A/N: Z dedykacją dla Hazel Alice (forum Mirriel).

Tekst jest powiązany wyłącznie z filmem (i Rocketem) z 2014 r. (plus filmowym komiksem GotG Prelude). Reszta filmów (od 2015 włącznie) nie istnieje w moim świecie ;) Tytuł fika jest fragmentem filmowej kwestii - wyjaśnienie wstawiam na końcu. W ogóle ten fik to rozwinięcie oryginalnej sceny (gdzie ekipa trafia do więzienia Kyln, a konkretnie gdzie Peter i Rocket mają króciutką wspólną migawkę). Proszę mi wybaczyć brzydkie wyrażenia - one tu są ze względu na Rocketa.


Pomarańczowa breja zaczyna zastygać na całym futrze, zresztą, tam gdzie już tego futra nie ma, też. Ciało swędzi jak poparzone albo pożarte przez... Rocket chwieje się przez chwilę, gdy jeden ze strażników Kyln, tfu, bandytów, wkopuje go do przebieralni. Chętnie by skomentował ten brak manier, konkretnie i soczyście, chętnie by sobie pozłorzeczył i na drugiego sadystę (i idiotę, oczywiście), tego, który lał i lał i lał na niego wstrętną breję (pewnie płyn do dezynfekcji, na pasożyty czy jakiegoś parcha, ale Rocket wcale by się nie zdziwił, gdyby w jego „prysznicu" były rozcieńczone siki albo inne gówno). Normalnie dałby takim typom popalić, ale w tej chwili jest zbyt bardzo niedysponowany.
Cholerstwo swędzi coraz bardziej, mógłby się w końcu podrapać, ale tego nie robi. Zaciska tylko mocniej palce na wściekle żółtej kupce szmat (i tak dobrze, że dali mu jakąś odzież zastępczą, bo, cóż, różnie w więzieniach bywało). Nie będzie się teraz dotykał. Nawet na siebie nie patrzy (jak już gdzieś patrzeć, to lepiej dookoła). Poswędzi i przestanie. Zresztą, skóra chyba się na nim kurczy, może za chwilę odpadnie jak tamtym... Może odpadnie, a wtedy już nie będzie miało co go swędzieć.
Wciąż ściskając szmaty, rusza przed siebie, do pierwszego lepszego kąta, w którym może się ubrać (i po prostu sobie postać, bez strażników za plecami, po prostu sobie postać...). Spodnie o dziwo nie są za luźne. Ani za ciasne. Kiedy sięga po koszulkę, dociera do niego, że musiał kogoś nie zauważyć i że musiało mu się coś wymsknąć, bo głos jakiegoś ktosia (Rocket skądś zna ten głos) właśnie tłumaczy mu, że ani szczury, ani inne gryzonie, ani tym bardziej szopy, nie są takie złe. I że bycie zwierzakiem nie jest wcale gorsze (czy bardziej do kitu, mówi ktosiek) od bycia człowiekiem albo innym stworem. Szop. Rocket ma odpowiedź dla ktosia. Szczur. Co chciał powiedzieć?
Szkodnik. Śmieć. Zabawka. Pełno zabawek. Tej doszyć ogon, tamtej odciąć łapę, tym przeszczepić sierść, a tamtym pozamieniać głowy, tamtemu wyciągnąć kręgosłup i wstawić kawał metalu, a tamtemu czemuś w rogu powtykać wszędzie rurki. A może jeszcze trochę powycinać? Może podpalić, może by tak oblać trochę kwasem? Nie, tego nie oblewać, temu wstrzyknąć dożylnie X, a tamtej podać doustnie Y. Nie chce przyjąć? Szarpie się? Użyć siły, potraktować prądem, zrobić co konieczne — z zachowaniem funkcji życiowych. Tego do izolatki. Tego też. Tamtą skrzyżować z tamtym. Tamto za karę trafi do ciasnej klatki. Nauczyć chodzić, nauczyć mówić, nauczyć czytać, nauczyć wszystkiego. Nauczyć służyć. Najważniejsze to nauczyć służyć.
Pieprzone zabawki. Pieprzony profesor. Pieprzeni „beneficjenci" (banda świrów, myśli Rocket). Pieprzona, porąbana planeta, pieprzona Halfworld! Znowu go tu zamknęli?! Znowu ma na imię 89P13?! Znowu... To jakiś chory żart. To niemożliwe, to porąbane, to niemożliwe. Przecież uciekł. Przecież wszyscy uciekli. Przecież... Rocketowi płoną teraz oczy. Kretyni. Zwyrole. Żywcem go nie wezmą. Nie, to Rocket pozabija ich. Chwila, gdzie jego... Nieważne. Nie ma broni, niech starczą pazury, i zęby, o tak, Rocket chętnie rozora te parszywe gęby. Wydłubie parszywe ślepia (tak, czuje, że się na niego gapią, na te przeklęte plecy, na to coś). Powyrywa zgniłe móżdżki. Wypruje flaki, tak dla pewności. Zaciska pięści.
— Co, profesorku, zabawy nigdy dość?
Milczenie profesora dodaje mu tylko odwagi, powoli się odwraca.
— Tęskniłeś za swoim pupilkiem?
Profesorek milczy. Stoi jak słup, jak Groot. Patrzy jak idiota. Rocket czeka na jakąś odpowiedź, na atak, przede wszystkim na atak, ale facet ciągle tylko stoi i gapi się na Rocketa coraz dziwniej, jakby się... bał? Ha! Nie. Nie, nie, nie. Co za kretyn. Co to za nagła... litość?! I jeszcze zaczyna mamrotać o jakiejś żabce! Co to w ogóle jest żabka? Co to w ogóle jest...
Kiedy profesor dostaje twarz gwiezdnego ludka (ksywa śmieszna, ale Quill przynajmniej, przynajmniej w kryminalnej bazie danych, jest lordem), Rocket nie wymyśla żadnej wymówki, nie obraca sytuacji w żart — wciąż jest zbyt bardzo niedysponowany. Wzrusza tylko ramionami, spuszcza wzrok i idzie po koszulkę. A kiedy słyszy ciche, nieśmiałe, obrzydliwie miłe „Rocket...", krzyczy do strażników, że chce już iść do celi.


Kwestia z tytułu to wypowiedź Petera (Quilla), z prologu filmu (czyli młodziutkiego Petera). Jego chora matka pyta go, dlaczego znów się pobił z chłopcami, na co Peter odpowiada: "Oni zabili małą żabę, która nic im nie zrobiła. Zmiażdżyli ją kijem". Dla mnie ten mały Peter-obrońca słabszych wciąż jest obecny w większym Peterze. Ba, on tak pięknie w późniejszej filmowej scenie dba o Rocketa (gdy Rocket wylewa przy wszystkich swój żal) 3