Ostatnie spędzone w stolicy dni minęły zdecydowanie za szybko.
Kolejnego ranka otrzymali zaproszenie od Imperatora na oficjalną ucztę, na której mieli zostać odznaczeni za zasługi podczas Bitwy o Altdorf. Niechęć Ludbell do tego wydarzenia była niemal równa tej Malthaela, nie mogli jednak zignorować wezwania od samego Karla Franza.
Postanawiając wyjść tak szybko, jak tylko będzie to możliwe, spotkali się po południu wraz z Golgnim i Grimwoldem przed wejściem do pałacu. Niziołek wstrzymała oddech, gdy zobaczyła zbliżającego się ku nim Verspasiana Kanta, który, spojrzawszy jej w oczy, skłonił lekko głowę i nie zatrzymując się, ruszył dalej.
– Rozmawiałeś z nim? – zapytała cicho Grimwolda, na co ten wzruszył ramionami.
– Rozmawiałem, ale o nic nie pytał. Chyba woli nie wiedzieć.
Westchnęła z ulgą, zauważając jednak przyglądającego się jej dziwnie Golgniego.
– No co? – zdziwiła się.
– Co ty masz na sobie? – burknął.
Spojrzała w dół na swoją długą, zieloną suknię. Za namową Malthaela uznała, że taki ubiór bardziej pasuje do pałacowych uczt, ale i tak wybrała jeden ze skromniejszych krojów. Zaczerwieniła się i przygładziła nerwowo materiał.
– Myślałeś, że ubiorę się jak na polowanie? – wymamrotała. Nie pamiętała, kiedy ostatnio miała na sobie suknię, czuła się w niej jednak zadziwiająco dobrze.
– Wyglądasz zjawiskowo, Ludbell. – rozległ się za nimi głos Aponimusa. – A Pogromca Nieumarłych z łatwością powinien zauważać takie rzeczy.
– Przyznaj się. – powiedział z Grimwold patrząc na krasnoluda z politowaniem. - Nie wpadłeś wcześniej na to, że Ludbell jest kobietą, prawda?
– Błagam was, czy musimy to ciągnąć? – jęknęła niziołek, chowając palącą ją twarz w dłoniach. – Chodźmy już lepiej i miejmy to za sobą.
Uczta była dokładnie taka, jak wyobrażała sobie Ludbell: niesamowicie wystawna i niesamowicie dla niej nudna. Zaczepiany co chwilę Malthael rozmawiał z niezliczoną rzeszą ludzi, co wyraźnie go drażniło, ale pod karcącym spojrzeniem niziołek opanowywał się, jak tylko mógł.
– Pójdę się przewietrzyć, zaraz wrócę. – powiedziała, gdy był zajęty dyskusją z jednym z wojowników Hoetha, który zupełnie ją ignorował. Malthael rzucił jej pełne wyrzutów spojrzenie, na co ona zaśmiała się cicho.
Chłodne, wieczorne powietrze otrzeźwiło nieco zmysły niziołek, która, oparłszy się o poręcz tarasu, podziwiała widok na zasypiający Altdorf. Zielone światło Morrslieba sprawiło, że zadrżała, obejmując ramiona dłońmi.
– Nie widziałam cię jeszcze bez łuku, łowczyni. – Anathil podeszła do niej, a niezwykle kunsztownie zdobione, granatowe szaty podkreślały kolor jej alabastrowej skóry. – Nie czujesz się bezbronna?
– Zawsze się tak czuję. – westchnęła szczerze, na co elfka uniosła brew w zdziwieniu. – Przepraszam, nie powinnam…
– Słyszałam, że opuszczasz Imperium. – przerwała jej. – To prawda?
Ludbell spojrzała w zimne, błękitne oczy Anathil, która patrzyła na nią z wyczekiwaniem.
– Pytasz, bo chcesz mieć poczucie kontroli nad sytuacją czy dlatego żeby znów zaplanować jakiegoś rodzaju intrygę? – wypaliła.
– Pytam, bo jestem ciekawa, co zrobisz. – odparła, mrużąc oczy. – Twoje decyzje są niezwykle… nieszablonowe. I chociaż wciąż jestem zdania, że inne rasy są w pewnym stopniu ułomne, tak chyba zaczynacie mnie fascynować. – odwróciła się zerkając na rozmawiającego w sali balowej Aponimusa.
– Wybacz mi, Anathil, ale nie będę przedmiotem twoich badań. – powiedziała niziołek, na co elfka zaśmiała się perliście.
– Nie możesz być aż tak naiwna, Ludbell. – pokręciła głową w niedowierzaniu. – Praktycznie każdy tu obserwuje każdy twój ruch, zastanawiając się, dlaczego tak bardzo zależy wam na trwaniu w czymś zupełnie jałowym.
– Miłego wieczoru, Gwiazdo Zaranna. – odparła sucho, zostawiając ją, wciąż śmiejącą się, na pałacowym tarasie.
Nie mając już ochoty udawać, że dobrze bawi się na uczcie, poprosiła Malthaela o powrót do karczmy, na co on zgodził się z entuzjazmem.
Kolejne dni i pożegnania zlewały się w jedno, a jedyne na czym Ludbell potrafiła się skupić to bliskość elfa. W dniu wyjazdu, Grimwold i Golgni czekali już na nich na parterze karczmy z minami wyrażającymi zbyt wiele różnych emocji.
– Macie pisać. – rozkazał Tolzen. – Może i listy będą szły długo, ale po prostu piszcie.
– Obrzydły mi już te pożegnania. – burknął krasnolud, przecierając lekko zaczerwienione oczy. – Jak wrócicie to wiecie…
– Wiemy. – Malthael uśmiechnął się serdecznie. – Już tyle razy się żegnaliśmy, że chyba nie ma sensu tego powtarzać, co?
– Szczęśliwej podróży. – Tolzen objął Ludbell, która zamknęła mocno powieki próbując nad sobą panować. – Mam nadzieję, że znajdziesz w końcu swoje miejsce, Koniczynko.
– Powodzenia, Grimwoldzie. – odparła cicho. – Dziękuję ci za wszystko. Tobie też, Golgni. – zwróciła się do krasnoluda. – Jeśli nie zrównasz karczmy z ziemią w ciągu miesiąca to później pójdzie już z górki.
Wyszli na budzące się dopiero ulice Altdorfu, a szare, ciężkie chmury zwiastowały nieuchronny deszcz. Kierując się w stronę doków, już z daleka zobaczyli Teclisa wraz z uczniami wchodzącego właśnie na pokład barki płynącej prosto do Marienburga.
– Malthaelu… - zaczęła, zatrzymując go zanim wszedł na prowadzący na łódź trap. Elf zatrzymał się zaskoczony i spojrzał na niziołek. – Nie możemy. – powiedziała cicho, a jego uśmiech zbladł.
– Co takiego?
– Nie mogę z tobą popłynąć. – miała wrażenie, że wypowiadane słowa kaleczą jej gardło. Złapała jego zdrętwiałą dłoń. – Powinieneś skupić się całkowicie na dokończeniu szkolenia. Poza tym… – westchnęła. – Jak miałabym tam żyć? Cały czas odrzucałeś tę myśl, ale, jeśli Bogowie pozwolą, zostało mi może osiemdziesiąt lat? Czym to jest przy twojej wieczności, Malthaelu?
– Ludbell, przecież to…
– To jest istotne. – przerwała mu. Wziąwszy głęboki oddech zmusiła się by spojrzeć w jego zbolałe, poszarzałe oczy. - Nie chcę byś widział przez wszystkie lata jak się starzeje, niedołężnieje i umieram, podczas gdy ty się nie zmienisz. Nie chcę żebyś cierpiał, gdy odejdę i nie mogę skazać cię na pustelnicze życie przez dziesięciolecia, gdy będę już w podeszłym wieku. Nie mogę ci tego zrobić.
– Zostanę z tobą. – powiedział nagle, klękając przed niziołek i kładąc dłonie na jej policzkach. – Tutaj, w Imperium.
– Nie zostaniesz. – pokręciła głową. – Twoje zadanie tutaj się skończyło. Masz przed sobą ważniejsze rzeczy. Sam dobrze o tym wiesz… Oboje wiedzieliśmy już na samym początku.
Kiedy ją pocałował miała wrażenie, że wszystkie cienie zbiegły się w miejscu, w którym stali. Niziołek z całych sił starała się panować nad swoim ciałem i uczuciami, by nie przysłoniły jej tego, co musiała zrobić.
– Obiecaj mi jedno. – szepnęła. – Kiedy skończysz szkolenie i przypłyniesz na kontynent… Znajdź mnie, dobrze?
– Wrócę. – odparł z mocą, a widoczny w akwamarynowych oczach elfa ból przysłoniła determinacja. – Obiecuję.
Ostatni raz spojrzała na jego twarz próbując zapamiętać ją w najdrobniejszych szczegółach. Wstrzymując łzy, uśmiechnęła się smutno, gdy Malthael wstał i nie odwracając się, wszedł na barkę. Zauważyła, że wszyscy wojownicy Hoetha obserwowali rozgrywającą się między nimi scenę, nie obchodziło jej to jednak. Natrafiwszy na nieodgadniony wzrok Teclisa, cofnęła się o kilka kroków.
Kiedy barka odbiła od brzegu, przestała nad sobą panować. Upadła na kolana raniąc je boleśnie o wystające kamienie, drżąc i mając wrażenie, że rozpada się na kawałki. Nie wiedziała, jak długo nie mogła wstać.
Po czasie wydającym się być wiecznością, podniosła się i skierowała ku głównemu traktowi prowadzącemu na północ. Szła tak długo, aż krwawiące stopy odmówiły jej posłuszeństwa.
Ona jednak nie czuła nic, zostawiając całą siebie przy Malthaelu, który był już daleko stąd.
