Czarnowłosy elf z przewiązanym na plecach nieprzeciętnie długim mieczem szedł w kierunku wzgórz, a krzyki mew z oddalonego miasta niosły się po kwitnących łąkach Nordlandu. Słońce stało już wysoko na niebie, gdy jego oczom ukazała się niewielka chałupka otoczona morzem kwiatów i grządek z warzywami.

Drzwi chatki otworzyły się, a z jego środka wybiegła gromadka pucułowatych niziołczych dzieci o zaczerwienionych policzkach i kręconych włosach.

– Tylko mi proszę od razu do domu, bo zaraz zrobi się ciemno! – zawołała za oddalającymi się brzdącami stojąca w progu staruszka. Jej srebrne w świetle słońca włosy związane były w niedbały kok, a kwiecisty fartuszek sprawił, że elf uśmiechnął się lekko.

Dzieci, wnuczęta, dom… Chyba tak miało być, pomyślał, czując jednocześnie ukłucie żalu i bólu, że zbyt długo zajęły mu badania na Ulthuanie.

Staruszka odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk włosów zauważając stojącego w oddali mężczyznę. Oparłszy się niedbale o framugę, skrzyżowała ręce na piersi i uśmiechnęła się niedowierzaniem. Elf bez wahania ruszył ku niziołek, której bystre, niebieskie oczy śledziły każdy jego ruch.

– Długo kazałeś mi czekać. – powiedziała, a jej pomarszczona twarz zadrżała, gdy powstrzymywane łzy wylały się na jej policzki. – Ale wiedziałam, że przyjdziesz.

– Wybacz mi, Ludbell. – skłonił się, na co ta parsknęła śmiechem.

– Widzę, że wciąż nie przekonałeś się do dłuższych włosów. – skwitowała. – I bardzo dobrze. Wejdziesz na herbatę?

Cofnęła się, by wpuścić go do środka chałupki, której wnętrze diametralnie zmieniło się od jego ostatniej wizyty w Dietershafen.

– Feranail, sio. – powiedziała niziołek, zrzucając z zawalonego pergaminami stołu niezadowolonego czarnego kota o niebieskich oczach. – Zaraz to pozbieram, poczekaj chwilę.

Zaskoczony Malthael spojrzał na zwierzę, które od razu otarło się o jego nogę miałcząc przeciągle z wyrzutem. Dziękuję, że się nią opiekowałeś. Po chwili rozejrzał się wokół, wciąż zadziwiony wyglądem salonu.

Pod każdą ścianą stały sięgające sufitu regały, których półki uginały się pod ciężarem dziesiątek, jeśli nie setek książek. Najgrubsze woluminy leżały w niedbałych, upchniętych w kątach stosach, a wokół nich walały się zapisane odręcznie notatki. Na jedynej wolnej przestrzeni ściany zauważył zawieszony pokryty kurzem elficki łuk.

– Nie wiedziałem, że Dietershafen może pochwalić się takimi zbiorami. – skomentował.

– Wystarczy pomóc Imperatorowi w zwyciężeniu armii Chaosu i wszystko staje się możliwe. Tym bardziej przy względach Najwyższego Hierofanty Kolegium Światła. – odparła, przenosząc naręcze książek z jednego z foteli na ziemię. – Zaraz przyniosę herbatę, usiądź proszę.

Kiedy się odwróciła, podszedł do lekko uchylonych drzwi drugiego pokoju chałupki. Zajrzawszy bez wahania do środka, jego oczom ukazały się kolejne stosy książek, między którymi stało niewielkie, pozostawione w nieładzie łóżko. Na posłaniu, wśród odręcznych szkiców miejsc i portretów ludzi, również leżały pootwierane tomy. Na prostym, drewnianym stoliku nocnym ujrzał wytartą już okładkę atlasu zwierząt Imperium.

– Powiedziałam „usiądź", a nie „myszkuj do woli po moim domu". – westchnęła Ludbell, stawiając na ławie dzbanek i dwa kubki. Usłużnie wrócił do salonu, zajmując fotel obok niziołek. – Myślałam, że po siedemdziesięciu latach nauki wuj trochę cię ustawi, ale widzę, że niektóre rzeczy się nie zmieniają.

– Na całe szczęście i na nieszczęście. – uśmiechnął się lekko, nalewając aromatycznego naparu do kubków. – Mam nadzieję, że twoje dzieci są lepiej wychowane.

– Moje dzieci? – zapytała zaskoczona, po czym pokręciła głową. – Ach, no tak. Nie, to… To wnuki mojego brata, Falco. Uczę je, a przynajmniej próbuję, czytać i pisać. Tylko jego rodzina i moja mama przeżyli najazdy na miasto.

– Myślałem, że…

– Golgni ma dwóch synów, wiesz? – weszła mu w słowo. – Grimwold pisał, że obydwoje są równie niewydarzeni i uparci jak ojciec, ale wyjdą na dobre krasnoludy. Pomagają w prowadzeniu karczmy.

– Nie spodziewałem się, że utrzymujesz kontakt z Tolzenem. – upił łyk naparu, którego zapach przywodził mu na myśl wysokie sosny skąpane w świetle słońca.

– Odpisuje mi, gdy znajdzie czas wśród natłoku obowiązków. – spojrzała na stertę złożonych starannie pergaminów na jednym z regałów. – Pewnie doszła do ciebie wieść, że po śmierci Verspasiana…

– Jest dobrym Patriarchą. – przytaknął. – Tak przynajmniej słyszałem.

Na jednym z parapetów otwartego okna przysiadł ptak, racząc ich swoimi piskliwymi trelami. Ku zdziwieniu elfa, Ludbell nie podeszła, by je zamknąć, a jedynie spokojnie sięgnęła po dzbanek, by dolać sobie naparu.

– Nie przeszkadza ci to? – zapytał.

– Od wielu lat mało co mi przeszkadza. – westchnęła. Przyjrzał się twarzy niziołek, na której dopiero teraz dostrzegł fioletowe zasinienia pod oczami. Zauważywszy jego spojrzenie, wstała pospiesznie z fotela. – Na miłość Taala, jeszcze bym o tym zapomniała!

Wyciągnąwszy po kolei trzy opasłe księgi z dolnej półki najbliższego regały, położyła je obok elfa. Każda okładka posiadała kunsztowne, wykonane wprawną ręką, zdobienia. Z ciekawością otworzył jedną z nich, by ujrzeć zapisane przez Ludbell strony.

– Z oprawą pomógł mi Taratain. – przyznała. – Ale cała reszta jest moja. Wszystko, co wydarzyło się od jarmarku w Ubersreiku aż do bitwy o Altdorf włącznie. Chciałabym, żeby to nie zostało zapomniane wraz ze mną, więc gdybyś mógł…

– Oczywiście. – przerwał jej, przeglądając zapisane starannie stronice, by po chwili spojrzeć jej w oczy. – Dziękuję, że mi to powierzasz.

– Już trochę to na ciebie czekało. – odparła, masując sobie plecy i siadając ciężko w fotelu. – A skoro formalności mamy za sobą… widzę, że coś cię dręczy. Spodziewałeś się czegoś innego, prawda?

Jej niebieskie oczy błysnęły znad trzymanego, parującego kubka, gdy elf kolejny raz rozejrzał się po salonie.

– Cóż... – powiedział powoli. – Skoro pytasz, to… Myślałem, że zastanę cię w otoczeniu dzieci i wnuków, nie książek i pergaminów. Wydawało mi się, że tego właśnie pragnęłaś. I dlatego zostałaś w Imperium.

– Nie wiem, czy chcesz tego słuchać. – wymamrotała odwracając wzrok. – Nie mam zamiaru próbować cię okłamać czy oszukiwać w jakikolwiek sposób, bo i tak nigdy mi to nie wychodziło. – uśmiechnęła się smutno. – Ale muszę być pewna czy naprawdę chcesz wiedzieć.

– Chcę. – odparł. Muszę to wiedzieć, Ludbell.

– Po tym, jak odpłynąłeś… - jej głos załamał się lekko, by po głębokim oddechu wrócić do normy. – Tłumaczyłam sobie, że zrobiłam dobrze. Że obydwoje wiedzieliśmy o tym, że nie będzie nam dane, by wspólnie żyć, zwłaszcza przy twoich powinnościach. Ale… Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. – zauważył, że jej pomarszczone dłonie trzęsą się delikatnie. – Wróciłam do miejsca, z którego uciekłam tak dawno temu, by zastać je niemalże doszczętnie zniszczone. Moja matka… nie zadawała pytań. Po prostu przygarnęła mnie tak, jakbym nigdy nie odeszła. Ale Morr zabrał ją do siebie niedługo później. A ja ciągle czułam się tak, jakby nawet najprostsze czynności były dla mnie wyzwaniem. – pokręciła głową w zadumie. – Taratain bardzo mi pomógł. Zwykle po prostu siedzieliśmy wspólnie bez słowa, pijąc herbatę tak jak my teraz, patrząc na upływ kolejnego dnia.

– A Finoran? – wtrącił.

– Nie widziałam go od dawna, podobno stwierdził, że „nie jestem już tak zabawna, jak kiedyś". – prychnęła. – Miałam wrażenie, że przy zdrowych zmysłach utrzymują mnie tylko te nieliczne wizyty, książka, którą mi dałeś i nadzieja, że wszystko ci się układa. Wmawiałam sobie, że tak właśnie powinno być, że każde z nas musi pójść swoją drogą. Zaczęłam pisać i coraz więcej czytać, a po kilku miesiącach skontaktowałam się z Grimwoldem, który wciąż był nieświadomy tego, że zostałam w Imperium. Ale wciąż czułam się jak pusta, porzucona na morzu łódź.

– Nie miałam już pragnień. – powiedziała, kryjąc twarz w dłoniach. - Nie miałam celu. Żyłam, i wciąż żyję, od wschodu do zachodu słońca, a w trakcie kolejnych bezsennych nocy, jestem w stanie myśleć tylko o jednym.

Wstawszy z fotela, stanęła przy oknie tyłem do Malthaela. W jej odbiciu zauważył, że zamknęła oczy.

– Codziennie zadawałam sobie pytanie, czy decyzja, którą podjęłam, była słuszna. Bo skoro była, to dlaczego tak bardzo jej żałowałam? Dlaczego moje bezużyteczne ciało zostało tutaj, podczas gdy zabrałeś ze sobą wszystko, czym byłam?

Zacisnąwszy dłonie na parapecie, oparła czoło o szybę, a dźwięk kapiących łez wypełnił izbę, w której zapadło milczenie.

– Bałam się tak wielu rzeczy. – powiedziała cicho. – Bogów Chaosu, którzy bawią się naszym życiem. Tego, że przeze mnie nie uda ci się osiągnąć tego, co powinieneś, czy że będę cię ograniczać. Zmiany, krzywe spojrzenia i szepty za plecami.

Odwróciła się, zaskoczona bliskością elfa, który chwycił jej zimne dłonie.

– Wszystko byłoby lepsze od życia z dala od ciebie. – dodała z trudem. – Przepraszam. Tak bardzo przepraszam, że mówię ci to teraz, gdy jest już za późno. Chciałabym usłyszeć od ciebie tylko jedno… czy to było tego warte? Czy znalazłeś to, co dla mnie pozostało nieuchwytne?

Tyle musiałaś czekać…

– Znalazłem. – odparł szczerze, a niziołek opuściła głowę. – Chociaż zajęło mi to dłużej niż początkowo myślałem. Wybacz mi, Ludbell, że aż tak długo.

– O czym ty...

Pociągnął niziołek w stronę fotela, sadzając sobie na kolanach czemu, początkowo z oporem, po chwili się poddała. Czuł, jak kruche stało się jej ciało, gdy go objęła.

– Przypomnij sobie walkę z Archaonem. – powiedział. – Jej ostatnie chwile. Co pamiętasz?

– Ja… walczyliście z nim, ty i Karl Franz. Pomodliłam się i wystrzeliłam strzałę.

– A gdy to zrobiłaś, czas zwolnił, prawda? – przytaknęła, wciąż nie rozumiejąc co ma na myśli. – To, co wyczuł wówczas Teclis, to właśnie to.

– Ale… jak to możliwe? – szepnęła. – To znaczy… czy ty…

– Może nie w pełni świadomie, ale… tak. Do tego doszliśmy wspólnie z wujem. I właśnie nad tym pracowałem przez siedemdziesiąt lat, Ludbell.

– Czyli potrafisz teraz panować nad czasem? – zapytała cicho.

– Nie do końca „panować", a raczej go w pewnym stopniu kształtować. Bo widzisz… - zawahał się. – Mówisz, że nie miałaś już celu. Ja z kolei miałem tylko jeden, od momentu, w którym kazałaś mi siebie opuścić. Ale obiecałem sobie, że zdradzę ci go tylko w jednym wypadku… Czy jesteś szczęśliwa, Ludbell?

– Wydaje mi się… wydaje mi się, że nie potrafię być szczęśliwa bez ciebie. – odparła ukrywając przed nim swoją twarz. – To, co czuję w tej chwili… Mam wrażenie jakbym pierwszy raz od wielu lat znowu była sobą.

– Przez dziesięciolecia badałem naturę czasu. – powiedział po chwili. – Wiele razy zastanawiałem się czy to, do czego dążyłem, jest samolubne. Nawet nie wiesz, co czułem, gdy cię szukałem, kiedy zastanawiałem się czy zastanę cię z kochającym mężem, dziećmi… Z tym, czego ja ci dać nie mogłem i nie mogę. Czy gdybyś mogła raz jeszcze zdecydować, to czy zrezygnowałabyś ze swojego dotychczasowego życia?

– Wolałabym spędzić z tobą tydzień i zginąć, niż raz jeszcze próbować przetrwać te wszystkie lata w samotności – szepnęła, a w tym, co powiedziała, usłyszał echo jej dawnych słów.

– Pracowałem nad pewną metodą… – zaczął powoli. – Wiem już, że może mieć skutki uboczne. Dość poważne.

– Do czego zmierzasz? – zapytała podejrzliwie.

– Myślę, że byłbym w stanie, w pewnym sensie… cofnąć upływający w twoim ciele czas. – odparł. – Jednak nie wiem jaki miałoby to wpływ na twoją pamięć i obawiam się, że jeśli kiedyś chciałabyś mieć potomstwo… mogłoby się to stać niemożliwe.

– Poczekaj. – przerwała mu, odsuwając się i patrząc w oczy. – Potrafiłbyś zatrzymać starzenie się mojego ciała tak, żebym… żebyśmy mogli żyć tyle samo?

– Tak. – odparł. – Jeśli chciałabyś zacząć od początku… Mógłbym pokazać ci Ulthuan. Stworzylibyśmy nasz wspólny dom… I niczego nie musiałabyś się już bać. Szczególnie tego, że w jakikolwiek sposób mnie ograniczasz. Bo to ty, Ludbell, jesteś wszystkim, co pozwala mi iść naprzód.

Po jej twarzy kolejny raz tego dnia spłynęły łzy. Bijące od niziołek niewyobrażalne szczęście sprawiło, że pierwszy raz od wielu lat elf poczuł jak ciasny, zawiązany wokół jego płuc supeł rozluźnia się.

– Przemyśl to, proszę. – powiedział jednak, powoli się opanowując. – Skutki uboczne mogą pozbawić cię zbyt wiele, a nie chcę sprawiać, że następne lata będziesz żałować kolejnej decyzji. Zastanów się, co jeśli znudzi ci się życie ze mną, co jeśli naprawdę chciałabyś założyć rodzinę…

– Wątpię, bym żałowała czegokolwiek bardziej niż tego, że nie weszłam z tobą na tę barkę. – przerwała mu przełykając łzy.

– A wspomnienia? Nie wiem czy również nie zostaną cofnięte.

– Nie będę żałować czegoś, czego nie pamiętam. A tego, co do ciebie czuję, na pewno nie zapomnę. – po chwili wahania uniosła dłoń i przyłożyła ją do jego twarzy. – W dodatku będziesz miał dużo czasu, by wszystko mi opowiedzieć, prawda? Jeśli ty jesteś tego pewien, to i ja jestem. Będziesz czegoś potrzebował?

– Gdybyś miała jakiś przedmiot… coś, z czym jesteś emocjonalnie związana od konkretnego momentu w swoim życiu, od wtedy aż do teraz. Zdecydowanie by mi to pomogło.

Ludbell rozejrzała się po izbie w zamyśleniu, po czym wyjęła z jednej ze swoich kieszeni pierścień należący niegdyś do Malthaela, na widok którego elf uśmiechnął się i pokręcił głową w niedowierzaniu.

– Wciąż go masz? Dobrze, myślę, że się nada… Muszę cię też ostrzec, że jeśli twoje wspomnienia zostaną wymazane to aż do chwili, w którym związałaś się z tym przedmiotem. Zgadzasz się na to? – poczuł ulgę, gdy pokiwała głową.

– Ufam ci, Malthaelu Ukryty w Cieniu. – szepnęła, opierając czoło o jego ramię.

Odetchnąwszy głęboko, skupił się na otaczających ich wiatrach magii, przywołując je po kolei do siebie. Kiedy długa, skomplikowana inkantacja wypłynęła z jego ust, Ludbell przylgnęła do niego, szepcząc cicho wspierające go modlitwy. Zamknął oczy wyczuwając magię każdym nerwem swego ciała i ukierunkowując ją poprzez siebie w ciało niziołek.

Czerwone promienie zachodzącego słońca wypełniły izbę, gdy wypowiedział ostatnie słowa zaklęcia. Bał się jednak spojrzeć na Ludbell, której ciężar czuł w swoich ramionach. Czy ją skrzywdziłem? Odetchnął głęboko zastanawiając się, co powinien powiedzieć niziołek, jeśli jego zaklęcie wymazało wszystkie jej wspomnienia od ich pierwszych dni spędzonych wspólnie w Ubersreiku.

Nagle poczuł słodki, miękki pocałunek, całkowicie mu się poddając. Każda komórka jego ciała eksplodowała szczęściem, gdy ujrzał zaczerwienioną od emocji twarz Ludbell, której szeroki uśmiech przysłonił mu cały świat. Złote loki zalśniły, gdy entuzjastycznie przyciągnął ją do siebie.

– Co ostatniego pamiętasz, Ludbell? – zapytał, wpatrując się z uwagą w jej duże, niebieskie oczy. Niziołek zmarszczyła brwi w zamyśleniu i uśmiechnęła się.

– Pamiętam, że… że gdyby Aponimus dowiedziałby się, że potrafisz robić takie sztuczki to kazałby ci się nie popisywać. – odparła, mrugając do niego zadziornie.

Nie był pewny, co się później stało. Jej dotyk, głos i ciało stało się centrum wszechświata, a upływający wokół nich czas był niczym po siedemdziesięciu latach tęsknoty. Spragnieni siebie, zachłannie chłonęli swoją obecność, nie przejmując się chłodem czy zmęczeniem. Jej włosy o zapachu sosnowego lasu, westchnienie i bicie serca były wszystkim, co mógł sobie przypomnieć, gdy dźwięk porannych ptasich treli przywrócił go do rzeczywistości.

– Coś nie tak? – usłyszał zaniepokojony głos Ludbell, czując jednocześnie na sobie jej wzrok, gdy podniosła głowę z jego piersi.

– Dawno nic nie było tak w porządku. – uspokoił ją uśmiechając się lekko. – Czy miałabyś coś przeciwko gdybyśmy jutro stąd wyjechali? To znaczy, jeśli nic cię tu nie trzyma.

– Nie dasz mi się sobą nacieszyć, co? – zapytała z przekąsem, wodząc dłonią po jego ramieniu. – Może być jutro. Ale dziś…

– Dziś i przez następne dni, jak długo będziesz w stanie mnie znieść.

– Oj, obawiam się, że to potrwa bardzo, bardzo długo. – zaśmiała się, by po chwili krzyknąć cicho, gdy Malthael, przewróciwszy ją jednym ruchem na zimną podłogę salonu, znalazł się nad nią z łobuzerskim uśmiechem.

– Na to właśnie liczę. – szepnął.