– Mało brakowało. – powiedział Finoran wyciągając miecz.
Naprawdę mało, pomyślała Ludbell. Kilka chwil wcześniej Enoi kazała im się przegrupować i zmienić pozycję tak, by dołączyć do walczących w zwarciu żołnierzy. Niziołek odwróciła się, patrząc z przerażeniem na palące się wokół pocisku resztki roślinności i ciała. Z trudem przełknęła ślinę, czując obezwładniającą bliskość śmierci.
Chcąc zmienić łuk na sztylet, delikatna dłoń złapała jej ramię.
– Zostaniesz tu ze mną. – powiedziała Enoi. – Aresdhril, Galabeth, Kyranil. Wy również. Jako najlepsi strzelcy razem ze mną macie strzec magów i uzdrowicieli za nami.
Ludbell skinęła głową, odprowadzając wzrokiem Finorana i Tarataina, którzy odchodzili już z resztą oddziału ku bitewnej wrzawie. Dalej od elfów ustawiły się też ocalali ludzcy łucznicy, większość z nich jednak sięgała już po miecze, odkładając puste kołczany.
Niziołek zerknęła w prawo w stronę majaczącego w oddali wzgórza, na którym Teclis miał wykonać rytuał. Wujku, pośpiesz się, poprosiła, modląc się szybko do Hoetha o pomoc dla niego.
Rozstawiwszy się na tyłach walczących, Ludbell sięgnęła po strzałę nakładając ją na cięciwę. Wzięła głęboki oddech i zerknęła na stojącą skrajnie Enoi, która z uwagą obserwowała szeregi wroga. Nie musieli długo czekać, by pojedynczy wojownicy Chaosu przedarli się przez obrońców Altdorfu.
Orkowie, gobliny i zwierzoludzie padali z wystającymi z oczodołów strzałami. Było ich jednak coraz więcej i więcej, a serce Ludbell biło jak szalone, gdy poczuła, że w jej kołczanie, pierwszy raz od czasu walki z ognistym demonem, powoli robi się luźno.
Dwoje z leśnych elfów dobyło mieczy, podchodząc bliżej, by nie dopuścić wrogów do tylnej linii obrony. Niziołek, rozglądając się wokół, poczuła nagły atak paniki: huki, magiczne pociski wokół, uderzenia stali o stal, krzyki, wrzaski, ciała… Tyle ciał…
– Ludbell! – krzyk Enoi wyrwał ją z obezwładniającego przerażenia. – Dasz radę!
Niziołek naciągnęła cięciwę i idealnie wymierzonym strzałem powaliła przedzierającego się ku nim mężczyznę o zielononiebieskiej skórze i pulsujących na szyi wypustkach.
Dam radę.
Sięgnęła do kołczana w tym samym momencie, w którym przez żołnierzy przebił się ryczący, górujący nad ludźmi trzymetrowy minotaur, trzymając w łapie topór dwukrotnie większy niż te używane przez krasnoludy. Nawiedziło ją wspomnienie podróży do Ubersreiku, gdy będąc na barce zaatakowali ich zwierzoludzie i wiedziała, że tym razem nie będzie tu Finorana, który w ostatniej chwili ją uratuje ani Malthaela, który ją uleczy.
I tym razem nie będę przestraszoną dziewczynką.
Wybrała podarowaną jej przez elfy strzałę i wycelowała ze spokojem. Puściwszy cięciwę zdała sobie sprawę, że nie trafi.
Minotaur zaryczał głośniej, gdy grot wbił się w jego pierś. Spojrzawszy na niziołek pochylił głowę gotowy do szarży. Wycelowała, kiedy potwór ruszył ku niej odpychając biegnącego ku niemu elfa. Strzała Enoi utkwiła w ramieniu stwora, nie odwróciła jednak jego skupionej na Ludbell uwagi.
Taalu, poprowadź moje strzały.
Usłyszała krzyk elfki, gdy niziołek i minotaura dzieliły zaledwie metry. Pewna ręka Ludbell czekała jednak na odpowiednią chwilę. Teraz.
Wystrzelona przez nią strzała z łatwością przebiła się przez oko potwora, rozrywając mózg. Wielkie cielsko upadło ciężko w obłoku kurzu przed Ludbell, która ze zdziwieniem zobaczyła wystający z tyłu czaszki grot.
Wyrwała z ramienia minotaura niezłamaną strzałę Enoi, nałożyła ją i wystrzeliła w biegnącego ku nim goblina, który padł z bulgoczącym krzykiem, gdy przebiła mu tchawicę.
Ludbell rozejrzała się wokół, a serce znów zaczęło bić jej jak szalone. Elf, którego odepchnął wcześniej minotaur, leżał w kałuży krwi z rozrzuconymi na bok ramionami. Kiedy kolejny łucznik dobył miecza zorientowała się, że tylko ona i Enoi dysponują jeszcze strzałami.
Między wojownikami Imperium przebijało się coraz więcej wrogów, a walczące w zwarciu elfy powoli zaczęły znikać w bitewnej masie.
Enoi zbliżyła się do Ludbell oddając jej resztę swoich strzał i chwytając za miecz. Naciągając cięciwę, niziołek zauważyła biegnących ku nim dwóch magów w czerwonych szatach, w tym tego, który był obecny na spotkaniu z Aponimusem.
– Lepiej późno niż wcale! – wykrzyknęła elfka, rzucając się na najbliższego mutanta.
Wokół czarnowłosego mężczyzny pojawiło się kilka ognistych kul, którymi cisnął w oddalonych zwierzoludzi. Drugi z magów przeklął siarczyście, gdy z nosa trysnął mu strumień krwi.
Ludbell puściła cięciwę powalając szarżującego na czarodzieja ungora, który pospiesznie zaczął na nowo splatać nieudane zaklęcie. Sięgnąwszy do kołczana po kolejną strzałę, poczuła wilgotną mgiełkę spowijającą jej twarz. Przerażona spojrzała w stronę walczącej Enoi, która, wypuściwszy miecz z ręki, opadła na kolana. Z rozpłatanego gardła elfki wylewała się gorąca krew, a stojący przed nią mutant uniósł sztylet, by zadać ostateczny cios.
Niziołek, nie myśląc, co robi, rzuciła się na niego wciąż trzymając jedynie strzałę. Zaskoczony impetem uderzenia przewrócił się na plecy upuszczając broń, gdy Ludbell raz za razem wbijała grot w jego twarz, krzycząc niezrozumiale.
Ktoś złapał jej ramiona i odciągnął do tyłu. Nie mogła jednak oderwać wzroku od bezkształtnej, krwawej masy, która jeszcze przed chwilą była twarzą człowieka. Leżąca obok martwa Enoi przytrzymywała się wciąż za gardło, a jej oblicze odbijało otaczającą ich śmierć.
Niziołek wyszarpnęła się z uchwytu, a zakrwawiona strzała zawisła w jej uniesionej dłoni, gdy ujrzała przed sobą szeroko otwarte oczy na bladej twarzy Grimwolda Tolzena.
Nie wiedział, ile minęło już czasu. Może kilka minut, może kilka godzin, a może i cała bezdenna wieczność.
Zostawiając za sobą szlak zmasakrowanych ciał, mokry od krwi wrogów Malthael w końcu opuścił miecz, a cień w jego dłoni rozwiał się. Poprawiwszy chwyt rękojeści wykutego w Wieży Hoetha ostrza, wziął głęboki oddech, śpiewając cicho.
Słudzy Chaosu odstąpili od niego, rozstępując się przed górującym nad nimi, trzykrotnie przewyższającym zwykłe ogiery, karym koniem o płonących oczach. Na jego grzbiecie zasiadał potężny, odziany w czarną zbroję wojownik. Spod przyłbicy hełmu, zdobionego ogromnymi, złotymi rogami, błyskały czerwone ogniki oczu.
Archaon, splunął w myślach elf.
Z nozdrzy monstrualnego rumaka buchnęły kłęby dymu, gdy wybraniec plugawych bóstw powoli wyjął przeklęte wiatrem Dhar czarne ostrze, które zapłonęło uniesione w powietrze. Malthael, złapawszy oburęcznie miecz, przygotował się do ataku, słysząc w skupieniu jedynie uderzenia własnego serca.
Nagle czerwono-złoty gryf zapikował ku niemu, tratując kilkunastu zielonoskórych, którzy nie ustąpili mu pola na czas. Siedzący na jego grzbiecie Karl Franz uniósł młot w kierunku Archaona opuszczając przyłbicę złotego hełmu. Odwrócił się w stronę elfa i, skinąwszy głową, równocześnie rzucili się do ataku wśród wrzasków i nawoływań popleczników Chaosu.
– Archaon! Archaon! Archaon!
Czarny ogier raz za razem uderzał potężnymi kopytami w głowę gryfa, odpychając próby zranienia go ostrym jak brzytwa dziobem. Szpon Śmierci zaskrzeczał boleśnie, gdy płynny ogień wylał się z pyska konia. Odskoczył, chcąc chronić swego pana przed płomieniami, gdy z drugiej strony Malthael rzucił się na Archaona.
Szybkość i siła uderzeń wybrańca Chaosu sprawiła, że elf sapnął z wysiłku odbijając jeden z ciosów wojownika. Chcąc zaskoczyć go kontrą, odbił się odwracając miecz w dłoniach i celując w jedną z przerw między płytami zbroi. Przed jego oczami pojawiły się czerwone plamy, gdy odepchnięty kopnięciem zatoczył się w tył gubiąc rytm.
Wykorzystując nieuwagę Archaona, Imperator wraz z gryfem zaatakowali go. Ghal Maraz zderzył się z płonącym ostrzem w tym samym momencie, w którym Szpon Śmierci wbił się nogę ogiera, wydzierając z niej kawał parującego mięsa. Z rany pociekła czarna krew konia, sycząc w kontakcie z ziemią.
Poparzony toksyczną posoką gryf wierzgnął, machając głową, by pozbyć się żrącej cieczy z nozdrzy i oczu. Próbujący utrzymać się w siodle Imperator nie zdążył zareagować, gdy w kark zwierzęcia wbiło się czarne ostrze, czysto odcinając głowę. Ciało gryfa upadło, wzbijając tumany kurzu i przygniatając Karla Franza potężnym skrzydłem, a Ghal Maraz wypadł z dłoni mężczyzny, ku dzikim wiwatom obserwujących ich sług Chaosu.
Mający zadać ostateczny cios, płonący miecz Archaona został w ostatniej chwili zatrzymany przez Malthaela, którego noga ugięła się pod siłą naporu uderzenia. Znalazłszy się blisko Imperatora uwolnił szeptane zaklęcie, jednocześnie odbijając ostrze w bok. Cienista mgła spowiła wszystko wokół elfa, która niemalże natychmiast została rozwiana przez niedbały ruch okutą w zbroję ręką Archaona. Cenne sekundy wystarczyły jednak Malthaelowi, by pomóc Imperatorowi uwolnić się spod ciała Szponu Śmierci.
– W imię Sigmara! – wykrzyknął Karl Franz unosząc młot, a jego zwielokrotniony głos potoczył się echem ponad bitewną wrzawą. Ghal Maraz zajaśniał, gdy władca wraz z elfem ruszyli ramię w ramię ku Archaonowi.
Kiedy płonące ostrze zderzyło się z młotem, eksplodująca fala energii odrzuciła zgromadzonych wokół wojowników. Oślepiająco jasny snop światła pomknął ku niebu, by po chwili zgasnąć, pogrążając świat w szarości fioletowych chmur.
