1. 2200 Prolog

Athena zamknęła oczy po kolejnym wrzasku.

Nie, nie mogła tego nazwać słodkim kwileniem niemowlęcia. To był wrzask – alarmujący, przeraźliwy, prawie nienaturalny.

Laura usiłowała uspokoić dziecko w swoich ramionach, ale ani kołysanie, ciche nucenie, ani nawet jej ciepły uśmiech nie były w stanie uciszyć kilkumiesięcznej Minerwy.

- Dziwne, to zazwyczaj tak spokojne dziecko. – odezwała się babka Luiza, rozlewając ciepłą herbatę do filiżanek.

Athena wiedziała, że babka nie pochwaliłaby nieoczekiwanego zaklęcia ciszy, jakim miała ochotę poczęstować małą kuzynkę. Babcia Luiza mogła wyglądać jak dobroduszna wróżka, ze swoim spokojnym uśmiechem i łagodnymi, szarymi oczami, ale w aksamitnych rękawiczkach skrywała stalowe pięści, gotowe kruszyć i topić metal bez uciekania się do skomplikowanych zaklęć.

- Ma głos jak dzwon. – wtrąciła uprzejmie Athena, sięgając po filiżankę.

- Dzwon… tak! Spiż! – Luiza prędko odłożyła swoją herbatę na stolik i wybiegła z salonu okazałej rezydencji.

Athena spojrzała zdezorientowana na Laurę.

- Właśnie podsunęłaś jej pomysł na to, jaki stop może jeszcze wykorzystać w produkcji. Swoją drogą, spiżowe różdżki powinny być idealne do zaklęć muzycznych. – wyjaśniła Laura, podnosząc głos by przebić się przez wrzaski małej Minerwy.

- Pewnie będą mieć jednak więcej wad w codziennym użytkowaniu niż różdżki z brązu. – w drzwiach stanął Albarion, uśmiechając się lekko. Ten uśmiech uwydatniał ujmujący dołeczek na jego gładkim podbródku – podczas gdy oczy tego mężczyzny mieniły się na przemian zielenią i błękitem.

- Witaj, wuju. – Athena szybko podeszła do wysokiego maga i cmoknęła go w policzek. Nazywanie go wujem, a Laury ciotką było ich swego rodzaju żartem – po pierwsze ze względu na skomplikowany stopień pokrewieństwa – Laura była siostrą ojca Atheny, a Albarion był bratem matki Atheny, do tego byli małżeństwem. Po drugie, Athena traktowała ich bardziej jak rodziców – to w ich domu się wychowała, to oni wzięli ją do siebie, oni jej nie odrzucili.

- Cieszę się, że wróciłaś z Indii. Brakowało nam ciebie tutaj. – powiedział Albarion, jego błękitno-zielone oczy zamigotały.

- Po tym jak zniszczyłam prawie całe wyposażenie klasy ciotki Jasmine, uznałam, że nauczanie chyba nie jest dla mnie. Tym bardziej, że dzieci są tam jeszcze mniej utalentowane magicznie niż tutaj. – odpowiedziała Athena.

- Starczy pedagogów w tej rodzinie. – Albarion przesunął dłonią po ciemnych włosach, siadając w swoim ulubionym fotelu.

- Twój pokój jest oczywiście gotowy, nie ma mowy, byś szukała mieszkania. – dodała Laura, a potem zwróciła się do córeczki:

- No już, Minnie, nie płacz tak, bo ciocia Athena cię nie polubi i kto mi wtedy pomoże nad tobą zapanować?

Athena zmusiła się do uśmiechu.

Przecież tego cię spodziewała, ba, nawet w głębi serca oczekiwała tego.

Miała dwadzieścia dwa lata, od ukończenia Hogwartu nie znalazła żadnej porządnej pracy, wracała po, nie ma co ukrywać, porażce w Indiach i dziękowała wszystkim bóstwom, że Laura i Albarion oraz dziadkowie kochają ją na tyle mocno, by z powrotem przygarnąć.

Naturalne było, że powinna spróbować się odwdzięczyć – choćby pomocą przy opiece nad malutką córeczką Laury i Albariona.

Tylko było w tym dziecku coś, co Athenę bardzo niepokoiło. Nie umiała tego nazwać. Może jakiś drobny cień na obrzeżach szmaragdowych tęczówek dziewczynki, może falowanie jej potężnej aury albo inteligencja w spojrzeniu – niezwykłość była już tradycją w tej rodzinie, ale Minerwa Eirene Dumbledore była tak inna, że zupełnie unikatowa.

- Potrzymałbyś ją na chwilę, kochanie? – Laura podeszła do męża i podała mu płaczące dziecko.

Athena przyjrzała się bliżej swojej przybranej matce – nie można było powiedzieć, by postarzała się przez ten rok, ale na pewno schudła, a jej cera była tak blada, jak u ducha. Zawsze drobna, Laura Potter-Dumbledore teraz wyglądała, jakby ktoś ją głodził.

- To normalne, moja kochana. Twoja matka też długo nie mogła dojść do siebie po twoich narodzinach. – Laura natychmiast rozpoznała niepokój na twarzy Atheny, ale tylko Albarion zauważył, jak dziewczyna zesztywniała, na wspomnienie swojej biologicznej matki.

- Zatem w Indiach też mają problemy z talentem? – prędko zmienił temat.

- Ciotka Jasmine przewiduje przyjęcie w przyszłym roku tylko setkę pierwszorocznych, co jest znikomym ułamkiem całej populacji na podlegającym Nizambium terenie. W zeszłym roku przyjęli ponad dwieście dzieci, ale tylko jedna piąta jest w stanie posługiwać się drewnianą różdżką. – relacjonowała Athena.

- Wymrzemy, jeśli ta tendencja się utrzyma. – mruknął Albarion, spoglądając na płaczącą Minerwę z troską.

- Kampania na rzecz powrotu do źródeł nic nie dała? – zapytała Athena, ale zarówno Laura, jak i Albarion pokręcili głowami.

- Obróciła się raczej przeciwko nam. Czarodzieje zrobili się leniwi, a posługiwanie się metalowymi różdżkami wymaga mniej energii. Za bardzo przyzwyczaili się do wygody i komfortu, by z tego tak po prostu zrezygnować, ale hasło powrót do źródeł jest o tyle niefortunne, że może sugerować poparcie dla odrzucenia różdżek na rzecz niekontrolowanej magii. – wyjaśnił Albarion.

Zanim Athena odpowiedziała, usłyszała podniesione głosy w hallu:

- Mówiłam, że trzeba rozbudować tutejszą pracownię, nie musiałabym jechać do Londynu by przetestować użycie spiżu w modelu Musicana! – mówiła głośno Luiza.

- Obiecałem pradziadkowi, że nie zamienię rodzinnego gniazda w wielką fabrykę różdżek, poza tym nie wiem, czy jest sens wciąż wynajdywać nowe modele, skoro sprzedaż wyraźnie spada. – odpowiedział jej zmęczony, męski głos.

Athena podniosła się, by powitać swojego dziadka, Albiona.

Starsza kopia Albariona, może z o odcień ciemniejszym kolorem skóry, dziadek Albion szybko rozpromienił się na widok swojej najstarszej wnuczki.

- Wróciłaś! Wiedziałem, że te Indie nie są dla ciebie. – Athena pozwoliła sobie zatonąć w jego niedźwiedzim uścisku.

- To nie było zbyt motywujące. – mruknęła Luiza, wciąż zła na męża.

- Athena właśnie opowiadała, że także w Indiach jest coraz mniej dzieci z talentem. – wtrąciła Laura.

- Nie chcieli cię badać? – spytał z zainteresowaniem Albion, który po przywitaniu z wnuczką usiadł obok syna.

- Dostarczyłam im swój komplet badań ze św. Munga, wystarczy. – Athena przewróciła oczami.

- Czemu to dziecko ciągle płacze? – Albion skrzywił się najpierw, ale trudno było mu powstrzymać uśmiech, gdy odwrócił się do młodszej, malutkiej wnuczki.

- Chyba nie przepada za mną. – Athena wzruszyła ramionami z rezygnacją.

- Nonsens. Pewnie jest znowu głodna. – rzekła Luiza, sięgając po jedno ciasteczko ze stolika.

- Przed chwilą jadła, może jest chora? – zapytała z niepokojem Laura.

- W bibliotece powinna być książka z przepisami eliksirów na wszystkie choroby, chyba był tam rozdział poświęcony niemowlętom. – poradził Albion.

- Pójdę poszukać. – Laura wybiegła, zanim Athena zdążyła zaofiarować swoją pomoc.

- Jak sobie radzicie? – zapytała cicho dziewczyna, patrząc na Albariona. Jej wuj westchnął.

- Jest trudniej niż z tobą. Może Min jest bardziej stabilna, niż ty, kiedy z nami zamieszkałaś, ale jest silniejsza. – odpowiedział szczerze.

- Oczywiście że tak. Ty jesteś silniejszy od Charlusa, a Laura jest silniejsza od Minaury. I nie szalona. – rzuciła gorzko Luiza.

Brzdęk. Tylko Luiza się wzdrygnęła, gdy wszystkie filiżanki na stole pękły na dwoje, zostawiając herbaciane ślady na jasnym obrusie.

- To nie ty, prawda Atheno? To Minnie. – stwierdził dziadek Albion.

- Jest potężna. Nie wiem czy to rozsądne, bym teraz tu mieszkała… - Athena wiedziała, że Albarion i Albion zrozumieją. Że to co oni wyczuwali jako nieśmiałe brzęczenie aury małej Minerwy, ona odczuwała jako nieustanną kanonadę dźwięków, jakby stała tuż pod organami podczas katedralnego koncertu.

- Przyzwyczaisz się. – rzekła twardo Luiza, machnięciami różdżki naprawiając filiżanki i sprzątając bałagan ze stolika.

- AAAAAA! – Minerwa wydarła się tak głośno, że szyby w oszklonych kredensach zatrzeszczały złowrogo.

- Wyjdę… - Athena nie miała już sił, wstała i uciekła z pokoju, wybiegła z rezydencji, byle tylko dalej, byle nie musieć być blisko…

Było tylko jedno miejsce, do którego mogła się udać.

Dwa identyczne budynki, umieszczone na niewielkim pagórku, przypominające gotyckie kaplice, połączone przejściem z kolumienkami i ostrymi łukami. Athena zawsze gdy wchodziła do środka miała wrażenie, że przenosi się do innego świata. Nie wiedziała, czy chodziło o chłodne, może nieco zatęchłe powietrze, delikatne światło przedzierające się przez miniaturowe okienka, czy też może o niezmąconą niczym ciszę.

Najbardziej niesamowite dla niej było to, że nie czuła tu żadnych aur, żadnego żywego magicznego pulsowania, a jednak wcale nie miała wrażenia, że jest sama, samotna. Mogła usiąść przy zupełnie zimnym, prostym sarkofagu z zielonego marmuru i wylać swoje żale, opowiadać głośno swoje rozczarowania i wątpliwości. Podejrzewała, że pochowane tu osoby mogły jej jedynie współczuć – nie byłyby w stanie jej oceniać, bo czasy, w których żyły, były już zbyt inne.

THERESA MCGONAGALL – napis na nagrobku lśnił w świetle. Marmurowa płyta była już tak wypolerowana, że Athena prawie mogła się w niej przejrzeć. A przynajmniej oczyma wyobraźni widziała swoje słabe, sięgające ramion platynowe włosy, nieznacznie zadarty nos, nieco wysunięty podbródek i zupełnie nijakie oczy – raz niebieskie, raz zielone, najczęściej szare.

Wszyscy jej powtarzali, że wdała się w ojca. A ona usiłowała sobie wmawiać, że to na pewno lepiej.

Potrząsnęła głową. Nie powinna o tym rozmyślać, babrać się w przeszłości. Powinna myśleć o tym co będzie, o tym jak bezboleśnie na powrót zadomowić się w rezydencji, jak pokochać swoją malutką kuzynkę.

Wstała i ruszyła do bocznego wyjścia, które wychodziło na łącznik pomiędzy dwiema kaplicami. Zazwyczaj przechodziła tędy szybko, by uciec przed huczącym wiatrem do drugiej kaplicy, ale dziś musiała się zatrzymać przed perfekcyjnie wykonanym posągiem.

Rzeźba przedstawiała dwoje ludzi – czarodzieja i czarownicę. Oboje idealni, piękni, młodzi, promieniujący potęgą, miłością i szczęściem.

Athena nie była w stanie znaleźć w sobie podobieństwa do tej dwójki. Natychmiast jednak widziała ogromne podobieństwo widzianej dziś kuzynki do posągu czarownicy.

- Nie powinni byli dawać jej tak na imię. – powiedziała głośno, jakby oczekując, że wyrzeźbiona para przytaknie. Oni jednak milczeli, zatem wzruszyła ramionami i ruszyła do drugiej kaplicy.

Tutaj sarkofagi były wyraźnie nowsze i wykonane z niebieskiego marmuru. Athena pogładziła zimny kamień na jednej z płyt:

THERESA DUMBLEDORE-JUSUPOW

Pomyślała, że imiona mają moc. ,,Na jej obraz i podobieństwo." Tylko dlaczego ona sama musiała okazać się tak daleka od pierwowzoru, czemu była raczej nieudaną w każdym aspekcie kopią, dlaczego miała to okropne wrażenie, że zmarnowała siebie w ślepym dążeniu do spełnienia oczekiwań ogółu i że małą Minerwę Eirene Dumbledore czeka dokładnie taki sam los?

I wtedy to poczuła. Jakby ktoś oblał ją lodowatą wodą. Takie wrażenie zostawiała po sobie tylko śmierć.

Athena czym prędzej pobiegła do wyjścia z mauzoleum. Na zewnątrz nie wyczuła nic niepokojącego – wiatr wiał tak jak zawsze tutaj, smagając ją po twarzy, rozwiewając włosy i uderzając w szaty. Jednak młoda czarownica już dawno nauczyła się ufać swojej intuicji. Popędziła w stronę rezydencji.

Gdy wpadła do hallu, na moment zamarła, bo poraziła ją kanonada okrzyków. Musiały minąć dwie, trzy sekundy, by zrozumiała, że to porozwieszane na ścianach portrety drą się wniebogłosy. Athena zignorowała je i szybko skierowała się do biblioteki, skąd było przejście do salonu, w którym siedziała wcześniej z dziadkami oraz Albionem i Laurą.

Znieruchomiała, widząc leżącą na dywanie Laurę. Straszne podejrzenie ją dopadło, ale odpędziła je od siebie i uklękła przy kobiecie, która była dla niej mentorką, przyjaciółką i przybraną matką.

- Enervate. – wyszeptała Athena, przykładając dłoń do serca Laury. Ta otworzyła oczy w kolorze sosnowych igieł – jej źrenice były rozszerzone ze strachu.

Wtedy Athena usłyszała silny, kobiecy głos.

- Z drogi! Avada Kedavra!

Wpadła do salonu w momencie, w którym Luiza Dumbledore padała na ziemię, martwa. Kilka metrów dalej leżało ciało jej męża, Albiona – iskierki w jego oczach zamarłe na zawsze.

Athena widziała Albariona, z małą Minerwą w lewej ręce, z prawą dłonią wyciągniętą defensywnie przed sobą. Bez różdżki nie miał szans, nie przeciwko uśmiercającej klątwie.

Pomiędzy nim a Atheną stała jakaś kobieta. Niestety odwróciła się na czas, by uniknąć zaklęcia Atheny:

- Drętwota!

Użycie tego zaklęcia bez różdżki zaskoczyło napastniczkę, ale tylko na chwilę. Zaraz potem nieznajoma machnęła swoją drewnianą różdżką i Athenę oplotły mocne powrozy.

- Gdzie jest Minerwa! Gadajcie! – wrzasnęła kobieta. Była bardzo piękna, z lśniącymi, ciemnobrązowymi, falowanymi włosami i dość szeroko rozstawionymi, żółtymi oczami, w których można było dostrzec migotanie szaleństwa. Na szyi miała dziwny wisior, przypominający fiolkę do połowy wypełnioną zielonym proszkiem.

- Nie skrzywdzisz jej! Impedimenta! – wrzasnął Albarion, lecz napastniczka z łatwością odbiła jego zaklęcie.

- Crucio! – wykrzyknęła.

Athena wydarła się, gdy Albarion padł na ziemię w drgawkach, a Minerwa, zawinięta w kocyk, potoczyła się po ziemi. Miękka tkanina musiała stłumić uderzenie, bo mała nawet nie zapłakała. Głównym źródłem dźwięku był Albarion, jęczący wciąż i wciąż, gdyż nieznajoma wiedźma nie przerwała działania zaklęcia powodującego ból.

O dziwo jednak napastniczka nie skierowała się w stronę kwilącego dziecka. Odwróciła się znów do Atheny.

- Mów natychmiast, gdzie jest Minerwa, jeśli nie chcesz zginąć!

- Kim jesteś, czego chcesz? – zapytała Athena, zupełnie zdezorientowana.

Lecz jeśli myślała, że zdoła zyskać na czasie, to się przeliczyła, bo żółte oczy nieznajomej kobiety tylko zapłonęły gniewem, gdy w finalnym geście uniosła różdżkę:

- Avada Kedavra!

Athena zdążyła pomyśleć, że jest zbyt młoda, by umierać, gdy ujrzała zielone światło.

Lecz klątwa jej nie dosięgła. Odbiła się od złotej bańki, która ni stąd ni z owąd pojawiła się przed twarzą Atheny. Bańki, która rosła, a wydobywała się z zaciśniętej piąstki malutkiej Minerwy.

- Co? – wściekła wiedźma odruchowo sięgnęła ku Athenie, nieświadoma tego, że ochronna magia nie pochodzi od niej.

W momencie, w którym dotknęła złotej bańki, rozbłysło oślepiające światło.

Athena miała wrażenie, że jej ciało zapada się w sobie.

Pomyślała, że wolałaby zielony sarkofag, jak Theresa McGonagall.

A potem wszystko zniknęło – straciła przytomność.

ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Witajcie!

Emeraldina wraca z nową serią, tym razem trylogią ,,Podziwiani Przodkowie, Przeklęci Potomkowie" . Jeśli jesteście zainteresowani i zastanawiacie się co będzie dalej to bardzo się cieszę, ale myślę, że najpierw jestem Wam winna nieco wyjaśnień i ostrzeżeń. Przypuszczam, że jakieś pytania i wątpliwości mogą się pojawić, dlatego część z nich postanowiłam uprzedzić.

1. Pomysł. Ta trylogia jest dość mocno powiązana z moją poprzednią serią pt. ,,Minerwa. Kim była?" Jeśli więc jeszcze nie zapoznaliście się z siedmioma tomami kronik życia Minerwy McGonagall w mojej wizji, to gorąco zachęcam, bowiem ,, Podziwiani Przodkowie, Przeklęci Potomkowie" będzie obficie czerpało z mojego poprzedniego dzieła. Znajdziecie tu znajomych bohaterów, jak Theresa i cała rodzina Minerwy; znajome wątki, jak motyw smoków i pochodzenia Minerwy oraz inne rzeczy, które u tych, którzy uważnie prześledzili serię ,,Minerwa. Kim była?" mogą wywoływać nostalgiczny uśmiech na twarzy. Nie twierdzę, że trylogii ,,Podziwiani Przodkowie, Przeklęci Potomkowie" nie można traktować jako kompletnie niepowiązanej, alternatywnej wersji, ale ona niejako wyrasta z mojej poprzedniej historii – na przykład przedstawiona w tym prologu Laura jest tą samą Laurą z epilogu ,,Była jego miłością".

2. Chronologia. To jedna z najważniejszych kwestii w tej historii! Tytuły rozdziałów będą oznaczone latami toczących się wydarzeń, bowiem dzieje się dużo na przestrzeni kilku dekad, więc postaram się publikować to tak, by wszystko było jak najbardziej czytelne. Jak zauważyliście, akcja prologu toczy się w 2200 roku. Prolog jest jedynym rozdziałem, który stanowi kontynuację serii ,,Minerwa. Kim była?", ponieważ kolejny rozdział rozgrywa się w ciągu 1901 roku. Tom 1 kończy się w 1939 r. Tom 2 rozpoczyna się w 1942 r. i obejmuje lata do roku 1961. Tom 3 zaczyna się w 1965 i kończy w 1981 r. z epilogiem w 2043 r. Trylogia obejmuje więc osiem dekad – przeskoki czasowe nie będą duże, ale są oczywiście konieczne. Aha, i pamiętajcie, że przyjmuję bardzo wydłużony czas życia czarodziejów i czarownic w porównaniu z mugolami.

3. Wielkość. W związku z mnóstwem wydarzeń i ogromnym przedziałem czasowym, trylogia ,,Podziwiani Przodkowie, Przeklęci Potomkowie" składa się z ponad 400 tys. słów. To zostało rozłożone na trzy tomy: tom 1 – prolog i 27 rozdziałów, tom 2 – 28 rozdziałów, tom 3 – 24 rozdziały i epilog = razem 79 rozdziałów plus prolog i epilog. Starałam się, aby rozdziały były podobnej długości i raczej długie, niż krótkie (prolog jest najkrótszym elementem z całego ciągu, według moich statystyk).

4. Publikacja. Ci, z którymi miałam przyjemność przebrnąć przez serię ,,Minerwa. Kim była?" wiedzą, że staram się publikować regularnie – tego chcę się trzymać także przy tej serii, ale czasem życie ma inne plany. Nie wiem jak długo zajmie mi publikacja tej trylogii, ale pewne jest jedno – to historia ukończona i domknięta, zatem nie ma obaw, że zostanie kiedyś porzucona z braku weny.

5. Kanon. Ignorujemy. A tak serio, to ta trylogia jest AU do mojej wcześniejszej serii, zatem choć wiele kanonicznych elementów i postaci będzie wykorzystanych, to tutaj moja wizja już kompletnie odstaje od backstory HP (grande finale przypada na rok 1981, więc nie spodziewajcie się tu Złotego Tria).

6. Disclaimer. Harry Potter należy do J.K. Rowling.

7. Rating. Nie bez powodu jest taki, a nie inny. Ostrzegam, bo jestem osobą raczej lubiącą decorum, a tutaj padają czasem mocniejsze słowa albo zdarzają się sugestywne opisy.

8. Bohaterowie i OC. Głównymi bohaterami tej serii są Minerwa McGonagall, Albus Dumbledore, Tom Riddle (Voldemort) oraz Athena, która jest wytworem mojej wyobraźni. Oprócz tego w centrum tej historii pojawi się Gellert Grindelwald i trzy bardzo ważne, wymyślone przeze mnie postacie. Pairingi liczne, niekanoniczne i skomplikowane, ale trzy najważniejsze, to MMAD, MMTR i ADOC(Athena). Jeśli to nie Wasza bajka, trudno.

9. OOC . Głównym celem tej historii było pokazanie, jak ogromne zmiany w chronologii może wywołać pojedyncza osoba, jak bardzo jej pojawienie się wpłynie na charaktery bohaterów, których możecie znać i pamiętać z mojej wcześniejszej serii. Najważniejszym przykładem jest Minerwa – tutaj to nie będzie ani surowa, ale sprawiedliwa profesor znana z kanonu, ani opanowana, ale skrzywdzona przez los, wiecznie zakochana w Albusie Min, którą kojarzycie z ,,Minerwa. Kim była?". Tutaj kluczowe jest inne pytanie: ,,Minerwa. Kim nie powinna się stać?". Bardzo podobnie jest z Albusem – zapomnijcie o manipulacyjnym geniuszu, przyciąganym przez zło – tu nastąpi zamiana ról – to Minerwa będzie tą zmamioną władzą i potęgą, ustawiającą wszystkich podług swoich wzorów, zaś Albus ma być tym pokrzywdzonym najmocniej, ale również najbardziej szlachetnym ze wszystkich. Przypuszczam, że wiele rzeczy nie będzie Wam pasować do charakterów bohaterów znanych z kanonu, ale na jakimś głębszym poziomie, to było celowe. Czy te dywagacje się Wam spodobają, nie wiem, czas pokaże.

10. Marysuizm. Z tego chyba nigdy się nie wyleczę. Myślę, że gdybym jednak na siłę usiłowała to wykorzenić, pisanie nie sprawiałoby mi tyle radości. Będę wdzięczna jak przymknięcie na to oczy. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że gloryfikacja wpasowuje się w tą opowieść jako przyczyna głębokiej nienawiści pomiędzy głównymi bohaterkami.

11. Magia. Sposób czarowania, używane zaklęcia i kształtowanie energii nieco odbiega od tego, co znamy z kanonu – pozwoliłam sobie na kilka modyfikacji, w tematach patronusów, przemiany animagicznej, klątw, transfiguracji… itd.

12. Poziom skomplikowania. Ta trylogia to nieustanny korowód tajemnic i sekretów, które ciągną się i zbierają swoje żniwo przez dekady. Będą postaci występujące pod dwoma różnymi imionami oraz takie z dwiema różnymi tożsamościami. Ha, jest nawet moment rozdwojenia duszy w dwa niezależne ciała. W pewnym momencie, możecie zacząć zadawać sobie pytania typu : ,,Kto wie o czym? Kto wie o wszystkim? Dlaczego oni nie widzą tego, co oczywiste? To już zbyt wiele, by było zbiegiem okoliczności." Postaram się wyjaśniać wątpliwości, bez zdradzania dalszego ciągu, ale proszę, miejcie na uwadze, że dla mnie poziom zagmatwania tej opowieści to coś, z czego chyba jestem najbardziej dumna i co sprawiało mi najwięcej radości przy tworzeniu.

13. Styl. Jest inny niż przy mojej poprzedniej serii. Często przerysowany. Jeśli Wam nie odpowiada, powiedzcie, ale wątpliwe, bym coś zmieniała. Pewnie powiem, że to celowo.

14. Perspektywy/POV. Punkt widzenia, z którego ta historia jest opowiadana, ma ogromne znaczenie. W tomie 1 nie znajdziecie nic z perspektywy Albusa – najpierw Athena, potem latami na zmianę Minerwa z Atheną, by w ostatnich rozdziałach przeplatanka pomiędzy tymi dwiema bohaterkami była jeszcze ściślejsza. W tomie 2 jest już więcej perspektyw, ale wciąż są one w porażającej większości kobiece. Natomiast tom 3 to już karuzela zdarzeń oglądanych oczami co najmniej siedmiu osób, z kulminacyjnym grande finale, gdzie wszystko się rozstrzyga.

15. Gatunek. Tą trylogię naprawdę trudno było mi zakwalifikować. To głównie melodramat, z mocnymi elementami romansu, z tragedią wiszącą nad wszystkim od początku do końca oraz z sekretami mnożącymi się wykładniczo. A czekajcie, jeszcze saga rodzinna! Całość miała mieć jak najbardziej epicki charakter, ale mogłam przesadzić.

16. Reviews. Zawsze mile widziane! Nie ukrywam, że dla mnie pisanie nigdy nie miało na celu wywoływania jakiegoś masowego odzewu – piszę, bo wyobraźnia ,,zaśmieca" mój umysł kolejnymi pomysłami, które z ogromną radością wklepuję w komputer – to ma na mnie wręcz terapeutyczny wpływ (gdzie bym teraz była, gdybym nie mogła uciec w fan fiction, to aż boję się pomyśleć). Publikuję, bo chcę podzielić się tymi historiami, z nieśmiałą nadzieją, że komuś się spodoba. Jak nie, trudno, mamy różne gusta – przyjmę z pokorą każdą konstruktywną krytykę. Cokolwiek sądzicie, co Wam przypadło go gustu, co szczególnie Wam się spodobało, a co nie, czego oczekujecie, co Was zaskoczyło – napiszcie, będę Wam bardzo wdzięczna. Czasem nawet krótkie zdanie, że czytacie i czekacie na ciąg dalszy potrafi kompletnie poprawić mój dzień.

17. Moje wyjaśnienia. Jak widzicie, ciągną się długo – ale nawet jak je pominiecie, to przynajmniej mogę przedstawić Wam tą trylogię z nieco czystszym sumieniem. Lubię pisać te odautorskie notatki – pewnie będą się pojawiać, wraz z dalszymi tłumaczeniami, jeśli okaże się, że gubicie się (samej mi się to zdarzało, z excelem, drzewami genealogicznymi i wyśrubowaną linią chronologiczną). Także jeśli będziecie mieć jakieś pytania, piszcie komentarze albo wiadomości.

18. To już chyba wszystko na ten moment. Dajcie znać, co sądzicie o prologu. Mam nadzieję, że będziecie kontynuować z mną podróż przez czas nowej, popsutej chronologii. Pierwszy przystanek – w następnym rozdziale, w 1901 r.

Serdecznie pozdrawiam, trzymajcie się.

Wasza Emeraldina