Rozdział 1 z 2.
To moje pierwsze podejście do Harry'ego i Ginny, totalnie pod wpływem inspiracji wspaniałymi fanartami utalentowanej blvnk (jak ten, który jest ikoną tego opowiadania) - zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Słowem wstępu: Epilog nie istnieje, Harry nigdy nie nazywa swojego dziecka na cześć Severusa Snape'a, a z Bitwy o Hogwart wychodzi zwycięsko, ale na tyle okaleczony mentalnie, że decyduje się wyjechać z Wielkiej Brytanii, by uciec od presji bycia Chłopcem, Który Przeżył. Teraz, po latach wraca, wywołując tym prawdziwą burzę uczuć u Ginny, oczami i sercem której widzimy jak toczy się akcja. Czy Harry wrócił tylko z poczucia obowiązku i ciągłej potrzeby ratowania świata?
Uwaga: Rating M ze względu na przekleństwa i motywy dorosłe.
Miłego czytania!
Od Chłopca, Który Przeżył po Mężczyznę, Który Powrócił
Harry Potter znany jest każdemu w magicznej Wielkiej Brytanii dzięki swoim dokonaniom podczas ostatniej wojny. Po tym, jak w 1998 r. Pan Potter pokonał Toma Marvolo Riddle'a, znanego także jako Lord Voldemort, Ministerstwo Magii bezskutecznie próbowało z niego wyciągnąć informacje na temat tego, co wydarzyło się w Zakazanym Lesie, otaczającym Szkołę Magii i Czarodziejstwa Hogwart, oraz jakim cudem Panu Potterowi udało się po raz kolejny przeżyć niewybaczalne zaklęcie uśmiercające. Wydarzenia tego dnia nadal owiane są tajemnicą.
Po licznym przesłuchaniach w Ministerstwie Magii, w blasku sławy Pan Potter zdecydował się opuścić Wielką Brytanię, ku niezadowoleniu niemal całej magicznej populacji zamieszkującej Wyspy. Wiemy, że udał się do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie z wyróżnieniem ukończył szkolenie aurorskie. Jego życie prywatne pozostaje jednak równie wielką tajemnicą, dobrze strzeżoną zarówno przez samego Harry'ego Pottera, jak i jego najbliższych znajomych. Od czasu do czasu w amerykańskiej prasie pojawiały się krótkie wzmianki na jego temat, ale dotyczyły głównie jego dokonań zawodowych, do których należy między innymi brawurowa akcja rozbicia Gangu Bazyliszka, siejącego strach w centrum Nowego Jorku.
Dziś jednak wiemy już napewno, zapewniani przez Ministra Magii, że Pan Potter wreszcie zdecydował się wrócić do Wielkiej Brytanii po wielu miesiącach negocjacji. Przyczyną jego powrotu są prawdopodobnie skrajne ugrupowania terrorystyczne nadal wspierające upadłego Lorda Voldemorta, które przyznały się oficjalnie do brutalnej napaści na mugolskie miasto Shawbury. Data powrotu Pana Pottera nie została ujawniona opinii publicznej. (...)
Wielkie zdjęcie dołączone do artykułu przedstawiało młodego mężczyznę z rozczochranymi, czarnymi włosami i ciemną brodą. Na nosie miał przeciwsłoneczne okulary, a kołnierz jego czarnego płaszcza był wysoko postawiony, przesłaniając dużą część twarzy. Szedł do jakiegoś budynku, raz po raz podnosząc rękę, by zasłonić się przed błyskającymi światłami fleszy. Na chwilę odwrócił się, demonstrując całą twarz, tak, że między jego włosami na czole można było zobaczyć słynną bliznę w kształcie błyskawicy, odcinającą się na tle białej skóry. Wyglądał na zawstydzonego, jakby nie marzył o niczym bardziej, niż żeby zarzucić na siebie pelerynę niewidkę i zniknąć.
Mimo zmiany wyglądu to nadal był ten sam Harry, którego Ginny jeszcze tak dobrze pamiętała. Minęły prawie cztery lata od czasu Walki o Hogwart, leczy gdy patrzyła na jego twarz na zdjęciu, miała wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Jakby Harry miał ją wziąć w ramiona, jakby Fred miał znów popijać kakao w małej i zagraconej kuchni Nory, jakby Tonks i Lupin mieli wpaść na obiad, trzymając Teddy'ego na rękach...
Żadne z tych wydarzeń jednak nie było realne. Wszystkie należały do przeszłości; nadal żywej w jej wspomnieniach, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj, lecz nie mogącej już się powtórzyć. Fred, Tonks i Lupin byli martwi. Zginęli bohaterską śmiercią, co w jakiś dziwny i pokręcony sposób miało sprawić, że był w tym jakiś sens... Tak twierdzili mama i tata. Nawet George, który czasem dalej zaczynał jakiś żart, licząc na to, że Fred go dokończy, zdawał się nie porzucać nadziei. Ale śmierć, nawet ta najbardziej chwalebna nadal była nadal tylko śmiercią. Końcem.
Harry żył. A może raczej: Harry przeżył, ale Ginny nie była pewna, czy należał do świata żywych. Jakiekolwiek nadzieje żywiła, musiała je pogrzebać tam, gdzie wszystkich poległych. Harry nie potrafił żyć normalnie i sam był tego tak boleśnie świadomy, że czasem, słuchając go Ginny czuła się dalej tylko małym dzieckiem, niemogącym zrozumieć, o czym mówią dorośli przy stole. Walczyła w Bitwie o Hogwart, walczyła w bitwie o serce Harry'ego, ale tej drugiej walki nie mogła wygrać. Rozstali się nie bez żalu z jej strony. Próbowała zrozumieć, ale nie była w stanie. Nie rozumiała, gdy tłumaczył jej, że to dla jej dobra. Że powinna dalej być młoda - cokolwiek miał na myśli. Że powinna spełniać marzenia i wrócić do normalności - czymkolwiek byłaby normalność.
Próbowała go nienawidzić, ale nie mogła. Mogła się z nim nie zgadzać. Mogła krzyczeć, że się myli, ale nie mogła nigdy zarzucić mu złej woli. Nie Harry'emu. I może to bolało ją najbardziej: jego skromność i bezinteresowność były nie do podważenia. Sprawiały, że z góry była na straconej pozycji. Bo Ginny nie była tak bezinteresowna, gdy prosiła, by został dla niej, mimo że wiedziała, jak się męczył, będąc w samym epicentrum medialnej wrzawy.
— Wiedzieliście... — wydusiła z siebie w końcu, odkładając gazetę na blat kuchenny i spoglądając na Rona i Hermionę, którzy wpatrywali się w nią bez słowa od dobrych paru minut, jakby oczekiwali na wybuch bomby. — Wiedzieliście, że wraca i pozwoliliście, żebym dowiedziała się w taki sposób.
Poczuła, jak wzbiera w niej wściekłość, gdy zauważyła cień współczucia na twarzy Hermiony. Oczywiście, że musieli wiedzieć! Byli chyba jedynymi w całej Wielkiej Brytanii, którzy wiedzieli jeszcze zanim Harry w końcu przystał na błagania brytyjskiego Ministerstwa Magii.
Jej brat podniósł dłoń, by położyć na jej ramieniu, ale Ginny zrobiła krok w tył, czując jak cała aż płonie ze wściekłości.
— Powiedz mi, Ronaldzie — zwróciła się do niego przez zaciśnięte zęby — czy to sam Harry zabronił wam cokolwiek mówić?
— Ginny... — zaczęła Hermiona, ale Ron złapał ją za rękę, rzucając spojrzenie z ukosa.
— Tak — odparł, patrząc teraz prosto w miotające błyskawicami oczy siostry. — To nie jest nasza tajemnica do wyjawienia. Nigdy nie była.
— Jasne... — prychnęła Ginny, zaciskając dłonie w pięści. — Oczywiście. To zawsze była tylko wasza trójka. Nikt inny nie miał szans.
Zawsze. Tylko Harry, Ron i Hermiona się liczyli. Cała reszta była bohaterami pobocznymi, a Ginny jedynie zalążkiem romansu w wielkiej historii o Wybrańcu. To nie była wina Harry'ego - nigdy nie prosił o takie życie, ale nie sprawiało to w żaden sposób, że automatycznie to wszystko nie była prawda. Nawet jeśli Ginny chciałaby odegrać większą rolę w jego historii, nigdy nie była to jej decyzja do podjęcia. Dane jej było jedynie parę szczęśliwych miesięcy u jego boku, które skończyły się tak nagle, jak nagle się zaczęły.
— Wiesz, że to nieprawda, Ginny. Harry nigdy... — znów próbowała się wtrącić Hermiona, ale Ginny jedynie wzniosła rękę do góry, przerywając jej, po czym złapała swoją torbę treningową i bez słowa wyszła z kuchni.
— Już idziesz? — spytała mama, zerkając na nią ze swojego fotela, sterując różdżką magicznymi drutami, które dziergały coś, co wyglądało jak czapka dla Teddy'ego. — Myślałam, że...
— Mam trening — mruknęła Ginny. — Wrócę w weekend, na niedzielny obiad.
Opuściła zagracone podwórko Nory, przepełnione dziecięcymi i nastoletnimi wspomnieniami, po czym z trzaśnięciem deportowała się do Londynu. Dopiero po chwili, gdy weszła do swojego małego mieszkania, które składało się jedynie z salonu, będącego jednocześnie kuchnią i sypialnią oraz małej łazienki, mieszczącej wąską kabinę prysznicową, umywalkę i toaletę, zdała sobie sprawę, że nadal ściska w dłoniach okładkę Proroka Codziennego.
Westchnęła, opadając na łóżko i wpatrując się w zdjęcie Harry'ego. Wyglądał tak obco i dorośle. Zdawał się wyższy, niż to zapamiętała i bardziej męski, ale może to tylko iluzje zdjęcia? Może to broda? Nadal był przecież dosyć szczupły. Gdyby nie blizna i ta znajoma mina, Ginny miałaby problem, by go rozpoznać. Nie mogła dostrzec jego zielonych oczu zza ciemnych okularów, ale była pewna, że miałyby ten sam efekt, co zawsze: potrafiły sprawić, że z wygadanej i porywczej wiedźmy stawała się jąkającą się jedenastolatką, obserwującą swojego idola na peronie 9 i 3/4.
Trzy lata zajęło jej dojście do siebie na tyle, że była się w stanie odezwać w jego towarzystwie. Nie licząc, oczywiście, „straconego roku" - jak to nazywała w myślach, który spędziła w sidłach Toma Riddle'a, a który zakończył się szczęśliwie jedynie dzięki bohaterstwu Harry'ego.
Drugi rok w Hogwarcie był tak naprawdę jej pierwszym. To wtedy nawiązała przyjaźnie, to wtedy odkryła, że jej ulubionym przedmiotem są zaklęcia i to wtedy postanowiła sobie, że dostanie się do szkolnej drużyny quidditcha.
Trzeci rok spędziła na cichej adoracji Harry'ego, który ku ironii losu zawsze był tak blisko niej, będąc najlepszym przyjacielem jej ukochanego brata, lecz który zdawał się zupełnie nieświadomy jej egzystencji.
Czwarty rok był przełomowy - to wtedy, po rozmowie z Hermioną i wielu głębokich przemyśleniach doszła do wniosku, że świat musi się kręcić dalej i nadeszła pora, by pozbyć się dziecinnego zauroczenia tylko po to, by na piątym roku wpaść w ich sidła tak mocne, że dniami i nocami nie mogła myśleć o nikim innym, niż o Harrym. Nawet wtedy, gdy spotykała się z Deanem Thomasem, czy innymi chłopcami, których imion teraz - po latach nie mogła sobie przypomnieć.
I wtedy jej marzenie na krótko się spełniło. Przebywanie u boku Harry'ego i w jego ramionach było jak sen. Teraz, po latach z goryczą myślała, że faktycznie, miały więcej wspólnego ze snem, niż z realnym życiem. Zakończeniu ich związku towarzyszyła bowiem ta sama głęboka irytacja, którą czasem można poczuć po wybudzeniu się tylko po to, by odkryć, że znów otacza nas szara rzeczywistość.
Ostatnie cztery lata spędziła na usilnych próbach zapomnienia o Harrym.
Bezskutecznie.
Jak bardzo żałosna była, skoro jej serce drżało na sam widok jego zdjęcia w gazecie? Wiedziała, że gdyby tylko wyraził nią najmniejsze zainteresowanie, to znów z zamkniętymi oczami wkroczyłaby w wir jego niełatwego życia.
Mogłaby rzucić wszystko: swoją karierę w Harpiach z Holyhead, swojego obecnego chłopaka, z którym spotykała się jedynie od paru tygodni... Jedno spojrzenie, a ona znów byłaby jego. Ale dobrze znała Harry'ego, a przynajmniej tak o sobie lubiła myśleć. Mógł całymi dniami walczyć z ciemnymi mocami i gonić mrocznych czarnoksiężników, ale jeśli miał stanąć przed problemami realnego życia, przed emocjami - był nieporadny jak małe dziecko.
Ginny wiedziała o jego dzieciństwie - rozmawiali o tym, jak traktowali go Mugole, u których mieszkał. Jak mogłaby zapomnieć, że słynny Harry Potter, ten Harry Potter spędził pierwsze lata swojego życia gnębiony, głodzony i zamknięty w komórce pod schodami? Czasem, gdy patrzyła w jego oczy, nadal widziała tego małego chłopca, który nie oczekiwał od życia niczego dobrego. Zupełnie tak, jakby bał się, że jego szczęście musi zwiastować coś złego, a tych, których kocha, spotykało nieszczęśliwe zakończenie.
Czy tak było też w ich przypadku? A może myślenie, że Harry kiedykolwiek ją kochał, było tylko pychą z jej strony? W końcu byli wtedy dziećmi... Nie. Nie Harry. Ona była dzieckiem.
Patrząc na jego zdjęcie, poczuła nagłe przerażenie. Wiedziała, że będzie musiała przebywać w jego towarzystwie i udawać, że nic do niego nie czuje. Harry zawsze był częścią Weasleyów, przyjacielem rodziny i jej brata. Ile niezręcznych kolacji widniało na jej horyzoncie? Ile spotkań rodzinnych? A może będą niezręczne tylko dla niej? Bo była taką żałosną idiotką, która zatrzymała swoje serce w wieku szesnastu lat... Może dla Harry'ego będzie jedynie wspomnieniem: jednym z wielu z tego okresu, przesłoniętym przez znacznie ważniejsze i większe sprawy, które zawsze dźwigał na swoich barkach?
Chcąc czy nie chcąc, będzie musiała się o tym przekonać osobiście.
Z całego zamieszania i burzy myśli, która przetoczyła się przez jej głowę i wszystkie zakończenia nerwowe ciała, Ginny zdała sobie sprawę, że nie zapytała Rona o datę powrotu Harry'ego. Była pewna, że i on, i Hermiona już dawno ją znali. Mogłaby się wtedy przygotować mentalnie na jego pojawienie się, chociaż wiedziała, że nigdy tak naprawdę nie będzie w stanie tego zrobić tak, by uchronić się przed bólem serca. Nawet jeszcze w szkole, przebywając u boku Harry'ego na co dzień i mijając go na korytarzach zamku czy w wielkiej sali jego widok nigdy jej nie spowszechniał. Ani wtedy, ani kiedy już wreszcie byli razem. Jego głos, jego dotyk, jego spojrzenie - wszystko to zawsze było tak świeże i intensywne... A może Ginny wyczuwała podświadomie, że to tylko chwilowe szczęście? Że Harry Potter urodził się dla świata i ona nigdy nie mogła go posiąść dla siebie?
Wybrała się na trening Harpii z nadzieją, że quidditch jak zwykle przyniesie jej chwilę zapomnienia, ale szybko przekonała się o tym, że jej nadzieje były płonne. Pęd wiatru, który zazwyczaj rozwiewał zmartwienia i złe myśli, nie wiał tym razem wystarczająco mocno, a Ginny już chyba od dawna nie grała tak słabo, nie mogąc się pozbierać psychicznie.
Teraz już nie tylko była rozbita emocjonalnie przyjazdem Harry'ego, ale także wściekła na siebie za to, że on nawet jeszcze nie wrócił, a ona już nie nadawała się do życia.
— Co jest, Gin? — spytała Gwyneg Jones, trenerka drużyny. — Mam wrażenie, że dzisiaj na miotle to nie byłaś ty.
Ginny westchnęła, zwijając w niedbałą kulę swoją pelerynę i upychając ją na siłę do torby.
— Przepraszam, Gwyn — mruknęła. — Mam dzisiaj kiepski dzień. Obiecuję, że następnym razem będzie lepiej...
Jones podrapała się po głowie, obserwując ją uważnie.
Ginny była pewna, że trenerka przejrzała ją na wylot, tak samo, jak zrobiła to dwa lata temu, zauważając jej potencjał. Znała ją już na tyle dobrze, by nie kupić tych bzdur o złym dniu, mimo że była to przecież połowiczna prawda. Wykazała się jednak na tyle taktem, by odpowiedzieć jedynie zdawkowo:
— Mam nadzieję, bo jednym złym dniem można zaprzepaścić cały sezon.
W quidditchu nie było miejsca na czułości i zbędne emocje. Liczyło się skupienie i determinacja. Na co dzień Ginny całkiem nieźle sobie z tym radziła, odgradzając murem swoją karierę zawodową od życia prywatnego. Przychodziło jej to o tyle łatwo, że w to drugie, w przeciwieństwie do pierwszego nie angażowała się niemal wcale. Nawet teraz wiedziała, że z Patrickiem łączy ją raczej nieangażujący seks i zamiłowanie do dobrej kuchni, niż głębsze uczucia. Te ostatnie były już dawno zarezerwowane dla kogoś innego, jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało. Wszystko było już tylko substytutem - podróbką, która na odległość mogła wyglądać niemal łudząco podobnie do oryginału, ale z bliska nigdy się do niego nie umywała.
Ginny czasem zastanawiała się, czy jest może coś z nią nie tak? Może to jakiś dziwny syndrom, który więził jej serce przy Harrym, bo ten uratował jej życie w dzieciństwie?
Omal nie zaśmiała się jednak na głos z głupoty własnych myśli.
Tak może było kiedyś, ale potem, kiedy poznała prawdziwego Harry'ego, a nie tego z opowieści i swoich wyobrażeń zakochała się bezgranicznie w jego dobru, szlachetności, łagodności i bezkompromisowości. Zwalanie sprawy na jakiś urojony syndrom byłoby totalnym wypatrzeniem i obrazą dla jej własnych uczuć.
W pogoni za uwolnieniem umysłu, taką samą porażka, jaką był trening quidditcha okazał się także seks - ten sam niezobowiązujący i mało znaczący, który na co dzień traktowała jako miłą rozrywkę, angażującą jedynie ciało, ale nie obejmującą duszy.
Patrick był wysokim, szczupłym brunetem w okularach.
Ironia losu, prawda?
Był jednym z tych miłych facetów, których uczucia można szybko uznać za pewnik i równie szybko przestać o nie zabiegać. Był inteligentny, nawet zabawny i całkiem niezły w łóżku, ale Ginny od razu wiedziała, że to nie to. Może trochę oszukiwała sama siebie, brnąc w to dalej, ale przecież nie poprzysięgała mu wiecznej miłości, prawda?
Poznali się na jednym z bankietów, towarzyszących rozpoczęciu sezonu. Patrick był dziennikarzem i uparcie nalegał, by Ginny udzieliła mu wywiadu. Przez cały wieczór bawili się w kotka i myszkę, aż w końcu nie tylko odpowiedziała na jego pytania, ale także wpuściła do swojej sypialni.
Teraz leżała na łóżku, patrząc w sufit i wydając z siebie okazjonalne pomruki, podczas gdy Patrick starał się jak mógł, by doprowadzić ją na skraj orgazmu, jakby to miało im jakoś pomóc i odmienić los tego wieczoru. Z każdym pchnięciem Ginny upewniała się jednak, że to nie miało żadnego sensu. Nie było jej źle, ale równie dobrze Patricka mogłoby nie być u jej boku - nie zrobiłoby to jej większej różnicy.
— Jestem blisko — oznajmił chrapliwie, unosząc dłonią nieco jej pośladki, by móc zanurzyć się w niej jeszcze głębiej. — Dobrze ci...?
Ginny skinęła głową, obejmując go ciaśniej nogami i zaczynając kołysać się razem z nim, by przyspieszyć finał.
— Ginny... — jęknął, opadając na nią, a ona już wiedziała, że to będzie ich ostatni raz.
Było z nią gorzej, niż przypuszczała. Jeszcze rano zakładała, że zerwie z Patrickiem na jakikolwiek znak zainteresowania Harry'ego. Teraz wiedziała, że zerwie z nim za chwilę, jak tylko z niej wyjdzie.
— Muszę się skupić na sporcie — wyjaśniła, patrząc w jego zdziwione oczy, które już za chwilę miały się wypełnić złością. — Nie zrobiłeś nic złego. Ja po prostu nie mam teraz czasu na związek. Nie chcę cię zwodzić... Jeśli tylko masz ochotę, to możesz jeszcze wziąć prysznic przed wyjściem.
Nie chciał, co było zupełnie zrozumiałe. Zabrał swoje rzeczy i szczoteczkę do zębów, którą ostatnio zaborczo postawił w jej kubku, po czym odszedł z jej mieszkania i życia, a Ginny jedyne, co poczuła, to ulgę.
Zaraz potem przyszła wściekłość, ale nie miała ona już związku z Patrickiem.
Sam orgazm też nie przyniósł jej upragnionego efektu, bo ku swojej wściekłości doszła z imieniem Harry'ego na ustach. A zrobili to przecież tylko jeden, jedyny raz. Stało się to tuż po Bitwie o Hogwart i mimo że jak to w większości pierwszych razów: było trochę niezręcznie i żadne z nich do końca nie wiedziało, co robić, to dla Ginny było to też absolutnie piękne przeżycie. Jak mogło być inaczej, kiedy dzieliła je z Harrym? Bo wtedy jeszcze łudziła się, że mają przed sobą przyszłość. Że to wszystko znaczyło dla niego tak wiele, jak dla niej.
Finalnie Ginny zmieniła pościel, by pozbyć się zapachu Patricka i swojego własnego zawstydzenia.
Nie było dla niej ratunku.
Całą noc nie mogła zmrużyć oka, przewracając się z boku na bok. Z głową pełną myśli i niepewności, niecierpliwie wyczekiwała poranka, by o pierwszych promieniach słońca teleportować się przed drzwi Rona i Hermiony, zdeterminowana, by wydobyć z nich siłą datę powrotu Harry'ego.
Musiała wiedzieć, inaczej była pewna, że zwariuje z niepewności. Nie mogła znieść tego oczekiwania.
— Ginny? — zdziwił się Ron, pocierając podkrążone oczy. — Jest piąta rano...
— Dzięki za informację, geniuszu — ofuknęła go, nie czekając wcale na zaproszenie do ich małego przedpokoju. — Bez ciebie nie miałabym pojęcia.
— Tak przypuszczałem — odciął się Ron — bo alternatywą było tylko to, że już zupełnie ci odbiło. Co ty tutaj robisz?
Ginny usiadła na czerwonym fotelu, wciśniętym w wąski kąt pomiędzy kanapą a wielkim regałem z książkami i spojrzała ze złością na brata.
— Muszę wiedzieć, Ron — warknęła, mentalnie gotowa na zaciekłą walkę. — Kiedy?
— Co kiedy?
Ginny jęknęła, trafnie odczytując z jego zaczerwienionej twarzy blef. Może gdyby sama nie miała w żyłach tej samej krwi i nie łączyły ich geny, to nie domyśliłaby się, że kłamie. Doskonale wiedział, o co pytała, a mimo to postanowił udawać, że nie rozumie.
— Mam brata idiotę — jęknęła. — Kiedy wraca, baranie?
Ron westchnął, zamykając oczy i łapiąc się kciukiem i palcem wskazującym za nos. Może potrzebował chwili po wczesnej pobudce, a może już czytał w Ginny jak w otwartej księdze i wiedział, jak bardzo cierpiała nawet teraz, gdy noga Harry'ego nawet jeszcze nie stanęła na Wyspie. Gdy w końcu ponownie na nią spojrzał, nie miała już wątpliwości, że chodziło o to drugie. Nie był już bowiem na nią zły - teraz jej współczuł, co było w mniemaniu Ginny znacznie gorsze i sprawiło jedynie, że jej gorąca krew wręcz się zagotowała.
— Nie patrz tak na mnie! — omal nie krzyknęła, nic sobie nie robiąc z tego, że za chwilę obudzi także i Hermionę. — Nie życzę sobie, żebyś tak na mnie patrzył!
— Co? — żachnął się Ron, wznosząc ręce w górę w wyrazie desperacji. — Jak patrzył? Co ty pieprzysz, Ginny? To nie ma żadnego sensu...
— Kiedy wraca?
— Nie wiem, po co to sobie robisz...
— Odpowiesz mi na to cholerne pytanie, czy nie?
Patrzyli na siebie w ciszy, obydwoje tak samo rudzi, piegowaci i czerwoni na twarzy, jakby zaraz mieli wypuścić parę z uszu. Ginny nie potrafiła nawet zliczyć, ile razy w swoim życiu kłóciła się z Ronem - był jej ukochanym bratem może przez małą różnicę wieku, ale obydwoje potrafili być równie uparci i porywczy.
— Jutro.
Jeżeli poprzednia cisza aż buzowała od ich złości, to ta była głucha, jak makiem zasiał. Ginny była pewna, że na moment przestała oddychać i zaczerpnęła powietrza dopiero wtedy, gdy jej ciało fizycznie się o nie upomniało, walcząc o przetrwanie.
Zapadła się w fotel, zmęczona, jakby faktycznie stoczyła pojedynek na śmierć i życie. Nawet po intensywnym meczu quidditcha czuła raczej przyjemne mrowienie w ciele, niż tę okropną i drenującą pustkę.
Jutro.
Jutro było stanowczo wcześniej, niż się spodziewała. Wystarczyło, że dziś dobiegnie końca i już nadejdzie jutro. Jutro nie dawało żadnej sposobności na przygotowanie się psychiczne, by móc stanąć twarzą w twarz z miłością swojego życia. Ba! Stanięcie twarzą w twarz było przecież jedynie początkiem tortury. Po tym, jak już zobaczy Harry'ego, będzie musiała za każdym razem odgrywać to samo przedstawienie: „Miło cię widzieć i do zobaczenia znowu", jakby zupełnie nic między nimi nigdy nie zaszło; jakby nie miała nic przeciwko, by byli przyjaciółmi i szczerze cieszyła się ze wspólnie spędzonego czasu.
Ron zmarszczył czoło, a złość i współczucie zastąpiła szczera, braterska troska, jakby prześwietlał ją znów na wskroś i widział, że jej serce ledwie się trzyma, by nie pęknąć znów wzdłuż starego szwu, który spajał obie jego połówki razem. Wtedy, gdy Harry wyjechał, zostało złamane tak boleśnie, jakby to wydarzyło się fizycznie i całkowicie dosłownie.
— Jutro — powtórzyła, nadal smakując to słowo na języku.
— Ginny... — zaczął Ron, ale przerwała mu, podnosząc dłoń w górę.
— Nie, jutro pasuje, oczywiście — bełkotała, nie przekonując ani jego, ani siebie, że wszystko jest w porządku. — Nawet się obawiałam, że to może potrwać dłużej, ale...
— Ginny, znasz przecież Harry'ego — znów spróbował Ron, robiąc krok w jej stronę, jakby był gotów, by ją przytulić i poskładać w całość rozpadające się kawałki jej duszy. — Nie będzie cię nękał ani się narzucał... Zjemy kolację w Norze, a później...
— Tak, wiem — mruknęła, podirytowana. — Znam Harry'ego. On się nigdy nie narzuca.
Oczywiście, że nie! Ile czasu musiała czekać, by wykonał chociażby najmniejszy ruch w jej kierunku? I nie chodziło jedynie o to, że w końcu okazał jej swoje zainteresowanie, ale później - gdy już byli parą ciągle czuła z jego strony taką niepewność, jakby za każdym razem musiał na nowo się upewniać, że jego uczucia dalej są mile widziane. Ginny zwalała to na karb jego nieszczęśliwego, sierocego dzieciństwa, które obdarło go z wiary w to, że jest godny miłości.
Ron skwitował to stwierdzenie niecodziennym dla niego milczeniem. Najwidoczniej przebywanie z Hermioną miało pozytywny efekt na jego takt i wyczucie chwili.
— Jutro. Dobrze — powiedziała Ginny, podnosząc się z fotela i przez chwilę zastanawiając, co teraz powinna zrobić. — Tak... — Rozejrzała się po małym, zaledwie dwupokojowym mieszkaniu brata, niewidzącymi oczami szukając drzwi, które w rzeczywistości miała tuż przed sobą. — Ja już... pójdę. Przeproś Hermionę, jeśli ją obudziłam...
— Ginny. — Ron położył dłoń na jej ramieniu, wreszcie finalizując gest, który zamierzał wykonać jeszcze wtedy, gdy rano siedzieli razem nad Prorokiem Codziennym. — Nie musisz się obawiać spotkania z Harrym. On naprawdę nie chce nikogo skrzywdzić swoim powrotem...
No i ponownie: oczywiście, że nie! Harry nigdy nikogo nie chciał skrzywdzić w swoim życiu, mimo że wiele osób skrzywdziło jego i zasługiwałoby na jego nienawiść. Był na to po prostu zbyt szlachetny i nie, to nie skrzywiony, zakochany umysł Ginny wpływał na to, że tak go idealizowała. Była to szczera prawda! Jednocześnie wiedziała, że Harry miał też swoje wady, ale paradoksalnie - kochała go za nie jeszcze bardziej.
— Nie... — powtórzyła głupio, niezdolna do pełnych zdań. — Idź spać, Ron. Widzimy się jutro, na kolacji, tak?
— Tak — odparł Ron, nadal przypatrując jej się z troską w oczach.
Ginny wróciła do swojego mieszkania i zaparzyła sobie gorącej herbaty tylko po to, by finalnie wypić ją wtedy, gdy ta zrobiła się już całkowicie zimna.
Dziś minęło jej jak we śnie, niosąc ze sobą przerażające jutro, po którym nie wiedziała, czego może się spodziewać. Kolejna noc zleciała jej na niemal całkowicie bezsennym przewracaniu się z boku na bok, co tylko podkręcało jej paranoję, irytację i złość na samą siebie. Pojawi się na kolacji jak jakiś pieprzony duch - blada jak ściana, z podkrążonymi oczami i szaleństwem wypisanym na twarzy. Gratulacje, Ginny — zawsze marzyła o tym, by właśnie tak pokazać się swojemu byłemu chłopakowi, którego wciąż irracjonalnie kochała.
Cały dzień, który jeszcze wczoraj był zaledwie jutrem, ale teraz stanowił jej teraźniejszość wyczekiwała na coś - sama nie wiedziała co. Jakby sam fakt, że Harry wraca, miał się wiązać z jakimiś niesamowitymi wydarzeniami! Sprawdzała każde wydanie Proroka Porannego i Codziennego, które wpadły jej w ręce, ale prasa wciąż milczała, co mogło oznaczać, że przyjazd Harry'ego był nadal tajemnicą, dostępną jedynie dla wybranych. Znała go na tyle dobrze, by móc przypuszczać, że nawet sam Minister Magii nie był poinformowany o konkretnej dacie jego powrotu.
Kiedy i jak znalazła się w Norze? Nie pamiętała, tak samo jak tego, w jaki sposób stała tutaj świeżo po kąpieli, w czystych ubraniach i makijażu, maskującym zmęczenie. Wszystko zlewało się w jedną, zamgloną całość, zwaną porankiem, a poranek skończył się nie wiadomo kiedy, przynosząc południe i nim się obejrzała - dzień chylił się ku końcowi.
— Ginny, pomóż Hermionie nakrywać do stołu — zakomenderowała mama, wskazując palcem na salon, w którym jak zwykle było więcej ludzi, niż ich skromny dom mógł pomieścić.
Bill i Fleur pomachali jej na przywitanie, obydwoje zbyt zajęci obserwowaniem małej Victorii, by móc wdać się w dorosłą rozmowę. Dziewczynka kręciła się po salonie z prędkością diabła tasmańskiego i jej rodzice musieli uważać, by nie zrzuciła na siebie obrusu, nie przewróciła świeczki lub nie rozpętała kolejnej wojny.
Ciężarna Angelina zajmowała najwygodniejszy fotel, wydając Georgowi polecenia. Uśmiechnęła się promiennie do Ginny, która musnęła wargami jej policzek, szepcąc jej na ucho, by nie wstawała, bo jej brzuch był już naprawdę pokaźnych rozmiarów.
Percy i Audrey pomagali mamie w kuchni, sterując różdżkami jak dyrygenci nad kłapiącymi pokrywkami garnkami i skwierczącymi patelniami, a obok nich Charlie rozlewał piwo kremowe do rozłożonych przed nim kufli.
W całym tym chaosie jak zwykle była metoda i ta wrzawa nie różniła się aż tak bardzo od ich zwykłych spotkań rodzinnych, ale Ginny zauważyła od razu, że wszystko było przygotowywane dużo staranniej i każdy zdawał się dawać z siebie wszystko.
— Brakuje jeszcze sztućców — powiedziała cicho Hermiona, stając u boku Ginny i przypatrując się jej z tą samą troską, co jeszcze tego samego poranka jej brat.
— Gdzie Ron? — spytała Ginny, rozglądając się po tłumie rudych głów.
— Razem z tatą poszli po Harry'ego. Artur uparł się, by powitać go osobiście. Wiesz, jaki jest... Traktuje go jak syna — odparła Hermiona z czułym uśmiechem, ale Ginny była zbyt nerwowa, by móc go odwzajemnić. — Jak się czujesz...?
Ginny zamrugała, zastygając z widelcami w ręku.
— Nie wiem, o co ci chodzi — mruknęła, unikając spojrzenia Hermiony.
Hermiona westchnęła, jednym machnięciem różdżki rozkładając przy talerzach starannie zawinięte serwetki, które wyglądały elegancko i nieco nie pasowały do „zagraconego" wnętrza Nory.
— Ginny... — odparła cicho, obserwując Georga, który teraz biegł ze szklanką wody do swojej żony. — Nie musisz przy mnie udawać... Przecież widzę...
— Nie chcę o tym rozmawiać.
— O piątej rano odniosłam inne wrażenie.
Dziewczyny spojrzały na siebie z widocznym wyzwaniem w oczach. Cholerna Hermiona, wygranie z nią na argumenty graniczyło zazwyczaj z cudem.
— Przejdzie mi — powiedziała w końcu Ginny, uznając oficjalnie swoją przegraną. — Muszę tylko... przywyknąć do...
— Jesteśmy! — krzyknął tata, wchodząc do salonu i cały aż promieniejąc na twarzy.
Ginny wiedziała, że kochał Harry'ego, jakby był jego własnym synem i zawsze traktował go jak członka rodziny. Złapał małą Victorię, która przybiegła do dziadka i wziął ją na ręce, po czym odsunął się lekko, robiąc miejsce gościowi honorowemu.
Ginny po raz drugi tego dnia poczuła, że brakuje jej powietrza. Może w pokoju przebywało zbyt wiele osób, a może jej płuca odmówiły współpracy, postanawiając ostatecznie zakończyć jej żałosny żywot, bo dziewczyna dosłownie przestała oddychać. W ostatniej chwili zacisnęła palce mocniej na zestawie noży, unikając upuszczenia ich z głośnym brzdękiem na podlogę.
W drzwiach stał on.
Harry.
Ten sam, którego kochała, ale zarazem inny. Starszy? Bardziej doświadczony? Ginny zdała sobie boleśnie sprawę z tego, jak mało wiedziała o jego życiu po wyjeździe. Czy kochał? Czy był kochany? Czy żył pracą? Czy dalej był tak cudownie nieśmiały i niepewny swojej wspaniałości?
Tak jak na zdjęciu, jego czarne, rozczochrane włosy przechodziły teraz płynnie w brodę, dodającą mu paru dodatkowych lat. Na twarzy oprócz błyskawicy miał jeszcze jedną bliznę, przecinającą jego lewy policzek - zapewne pozostałość po jakiejś emocjonującej walce, z której jak zwykle wyszedł zwycięsko. Był jeszcze wyższy, niż Ginny zapamiętała. Zawsze lubiła to, że mogła na niego patrzeć z dołu... Pamiętała, jak ją obejmował, opierając swoją brodę na jej głowie, a ona czuła się wtedy taka bezpieczna. Nadal był wyjątkowo szczupły, ale zdjęcie z gazety oddawało prawidłowo jego męską sylwetkę i szerokie ramiona. Nie był już chłopcem. Stanowczo był teraz mężczyzną i Ginny nie udało się powstrzymać przed westchnięciem, które wyrwało jej się z ust, zastępując bezdech.
Rozejrzał się z uśmiechem po przyjaznych mu twarzach, wymieniając uprzejmości i ściskając dłonie wszystkich osób, które tak na niego czekały i w końcu zwrócił swój wzrok na Ginny, a ona z ulgą zobaczyła, że jego zielone oczy nadal miały ten sam ciepły odcień.
I tak. Już wiedziała, że przepadła w nich z kretesem.
Wyciągnął rękę w jej stronę, a ona uścisnęła ją po chwili wahania. Zadrżała, czując, jak całe jej ciało przechodzi dziwna fala, kumulująca się tuż w podbrzuszu i przeklęła się w myślach za to, że po tylu latach nie potrafiła się w jego towarzystwie zachowywać normalnie. Znów była tylko małą dziewczynką, która przypadkowo wsadziła łokieć do maselniczki.
— Cześć — powiedział, a jego głos był niższy, niż zapamiętała. — Dobrze cię widzieć, Ginny.
— Wiem — odparła bez zastanowienia, krzywiąc się nieco na dźwięk swojej idiotycznej odpowiedzi. Harry zaśmiał się, poprawiając okulary na nosie. — To znaczy... Ciebie też, Harry...
Chciała coś jeszcze powiedzieć, coś błyskotliwego i żartobliwego, co sprawiłoby, że zaniósłby się śmiechem jak wtedy, gdy przeżywali swoje pięć minut w Hogwarcie, ale jej umysł był nagle całkowicie pusty. Wpatrywała się więc w niego, mając wrażenie, że czas przestał płynąć i dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że nadal trzyma jego dłoń w swojej. Harry też musiał dojść do tego samego wniosku, bo jego kark nieco poczerwieniał i machinalnie podniósł dłoń, by się podrapać.
Czy dla niego było to równie dziwne i intensywne? Nigdy nie był wylewny co do uczuć.
Przez krótką chwilę Ginny miała wrażenie, że wczoraj, dziś i tajemnicze jutro zlały się w jedno, a oni stali twarzą w twarz w swoich dorosłych ciałach, bogatsi o całe lata doświadczeń, przeżywając jednak zupełnie nastoletnie emocje.
Harry otwarł usta, by coś powiedzieć, wpatrując się w nią tymi intensywnie zielonymi oczami, błyskającymi zza okrągłych okularów, ale w tym momencie pojawił się u jego boku tata, wciskając mu kufel do ręki.
— Tak dawno cię nie widzieliśmy, Harry! Rozgość się! — Poklepał go przyjacielsko po plecach.
— Nasz drogi Harry — powiedziała z czułością mama, wychodząc z kuchni i wycierając dłonie w fartuch z lwem Gryffindoru, który miała przewiązany przez szyję. — Już myślałam, że o nas zapomniałeś i postanowiłeś na dobre zostać w Stanach...
Harry zaśmiał się, odwzajemniając spojrzenie Molly.
— Nie, to nie dla mnie... — odparł, jakby nieco zawstydzony tym, że wszyscy łowią teraz jego słowa. — Chociaż przyznam, że fakt, że tam mało kto o mnie słyszał, był dużym plusem.
— Nasz 'Arry jak zwykle tak skhromny — odezwała się Fleur, obdarzając go swoim olśniewającym uśmiechem. — Nic się nie zmieniłeś, mon chéri!
— Oprócz tej brody! — wtrącił George, szczerząc zęby. — Też próbowałem zapuszczać, ale Angelinie się nie podoba...
— Jeśli brodą nazywasz te cztery wątłe włosy, które wyhodowałeś po miesiącu starań, to faktycznie — odparła, obdarzając męża znaczącym spojrzeniem. — Dobrze cię widzieć, Harry. Musisz mi potem opowiedzieć o amerykańskim quidditchu...
Ginny omal nie uderzyła się w czoło ze złości. Przecież sama mogła z nim rozmawiać o quidditchu, a zamiast tego stała tutaj jak słup, nie mogąc przestać na niego patrzeć. Dłoń, którą ścisnął piekła ją, jakby ktoś rzucił na nią urok. Całe ciało wydało jej się nagle wyjątkowo niepraktyczne, jakby nie wiedziała, co z nim zrobić. Ręce zwisały jej wzdłuż boków, nogi dreptały niezręcznie w miejscu, a włosy opadały denerwująco na oczy - zupełnie tak, jakby ponad dwadzieścia lat nauki panowania nad odruchami poszło na marne.
— Nie wiem, czy jest o czym. — Harry wzruszył ramionami. — Tam jest znacznie mniej popularny, niż w Europie. Amerykanie wolą futbol na miotłach...
— A ja chętnie usłyszę o ich Ministerstwie Magii — wtrącił Percy. — Podobno mają tam znacznie bardziej rygorystyczne prawa co do niewłaściwego użycia czarów...
— Dajcie mu usiąść — przerwał muł Ron, który cały czas wiernie trwał u bok swojego przyjaciela. — Potem będziesz mógł go zanudzać swoimi wywodami, Percy.
— Zanudzać! — prychnął Percy, najwidoczniej obrażony.
— No i co z tymi ugrupowaniami, które ostatnio wywołały taki zamęt...? — dodał George, ale tym razem to mama nie pozwoliła mu dokończyć.
— Chodźcie do stołu — zakomenderowała, samej wracając znów do kuchni.
Harry zajął wskazane mu miejsce pomiędzy Ronem i tatą, a cała reszta rodziny poszła w jego ślady. Tylko Ginny nadal nie potrafiła się poruszyć, obserwując jakby przez szybę wszystko to, co działo się w salonie. Miała wrażenie, że nie jest uczestnikiem wydarzeń, a jedynie ogląda je na ekranie, jak w mugolskim kinie.
— Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłaś taka milcząca — szepnął jej na ucho Charlie.
— Korzystaj, bo to się może nie powtórzyć — odparła, szczerząc zęby do brata.
Jego uwaga podziałała jednak, na chwilę wyrywając ją z marazmu. Biorąc głęboki wdech, skierowała się do kuchni, pragnąc choć na chwilę odpocząć od aury Harry'ego, która działała na nią jak magnez. Gdy był w pobliżu, cała reszta mogłaby nie istnieć. Z drugiej strony obawiała się zostania z nim chociaż na chwilę samej. Zupełnie sobie nie ufała w tej kwestii.
— Weź ziemniaki i sałatkę — rozkazała mama, zbyt zajęta przygotowaniem kolacji, by zobaczyć konsternację na twarzy córki. — Zapytaj Harry'ego, czy ma ochotę na moje piklowane ogórki, bo pamiętam, że kiedyś bardzo mu smakowały...
— Mamo... — jęknęła Ginny, nie pragnąc niczego mniej, niż pytania Harry'ego o pikle.
Jakby między nimi nie było już wystarczająco niezręcznie!
— Idź — Molly wcisnęła jej jeszcze sosjerkę do ręki i popchnęła ją nieco w stronę salonu.
Na sztywnych nogach ruszyła z powrotem w stronę stołu, w ostatniej chwili robiąc piruet wokół małej Viktorii, która znów uciekła rodzicom. Nachylając się pomiędzy Harrym i Ronem, położyła na stole zgromadzone naczynia, po czym biorąc głęboki oddech i starając się zignorować znajomy zapach Harry'ego, spytała:
— Mama pyta, czy masz ochotę na jej pikle.
Ron odchrząknął, rzucając jej rozbawione spojrzenie, a Ginny zanotowała w myślach, by przy pierwszej, lepszej okazji rzucić w niego porządnym upiorogackiem! Harry za to zakrztusił się swoim piwem kremowym i znów oblał lekkim rumieńcem.
— Bardzo chętnie — odpowiedział cicho.
Cztery lata minęły, a on znów tu jest - ten Harry Potter. Wybraniec, Chłopiec, Który Przeżył i pokonał Voldemorta, a ona pyta go o piklowane ogórki. Los okrutnie sobie z niej drwił i była niemal całkowicie pewna, że Fred, obserwujący wszystko z góry miał teraz niezły ubaw. Widziała to w uśmiechu, który George niezbyt szybko ukrył za swoją nakrapianą piegami dłonią. W myślach już słyszała ich wspólne przekomarzania. Na pewno uraczyliby ją jej dziecinną twórczością:
Ma oczy zielone jak pikle z ropuchy
Jego włosy są czarne jak tablica.
O, gdyby moim został, bohater mych snów,
Służyłabym mu jak diablica.
Do tej pory nie odpuścili jeszcze żadnej okazji, by przypomnieć jej te dalekie od chwały chwile. Niemal uśmiechnęła się do tego wspomnienia i ze zdumieniem odkryła, że Harry odpowiada jej uśmiechem. Czy on też myślał o tym samym?
Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowie, bo nie chciała ryzykować resztek swojej wątpliwej reputacji, ale poczuła się znacznie lepiej, jakby ktoś nagle nakrył ją ciepłym kocem i otulił jej ciało przed zimnem.
W Norze jak zwykle na początku był Chaos, a potem z tego chaosu wyłonił się porządek i po tym, jak wszyscy zajęli swoje miejsca, kolacja przebiegła wyjątkowo przyjemnie i sprawnie. A przynajmniej tak się Ginny wydawało, bo była zbyt skupiona przypominaniem sobie o oddychaniu, by móc wyłapać wszystkie wątki, które przewinęły się przez dyskusję. Wiedziała jedynie, że Harry został zasypany gradem pytań o amerykański świat magiczny, jego negocjacje z brytyjskim Ministrem Magii i to, jaką rolę obejmie w Departamencie Aurorów. Ocknęła się jedynie na dźwięk głosu Fleur, który niegdyś wydawał jej się przesłodzony, ale teraz przywykła do niego tak samo, jak do swojej nowej bratowej.
— A masz ty tam kogo w tej Ameryce, 'Arry?
Ginny poczuła, jak całe jej ciało sztywnieje w niemal bolesnym napięciu, jakby oczekiwała, że ktoś za chwilę wymierzy jej policzek. Była też całkowicie pewna, że piękne i nienaturalnie wielkie oczy Fleur omiotły ją swoim nadzwyczaj bystrym spojrzeniem.
— Ekhm... — odchrząknął Harry, odkładając swój widelec nieco zbyt energicznie na talerz. — Nie... nie bardzo... — Tym razem rumieniec objął też jego pokryte zarostem policzki. — Obracałem się głównie w gronie Aurorów... Nie miałem za dużo czasu na cokolwiek innego...
— Quel dommage! No, to tehraz może będziesz miał więcej czasy — odparła z zadowoleniem Fleur. — Wszyscy twoi przyjaciele się cieszą z powroty! Ron, 'Ermioni i Ginny na pewno pomogą ci się znów rozgościć.
Tym razem to nie mógł być przypadek, zwłaszcza że Fleur niezbyt dyskretnie mrugnęła okiem w stronę Ginny. Zupełnie jakby ta znajdowała się w bloku startowym, gotowa by znów ruszyć w pogoń za sercem Harry'ego i potrzebowała do tego jedynie zachęty z ust swojej idealnej bratowej.
— A gdzie zamierzasz mieszkać, Harry? — spytał Bil, kładąc dłoń na ramieniu swojej zadowolonej z siebie żony. — Wiesz, że zawsze jesteś mile widziany w Muszelce.
Harry wyglądał tak, jak Ginny się czuła - jakby ogarnęła go ulga z powodu nagłej zmiany tematu.
— Dziękuję — powiedział, a Ginny mogła tylko podejrzewać, że nie chodziło jedynie o zaproszenie. — Zamierzam zamieszkać w starym mieszkaniu Syriusza, które na mnie przepisał. Byłem tam dzisiaj przelotem zostawić walizkę... Trochę stało odłogiem i wymaga porządnego sprzątnięcia, ale jak skończę, to oczywiście zapraszam.
— Pomożemy ci — powiedziała Hermiona, nachylając się z uśmiechem do przyjaciela. — Wpadniemy jutro z Ronem... Masz czas, Ginny? Twoje zaklęcia gospodarskie nie mają sobie równych...
Przy stole znów zapadła cisza, a Ginny dopiero po krępującej chwili milczenia zdała sobie sprawę z tego, że w rozmowie padło jej imię. Niech ich wszystkich piekło pochłonie z tym nachalnym swataniem! Miała ochotę złapać za miotłę i odlecieć w stronę księżyca, jak to robiły średniowieczne wiedźmy. Jakby to wszystko nie było dla niej już wystarczająco trudne! Jakby przebywanie w tym samym pokoju co Harry było bułką z masłem!
Całą tę gniewną tyradę zakończyła jednak prostym „Jasne, wpadnę po treningu", ledwie poznając swój obco brzmiący głos.
Dlaczego? Dlaczego się zgodziła? Dlaczego sobie to robiła? Dlaczego oni jej to robili? Czy to była jakaś nowa forma tortur? A może to zakrawało już na masochizm?
Rozmyślała o tym przez resztę kolacji, do momentu, aż wszyscy nie odeszli od stołu. Niektórzy, jak oczywiście Harry, Ron, Hermiona, Charlie, Percy z Audrey i rodzice przenieśli się przed kominek, a inni, jak Bill i Fleur ze śpiącą Victorią na rękach, czy George ze zmęczoną Angeliną pożegnali się i wrócili do domów. Ginny była rozdarta pomiędzy perspektywą dalszej słodko-gorzkiej tortury, a wykpieniem się koniecznością odpoczynku przed jutrzejszym treningiem.
Nie zdążyła jednak porządnie się namyślić, a już nalazła się obok Hermiony z lampką wina porzeczkowego w ręce, obserwując iskry ognia, przeskakujące pomiędzy pachnącymi konarami drewna sosnowego. Harry siedział z drugiej strony Hermiony, a mimo to Ginny czuła jego obecność każdą komórką swojego ciała i każdym zakończeniem nerwowym. Pozwalając, by wino wymieszało się z krwią w jej żyłach, wreszcie zaczęła się nieco rozluźniać.
Merlinie, ależ była wykończona! Teraz gdy napięcie częściowo ustąpiło, była pewna, że mogłaby zasnąć, chociażby i na stojąco.
— Masz pusty kieliszek — zauważyła Hermiona, odwracając się z uśmiechem w jej stronę. — Skoczę po butelkę, co? Chodź, Ron, pomożesz mi coś znaleźć!
Nim Ginny zdążyła wyrazić sprzeciw, wstała i z lekkością zniknęła w kuchni, ciągnąc za sobą Rona. Audrey i Percy pomagali mamie w sprzątaniu, Charlie i tata zajęci byli rozmową, a Ginny po raz pierwszy tego wieczoru znalazła się tuż obok Harry'ego, siedząc z nim samotnie na kanapie.
Wlepiła spojrzenie w pusty kieliszek w swojej dłoni, za wszelką cenę pragnąc uniknąć kolejnej kompromitacji, zwłaszcza że czuła, jak alkohol nieco już tępi jej zmysły.
Ale to był przecież Harry... Jej Harry. Czego się obawiała?
— Widziałem, że świetnie otwarłyście sezon — odezwał się w końcu, przyglądając się jej z ukosa. — Wygrałyście z Armatami... Ron musiał być niepocieszony.
Ginny spojrzała na niego zaskoczona i poczuła, jak usta same wyginają jej się do uśmiechu.
— To była wyjątkowo motywująca perspektywa — odparła, szczerząc zęby. — Przez tydzień nie mógł dojść do siebie. Hermiona o mało nie wyrzuciła jego rzeczy za próg.
Harry zaśmiał się, robiąc łyka swojego piwa kremowego.
— Mogę to sobie z łatwością wyobrazić. Założę się, że nadal cały czas się kłócą, co nie?
— O, tak — zapewniła go Ginny, odwracając się w jego stronę i kładąc łokieć na oparciu wyświechtanej, bordowej sofy, która stała tam od kiedy tylko sięgała pamięcią. — Ale nie wiem, co jest gorsze... Jak się kłócą, czy jak się godzą...
— Chyba sporo mnie ominęło — stwierdził Harry, nadal się śmiejąc. — W listach brzmieli wyjątkowo zgodnie, ale czułem, że to jakaś ściema.
— Często korespondowaliście? — spytała, zanim zdążyła się ugryźć w język.
Nie miała żadnego prawa czuć się zazdrosna o relację Harry'ego z jego przyjaciółmi, ale sam fakt, że przez cztery długie lata nie dał jej żadnego znaku życia był wyjątkowo bolesny.
— Na tyle, na ile mieliśmy czas — odparł zdawkowo, spuszczając wzrok na swoje kolana.
Zmężniał fizycznie, ale mentalnie nadal był tym samym, nieco nieśmiałym Harrym, zagubionym w meandrach uczuć, których tak bardzo mu skąpiono w dzieciństwie.
— Teraz też pewnie będziesz bardzo zajęty — brnęła dalej, najpewniej napędzana przez wypity alkohol. Harry spojrzał na nią z uniesionymi wysoko brwiami, więc dodała: — No wiesz, z tą całą pracą w Ministerstwie i tropieniem wszystkich niedobitków po Voldemorcie...
Harry uśmiechnął się półgębkiem, upijając łyka swojego piwa. Kiedyś powiedział jej, jak bardzo doceniał to, że nie bała się wypowiadać tego imienia na głos. Może to była jeszcze pozostałość po jej bliskiej relacji z Tomem? W końcu jako jedni z niewielu mieli okazję poznać młodego Riddle'a i doskonale rozumieli siłę jego magnetyzmu.
— Taa... — mruknął, nieco nieobecnym tonem. — Chyba tak. Oni też już napewno przygotowali mi gorące powitanie... Nawet w Stanach dostawałem jeszcze listy z pogróżkami, dlatego chciałem utrzymać mój powrót w jak największej tajemnicy.
No tak. To wszystko miało jak zwykle sens, a Ginny jak zwykle zupełnie egoistycznie założyła, że miało to coś wspólnego z nią lub tajemnicami, którymi Harry, Ron i Hermiona tak niechętnie dzielili się z kimkolwiek poza swoim gronem. Jak zwykle też Harry okazał się dużo dojrzalszy, niż ona. To nigdy nie mogło się udać, prawda? Potrzebował u swego boku kogoś, kto nie będzie tak lekkomyślny i pochopny w osądach.
— No tak... — szepnęła, czując jak jej twarz cała aż płonie ze wstydu.
— Słuchaj, Ginny... — Harry nieco spoważniał, skubiąc nerwowo etykietę butelki w swojej dłoni — co do tego sprzątania, to bez presji, okej? Zrozumiem, jeśli jesteś zbyt zajęta, by przyjść... Na pewno sobie poradzimy...
Och, no tak. Może wcale nie chciał jej tam widzieć?
— Nie, nie ma problemu — odparła, nim zdążyła zarejestrować, co mówi. — Wpadnę.
Idiotka.
— Fajnie. — Harry wyraźnie się rozluźnił. — Pewnie masz teraz codziennie treningi, prawda?
— Prawie codziennie — powiedziała. — Dzisiaj miałam wolne... Jeśli masz ochotę, to możemy przyprowadzać gości na trybuny...
Co? Po co to powiedziała? Harry na pewno miał lepsze rzeczy do roboty!
— Chętnie wpadnę...
— Masz. — Hermiona bez pytania dolała jej wina do kieliszka, siadając u jej boku i zmuszając do jeszcze bliższego przysunięcia się do Harry'ego tak, że teraz stykali się już ramionami. — Może jutro przyniosę jakieś jedzenie i trochę razem posiedzimy po sprzątaniu, co wy na to?
Ginny nie wiedziała, jakie było pytanie. Zbyt mocno skupiała się na tym, że czuła teraz ciepło skóry Harry'ego, jego zapach... a jego rozkoszne włosy miała teraz zaledwie na wyciągnięcie dłoni. Pamiętała, jak lubiła je gładzić i przeczesywać palcami...
Ron zajął miejsce obok Harry'ego i na kanapie nagle zrobiło się wyjątkowo tłoczno.
— Hermiona ma rację — stwierdził, jakby nigdy nic. Zupełnie jakby już nie pamiętał, że Ginny pojawiła się w drzwiach jego mieszkania o piątej rano z zalążkiem załamania nerwowego. — Trochę nadrobimy, co, stary? Kupię jakąś dobrą whiskey... W końcu trzeba opić to, że wróciłeś i wreszcie będziemy razem pracować!
Harry poruszył się nieco nerwowo tuż u jej boku. Bała się podnieść głowę, bo była pewna, że odczytałby wszystkie jej emocje po jednym spojrzeniu. Teraz już nie tylko ich ramiona się stykały, ale także i uda. Włosy niemal dosłownie stanęły jej dęba od wyładowań, które przechodziły przez ich ciała. To było aż nazbyt znajome. Aż za bardzo pamiętała jego pocałunki na swojej szyi, czy ciepło jego dłoni na swojej talii...
— Jasne — odparł Harry dziwnie zachrypniętym głosem. — To brzmi... fajnie. Będziesz mogła zostać, Ginny?
Jego głos skłonił ją, by wreszcie na niego spojrzała. Wpatrywał się w nią teraz niemal bez mrugnięcia i Ginny poczuła, jak oddech znów więźnie jej w gardle. Czy to było przewidzenie, czy Harry chciał, żeby została? Ale nawet jeśli chciał, to czy traktował ją po prostu jak dawną przyjaciółkę, z którą miło było posiedzieć przy herbacie? A może...
Hermiona szturchnęła ją w żebra, zmuszając do skupienia i odpowiedzi.
— Tak, trening mam rano, więc nie powinno być z tym problemów...
— No to świetnie! — Hermiona z radością przyklasnęła w dłonie. — Czeka nas wspaniały wieczór, tak się cieszę...
Ale Ginny nie słyszała już reszty jej trajkotania, zastanawiając się poważnie nad tym, w co też się wpakowała? Bo brzmiało to zupełnie jak wielka pułapka, zastawiona tylko po to, by znów złamać jej kruche serce.
Ale zatroszczy się o to jutro, bo dziś czuła, jakby wszystkie jej wczorajsze dylematy powoli przestawały być istotne.
Harry naprawdę wrócił.
Nie będę ukrywać, że chętnie usłyszę, co o tym myślicie!
