— Słyszeliście tego bąbla, co nie? — wstałam z siedzenia, odwracając się do towarzyszących mi detektywów — Teraz pozostaje nam tylko wejść, zabrać to, co nasze i wyjść. Nawet się nie obejrzymy, a będziemy z powrotem w pałacowych piwnicach! Teraz za mną, albo zacznę wam zmniejszać wysokość wypłaty co pięć minut...

— Mówiłaś, że nie będzie żadnego limitu! — burknął z oburzeniem Vector.

— Przypomniało mi się, że przedwczoraj wyłożyłam sporo kasy z budżetu na ograniczenie inflacji w Imperium — dodałam — Co złego to nie ja...

Choć zielony krokodyl wyglądał na wyraźnie zniesmaczonego, nie zamierzałam zwracać na niego większej uwagi. Zmierzając w kierunku odsuniętych drzwi prowadzących na zewnątrz, na mojej drodze pojawiła się dopiero co wspomniana kula turkusowego światła, szybko ogradzając swym lśniącym ciałem pozostałą długość prowadzącej do niej ścieżki. Gdy spróbowałam ją obejść z lewej strony, przesunęła się w lewo, a gdy chciałam to zrobić z prawej, przesunęła się w prawo. Co za uparte cholerstwo. Czy robi to specjalnie?

— Stój! — pośpiesznie wydukała — Musisz natychmiast poznać zasady bezpieczeństwa, które obowiązują na terenie całego hipokampu!

— Spieprzaj!

Spróbowałam chwycić się jej miękkiego czubka i odepchnąć ją na bok; ku mojemu zaskoczeniu okazała się na tyle lekka, że odsłoniła mi wyjście z autobusu z gracją małego balonika. Jedyny opór, jaki próbowała mi stawiać, ograniczał się do delikatnego napierania na moją dłoń, która przylgnęła do niej jak uroczo przerośnięta gąbka. Wyrzuciłam ją tuż koło ogona, jak najszybciej wychyliłam się zza autobusu i opuściłam prawą no- JASNA CHOLERA!

CO SIĘ DZIEJE?! GDZIE SIĘ PODZIAŁA ZIEMIA? GDZIE SIĘ PODZIAŁ HORYZONT?!

NIC NIE WIDZĘ! NIC NIE CZUJĘ! CZY JA SPADAM? NIE! TO NIEMOŻLIWE! SZLAG!

JA CHYBA ZARAZ... Ja chyba zaraz... Ja... C-co? Co znowu? Skąd ten opór?

Trzeźwość mojego umysłu zaczęła powoli wracać na należne jej miejsce, kiedy prędkość mojego upadku zaczęła stopniowo maleć, aż w końcu pozwoliła mi delikatnie zawisnąć gdzieś wysoko w powietrzu. Tylko co wtedy, jeśli to nie było powietrze? Zarówno mój tułów, jak i ręce oraz nogi wydawały się tak lekkie, zupełnie jak wtedy, gdy zaczęłam spadać. Czułam się jak wirujący globus, który jednocześnie stał nieruchomo na blacie służbowego biurka.

Gdy kolorowe smugi światła, które znajdowały się tuż przede mną, uspokoiły się na tyle, by można było je śledzić otępiałym wzrokiem, zapatrzyłam się w ich łączną całość: składały się na nie monstrualne kleksy z turkusowej plazmy, które niespiesznie sunęły wzdłuż i wszerz czegoś, co wyglądało jak mglista przepaść bez widocznego dna. Była ich cała armada, a w ruchu wyglądały jak kilkunastometrowe statki kosmiczne, których kadłuby wyginały się i rozlewały jak lepka, magnetyczna ciecz w stanie absolutnej nieważkości. Różne kolory wzajemnie rozświetlały się, przeplatając, ale nie łącząc; był to gigantyczny, bezkresny witraż stworzony w locie z setek, a nawet tysięcy takich plam.

Kiedy wreszcie przestałam kręcić się wokół własnej osi i odzyskałam resztę orientacji przestrzennej, spojrzałam w górę: oprócz kolejnych pięter ciasno ułożonych kosmicznych kleksów, dostrzegłam bardzo znajomy autobus, który unosił się na tyle nisko, że mogłam ponownie zobaczyć turkusową tulpę i członków zespołu Chaotix, którzy wspólnie wpatrywali się zza otwartych drzwi wprost w otchłań pode mną. Vector i Charmy byli przerażeni nie na żarty, podczas gdy Espio — jak zwykle — wyglądał na niewzruszonego, choć w jego oczach można było dostrzec iskierkę przerażenia, którą nieśmiało współdzielił z pozostałymi pasażerami pojazdu.

— Proszę pani! — płaczliwie zawołał Charmy — Jest pani cała?!

— Chyba...? — natychmiast mu odparłam — Przestałam spadać i wciąż czuję swoje kończyny. To zawsze coś...

— Ale proszę pani, pani-

— Przestaniesz wreszcie nazywać mnie panią? — przerwałam mu — Mam tylko 14 lat! Daj mi spokój!

— Mam rozumieć, że w kocich? — wtrącił się Vector — W tym przypadku dzieciak ma rację. Nie sądzisz, że mogłabyś kandydować na... nową królową?

— Ona nie ma kończyn! — pszczoła odpowiedziała krokodylowi, przenosząc wzrok ze mnie na niego — Jak może być królową, kiedy nie ma kończyn?!

Czy to jakiś żart? Czuję zarówno moje ramiona, jak i... Zaraz, gdzie są moje ramiona?

Moje ramiona zniknęły! Czuję je, ale ich nie widzę! A moje nogi? Jasna cholera, to samo! Gdzie są moje piękne i silne uda?! A co z moim ogonem?! Cholera, to samo! Płaskie piersi, za którymi nie będę tęsknić? To samo. Czy to było tylko złudzenie, czy faktycznie coś dziwnego stało się z moim ciałem? Jego nieznośna lekkość zaczęła odrywać je od poziomu, na którym unosiło się nad przepaścią, powoli wciągając je na wysokość galaretowatej karoserii wiszącego pojazdu.

Mając nadzieję, że nie dzieje się to spontanicznie, zatrzymałam wzrok bezpośrednio nad sobą: żadne słowa nie są w stanie opisać mojej ulgi, gdy spostrzegłam, że to wszystko było sprawką tej durnej tulpy, która wyleciała z jego wnętrza, aby mnie złapać i podnieść, jakbym była przyczepiona żyłką do helikoptera.

— No, młoda damo — usłyszałam — miałem nadzieję, że będziesz odrobinę bardziej rozsądna, jak na kogoś nietutejszego...

Zanim zdążyłam przetrawić jej sugestię w całości, wpadłam z powrotem do środka autobusu, mijając po drodze sztywnych detektywów. Nie działo się to w żaden szczególnie agresywny sposób, ale było na tyle nieprzyjemne, że poczułam na pyszczku muśnięcie tego dziwnego stanu skupienia w którym nieprzerwanie znajdowała się podłoga pojazdu: coś pomiędzy miękkością przemysłowej żelatyny a zwartym ciężarem chłodnego żelaza. Po upadku, szybko odwróciłam wzrok, dostrzegając otaczającą mnie lawendową aurę światła, której blask odbijał się od pobliskich siedzeń i szyb.

— Co się ze mną stało?

— Nie jesteś impulsem — odparła kula. — Przejrzałem was na wylot.

Co się ze mną stało?!

— Tak jak powiedziałem: nie jesteś impulsem.

— Ale przecież jestem impulsem! Właśnie teraz! Non-stop! Tak działa elektryczność!

— Można tak powiedzieć, lecz impulsy nie powinny ważyć więcej niż szara materia i opadać na jej dno — powiedziała, a drzwi pozwalające na wyjście z wnętrza autobusu zatrzasnęły się. — Cokolwiek to było, coś próbowało dostosować cię do hipokampu. Zamieniłaś się w sztuczną kulę energii. Wyglądasz jak ja, ale tak naprawdę nią nie jesteś. Przestałaś istnieć. Jesteś teraz tylko projekcją swojej własnej woli. Twoja nowa forma jest tymczasowa, ale przynajmniej będziesz miała pewność, że nie jesteś prawdziwym impulsem i nigdy nim nie będziesz. Sądzę też, że nie są nimi także twoi towarzysze...

Wszyscy byliśmy kompletnie rozbrojeni: wynajęci przeze mnie detektywi spojrzeli na mnie zatroskanym, aczkolwiek zaciekawionym wzrokiem, podczas gdy próbowałam poskładać swoje rozproszone myśli. Problemem nie była już nasza zabawa w udawanie elektryczności przeskakującej z neuronu na neuron, ale wyjaśnienie powodu naszej wizyty. Co gorsza, kto mógłby go wyjaśnić? Ja się do tego nie pcham. Zakładam, że Charmy i Vector także. Pokładając resztki nadziei w Espio, powoli zbliżyłam się do niego, nie odrywając linii wzroku od towarzyszącej nam turkusowej bańki.

— Wygląda na to, że już mnie nie ma, koleżko — wyszeptałam mu. — Masz jakieś pomysły?

— Przepraszam, Wasza Wysokość — odparł przez zaciśnięte zęby. — Jestem przerażony ponad zdolność do racjonalnego myślenia.

Och, pięknie. Teraz jestem zdana wyłącznie na siebie...

— Czego chcesz? — zapytała tulpa.

Zacisnęłam swoje obecnie nieistniejące dłonie, wzięłam głęboki oddech, po czym podryfowałam bliżej świetlika.

— Żebyś mnie wysłuchał. Dobrze wiem, że ty wiesz, że ja jestem tu niemile widziana, racja? Racja. Jesteś zły. Jesteś zły na mnie, jesteś zły na tych za mną... Jesteś po prostu zły, dobrze? Nic dziwnego. Każdy by był...! Ale jest tylko jedna rzecz. Może cię tym zaskoczę, ale nie jestem federalnym agentem szukającym dowodów na istnienie egzotycznej pornografii podchodzącej pod określone paragrafy. Wiesz, kim jestem? Jestem politykiem. Jestem księżniczką. I mam przesrane.

— Dlaczego włamujesz się do cudzych myśli?

— Bo jeśli nie znajdę butelki jakiejś durnej duńskiej wódki, którą ubzdurała sobie twoja pedalska gosposia, to wyrzucą mnie ze stanowiska. Albo zrobią coś jeszcze gorszego. To nic wielkiego, naprawdę. Dzień jak co dzień.

— Tylko tyle?

— Dasz nam kopię tego czegoś, a my wrócimy z nią do świata zewnętrznego, nucąc przy tym pierwszą zwrotkę hymnu narodowego i zapominając o wszystkim, co nas tu spotkało, rozumiesz? Nie krępuj się uszanować mojego autorytetu.

Autorytetu...? Dlaczego mogę tobie zaufać?

— Zawsze możemy się potargować...

Tulpa dryfowała w miejscu jeszcze przez kilka krępująco cichych sekund, aż wydała z siebie dźwięk porównywalny do rozczarowanego westchnienia.

— Nie mogę jej dla ciebie wyczarować — wymamrotała, po czym wzdrygnęła się, otwierając zamknięte drzwi autobusu — Ale mogę cię do niej zaprowadzić...


Nasza wesoła gromadka swobodnie dryfowała wśród masywnych obłoków plazmy wymykających się naszej obecności, ściskając się ze sobą jak plastikowe worki wypełnione wodą. Moja godność czuła się nieco lepiej, wiedząc, że Espio, Vector i Charmy, którzy mi towarzyszyli, również przemienili się w bańki energii, które przypominały naszego okrągłego przewodnika, nawiązując swoją wielkością i kolorem do ich poprzednich wyglądów.

Kameleon mienił się ciemnofioletowym blaskiem, krokodyl liściastą zielenią, a pszczoła musztardową żółcią, której bliżej było do koloru moczu niż do miodu. Być może każdy z nas nie miał już przy sobie pary oczu, ale psychodeliczna dżungla skondensowanych wspomnień i pomysłów zdawała się coraz bardziej przytłaczać nasze horyzonty i przyprawiać nas o ból głowy. Problem w tym, że obecnie nikt z nas wszystkich nie miał niczego, co mogłoby przypominać głowę bądź znajdować się na jej miejscu...

Nie mając żadnego oparcia nad sobą ani pod sobą, musiałam polegać wyłącznie na własnych umiejętnościach. O dziwo, przyśpieszona nauka latania nie była wcale taka trudna: mimo że czynność ta przypominała pływanie w basenie wypełnionym szlamem, nie odczuwałam typowego dla mnie lęku wysokości. Nie byłam do końca pewna, czy taki obrót spraw wynikał z dziwnej naturalności ruchów dyktowanych przez instynkt, czy też podświadomie stosowałam się do rad, którymi często dzieliła się ze mną moja pani psycholog.

W porównaniu ze wszystkimi poprzednimi była nie tylko urocza, ale i zaskakująco dobra w swoim fachu. Jej łagodny głos zawsze działa na mnie dziwnie kojąco, a kiedy pomyślę o jej ciepłym uśmiechu, od razu czuję się lepiej. Zauważyłam też, że kiedy siedzę blisko niej, czasami czuję się trochę... Śmiesznie? Nie wiem dlaczego, ale czuję się dobrze. Bardzo dobrze. Czuję się tak, jakbym miała się przysunąć do niej trochę bliżej, usiąść na jej różowych kolanach, a potem delikatnie owinąć ramiona wokół jej pleców, żeby ją przytulić, a potem... a potem...

— Mogę prosić o uwagę?

Yyy, co...? Co znowu? O czym to ja myślałam?

O, dziękuję ci, wielce wielmożna bańko! Wielkie, kurna, dzięki!

Sprawiłaś, że nawet nie wiem, o czym miałam teraz myśleć! Spadaj na drzewo...

— Za chwilę pojawimy się przy odpowiednim wspomnieniu — usłyszałam ponownie głos rozsądku Silvera. — Wszystko, co najważniejsze, będzie gdzieś w środku. Sami wiecie lepiej, czego szukacie, ale zanim was tam zostawię, poproszę o jedno. Błagam, nie zaglądajcie zbyt często w niepotrzebne zakamarki...

— Dlaczego? — zapytał Charmy.

— Wszystkie zgromadzone tu myśli są jak nitrogliceryna. Są zbyt niestabilne, by pozwolić im pozostać poza zasięgiem ich koncentracji. Zazwyczaj są to jakieś wydarzenie, osoba lub... przedmiot. Czyli coś, czego właśnie szukacie.

— A jeśli ktoś pojawi się tam, gdzie nie powinien? — Vector dorzucił swoje trzy grosze — Co wtedy?

— Wspomnienia pękną, wy wpadniecie z nimi w otchłań, a wasz... — przerwał, po czym zachichotał nerwowo — Mój drogi gospodarz stanie się warzywem. Naprawdę nie chcemy, żeby to się tak skończyło, prawda?

Wszyscy zatrzymaliśmy się niemal w tym samym momencie, pozwalając naszym nieistniejącym błonom bębenkowym przytrzymać przez chwilę dźwięczne "otchłań", które szybko odbiło się od naszego najbliższego otoczenia, zawracając niczym papierowy samolocik przelatujący z lewego ucha do prawego.

— To nie brzmi za dobrze... — Espio przytaknął zatroskanym tonem.

— Zgadza się — odparła mu tulpa. — Dlatego należy skupić się wyłącznie na gospodarzu. Bądźcie blisko gospodarza. Rozglądajcie się wokół gospodarza. Nie ustępujcie mu na krok. To gwarancja szybkiego odnalezienia waszej butelki. Wszak będzie ona częścią pamięci, tak jak inne przedmioty i istoty mu bliskie.

W miarę jak prowadząca nas bańka światła zbliżała się do domorosłego ninja, zauważyłam, że oddalony od nas kleks metalicznej plazmy zaczął pulsować i przesuwać się w kierunku naszego obecnego miejsca postoju. Pulsował coraz szybciej i szybciej, a wraz z nim zaczął się też poruszać inny, lewitujący naprzeciwko niego, choć oddalony o kilkadziesiąt luźnych szeregów pełnych lewitujących kleksów.

Obie bryły wspomnień zaczęły przebijać się przez ciasno upakowane skupiska swoich gibkich rówieśników, posyłając je we wszystkich kierunkach hipokampu: pomniejsze balony wyginały się i popychały nawzajem, odlatując w dal niczym chmury uformowane z cienkiej warstwy silikonu. Nie minęła chwila, a oba kleksy zaczęły zmieniać kolor ze złotego na turkusowy, z turkusowego na złoty, i tak w kółko. Zaczęły też zwalniać, zbliżając się do najbliższych nam rzędów baniek.

Gdy były już w naszym zasięgu, nieśmiało podryfowały tuż przed naszą grupę, przyciągając jednocześnie jej uwagę, a następnie zderzyły się ze sobą jak ospałe statki towarowe, splatając się ze sobą jak dwie bryły plasteliny, po czym łącząc się ze sobą; jedyne, co było słychać w nie-powietrzu, to głuchy plusk połączony z tępym grzmotem dochodzącym znikąd. W ten sposób powstała przeraźliwie duża bańka wspomnień, która niezaprzeczalnie była największa ze wszystkich lewitujących w okolicy.

Na moje oko, kolos ten miał kilkaset metrów wysokości, a jego rozmiary śmiało mogły przewyższać mój własny pałac: jego łatwo wyczuwalny w nie-powietrzu puls uspokoił się, a kolor zestalił się w odcieniach szarości, po chwili zaczynając się uginać pod własnym ciężarem. Kiedy w końcu zawisł nieruchomo nad zamgloną otchłanią pięter wypełnionych rzędami i kolumnami mniejszych brył plazmy, wyglądał jak skrzyżowanie skorupki jajka z wyschniętą skórą podłużnej dyni.

— Więc to tutaj powinien znajdować się nasz materiał na prezenty, co? — wymamrotałam pod nosem, dołączając do kuli światła.

Ta nie odpowiedziała, tylko podleciała do nowo uformowanego kawałka plazmy, podczas gdy sama zaczęłam powoli podążać jej śladem; zatrzymałam się jednak w połowie drogi, czując, że wynajęci przeze mnie detektywi, którzy notabene powinni wkrótce wyruszyć na poszukiwania mojej butelki, lewitują w miejscu, jakby nie mieli ochoty ruszyć się ani o centymetr. Spojrzałam za siebie: tak jak się spodziewałam, wszystkie trzy kule światła lewitowały bez ruchu, nawet nie drgając. Jedynie skierowały na mnie swój oślepiający blask, jakby nie wiedziały, czym zastąpić wpatrywanie się we mnie swoimi niefunkcjonującymi już wybałuszonymi oczami.

— Czemu tak stoicie? — zapytałam ich wszystkich — A może raczej, no, lewitujecie? Albo coś...? Sama już nie wiem...

— Mamy wejść do środka tego czegoś? — zielona bańka szepnęła głosem Vectora.

— Chcesz tę wypłatę czy nie?

— Absolutnie, tylko-

— No i fajnie. Wchodźmy, bierzmy i spieprzajmy.

— Jak zamierzasz wykonać to ostatnie? — zapytał cicho Espio.

— Pamiętasz ten detonator, który przymocowałam sobie do dłoni przed operacją? To przycisk zakończenia połączenia z mózgiem Silvera. Mały, skromny, a do tego jest całkowicie idiotoodporny! Wystarczy jedno kliknięcie i wracamy do rzeczywistości, niezależnie od tego, jak głęboko tu zajdziemy...

— Nawet wtedy, jeśli znajdziemy się w tej otchłani? — Charmy wtrącił się do rozmowy.

— Słyszałeś, żebym powiedziała coś innego?

Trzy kolorowe bańki światła zamigotały, jakby chciały spojrzeć na siebie nawzajem; chwilę później zauważyłam szybki błysk wydobywający się z tej fioletowej.

— Powinniśmy wejść na trzy — oznajmiła, przysuwając się bliżej mnie.

— Wolałabym wejść na zero, ale to też coś — spróbowałam wzruszyć ramionami — Jakieś pytania? Propozycje?

Vector i Charmy nie odpowiedzieli na moje pytanie, podczas gdy Espio przeleciał tuż obok mnie, docierając przed tytaniczną bryłę szarej plazmy. Nie namyślając się długo, postanowiłam do niego dołączyć, rozglądając się przy okazji za turkusową tulpą. O dziwo, nigdzie jej nie było. Może schowała się gdzieś za jedną z pobliskich kleksów? A może... E tam, po co to komu? Takie pytania nic nie wnoszą...

Gdy przystanęłam obok kameleonowatego otaku, w tej samej chwili obok mnie zatrzymał się krokodyl wraz z pszczołą, którzy nieśpiesznie dopełnili resztę drużyny. Jeszcze raz rozejrzałam się po przestrzeni hipokampu, przyglądając się zarówno przemienionym członkom drużyny Chaotix, jak i masywnej szarej plamie, która przypominała raczej nadmuchaną gumę balonową niż plamę.

Raz... TRZY!

Zanim zdążyłam skończyć "odliczanie", chwyciłam towarzyszące mi bańki, po czym wściekle rzuciłam się bezpośrednio na błonę wspomnienia, znikając z nimi w jego wnętrzu. Przestrzeń wokół hipokampu niespodziewanie rozbłysła, jakby przeszył ją rój piorunów, po czym szybko pogrążyła się w całkowitej ciemności. Równie szybko straciłam z oczu trzymanych przeze mnie detektywów, ale wciąż czułam ich charakterystycznie dziwne, miękkie ciała.

Mój uścisk w obu dłoniach mimowolnie zacieśnił się, zaś gdzieś na horyzoncie nowo powstałej nicości nagle pojawiła się mała biała kropka: była to jedyna rzecz, jaką można było dostrzec pośród wszechobecnej czerni. W jednej chwili, bez żadnego ostrzeżenia, eksplodowała, rosnąc w zastraszająco szybkim tempie, świecąc coraz jaśniej i zajmując coraz więcej miejsca w całkowitej objętości kosmicznej pustki, by pochłonąć również i nas.

Skutki tego były bardziej niż tylko namacalne: cały świat stał się wrzaskliwą, niemal oślepiającą jasnością. Zanim mój mózg zdążył się rozszczepić na pół z powodu przeszywającego go bólu, jasność uspokoiła się, całkowicie zanikając i pozwalając odpocząć naszym zmysłom. Wszystkie te wydarzenia nastąpiły po sobie w czasie krótszym niż 10 sekund, w końcu odsłaniając przed naszą drużyną słabo widoczne zielono-niebieskie pole.

Kiedy mój wzrok pozwalał mi wreszcie rozróżniać różne kształty i kolory, rozejrzałam się dookoła siebie: puchate chmury sunące po pogodnym, błękitnym niebie i cichy, ledwo słyszalny szum roślinności dały mi do zrozumienia, że ten krajobraz jest o wiele bardziej ziemski, niż mogłam się początkowo spodziewać. Zerknęłam kącikami oczu na boki: tam dostrzegłam takie same okrągłe świetliki, jak te, z którymi przed chwilą wskoczyłam na błonę gigantycznej szarej plamy.

Oszalałaś, kretynko?! — Vector szturchnął mnie z prawej strony tułowia.

— No co?

— Mieliśmy wejść na trzy!

— I tak też zrobiliśmy.

— To rzucanie się bezpośrednio na coś, co pierwszy raz widzisz na własne oczy, nazywasz wchodzeniem na trzy!?

— Tak.

— Potrafisz w ogóle liczyć!?

— Jasne, ale ponieważ nie miałam ochoty czekać, od razu policzyłam do trzech.

— Nawet nie sprawdziłaś, czy się nie pozabijamy!

— Jesteś mięczakiem — burknęłam. — Pogódź się z tym.

— Idiotka!

Przepraszam...?

— Jesteś idiotką!

— Miło o tym wiedzieć, palancie!

Zanim nasza rozmowa zdążyła przerodzić się w kłótnię, Espio niespodziewanie zatrzymał się między naszymi migoczącymi korpusami.

— Uspokójcie się! — wysyczał, próbując nas od siebie odsunąć — Lepiej sprawdźcie, co jest za wami.

Nie mając odwagi powiedzieć krokodylowi, że postanowiłam zmniejszyć jego wypłatę o połowę (choć nie miałam nawet pojęcia, ile miała ona początkowo wynosić), posłuchałam rady kameleona i odwróciłam się, żeby uważniej się rozejrzeć. To było wszystko, czego potrzebowałam, aby dostrzec piękny chodnik z beżowych betonowych płytek biegnący przez trawnik, który dzielił pobliski teren na dwa przylegające do siebie pasy zieleni.

Najbliżej niego posadzony był pas kwitnących krzewów, zaś kilka metrów dalej spokojnie rosły za nimi wysokie drzewa, wśród których porozrzucane były zarówno te iglaste, jak i takie typowo tropikalne. Tymczasem na horyzoncie w kierunku którego prowadził chodnik, wznosiło się coś wyglądającego jak tył wyniosłego śnieżnobiałego pałacu, z którego wyrastała para strzelistych wież o niebieskich kulistych dachach i spiczastych złotych iglicach.

Doskonale wiedziałam, co przed sobą widzę.

To mój pałac! — wyszeptałam, zapominając o niedawnej kłótni — Jesteśmy w cesarskim ogrodzie!

— No i...? — zapytał Vector, również rozglądając się po okolicy.

— Jedną z pierwszych prac, do których przydzieliłam Silvera po jego zatrudnieniu, było przycinanie krzewów! Jest gdzieś blisko...! Czuję to!

Kierując pyszczek w inną stronę, dostrzegłam dużą, jasnobeżową fontannę, której rozległy, trzyczęściowy basen przypominał koniczynę i żonglował wodą między przelewem a dyszami wewnątrz dłoni wspaniale wykonanej rzeźby młodej kocicy stojącej na niezbyt wysokiej kolumnie. Sylwetka Mobianki uderzająco przypominała moją własną, ale jej elegancki długi płaszcz i granitowa sierść zaczesana na tył głowy przypomniały mi, że była przecież moją własną matką, a do tego królową całego Imperium.

Symbolicznie czuwała nad pracą ogrodników i odpoczynkiem gości przebywających w należących do niej ogrodach, wsłuchując się w plusk wylewających się z niej wiązek spadającej wody. Miło było ją tu widzieć — nawet gdy jej obecność ograniczała się do bycia nieruchomym posągiem. Tuż obok niej, na jednej z ławek otaczających dumę ogrodu, siedziałam... ja! Próbowałam kilkakrotnie przetrzeć oczy, by upewnić się, że to nie jakieś dziwne omamy, ale za każdym razem znajdowałam na drewnianym siedzisku tę samą lawendowo-fioletową postać, spokojnie czytającą książkę i co jakiś czas rozglądającą się nieufnie po otaczającej ją zieleni.

Pośród niej znajdowali się ogrodnicy składający się w zdecydowanej większości z koali należących do królewskiej gwardii. W zdecydowanej większości, bo wśród nich znajdował się jeden wyjątek od reguły: popielaty jeż, który ciął i rzeźbił tak dobrze, jakby próbował odgrywać rolę zawodowego stolarza. Nożyce ogrodowe, którymi władał w śnieżnobiałych rękawiczkach, przedzierały się przez cienkie gałązki średniej wielkości krzewu niczym ostrza kosiarki wirujące szybko przez źdźbła trawy, ale — co najciekawsze — w pracy towarzyszyły mu dodatkowe egzemplarze tych samych narzędzi, które otoczone jasną, turkusową poświatą lewitowały w powietrzu, radośnie pomagając mu w przycinaniu tylnej części rośliny.

To oczywiście przyciągało uwagę jego współpracowników, którzy od czasu do czasu przerywali ciężką pracę, by nieufnym wzrokiem obserwować jego hipnotyzujące sztuczki.

— To on! — zawołał Charmy — To pan Silver!

— No co ty nie powiesz? — odparłam mu, po czym odleciałam w stronę drugiej ja, odłączając się od reszty drużyny.

Przyleciałam wprost przed ławkę na której siedziała. Zgodnie z moją hipotezą, Blaze numer 2 w ogóle nie zwracała na mnie uwagi: koniec końców powinna była istnieć wyłącznie w obrębie wspomnienia jeża. Jeśli można było wierzyć okładce książki, którą trzymała, czytała jakiś poradnik poświęcony samodoskonaleniu w kwestiach psychologicznych i społecznych. Szybko przypomniałam sobie moje przygody z nią w realnym świecie: początkowo nieufnie podchodziłam do niektórych pomysłów zawartych na jej szorstkich stronach, ale gdy doszło do połączenia Wymiaru Sol z Wymiarem Alfa, okazały się one zaskakująco przydatne.

W wspomnianym okresie czasu zostałam zmuszona naprawić stosunki mojego Cesarstwa ze Zjednoczoną Federacją i G.U.N., które do tej pory kojarzyło mnie jedynie ze zniszczenia połowy ich lotniskowca podczas pościgu za Doktorem Eggmanem, który ukradł wszystkie Szmaragdy Sol. Niezbyt dobre pierwsze wrażenie, zwłaszcza jak na członka rodziny królewskiej. Ale cóż — co było, to było, a co będzie, to będzie. Dlatego nawet teraz sięgam po tę książkę, angażując się w comiesięczny rytuał jej powtórnego czytania. Nie skłamię, jeśli powiem, że dzięki temu czuję się, jakbym była dobrze przygotowana na przyszłość...

— W porządku — usłyszałam Vectora, podczas gdy do mnie dołączył — Podłączyliśmy się do Silvera, jesteśmy już w jego hipo-coś-tam i trafiliśmy do właściwego wspomnienia. Jak wygląda reszta naszego planu działań?

— A bo ja wiem?

— Och, nawet tak nie mów! To ty zorganizowałaś tę całą operację!

— Tak, ale... nie na taką skalę...

— Chcesz mi powiedzieć, że szukanie butelek w czyjejś głowie to operacja na dużą skalę?

— Nie, nie na tak dużą! — wydukałam niepewnie — No... trochę, ale... nie aż tak bardzo. Chyba źle się wyraziłam.

Coś mi tu śmierdzi... — krokodyl zmarszczył brwi — Dlaczego jesteś dzisiaj tak dziwnie niezdecydowana? Mówiłaś, że ostatni raz prowadziłaś taką operację jakieś cztery lata temu, prawda?

Yyy... Tak?

— Na kim ona była?

— To jest, no... Poufne?

— Poufne! — prychnął — Tajne przez poufne! Wszystko jest poufne! To nie ma sensu!

— Vector dobrze gada — oznajmił Charmy, który razem z Espio dołączył do nas przed ławkę. — Uśpiłaś pana Silvera bez jego zgody, wypadłaś z autobusu i nie przestajesz być dla wszystkich wredna! Nie jest pani tą samą Blaze, którą pamiętam... Czy coś przed nami ukrywasz?

— Okej, okej, przyznaję się! — warknęłam, wyraźnie urażona — Nie planowałam tej operacji! Nie mam też kwalifikacji, by nią dowodzić...

Vector, Espio i Charmy zamilkli, jakbym nie sprawiała już wrażenia naczelnego podejrzanego. Naprawdę nie chciałam się do tego przyznać.

— ...ale spokojnie, będziecie mieli swoją wypłatę! — dodałam szybko łamiącym się głosem. — Naprawdę! Jak tylko znajdziemy tę głupią butelkę!

— Bardziej interesuje mnie twój detonator niż wypłata — powiedział Espio. — Czy to na pewno jakiś przycisk?

— Kiedy Tails prezentował mi działanie tej całej maszyny, to wyglądał mi na... właśnie coś takiego? No bo co innego mógłby to być?! Jest duży, czerwony, zachęca do jego naciśnięcia... no i ten, kto dowodził pokazem próbnym miał go właśnie przy sobie, o tu!

Szybko przyłożyłam jedną dłoń do drugiej, wyraźnie czując obecność detonatora, ale nie widząc go.

— Ach, no tak... — wymamrotałam — Zapomniałam, że zamieniliśmy się w styropianowe kulki oblane kolorowym brokatem. Ale wciąż go czuję! Jest tutaj!

— Czy na pewno możemy ci zaufać? — zapytał kameleon — Skoro tulpa Silvera nie mogła, to dlaczego my też nie?

— Nie wiem...! Nie wiem, ale obiecuję, że tym razem będę z wami prawdziwie szczera! Przysięgam!

Członkowie drużyny Chaotix spojrzeli na siebie nawzajem, po czym odlecieli na kilka metrów ode mnie, być może po to, aby się szybko naradzić. Nie trwało to długo: kilkanaście sekund później kule podleciały z powrotem przed ławkę, gdzie znajdowałam się wraz z moją kopią ze wspomnienia popielatego jeża.

— Zgoda — krokodyl przytaknął z uznaniem. — Zaufamy ci, ale tylko pod warunkiem, że będziesz z nami szczera aż do zakończenia operacji.

Odetchnęłam z ulgą, a narastający wewnętrzny niepokój zaczął ulatniać się jak powietrze z przebitej opony.

Już dobrze, już dobrze... — Zaśmiałam się nerwowo — A teraz wróćmy do planu działania. Ten turkusowy bąbelek wspominał coś o byciu blisko gospodarza. A kto to jest? To Silver. Proponuję więc, abyśmy za nim podążali, aż znajdziemy nasz cel gdzieś w jego pobliżu.

— To... brzmi jak plan. Jak faktycznie zaplanowany plan! Podoba mi się.

Już miałam odsunąć się od ławki Blaze, żeby odlecieć w kierunku Silvera, gdy moją dalszą drogę niespodziewanie przeciął biegnący Gardon, który zatrzymał się tuż przed czytającą księżniczką; trzymał w lewej dłoni cienką, prostokątną kopertę pocztową, którą szybko wyciągnął w jej stronę.

— Telegram do Ciebie, Wasza Wysokość! — zawołał zdyszanym głosem.

Blaze opuściła czytaną książkę na kolana i spojrzała spod oka na swojego gwardzistę; zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, odłożyła lekturę na bok ławki i zwinnym ruchem palców wysunęła kopertę, szybko zabierając mu ją z dłoni. Obejmując telegram obiema rękami, skinęła delikatnie głową, na co Gardon odpowiedział podobnym gestem, tylko po to, by następnie ruszyć spokojnym biegiem z powrotem do pałacu.

Księżniczka ściągnęła rękawiczkę na lewej dłoni, odsłaniając puszystą, śnieżnobiałą łapę z jasnoróżowymi opuszkami; napięła ją, wysuwając ukryte w niej pazury, po czym powolnym ruchem palca wskazującego zaczęła rozcinać czubek właśnie otrzymanej koperty. Kiedy skończyła, rozluźniła palce dłoni, włożyła ją z powrotem do rękawiczki, po czym delikatnie wyciągnęła właściwy telegram: była to złożona kartka najnudniejszego papieru, jaki można sobie wyobrazić. Rozkładając go, zaczęła cicho czytać odręcznie napisaną wiadomość. Jak się zapewne domyślacie, ja i detektywi zaczęliśmy robić to samo.

Droga Księżniczko...

Wszystkiego najgorszego!

Z poważaniem, anonimowy wielbiciel

Zanim zdążyłam przeczytać ostatnią linijkę telegramu, księżniczka wzdrygnęła się, po czym agresywnie zeskoczyła z ławki. Zrobiła to nie bez powodu: dosłownie sekundy później spadła tam kilkumetrowa aluminiowa kapsuła, całkowicie miażdżąc jej drewniany stelaż. Poczułam przeraźliwie silny wstrząs, któremu towarzyszył podmuch fali uderzeniowej, który wyrzucił wszystkich w pobliżu ławeczki wysoko w powietrze. Wylądowawszy na jednym z kilkudziesięciu krzewów rosnących wokół jej szczątków, panicznie rozejrzałam się dookoła fontanny: upadek kapsuły sprawił, że oddzieliłam się od Vectora, Espio i Charmy'ego. Krokodyl był teraz na jednym ze świerków, kameleon niedaleko przerażonych ogrodników, a pszczoła tuż obok sadzonki jabłoni.

Zamiast wpadać w panikę, wszyscy w ogrodzie skierowali wzrok na przewróconą księżniczkę, która ostrożnie podniosła się z kupki ziemi rozsypanej przez świeży wybuch. Na jej zabrudzonym pyszczku było coś, czego nie widuje się na co dzień: szaleńcza wściekłość, którą wyraźnie podkreślała jej chęć do dalszej walki. Gdy tylko spojrzała w stronę tajemniczej kapsuły, jej przednia pokrywa wystrzeliła z hukiem, a z wnętrza ujawniła się para metalowych rąk, które chwyciły się sąsiadujących ze sobą krawędzi nowo otwartej pieczary, częściowo je zmiażdżyły, po czym pozostawiły na nich pięć dziur odpowiadających pięciu szponom; należały one do mobianoidalnej maszyny, której złowieszczy wygląd stanowił wyraźne nawiązanie do zaatakowanej księżniczki.

— To znowu ty, Nega? — zaśmiała się pod nosem Blaze — Podziwiam twoją wytrwałość...

Aluminiowa obudowa w kolorze lawendy odbijała blask słońca wiszącego wysoko na niebie, podczas gdy biało-czerwone nogi gwałtownie wbiły się w ziemię, a złote paski na parze zakrzywionych ekranów przypominających czarne oczy zatrzymywały się w kierunku, gdzie stał jej priorytetowy cel. Kiedy silnik odrzutowy, który zajmował miejsce jej brzucha, wydał z siebie głośny syk, a metalowe pazury niespodziewanie zapłonęły kulami ognia, stało się jasne, z czym ma do czynienia. Metalowy sobowtór kocicy rzucił się prosto na nią, by jak najszybciej zadać jej śmiertelny cios. Zanim zdążył wbić pazury w jej ciało i rozszarpać ją na strzępy, zdążyła wykonać widowiskowy przerzut bokiem, unikając w ostatniej chwili nadziania się na jego wyciągniętą dłoń.

Nie spodziewała się jednak, że zamiast zatrzymać się lub wzbić w powietrze, pędzący prześladowca pochyli się, po czym płynnie przeleci obok pola kwiatów i rozgrzeje swój napęd do czerwoności. Teraz ryczał jak wojskowy odrzutowiec kołujący po pasie startowym, choć jego brzmienie wydawało się bardziej bioniczne niż mechaniczne. Rozedrgany ton piskliwego warkotu wystarczył, by księżniczka nieświadomie zatrzymała się bezpośrednio na drodze jego szaleńczego lotu, wystawiając się na bezpośredni atak; gdy tylko spostrzegła, że dystans dzielący ją od elektronicznego zabójcy kurczy się w zastraszającym tempie, w akcie desperacji upadła na ziemię i skoczyła, wykonując nad nim salto w tył, przez które przeleciał tuż obok jej sztywnego ogona.

Po wylądowaniu i upewnieniu się, że maszyna ma zamiar ponownie zawrócić, księżniczka natychmiast przykucnęła i zaczęła przyspieszać, nawet się nie ruszając z miejsca; jej nogi oplatały coraz to większe języki ognia, które szybko otoczyły ją od stóp aż po biodra. Gdy metalowa bestia znalazła się w jej polu rażenia, Blaze wystrzeliła do przodu, zamieniając się w małe tornado i zderzając się z nią. Po odbiciu się od jej obudowy i twardym lądowaniu na swoich plecach, poderwała się na równe nogi, tylko po to, by dostrzec, że maszyna straciła równowagę, a na jej popękanym torsie pojawił się płomień, który zaczął szybko wędrować do jej kończyn, gdzie widoczne były obwody pozwalające jej poprawnie funkcjonować. Czy udało jej się je podpalić?

Gdy rozwścieczony robot zaczął zwalniać, jego kończyny sztywnieć, a silnik strzelać iskrami, była pewna swoich przeczuć; jego los ostatecznie przesądził głuchy upadek na ziemię, podczas którego zdołał przeorać swoją rozpadającą się konstrukcją długi pas zieleni, by w końcu z hukiem uderzyć o brzeg pobliskiej fontanny. To był już koniec. Gęste kłęby czarnego dymu, które zaczęły unosić się z jego rozbitego wnętrza, wyraźnie wskazywały na to, jak wyglądał ostateczny wynik pojedynku.

Kocica otrzepała się z nadmiaru gleby i trawy, po czym płynnym, eleganckim krokiem podeszła do dymiących szczątków sobowtóra, chcąc przyjrzeć się im nieco bliżej: całość płonęła jak sterta opon, nie pozwalając jej dostrzec nawet skrawka wstążki z szarego dymu, która powinna wydobywać się ze zniszczonych podzespołów. Niechętnie wzruszyła ramionami, a następnie odwróciła się do pobliskich ogrodników, którzy przerwali swoje obowiązki, ale nigdzie nie uciekli, pozostając na swoich miejscach.

— Hej, wy! — Zawołała — Wracać mi tu do pracy! Nie płacę wam za oglądanie tego, jak biję się z morderczymi androidami!

Choć wojenna zawierucha, jak gdyby nigdy nic, całkowicie opuściła połacie cesarskiego ogrodu, od razu zalała mnie fala nieprzyjemnych myśli. Doskonale pamiętałam tę potyczkę; bezbłędnie odgadłam każdy ruch, każdą linijkę dialogu, każdy cios, a jednak czegoś mi tu brakowało. Dławiona narastającym strachem, odleciałam z zajmowanego przeze mnie krzaka, by wrócić do członków zespołu Chaotix. Gdy tylko zauważyłam ich kuliste sylwetki zbliżające się do wraku robota, postanowiłam gwałtownie przyspieszyć, by ich ostrzec... Ale przed czym? Przecież dopiero co oglądałam, jak mój klon ze wspomnień popielatego jeża zrobił z tyłka tego metalowego potwora istną jesień średniowiecza!

Znajdowałam się naprawdę blisko detektywów, gdy dotarło do mnie, że było już za późno: ręka należąca do dymiących szczątków robota chwyciła ogon księżniczki i rzuciła nią za siebie, zanim ta zdążyła odpowiednio zareagować. Blaze bezwładnie uderzyła w posąg górujący nad fontanną, przewracając go i spadając na płytką taflę wody rozciągającą się poniżej kolumny. Gdy spadająca wraz z nią granitowa figura roztrzaskała się na tysiące kawałków, tłum gwardzistów znieruchomiał z wrażenia.

W międzyczasie poobijana maszyna podniosła się na nogi, odrywając resztki swojej częściowo zmiażdżonej obudowy, po czym całkowicie stanęła w płomieniach, pozwalając im rozprzestrzenić się po kończynach i pomniejszych częściach swojego metalowego ciała. Robot odwrócił się w stronę uszkodzonej fontanny, by dokładniej przyjrzeć się swojej ofierze: na jej pyszczku malował się grymas cierpienia, którego nie mogła złagodzić ani przez mocne ugryzienie się w język, ani przez nagły przyrost adrenaliny w jej ciele.

Nie wiedział dokładnie, dlaczego tak się dzieje, lecz gdy księżniczka próbowała się podnieść, za każdym razem padała na twarz, jakby nie była w stanie utrzymać się na nogach. Dzięki temu mógł bez większego wysiłku zacząć się do niej zbliżać, stąpając utykającą lewą nogą po dnie płytkiego basenu. Chcąc uciec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem ze strony elektronicznego zabójcy, kocica przekręciła się na plecy, co tylko spotęgowało przeszywające ją boleści.

— Ty gnido...!

Robot odpowiedział jej wystrzeliwując z lewej ręki wstęgę lepkiej, białej masy, która w jednej chwili pokryła większość jej ciała, skutecznie przyklejając ją do dna basenu, przy okazji podtapiając jej pyszczek; masa zaczęła gęstnieć w zastraszająco szybkim tempie i pęcznieć w sposób podobny do tego, w jaki zachowuje się pianka do golenia. Próbując ratować się za pomocą swoich mocy kontrolowania płomieni, księżniczka poczuła jedynie dziwną, ziarnistą konsystencję, przypominającą zawartość gaśnic proszkowych; najwyraźniej została uwięziona bez możliwości ucieczki. Górujący nad nią prześladowca zbliżył się do jej głowy, nie spuszczając z niej bezdusznego, złowrogiego wzroku.

Jego lewe oko było strzaskane od niedawnej walki, na prawym zaś migotały kolorowe artefakty pojawiające się wzdłuż jego powierzchni, podczas gdy przez chudy osmolony szkielet pokryty licznymi płomieniami nieustannie unosił się gryzący dym, sprawiając wrażenie, że otoczenie pod jego wpływem uległo widocznym zniekształceniom. Co więcej, jego poszarpana lewa ręka nie przestawała drżeć, co wskazywało na to, że on również zmagał się z ranami nękającymi jego hart ducha. Nie przeszkodziło mu to jednak w podniesieniu prawej nogi i przekształceniu jej w ostrą, płonącą włócznię, którą wkrótce potem wycelował prosto w jej czoło.

Ogień — wycharkał swoim mechanicznym, kobieco brzmiącym głosem — zwalczaj ogniem.

Maszyna była niewiarygodnie blisko przebicia głowy rannej kocicy, gdy nagle zatrzymała się na swoim miejscu, a z jej silnika zaczęły wystawać ostrza złożonych nożyc ogrodowych, które najwyraźniej przebiły ją na wylot, plącząc się gdzieś w gąszczu porozrywanych przewodów.

ZOSTAW JĄ!

Blaze przeniosła wzrok na tajemniczego mobianina, który stanął tuż za plecami jej metalowego agresora: okazał się nim być jeż Silver. Wszystko wskazywało na to, że korzystając z nieuwagi ich obojga, popielaty ogrodnik postanowił użyć swoich narzędzi jako broni i wystrzelił jedno z nich wykorzystując do tego moc psychokinezy, którą władał. Pozostałe ostrza, które jeszcze niedawno towarzyszyły mu podczas przycinania krzewów, uniosły się tuż nad jego głową, pokryte warstwą charakterystycznego dla niego turkusowego światła i kierując swoje lśniące ostrza wprost w stronę płonącej bestii; choć jego prowizoryczna dzida trafiła idealnie w jej mechaniczne serce, nie wyglądało na to, by ta zamierzała poddać się bez walki.

Metalowa kreatura odwróciła wzrok za siebie, chwyciła gumowe, ciemnozielone rękojeści wystające z jej płonącego grzbietu, po czym wyrwała je i z furią odrzuciła na bok. Zamiast zaatakować księżniczkę, ta niespodziewanie rzuciła się na jeża, chwytając go obiema parami pazurów, by po chwili odlecieć z nim, kierując się bezpośrednio na najbliższe drzewo. Silver robił wszystko, co w jego mocy, by wyrwać się z jej uścisku, ale bezskutecznie; nie zdążył chwycić broni, którą właśnie przygotował. Ostatecznie ogrodem wstrząsnął potężny huk, gdy z impetem wbił się tylnymi kolcami w korę potężnego dębu. Próbując powstrzymać się od krzyku agonii, zacisnął mocno zęby i spojrzał głęboko w oczy maszyny, pragnąc w ten sposób przekazać jej, że się nie boi.

Baza celów programu Zamach została zaktualizowana — robot wycharkał ponownie. — Imię: Silver. Nazwisko: Nieznane.

Rozpadający się żywcem mechaniczny potwór wyciągnął prawe ramię w stronę nieba, by wypluć z niego wysoki słup ognia, który szybko rozpłynął się na tle błękitnego horyzontu. Następnie skierował go na twarz popielatego jeża, uświadamiając mu, że za chwilę pozostaną po nim jedynie zwęglone zwłoki.

Status: Martwy.

Każdy widz tego gladiatorskiego pojedynku spodziewał się najgorszego, ale właśnie wtedy stało się coś zaskakującego: kiedy ogrodnik rozłożył ręce, a założone na nie rękawice rozbłysły turkusowym blaskiem, robot natychmiast został pokryty od stóp do głów tą samą aurą, co nożyce, które dopiero co lewitowały. Nie mógł się już poruszać, a co gorsza, nie mógł aktywować swojego miotacza ognia. Po krótkiej chwili jego szkielet zaczął głośno trzeszczeć, a silnik wyć. Robot walczył z niewidzialną mocą jak tylko mógł, lecz kilka sekund później został przez nią dosłownie rozerwany w pół, znikając wewnątrz spektakularnej eksplozji.

Obszar przed drzewem, w które wbity był popielaty jeż, rozbłysnął i pokrył się ścianą przerażająco gęstego, czarnego dymu, który po powolnym wzbiciu się w powietrze ukazał wszystkim gapiom niewielki krater z powyrywanymi kończynami roztrzaskanej bestii w środku. Obok niego leżał Silver, którego ciężko poparzone ciało było poplamione litrami oleju i tonami brudu, które opadły tak szybko, jak wzbiły się w powietrze. Kiedy jednak poczuł, że jego wnętrzności zostały na swoim miejscu, a jemu nic już nie jest w stanie zagrozić, odruchowo wstał i pobiegł w stronę fontanny, pod którą leżała poturbowana wojowniczka.

Biegnąc przed płytkim basenem, jeż instynktownie chwycił siłą woli warstwę ognioodpornego materiału, po czym rozerwał ją, uwalniając spoczywającą pod nią księżniczkę; równie szybko wszedł na jego płyciznę, a gdy tylko dostrzegł jej ciało leżące bez ruchu, pochylił się nad jej białym pyszczkiem, by sprawdzić, czy jeszcze oddycha. Blaze miała szczęście, że jeszcze żyje, choć niedawna walka z wrogiem mocno ją pokiereszowała: jej elegancki strój znajdował się w dramatycznym stanie, a posiniaczone ciało było poobijane w każdy możliwy sposób, pod każdym możliwym kątem. Nie wahając się ani chwili dłużej, ogrodnik postanowił otoczyć ją warstwą swojego światła i unieść najdelikatniej jak potrafił, by chwilę później wrócić z nią na suchy ląd.

Gdy znalazła się już w bezpiecznej pozycji, jeż ponownie pochylił się nad jej bezwładnym korpusem, nie mogąc dłużej ukrywać narastającej w nim paniki.

— Blazey! — Wyszlochał głosem pełnym goryczy i rozpaczy — Proszę, obudź się! Wiem, że mnie słyszysz! Obudź się, Blazey! Proszę!

Wszyscy ogrodnicy nieśmiało podeszli do Silvera i częściowo go otoczyli, podczas gdy on padł na kolana i zaczął delikatnie ściskać jej barki i przedramiona, powoli tracąc przy tym cierpliwość. Przyglądałam się temu również i ja, nareszcie dołączając do trójki zagubionych detektywów; jakiekolwiek pytania czy komentarze były teraz zbędne.

Wszyscy — łącznie ze strażnikami — stali nieruchomo i milczeli, jak za sprawą jakiejś bajkowej klątwy. Gdy popielaty jeż zaczął wyglądać jak ktoś, kogo nadzieja znalazła się na skraju przepaści, księżniczka zaczęła częściowo otwierać zamknięte oczy, wprawiając cały ogród w niemy zachwyt przeplatany ze zdumieniem. Na twarz jeża coraz szybciej powracał szeroki uśmiech, a on sam odetchnął z ulgą, choć wciąż czuł lekki niepokój.

— Słyszysz mnie? — Zapytał ją, jednocześnie patrząc głęboko w jej złote oczy — Wszystko w porządku?

Dopiero po kilku chwilach kocica pozwoliła sobie na pełne otwarcie powiek i delikatne uniesienie głowy w stronę swojego wybawcy.

— Silver... — szepnęła słabo, po czym wskazała subtelnym ruchem ręki, by ten nachylił się do niej jeszcze bardziej.

Zaniepokojony jeż zrobił to, co nakazała mu ranna księżniczka. Napięcie było tak gęste, że z łatwością można by je pokroić na kawałki; dwie sylwetki wpatrywały się wzajemnie w swoje oczy, a cały ogród utkwił w nich wzrok, z niecierpliwością oczekując kolejnych słów tej pierwszej lub tego drugiego.

— ...TY IDIOTO!

Otwarta prawa dłoń księżniczki z ogromną prędkością zderzyła się z lewym policzkiem popielatego jeża: siła tego uderzenia była tak wielka, że gdy wokół fontanny rozległo się głośne, mięsiste plaśnięcie, wszyscy obserwatorzy mimowolnie otworzyli usta ze zdumienia. Silver przewrócił się i upadł na pyszczek, w życiu nie spodziewając się, że za chwilę może stać się coś tak drastycznego.

Podniósł głowę i ostrożnie dotknął poszkodowanej przez nią części twarzy, szybko tego żałując: pojawił się tam duży, jaskrawoczerwony ślad rozżarzonej dłoni, który zajął miejsce najbardziej poparzonej części jego ciała. Starał się nie zwijać z bólu, ale obecność blizny była tak intensywna, że prędzej wolałby, żeby ktoś rzucił w niego rozżarzonym węglem.

Gdy tylko się podniósł, z obrzydzeniem i trwogą spojrzał na kocicę, która zupełnie go zignorowała, zajmując się powolnym podnoszeniem się na nogi.

Blazey... — wybełkotał, ledwo powstrzymując się od płaczu — Za co...?

ZA JAJCO! — ryknęła, wykonując wściekły zamach ręką w kierunku jeża.

Gdy tylko podniosła się z ziemi, jeż zauważył, że odruch kazał jej złapać się za okolice prawej łydki, a grymas bólu wymalowany na jej twarzy nasilił się. Czyżby złamała nogę podczas walki z robotem? Nie wiedział, jak miałby odpowiedzieć na to pytanie, bo wyglądała, jakby zupełnie ignorowała stan, w którym się znajdowała: mimo ciężkiego oddechu wydawała się niezachwiana, by w końcu odwrócić się w stronę towarzyszących im ogrodników.

— Zmiana planów... — stęknęła, wskazując palcem na nich wszystkich — Wracajcie do pałacu i powiedzcie mojej sekretarce, żeby przełożyła moje najbliższe spotkania na jakieś trzy miesiące. To będzie taki pomarańczowy szop. Na pewno się na nią natkniecie. Przekażcie jej też, że nie będzie mnie na najbliższym spotkaniu z tymi facetami w ładnych garniakach. I tak nadal są kompletnymi kretynami. O, i nie zapomnijcie zarezerwować mi jakiegoś chirurga...

Spora część gwardzistów popędziła na tyły pałacu, a reszta została w tyle, zapewne by pomóc rannej księżniczce. Ta jednak na ich widok postanowiła machnąć ręką i zaczęła uparcie kroczyć w stronę reszty ogrodników, kulejąc przy tym na prawą nogę; za każdym razem, gdy kolejne koale podchodziły do niej sugerując, że mogą jej udzielić wsparcia, delikatnie je odpychała, po czym mówiła, że da sobie radę i zamierza w dalszym ciągu kontynuować swój marsz. Przyglądał się temu przerażony popielaty jeż, z którego spojrzenia zaczynał powoli gasnąć pocieszny blask, pozostawiając je pustym i zimnym, jak opuszczone schronisko zbudowane kiedyś gdzieś wysoko w górach: w rozpaczy, wewnętrznym zagubieniu i beznadziei.

Zarówno ja, Vector, Espio jak i Charmy lewitowaliśmy w absolutnej ciszy, starając się za wszelką cenę nie kierować na siebie nawzajem wzroku. Wiedząc, że prędzej czy później ktoś musi zadać to pytanie, fioletowa bańka będąca kameleonem powoli podryfowała w moją stronę, po czym delikatnie się zatrzymała, jakby nie chciała mnie w jakiś sposób zdenerwować. Spojrzałem na niego, a on na mnie.

Uratował ci życie — stwierdził cicho, starając się zachować swój dotychczasowy stoicyzm — Czy rzeczywiście go wtedy uderzyłaś?

— Na terytorium Cesarstwa Sol tylko ja mam prawo rozprawiać się z Eggmanem Nega i jego wynalazkami — oznajmiłam mu surowo. — Tak było, tak jest i tak będzie.

Wszyscy detektywi spojrzeli na siebie, wyglądając jakby byli zupełnie nieprzygotowani na moją odpowiedź.

— Sądzę, że byłoby o wiele lepiej, gdyby twoja mała Republika Ludowa pozostała w swoim wymiarze... — Vector burknął z obrzydzeniem, po czym powoli przyfrunął do samotnego, ciężko poparzonego jeża.

Do niego dołączyli także Charmy i Espio, oddalając się ode mnie na kilka metrów. Całe szczęście, że to ja dowodziłam tą operacją, bo gdyby każdy z nich miał dostęp do odłączenia się od tego popielatego idioty, pewnie od razu spakowaliby manatki i wrócili do swojej dziury znajdującej się gdzieś po drugiej stronie oceanu. Prostacy i idioci. Oni wszyscy są tacy sami! Dlaczego otaczam się takimi żałosnymi osobami?!

— Co tak stoisz? — zapytał Charmy — Nie powinniśmy byli wspólnie trzymać się blisko niego?

— Już lecę, już lecę...