Autor: ToAStranger
Tytuł oryginału: draw me after you (let us run)
Link do oryginału na ao3: works/22327684/chapters/53334382
Tłumacz: Panna Mi
Tytuł tłumaczenia: pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)*
Zgoda: jest – Big thanks to ToAStranger for her permission to publish this translation!
Beta: -
Długość: powyżej 15 rozdziałów
Rating: na razie T, może ulec zmianie
Opis: Alternatywa od 5 części. Harry ucieka, Voldemort próbuje go złapać.
Pojęcia nie mam czy ktoś mnie jeszcze po tym czasie pamięta i czy dalej zainteresowani jesteście tym pairingiem – ale jeśli tak, to witam ponownie starych bywalców, a także wszystkie nowe w tym pairingu osoby :)
Wiem, że mówiłam, że już nigdy nie zabiorę się za tłumaczenie czegoś niezakończonego…
No cóż, zgadnijcie z czym do was przychodzę. (Story of my life).
Przyznam, że to tłumaczenie jest przede wszystkim dla mnie, bo po przeczytaniu tego fica coś mnie rozsadzało od środka i po prostu nie mogłam się zmusić, by go nie przetłumaczyć – dwa pierwsze rozdziały przetłumaczyły się dosłownie same, nawet się nie spostrzegłam. I tak oto wróciłam z mojej translatorskiej „emerytury". Tak jak zawsze – nie mam pojęcia, czy fic przypadnie wam do gustu i publikuję go z tą świadomością. Ale ze swojej strony oczywiście polecam ogromnie, bo Harry, bo Tom, bo ten przepiękny pościg między nimi, cudna relacja! Mnie fic urzekł w całej swojej okazałości – choć mam niemałe wrażenie, że niestety nie zdołam do końca przekazać piękna bujnego słownictwa autorki, zwłaszcza po tak długiej przerwie od tłumaczenia.
Póki możemy (to znaczy: póki nie wyczerpie się nam materiał) rozdziały pojawiać się będą w każdą środę. Z miejsca ostrzegam jednak, że rozdziały są bardzo nieregularnej długości – więc może zdarzyć się aktualizacja bardzo krótka, ale też bardzo długa. Czas oczekiwania jednak zawsze ten sam :)
A jeśli ktoś jest chętny do bety (głównie wyłapywanie literówek, anglicyzmów, zbyt dosłownego tłumaczenia i pilnowanie czasu teraźniejszego, bo to pierwszy fic, jaki w nim tłumaczę i nawyki robią swoje), to serdecznie zapraszam do kontaktu :)
A zanim zapytacie co z resztą moich niedokończonych tłumaczeń – odpowiedź znajdziecie na moim profilu.
Miłego czytania!
A jeśli są tu osoby, którym wygodniej się czyta na formacie proponowanym przez ao3, to od razu informuję, że również tam będę równolegle ten fic aktualizować.
W tekście znajdują się fragmenty z cyklu Harry Potter autorstwa JK Rowling i tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego.
pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)
Rozdział pierwszy
Błysk zaklęcia przemyka tuż obok pędzącego prędko Harry'ego – czerwone, bezwzględne, dźwięczące w powietrzu.
Torf, ziemia i opadłe liście są przemoczone od nieustannie lejącego się deszczu. Zachowanie równowagi jest przez to o wiele trudniejsze, a robienie uników prawdziwą śliską mordęgą. Chrząka, prześlizgując się za pień drzewa i przeskakuje szybko za powaloną kłodę, kiedy kolejne wysyczane zaklęcie pędzi prosto w jego plecy.
Przemoczony do suchej nitki, na wpół ślepy od lecących mu na oczy włosów, Harry Potter biegnie ile sił w nogach. Jego buty i jeansy oblepia błoto, i wydaje mu się, że być może znajdzie je nawet na twarzy. Marzy o ciepłym prysznicu, gdy, pomimo płonących nóg i płuc, chłód przeszywa jego kości. Musi biec jeszcze tylko trochę szybciej, tylko trochę dłużej. Do rozpościerającego się przed nim prześwitu.
Wyłącznie nabyty na drodze wielu lat – lat dzieciństwa i dojrzewania – instynkt oraz refleks ochrania go przed spadnięciem w nagłą przepaść, która rozpościera się po przekroczeniu linii drzew. Krawędź klifu. Ma przed sobą pieprzoną krawędź klifu.
Harry ślizga się. Upada na plecy i chwyta szaleńczo mokrą ziemię, by utracić impet. Czuje, jak drobinki lasu przenikają między fałdy jego ubrań. Jak głaz rani jego dłoń, gdy chwyta się go i zatrzymuje na samym brzegu urwiska, z nogami zawieszonymi nad rozprzestrzeniającą się poniżej nicością.
Za jego plecami rozlega się trzask aportacji.
Harry chrząka i opuszcza głowę na ziemię. Nieświadomy – czy może raczej niewzruszony – błotem i mułem, które oblepiają jego włosy.
— Harry Potter – nadchodzi miękki syk, który już od lat słyszy w swoich snach, koszmarach i na jawie.
Powoli, ostrożnie, Harry przewraca się oraz podnosi na dłonie i kolana. Pozostaje w tej pozycji, a wydobywający się z jego ust krótki oddech tworzy przed twarzą małą mgiełkę. Jego prześladowca mu na to pozwala. Bo Harry nie ma co do tego żadnych wątpliwości – ma tę chwilę wytchnienia wyłącznie dlatego, że daje mu ją jego oponent. Ten krótki moment na ogarnięcie się, podczas gdy jego serce bije oszalałym rytmem, a szumiąca w uszach krew śpiewa.
— Wygląda na to, że w końcu cię złapałem.
Harry parska śmiechem i przechyla głowę, spoglądając prosto na stojącego u skraju lasu mężczyznę.
Sprawia wrażenie niewzruszonego całą tą sytuacją, ale Harry wie, że to tylko pozory. Bez trudu zauważa drobne sygnały – rozpiętą szatę, czarną jak smoła; zabłocone buty; lekko zarumienione policzki, uszy i knykcie zaciśnięte u boku wokół białej różdżki. Voldemort spogląda na niego czerwonymi oczami, nawet niezdyszany, a mimo wszystko wyraźnie wyczerpany pogonią.
Harry odchyla się, siadając na piętach z rękami opartymi o kolana i posyła uśmiech pozbawiony choćby krztyny ciepła. Uścisk, jakim Voldemort ściska swoją różdżkę, jakimś cudem jeszcze bardziej się wzmacnia.
— Nawet o tym nie myśl – syczy.
Ale Harry już mlaska językiem.
— Wybacz, Tom – mówi. – Powodzenia następnym razem.
A następnie rzuca się z krawędzi klifu.
Kiedy Harry był bardzo młody, błyskawicznie nauczył się szybko uciekać.
Nie ma się innego wyjścia, gdy nie posiada się obok siebie nikogo, kto potrzymałby za dłoń i nauczył jak działa świat. Gdy jest się samemu, w o wiele za dużych, używanych ubraniach, z posiniaczoną twarzą, przeciwko depczącej po piętach zgrai dzieciaków, czekającej tylko, by poznęcać się nad kimś słabszym. Gdy jest się samemu, skulonemu w nocy na pryczce, sam jak palec pod jakimiś schodami.
Harry nauczył się bardzo szybko i bardzo młodo.
A więc, kiedy nadeszła chwila, a on spoglądał Lordowi Voldemortowi prosto w oczy, ze świecącą szklaną kulką w dłoni, doskonale wiedział, co robić.
Ta historia nie zaczyna się w nocy, której zginęli jego rodzice. Nie w podziemiach, gdy otacza go ogień, a w kieszeni płonie kamień. Nie w komnacie, w towarzystwie dziewczyny, dziennika i węża. I nawet nie na cmentarzu, u boku niedawno zmarłego kolegi.
Zaczyna się w gabinecie dyrektora, gdzie pot ochładza jego przepoconą skórę, gdzie wykrzyczane błaganie wciąż odbija się echem po ścianach, a Albus Dumbledore z uporem unika jego wzroku. Zaczyna się rozdzierającym bólem głowy i wszechogarniającym strachem, że właśnie widział czyjąś śmierć – że ją czuł i się nią rozkoszował – i nienawiścią tak gorącą, że niemal go rozdziera.
— Niech pan mi powie, co się ze mną dzieje – mówi ponownie Harry, bez tchu, cały się trzęsąc. – Nie mogę… nie chcę się już tak dłużej czuć.
I to właśnie to, to małe wyznanie, wydaje się dotrzeć w końcu do dyrektora. Gdzieś za plecami Harry'ego otwierają się drzwi, ale Dumbledore unosi rękę, by zatrzymać tego, kto się w nich pojawia. By powstrzymać go przez przerwaniem ich rozmowy.
A następnie, z wielkim wyczuciem, Dumbledore siada i kładzie ręce na swoim biurku, pochyla głowę i spogląda na Harry'ego znad swoich okularów. Spotyka jego spojrzenie. I je utrzymuje.
— Mój chłopcze – mówi. – Co dokładnie masz na myśli?
Kłopot. Tym właśnie nazywają go Dursleyowie. Ten chłopiec to same kłopoty.
Harry nie chciał im wierzyć. Nie sądził, by robił coś szczególnie kłopotliwego, a przynajmniej nie przez większość czasu, a mimo to i tak zawsze kończył w komórce pod schodami.
Wyglądało jednak na to, że kłopoty podążyły za nim do Hogwartu. Pamiętał pakowanie się w kłopoty, wywoływanie kłopotów, a nawet jeden szczególnie pamiętliwy moment podczas pierwszego roku, kiedy Snape spojrzał na niego znad nosa i nazwał go kłopotem.
Więc może, myślał Harry, rzeczywiście jest kłopotem.
Więc może, myślał, dlatego zawsze go one odnajdują.
Dumbledore nie siedzi już dłużej za biurkiem. Zamiast tego stoi przed nim z złożonymi rękami i przeszywa Harry'ego przenikliwym spojrzeniem. Zmarszczki tylko jeszcze bardziej podkreślają jego zamartwioną twarz.
Harry wciąż trzęsie się jak osika. Nie jest mu już zimno, bo jego ramiona otula koc, który przywołał dla niego dyrektor. Bo w rękach tuli na wpół wypity kubek herbaty. Mimo to nadal się trzęsie, a jego oczy pieką i zupełnie nie rozumie nienawiści płonącej głęboko w jego piersi. Nie należy ona do niego. Nie chce jej.
— Powiedz mi, Harry, jeszcze raz, co dokładnie cię kłopocze – zagaduje miękko i uspokajająco Dumbledore, a Harry zwilża wargi.
— N-nie wiem, jak dokładnie to opisać, profesorze – informuje. – Po prostu… po prostu wszystkiego nienawidzę. Nienawidzę… nienawidzę nawet siebie.
I to chyba właśnie to jest najbardziej niepokojące. Bo choć Harry zawsze czuł się gorszy, nigdy nie było to tak prawdziwe i boleśnie intensywne. Nie tliło się niepokojąco tuż za jego zębami. A teraz pełzła w nim jak coś ciemnego, coś żywego i tylko czekającego, aby go pochłonąć.
Dumbledore patrzy na niego jeszcze przez chwilę, pocierając swoją długą brodę i Harry niczym przez mgłę śledzi jego ruchy.
— A czy normalnie też siebie nienawidzisz, Harry?
Harry chce zaprzeczyć. Ma to kłamstwo na końcu języka, ale nie potrafi go z siebie wykrztusić. Coś ściska jego klatkę piersiową.
Zamiast tego opuszcza wzrok, wzrusza ramionami i mówi:
— Nie w taki sposób.
Dumbledore wydaje z siebie zduszony dźwięk. Okropny, strasznie smutny, który sprawia, że Harry znów spogląda na jego twarz i dostrzega w niej coś przenikliwie zranionego. Coś znów boleśnie się w nim zaciska.
— Mój chłopcze – wzdycha dyrektor i kuca przed nim, i zanim Harry może zaprotestować, bierze w swoje dłonie jego wciąż ściskające kubek ręce. – Ogromnie cię przepraszam.
Harry czuje, że znów pieką go oczy i dzielnie próbuje to powstrzymać.
— To nie pana wina, profesorze.
— Może nie tylko moja – zgadza się Dumbledore. – Ale mimo wszystko spoczywa ona na moich ramionach.
Harry otwiera usta, aby temu zaprzeczyć, ale Dumbledore podnosi dłoń.
— Ciii, Harry. Nic nie mów. I posłuchaj.
Więc Harry słucha.
Niewiele trzeba, by wzbudzić w kimś nienawiść. Szczypty zaniedbania tu, odrobiny bólu tam. Strachu. Samotności.
Tylko troszeczkę, tylko odrobinę, i można zmrozić czyjeś serce.
— Dawno temu po korytarzach tej szkoły chodził pewien młodzieniec, bardzo podobny do ciebie. Pod wieloma różnymi względami.
Dumbledore wciąż przed nim klęczy. Wciąż trzyma dłonie Harry'ego.
Harry lekko się wierci.
— Chyba słyszałem już tę historię, profesorze.
Dumbledore uśmiecha się.
— Tak, chyba rzeczywiście ją słyszałeś. Tom Riddle był bardzo mądrym młodzieńcem. O nieograniczonym potencjale. Nieskończonym. Mógł dokonać wielkich rzeczy. Dokonał wielkich rzeczy.
Ostatecznie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać dokonywał wielkich rzeczy… strasznych, to prawda, ale wielkich.
Minęły lata, ale słowa Ollivandera wciąż pobrzmiewają w głowie Harry'ego Pottera. Straszne, ale wielkie.
— I nie chcę znów nudzić cię tą samą opowieścią, Harry, ale sądzę, że istotne jest, byś wiedział, że muszę ci się do czegoś… przyznać – kontynuuje Dumbledore i Harry spogląda na niego, po czym kiwa głową, w odpowiedzi na co otrzymuje ciepły uśmiech. – Widzisz, Harry, Tom Riddle był bardzo do ciebie podobny… silny, zdeterminowany, genialny…
Harry prycha i chwilę później kuli się w sobie, gdy twarz Dumbledore'a wykrzywia coś podobnego do poczucia winy.
— Jesteś genialny, Harry. Może nie tak, jak twoja przyjaciółka, panna Granger, ale masz w sobie wiele genialnych cech – jesteś odważny, życzliwy i posiadasz niemożliwą, cudowną, głęboką zdolność do przebaczania – mówi Dumbledore, jakby to była prawda i Harry… Harry chce mu uwierzyć. – Ale wygląda też na to, że, podobnie jak Tom, nosisz w sobie również wiele bólu.
— Próbuje pan powiedzieć, że Voldemort wciąż się tak czuje. Że czuje to wszystko… że czuje tę… — Głos się Harry'emu załamuje i dopiero wtedy zdaje on sobie sprawę, że niemal krzyczy. Zwilża więc wari i przymyka oczy. – Że czuje tę samotność.
— Och, Harry – wzdycha Dumbledore, którego długie palce chwilę później odsuwają z czoła jego grzywkę, a opuszki leciutko dotykają napuchniętej, czerwonej, zdrętwiałej blizny. – A jak myślisz, skąd bierze się u ciebie ta cała nienawiść do samego siebie?
Chłopiec zamknięty w komórce pod schodami. Chłopiec na poddaszu. Obaj niechciani. Niekochani.
Dziwaki.
Harry siedzi i słucha. Siedzi, pije swoją herbatę i słucha. Słucha, jak Dumbledore opowiada mu o sierocińcu, w którym znalazł i do którego raz za razem wysyłał na wakacje Toma Riddle'a. Słucha, jak Dumbledore opowiada, jak był on przez swoich rówieśników deprecjonowany, lekceważony i izolowany ze względu na posiadaną krew, swój intelekt i imię. Słucha, jak Dumbledore opowiada mu o chłopcu pozbawionym przyjaźni, pozbawionym miłości, który wyrósł na pozbawionego tego mężczyznę.
— Bo ostatecznie – kończy Dumbledore, ściskając jedną z dłoni Harry'ego – kto może pokochać potwora, który nie kocha samego siebie?
Harry zaciska mocno oczy.
— Tak ogromnie, ogromnie przepraszam, mój chłopcze. Że nie dostrzegłem tego wcześniej.
Głos się Harry'emu załamuje, gdy z jego gardła wydobywa się szloch.
Kuli się sam w sobie, rozpadając na tysiące małych kawałeczków, zupełnie zapominając o leżącej na ziemi herbacie. Gorące, bezlitosne łzy spływają mu po twarzy, gdy Dumbledore bierze go w swoje stare ramiona i do siebie przytula. Kołysze go, siedząc na podłodze swojego gabinetu, póki Harry'emu brakuje już łez.
— Dlaczego… — Harry'emu urywa się oddech. – Dlaczego pan mi o tym opowiedział?
Dumbledore wzdycha i Harry czuje, jak oddech zawiewa jego włosami. Ściska mocniej szkarłat przewidywalnie krzykliwych szat dyrektora.
— Ponieważ, Harry, jedną z rzeczy, których najbardziej żałuję w moim życiu, jest to, że nie wyciągnąłem do niego ręki. Że nie pomogłem temu chłopcu, gdy najbardziej tego potrzebował. I nie zamierzam powtórzyć tego błędu.
— Co mogę zrobić? – pyta Harry, którego głos drży czymś niepokojąco przypominającym strach. – Jak mogę… Co mogę zrobić?
— No cóż. – Dumbledore klepie go po ramieniu. – Wydaje mi się, że na razie wystarczy trochę czekolady. I może dobrze przespana noc.
Bezsilnie, szczęśliwie, Harry śmieje się.
Tak trudno pokonać strach, kiedy jest się samemu. Jest to jednak odrobinę prostsze, gdy ktoś trzyma twoją dłoń.
Doprowadzony do porządku, ale też wyczerpany, Harry siada naprzeciw Dumbledore'a. Wszędzie wokół krzątają się puste papierki po czekoladkach. Remus miałby z tego niezłą frajdę.
Wygląda na to, że Dumbledore daje mu chwilę na zebranie myśli. Na ogarnięcie tego wszystkiego. Harry wie, że nie musi tutaj siedzieć i przemyka mu przez głowę myśl, że być może powinien zlitować się nad swoim starym profesorem i pozwolić im obu na zażycie odrobiny snu.
Tyle że stoi nad przepaścią. Czuje to. Coś unosi się w powietrzu. Kłopoty, myśli.
— Co mogę zrobić? – pyta jeszcze raz w rozciągającą się między nimi ciszę, którą przerywa tylko dzwoniący gdzieś w oddali zegar i czyszczący na swoim drążku piórka Fawkes. – Jak mogę…?
Niemal mówi „pomóc". Niemal mówi „to naprawić". „Go naprawić".
Dumbledore uśmiecha się do niego zza swojego biurka, jakby o tym wiedział i Harry myśli, że prawdopodobnie wie.
— Jeszcze raz muszę powiedzieć, że twoja zdolność do przebaczania mnie zdumiewa, Harry – mówi Dumbledore. – Nie sądzę jednak, by dało się to jakoś naprawić.
— Ale chcę spróbować – naciska Harry. – Nikt… Nikt nie powinien czuć się w taki sposób. To nie jest… to nie jest życie.
— Nie. Nie jest. I ty chciałbyś mu pomóc? – Dumbledore przechyla głowę, znów spoglądając na niego znad swoich okularów. – Nie jest już chłopcem, Harry. I dokonał straszliwych rzeczy.
— Zabił moich rodziców – zgadza się Harry. – Zabił Cedrika. Wiem, czego dokonał.
— Tak. – Dumbledore kiwa głową, wypuszczając długi oddech i ponownie gładzi się po brodzie. – I mimo to wciąż chcesz mu pomóc?
— Chcę spróbować.
W oczach Dumbledore'a pojawia się to dziwaczne, niezwykłe światełko, kiedy na niego zerka; jego usta unoszą się w krzywym uśmiechu.
— Tak. Oczywiście, że chcesz. I, śmiem twierdzić, możesz być nawet wystarczająco uparty, by ci się to udało.
Harry wydusza z siebie lekki śmiech. Uśmiech Dumbledore'a odrobinę się poszerza.
— A więc – mówi ostrożnie i powoli Harry, zbierając w sobie całą siłę – co mogę zrobić?
Dumbledore przypatruje mu się jeszcze dłuższą chwilę. Na jego biurku stoi szachownica inna niż wszystkie, jakie Harry do tej pory widział. Ma kilka poziomów, na których stoją lśniące, wypolerowane pionki. Dumbledore macha ręką i zaczynają się one przemieszczać.
Następnie się pochyla.
— Powiedz mi, mój chłopcze – zaczyna – czy słyszałeś kiedykolwiek o horkruksach?
Nie ma czegoś takiego jak dobro. Nie ma czegoś takiego jak zło. Jest tylko władza i potęga.
Wiedza to potęga.
* tytuł to fragment Pieśni nad Pieśniami
