Między nimi a dystrybutorem paliwa znajdowało się już tylko jedno auto. Prusy, znudzony czekaniem, zastukał rytmicznie palcami w kierownicę.
– Mówiłem ci już, że Ludwig złamał rękę? – zapytał, wychylając się przez okno ku Feliksowi, który wysiadł dobry kwadrans wcześniej, woląc spacerować po stacji niż gnić w kolejce. Prusy zerknął na jego twarz i zmarszczył brwi. – Ej, co cię tak śmieszy?!
Wysoko uniesione kąciki ust Polski gwałtownie opadły.
– Nic, sorry – Feliks usprawiedliwił się pośpiesznie i oparł przedramionami o opuszczoną szybę. – Jak usłyszę, że coś się złego dzieje Niemcowi, to mi się automatycznie Schadenfreude odpala.
– Ty... – zaczął ostrzegawczo Gilbert, jednocześnie zerkając na auto przed nimi, do którego w końcu wrócił właściciel.
Polska odsunął się od samochodu, a ten ruszył do przodu, zajmując miejsce przy dystrybutorze. Potem Feliks znów się przybliżył.
– Nie wolno gnębić ludzi za odruchy, tiki i inne rzeczy, na które nie mają wpływu! – zawołał, łapiąc pistolet i wkładając go do wlewu paliwa. – Nie panuję nad tym!
– Jasne, bo ci uwierzę – prychnął Gilbert, obserwując cenę na wyświetlaczu. Mijały sekundy. – Okay, styknie, stop. Stop, mówię!
– Dobra, nie drzyj się... – Feliks odwiesił pistolet i, posławszy szybkie spojrzenie następnemu kierowcy, znów się nachylił. – Daj hajs, pójdę zapłacić, to akurat sobie punkty nabiję, zbieram na żelazko. A wracając, to każdy z nas ma jakieś trudne niemieckie słówko w karcie postaci – Na sekundę, dla większego efektu, zawiesił głos. – Ja mam Schadenfreude, a ty Weltschmerz...
W odpowiedzi Prusy mocno nacisnął pedał gazu. Feliks odskoczył, o mało co nie wpadając na dystrybutor. Mając w uszach pisk opon, z niedowierzaniem patrzył, jak jego samochód wjeżdża z powrotem na ruchliwą trasę międzymiastową i oddala się zdecydowanie zbyt szybko.
– O ty chuju z kryzysem wieku dwudziestego – wymamrotał i odwrócił się w stronę przydrożnej stacji pośrodku pól, jedynej w promieniu czterdziestu kilometrów. Niemal od razu napotkał nieprzychylne spojrzenie pracownika.
– Więc – mężczyzna ciężko westchnął. – Płaci pan z własnej kieszeni, czy mam dzwonić po policję?
Oczekujący kierowca uderzył pięścią w klakson. Feliks jęknął cicho, zdając sobie sprawę, że we wspomnianej kieszeni ma co najwyżej dwie dychy i kartę lojalnościową. Portfel z resztą zawartości został w aucie.
Licia miał rację, mam zdecydowanie za długi język, pomyślał spanikowany. Myśl, Felek, myśl... Nie z takich kłopotów się już wymigiwałeś, więc na pewno coś wymyślisz... Jakoś to będzie, jakoś to będzie... Uruchom swoją ułańską fantazję, kombinuj...
Dłoń pracownika sięgnęła po telefon komórkowy, jednak właśnie w tej chwili Feliksa olśniło. Punkty!
– Macie w katalogu nagród rabaty na paliwo, prawda? – zapytał z nadzieją, uśmiechając się tak grzecznie i uroczo, jak tylko potrafił. Wyciągnął z kieszeni kartę lojalnościową i zamachał nią, modląc się w duchu, by punktów wystarczyło na opłacenie chociaż połowy należności. – Kolega się... zapomina. Starość nie radość, he he... He.
Pracownik obrzucił spojrzeniem następnego klienta, potem zerknął na jedyny dystrybutor na stacji, a następnie gwałtownie obrócił się na pięcie i niemal biegiem ruszył do kasy.
– Chodź pan, tylko szybko.
I co z tego, że czasem szybciej mówił niż myślał, skoro i tak potrafił znaleźć wyjście z sytuacji? Co prawda, pomyślał Feliks, podążając za pracownikiem, nie mam pojęcia, jak i za co wydostanę się z tego zadupia, ale tym zajmę się później.
Za pięć minut.
Lekcja na dziś: nie włazić Prusakowi na uczucia braterskie.
