- Kaedwen, obrzeża -

Karczma Pod Czarnym Kogutem

- Parszywe Wiewiórki, psia ich jebana mać! - Zakrzyknął chłop o przekrwionych oczach, w znoszonej, brązowej koszuli i z tłustą, brudną twarzą. - Na pal ich wszystkich, nieludzi, odmieńców wszelakich! Nie będą straszyć porządnych obywateli, terrory te swoje wprowadzać, dziewki nagabywać. Wszystkich ich, kurwa, na stryczek! - Prawił w głos. - Niech zdychają, te długouche ścierwa. Kaedwen odetchnie z ulgą! - Kontynuował pijackim tonem do kolegów, spoglądając spode łba na siedzącego w pobliżu, samotnego elfa.

Samotny elf zagryzł mocniej zęby, nie wymawiając ani jednego słowa. Uniósł niemal pusty już kufel swojego rozwodnionego ale. Smakowało jak szczyny, ale było lepsze, niż żadne. Szatyn popatrzył na brudny, lepki blat dębowego stołu. Dawno już nie czuł się tak bardzo samotny. Z daleka od komanda, od Iorwetha, we wsi pełnej ludzi chcących go skrócić o głowę, czuł się bardziej, niż niepewnie. Posłał karczmarzowi kolejne wymowne spojrzenie, lecz ten, jak zwykle, próbował go ignorować.
Nie lubili tu elfów. W ogóle nie lubili nieludzi. Ciaran miał szczęście, że go jeszcze nie przepędzili z tej obskurnej, przydrożnej karczmy. Choć karczmarz odmówił mu noclegu, dał mu chociaż pić. Oczywiście, nie z dobrego serca - elf szczodrze mu sypnął złotem. Dopił swe piwo w milczeniu.

- Karczmarzu, polej. - Ciaran skinął ręką na pusty kufel. Karczmarz był daleki od chęci podejścia. Elf musiał osobiście pofatygować się do lady.
Chłopi zarechotali.
Ciaran wstał, biorąc swój kufel. Unikał ich spojrzenia. Zdawał się drobny i niezbyt niebezpieczny. Zielony, elfi kaftan w wyszywane spiralne wzory, mocno rzucał się w oczy w szarym, brudnym pomieszczeniu.

- Patrzcie, patrzcie... - Ten z chłopów, który tak zawzięcie komentował kwestię Wiewiórek, uniósł jeszcze bardziej głos. - Nieludź próbuje się rządzić!
Elf dotarł do lady. Postawił szybko kufel.

- Polej, panie. - Westchnął, trochę bardziej proszącym tonem. Nie chciał o nic prosić ludzi. To urągało jego osobistej dumie. Ale nie chciał również siedzieć o suchym pysku. Nie tego dnia paskudnego dnia. Zbyt wiele się wydarzyło.
Karczmarz, wycierając z ociąganiem kufel, puścił mu krzywe spojrzenie. Zamiast dolać elfowi piwa, wziął kolejny pusty kufel do czyszczenia, całkowicie ignorując jego prośbę.
- Nie dawaj mu nic, Sławek! - Wrzasnął rozochocony gorzałą chłop. - Niech głoduje, parszywy morderca! Po lasach gania, naszych zabija! Jemu to widły w rzyć, a nie piwo, się należy!

Chłop nie był tak daleki od prawdy. Ciaran faktycznie należał do komanda Socia' tael. Faktycznie zabijał ludzi. I nawet miał własny list gończy, z nagrodą za jego głowę. Na szczęście, nie widział go w tej zapuszczonej wsi, nikt więc nie mógł go tu znać. Chłopi nie powinni wiedzieć, że pracował dla Iorwetha... Po prostu oskarżali o to każdego elfa, jakiego widzieli. Ciaran najchętniej popodrzynałby im gardła. Ale teraz było coś ważniejszego, od jego własnej dumy. Ciaran miał zadanie do wykonania. Od tego mogło zależeć wszystko, nawet bezpieczeństwo jego komanda. Nie mógł tego spartolić.

- Powinieneś już iść. - Powiedział w końcu karczmarz. Na moment złączył z elfem spojrzenie, w nieco bardziej wyraźnym nakazie. Niemal niedostrzegalnie wskazał podbródkiem w stronę pijanego chłopstwa. Może sam nie był tak wrogo nastawiony do nieludzkiej klienteli, ale wyraźnie nie życzył sobie burd w swojej karczmie.
Ciaran miał zacięty wyraz twarzy.

- Nie będę nigdzie uciekał. - Powiedział, a dumne spojrzenie powiedziało mężczyźnie, że spieranie się z nim nie miało sensu.
- A powinieneś, parszywy łajdaku! - Ryknął najbardziej rozgadany chłop, wstając ze swojego miejsca. Wraz z nim podniosło się czterech innych.
Atmosfera zgęstniała. Smród wódki, niemytych ciał i skwaśniałych oddechów, zacisnął elfowi gardło.
- Ivar dobrze prawi. - Odezwał się któryś z mężczyzn. - Zjeżdżaj stąd, długouchy, dopóki jeszcze możesz! Nie chcemy tu takich jak ty! To jest porządna wieś!
Ciaran powinien odejść, tak mówiła mu nawet logika. Ale jego duma... Ta elfia, nieugięta duma, zawsze wpędzała go w duże kłopoty.
- Dh'oine, głupcze, myślisz, że mi podołasz? - syknął Ciaran do Ivara, obrzucając grupę ludzi nienawistnym spojrzeniem. - Nie boję się ciebie ani tych przydupasów, jasne?

To przelało czarę spokoju. Chłopi zaczęli podwijać rękawy.
- Panowie, proszę o spokój... - zainterweniował karczmarz, ale było już za późno.
- Bić nieludzia! - Zakrzyknął Ivar. - Nie będzie nam pluł w twarz, elfia gadzina!

Rozległ się dźwięk odsuwanych krzeseł i podrywających się z miejsca, ociężałych, podpitych chłopów. Ciaran już teraz przeklinał swoją głupotę. Oczywiście, że się obawiał. Czworo rosłych mężczyzn, wyższych od niego o głowę, nieodmiennie zwiastowało kłopoty. W głębi ducha, przygotował się na solidny wpierdol, ale nie mógł przecież odpuścić, nie odstąpiłby od walki.
I wtedy drzwi karczmy otworzyły się z hukiem.

- Elfie! Tu jesteś! - W drzwiach pojawił się rosły, barczysty mężczyzna, przyodziany w czerń. - Sołtys chce z tobą gadać. Ponoć zadanie dobrześ wykonał, z tymi porywaczami bydła.
Ciaran, znieruchomiały, popatrzył na przybysza w absolutnym zdumieniu. Nie miał pojęcia, o jakie bydło, porywaczy, ani sołtysa, chodziło.
- Karczmarzu, polej! - Przybysz, z kapturem na głowie, skinął ręką na chowającego się zapobiegawczo gdzieś w kącie, wąsatego mężczyznę. - Dwa ale. I jakąś strawę. - Raptem powiódł spojrzeniem po stojących, chwiejących się chłopach. - Wy co? W życiu wam się nudzi? Elf to moja sprawa.

Wszyscy, jak jeden mąż, podążyli spojrzeniem do dwóch mieczy na jego plecach. I do medalionu.
- Wiedźmak. - Parsknął Ivar, po czym splunął na ziemię. - Kolejny parszywy nieludź.
Nowo przybyły obdarzył ich wzgardliwym spojrzeniem.
- Parszywy nieludź utłukł wam dzisiaj pięć alghuli, więc zawrzyj pan jadaczkę. - Odparował przybysz, sięgając ręką broni. - Może utłuc i pięciu pijaków, to żadna różnica. - Zagroził zupełnie obojętnym tonem.

To podziałało na chłopów niczym kubeł zimnej wody. Z kwaśnymi minami, popowracali na swoje miejsca. Kiedy Ivar, puszczając wiedźminowi nienawistne spojrzenie, zatopił usta w alkoholu, zabójca potworów podszedł do samotnego elfa.
- Siadaj. - Wskazał długouchemu puste miejsce w najdalszej części pomieszczenia.
- Coś za jeden? - syknął cicho Ciaran, cofając się o krok.
- Przyjaciel Letho. - Odparł cichym tonem zapytany. - Siadaj, mówię. - Rzekł obcy wiedźmin, marszcząc brwi. - Nie chcemy awantur.
- Jacy znowu "my"?

Wiedźmin wziął z lady napełnione kufle i wręczył je bez słowa elfowi, a potem zacisnął mu dłoń na ramieniu i poprowadził go we wskazane miejsce.
- Zamknij się. - Syknął tak cicho, by tylko Ciaran usłyszał. - Nie tutaj. Głupi jesteś, czy jak? Iorewth twierdził inaczej. Może niesłusznie mu zaufałem.
Usiedli. W karczmie na powrót zrobiło się spokojnie. Wiedźmin przechylił się przez blat ławy.
- Pij. - Rzekł do elfa, po czym sam, jako pierwszy, podniósł kufel. - Za powodzenie akcji.
Ciaran był daleki od podniesienia toastu.

- Kimże jesteś, do kroćset? - Zapytał zgryźliwie szatyn, bardzo cichym głosem. - Ioreweth zatrudnił wiedźmina? Chce nas obu zabić? Miałem się nie rzucać w oczy!
Wiedźmin wziął łyka ale. Puścił mu ironiczne spojrzenie.
- Taa. - Wyrzekł. - Świetnie ci poszło, Ciaran.

Elf milczał, wściekły. I najwyraźniej również zaniepokojony. Zabójca potworów odstawił w końcu kufel. Wyciągną dłoń.
- Egan. Szkoła Żmiji. - przedstawił się pokrótce.
Elf nie wyciągnął ręki. Zacisnął wargi w niechęci.
- Spierdalaj, Egan. - powiedział dosadnie elf.
Mierzyli się spojrzeniami.
- Mówię poważnie. Nie chcę żadnego towarzystwa. - Ciaran był nieugięty. - A już tym bardziej, towarzystwa człowieka. - Syknął zjadliwie.
Egan parsknął w głos.
- Wygodne, Aen Seidhe. Dla ciebie człowiek... - Wskazał gestem na chłopów. - Dla nich zaś: nieludź. Zdecydujcie się wreszcie, kim są właściwie wiedźmini.
- Po prostu, odchrzań się, wiedźminie. - Rzekł dobitnie długouchy. - Nie chcę twojej litości, rozumiesz?

Zabójca potworów odchylił się nieco na krześle. Powiódł spojrzeniem po brudnym stropie, zmurszałych ścianach. Na jego twarzy pojawił się grymas niechęci.
- Może ja też nie mam ochoty oglądać twojej wyszczekanej buźki? - Zapytał cynicznie mężczyzna, biorąc kolejny łyk piwa. - Może po prostu muszę, nie pomyślałeś o tym? To pomyśl. Zastanów się trochę. Po co twój drogi szef gadał z Letho, co? Może uznał, że pewien narwany elf nie powinien iść sam między tłumy Dh'oine. I może - miał rację?
Ten przytyk nie polepszył sytuacji. Elf zacisnął dłoń w pięść.
- Może powinieneś iść w diabły. - odpyskował Ciaran. I znowu mierzyli się poirytowanymi spojrzeniami. Elf odwrócił w końcu wzrok. Popatrzył na pełny kufel, nieco tęsknym wzrokiem.
- Może pójdę. - Powiedział po chwili, obojętnie, Egan. - Po wykonaniu zadania. A teraz pij, elfie. Może jak wypijesz, nie będziesz tyle gadał.

Ciaran, gdzieś głęboko w sobie rozżalony, przerażony i wściekły, uległ w końcu namowom. To był naprawdę paskudny dzień.
- Może. - Parsknął spiczastouchy. Napił się. Otarł usta. - Dlaczego Letho cię za mną posłał? Co go to obchodzi?
- To na pewno z dobroci serca. - Zażartował wiedźmin, rozsiadając się wygodniej na krześle. - Jak to Letho, rozumiesz.
Obcy ukrywał coś. Potęgując jeszcze niepokój długouchego. Źle zrobił.

- Masz mnie za idiotę? - Ciaran zjeżył się niemal. Zacisnął palce na kuflu. - Mów, o co tu chodzi, albo wyleję ci zawartość na ryj!
Wiedźmin potarł w znużeniu twarz. Najwyraźniej i on nie miał dziś najlepszego dnia.
- Szkoda piwa, elfie. - Westchnął. - Ale jak chcesz, to śmiało. Ulżyj sobie. Upokorzysz dzisiaj jakiegoś Aen Seidhe, to może poczujesz się lepiej?
- Nie drażnij mnie! - Ciaran niemal wychodził już z siebie. - Mów, czego chce twój szef, ale bez wykrętów. Chcę wiedzieć wszystko. Wszystko, co tylko wiesz. Natychmiast!
Egan parsknął, znów potarł twarz dłonią w czarnej, skórzanej rękawicy. Dwudniowy, ciemny zarost wyraźnie mu już przeszkadzał.
- Letho nie jest moim szefem. Przyjaźnimy się tylko...
- Słyszałem o tobie, nie łżyj. - Parsknął Ciaran, przerywając mu. - Ty i twój klon łazicie za nim wszędzie.
- Serrit klonem? - Spytał zaskoczony Egan. - Przecież jesteśmy kompletnie różni.
- To nie twój brat? - zdumiał się Ciaran.
Wiedźmin zaśmiał się krótko i popił piwa.
- Na bogów, nie, chyba bym się zajebał. To kawał drania. Przyjaźnimy się. Po prostu.
- Przyjaźnicie... - Ciaran miał zbereźny uśmieszek na twarzy. Znał już taki typ "przyjaźni". Wśród Wiewiórek był bardzo popularny. Szczególnie nocą. - Jaasne.
Zabójca potworów zrobił nieprzyjemną minę. Poczuł się wyraźnie dotknięty tą insynuacją.
- Głodnemu chleb na myśli, co? - Zapytał krótko, z ironią. Wziął kolejny łyk niesmacznego ale. Zmienił zaraz temat. - Mam cię pilnować, czy tego chcesz, czy nie. Inaczej Letho spuści mi wpierdol. Tyle na temat. Nie dopytuj, po prostu.

- Fajny kumpel. - Podsumował Ciaran. - Aż zazdrość bierze. - Pokiwał głową. - Ten drugi też taki?

Dogryzali sobie coraz bardziej. Nie wyglądało na to, by mogli się kiedykolwiek polubić. Misja jeszcze się dobrze nie zaczęła, a oni coraz bardziej się nie cierpieli. Zabójca potworów zmarszczył brwi. Jego wargi wykrzywił paskudny uśmieszek.
- Ty naprawdę potrzebujesz dziś obicia pyska, co? - Zapytał wprost wiedźmin, splatając palce na stole. Żółte, kocie spojrzenie wbiło się w oblicze elfa. - Mogłem cię zostawić tym kmiotom, jeszcze nic straconego...
- Świetna ochrona, wiedźminie. - Prychnął długouchy, z wyższością. - Twoje samozaparcie jest godne podziwu. Nie dziwne, że musisz latać z tym drugim, skoro sam rezygnujesz z powierzonego ci zadania przy pierwszej lepszej okazji...

Znowu mierzyli się spojrzeniami, jeszcze bardziej spięci, niż wcześniej. Atmosfera zgęstniała mocno. I mężczyzna i Socia' tael, sprawdzali, który pierwszy ulegnie.
- Poważnie mówię. Szukasz zwady, elfie. - Orzekł Egan. Zmrużył oczy. - To twój sposób na problemy? Czyli prawdą jest, że Wiewiórki wykorzystują dzieciarnię, jako mięso armatnie? Zachowujesz się kompletnie jak młokos.
- Wsadź se w rzyć te przemyślenia, wiedźminie. - Warknął bez oporów Ciaran. - Jestem w wieku Iorwetha. Tylko mam mniej cierpliwości niż on.
- I rozumu. - Dociął wiedźmin.

Ciaran zacisnął dłoń w pięść. Ponownie. Jednak większy mężczyzna nie miał już cierpliwości do do wzajemnego dogryzania. Wypił piwo. Misja ochraniania tego spiczastouchego wydała się nagle ogromnie problematyczna. Brał pod uwagę to, że elf nie zechce jego obecności - Letho go przed tym ostrzegał - ale nie spodziewał się aż tak silnego oporu. Socia' tael, z zaciśniętą za mocno szczęką, z jedną ręką na blacie, zaś drugą, na nożu; tego wiedźmin był pewien, nie wyglądał ani trochę na przekonanego. Zabójca potworów spróbował podejść do niego inaczej. Próbował już wszystkiego, w przypływie zawziętości.

- Powinieneś rozplątać ten swój twarzowy warkocz. - Rzucił nagle, wskazując na włosy elfa. W jego ściętej przy szczęce fryzurze, widniał dłuższy, drobny warkoczyk. - Iorweth kazał ci nie rzucać się w oczy, czyż nie? To znak Wiewiórek. Nie dziwne, że wieśniacy chcieli cię przepędzić. Równie dobrze możesz założyć czapkę z wiewiórczym ogonem. Sam się prosisz o kłopoty.
Elf milczał. Jego rozwścieczona mina, złagodniała odrobinę.

- Dh'oine. Nawet komplement od was, brzmi niczym obraza. - Mruknął, naburmuszony. Zamiast jednak dalej się ciskać, sięgnął do zielonej wstążki spinającej włosy, i zaczął ją powoli rozwiązywać. W końcu wiedźmin miał słuszność. Elf zupełnie o tym zapomniał.
- Nas? - Podchwycił zaintrygowany Egan. - Czyli ludzie często cię komplementują?
- Obrażają. - Wyjaśnił usłużnie Ciaran. W jego głosie pobrzmiała jakaś smutniejsza nuta. Obwiązał sobie wstążkę wokół nadgarstka, aby jej nie zgubić. W końcu, z ociąganiem, zabrał się za picie piwa. Nie patrzył wiedźminowi w oczy.
- Wiedźmini też cię obrażali? To dość dziwne. Którzy wiedźmini?- Egan wsparł brodę na dłoni. Zastanowiła go reakcja elfa.
Socia' tael dopił ale.
- Nie znam żadnego wiedźmina, prócz ciebie.
- Czyli na komplementy od wiedźminów nie reagujesz wrogo, dobrze wiedzieć. - Powiedział z zadowoleniem Egan. Kiedy elf wypił w końcu piwo i przestał się tak strasznie wściekać o każde słowo, robił się nawet znośny. - Musimy się zbierać. Tutaj nie jest bezpiecznie. Ci ludzie chcą cię widzieć na stryczku. - Wskazał niechętnie na grupę chłopów. - Im szybciej stąd odjedziemy, tym lepiej.

Elf miał cierpiętniczy wyraz twarzy.
- Wszyscy chcą mnie widzieć na stryczku, wiedźminie. - Zapewnił kwaśnym głosem.
Egan powstał, pozostawił na blacie parę monet. Rzucił ostrzegawcze spojrzenie wyraźnie wrogiemu chłopstwu i idąc przy boku elfa, doprowadził go do drzwi wyjściowych. Miał nieodparte wrażenie, że któryś z nich zaraz czymś rzuci, ale ostatecznie, zdążyli wyjść z karczmy, cali i zdrowi.

Dosiedli koni.
- Trzymaj się z daleka. - Rzekł Ciaran do milczącego zabójcy potworów. - Po prostu nie wchodź mi w drogę.
Wiedźmin ruszył przodem, kompletnie ignorując jego słowa. Ciaran zrównał się z nim, spinając konia.
- Słyszałeś, co powiedziałem?
Odpowiedziało mu milczenie. Gdy wiedźmin milczał, nie odpowiadając na zaczepki, był dla Ciarana nieco bardziej zjadliwy ze swoim towarzystwem.