A/N: Ale mam blokadę twórczą ostatnio na Hetalię (sorry not sorry, wsiąkam w lore Genshina). FraPolowo, tak +16 dla pewności.
Pokój pogrążony był w porannej szarówce; światło nowego dnia padało na zasnutą ubraniami podłogę, stoliczek z blatem nakrytym eleganckim francuskim krawatem, otwarte drzwi balkonowe, u których progu leżały bezwładnie buty Francisa, oraz łóżko pokryte skotłowaną, hotelową pościelą.
Pachniało potem, proszkiem do prania i, z jakiegoś powodu, deszczem.
Feliks, leżąc na boku, od pięciu minut szukał wzrokiem swojego własnego obuwia, ale poszukiwania jak dotąd nie przyniosły rezultatów; zaczynał się obawiać, że jego najnowsza para butów od garnituru leży gdzieś w krzewach pod balkonem.
Zresztą, buty to pół biedy – nadal nie mógł zlokalizować swoich spodni, to był większy problem. Za godzinę rozpoczynała się konferencja, a Feliks nie chciał przekradać się przez recepcję w poszukiwaniu brakujących fragmentów garderoby.
Znowu.
– Ale ty masz irytujące nawyki… – mruknął Polska, obracając się na plecy. – Francis, śpisz? – zapytał głośniej, bezceremonialnie szturchając łokciem drugiego mężczyznę.
– Śpię, bo co? – wymamrotał nieprzytomnie Francja, wciskając twarz w poduszkę tak mocno, że Feliks ledwie zrozumiał jego wypowiedź. Budzik za nim wskazywał nieludzką godzinę szóstą rano, a więc, wedle francisowych standardów, środek nocy.
Biorąc pod uwagę, że położyli się wpół do czwartej, Feliks też był koszmarnie niewyspany, ale nie zamierzał z tego powodu dawać Francisowi jakiejkolwiek taryfy ulgowej.
– Sprawę mam, Franco.
– Jeśli… – wychrypiał Francis; zaraz potem odkaszlnął i odezwał się znajomym, uwodzicielskim głosem, zmuszając się do uniesienia na łokciach. – Masz ochotę na powtórkę…?
– Nie mam, dlaczego ty jesteś wiecznie napalony? – Polska wywrócił oczyma. – Nie odpowiadaj, pytanie retoryczne – dodał pośpiesznie. – Myślisz, że oni się zorientowali?
– Że to było zaplanowane? – upewnił się Francis, siadając z obowiązkowym rozciąganiem się ramion w zwolnionym tempie. Kołdra zsunęła się na jego biodra, strategicznie odsłaniając ładną klatkę piersiową, a zasłaniając miejsca rozrywkowe tylko na tyle, na ile było to potrzebne. Ot, ukryte zdolności personifikacji. – Po jakichś pięciu minutach, mon cher.
– Naprawdę? – stropił się Feliks, marszcząc lekko brwi. Na jego policzkach zakwitły blade rumieńce, podczas gdy on sam schylił się, by wyciągnąć spod łóżka pomiętą koszulę.
– Arthur po piętnastu. Ludwigowi daję trochę więcej czasu, ale i on w pewnym momencie musiał zrozumieć, co nasza dwójka będzie robić w jednym łóżku, mon chaton.
Polska westchnął ciężko; nagle ten plan wydał mu się mniej sprytny niż trzy godziny wcześniej.
– Dobra, niech będzie – burknął, świadom spojrzeń, jakie na niego padną, gdy tylko przekroczy próg sali konferencyjnej. – Franco, gdzie są moje spodnie? Jak je znowu znajdę pod szafą, całe w pająkach…
Francis obrzucił wzrokiem pokój.
– Tam – odparł, wskazując stojącą w rogu pokoju lampę. Feliks wytężył wzrok i faktycznie dostrzegł za nią zwinięte w kulkę spodnie. Dobra, połowa sukcesu…
– A buty?
– Spodnie, buty – mruknął Francis z oburzeniem. – Nie spytasz o samopoczucie, nie pocałujesz na dzień dobry, nie zaproponujesz nawet śniadania, tylko przechodzisz od razu do takich trywialnych rzeczy jak garderoba…
Feliks, tknięty nagłym przeczuciem, baczniej przyjrzał się drzwiom balkonowym. Te zacieki…
– Padało, prawda?
– Nie wiem, mon cher – Francis, obrażony, założył ręce na piersi. – Zwykle, gdy jestem z kimś w łóżku, interesuje mnie bardziej ta osoba niż aktualna pogoda w czasie…
– Gdzie szurnąłeś moje nowiutkie buty? – przerwał mu Feliks i nie czekając na odpowiedź, wyskoczył z łóżka, próbując sobie przypomnieć swoją dokładną pozycję w przestrzeni w chwili, gdy ściągał obuwie.
Naprzeciwko balkonu, Francis był tyłem do uchylonych drzwi… On zawsze rzuca niepotrzebnymi elementami na oślep… Obliczenia… Trajektoria lotu buta… W drzwi, mogły się odbić… Kurwa mać.
– Kurwa mać! – jęknął Feliks, gdy poślizgnął się na mokrych płytkach balkonu i uczepił się barierki, z rozpaczą wpatrując się w starannie przystrzyżone krzewy poniżej.
Duże krople wody, osiadłe na płatkach czerwonych róż, ich kolcach i liściach, odbijające się w porannym słońcu prześwitującym przez chmury, w innych okolicznościach na pewno uznałby za przyjemny widok, ale teraz uwagę Feliksa przykuwały jedynie dwa żałośnie namoknięte buty, leżące gdzieś w błocie pod krzakiem.
Feliks w cuda już nie wierzył – na pewno nie wyschną w niecałą godzinę, a do tego…
– Zamorduję cię – powiedział, odwracając się za siebie. – One kosztowały mnie pół wypłaty.
– Czym są dobra materialne wobec prawdziwej pasji i namiętności…
Feliks, z lekkim opóźnieniem zdając sobie sprawę z tego, że jest kompletnie nagi, poczerwieniał i jednym skokiem znalazł się w środku. Zatrzasnął drzwi balkonowe, szarpnął za rolety, a potem, gdy upewnił się, że nikt już go nie widzi, pochylił się wolno, nie spuszczając oczu z Francji.
– Co robisz? Pologne?
Zaciskając palce na eleganckich, skórzanych, francuskich lakierkach, Feliks obliczył w myślach trajektorię lotu.
Motyw jednego łóżka zdecydowanie był przereklamowany.
