Światło księżyca wpadające przez okno karczmy oświetlało ciche wnętrze izby. Siedząca na skraju łóżka Ludbell starała skupić się na widocznych z daleka srebrnych chmurach, ale obrazy bitwy wciąż nawiedzały jej myśli nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Przemówienie Karla Franza było proste i tym bardziej uderzyło w serca mieszkańców Imperium. Wiedziała jednak, że za kilka lat nie będzie już pamiętała jego słów ani wiwatów żołnierzy skandujących ich imiona jako bohaterów.

Enoi, Franz, Kurt, Paulus. Setki osób, których nie poznała. Dziesiątki ludzi opuszczonych przez przyjaciół i członków rodziny. I chociaż czuła, że Morr się nimi zaopiekuje, ciężar w jej sercu nie malał, gdy słowa Archaona zawibrowały w jej głowie: „łącząc się z Architektem Świata tam, gdzie twoje miejsce".

Tam, gdzie twoje miejsce.

Zadrżała, okrywając swoją cienką, lnianą koszulę leżącym obok kocem. Żałowała, że Malthael wciąż nie wracał, ale nie chciała słuchać kolejny raz opowieści o tym, co działo się podczas bitwy.

Po przemówieniu, Teclis, wraz z wojownikami Hoetha, którzy zdążyli już uleczyć swoje rany i, sądząc po stanie ich zbroi, oparzenia, podszedł do nich z widocznie wyczerpany.

– Dałeś radę, wuju. – powiedział Malthael, kłaniając się osobliwie.

– Chciałbym…

Najwyższy Mag urwał jednak, gdy Ludbell, ku jego zaskoczeniu, objęła go w pasie mówiąc cicho:

– Dziękuję.

Teclis odchrząknął, gdy niziołek cofnęła się za Malthaela, na którego twarzy majaczył lekki uśmiech.

– Zaiste fascynujących masz towarzyszy. – mruknął. – Chciałbym z tobą porozmawiać. I nie. – dodał, gdy bratanek spróbował mu przerwać. – To nie może zaczekać.

Zanim odszedł, zawahał się i odwrócił raz jeszcze.

– Jak się nazywasz, dziecko?

– Ludbell. – odparła zaskoczona, skłaniając się lekko. – Ludbell Koniczynka.

Nie wiedziała czy błysk zrozumienia i cień, który przemknął przez twarz Teclisa był wytworem jej zmęczonego umysłu czy zdarzył się naprawdę.

– Idź. – powiedziała do Malthaela. – Będę na ciebie czekać.

Odprowadziła go wzrokiem, gdy zrównał się z elfką, której niegdyś piękne, sięgające do pasa srebrne włosy zostały spalone do linii szczęki.

Dowiedziała się później, że wszystkie demony Tzeentcha skierowały się prosto na wzgórze, na którym Teclis odprawiał rytuał, przyciągnięte potężną magią, którą skupiał wokół siebie. Zastanawiała się jak utalentowani muszą być całkowicie wyszkoleni wojownicy Hoetha, że nikt z nich tam nie zginął.

Wracając do Karczmy pod Czerwonym Księżycem, zastała siedzących na ławce przed nią opartego o tarczę Golgniego i Grimwolda. Na brudnej szacie maga ciężko było dopatrzeć się wcześniejszej, oślepiającej bieli. Wszedłszy razem z Ludbell do środka, wypili za pamięć karczmarza, by później cały wieczór wspominać przeżyte razem chwile.

Obiecując im, że jutro się zobaczą, niziołek weszła na piętro próbując doczyścić swoje dłonie z zaschniętej krwi mutanta i gryfa Imperatora.

Kilka godzin potem, w bladym blasku Mannslieba wciąż miała wrażenie, że jej ręce są brudne, mimo tego, że nie widniały na nich żadne ślady posoki. Wiedząc, że nie zaśnie przed powrotem Malthaela, z westchnieniem wyjęła książkę, którą dostała na urodziny i podeszła do biurka zapalając stojąca na nim świece.

W rozedrganym świetle jej wzrok padł na pozostawione przez Malthaela pergaminy. Zbierając wszystkie, by odłożyć je na bok, zatrzymała się nagle. Dopiero teraz zauważyła, że jedyna rzecz, którą napisał w Reikspielu, a którą zignorowała poprzedniego dnia, była adresowana do niej.

Wpatrzona w swoje imię napisane ręką Malthaela zastanawiała się, co zrobić. Dlaczego tak trudno było jej teraz odłożyć ten pergamin, gdy wcześniej było to takie łatwe?

Bo już wypełnił swoje zadanie, dla którego przybył do Imperium.

Niziołek wzięła głęboki oddech wkładając list między inne. Otworzyła książkę, nie mogła się jednak skupić, zalewana natłokiem kolejnych myśli. Zirytowana coraz intensywniejszym bolesnym pulsowaniem w głowie, zamknęła oczy kładąc się na stronach przed sobą i złorzecząc na wszystko.

– Dobrze wiedzieć, że prezent jednak ci się nie podoba. – usłyszała, gdy drzwi za Malthaelem zamknęły się z trzaskiem.

– Boli mnie głowa. – poskarżyła się wzdychając i wyprostowując się. – To wszystko. Musisz być wykończony. – dodała, gdy podszedł do niej zerkając na złożone z boku pergaminy. – Przyniosę ci wody i…

– Nie przeczytałaś. – przerwał jej zaskoczony.

– Nie. – przyznała, wstając. – Zaraz przyjdę, tylko mi tu nie padnij.

Wyszła z pokoju zastanawiając się, co takiego myślał o niej Malthael będąc tak zdziwionym, że zignorowała list. Może i jestem ciekawska, ale nie dam mu więcej powodów, by uważał, że mu nie ufam. Wzięła przygotowaną wcześniej wodę i powoli wróciła do izby, uważając, by jej nie wylać.

Zastała elfa trzymającego płonące pergaminy w dłoniach, które wrzucił do pustego wiadra. Chcąc zamknąć drzwi, usłyszała zirytowane miauknięcie, na które mimowolnie się uśmiechnęła.

– Gdzieś ty był, kolego? – zapytała, wpuszczając czarnego kota do izby. – Proszę. – zwróciła się do Malthaela stawiając wodę obok bali. – Możesz mi w międzyczasie opowiedzieć, co tak długo was zajmowało.

– Głównie omawialiśmy rytuał i jego możliwe zastosowania, zalety i wady. – wzruszył ramionami. – Poprosiłem też, żeby znaleziono Aponimusa i Giselbrechta, wszystko obracało się wokół tego, więc… nic ciekawego.

– Ale pewnie nie tylko tego? – zapytała, kładąc się na łóżku, nie odrywając wzroku od elfa.

– Nie. – westchnął. – Wuj wyczuł to, co działo się ze mną podczas walki z Archaonem.

– Z tak daleka? – zdziwiła się. – Byłam tam, a wciąż nie wiem, co się wydarzyło.

– Ja do końca też nie, ale będziemy to badać. Przynajmniej taki jest plan.

Ludbell odwróciła się na plecy i zamyśliła się, patrząc na drewniany sufit nad sobą. Dzięki obecności Malthaela czuła się lepiej, ale wciąż zastanawiała się czy powinna poruszać wrażliwe tematy. Uśmiechnęła się, gdy twarz nachylającego się nad łóżkiem elfa pojawiła się przed jej oczami.

– Od kogo otrzymałaś wtedy błogosławieństwo? – zapytał, ubierając się. – Nie widziałem jeszcze takiej bezpośredniej interwencji Bogów podczas walki.

– Poprosiłam Taala żeby nam pomógł. – odparła, wtulając się w Malthaela, który położył się obok niej. – Ale nie wiem, co go do tego skłoniło.

– Myślałem, że to ja daję ci się do wszystkiego namawiać. – szepnął. – Ale widzę, że skoro potrafisz przekonać nawet Boga, to chyba nie mam sobie nic do zarzucenia.

Jego miarowy oddech uspokajał ją coraz bardziej aż wreszcie zapadła w głęboki, niezakłócony koszmarami, sen.

Wpadające do izby promienie słońca sprawiły, że przeciągnęła się nie otwierając oczu. Pomyślała o porankach, które spędzili z elfem dawno temu podczas podróży do Altdorfu.

– Dzień dobry. – powiedział Malthael wodząc palcami po ramieniu Ludbell, wzmacniając jej wspomnienie.

– Nie uciekniesz ode mnie? – mruknęła, oplatając mu nogę wokół uda.

– Miałem nadzieję, że będzie wręcz odwrotnie. – zaśmiał się cicho, przyciągając ją bliżej siebie.

– Słucham? – zapytała otwierając powieki i spoglądając w akwamarynowe morze rozbawionych oczu elfa.

– Chciałem zacząć ten poranek od śniadania, ale…

– Ooo tak, śniadanie! – przerwała mu, czując nagle jak bardzo jest głodna, na co Malthael wybuchł śmiechem.

– No tak, twarde zasady.

Ubrawszy się zeszli na dół, gdzie stanęli zaskoczeni u stóp schodów. Wszystkie stoły zepchnięte były w jeden duży po środku głównej sali karczmy. Zapach jedzenia i dźwięk spokojnych, rozluźnionych rozmów sprawił, że Ludbell poczuła się jak w domu.

Roześmiani Taratain i Finoran siedzieli po dwóch stronach Thronriego, który zaskakująco dobrze się bawił, mając towarzyszy do porannego picia mocniejszego trunku. Giselbrecht i Aponimus dyskutowali żywiołowo z ubranym w śnieżnobiałą szatę Grimwoldem, a Bodgy co chwilę podkradał coś z talerza któregoś z nich. Za to Golgni, ku zdziwieniu Ludbell, stał za barem, rozmawiając z opartym niedbale o szynkwas Leopoldem.

– Oho, zobaczcie, kto w końcu wstał! – zawołał Bodgy, zrywając się i podbiegając ku nim. Objął Ludbell i podał dłoń zaskoczonemu Malthaelowi. – Pomyśleliśmy, że dobrze byłoby trochę poświętować we własnym gronie. Nie macie nam za złe?

Wzruszona Ludbell pokręciła głową, ledwie widząc przez zaszklone oczy. Wraz z Malthaelem uśmiechnęli się szeroko i usiedli na wolnym obok Aponimusa miejscu. Szary mag odwrócił się ku nim i wyciągnąwszy fajkę pokręcił z dezaprobatą głową.

– Czy nie umawialiśmy się, Malthaelu? – błysk rozbawienia w oczach mężczyzny kontrastował z jego poważną miną. – Miałeś się nie popisywać, nie pamiętasz?

– Mnie obiecał, że nie będzie robił nic głupiego. – pożaliła się Ludbell udając naburmuszoną, gdy drżące kąciki ust znów przerodziły się w uśmiech.

– A mi obiecaliście oboje, że wyjaśnicie wszystko, co się stało. – wtrącił Grimwold, patrząc na nic niecierpliwie. – Zapraszam.

– Chcesz wiedzieć jak najszybciej? – zapytał Malthael przekrzywiając lekko głowę.

– Tak!

Elf zaczął ledwie dosłyszalnie szeptać, na co Aponimus uniósł brwi ze zdziwieniem.

– Giselbrecht, odłóż sztućce, proszę. I wyciągnij ręce w bok.

– Co? – zapytał mag ametystu w momencie, gdy Grimwold padł na niego bez zmysłów, wytrącając widelec z jego pulchnej dłoni, na co leśne elfy i Thronri wybuchli śmiechem.

– Za niedługo powinien się obudzić, nie martw się. – wyjaśnił Malthael zaniepokojonej niziołek. – Przywróciłem mu wspomnienia, których chciał się pozbyć.

– No, no. – powiedział podchodząc do nich Leopold. – Widzę, że mogłem skończyć wtedy gorzej niż tylko z bólem ręki. Nie, spokojnie. – dodał, widząc, że Malthael chce mu przerwać. – Należało mi się. Przepraszam was za tamten wieczór, domyślam się, że mogło być to dla was… niekomfortowe.

– Właściwie to chyba powinienem ci za to podziękować. – odparł elf. – W niczym nie zawiniłeś.

– A ja dziękuję tobie za ten piękny widok. – rzekł szczerzący zęby Leopold, wskazując na pozbawionego zmysłów Grimwolda. – Nie spodziewałem się, że będzie mnie drażnić bardziej niż kiedyś, ale zaczynam się przekonywać, że wszystko jest możliwe. Wiecie, że jak tu wszedłem, to przygwoździł mnie do ściany jakimś zaklęciem krzycząc, że jestem wyznawcą Slaanesha? – pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Co takiego? – oczy Ludbell otworzyły się szeroko.

– Jakby to powiedzieć… Miałem pewien nieprzyjemny epizod z łowcami czarownic, którzy stwierdzili, że znamię na mojej nodze łudząco przypomina znak Boga Chaosu. Nie wiem czego się naćpali, może jakiegoś spleśniałego dziwnokorzenia, bo mi zawsze wyglądało to na plamę obok kilku innych plam. W każdym razie… Panie Pogromco Nieumarłych! – krzyknął do Golgniego. – Może byś przyniósł coś do picia tym dzielnym wojom?

– Spierdalaj! – przetoczyło się przez karczmę, a śmiech zagłuszył dźwięk otwieranych drzwi.

– Żegnam serdecznie. – chrząknął Thronri do wchodzącej kobiety. – Przyjęcie prywatne.

– I bardzo dobrze. – odparła Anathil ściągając kaptur. Rozmowy ucichły, a pośród nagłej ciszy słychać było jedynie gwizdnięcie Finorana. – Muszę porozmawiać z Malthaelem.

Elf westchnął i ścisnąwszy dłoń niziołek podszedł do kobiety, nie wychodząc z nią jednak na zewnątrz jak się spodziewała, a odprowadzając ją w kąt sali z wyczekującym, zniecierpliwionym wyrazem twarzy.

– Hej, Ludbell. – powiedział głośno Finoran. – Czy ty nam czasem czegoś nie obiecałaś? – uśmiechnął się przebiegle podsuwając jej kielich.

– Błagam cię, jeszcze nawet nie zjadłam śniadania! Ale dotrzymam słowa. Wieczorem?

– Zgoda. – odparli jednocześnie Taratain, Finoran i Thronri.

– Dajcie mi herbaty. – słabe jęknięcie wstającego z ziemi Grimwolda wystarczyło, by wszyscy znów zaczęli śmiać się i ze sobą rozmawiać, ignorując nowoprzybyłą elfkę.

– Jak się czujesz? – zapytała nieśmiało Ludbell wychylając się w stronę Tolzena, który stanąwszy przy niej po prostu ją objął.

– Dobrze, że jesteś. – rzekł, a niziołek zdusiła rodzący się w gardle szloch szczęścia.

– Aponimusie Gebauer, Giselbrechcie Gebauer. – rozległ się zimny głos podchodzącej do nich elfki. – Winna wam jestem… przeprosiny. Nie sądziłam, że ludzie będą w stanie posiąść tak zaawansowaną wiedzę magiczną, co było, jak się okazuje, błędem.

Mimo przyznania swojej porażki, każde słowo w ustach Anathil brzmiało jak obelga, na co Ludbell przewróciła oczami i spojrzała na stojącego obok niej Malthaela, który wyglądał na głęboko zamyślonego.

– Byłbym głupcem trzymając urazę do tak niezwykłej kobiety jak ty, Anathil Gwiazdo Zaranna. – Aponimus wstał i skłonił się ku niej.

– Cieszę się zatem. – odpowiedziała z lekkim zaskoczeniem w głosie. – Ludbell. – zdziwiona niziołek spojrzała na elfkę, która się zawahała. – Nie jest ci jednak tak źle bez tych blizn.

– Dziękuję. – powiedziała i uśmiechnęła się do niej. – Może zostaniesz? Chociaż na chwilę.

– Na chwilę… nie zaszkodzi. – odparła i usiadłszy między Grimwoldem a Giselbrechtem, którzy znów rozpoczęli przerwaną wcześniej dysputę, włączyła się w nią bez problemu, ku zaskoczeniu magów.

Rozmawiali, śmiali się i jedli niemalże cały dzień. Wszyscy, łącznie z Anathil, bawili się cały czas, świętując wygraną, pijąc za poległych i radując się z tego, że mogą spędzić ze sobą wspólne, spokojne chwile zanim każdy z nich rozejdzie się w swoją stronę.

– Przejdziemy się? – szepnął Malthael, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, na co Ludbell ochoczo pokiwała głową.

Wstali ku ogólnym krzykom niezadowolenia, które uspokoili mówiąc, że niedługo wrócą. Wychodząc usłyszeli podpitego Thronriego wciąż rozmawiającego z elfami:

– Ludbell to sobie kiedyś porządnego męża znajdzie, mówię wam, nie takiego jak ten nasz ochlapus, obżartus Bodgy.

– SŁYSZAŁEM.

Niziołek parsknęła śmiechem, wplatając palce w dłoń Malthaela. Zalany pomarańczowym światłem Altdorf był zaskakująco spokojny, co było odmianą od głośnej karczmy, w której siedzieli od rana.

– Nie spodziewałam się, że wszyscy będą się tak dogadywać. – powiedziała radośnie.

– Ludbell… - zaczął, a niziołek spojrzała na niego czując stres w jego głosie. – Będę musiał wrócić do domu. To znaczy…

– Płyniesz razem z wujkiem i resztą na Ulthuan. – weszła mu w słowo, czując jak żołądek ściska jej się mimowolnie. – Masz szkolenie, zagadkę do rozwiązania, to, co zostawiłeś i…

– Chcę żebyś popłynęła ze mną.

Jego słowa zawisły w powietrzu, gdy stanęli na pustym placu wśród promieni dogasającego słońca. Cisza trwała coraz dłużej, a Ludbell zastanawiała się, ile czasu zajmie jej sformułowanie odpowiedzi, na którą czekał.

– Ja… oczywiście, że tak! – powiedziała głośniej niż zamierzała. – Ale… jak to wszystko… jak to sobie wyobrażasz, przecież…

– Nie wiem. – uśmiechnął się szeroko. – Ale się dowiemy.

Euforia i szczęście ogarnęły ich oboje, gdy jednak wrócili do karczmy, Ludbell spojrzała na siedzącą niedaleko Anathil, przypominając sobie ich rozmowę w Marienburgu. Nie myśl, zrugała się w duchu, wiedząc, że już za późno.

Ku jej uldze, Thronri i leśne elfy wypiły już tyle przez cały dzień, że nie byli w stanie rzucić jej wyzwania tego wieczora. Wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić, aż w karczmie zostali jedynie Malthael, Ludbell i Golgni, wciąż stojący za barem i wpatrujący się w wiszącą na ścianie tarczę.

– Wszystko w porządku? – zapytała niziołek, podchodząc do krasnoluda.

– Kiedy wyjeżdżacie. – powiedział i odwrócił się do elfa. – Ta srebrnogrzywa mówiła, że niedługo.

– Zapewne za jakieś trzy, cztery dni. – odparł Malthael. – Wszystko zależy od Teclisa.

– Wracasz na wyspę elfów, hę? Chyba dobrze w końcu wrócić do domu. – odwrócił się ku tarczy. – A ja… wydaje mi się, że właśnie znalazłem swój.

– Franz byłby szczęśliwy wiedząc, że zajmujesz się jego dziedzictwem. – powiedziała Ludbell kładąc mu dłoń na ramieniu.

Zostawili zamyślonego Golgniego idąc do swojego pokoju. Kiedy tylko drzwi się zamknęły, Ludbell spojrzała na Malthaela.

– Coś nie tak? – zapytał.

– Nie, nie. – odparła, ukrywając przed nim swoją twarz. – Dużo się ostatnio dzieje, chyba mnie to przytłoczyło.

Czuła, że wiedział. Nigdy nie potrafiła go okłamać, nawet w czymś tak błahym jak samopoczucie. Nie skomentował jednak jej słów, a milczenie towarzyszyło im przez resztę wieczoru.

Długo nie mogła zasnąć, a podjęta decyzja ciążyła jej w sercu, gdy niebo na zewnątrz powoli zaczęło szarzeć i jaśnieć. Spojrzała na spokojną twarz Malthaela i poczuła jakby wszystko, czym była, zaczynało z niej ulatywać.

Trzy dni... To wszystko, co nam zostało?

To wszystko, co zostało tobie, usłyszała bolesny szept w głowie.