zmęczony tymi rozmyślaniami i wydarzeniami dnia, zaczął odliczać chrapnięcia Golgniego. Doszedłszy do osiemdziesięciu ośmiu, nareszcie ogarnął go sen.


Otaczał ja puch: nie pamiętała, kiedy ostatnio leżała w tak wygodnym łóżku. Czy to był sen? Czy tak naprawdę leżała w koszarach i dała się ponieść marzeniom? Jeśli tak, to nie chcę się obudzić pomyślała i przeturlała się na drugi bok. Jej dłoń wylądowała na czymś twardszym niż miękka pierzyna. Czyli jednak sen. Szkoda. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie jest to szafka, która zwykle stała przy pryczy, a jej palce w najlepsze błądzą po czyimś, ubranym w koszulę, ciele.

Otworzyła oczy i z przestrachem wyskoczyła z baldachimowego łóżka. Za oknem wciąż było ciemno, musiała zatem odpłynąć tylko na chwilę, a chociaż nie rozpoznawała pomieszczenia, w którym się znalazła, domyślała się, że jest to karczemna izba. Zignorowawszy otoczenie, skupiła się na siedzącym przed nią, doskonale znanym jej elfie. Wciąż ubrany w uwielbianą przez nią białą koszulę i czarne spodnie z szerokim pasem, uśmiechał się lekko, patrząc na nią z zaciekawieniem.

– Spokojnie, nie dzieje się nic złego. – powiedział rozluźniony. – Chyba trochę tu ciemno, wybacz.

Po kilku wyszeptanych przez niego słowach, zapaliły się stojące nieopodal świece. Rozejrzawszy się ukradkiem, zauważyła niedbale oparty o ścianę miecz, obok którego leżała spakowana do podróży torba. Pokój urządzony był skromnie, poza łóżkiem, które zajmowało prawie całą jego powierzchnię: szafa, małe biurko i bala do kąpieli były zepchnięte pod jedną ze ścian.

– Tak... bo widzisz, to taka moja słabostka. Nie mogę oprzeć się wygodzie, kiedy mam możliwość. A skoro jutro się stąd wynoszę, karczmarz będzie mógł liczyć sobie podwójnie za pokój. Chyba wcześniej nie zauważył, kiedy je tu wniosłem. – elf uśmiechnął się łobuzersko i przesunął dwoma palcami w powietrzu w tak dobrze znanym jej geście poprzedzającym użycie przez niego Ulgu. Po chwili jednak jego twarz przybrała poważny wyraz. – Dobrze, ale do rzeczy. Ludbell, wydaje mi się, że musimy porozmawiać.

Malthael wstał i, podszedłszy do zagubionej niziołek, złapał ją delikatnie za dłoń. Zachęcona gestem, usiadła razem z nim na skraju łóżka.

– Wyjeżdżasz? – zapytała cicho, wskazując na zauważone bagaże.

– Tak, widzisz... skoro was już nie będzie, nic mnie tu nie trzyma.

– Co się stało, dlaczego ja... – przerwała, dotykając swoich pleców. To było rzeczywiste? Co się ze mną działo?

Jego nieskazitelne rysy wykrzywiły się nieco, gdy spojrzał na nią ze smutkiem. Lekko dotknął miejsca, w którym poczuła wtedy ból. Ale to nie był ból, przypomniała sobie. Kiedy palce Malthaela zetknęły się z jej koszulą, znów poczuła delikatne mrowienie u podstawy kręgosłupa. Tym razem zdecydowanie było to przyjemne uczucie.

– Raz jeszcze proszę cię o wybaczenie. Zapędziłem się. Chciałem cię po prostu zatrzymać... Co chyba mi się udało, skoro siedzimy teraz w tym miejscu. Nie chciałem zrobić ci krzywdy.

– Nie mogę powiedzieć, że było to nieprzyjemne. Raczej… zaskakujące. Tak miało być?

– Tak. – uśmiechnął się lekko, a jego oczy zabłysły w blasku świec. – Tak miało być.

– Dlaczego to robisz? Niedługo znajdziemy się na dwóch różnych krańcach Imperium. Dlaczego sprawiasz, że… że mam nadzieję?

– Nie rozumiesz? – spojrzał na nią przenikliwie. – Naprawdę nie rozumiesz. Ludbell, powinienem wyruszyć kilka tygodni temu. Zostałem tu tylko ze względu na ciebie.

Nie. To musi być sen. Albo umarłam. Co ostatnie pamiętam? Co działo się dziś wieczorem?

– Nie. Nie mów mi tego. Nie chcę żegnać się z tobą po raz kolejny. – ukryła twarz w dłoniach. – Nawet cię nie znam... nie wiem czego doświadczyłeś. Spędziliśmy ze sobą tak mało czasu, a ty...

– I to wystarczyło, uwierz mi. Nie czułem czegoś takiego od... sam nawet nie jestem w stanie powiedzieć od kiedy.

Czemu miała mu wierzyć? Był mistrzem magii cienia. Czy Grimwold kiedyś nie opowiadał mi... o wpływie magii na ludzi i to, czym się charakteryzują? Czy Ulgu nie był magią tajemnicy... Oszustwa?

Opuściła dłonie chcąc powiedzieć, że musi wyjść i wrócić do rzeczywistości. Nie mogę w to wierzyć, upomniała się. Nie w coś, co może być kłamstwem i iluzją: co może być okrutnym żartem.

Ale kiedy otworzyła oczy, twarz Malthaela była bliżej niż się spodziewała. Jego morskie oczy przepełniał ogień; widziała w nich wahanie i podejmowaną decyzję.

– Nie myśl. – szepnął i wpił się w jej wargi z gwałtownością, której się nie spodziewała. Zrobiła jednak to, o co poprosił. Poddała się temu.

Musiała.


Pierwsze promienie słońca wpadły przez zakurzone okno karczmy, ale Ludbell nie spała już od dłuższej chwili; świadomie opóźniała moment, w którym będzie musiała wyjść. Obróciła się, by spojrzeć na Malthaela ostatni raz, mając nadzieję uniknąć kolejnego, jeszcze trudniejszego pożegnania. Gdy jednak tylko się poruszyła, usłyszała ciche, melodyjne powitanie.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry. – odpowiedziała nieśmiało.

Jego dłonie delikatnie dotknęły jej ramienia, odsuwając na bok błyszczące, w świetle poranka, złote włosy. Poczuła ogarniający jej ciało dreszcz i ogień tak intensywny, jak kilka godzin wcześniej. Został on jednak szybko zastąpiony wyrzutami sumienia i bólem, który uderzył w jej serce.

– Chyba musimy wrócić do rzeczywistości. Chyba musimy… zacząć myśleć.

– Bałem się, że to powiesz. – westchnął Malthael. – Ja…

– Tak, wiem. Ja też.

Ubrali się w pośpiechu, nie zamieniwszy ani słowa więcej. Wiedzieli, że każde wypowiedziane nieopatrznie zdanie może bardziej skrzywdzić niż pomóc.

Kiedy Ludbell stanęła przy drzwiach z ręką opartą o klamkę, odważyła się spojrzeć w jego stronę. Przyodziany w czerń, stał do niej tyłem, wpatrując się w niebo przez przykurzone okno. Rękojeść miecza na plecach wystawała lekko ponad jego nastroszone włosy.

– Muszę iść. – szepnęła.

– Wiem, już zmierzają w nasza stronę. Nie martw się, mają wszystkie twoje rzeczy ze sobą.

– Schodzisz ze mną czy…?

– Tak, już idę.

Nie opuściła wzroku, kiedy zwrócił się w stronę drzwi. Wyciągnąwszy ku Malthaelowi rękę, miała jedynie nadzieję, że nie widzi w jej oczach wodospadu bólu, który wstrząsał spazmatycznie każdym nerwem jej ciała.


– Chodźcie szybciej! – wykrzyknął Grimwold. – Tak wam ciężko z dwiema dodatkowymi torbami?

– A tobie tak spieszno, bo sam masz tylko wiewiórkę na ramieniu. Może szanowny pan czarodziej trochę by mi pomógł, co? – odparł zdenerwowany Ranald.

– Daj chłopakowi spokój. – Golgni poprawił zwisające u pasa toporki do rzucania. – Podaj te torby, sam je wezmę.

Od samego rana Tolzen chciał jak najszybciej opuścić koszary. Spakował się naprędce, zebrał rzeczy Ludbell, a czekając na Ranalda i Golgniego przed wejściem do komisariatu wystukiwał stopą nerwowy rytm. W końcu, po zjedzeniu przez nich ostatniej kaszy przed wyjazdem, opuścili miejsce będące ich więzieniem przez kilka ostatnich miesięcy. Cały ranek niepokój ściskał trzewia Grimwolda tak, że nie mógł myśleć o niczym innym niż o upewnieniu się, że niziołek jest cała i zdrowa.

Po chwili marszu dotarli do ubersreiskiego mostu. Tolzen, idący na przedzie, pierwszy zauważył Ludbell. Uniósł rękę w geście powitania, by szybko zorientować się, że dziewczyna nie patrzy w ich stronę: zamarła wraz z elfem przed wejściem do karczmy w takiej samej pozie, jak poprzedniego wieczoru podczas pożegnania. Nie poruszali się. Zauważył, że oboje mają zamknięte oczy i opierają swoje czoła o siebie. Zanim jednak zdążył powiedzieć coś do idących za nim towarzyszy, elf i niziołek stali już wyprostowani, patrząc na zmierzających ku nim mężczyzn.

– Ludbell! – zawołał z uśmiechem Grimwold i pomachał jej; jednak to Monti była pierwszą, która do niej dobiegła. Zeskoczywszy z ramienia maga, pomknęła ku Ludbell piszcząc przeraźliwie. Zwinnie wspięła się po jej nodze i umościła w swojej ulubionej kieszeni płaszcza.

– Hej, Grimwoldzie. Dziękuję za zajęcie się Monti.

– Dobrze się czujesz? – zapytał, a wcześniejszy uśmiech powoli znikał z jego twarzy.

– Tak, wszystko dobrze. – odparła Ludbell, a kąciki jej ust drgnęły. Tolzen nie był pewny czy była to próba uśmiechu czy powstrzymywanie się od łez.

– Witaj ponownie, Grimwoldzie – ukłonił się ze spokojem elf. – Golgni. Ranaldzie.

– To co, idziemy w końcu? Barka na nas nie zaczeka. – zniecierpliwił się Ranald.

– Tak… tak, już. Dziękuję wszystkim za zabranie moich rzeczy. Chyba możemy iść.

– No nareszcie, jak żem długo żyje, tyle tobołów na plecach nie nosiłem. – powiedział Golgni, zrzucając torby pod jej nogi. – Wycieczka, idziemy!

Ludbell spojrzała na Malthaela, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Czuła, że to, co wydarzyło się poprzedniej nocy nie było fałszem: widziała to rano w jego oczach. Znała morze lepiej niż ktokolwiek, uwielbiała przesiadywać nad nim całymi godzinami i obserwować fale, zarówno podczas słonecznych dni jak i gwałtownych sztormów. Jak to możliwe, by zakochać się w dwóch najniebezpieczniejszych żywiołach, które spotkałam w życiu?

Uśmiechnęła się do niego po raz ostatni: chciała, żeby taką ją zapamiętał. On jednak wpatrywał się w nią jakby myślami był gdzieś daleko.

Podniosła swoje torby i zarzuciwszy je na plecy ruszyła w stronę Grimwolda, który czekał na nią z wyraźnym zaniepokojeniem. Złapała go za łokieć, ruszając śladem Golgniego i Ranalda.

Ani razu nie odwróciła się za siebie.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. – mruknął cicho Tolzen tak, aby nikt poza Ludbell nie usłyszał jego słów.

– Teraz to i tak bez znaczenia. – odparła sucho. Chociaż słyszała troskę w głosie Grimwolda, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że za bardzo chciałby ją kontrolować. Przynajmniej mogę się dowiedzieć jak to jest mieć nadopiekuńczego brata, pomyślała dziwnie rozbawiona.

Dotarłszy do przystani, stanęli na końcu długiej kolejki do odprawy. Żadne z nich nic nie mówiło: pogrążeni we własnych myślach, jak najszybciej chcieli opuścić Ubersreik.

Wpuszczono ich na pokład na samym końcu. Załoga barki zajęła się ostatnim sprawdzeniem olinowania i zabezpieczenia przewożonych w ładowni towarów. Ludbell, Golgni, Ranald i Grimwold stali więc opierając się o drewnianą barierkę, ostatni raz patrząc na miasto, które zabrało im tyle miesięcy życia. Kątem oka zauważyli, że jeden z podróżnych się spóźnił: wszedł na statek w czarnej szacie i kapturze zasłaniającym mu twarz. Rękojeści długiego miecza na plecach nieznajomego nie dało się jednak pomylić z żadną inną.

– To co, wycieczka. – powiedział Malthael, podchodząc do burty i zrzucając kaptur. Nigdy nie widzieli by uśmiechał się tak promiennie, nawet gdy zabrał Tolzenowi nos. – Mam nadzieję, że jedna osoba więcej wam nie przeszkadza?