Tytuł oryginału: If Not, That's Okay
Autor: Tito11
Oznaczenie wiekowe: M/R
Zgoda: jest
T/N: To urocza, sześciorozdziałowa historia z odrobiną angstu, która nie pozwoliła mi się oderwać od czytania, aż zostały mi dwie godziny snu i przed totalną kompromitacją w pracy uratowało mnie tylko to, że dzień wcześniej zrobiłam wszystko, co ważne, no i: to był piątek :)
Publikacja oryginału: Archive Of Our Own
Jeśli nie, to w porządku – Tito11
Jimmy budzi się z pulsowaniem w głowie i potworną dezorientacją w kwestii tego, gdzie dokładnie jest. Nie jest w swoim łóżku – to jest pewne – jego łóżka, nawet przy odrobinie wyobraźni, nie można nazwać miękkim, ale nie jest też aż takie twarde, nie jak powierzchnia, na której właśnie leży.
Kiedy otwiera oczy, sufit nad nim też nie należy do jego pokoju, a sprawa niewyraźnego obrazu rozwiązuje się sama, w postaci bladej twarzy, która, po kilku mrugnięciach, zdaje się należeć do kogoś, kogo nigdy w życiu nie spodziewałby się w swoim pokoju, nie po tym, co się stało ostatnim razem. To Thomas Barrow i właśnie przygląda się, mocno zmartwiony.
– Wszystko w porządku, skarbie? – pyta pan Barrow i Jimmy znów mruga, jeszcze bardziej zagubiony.
Od kiedy pan Barrow nazywa go "skarbem"? Nawet jeśli spoufalał się na początku znajomości, nie spoufalał się aż tak.
– W porządku – mimo wszystko mówi Jimmy, decydując się na zignorowanie osobliwego pytania.
Siada z jękiem, czując się posiniaczony i obity w każdą część ciała. Co gorsza pokój, w którym się znajduje, jest mu kompletnie obcy. To połączenie salonu z jadalnią, a zegary i części do zegarów są absolutnie wszędzie. Nadal nie zamierza zapytać "Gdzie jesteśmy?" w obawie, że zrobi z siebie głupka. Zamiast tego, wychodzi z czymś odrobinę bezpieczniejszym:
– Co się stało?
Na to pytanie twarz pana Barrowa przybiera wyraz skrajnej dezaprobaty, widok, którego nie powstydziłby się Carson.
– To przez Sally – mówi, zaciskając pięści. – Głupi, parszywy kundel podciął ci nogi na schodach. Poszła sobie, pewnie chowa się pod łóżkiem i będziesz musiał ją prosić, żeby wyszła, zanim otworzysz sklep.
– Otworzę sklep – Jimmy powtarza bezmyślnie. W głowie nadal mu łomocze i zaczyna myśleć, że coś tu jest bardzo nie w porządku. – Tak. Eee, co to, właściwie, za sklep, panie Barrow?
Pan Barrow wpatruje się w niego, najwyraźniej nie rozumiejąc, przez długi, długi czas. Następnie gwałtownie zaczerpuje powietrza.
– Właściwie jak mocno uderzyłeś głową, Jimmy? – pyta powoli, a wyraz jego twarzy, ze zmartwienia, przechodzi w głębokie przerażenie. – Wiesz gdzie jesteśmy?
Jimmy ponownie rozgląda się po zatłoczonym pokoju, po niedopasowanych meblach, kołach zębatych i przekładniach, porozkładanych wzdłuż stołu.
– Zgaduję – mówi po chwili – że nie jesteśmy w Downtown.
– To – odpowiada pan Barrow po długim czasie okropnej ciszy – jest trafne spostrzeżenie.
Jest wyraźnie wstrząśnięty, choć stara się tego nie okazywać. Kładzie Jimmy'emu dłoń na ramieniu, ale zdejmuje ją, kiedy Jimmy spina się na ten dotyk.
– Wystarczy – mówi, wstając. – Wzywam lekarza.
Czekając na doktora, pan Barrow pomaga Jimmy'emu wstać i przejść do raczej sfatygowanej sofy, na drugim końcu pomieszczenia. Jimmy jest spięty przez cały ten czas, zapewne przez ból, ale też dlatego, że nawet jeśli są teraz z panem Barrowem przyjaciółmi, nie jest do końca przekonany do tej całej bliskości. Pan Barrow zdaje się wyczuwać dyskomfort Jimmy'ego i wspaniałomyślnie wycofuje się, gdy tylko Jimmy siada na sofie; staje w sporej odległości, przygląda mu się, w zmartwieniu zaciskając usta.
Lekarz w końcu się pojawia, ale zdecydowanie nie jest doktorem Clarksonem. (To nie tak, że Jimmy się go spodziewał, bo czekając spojrzał za okno i wprawdzie nie miał pojęcia, jakie miasto widział, ale to wyraźnie jest miasto, a nie wioska Downton.) W zamian, pan Barrow schodzi na dół, żeby otworzyć dzwoniącemu do drzwi i wracając z przystojnym, młodym facetem, blondynem, z włosami zaczesanymi do tyłu.
– Cześć, Jimmy – mówi doktor, raczej zbyt poufale, jak na gust Jimmy'ego; najwyraźniej otrzymany szturchaniec oznacza, że wszyscy dziś starają się być jego bliskimi przyjaciółmi.
– Cześć – odpowiada ostrożnie Jimmy.
Ma zamiar wstać i uścisnąć dłoń mężczyzny, przecież może być uprzejmy, nawet jeśli nikt inny nie zamierza, ale spojrzenie, które posyła mu pan Barrow, zatrzymuje go na miejscu.
Lekarz, w każdym razie, nie zwraca uwagi na grubiaństwo. Po prostu się uśmiecha, pojazując uzębienie i siada zaraz obok Jimmy'ego. Upuszcza beztrosko swoją czarną torbę na podłogę i zagląda Jimmy'emu prosto w oczy.
– Thomas mówi, że się zraniłeś – mówi, przytulając się do Jimmy'ego prawym udem. – Możesz mi powiedzieć, co się stało?
Jimmy oddala się od niego, posyłając mu niezgrabny uśmiech.
– Potknąłem się – mówi, pamiętając co pan Barrow mu powiedział. – O psa, jak sądzę.
– Rozumiem – odpowiada lekarz, zupełnie niezrażony faktem, że Jimmy się od niego odsunął. – Czy coś cię boli? Gdziekolwiek?
– Moja głowa – mówi Jimmy, wykrzywiając usta, gdy pulsujący ból nasila się szczególnie mocno. – Szyja i plecy, odrobinę.
Zerka na pana Barrowa, nadal zaniepokojonego i stojącego z daleka. Jimmy nie jest pewny, czy jest bardziej zawstydzony przeprowadzanym w jego obecności wywiadem, czy wdzięczny za jego obecność, bo, Boże, ten doktor siedzi zdecydowanie za blisko, prawda?
– A czy odczuwasz jakąkolwiek dezorientację albo zawroty głowy? – przyciska go lekarz.
– …Trochę – decyduje się odpowiedzieć Jimmy po chwili, bo nie chce powiedzieć, że dezorientacja minęła dawno temu, przechodząc w autentyczne oszołomienie.
– Rozumiem – powtarza lekarz, a z jego twarzy znika rozbawienie. – Zadam ci kilka pytań, mogę? Po prostu odpowiesz najlepiej, jak potrafisz.
– W prządku – zgadza się Jimmy, bo co innego może zrobić? I kto wie, może sytuacja jest aż tak nietypowa, że doktor ma rację i rzeczywiście doznał jakiejś traumy, czy czegoś. – Zaczynajmy więc.
– Jak masz na imię? – pyta lekarz i Jimmy mu odpowiada:
– James Joseph Kent.
Doktor kiwa głową, chociaż to, skąd zna pełne imię Jimmy'ego, pozostaje dla niego tajemnicą.
– W którym roku się urodziłeś? – zadaje kolejne pytanie. Jimmy mówi mu:
– '91. – Zatrzymuje się, ponieważ, nie, to nie jest dobra odpowiedź, prawda? – Przepraszam – odzywa się natychmiast, patrząc na pana Barrowa, którego twarz nie wyraża nic, jak wtedy, gdy nie chce, żeby nikt, nawet Jimmy, nie wiedział co myśli. – Ale to pana rocznik, czyż nie, panie Barrow? – Nie ma pojęcia, skąd to wie, ani dlaczego pomylił tę datę z własnymi narodzinami, ale jakoś tak się zdarzyło. Pan Barrow przytakuje sztywno i Jimmy odwraca się do doktora, który, z jakiegoś powodu, nie dziwi się tej dziwnej wymianie spojrzeń. – Miałem powiedzieć '98. To właśnie miałem na myśli.
– W porządku – mówi lekarz, wzruszając ramionami. – A kto jest królem?
– Jerzy V – mówi Jimmy automatycznie, a doktor kiwa głową.
– A który mamy rok? – pyta, a Jimmy odpowiada:
– 1923.
I w tym momencie sprawy przybierają dziwny obrót, bo brwi lekarza marszczą się odrobinę, a pan Barrow wydaje z siebie dźwięk przypominający zwierzęcą agonię, o ile umierające zwierzę potrafi zdusić dźwięk w momencie, gdy tylko opuścił jego usta. Jimmy, zagubiony, przenosi wzrok między nimi.
– Co? – pyta głupio, a głowa zaczyna mu pulsować całkiem mocno. – Co z wami nie tak? Jest 1923.
– Nie – mówi doktor miękko, kiedy pan Barrow odwraca się i odchodzi. – Jest 1927.
