(AU/ niekanoniczne zakończenie/ pierwsza wojna/ Huncwoci/ Śmierciożercy)
Gambit – otwarcie szachowe, w którym gracz poświęca bierkę w zamian za uzyskanie lepszej pozycji.
Prolog
Delikatny płomień na czubku różdżki oświetlił długi i wąski korytarz, na końcu którego widniało małe okno, wpuszczające przez mozaikowe szyby nikłe światło księżyca. Czerwony dywan ciągnął się na kamiennej posadzce jak jadowity wąż, spełniając jednak swoją funkcję i doskonale tłumiąc dźwięk kroków. Po obu stronach surowego muru, przyozdobionego starożytnymi arrasami i obrazami znajdowały się zamknięte drzwi, skrywające za sobą nieznane wnętrza pokoi, ale Jamesa interesował tylko jeden z nich.
Z oddali dochodziły go odgłosy przyjęcia, toczącego się w wielkim salonie dworu Malfoyów. Narcyza i Lucjusz wreszcie się pobierali, świętując swoją miłość z przepychem tak charakterystycznym dla ich starożytnych i czystokrwistych rodów. Nikt nie zapominał, że była to przede wszystkim transakcja handlowa i mimo że młodych naprawdę zdawało się łączyć uczucie - tak niecodzienne dla świata pełnego skostniałych obyczajów, swatek i kpiny z wolnej woli, to ich rodziny traktowały to niemal jako fuzję.
James zerknął za siebie, by upewnić się, że nikt go nie śledzi. Miał na sobie co prawda pelerynę niewidkę, ale w domu pełnym Śmierciożerców nie istniało pojęcie spokoju. Należało mieć się tutaj cały czas na baczności, pilnując nie tylko swojej miny, słów czy gestów, ale może przede wszystkim myśli.
Najważniejsze były teraz czas i pełne skupienie. Załatwienie tego, co już od dawna było jego misją i szybkie wmieszanie się w tłum, by przetrwać resztę wieczoru, pełnego wymiany powierzchownych opinii, sztucznych uśmiechów czy dwuznacznych uścisków dłoni.
James zatrzymał się w końcu przed jednymi z drzwi, starając się uspokoić oddech. Gdyby tylko udało mu się to, co zamierzał, byliby wolni. Mogliby skończyć raz na zawsze tę szaradę i życie w ciągłym napięciu. Gdyby tylko udało mu się to dostarczyć jeszcze dziś w ręce Dumbledore'a...
Ale musi się skupić.
Później będzie myślał o tym, jak na nowo ułożyć swoje życie.
Zgasił światło różdżki i wychylił ostrożnie dłoń spod peleryny, by nacisnąć na klamkę. Spodziewał się zamkniętych drzwi i był już przygotowany, by złamać jakikolwiek urok, który blokowałby mu wejście, ale wszystko okazało się dużo łatwiejsze, niż zakładali. Zignorował cichy głos, mówiący, że może to było zbyt łatwe i zamiast tego wszedł do zasnutego czernią pomieszczenia, nadal nie zdejmując z głowy peleryny niewidki.
Gdy jego oczy mogły już przywyknąć do mroku, wyłowił z niego cienie mebli. Wszystko było dokładnie tak, jak w opisie: przy ścianie stała wielka komoda, ale centralną część pokoju zajmowało ogromne, drewniane biurko, będące najpewniej bardzo cennym antykiem.
James podszedł do biurka, po raz pierwszy pozwalając sobie, by zsunąć pelerynę z głowy. Jeśli to, co usłyszał było całą prawdą, to musiał otworzyć trzecią szufladę i dostać się do jej drugiego dna. Znów przygotowywał się na łamanie skomplikowanych uroków, ale tak jak i drzwi - szuflada też była otwarta. Coś tu nie grało, ale James był już za daleko, by móc się teraz wycofać. Nie po tym wszystkim, co przeszli. Nie po tym wszystkim, co musieli zrobić. Nie po tym wszystkim, co widzieli.
Wysunął delikatnie szufladę, stawiając ją na blacie biurka. W środku była sterta papierów, przez które szybko przebiegł wzrokiem - jakieś finansowe bzdury, pewnie będące rezultatem kreatywnej księgowości ludzi Malfoyów. Jeśli komukolwiek się wydawało, że posiadanie fortuny oznaczało, że kiedykolwiek można było osiągnąć ten moment, gdy nie chciało się mięć więcej, to stanowczo się mylił. James z czułością pomyślał o swoim ojcu, który był tutaj jak zwykle chlubnym wyjątkiem, ale szybko przywołał się do porządku. Nie było na to czasu.
James wyjął z kieszeni scyzoryk i podważył wieko szuflady, które odeszło bez problemu, ujawniając pod spodem wąską przestrzeń, w której można było coś schować. Zupełnie tak, jak we wskazówkach. Przynajmniej narazie musiał przyznać, że go nie doceniał, ale nie zamierzał tego powiedzieć na głos, zanim nie opuści dworu z tym, po co przyszedł...
— Kurwa mać! — zaklął, gdy jego oczom ujawniła się pustka.
Czyli jednak! Ta gnida, ten skurwysyn... Nie mylił się co do niego ani przez chwilę! No... może przez krótką chwilę dał się podejść, ale powinien był wiedzieć lepiej, że oni nigdy się nie zmieniają.
Musiał teraz szybko wydostać się z pokoju i wrócić na przyjęcie, by odnaleźć...
— Tego szukasz, kochasiu?
James wyprostował się na dźwięk aż do bólu znajomego, przesłodzonego głosu, który nigdy nie przestał przyprawiać go o gęsią skórkę. Odwrócił się powoli, by zobaczyć stojącą w kącie pokoju Bellatriks Lestrange. Patrzyła na niego z tym swoim dzikim uśmiechem na niewątpliwie pięknej twarzy, a w ręku trzymała małą, czarną książeczkę.
— Bella — odparł James, zaciskając dłoń na różdżce. — Myślałem, że towarzyszysz siostrze w jej wielkim dniu.
Bellatriks uśmiechnęła się, zaczynając powoli zbliżać się w jego stronę, jak drapieżnik szykujący się do skoku.
— Postanowiłam na chwilę odetchnąć od gwaru. Pewnie mnie doskonale rozumiesz, bo widzę, że robisz dokładnie to samo... — Wyjęła z kieszeni swoją czarną, nieco zakrzywioną różdżkę, bawiąc się nią i obracając między palcami. — Chociaż muszę przyznać, że wybrałeś sobie na to nietypowe miejsce...
James nie odpowiedział, śledząc każdy jej ruch. Miał wyjątkowo ograniczone opcje, ale już wiedział, że nie obędzie się bez walki. Najważniejsze, to by udało im się teraz opuścić dwór, zanim więcej osób zorientuje się w tym, co się dziele. Nie pomagał mu fakt, że otaczały go same czystokrwiste rodziny, mniej lub bardziej popierające Czarnego Pana. Bellatriks była niesamowicie niebezpiecznym i nieprzewidywalnym przeciwnikiem, ale zdążył już poznać jej słabości: była zbyt porywcza i nieco zbyt ostentacyjna. Może udałoby mu się ją rozbroić i...
— Wiesz, nigdy ani przez chwilę nie wątpiłam w to, gdzie tak naprawdę leży twoja lojalność, Potter — powiedziała. — Udało ci się zwieść innych, ale nie mnie... Zdrajca zawsze pozostanie zdrajcą.
Uniosła różdżkę, celując teraz prosto w niego.
— Widzę, że nie ominęło cię rodzinne szaleństwo — zakpił James. — Podobno płynie w waszej krwi, omijając tylko niektórych...
Bellatriks wyglądała na znudzoną. Zacmokała, przewracając oczami.
— To koniec, kochasiu — odparła słodkim głosem. — Opuść różdżkę, zanim zrobisz sobie kuku.
James prychnął, przekornie unosząc swoją różdżkę w górę i mierząc w nią bez zawahania.
— Nie sądzę...
— No, to nie pozostawiasz mi wyboru... — Zrobiła przesadnie smutną minę, po czym gwizdnęła głośno.
James usłyszał kroki i już po chwili z ciemności korytarza wyłoniły się dwie postacie.
— Może teraz mnie posłuchasz, kochasiu? — dodała jadowicie. — A jeśli nie... będzie mi bardzo przykro pożegnać się z tą twoją szlamą, bo zdążyłyśmy się już zaprzyjaźnić, prawda, Sophie?
James opuścił różdżkę, dysząc ciężko i wpatrując się w bezradnym milczeniu w Mulcibera, obejmującego jedną ręką Lily w pasie, a drugą przykładając jej różdżkę do gardła.
— James... — syknęła Lily. — Pamiętaj, po co tu jesteśmy...
— Naprawdę będzie mi jej szkoda — powiedziała Bellatriks, z sadystycznym uśmiechem odgarniając jej blond włosy za ucho. — Zawsze podziwiałam tę twoją... iskrę... Zazwyczaj kobiety z naszego towarzystwa mają jej tyle, co rybki w akwarium. No ale... twój status wiele wyjaśnia — Zerknęła na Mulcibera, który zacieśnił uścisk. — To jak będzie? Odłożysz różdżkę, czy będziesz udawać, że masz jakąś szansę?
— James... — jęknęła Lily, starając się przyciągnąć jego uwagę. — Proszę!
James zacisnął palce na różdżce, patrząc jej głęboko w oczy.
