To będzie dobra śmierć.

Golgni uśmiechnął się do siebie szeroko, łapiąc mocniej za topór. Wrzask gryfa Karla Franza zagłuszył na chwilę dźwięk tysięcy stóp splugawionych, szarżującym ku nim istot. Krasnolud zrobił powolny, głęboki wdech rozkoszując się zapachem nadchodzącej walki i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Szum dziesiątek strzał pomknął ku nieprzyjacielowi z oddalonego prawego skrzydła armii, lecz do celu dotarła zaledwie garstka. Nagle przez środek pola bitwy, niemalże przez całą jego długość, zawisła ściana ognia, która zatrzymała zielonoskórych. Wiwaty po stronie imperialnej armii szybko jednak umilkły, gdy przez płomienie przebiegły szkielety i rozkładające się ciała: dzieła czarnej nekromancyjnej magii.

Golgni splunął na bok, pochylając się i unosząc broń. Druga salwa strzał pomknęła przez niebo, powalając kilka kościotrupów, które po chwili znów zaczęły się podnosić pozbawione nogi czy ramion.

Dajże wreszcie ten sygnał, człeczyno. Wpatrywał się niecierpliwie w stojącego przed oddziałem dowódcę, który powoli uniósł miecz. Z trzewi krasnoluda wydobył się wojowniczy, bitewny krzyk, do którego dołączyli inni. Wśród wrzawy ruszyli biegiem przed siebie, tratując pierwszą linię żałośnie uzbrojonego wroga.

Cios, zamach, cios, zamach. Nieregularny rytm ataków i wrząca w jego żyłach krew sprawiały, że jedyne co widział to nadchodzące szkielety i martwe oblicza wskrzeszonych trupów, które raz za razem padały pod jego toporem.

– WYPIERDALAĆ! – krzyknął, wytrącając jednemu z nich miednicę.

Rozejrzał się wokół siebie. Z jego prawej strony szkielety przedarły się dalej niż powinny, przechodząc po ciałach martwych mieszkańców Altdorfu. Golgni zawył bezsilnie, odpierając kolejny atak kukiełki ukrywającego się nekromanty.

Musi być gdzieś niedaleko. Tylko gdzie?

Jakby w odpowiedzi na jego nieme pytanie, ogień oddzielający armie rozwiał się. Między dogasającymi płomieniami przeszedł uśmiechający się cynicznie wysoki, łysy mężczyzna w czarnej szacie. Kolejna, wystrzelona przez imperialne wojsko, salwa strzał pochłonęła jego postać, lecz pociski rozmyły się wokół mężczyzny nie czyniąc mu żadnej krzywdy, gdy zaczynał inkantować zaklęcie.

Pierdolona magia, splunął krasnolud unosząc topór i bez wahania biegnąc w kierunku nekromanty. Potknął się jednak, gdy jedna z kości, na która nadepnął, poderwała się do reszty swojego niedawnego ciała. Odwrócił się szybko, z przerażeniem widząc jak jego martwi towarzysze powoli podnoszą się na nogi chwytając za broń.

Drogę zastąpiły mu szkielety siekąc raz za razem prostymi mieczami, a za plecami czuł, że nadchodzą kolejne. Odepchnął i powalił jednego kościotrupa, jednak na jego miejscu od razu pojawił się następny, a uderzenie miecza o ramię odrętwiło mu rękę, gdy kolczuga cudem zapobiegła jej odcięciu. Z krzykiem wściekłości zaczął wymachiwać toporem, a z każdym pokonanym pojawiał się kolejny przeciwnik, a za nim kolejny i kolejny.

Zacieśniały wokół krasnoluda krąg, ten jednak wciąż, z wściekłym okrzykiem i pianą toczącą się na jego gładką brodę, siekł zaciekle. Następne uderzenie miecza sprawiło, że ugięła się pod nim noga. Przyklęknął, spoglądając śmierci w oczy z podniesioną głową.

Kark ożywieńca zazgrzytał przeraźliwie, gdy szabla uderzyła go od tyłu przetrącając kręgi. Zza niego wyłoniła się wspaniała, stworzona przez najlepszych krasnoludzkich rzemieślników tarcza, a wykute na niej runy błyszczały, kiedy Franz uderzył nią kolejny szkielet.

– Rusz dupę, Golgni! – krzyknął karczmarz, zamachując się szablą. – Musimy rozjebać tego nekromantę!

Krasnolud poczuł, jak wstępują w niego nowe pokłady siły. Widok tarczy przypomniał mu to, o co walczył: nie o dobrą śmierć, a o to, co kochał. Myśląc o wszystkich tych, których nie dał rady uratować, wrzasnął niezrozumiale unosząc w szale topór.

Niczym śmiercionośny wir przebijali się wraz z Franzem ku nekromancie, zostawiając za sobą ścieżkę złożoną z rozsypanych kości i rzuconych niczym szmaciane lalki ciał. Oddalone od nich lewe skrzydło armii zielonoskórych wyło i krzyczało nie zbliżając się jednak, gdy łysy mężczyzna, wciąż się uśmiechając, unosił ku nim otwartą dłoń nakazując im pozostać na miejscu.

– Zostaw te swoje marionetki i walcz jak mężczyzna! – krzyknął Franz, wyzywająco opuszczając tarczę.

Szata nekromanty zafalowała, kiedy ukłonił się karczmarzowi z parszywym uśmiechem na wychudzonej twarzy, poruszając szybko ustami wypowiadającymi skomplikowane frazy. Golgni nie zdążył jednak ostrzec towarzysza, gdy ku nim wystrzeliły fioletowoczarne pociski.

Miałem zginąć od miecza jak wojownik. Nie od pieprzonych zaklęć!

Uniósł topór, lecz Franz zareagował szybciej: bez wahania stanął przed nim, osłaniając ich. Rozdzierający krzyk karczmarza przebił się przez bitewną wrzawę, gdy wystrzelone zaklęcia wbiły się w trzymaną przez niego tarczę, a wykute na niej znaki zajaśniały jasnym światłem. Uśmiech spełzł z twarzy nekromanty, kiedy dwa pociski odbiły się w jego kierunku.

Ciało mężczyzny poczerniało rozpadając się na dziesiątki zwęglonych odłamków wśród szumu i trzasków opadających kości, gdy magia podtrzymująca szkielety przestała istnieć.

Krasnolud podtrzymał Franza, który runął bezwiednie w tył. Trzymająca wciąż jaśniejącą tarczę ręka zwęgliła się, a oczy karczmarza nabiegły krwią. Spojrzawszy na oszołomionego Golgniego odetchnął z wysiłkiem:

– Jest twoja. Nie zawiedź ich. – szepnął, a jego ręka rozpadła się, gdy z kącika oka popłynęła krew.

Pierwsza linia sług Chaosu rozejrzała się, gorączkowo szukając kolejnego dowódcy. Jeden wojowniczy okrzyk przerodził się w ryk tłumu, gdy zielonoskórzy ruszyli szarżą w stronę krasnoluda i reszty imperialnej armii za nim.

Trzęsący się z wściekłości Golgni podniósł tarczę, która zawibrowała lekko. Uniósł głowę widząc wszystko w rozmazanych, czerwonych barwach, gdy furia rozprzestrzeniała się po jego ciele wraz z kolejnymi uderzeniami serca.

– Ku chwale Grimnira! – uniósł topór w niebo. – Ku chwale Sigmara! Wy skurwysyny! – wykrzyknął, rzucając się w kierunku pędzących ku niemu wrogów.


Nad armią Chaosu zebrały się nienaturalne burzowe chmury uderzające błyskawicami we wszystko pod sobą. Wiejący z zawrotną szybkością wiatr zwalał z nóg co słabszych wojowników, gdy z ziemi wyrastały cierniowe krzewy oplątując ich i unieruchamiając w miejscu, a fioletowe, czerwone i białe świetliste pociski uderzały w tych, którzy wciąż stali.

Z każdym pokonanym przeciwnikiem pojawiał się jednak następny, gdy niezmierzone zastępy wojowników parły w kierunku Altdorfu. Wśród kakofonii dzikich krzyków, szarżujący wrogowie natarli na środkowy oddział imperialnej armii.

– Teraz! – krzyknął Aponimus Gebauer do zebranych czarodziejów cienia i ametystu.

Obraz tworzący iluzję rozmył się, gdy niczego nie spodziewający się przeciwnicy wpadli prosto w stworzoną przez Malthaela i kilku potężniejszych szarych magów olbrzymią czarną kopułę strefy zamętu.

W tym samym momencie Giselbrecht wraz z pozostałymi członkami kolegium zaczął inkantację. Pobliscy żołnierze wzdrygnęli się, czując przemykający wokół ich nóg wiatr Shyish. Jeden z magów zakołysał się i upadł tracąc przytomność, nikogo jednak to nie zaskoczyło.

Gdy zakończyli zaklęcie, przez stworzoną strefę zamętu przetoczyła się potężna fala wiatru śmierci. Kopuła rozwiała się, ukazując ich oczom setki martwych ciał wywołując wiwaty imperialnej armii.

Widząc nadchodzących wrogów, Malthael sięgnął po miecz. Zgodnie z ustalonym planem reszta magów cofnęła się za pierwszą linię żołnierzy. Kilkoro jednak, widząc stojącego twardo elfa, wyciągnęło broń splatając zawczasu zaklęcia.

– Tylko się nie popisuj. – powiedział Aponimus zrównując się z Malthaelem.

– Nie ośmieliłbym się. – odparł, uśmiechając się dziko.

Przez wiele długich lat wiedział, że to nastąpi. Zderzenie armii Chaosu z żołnierzami Imperium wśród kakofonii bitewnych krzyków i wrzasków było równie gwałtowne, jak się tego spodziewał.

Miecz był przedłużeniem całego jego ciała: nie wiedział, gdzie kończyło się spragnione krwi wrogów ostrze, a gdzie zaczynała jego własna dłoń, która je dzierżyła. Trupy splugawionych istot padały raz za razem, nie zwracał już uwagi czy był to mutant, zielonoskóry, zwykły kultysta czy pomniejszy demon. Nie miało to znaczenia, gdy parł przez niezliczone dziesiątki wrogów skupiając się na jednym celu: wyrżnąć ich co do jednego.

– Upuść to! Upuść to, cholera! – usłyszał za sobą.

Cieniste macki wypełzły z ziemi, spowalniając nacierających na niego przeciwników. Odwrócił się lekko widząc, jak pozbawiony miecza Aponimus trzyma się za zranione ramię, a starszy mag w złotej szacie broni go nieudolnie przed kolejnymi atakami zwierzoludzi. Ku ich zaskoczeniu, potężny gor o olbrzymich rogach nagle upuścił broń, na co czarodziej krzyknął tryumfalnie i wbił mu miecz w czaszkę.

Elf przedarł się ku nim wybijając resztę zgromadzonych wokół szarego maga zwierzoludzi równocześnie śpiewając zaklęcie uzdrawiające.

– Miało być bez popisów. – mruknął Aponimus, szukając upuszczonego przez siebie miecza. – Dziękuję.

Malthael patrzył jednak z przerażeniem ponad głowami walczących, gdy ze strony armii Chaosu nadleciał płonący, kamienny pocisk. Poczuł w ustach krew widząc, gdzie upadnie. Wyszeptał zaklęcie, zaciskając lewą dłoń wokół tworzącej się rękojeści cienistego miecza, by całym sobą rzucić się w wir walki krzycząc zaciekle, nie czując już bólu ani zmęczenia.

Potężne uderzenie wstrząsnęło ziemią, kiedy wystrzelony pocisk wbił się prosto w łucznicze skrzydło oddziałów Imperium.