A/N: Żyję! Wybaczcie aż... lata przerwy, ale pomiędzy pracą, studiami i hodowlą życie trochę nabrało tempa i nie chciało zwolnić. Dodatkowo inna para zatruła mi umysł i szykuje się większy oneshotowy fanfik, ale zobaczymy co, jak i kiedy.

Jak zawsze:

:język węży:


- Czy możesz mi powiedzieć, Harry, dlaczego Riddle patrzy na ciebie z chęcią mordu?

Harry tylko wzruszył ramionami, nagle z większą dokładnością przeżuwając swojego tosta z dżemem. Od wejścia na śniadanie do Wielkiej Sali był pod baczną obserwacją niejednego Ślizgona. Fakt, że wszystko zaczęło się wyłącznie od Toma, co jednak wywołało niemałe zainteresowanie innych mieszkańców Slytherinu. Najwyraźniej mało kto potrafił powstrzymać się od grupowej nienawiści do Gryffindoru, nawet jeśli nie znali jej przyczyny. Harry poniekąd podziwiał ich jednogłośne wsparcie dla kolegi z domu, w szczególności kiedy tym kolegą był Tom Riddle.

Przełknął kęs jedzenia i, starannie ignorując zaciekawione spojrzenie Septimusa, chwycił za kolejnego tosta. Usłyszał przeciągłe westchnienie i mimowolnie się uśmiechnął. W odpowiedzi oberwał kuksańcem w bok.

- Jesteś moim nowym idolem. - Algie wpatrywał się w niego z równie wielką intensywnością, co Tom zza stołu Krukonów. - Jeszcze nie spotkałem kogoś z tak wielką odwagą i pewnością siebie.

Harry zaśmiał się, ale z nutą niepewności w głosie.

- Dlaczego? Przecież nie zrobiłem nic specjalnego. Chyba, że za największe osiągnięcie uważasz brak załamania nerwowego przez tak uważne obserwowanie mojego śniadania.

- Harry. Harry. - Algie pokręcił z politowaniem głową. - Nie zgrywaj takiego skromnego. Obaj wiemy, co z ciebie za ziółko. - Porozumiewawczo mrugnął do lekko zdezorientowanego Harry'ego. - Na twoim miejscu spałbym z jednym okiem otwartym do końca twojej nauki w Hogwarcie. Po tym, jak za plecami Riddle'a zacząłeś uganiać się za tą Martą…

Harry zadławił się tostem, kiedy nagły atak śmiechu nie do końca zgodził się z jego śniadaniem. Zaczął się krztusić, na co tylko dostał parę mocnych uderzeń w plecy od Charles'a. Przez mimowolne łzy widział jak Algie z trudem powstrzymuje chichot.

- Nie ma się co śmiać, ja na twoim miejscu zacząłbym płakać - powiedział Algie, starając się wrócić do swojego poważnego tonu głosu. - Ten Riddle wygląda mi na zazdrosny typ, lepiej uważaj za kim się rozglądasz… - dodał, teatralnie zniżając głos do głośnego szeptu, doskonale słyszalnego przez ich sąsiadów. Kilka osób patrzyło na nich z mieszaniną fascynacji i przerażenia.

Dzień jak każdy inny. Ponad pół wieku do tyłu, a Harry nadal jest uważany za wariata.

- Algie, przestań rozpowiadać takie głupoty - wtrącił się Septimus, grożąc koledze widelcem. - Jeszcze ktoś w to uwierzy i Harry faktycznie będzie miał problem. Pomyśl, co zrobiłaby Warren, gdyby usłyszała twoje historie.

- Nie możesz stać na drodze do prawdziwej miłości! - wykrzyknął Algie, choć efekt swoich słów zepsuł wybuchem głośnego śmiechu.

Teraz nawet kilku Krukonów przyglądało się im z zainteresowaniem. Harry z jękiem ukrył twarz w dłoniach.


Eliksiry zaczynały się zaraz po śniadaniu, dlatego skierowali swoje kroki w stronę lochów, zostawiając za sobą wciąż chichoczącego Algiego. Harry na samą myśl wspólnych lekcji ledwo powstrzymywał się od zacierania rąk, mając przed sobą dobrowolną inicjatywę Toma do spędzenia trzech godzin razem. Fakt, że chłopak chciał tylko zaspokoić swoją ciekawość i jednocześnie planował gdzie sprawnie ukryć ciało Harry'ego po wyciągnięciu z niego wszelkich potrzebnych informacji, ale nie miało to większego znaczenia. To zainteresowanie powstrzymywało Toma od wykonania punktu drugiego z pominięciem pierwszego, co już w oczach Harry'ego było niejakim sukcesem.

- Wybieracie się w ten weekend do Hogsmeade? - zapytał Charles, kiedy przystanęli przy drzwiach do klasy. Kilkoro uczniów już czekało, rozmawiając ze sobą, bądź nanosząc ostatnie poprawki na wypracowanie zadane przez Slughorna.

- Nie byłby to taki głupi pomysł - stwierdził Septimus. - Za nami dopiero pierwsze tygodnie szkoły, nie trzeba nadrabiać zaległości w weekendy. Masz jakieś plany?

Charles wzruszył ramionami.

- Pomyślałem, że Harry może rozejrzeć się po okolicy? Zapewne nie zobaczysz nic ciekawszego niż podczas twoich podróży z opiekunem - dodał wesoło do Harry'ego, klepiąc go po ramieniu. - Hogsmeade to najbliższa w okolicy wioska czarodziejów, dlatego jest to dość popularne miejsce wśród uczniów.

- I tak miałem zamiar się tam wybrać, ale na pewno będzie milej z towarzystwem - odpowiedział Harry. - Mort, mój opiekun, chciał się ze mną spotkać. Nie pokaże tego po sobie, ale zapewne już się za mną stęsknił…

Skrzywił się mimowolnie. Mort bardziej chciał się nad nim poznęcać psychicznie, napić się dobrej herbaty a potem odejść, zostawiając za sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Przy okazji pokaże się jako troskliwy opiekun, który dba o swojego podopiecznego i tęskni za jego obecnością.

- To miłe z jego strony - skomentował z uśmiechem Septimus. Harry tylko przewrócił oczami, w duchu klepiąc się po plecach. - Z twoich opowieści brzmi na bardzo zajętą osobę.

Harry już otwierał usta, chcąc wyprowadzić kolegę z błędu, kiedy spostrzegł zbliżającą się grupkę Ślizgonów. Jego spojrzenie od razu spoczęło na Tomie, który przewodził uczniom jak przystało na przyszły czarny charakter. Nikt nie zwracał się do niego bez zaproszenia, ani nie starał się dorównać mu kroku. Jakkolwiek mogło wydawać się to imponującym pokazem siły i hierarchii, Harry czuł mimowolną litość.

Tom uśmiechał się do niego na ten swój wyćwiczony i sztuczny sposób, ale jego oczy nadal pozostawały zimne. Harry nie mógł tego tak po prostu zostawić. Złość była lepsza niż ten przenikliwy brak zainteresowania.

Uśmiechnął się szeroko i zaczął machać do chłopaka ręką.

- Tom! - zawołał, mimo dzielących ich kilku metrów. Uśmiech chłopaka wyraźnie się wykrzywił, co tylko przekonało Harry'ego w swoich poczynaniach. - Mój ulubieniec!

- Myślałem, że to Alphard jest twoim ulubionym Ślizgonem… - mruknął Charles, patrząc kątem oka na Harry'ego.

- Moim ulubionym Ślizgonem, Tom jest poza wszelką kategorią - odpowiedział wesoło Harry, nie zważając na nieswoje miny zarówno kolegów, jak i otaczających ich uczniów. - Mało kto dzieli ze sobą tak szalone wieczorowe wypady...

- Potter - przerwał mu Tom, mówiąc przez niemal boleśnie zaciśnięte zęby. Nadal starał się uśmiechać, ale linia szczęki zrobiła mu się jeszcze bardziej wyrazista od napiętej skóry, co tylko polepszyło humor Harry'ego. - Dzisiaj siedzisz ze mną na eliksirach.

Harry pokręcił głową, cmokając z wymuszonym pobłażaniem. Pogroził chłopakowi palcem, niemal nie wybuchając śmiechem na widok zniesmaczenia na jego twarzy.

- Tom, musimy popracować na twoim sposobem zadawania pytań. Jakieś proszę? Unieś trochę ton głosu na końcu zdania, niemal będzie to sprawiało wrażenie dania komuś opcji na odpowiedź. Ale nie oszukujmy się - machnął lekceważąco dłonią, niemal nie uderzając Toma w nos - nawet z takim zachowaniem jeszcze nie spotkałeś się z odmową, co? Patrząc na naszą rozwijającą się przyjaźń, nikt nie będzie zaskoczony, kiedy usiądziemy razem.

- Jestem bardzo zaskoczony - skomentował głośno Charles, co Harry postanowił zignorować. Rosier, będący wśród grupy Ślizgonów towarzyszących Tomowi, bezwiednie zaczął kiwać głową, zgadzając się z chłopakiem. Najwyraźniej w nagłych i niespodziewanych przypadkach rywalizacja między domami nie miała znaczenia.

Usta Toma były wykrzywione do tego stopnia, że w żadnym stopniu nie przypominały uśmiechu, który wcześniej zdobił jego twarz. Wyciągnął dłoń w stronę Harry'ego, jakby chciał złapać go za szyję i udusić raz na zawsze, reputację niech szlag trafi.

- Zapraszam, zapraszam - rozległ się głos Slughorna, wychylającego się z uchylonych drzwi do klasy. Zaskoczony Harry niemal podskoczył, kiedy Tom złapał go za kołnierz szaty, wyglądając przy tym na równie zdumionego swoim zachowaniem. Wpatrywali się w siebie jednakowo niepewnie, jakby żaden nie znał odpowiednich zasad postępowania w danej sytuacji. - Panie Riddle, panie Potter! Wchodźcie, moi drodzy, przed nami sporo pracy! - ponaglił ich wesoło Slughorn, nie zauważając, bądź kompletnie ignorując, nagłego napięcia wśród chłopców.

Palce na kołnierzu szaty zaczęły zwalniać swój uścisk, a Harry mentalnie podziękował Merlinowi za niezwykłe wyczucie czasu profesora. Ku swojemu zachwytowi zauważył, że uszy Toma nabrały nieco koloru, a sam chłopak nadal wyglądał na zaskoczonego samym sobą. Coś na twarzy Harry'ego musiało zdradzić jego tor myśli, gdy szok błyskawicznie przerodził się w żądzę mordu, a palce Toma ponownie zacisnęły się na szacie. Chłopak odwrócił się w stronę klasy i zaczął bezceremonialnie ciągnąć go za sobą, nie zwracając uwagi na wgapione w nich spojrzenia uczniów.

- Dobra, przecież nie odmówiłem… - zaczął Harry, ale silniejsze szarpnięcie za kołnierz uciszyło wszelkie protesty. Nawet sam tył głowy Toma wydawał się wyrażać niezadowolenie, lecz czerwony kolor nadal nie zniknął z jego uszu. Harry uśmiechnął się półgębkiem, tym razem dając za wygraną.

Nie czuł się specjalnie przegrany.

- Merlinie, Algie popłacze się ze szczęścia, kiedy o tym usłyszy. - Głos Septimusa wyraźnie wskazywał, że sam powstrzymuje się od podobnej reakcji.


Gdyby nie fakt, że Harry zostawił za sobą wszelkie instynkty samozachowawcze w wieku jedenastu lat, eliksiry byłyby dość traumatycznym przeżyciem.

Przygotowanie składników pełne było intensywnego kontaktu wzrokowego i niepotrzebnie silnych cięć nożem w stronę łodygi ciemiernika. Nawet mieszanie w kociołku było przepełnione niezadowoleniem jego partnera z ławki, chociaż Harry nie bardzo wiedział jak ktoś mógłby być przestraszony podłużną drewnianą łyżką. Sądząc jednak po morderczych błyskach w oczach Toma, chłopak z chęcią przyjąłby to jako wyzwanie. Harry tylko uśmiechnął się pod nosem, skupiając się na swoim, celowo powolnym i spokojnym, krojeniu składników, co tylko zwiększało zawziętość z jaką Tom wykonywał kolejne kroki opisane w podręczniku.

Slughorn wydawał się zachwycony.

- Panie Riddle, cóż za entuzjastyczne podejście do tworzenia eliksirów! - zawołał profesor, kiedy przechodził obok ich ławki. - Nie spodziewałem się takiego zaangażowania do sporządzania, ach… Eliksiru Pewnego Spokoju.

Tom wyraźnie wysilił się na uśmiech, starając się przy tym uspokoić pracę swoich rąk.

- Każdemu przyda się chwila spokoju, panie profesorze, dlatego jestem zainteresowany procesem powstania tego wywaru dla potencjalnego użytku. - Koniec zdania praktycznie skierował w stronę siedzącego obok niego Harry'ego. - Dobrze jest też dowiedzieć się, że użycie zbyt dużej ilości soku z ciemiernika może zmienić ten eliksir w truciznę - dodał, nawet nie kryjąc kto jest prawdziwym odbiorcą tego stwierdzenia.

Harry zachichotał, co szybko ukrył za kaszlem, jak Slughorn odwrócił się do niego z zaciekawionym uśmiechem.

- No cóż, chłopcy, dobrze wam idzie - stwierdził profesor i przyjacielsko poklepał Harry'ego po ramieniu. - Panie Riddle, pańska wiedza jak zwykle przekracza rówieśników - pochwalił chłopaka, na co ten z udawaną skromnością tylko skłonił głowę w podziękowaniu. Slughorn żartobliwie pogroził mu palcem wskazującym. - Proszę uważać na sok z ciemiernika, nie chcemy żeby komuś stała się krzywda!

- Nie, skądże znowu - wydusił z siebie Harry, ledwo powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem. Sądząc po delikatnie skaczącym mięśniu na policzku Toma, najwyraźniej nie uszło to też jego uwadze. Slughorn pokiwał dobrodusznie głową i poszedł dalej przechadzać się wśród uczniów, nie zauważając ponownego wzrostu agresji pomiędzy chłopcami. Harry zaczął przecierać oczy, usuwając z nich ślad po ledwo wstrzymanych łez wesołości.

Tom z zaciekłością zaczął ścierać róg jednorożca na drobny pył. Z jego ust zaczął dobywać się cichy syk, który łatwo można by przeoczyć wśród głośno bulgoczących wywarów w kociołkach.

- :Potter, kiedyś zabiję cię we śnie: - powiedział, uśmiechając się przy tym najsłodziej jak umiał.

- Tom, proszę, nie wyznawaj swoich uczuć przy całej klasie, ktoś może stać się zazdrosny. - Harry tylko odwzajemnił uśmiech. - Teraz ja spróbuję, dobra? :Potter, jesteś nalepszy.:

Twarz Toma szybko straciła na słodyczy.

- Masz do tego talent, Harry.

Harry teatralnie wydobył z siebie zszokowany dźwięk. Pokazał palcem na Toma, kompletnie ignorując uniesiony w stronę jego ręki srebrny nóż.

- Powiedziałeś do mnie po imieniu! - stwierdził tryumfalnie i uśmiechnął się szerzej, widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka. Tom na moment zastygł w bezruchu, zaraz zakrywając swoje emocje pod wyrazem niezadowolenia na twarzy.

- Zajmij się swoim eliksirem, Potter.


Ukrycie się na terenie Hogwartu było dziecinnie proste. Zamek i otaczające go tereny dawały wiele możliwości na potencjalne schronienie, a im bardziej znało się tajemne przejścia i sekrety kryjące się murach, tym łatwiej było pozbyć się niepożądanego towarzystwa. Harry uważał, że najlepszą kryjówką jest ta, której nikt się nie spodziewa. Z tą myślą zamknął oczy, czując się bezpiecznie w cieniu drzewa, które wznosiło się na obszernym terenie otaczającym Hogwart.

Uśmiechnął się sam do siebie, przypominając sobie oburzenie na twarzy Toma, kiedy Harry spakował swoje rzeczy i opuścił lochy, gdy w międzyczasie Slughorn zaczął rozwodzić się nad eliksirem Ślizgona. Życie perfekcyjnego ucznia musi być męczące, kiedy ma się takiego nauczyciela. Harry nie chciał marnować okazji, gdzie będzie mógł odwlec w czasie obiecaną rozmowę z Tomem, utrzymując chłopaka w ciągłym stanie zaciekawienia i niecierpliwości. Zachichotał pod nosem.

- Harry?

Harry otworzył oczy, od razu kierując wzrok na nieśmiało stojącą niedaleko niego postać.

- Hej, Alphard. - Harry machnięciem dłoni zachęcił chłopaka do rozgoszczenia się w jego skutecznej kryjówce. Alphard z wahaniem usiadł niedaleko, nerwowo bawiąc się paskiem od szkolnej torby. Harry podniósł się na ramionach, bacznie obserwując wyraźnie zdenerwowanego czymś młodzieńca. - Czy coś się stało?

Alphard pokręcił gwałtownie głową, ale po chwili zastanowienia wzruszył ramionami. Harry zmarszczył brwi i usiadł, wyciągając rękę do chłopaka. Złapał go za ramię, starając się znaleźć jego błądzące spojrzenie swoim wzrokiem.

- Hej - powiedział łagodnie, uśmiechając się lekko. Alphard rzucił w jego stronę spojrzenie, ale zaraz skierował je na ziemię. - Czy ktoś z Gryffindoru znowu sprawiał ci kłopot?

- Nie, nie, tylko… - chłopak westchnął cicho, najwyraźniej nie wiedząc co powiedzieć. Harry przysunął się, kolanem lekko uderzając Alpharda w udo w geście zachęty. - Cygnus…

- Twój brat? - Harry zapytał po chwili ciszy, widząc jak palce chłopaka nadal walczą z paskiem od torby. - Robił dalsze wyrzuty co do założenia grupy zajęciowej?

- Cygnus nie jest zachwycony, że koleguję się z tobą - wydusił z siebie Alphard, wreszcie puszczając pasek i kładąc dłonie na kolanach. Harry zauważył, że kłykcie zrobiły mu się białe od siły, z jaką chłopak je zacisnął. - To, że jesteś z Gryffindoru nie pomaga, ale…

Urwał, jakby nie wiedział, co dalej powiedzieć.

- Ale? - zachęcił Harry, w duszy przeklinając Cygnusa. Zastanawiał się jakie nienawistne słowa musiał znosić Alphard ze strony najbliższych, że postanowił szukać otuchy u osoby, której nie znał zbyt długo, ale okazała mu trochę dobrej woli.

- Czy miałeś kiedyś wrażenie, że twoja rodzina ciebie nie akceptuje? - zapytał cicho chłopak, tym razem kierując wzrok na Harry'ego. Oczy miał lekko zaczerwienione, jakby powstrzymywał się od płaczu i był bliski przegranej.

Harry zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią, przyglądając się w ciszy młodzieńcowi.

- Jestem półkrwi - powiedział w końcu. Na pytające spojrzenie chłopaka lekko się uśmiechnął. - Przez długi okres czasu wychowywałem się u mojej mugolskiej rodziny, która nie akceptowała niczego, co pochodziło ze świata czarodziejów - wyjaśnił. - Przez wiele lat musiałem znosić ciągłą niechęć z ich strony, która była strachem ukrytym pod nienawiścią. Starałem się to jakoś wytłumaczyć, myśląc, że to ze mną coś jest nie tak, ale byłem w błędzie. To, kim jesteś - powiedział stanowczo, wpatrzonego w niego Alpharda łapiąc za nadgarstek i odciągając zaciśniętą dłoń z kolana - nie należy oceniać innym, którzy przez swoją niewiedzę mogą ciebie stłamsić i sprawić tobie ból. To, kim jesteś, zależy od ciebie.

Poczuł, jak nadgarstek Alpharda wysuwa mu się z ręki i zastępuje go dłoń chłopaka. Alphard zacisnął niepewnie palce, jakby obawiał się, że Harry odsunie się od niego z niechęcią. Harry uśmiechnął się i w odpowiedzi otrzymał niepewne uniesienie warg od chłopaka.

- Dzięki, Harry. Możemy… możemy chwilę tak posiedzieć? - zapytał niepewnie, mocniej zaciskając palce na dłoni Harry'ego, dając do zrozumienia co ma na myśli.

- Jasne - odpowiedział z uśmiechem, ponownie szturchając Alpharda kolanem. Tym razem uśmiech młodzieńca był bardziej szczery. - Chcesz usłyszeć o tym, jak na eliksirach prawie wyprowadziłem z równowagi Toma? Wszystko jest o wiele zabawniejsze, bo dzisiaj mieliśmy uwarzyć eliksir mający działanie uspokajające a w jego zachowaniu nie było nic spokojnego...

Ich śmiech roznosił się po polach Hogwartu, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi.


Hogsmeade tętniło życiem, jak co weekend przepełnione gronem uczniów Hogwartu, którzy szukają odskoczni i odpoczynku po całym tygodniu nauki. Korzystając z resztek lata i możliwości wydania swojego kieszonkowego, sporo osób wypełniało ulice miasteczka. Harry miał wrażenie, że mało co zmieniło się w przeciągu następnych kilku dziesięcioleci.

Siedział przy wygodnym stole i z lekką krępacją starał się wytrzymać uciążliwe i nieco oskarżycielskie spojrzenie swojego kompana. Siedzący naprzeciw niego mężczyzna nie zwracał uwagi na jego dyskomfort, bez mrugania utrzymując kontakt wzrokowy. Całej sytuacji nie łagodziła otaczająca ich atmosfera, przepełniona do przesady romantyczną atmosferą i mdłym zapachem róż.

- Czy naprawdę musieliśmy przyjść do pani Puddifoot? - zapytał Harry, nie mogąc znieść ciągnącej się ciszy. - Wiem, że nie jesteś zadowolony, ale czy to musiało być to miejsce?

Mort zignorował go, ale odwrócił wzrok i sięgnął po filiżankę z herbatą. Zbliżył ją do twarzy i delikatnie powąchał jej aromat i sądząc po wyrazie twarzy, uznał wywar za stosowny. Wypił łyk i odstawił filiżankę z powrotem kierując wzrok na Harry'ego.

- Panna Puddifoot parzy wyborną herbatę, mój drogi - powiedział nieco karcącym tonem. Harry tylko uniósł brwi w odpowiedzi. Mort westchnął cierpiętniczo. - Zero szacunku dla dobrego napoju… - wymruczał pod nosem, ponownie chowając twarz za filiżanką.

Harry policzył do pięciu, stukając palcami w blat stołu. Na moment przeniósł wzrok na otaczające ich towarzystwo, po czym szybko zrezygnował ze zmiany toru swojego spojrzenia, przypominając sobie nieco inne okoliczności swojego pobytu w herbaciarni. Nie powstrzymało to ciągle słyszalnych zawstydzonych chichotów i przytłaczającego uczucia bycia nie na miejscu.

- Czy ty się na mnie mścisz za tą ostatnią śmierć? - zapytał Harry, zakrywając twarz za dłońmi. Czuł, że mimowolnie palą go policzki. - Nie mam najlepszych wspomnień z tym miejscem - wydusił z siebie, patrząc z pomiędzy palców na Morta.

- Twoje nieudane eskapady romantyczne mnie nie interesują - odpowiedział mężczyzna, uważnie czytając leżącą przed nim gazetę. Harry zauważył, że zdjęcia nie ruszają się, co mogło świadczyć o mugolskim pochodzeniu czasopisma. - Z kolei twoje mało subtelne wycieczki w zaświaty to już inna sprawa. - Mort obrzucił Harry'ego znaczącym spojrzeniem, zaraz wracając do lektury. - Zjedz ciastko - dodał, skinieniem głowy wskazując na leżący między nimi talerz.

Harry odchrząknął, opuszczając dłonie z twarzy. Sięgnął po ciasteczko.

- Wierz mi, że nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji - zaczął niepewnie, lecz Mort nadal nie podnosił wzroku z czasopisma. Zaciekawiony, wyciągnął głowę, starając się przeczytać treść nagłówka czytanej przez mężczyznę strony. - "Dziesięć sposobów na głupotę"?

- Muszę przygotować się na twoje kolejne niespodziewane pomysły - odpowiedział Mort, ponownie upijając łyk herbaty. Harry mógłby przysiąc, że chowa uśmiech na twarzy. - Staram się zobaczyć świat z twojej perspektywy.

Kto by się spodziewał, że ucieleśnienie śmierci ma poczucie humoru. Harry westchnął głośno, sięgając po kolejny smakołyk. Widząc brak zainteresowania na kontynuację rozmowy ze strony Morta, odwrócił wzrok w stronę witryny herbaciarni, obserwując mijających ludzi. Widząc roześmiane twarze uczniów uśmiechnął się mimochodem, wspomnieniami wracając do swojego życia "przed". W głębi duszy nadal tęsknił za swoimi przyjaciółmi i rodziną, nawet jeśli niektórych nie widział już od wielu lat, gdy wiek i czas upomniały się o swoje. Ginny zmarła siedem lat wcześniej,niż on, pozostawiając po sobie czułe wspomnienia oraz pustkę, którą wypełniły jego dzieci i wnuki. Harry wiedział, że to życie było już za nim i przed sobą miał całkiem inną, nie spisaną historię, ale wspomnienia nadal przywoływały uśmiech na jego twarz.

- Ludzie nie są stworzeni do życia dłuższego niż te, które jest im przewidziane - powiedział spokojnie Mort. Harry odwrócił się z powrotem w jego stronę, od razu napotykając wpatrujące się w niego spojrzenie mężczyzny. - Czas przemija a nim kolejne życia, które będziesz zakładał, kolejne przyjaźnie, miłości i rodziny. Nawet wasz sławny Flamel nie był w stanie udźwignąć nieśmiertelności i zdecydował się odejść w spokoju ze swoją żoną. - Mort uśmiechnął się, ale w jego oczach było więcej zmęczenia niż szczęścia. - Co uważasz? Dasz się pochłonąć zmęczeniu i melancholii, czy stawisz czoła samotności i tęsknocie?

Harry zamyślił się, uważnie przyglądając się swemu towarzyszowi. Ciężko było mu wyobrazić sobie jak bardzo stary jest Mort, ale wiedział jak wygląda wieloletnia samotność. Uśmiechnął się, przesuwając talerz z ciastkami w stronę Morta.

- Nieśmiertelność wydaje się być czymś strasznym, jak przedstawiasz to w taki sposób. Ale wiesz co? - zapytał, uderzając delikatnie w podsuwany talerz. - Myślę, że mając dobre towarzystwo i wspierając się wzajemnie możemy uniknąć szaleństwa mijającego czasu. Tworzenie nowych więzi nie powinno być czymś, co wywołuje w nas negatywne emocje i sprawia wyłącznie ból. Wspomnienia wypełnione miłością nie powinny zgorzknieć z czasem, tylko pomóc w cięższych chwilach - dodał z przekonaniem, kiwając głową. Zauważył, że Mort przygląda mu się w milczeniu, więc tylko puścił do niego oko. - Jesteś na mnie skazany na dłuższy okres czasu, praktycznie sam się o to prosiłeś.

- I żałuję tej decyzji z każdym mijającym dniem - wtrącił się Mort, ponownie chowając twarz za filiżanką z herbatą.

Harry tylko uśmiechnął się szerzej, widząc jak Mort sięga po ciasteczko.


- Chcesz powiedzieć, że twoim jedynym ostrzeżeniem jest to, że mam umierać w ukryciu? - zapytał z niedowierzaniem Harry, kiedy razem z Mortem opuścili herbaciarnię i zaczęli kierować swoje kroki w stronę głównego placu. - Żadnych dodatkowych rad, tylko "nie umieraj publicznie"?

Kilka mijających osób rzuciło w ich stronę zdziwione spojrzenia, ale nikt nie zainteresował się nimi na dłużej. Mort tylko poprawił swoją koszulę, nie zwracając uwagi na przechodniów, czy pytania Harry'ego. Wymownie spojrzał na swój goły nadgarstek, jakby sprawdzał czas. Harry pokiwał palcem w jego stronę.

- Nigdzie nie znikasz, M. Chcesz powiedzieć, że to wszystko - w tym miejscu wskazał w bliżej nieokreśloną stronę herbaciarni - było tylko po to, żebym usłyszał to samo, co powiedziałeś mi wcześniej?

- Nie, skądże - odpowiedział Mort, przestając wymownie patrzeć na swój nadgarstek. - Jeszcze chciałem napić się herbaty.

Harry tylko otworzył usta ze zdziwienia, nie wiedząc co odpowiedzieć. Mort wydawał się nad czym zastanawiać, starannie składając swoją marynarkę i przerzucając ją sobie przez ramię. Jak na Śmierć ma dość mugolski styl ubioru, pomyślał Harry. Mężczyzna wlepił wzrok w przestrzeń i wydał z siebie ciche westchnienie.

- Chciałem spędzić czas w miłym towarzystwie, ale nie uwzględniłem tego, że spotykam się z tobą - dodał Mort. Harry wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk oburzenia i już miał coś powiedzieć, kiedy mężczyzna uciszył go machnięciem dłoni. - Nie mam na myśli ciebie, tylko twoje zdolności do przyciągania niechcianego towarzystwa.

Spojrzenie Morta nabrało wyrazu wesołości, kiedy jego wzrok śledził coś za plecami Harry'ego. Zanim chłopak zdążył się odwrócić, poczuł jak ktoś zatrzymuje się niedaleko jego prawej strony.

- Potter.

Rzucił Mortowi ostrzegawcze spojrzenie i odwrócił się w stronę nowo przybyłego ucznia. Widząc niezadowolenie malujące się na przystojnej twarzy Toma od razu poprawił mu się humor i poczuł powoli pojawiający się uśmiech na swoich ustach.

- Tom, nie spodziewałem się spotkać ciebie w tak… hm, uroczym miejscu - powiedział Harry, teraz bez krępacji wskazując na szyld herbaciarni pani Puddifoot. - Spotkanie z przyjaciółmi? - zapytał, kiwając głową w stronę stojących za chłopakiem Rosiera i Lestrange, niedoszłych morderców Tobiasza Stalowozębnego. Lestrange nadal unikał kontaktu wzrokowego. - Polecam herbatę z rumiankiem, idealnie działa na-

- Unikasz mnie, Potter - wtrącił się Tom, nie zwracając uwagi na słowa Harry'ego. - Jak na kogoś, kto usilnie stara się być… uciążliwy, nadzwyczaj szybko opuściłeś piątkowe eliksiry.

Harry tylko uśmiechnął się szerzej.

- Tęskniłeś? - zapytał, by zaraz z westchnieniem chwycić się za pierś. - Wiedziałem, że w końcu przyznasz się do powstającej między nami przyjaźni.

Tom prychnął, kompletnie ignorując Rosiera i Lestrange, którzy wymienili się znaczącymi spojrzeniami. Znaczącymi dla nich, Harry nie był najlepszy w czytaniu cudzych myśli. Chociaż w pewnym stopniu był w stanie powiedzieć, że cierpliwość Toma jest coraz bliższa granicy wytrzymałości, ale uważał to za swoje piorunujące zdolności społeczne. Wymuszony uśmiech na twarzy chłopaka i wyraźnie zaciśnięte szczęki chłopaka nie dawały sporo innych opcji do interpretacji. Zanim Tom zdążył odpowiedzieć, przerwał im lekko rozbawiony głos:

- Harry, mój drogi. Widzę, że już poznałeś nowych przyjaciół - powiedział Mort, kierując na siebie spojrzenie Toma. Chłopak zmierzył go testującym spojrzeniem i widać było, jak stara się przyjąć bardziej przyjazny wyraz twarzy. Harry tylko wywrócił oczami. - Dodatkowo ten młodzieniec ma wyjątkowy gust, przychodząc do panny Puddifoot na herbatę - dodał suchym tonem mężczyzna, swoją wesołość chowając pod kamiennym wyrazem twarzy.

Harry nie mógł wyjść z podziwu jak szybko uśmiech Toma zmienił się z sztucznej uprzejmości w nagły wyraz obrzydzenia. Najwyraźniej nie spodziewał się, że Mort będzie w stanie oprzeć się jego młodzieńczemu wdziękowi i otrzyma podobne traktowanie jak ze strony Harry'ego. Końce uszu Toma zaczerwieniły się, co Harry zauważył z zachwytem. Mort tylko uniósł brwi i odwrócił wzrok od Ślizgona, najwyraźniej nie czekając na odpowiedź. Położył Harry'emu rękę na ramieniu i nachylił się, szepcząc mu do ucha:

- Postaraj się nie doprowadzić Riddle'a do stanu, gdzie w końcu ciebie zamorduje. Ciężko będzie wyjaśnić twój nagły powrót do żywych.

Z tymi słowami wyprostował się, poprawił krawat i zniknął. Harry pomyślał, że mógłby chociaż zachować pozory teleportacji, a nie dbać o swój wizerunek. Westchnął, odwracając się i kierując swoje kroki w stronę pubu pod Trzema Miotłami.

Zatrzymała go dłoń na jego przedramieniu, odwracając go napięcie w stronę nadal zażenowanego Toma. Chłopak nadal miał zaczerwienione uszy, ale swój dyskomfort starał się schować pod złością.

- Kim był ten człowiek? - zapytał, zaciskając swój uścisk na przedramieniu Harry'ego, jakby obawiając się, że i ten zniknie bez słowa.

- Nie zauważyłeś podobieństwa? - zapytał Harry. Na pytające spojrzenie Toma wskazał ręką na siebie. - To geny rodzinne. Bardzo odległe, łączące nas za zamierzchłych czasów geny rodzinne. Mort jest moim opiekunem - dodał, widząc powoli wędrujące ku górze brwi Toma. Niewiele myśląc wygładził powstające na czole chłopaka zmarszczki, palcem wskazującym zasłaniając ostatnio znaleziony pieprzyk na skórze.

Tom zastygł w bezruchu i po chwili strzepnął z siebie rękę Harry'ego, jakby odpędzał się od natrętnego robaka. Harry zauważył, że Lestrange patrzy na nich z otwartymi ustami, jakby zauważył coś niespotykanego i nie mógł powstrzymać swojej mimiki twarzy. Rosier tylko przypatrywał się w milczeniu, ale jego wzrok błądził od Toma do Harry'ego.

- Wygląda na potężnego czarodzieja - powiedział Tom, odwracając uwagę Harry'ego od dwójki Ślizgonów. Na twarzy chłopaka widniał wygłodniały i żądny wiedzy wyraz. - W jakiej części rodziny jesteście spokrewnieni?

- Nie tak łatwo - odpowiedział Harry, krzyżując ręce na piersi. - Takie informacje nie mogą zostać pozyskane bez magicznego słowa.

- Co proszę?

- Właśnie - przerwał Harry, uśmiechając się do Toma i zbliżając się do chłopaka o krok, niemal stykając ze sobą czubki ich butów - proś.

Na szyi Toma pojawiły się czerwone plamy, a mięsień na policzku zaczął delikatnie drgać. Harry dodał sobie punkt do prowadzonej przez niego tablicy zwycięstw. Zanim młodzieniec zdążył się pozbierać i wypluć nowe obelgi w jego stronę, Harry poklepał go po ramieniu i odsunął się o parę kroków. Cały czas cofając się od zdezorientowanej trójki, pomachał im ręką na pożegnanie.

- Jeszcze nad tym popracujemy - zawołał ze śmiechem, nie zwracając uwagi na zabójcze spojrzenie Toma.


Harry usłyszał zbliżające się nawoływania i w akcie desperacji rzucił się w stronę najbliższych drzwi. Otworzył je z rozmachem, zamknął i przyłożył do nich ucho, uważnie nasłuchując kroków. Marta nie dawała mu spokoju od momentu, kiedy wstawił się za nią przed Oliwią Hornby. Od tamtej pory znajdowała go na korytarzach w najmniej spodziewanych momentach i może nie byłoby to takie okropne, gdyby przestała się zachowywać jak zakochana trzynastolatka. Co, po chwili zastanowienia mogłoby być przyczyną całej tej farsy, ale Harry nie potrafił znaleźć w sobie na tyle cierpliwości, by pobłażać takiej nachalności.

Niemal podskoczył pod sufit, kiedy ktoś za nim odchrząknął.

- Potter, co cię sprowadza do damskiej toalety?

Odwrócił się w stronę głosu, niemal wypuszczając z pomiędzy warg jęk rozpaczy. Tom tylko przechylił lekko głowę, czekając na odpowiedź.

- To bardzo dobre pytanie, na które mam całkiem sensowną odpowiedź, ale czy możemy na moment… - zamilkł, jakby dopiero teraz zrozumiał ich położenie. - Jest to na tyle wspaniałe pytanie, że aż chcę wiedzieć, co ty tutaj robisz.

Tom przewrócił oczami, chociaż Harry'emu wydawało się, że ma lekko zaczerwienione uszy.

- Jestem prefektem, Potter, dla twojej informacji robiłem wieczorny obchód.

- Przed kolacją? - zapytał z niedowierzaniem Harry.

- Czy mam ci przypomnieć, kto z naszej dwójki jest prefektem, ja czy… - urwał, kiedy dłoń Harry'ego zakryła mu usta. Popatrzył na niego z niedowierzaniem, ale ten tylko przyłożył palec do warg.

Nasłuchiwali zbliżających się kroków i głośnego wołania "Harry!", które niebezpiecznie szybko kierowały się w ich kierunku. Obaj spojrzeli na siebie z przerażeniem, nie chcąc znaleźć się w pobliżu utęsknionej nastolatki. Tom złapał Harry'ego za nadgarstek uciszającej go ręki i odsunął ją od siebie, sycząc cicho:

- Potter, jesteś czarodziejem, czy nie? - zapytał, wolną dłonią wyciągając różdżkę. Skierował ją w stronę drzwi, mówiąc: - Sillen…

Otworzyły się z hukiem, aż podskoczyli, i do środka weszła lekko zdyszana Marta. Ogarnęła pomieszczenie wzrokiem, który zatrzymał się na nich. Zarumieniła się aż po uszy i, lekko się jąkając, powiedziała:

- Tom… po prostu szukałam Harry'ego, nie wiedziałam, że wy… to nie znaczy, że trzeba we mnie celować różdżką - dodała trochę pewniejszym tonem głosu, oskarżycielsko wskazując palcem na Toma. Ten szybko opuścił rękę, uśmiechając się trochę wymuszenie.

- Tak, przepraszam Marto. Po prostu nas wystraszyłaś.

Dziewczyna zatrzepotała rzęsami, ale zaraz mina jej zrzedła, kiedy wyraźnie skierowała wzrok na coś pomiędzy nimi. Kiedy zrozumieli, że Tom nadal trzyma nadgarstek Harry'ego w swojej dłoni, odsunęli się od siebie, przerywając kontakt. Marta tylko prychnęła, kierując nos ku górze.

- Och, nie trzeba się tak ukrywać, to nie jest żadna nowość wśród uczniów. Powinniście się wstydzić, takie zachowanie wśród czarodziejów z porządnych rodzin nie przystoi. - Zaczęła kierować swoje kroki w stronę wyjścia, ale zatrzymała się za drzwiami. - Następnym razem wybierzcie inne miejsce, a nie toaletę dla dziewczyn. Ktoś mniej dyskretny mógłby wam zaszkodzić.

Odeszła, coś do siebie pomrukując. Harry czuł jednocześnie ulgę i zdziwienie. Spojrzał na chłopaka obok.

- Wiesz, co miała na myśli? - zapytał.

Tom pokręcił głową i lekko wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia.


Tom: who are you

Harry: wouldn't you like to know weather boy