Odrętwiała Ludbell odłożyła zakrwawioną strzałę do kołczana. Wpatrzona w zbolałe oczy Grimwolda na chwilę zapomniała, że świat ogarnięty jest bitwą, która może być początkiem ich końca.
Tolzen oprzytomniał szybciej od niziołek. Magiczne pociski uderzyły w pierś zielonoskórego, który unosząc dzidę szykował się do ataku. Padł w momencie, gdy ku niebu, na środku ścierających się ze sobą armii, wystrzeliła kolumna białego światła, gasnąc tak szybko, jak się pojawiła.
Ludbell odwróciła się gwałtownie, czując, że wszystko wokół niej przyspiesza.
Malthael, pomyślała instynktownie.
Bez słowa skierowała się ku wybuchowi, czując zaciskającą się na jej ramieniu rękę Grimwolda, zmuszając ją do szarpaniny.
– Zostaw! – krzyknęła, a wyraz jej oczu sprawił, że mag jeszcze mocniej zacisnął dłoń. – Muszę…
– Jak? – przerwał jej podnosząc głos. – Jak niby chcesz cokolwiek zrobić?!
– Nie wiem! – odparła rozdzierając boleśnie gardło. – Nie będę tu czekać, kiedy…
Jej słowa zagłuszyły dziesiątki agonalnych krzyków, gdy za linią wroga wybuchło kilka łączących się ze sobą ognistych kręgów. Jeden z pobliskich magów w czerwonych szatach zemdlał, a Grimwold pochylił się szybko by mu pomóc. Wyszeptawszy kilka słów dotknął twarzy czarodzieja, który otworzył oczy z cichym sapnięciem.
– Jesteś pewna? – odwrócił się do Ludbell, która bez wahania skinęła głową. Tolzen wciągnął miecz i wyprostował się. – Lepszej szansy nie będzie. Pożoga wygaśnie, gdy wszyscy w jej obrębie zginą. – oddalone wrzaski niewyobrażalnego bólu podkreśliły jego słowa. – Może nam się uda.
– Nam? – zapytała zdziwiona, patrząc na wyciągniętą przez Grimwolda broń.
– Tym razem cię nie zostawię. – odparł z powagą.
Przedzierając się przez niezliczone zastępy wrogów, wśród kakofonii coraz cichszych krzyków umierających zielonoskórych i ryków zwierzoludzi, dotarli do granicy pożogi rozpętanej przez magów wiatru Aqshy. Spustoszenie wywołane śmiercionośnym ogniem i zapach palonego mięsa sprawił, że żołądek Ludbell ścisnął się bezwiednie pod wpływem uderzających ją fali mdłości. Z jej mokrego sztyletu skapnęła kropla krwi sycząc na rozgrzanej od płomieni ziemi.
Grimwold złapał ją gwałtownie za ramię, gdy chciała ruszyć przez czarne od sadzy i spopielonych kości pole.
– Jeszcze nie. – zerknęła na niego, gdy jego rozmyty wzrok błądził wzdłuż pogorzeliska skupiając się na wirujących nad nim wiatrach magii. – Teraz!
Śnieżnobiała szata Tolzena stawała się coraz ciemniejsza, gdy biegli przez zwęglone szczątki dziesiątek sługusów Chaosu. Wzbijane przez nich obłoki kurzu, pyłu i prochów wraz z wciąż gorącym powietrzem sprawiły, że Ludbell potknęła się, ledwie widząc przez załzawione oczy.
Dam radę.
Czując buzująca w żyłach adrenalinę, zrównała się z Grimwoldem widząc, że zbliżają się do granicy spalonej ziemi, a przedzielone nią armie zaczynają szarżować ku sobie. Zamachnęła się sztyletem, torując sobie drogę przez krąg zielonoskórych, którzy odwróceni do niej tyłem, wpatrywali się w górującego nad nimi, odzianego w czerń, wojownika.
Nie zważając na irytujące dzwonienie w uszach, niziołek wydostała się z tłumu w coś na kształt areny, upadając na zalaną krwią ziemię obok bezgłowego ciała masywnego gryfa. Gwizdy, krzyki i wyzwiska dobiegające z ust splugawionych istot przestały do niej docierać, gdy spojrzała na rozgrywającą się w środku kręgu scenę.
Olbrzymi wojownik w czarnej płytowej zbroi, spod którego przyłbicy błyszczały czerwone, nieludzkie oczy, unosił płonący miecz. Za nim, tuż przy ciele potężnego czarnego ogiera, leżał, próbujący się podnieść, Imperator, z którego włosów kapała krew. Zdarty z jego głowy hełm leżał w kałuży czarnej posoki powoli się roztapiając.
Wzrok niziołek skupiony był jednak na klęczącym przed Archaonem elfie. Strużka cieknącej z ust krwi skapywała na trzęsącą się dłoń Malthaela zaciśniętą wokół rękojeści złamanego miecza, a jego przygaszone, pozbawione nadziei oczy sprawiły, że jej serce zgubiło rytm.
– Żałosne elfie szczenię. – powiedział Archaon, a jego metaliczny, lodowaty głos zabrzmiał bezpośrednio w głowie Ludbell, która w panice wcisnęła sztylet za pas i sięgnęła po łuk. – Mogłeś być potężny. Tymczasem skończysz tak jak i cały ten świat.
Wystrzelony w tym samym momencie świetlisty pocisk z dłoni Grimwolda i strzała z łuku Ludbell odbiły się od zbroi Archaona, sprawiając jednak, że spojrzał w ich kierunku. Niziołek, nałożywszy kolejną strzałę, wystrzeliła prosto w głowę wojownika, który złapał ją w locie łamiąc drewno metalową rękawicą. Jego śmiech zawibrował w głowie Ludbell, ta jednak znów sięgnęła do kołczana, zerkając na odwracającego się ku niej Malthaela.
Wstawaj!, zawołała całą sobą puszczając cięciwę. WSTAWAJ!
Potężne kopnięcie Archaona odrzuciło elfa, który odbił się od stojących wokół obserwatorów i upadł na ziemię nie ruszając się. Wojownik poprawił chwyt podsycając płomień otaczający miecz.
Świetliste pociski raz za razem wystrzeliwały z dłoni śpiewającego doniośle Grimwolda. Jego wykrzywioną w wściekłości, nienawiści i bólu twarz przepełniała biel czystego wiatru Hysh, który promieniował wokół maga zatrzymując Archaona w miejscu.
Ludbell sięgnęła do kołczanu, gdy z paraliżującym strachem poczuła, że zostały jej jedynie dwie, w tym ta, której lotka została zdarta dawno temu na pomoście w Dreizack. Bez wahania jednak wyjęła ostatnią strzałę Enoi i wystrzeliła ją w Archaona, który, opierając się magii Tolzena, znów zaczął się powoli do nich zbliżać wśród bitewnych wrzasków stojących wokół popleczników.
Jego okuta w metalową rękawicę dłoń wychyliła się ze snopu światła i złapała za ramię Grimwolda miażdżąc je. Krzyk maga przerwał rzucane zaklęcie, gdy Archaon uniósł go w powietrze, druzgocząc kolejne kości.
Chwyciwszy za sztylet, Ludbell rzuciła się ku wojownikowi wbijając mu ostrze między płyty zbroi okrywające udo i cofając się. Puściwszy Grimwolda, który upadł bez świadomości, wybraniec Chaosu wyciągnął sterczącą ze swojego ciała broń, przyglądając się skapującej z niego krwi.
– Raduj się, głupia. – powiedział Archaon unosząc miecz ku niziołek. – Raduj się, gdyż umrzesz z rąk czystego wcielenia potęgi Chaosu, łącząc się z Architektem Świata tam, gdzie twoje miejsce.
– Po moim trupie. – usłyszała warknięcie znajomego jej głosu, kiedy wyłoniwszy się z cieni Malthael zaatakował dwoma bliźniaczymi, stworzonymi z wiatru Ulgu, mieczami. Niziołek odruchowo spojrzała na miejsce, w którym wcześniej upadł i zaskoczona zobaczyła rozmywającą się iluzję leżącego ciała.
Ludbell przetoczyła się, o włos unikając płonącego ostrza. Wściekły Malthael krzyknął, a jego miecze zaczęły mienić się kilkoma kolorami, które wirowały wokół elfa.
Sięgając po łuk, zobaczyła ruch za walczącym Archaonem. Cichy śpiew Grimwolda doszedł jej uszu, gdy korzystając z nieuwagi wojownika, dotarł do Imperatora próbując go uzdrowić.
Ghal Maraz zajaśniał, kiedy Karl Franz podniósł się na nogi. Zaszarżował w kierunku Archaona, dołączając się kolejny raz do śmiercionośnego tańca między nim a Malthaelem.
Wziąwszy w dłoń ostatnią pozostałą strzałę, niziołek dotknęła jej poszarpanego końca. Nałożywszy ją na cięciwę pomyślała o wszystkim, co doprowadziło ją do miejsca, w którym teraz była. Uczucie, którym darzyła przyjaciół, nienawiść do sił Chaosu ingerujących w jej życie, zaufanie do Starszych Bogów i miłość do Malthaela.
– Taalu, poprowadź moje strzały. – wyszeptała, mieszcząc w tych prostych słowach modlitwy wszystko, co przepełniało jej serce, umysł i ciało.
Nagle czas wokół nich zwolnił, a kolory wirujące wokół elfa przyspieszyły i wybuchły wokół kręgu, zmuszając Grimwolda do zasłonięcia oczu przed oszołamiającą eksplozją wiatrów magii.
Wypuszczona w tym samym momencie strzała zajaśniała, lecąc z szybszą niż powinna prędkością. Grot zalśnił złotem i bielą uderzając w czarną zbroję Archaona przebijając ją na wylot w miejscu, gdzie powinno znajdować się serce.
Wojownik sapnął, gdy Ghal Maraz odłamał wychodzący z hełmu róg, a Malthael wytrącił mu przeklęty miecz z dłoni. Niedowierzająca armia Chaosu chwyciła za broń i ruszyła jednocześnie ku walczącym, gdy ogłuszający szum rozdarł świat na pół.
Opadająca ku ziemi, przypominająca miraż bariera, mieniła się lekko tymi samymi kolorami, które blednąc wciąż otaczały Malthaela. Potężna ściana utworzona z czystej magii promieniowała i pulsowała potężną energią będącą manifestacją dobra i harmonii.
Na dwa uderzenia serca wśród armii zapadła całkowita cisza. Do momentu, gdy bariera zaczęła przesuwać się ku nim.
Wycia dezintegrowanych tworów magii Chaosu poniosły się echem przez pole bitwy. Kiedy kurtyna zbliżała się do nich, Ludbell zamknęła oczy. Poczuła jednak jedynie elektryzującą siłę wiatrów magii, które przeszły przez jej ciało. Otworzyła powieki w momencie, w którym Malthael wraz z Karlem Franzem odskoczyli od Archaona.
Zbroja wybrańca Chaosu zadymiła, gdy spod przyłbicy wojownika wydobył się zagłuszający wszystko wokół, agonalny wrzask. Czarna blacha zapadła się do środka wśród trzasków i przeraźliwego krzyku, by po chwili rozpaść się jak rozgrzane do białości węgle.
Stojący w osłupieniu zielonoskórzy, zwierzoludzie i kultyści zaczęli uciekać, tratując się, przydeptując i dusząc słabszych lub tych, którym zabrakło szczęścia. Masa armii Chaosu parła na południe, oddzielając, wołającą Grimwolda i Malthaela, Ludbell od przyjaciół.
Szarpana, popychana i kaleczona niziołek próbowała stać w miejscu mimo przejmującego strachu, który ją ogarniał. Wypełniająca ją adrenalina powoli opuszczała jej członki sprawiając, że jedyne, co mogła zrobić to próbować się nie przewrócić. Zamknąwszy oczy, przytuliła do siebie łuk Enoi i zaczęła się modlić.
Nie zauważyła, gdy wrzawa ucichła. Ktoś dotknął delikatnie jej zaciśniętej dłoni, na co Ludbell odskoczyła, sięgając instynktownie do pustego już kołczanu.
Opuściła dłonie widząc przed sobą klęczącego Malthaela. Zauważyła głębokie rozcięcia na jego ramieniu i klatce piersiowej, ale mimo to na brudnej i zakrwawionej twarzy elfa malowała się ulga, którą po chwili ogarnęła i ją.
Podeszła do niego powoli i oparła swoje czoło o jego.
– Miałeś nie robić nic głupiego. – szepnęła, na co ten zaśmiał się cicho.
– Jak dobrze, że nie wyczerpałem jeszcze limitu ratowania elfów.
Odsunął się od niej, gdy padł na nich cień podchodzącego powoli mężczyzny. Stojący za Imperatorem Grimwold patrzył zamyślony na Ludbell, która ucieszyła się, że jego ramię wygląda już normalnie.
– Imperium po wsze czasy zapamięta wasze imiona. – powiedział uroczyście Karl Franz. – Wy…
Jego słowa zostały zagłuszone przez dobiegające z lewego skrzydła armii wiwaty. Niziołek uśmiechnęła się do towarzyszy, którzy wyszczerzyli zęby, gdy zrozumieli co skandują żołnierze.
– Golgni! Golgni! Golgni!
– Nic mi nie jest, naprawdę.
– Jesteś cała posiniaczona i podrapana i…
– I to nic. Naprawdę. Powinieneś pomóc innym.
Grimwold nalegał na uzdrowienie Ludbell całą drogę do południowej bramy Altdorfu. Ta jednak, trzymając kurczowo dłoń Malthaela, nie czuła bólu, a jedynie przejmujące zmęczenie. Mag Światła wciąż nie wyglądał na przekonanego.
– Zajmę się nią. – powiedział elf ochrypniętym głosem. – Po prostu potrzebuje odpoczynku.
– Tia, jakoś źle mi się to kojarzy. – mruknął Grimwold.
– Słucham? – zapytała Ludbell.
– Nic, nic. – odparł szybko. – Jeśli wyjedziecie bez rozmowy ze mną i wytłumaczenia, co tu się do jasnej cholery stało, to znajdę was i…
– Porozmawiamy. – wyczerpany głos Ludbell sprawił, że znów spojrzał na nią z troską, na co niziołek przewróciła oczami. – Nie przejmuj się tak, proszę. I… Dziękuję ci za wszystko, Grimwoldzie. Naprawdę.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Tolzen kiwnął głową i odszedł w kierunku lazaretu. Ludbell westchnęła cicho widząc, że ostatnie kosmyki jego płomiennorudych włosów zbielały, a tęczówki zbladły.
Dotarłszy pod mur, usiedli pod nim ciężko. Malthael położył przed sobą dwie części złamanego miecza wpatrując się w nie zamyślony.
– Co ci się śniło? – zapytał nagle. – Ostatnio, kiedy miałaś ten koszmar.
– Ja… - zastanowiła się chwilę, gdy przerażające nocne wizje zaczęły mieszać się z koszmarem bitwy. – Że przegraliśmy. – szepnęła. – Wszyscy nie żyli, a ja weszłam do świątyni Sigmara. Zobaczyłam ciebie i Archaona i…
Nie mogąc wydusić z siebie reszty, złapała go za ramię chowając w nie twarz. Nie mając siły płakać, oddychała spazmatycznie czując jak elf przyciąga ją do siebie.
– Nie wiem, co by się stało gdybyś się wtedy nie pojawiła. – powiedział cicho w jej złote włosy. – Dziękuję.
Powoli odpływała wśród jęków poranionych żołnierzy szukających pomocy, modlitw, uzdrawiających zaklęć i wiwatów. Trzymając się kurczowo Malthaela, dziękowała w duchu wszystkim znanym sobie Bogom, że wyszli z tego cało.
– Ludbell. – spokojny głos elfa wyrwał ją z półsnu. – Chodźmy stąd.
Mruknęła niezrozumiale w odpowiedzi i wstała, coraz bardziej czując obolałe ciało. Rozejrzała się wokół widząc, że pole bitwy powoli pustoszeje. Żołnierze kierowali się do miasta, śpiewając i wiwatując, idąc zwycięskim korowodem ku pałacowi Imperatora. Westchnęła cicho odwracając się do Malthaela.
– Boję się. – wyznała opuszczając głowę. – Ja… Ile naszych przyjaciół zginęło? Jak mamy się cieszyć i świętować ledwo stojąc na nogach?
– Żyjemy i jesteśmy tu. – odparł, unosząc lekko jej podbródek i zmuszając, by spojrzała w jego pełne pewności oczy. – Tylko to się dla mnie liczy.
Pocałował ją delikatnie, a smak jego krwi został na jej wargach. Skinęła głową i złapawszy jego dłoń wplotła w nią palce. Tylko to się liczy.
