Hej! Na początek wyjaśnię tylko, że kanon jest "trochę" nagięty - jest to alternatywa wielu wydarzeń, w tym pierwszych pięciu lat Hogwartu i życia głównej bohaterki. Jest to jedno z moich pierwszych fanfiction, ale pierwszy udostępniany, dlatego każda opinia jest dla mnie cenna :). Początki opowiadania są podszyte humorem, ale im dalej w las, tym historia będzie robić się poważniejsza. Postaram się udostępniać rozdziały w każdy wtorek, czasami również w soboty.


Rozdział 1: Miss POTTER

– O, Morgano, mam tego wszystkiego dość… - jęknęła, przeciągając się w łóżku i z całej siły przytulając się do poduchy. Całkowicie ignorowała głos przyjaciela nad uchem, który próbował ją zbudzić i powoli zanurzała się w odmęty snu.

– Wstawaj do licha, ośliniłaś poduchę! Fuuuj!

– O… królikołaki – majaczyła w półśnie – muszę potargać je za uszka…

Podskoczyła gwałtownie, czując jakby ktoś zrywał z niej skórę. To kołdra, jej szczelna ochrona przed okrutnym światem bez królikołaków ze słodkimi uszkami została zerwana, ukazując osnowę zimnej rzeczywistości.

– Brrr…

– Merlinie, AAA!

– Nie krzycz – jęknęła, opatulając poduchę rękami i nogami z całej siły niczym rozpuszczoną czekoladę w opakowaniu. – Śpię… jest rano…

– DLACZEGO ŚPISZ W SAMYCH GACIACH?! OŚLEPNĘ!

Otworzyła oczy, spojrzała w jego stronę i przez moment miała nadzieję, że zobaczy królicze uszy. W sumie pasowałyby jej jakiekolwiek uszy. Później sen odszedł na dobre, więc posmutniała. Gdyby mogła, chciałaby nigdy się nie budzić, tylko spać, spać i spać. Ale wiedziała, że to niemożliwe. I przez to posmutniała jeszcze bardziej.

– UU-U-UBIERZ SIĘ!

– Przecież mam majtki – mruknęła niechętnie, przytulając poduszkę gołym ciałem. Kołdra już jej nie ogrzewała, nie miała na sobie żadnych ubrać, gołe ramiona przeszył chłód, podobnie jak plecy, ale na szczęście brzuch i piersi ukryte w podusi jako tako zachowały ciepło nocy.

– Wychodzę! – pisnął chłopak, zasłaniając oczy i wycofując się z pokoju. – Masz pięć minut, żeby się ubrać, bo zawołam nauczyciela!

– Nie strasz, nie strasz bo się…

Zniknął za drzwiami.

– Ach! – krzyknęła w poduszkę, machając nogami z irytacji. Spojrzała na zegarek. – Jasny gwint!

Zerwała się na nogi jak jeszcze nigdy wcześniej i rozejrzała po swoim dormitorium.

– Niech to! Niech to! Niech to! – panikowała, niemal nago szukając w pośpiechu różdżki po całym pokoju. Zajrzała pod łóżko, do każdej szafki komody pod ścianą i znalazła ją dopiero w łazience, rzuconą byle jak na stertę wczorajszych ciuchów. – Niech! Spóźnię się… SPÓŹNIĘ SIĘ!

Machnęła różdżką, z odpowiednich szufladek lub z losowych miejsc pokoju powędrowały w jej stronę grzebienie, szczotki do włosów, szminki, pudry do twarzy i całe zestawy kosmetyków. Machnęła drugi raz, tym razem w jej dłonie powędrowały spodnie, stanik, koszula i szata. Torba sama zapakowała się książkami, podczas gdy jej włosy do ładu doprowadzała magia, a ona wciskała się w dżinsy.

– Ach! – krzyknęła, tracąc równowagę podczas ubierania spodni i wywaliła się na tyłek. – Znowu?! ZNOWU?!

Kładąc się na plecach, podnosząc tyłek, naciągnęła spodnie i zaraz wskoczyła w szatę. Jej włosy były gotowe, grzebienie odleciały gdzieś w kąt, jakiś niesforny kosmyk opadł jej na czoło. Zdmuchnęła go szybko, przypinając odznakę prefekta, podbiegając do lusterka i wciskając na nos okulary.

– Ej ty, chodź no tu – warknęła, machając różdżką w stronę pudru i niczym dziecku pokazując, co zrobił źle na własnej twarzy. – Blizny ma nie być widać. Poprawka!

Puder podskoczył posłusznie jak przedmiot ze świadomością niczym w „Pięknej i Bestii" i zaraz poprawił to niedociągnięcie na czole. W końcu była gotowa, przy wyjściu perfumy same niemal się na nią wylały i pociągając nosem wybiegła na korytarz.

– Torba!

Zawróciła szybko, chwyciła zgubę i biegusiem dotarła do pokoju wspólnego. Tam zatrzymała się w progu, starając się uśmiechać do młodszych uczniów pilnie odrabiających zaległe wypracowania(ci mieli zajęcia na późniejszą godzinę). Jej rocznika już nie było, z pewnością wszyscy czekali teraz pod klasą i oczekiwali nauczyciela. Klasnęła językiem, wychodząc przez kamienne drzwi i obserwując jak wyrzeźbione węże zamykają za nią przejście.

– Spóźnimy się – usłyszała głos obok.

Draco opierał się o ścianę z dziwną miną, bardziej kolorowy na twarzy niż zwykle.

– Gdybyś mnie obudził, wszystko byłoby okej.

– ŻE CO? Budziłem cię od godziny! Co najmniej!

– Coś mi się nie wydaje. Twój plan podglądania mojego nagiego ciała nie wypalił, co? W życiu nie zobaczysz moich…!

– Ach, zamknij się!

Draco warknął pod nosem, wziął z podłogi torbę i przerzucił ją sobie przez ramię. Później podszedł do do jednej z tysiąca dziwnych rzeźb z lochów i wyciągnął zza niej dwie miotły. Rzucił jej jedną.

– Latanie po korytarzach jest zabronione – powiedziała, opierając dłonie o biodra i uśmiechając się szeroko. – Jestem prefektem, nie mogę łamać regulaminu.

– Wolisz się spóźnić do profesora Snape'a? – spytał Draco. – Bo ja wolę zaryzykować.

Aż zadrżała na samą myśl. Ostatni raz spóźniła się do niego na pierwszym roku, a szlaban, jaki wtedy za to zarobiła zapamięta chyba do końca życia. Zdjęta zgrozą chwyciła miotłę, wskoczyła na nią niepewnie i sprawdziła, czy zaraz nie wywinie kozła. Potrafiła latać, jak każdy czarodziej, ale prawdę powiedziawszy nie wychodziło jej to najlepiej – nigdy nikomu się do tego nie przyznała i po przypadkowym, szaleńczym locie wokół boiska została uznana za całkiem dobrą w lataniu. Prawda była taka, że nie bardzo wiedziała, jak wyhamować.

– Jak sytuacja na korytarzach?

– Jest ósma rano – rzucił. – Wszyscy są na lekcjach albo w pokojach. Jeśli ktoś miałby nas zobaczyć, to chyba tylko duchy.

– Chyba?

– I obrazy. Mogą poskarżyć dyrektorowi.

– Co za kable!

Mimo obaw polecieli korytarzami. Jej miotła czasami drżała niekontrolowanie i skakała na boki, ale wtedy Draco jakoś ją ratował. Obrazy krzyczały za nimi „Nie latać po korytarzach" i była już pewna, że te wieści lada moment usłyszy sam dyrektor. Przemknęli jak wiatr przez główny korytarz, minięcie schodów zajęło im sekundy, a dotarcie do wieży nawet nie minutę. Przez cały ten czas ściskała rączkę miotły z całej siły, aż porobiły jej się odciski na palcach. Zaciśnięta szczęka aż bolała, a zesztywniałe ze strachu ciało nie chciało opuścić siedzenia, gdy się zatrzymali.

– Na wieżę musimy iść bez mioteł – powiedział od razu Draco. – No złaź już, szybko!

– Ja… nie mogę! – pisnęła. – Przecież wiesz, że nienawidzę latać!

– Idiotka… chodź!

Pociągnął ją za ramię, praktycznie zrzucił z miotły i zostawił, biegnąc na górę jak szaleniec. Ledwo go dogoniła, czuła pot spływający jej po karku. Po tej lekcji będzie miała dziesięć, może piętnaście minut… Ach, tęskniła za prysznicem!

Dotarli na szczyt, były tam jedne drzwi, a na nich wielki, tłusty, srebrny napis: „SALA WRÓŻBIARSTWA".

Przełknęła ślinę, gdy Draco otworzył drzwi i znów zerknęła na nadgarstek. Jej zegarek pokazywał ósmą zero-jeden… Spóźnili się!

Severus Snape stojący pośrodku kręgu uczniów uśmiechnął się nad wyraz szeroko, gdy tylko ich dostrzegł, w jednej jego dłoni tańczyła różdżka, w drugiej szklana kula, a kolorowa szata porywana była niewidzialnym wiatrem.

– Och, pan Malfoy! I panna Potter! Zapraszam, zapraszam… Okrągła minuta spóźnienia. Wszyscy czekamy.

Draco wszedł pierwszy, skruszony, ona zatrzymała się obok niego przed kręgiem.

Snape uśmiechał się nadal.

I przeszły ją ciarki.