SHIP: PrusPol
Wracał właściciel platynowej czupryny z raju miłośników upojenia alkoholowego. Niosąc butelki w dziurawej jak skarpetki Janusza torebce, wspominał czasy swej dawnej świetności. Sama myśl o charakterystycznym dźwięku bitego powietrza przez ciężki, biały płaszcz, albo blask szpikulca dumne ozdobionego pióropuszem z końskiego włosia na czarnej pikielhaubie, przyprawiała go o ciarki. Co się teraz z nim stało? Idzie ul. Brzozową, sprawdzając wpierw wilgotność kocich łbów, aby nie zażyć rannej kąpieli w Wiśle. Taszczy pakunki, które jeszcze 100 lat w USA byłyby zakazane. Martwi się o to, w jakim nastroju zastanie swoją gospodynię (dobry = jedzonko, zły = brak jedzonka), a wszystko to przez jedną noc …
- Och Feliks! – zawołał na całe gardło, obserwując wystraszonych przechodniów. – Dziś życie me przegrane jest, przegrane jest przez jedną noc… - nucił spacerując przez Stare Miasto.
Właśnie miał skręcić w lewo kierując się w stronę kamienicy, gdy nagle, jak z podziemi pojawiła mu się przed oczami piękna kobieta o długich, kruczoczarnych lokach. Zmysłowo kołysała kolorową spódnicą, tak że przy lekko mocniejszym podmuchu wiatru falbanki odsłaniały cienkie rajtuzy zasłaniające smukłe nogi. Szła powoli, cały czas patrząc się desperacie zielonymi oczami. Ich blask zlewał się z intensywnymi neonami sklepu, przed którym stała. Zahipnotyzowany urodą południowej piękności o oliwkowej cerze nie był wstanie dokładnie rozczytać napisu na szyldzie. Podnosząca się mgła po porannym deszczu skutecznie to uniemożliwiała. Tymczasem kobieta mówiła coś do niego, z czego był wstanie zrozumieć tylko te słowa:
„-Chcesz zrozumieć przeszłość? Pokonać teraźniejszość? Poznać przyszłość? Wstąp dziś do madame Esmeraldy, a uzyskasz odpowiedź na wszystkie pytania!"
Dalej będąc pod wpływem osobliwego czaru niezwykłej postaci, zamiast odpowiedzieć, pokiwał tylko głową na znak, że się zgadza i z wrażenia upuścił na ziemię siatki.
Kobieta zaprowadziła Gilberta do tajemniczego sklepu. Nie przypominał on Żabki, czy innego popularnego miejsca kultu(-ry). Ściany obklejone tapetą w mgławice i galaktyki oraz błękitne światło barokowych żyrandoli nadawały miejscu klimatu zarazem mistycznego i spokojnego. Radio z włączoną muzyką starożytnych Chin przyprawiały gościa o senność. Okna były zasłonięte czerwonymi, teatralnymi kotarami wykonanymi z grubej i sztywnej tkaniny. Regały mieściły na sobie wszystkie rodzaje świeczek zapachowych, kadzideł, olejków o leczniczych właściwościach, a przede wszystkim luster. Spodziewaliście się kryształowej kuli? Na każdej półce przy ścianie o długości 10 metrów było przynajmniej jedno lustro. Na końcu osobliwego pomieszczenia znajdowało się czarne biurko z podobnymi przedmiotami, które były eksponowane na regałach.
Przechadzając się po niezwykłym sklepie Gilbert poczuł na swoim ramieniu czyjąś opiekuńczą dłoń. Odwrócił się, ale nic nie powiedział. Kobieta minęła Niemca odurzając go wonią perfum, będących mieszanką wszystkich orientalnych cudów zapachoterapii. Ich intensywność przeszyła każdą komórkę jego zdezorientowanego ciała. Rozejrzał się jeszcze chwilę po sklepie, gdyż nie mógł zrozumieć w pełni dokładnego celu po co miałby tu wejść. Kobieta widząc niepewność malującą się na bladej twarzy klienta postanowiła przerwać niemiłą ciszę:
- Witaj. Jestem madame Esmeralda – zaczęła barwnym głosem.
- G-g-guten … t-tag – odpowiedział Gilbert.
- Gilbercie, czego pragniesz? – zapytała się.
Już sama znajomość imienia budziła w nim dziwne uczucia.
„Skoro zna moje imię, choć jej nie powiedziałem, być może …"
- Jestem prawdziwą wróżką – potwierdziła mu Esmeralda.
Jego zmysły pod natężeniem bodźców wzrokowych, słuchowych i węchowych skutecznie uniemożliwiały dalsze rozumowanie, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi utrzymanie tajemnicy o swoim pochodzeniu. Mógł jednak zapytać się jej o wszystko, WSZYSTKO! Co prawda, nigdy nie wierzył w możliwość przepowiadania przyszłości. To nędzna błazenada dla romantyków. Miał jedno bardzo ważne pytanie, które chciałby jej zadać.
- Ile?
- 50 zł.
Nie zastanawiał się tylko podbiegł jak młody źrebak do ciemnego blatu, zza którego lustrowała go piękna cyganka.
- Jak Pani wróży?
Chciał najpierw rozeznać się w sytuacji.
- Mój kochany Gilbercie… . Potrafię wróżyć ze wszystkiego… - mówiła spokojnie. – Z twoich rubinowych oczu, białych włosów, uśmiechu, smutku, łez, krwi, również z gwiazd… .
- Chodzi mi o gwiazdy…, a dokładniej o Słońce, w końcu to też jest gwiazda … - przerwał pośpiesznie. – Zawsze, kiedy podejmuję jakąś ważną decyzję, coś się dzieje na niebie. Ciężko mi to wyjaśnić… .
- Nie musisz kochany… .
- Najgorsze jest to, że owe decyzje, nie dość, że są bardzo często błędne, to jeszcze zostają mi na całe życie, jak wrzód na …
Powstrzymał się przed przeklinaniem, które niestety weszło mu w krew, ze względu na przebywanie w specyficznym towarzystwie. Kobieta nic nie mówiła, tylko się uśmiechnęła i pozwoliła kontynuować młodemu „człowiekowi".
- Wiem, że nie mogę ich cofnąć, ale chciałbym wiedzieć, jak zapobiec złej passie.
Esmeralda wstała i wzięła kilka świec z pobliskich półek. Jedna paliła się intensywnie czerwonym płomieniem, a druga fiołkowo – granatowym. Postawiła je przed klientem.
- Wybierz świecę – zakomenderowała odmiennym głosem.
„Czerwona, czy niebieska… czyżbym miał déjà vu?"
- Czerwona… - odpowiedział lekko zmieszany.
Cyganka zgasiła niebieską świecę pozostawiając na blacie tylko czerwoną. Jej blask kontrastował z barwami otoczenia. Esmeralda zgasiła stary żyrandol, przez co wnętrze pomieszczenia wypełniło się krwawą łuną. Muzyka przyspieszyła tempo i z cichej, uspokajającej zmieniła się w dramatyczną symfonię Beethovena. Kilka kadzideł samoistnie zapaliło się, przesycając sklep drapiącym w gardle dymem. Chwile pożądania i fascynacji przerodziły się w scenę horroru, coraz bardziej oddalając świadomość Gilberta od rzeczywistości. Nie był już w stanie określić co się dzieje. Ciało przestawało współgrać z rozkazami mózgu. Synapsy przerwały się, przez natężenie silnych bodźców. Jeszcze próbował stać, jeszcze próbował myśleć. Na próżno! Delikatny i zarazem władczy głos zapraszał go za kotarę, która oddzielała tył pomieszczenia od sześciennej sali. Kilka par oczu patrzyło się bladego mężczyznę.
Narkotyczny pył kadzideł przelał się również do zagadkowego pokoju. Sufit usiany setką zawieszonych na sznurkach gwiazd, i lustrzana podłoga sprawiały wrażenie bezdennej otchłani, która pozbawiała człowieka nadziei na powrót do świata żywych. Głosy stawały się coraz głośniejsze, ale wciąż niewyraźne. Tajemnicze postacie powoli zaczęły otaczać Gilberta, jak wygłodniałe hieny otaczają swoją ofiarę, która już jest martwa…
Obudził się przed pomnikiem Mikołaja Kopernika. Zwykle na Krakowskim Przedmieściu tłumy turystów zaczynają perfekcyjnie uprzykrzać życie mieszkańcom po południu, kiedy skończą zwiedzanie Starego Miasta i Zamku Królewskiego. Pech chciał, że Słońce ożywiając miasto skazuje tym samym większość słoików na dodatkowe kiszenie się w blokach. Tylko nieliczni odważyli się wziąć byka za rogi i cieszyć się majową pogodą wraz z innymi przedstawicielami homo sapiens.
Rodziny z dziećmi są najlepszym tego przykładem. Latorośl nie odrastająca od ziemi stara się perfekcyjnie naśladować swoich podopiecznych we wszystkim, a jak doskonale wiemy, nie grzeszą oni rozumem. Świerzaki ruszają na łowy. Ich cel jest blady i nietrzeźwy umysłowo. Idealny osobnik do dręczenia. Kiedy podeszły do młodego mężczyzny zapytały się:
- Przepraszamy Pana, czy lubi pan psy? – zapytał się szczerbaty blondynek. Jego brat z ciemniejszymi lokami chichotał. Wyglądali jak dwa świetliste demonki.
- Czy lubię psy? – powtórzył dziwnym głosem. – O tak… bardzo lubię psy. Bogactwo, sława i status społeczny niewiele dla nich znaczą. Bardziej koncentrują się na swoich bliskich i przyjaciołach. Zrobią wszystko, aby wesprzeć ich w kłopotach. To wspaniała cecha i niewiele innych znaków chińskiego zodiaku może się nią poszczycić – kontynuował zaskakującą orację.
Wystraszeni chłopcy uciekli do swoich rodziców, którzy popijali jasne piwo przy pobliskim stoliku. Opiekunowie najpierw skarcili swoje pociechy a potem zamówili obiad dla całej kompanii. Ciesząc się ładną pogodą nie zwracali uwagi na zbieraninę, tworzącą się wokół ekscentrycznego mistyka. Srebrnowłosy wspiął się na pomnik astronoma wygłaszając przemówienie:
- Ja … miałem widzenie, w którym to sam wielki Curaqui objawił mi się… pod postacią fioletowego psa. I on wziął lampę swą, i stworzył ogień niebieski, który był dobry… - tak rozpoczął niestworzoną opowieść.
Wariatów na świecie nie brakuje. Jednak, gdy ich populacja zaczyna przekraczać dopuszczalne normy staje się zagrożeniem dla innych gatunków. W tym celu bezwzględna eksterminacja jest jak najbardziej wskazana. Aby nie dopuścić do plewienia się chwastów w ogródku, dwóch policjantów zabrało gwiazdnicę na komisariat. Po sprawdzeniu poziomu trzeźwości i negatywnym wynikom testów zawieźli wyżej wymienionego wariata do jego miejsca zamieszkania.
W czajniku gotowała się woda na trzecią herbatę. Lodówka świeciła pustkami a kraciaste firanki zasłaniały leżące na parapecie puste słoiki po kiszonkach. Feliks jeszcze krzątał się w kuchni i próbował sobie coś przyszykować. Od trzech godzin czekał na dostawę piwa i wódki. Zmęczony położył się na sofie i przykrył się różowym fartuszkiem.
- Ku***! Ile można czekać! – wrzasnął.
Chciał już dzwonić, gdy nagle usłyszał dzwonek do drzwi. Poprawił włosy, założył fartuszek i kapcie. Otworzył, lecz nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- GILBERT!?
- Cześć Feliks… - wyszeptał cicho.
- Dzień dobry, czy pan nazywa się Feliks Łukasiewicz? – zapytał się stanowczym głosem policjant. Feliks pokiwał tylko głową. – Pański współlokator zachowywał się bardzo nieprzyzwoicie koło Pałacu Staszica. Wszedł na pomnik Kopernika i wydawał się być pod wpływem środków odurzających, dlatego zawieźliśmy go na posterunek.
„Co tu robiłeś na drugim końcu Krakowskiego Przedmieścia?!" – pytał się w duchu.
- Po uzyskaniu negatywnych testów – kontynuował. – Postanowiliśmy pana Gilberta Beilschmidta odesłać do domu.
- Dziękuję panom – wycedził wściekle przez usta Feliks. – Ja już się nim zajmę … - rzekł z powagą i szarpnął kolegę za rękaw, zamykając drugą ręką drzwi
Policjanci zaskoczeni takim zachowaniem postanowili zostać kilka minut na korytarzu przed mieszkaniem, aby zapobiec ewentualnej bójce. Po kilku minutach zdecydowali się opuścić kamienicę.
- Gdzieś ty się ku*** szlajał?! – krzyczał Feliks na wpółprzytomnego Gilberta. Kiedy ten mu nie odpowiadał, rzucił go na sofę, złapał za ramiona i zaczął nim gwałtownie potrząsać.
- Słyszysz darmozjadzie co do ciebie mówię?!
- Słyszę… wszystko… bardzo… wyraźnie… .
- Więc może łaskawie wytłumaczysz mi co robiłeś na głowie mojego ulubionego astronoma?! Zresztą, mniejsza o te dziwaczne wybryki… . Masz w tym domu tylko jedno zadanie. Od czasu do czasu wyjść grzecznie bez żadnych wymówek do sklepu i zrobić zakupy. I nawet tego nie potrafisz zrobić?! Co było tak szalenie ważne, że ich nie zrobiłeś? Zrobiłeś? – zapytał się, lecz nie przestawał krzyczeć nawet, gdy Gilbert przytaknął ruchem głowy. – Więc gdzie jest reszta?! – darł się przetrząsając kieszenie Prusaka. – Nie ma?! No jasne… . Nie przechlał to pewne… . W porównaniu do moich rodaków jesteś abstynentem – dodał. – Totalnie fantastycznie! Nie dość, że inflacja przekracza barierę dźwięku i tylko Kubica chyba może nią pokierować aby gospodarka całkowicie nie wyjechała za tory, to ten gubi ostatnie pieniądze! Totalnie fantastycznie! – powtórzył wściekle.
Gilbert patrzył na swoją gosposie jak na przybysza z odległej planety. Wydawał się słyszeć co drugie, a rozumieć co dziesiąte słowo.
- Na co się gapisz? – zawarczał wściekle Feliks, widząc wpatrującego się przyjaciela nieprzytomnie w widok za oknem. – Hej, co ci jest? Zbladłeś bardzo… aż za bardzo… - dorzucił czule i pogładził drżącą srebrzystą czuprynę.
- Znowu… to… samo… - jąkał się nie przestając patrzeć na niebo.
- Co takiego?
- Słońce… zbliża się… nie mogę patrzeć… .
- Że nie możesz to wiem, w twoim przypadku jest to nawet niewskazane – zauważył Feliks.
- Płonie… wszystko rozmyte… światło błękitne… zaraz mnie zabije… ! – krzyknął niemal zrozpaczony Gilbert zasłaniając sobie na koniec oczy.
Zdziwiony Łukasiewicz wstał i przysłonił okno dzierganą firanką, która rzucała na podłogę charakterystyczne wzorzyste cienie. Popatrzył na wkurzającego lokatora. W rzeczywistości nie miał mu za złe tego, że zgubił kilka dych. Martwił się po prostu. Rankiem ustalili, że wróci przed godziną dziesiątą, tymczasem dochodziła prawie czternasta.
Beilschmidt siedział skulony na sofie oraz płakał cicho. Widok ten chwycił za serce Feliksa. Przysiadł obok niego i mocno przytulił darmozjada. Kiedy się uspokoił postanowił Łukasiewicz dalej prowadzić przesłuchanie. Zapewne zadałby mu wiele pytań, lecz w tej chwili zainteresowało go coś innego.
- Od kiedy nosisz soczewki? – zapytał się zdziwiony.
- Co? – jęknął niezrozumiale.
- Masz zmienione oczy, a dokładniej rozjaśnione źrenice, czekaj – przerwał i podszedł do okna przysłaniając je dodatkowo zieloną zasłoną. W tej chwili źrenice przyjaciela wróciły do normalnej barwy. – Musimy natychmiast jechać z tobą do okulisty.
- Po co?
- Po jajco! – krzyknął wkurzony i zaniepokojony.
Brak makro – i mikroelementów wpływa bardzo niekorzystnie na homeostazę organizmu. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę znaczeni alkoholu we krwi Słowian.
Siedział półtorej godziny w ciasnej poczekalni. Znał już na pamięć wszystkie wady i choroby oczu, ich przyczyny oraz domowe metody wspomagające leczenie łącznie ze specjalistycznymi preparatami, dzięki plakatom wiszących na białej ścianie. Krzesła były wykonane z szarego plastiku, który dziwnie uwierał w tyłek, może to wina chropowatej faktury… . Dlaczego wszystkie krzesła w poczekalniach są takie niewygodne! Oczywiście na końcu korytarza leżała skórzana kanapa zajęta przez emeryckie bractwo. Wszystko to coraz bardziej denerwowało Łukasiewicza, który nie mógł się doczekać wyników badania przyjaciela. Miał jednak szczęście, że udało się załatwić prywatną wizytę w trybie ekspresowym, gdyż w przeciwnym wypadku wizyta przez NFZ zostałaby zapisana na kolejne stulecie.
Po upływie jeszcze 15 minut z gabinetu wyszli Gilbert razem z uroczą okulistką. Kobieta wyjaśniła, że Prusak ma zaćmę w początkowej fazie i czekać go powinna wkrótce operacja. Zaskoczyło ją „chwilowe cofnięcie choroby" np. w zupełnej ciemności. Zaleciła unikanie stresu oraz eksponowania oczu pacjenta na intensywne światło do daty przewidzianego zabiegu.
Kiedy pani doktor wszystko pięknie wyjaśniła, przyszedł czas na piękne rozliczenie się. Wrócili już do Warszawy późnym wieczorem. Zmęczony Łukasiewicz aby pozbyć się resztek emocji wytykał Prusakowi arcykomiczny pomysł wstąpienia do wróżki
- Czary! Aura słoneczna! Sekta wiedźm! - śmiał się do rozpuku za kierownicą.
- Z czego się śmiejesz? – powiedział żałośnie. – Zamiast mi współczuć, drwisz tylko z mojego nieszczęścia.
-Już tam z nieszczęścia… . Operacja potrwa zaledwie 15 minut. Do tego czasu będę musiał cię zamknąć w mieszkaniu, zablokować kartę SIM i dać szlaban na zamawianie różnych głupot z Internetu. Słyszałeś zalecenia pani doktor?
Weszli do kamienicy. Stare schody, które nie pamiętały ostatniego mycia, były prawdziwym wyzwaniem kaskaderskim. Półmetrowe stopnie skutecznie uniemożliwiały dotarcie do celu pijakom, zwłaszcza przy niesprawnym oświetleniu. Feliks kilka razy naciskał włącznik, lecz lampy pozostawały nieugięte. Z drugiej strony ciemność jest wskazana dla Gilberta, więc blondyn postanowił wziąć się w garść i iść na przód. Musiał. Mieszkali na trzecim piętrze. Po kilku godzinach jazdy za kółkiem na pusty żołądek odczuwał duże zmęczenie. Już chciał wyciągać klucze z kieszeni, kiedy potknął się prostokątny przedmiot. Okazało się, że była to całkiem sporych rozmiarów, lecz bardzo cienka paczka. Wyjął telefon i włączył latarkę aby sprawdzić odbiorcę.
- Gilbert! – krzyknął do wleczącego się z tyłu Beilschmidta.
- Was?
- Właśnie o tym niedawno mówiłem – wskazał na karton. – Co to jest.
- Ich weiß nicht – odpowiedział cicho.
- Pewnie kupiłeś, gdy byłeś u tej Esmeraldy – rzekł Łukasiewicz drwiąco. – Zanieś do mieszkania odpakujemy jutro.
Otworzył drzwi i nie zapalając światła ruszył prosto do sypialni.
Zdziwiony Gilbert stał w salonie i przez kilka minut macał dziwną paczkę. „Kiedy ja mogłem ją kupić?" – zastanawiał się. Rozerwał szary papier i jego oczom ukazało się prostokątne lustro o wymiarach prawie 68 cali. Barokowa ramka pokryta złotą farbką wraz ze szklanymi kryształami we wgłębieniach ornamentów dodawały przedmiotowi tajemniczego wyglądu.
Leń postanowił nie roztrącać dalej tematu i iść za przykładem swojego gospodarza. Udał się najpierw do kuchni. Może zostało choć jedno piwo z wczoraj… .
Edit
Co tu dużo rzec… . Zabawa ze słowem: stylizacją, narracją i fascynacją medycyny. Nawet mierny wierszokleta powinien mieć jako takie rozeznanie w kwestiach zdrowotnych.
Trzymajcie się!
SŁOWNICZEK:
- „Och Feliks…" – fragment cytowanej piosenki „Och Ziuta" z 1985 w wykonaniu Ireneusza Dudka.
- Guten Tag – niem. „dzień dobry".
- Curaqui – losowo wpisane na klawiaturze litery :).
- Was? – niem. „co?"
- Ich weiß nicht – niem. „nie wiem"
