Jasna Strona Miłości

Prawo Zemsty (Część 1) - Gniew

Anakin Skywalker złamał Kodeks Jedi.

Znaczy, dobra… jak już miał być ze sobą szczery, to łamał Kodeks Jedi notorycznie. Wcale nie trzeba daleko szukać, by znaleźć przykłady. Wystarczyło spojrzeć na ostatnie kilka lat: wymordowanie Tuskenów, potajemne małżeństwo, torturowanie jeńców wojennych w celu zdobycia informacji, obsesyjne poszukiwanie mordercy ukochanej żony celem dokonania na nim zemsty…

Tja, nie ma co ukrywać – gdy chodziło o łamanie Kodeksu Jedi, miał dość obszerną kartotekę. Tym razem jednak przeszedł samego siebie! Przegiął. Za jednym zamachem złamał nie jedną, nie dwie, ale ze dwanaście (jeszcze nie skończył liczyć, więc ta liczba wciąż mogła wzrosnąć!) zasad ustanowionych przez swój Zakon.

Przespał się ze swoim byłym Mistrzem.

Tak, jak niewiarygodnie by to nie brzmiało – przeleciał Obi-Wana Kenobiego.

A teraz siedział w barze, opróżniając już trzeci kieliszek i próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to się, do cholery, stało? W sensie – zerżnięcie Obi-Wana, a nie szukanie odpowiedzi w alkoholu. Choć do tego drugiego też nie był przyzwyczajony. Znał o wiele lepsze sposoby na rozwiązywanie problemów, niż sięganie po procenty. Takie jak medytacja z Obi-Wanem, sparing z Obi-Wanem, wysłuchiwanie upierdliwych kazań Obi-Wana…

Seks z Obi-Wanem – wymruczał głosik w jego głowie.

Anakin wzdrygnął się. Podniósł mechaniczną dłoń, dając barmanowi znak, by polał mu więcej… czegoś. Anakin już zdążył zapomnieć, którą odmianę alkoholowego paskudztwa, właściwie pił. Niezbyt go to obchodziło.

- Zaciążyłeś kogoś? – Rodianin w fikuśnym kapelusiku z piórkiem zagadał, nalewając trunek.

- Co? – Anakin spytał głupio.

- Zostałeś czyimś ojcem?

Młody mężczyzna potrząsnął głową, na co barman poklepał go po ramieniu.

- A widzisz? Zawsze może być gorzej!

Fakt. Ciężko się z tym nie zgodzić. Jako Rycerz Jedi (i tak już znajdujący się na Czarnej Liście Rady z więcej niż jednego powodu) z nieślubnym dzieciakiem w drodze, Anakin miałby totalnie przerypane!

Koleś ma rację – zdecydował, biorąc kolejny łyk niebieskiego świństwa. – Trzeba szukać pozytywów!

Może i nie zdobędzie przez to pożądanych odpowiedzi… ale przynajmniej poprawi sobie humor i poczuje się odpowiednio zmotywowany! Podczas bitwy podobna strategia zwykle działała. Ahsoka często mawiała, że kiedy nic nie przychodzi do głowy, to lepiej po prostu…

Ahsoka!

Skrzywił się. Rozmyślanie o dawnej Padawance, było ostatnią… naprawdę OSTATNIĄ rzeczą, której teraz potrzebował!

Pozytywy. Trzeba skupić się na pozytywach! Jakie są pozytywy jego najnowszego wykroczenia wobec Kodeksu Jedi?

Obi-Wan na pewno nie zajdzie w ciążę! – podsunął przytępiony przez alkohol umysł.

Czoło Anakina przylgnęło do zimnej szklanki, a on sam cicho parsknął. Haha, bardzo śmieszne! Ale dobra, zawsze to jakiś początek. Idziemy dalej.

Byłeś na górze, więc przynajmniej nie boli cię tyłek.

No, choleeeeraaa, no! Tylko na tyle go stać? Na serio nie był w stanie wymyśleć niczego poważnego?

Zresztą, Obi-Wana też pewnie już nic nie boli. W końcu minął okrąglutki miesiąc, odkąd TO się stało. Okrąglutki miesiąc, a oni NADAL o Tym nie porozmawiali!

Pozytywy! - skarcił samego siebie Anakin. – Miały być pozytywy.

Poważne pozytywy. Takie, które naprawdę mogłyby się przyczynić do rozwiązania problemu. Dać zagubionemu człowiekowi jakąś wskazówkę. Na pewno było coś takiego!

Do niczego go nie zmusiłeś – wewnętrzny głos młodego mężczyzny wreszcie zaczął brzmieć rozsądnie. – Cała ta akcja miała miejsce za obopólną zgodą!

Anakin wziął kolejny łyk swojego drinka, a smak, który poczuł na języku, pierwszy raz mu się spodobał.

Tak, to już był argument, którego mógłby się uchwycić. To na nim mógłby zacząć budować tratwę dla tonącego umysłu.

Wiedział, że do niczego Obi-Wana nie przymusił, a to dawało mu ogromną ulgę. Nie żeby w ogóle brał pod uwagę możliwość wzięcia kogokolwiek wbrew jego woli, ale… ale też znał życie. Rozumiał, że były osoby, które tak naprawdę nie chciały seksu, ale kiedy przychodziło co do czego, nie odmawiały, bo nie były w stanie. Nie dlatego, że nie były dość silne, by zepchnąć z siebie napalonego oblubieńca. Po prostu przegrywały walkę z pożądaniem. Oni sami myśleli „nie, nie, nie", ale ich ciała krzyczały „tak, tak, tak!"

Czasem w starciu ciała z rozsądkiem, rozsądek ponosił sromotną klęskę. I tyle.

Jednak w przypadku tego, co miało miejsce miesiąc temu, tak NIE było. Anakin wciąż nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego przespał się z dawnym Mistrzem… ani tym bardziej nie potrafił zrozumieć, dlaczego Obi-Wan przespał się z nim... ALE przynajmniej miał absolutną pewność, że decyzja każdego z nich nie była jedynie przegraną walką z pożądaniem.

Obi-Wan wyraził zgodę – i to, cholera, wprost!

No, może nie na głos, ale… ale zrobił to za pomocą swojej Więzi z Anakinem. Stanowczo i świadomie przekazał byłemu Padawanowi swoją myśl, a brzmiała ona wyraźnie „weź mnie". A to było praktycznie to samo, co powiedzenie tego na głos!

Niemalże to samo. Prawie to samo.

Przy czym warto podkreślić, że nie dał tego Anakinowi do zrozumienia raz! Nie. Żeby nie było – Anakin dał mu dobre kilka możliwości na wycofanie się. Za każdym razem, gdy mieli posunąć się o krok dalej, przerywał pieszczoty, patrzył Obi-Wanowi w oczy i w milczeniu dawał mu sygnał, że w każdej chwili mogą przerwać. Niech to! Patrząc wstecz, był pełen podziwu dla samego siebie, że dał byłemu Mistrzowi aż tyle możliwości wycofania się, biorąc pod uwagę, jak zajebiście był wtedy twardy!

I niech po tym wszystkim Obi-Wan Kenobi śmie powiedzieć, że Anakin Skywalker nie umie nad sobą panować! Niech tylko spróbuje!

Pfft! Przecież już za samo to poświęcenie… za samo to, jak wiele razy gotów był zdradzić własnego fiuta z szacunku dla dawnego nauczyciela, powinien dostać specjalne odznaczenie! Albo tytuł Mistrza Jedi. Nie obraziłby się!

No chyyyyba, że Obi-Wan wyskoczy do niego z jakimś absurdalnym tekstem, w stylu, że jego zgoda wcale nie była „Oficjalną Zgodą", no co ty, Anakin, ty naprawdę myślałeś, że te telepatyczne prośby były na serio, no przecież, żeby MNIE przelecieć, to trzeba mieć zgodę na piśmie! Z podpisami wszystkich członków Rady. I z błogosławieństwem od Yody.

Anakin WCIĄŻ brał pod uwagę możliwość, że może coś takiego usłyszeć. Serio. No może nie dokładnie to, ale… no, coś w ten deseń. Że Obi-Wan „tak naprawdę na nic się nie zgodził" i tak dalej.

Zakładając, oczywiście, że Obi-Wan w ogóle zechce porozmawiać, o tym, co się stało. Bo miesiąc, kurde minął, a rozmowa nie nadchodziła! Anakin zacząłby podejrzewać, że jego Mistrz zapomniał, ale ta możliwość zwyczajnie nie wchodziła w grę.

Nie mógł zapomnieć – całkowicie opróżniając szklankę, ponuro pomyślał młody mężczyzna. – Ludzie nie zapominają ot tak, a już zwłaszcza NIE Jedi. A my byliśmy trzeźwi. Obaj.

No proszę i nawet znalazł kolejny pozytywny argument!

Chociaż, po dłuższym zastanowieniu, nie był pewien, czy cieszy się z tego konkretnego faktu. Kiedy uprawiało się seks pod wpływem alkoholu, to przynajmniej można było później zwalić na alkohol. Uznać całą sytuację za przygodę. Pomyłkę! Osobliwą kombinację procentów i przedłużającego się stresu.

Czysto teoretycznie, Kodeks Jedi nie zabraniał samego seksu. Zabraniał przywiązania. Głębszych uczuć do drugiej osoby.

I choć Anakin wiedział, że żaden członek Rady (łącznie z tym, którego przeleciał), otwarcie by się z nim nie zgodził, to wierzył w słuszność swojego rozumowania – sam seks z Obi-Wanem nie byłby złamaniem Kodeksu. Tu nie chodziło o seks. Chodziło o okoliczności, w jakich do niego doszło.

Może i zrobili to pod wpływem tak zwanej „chwili", ale to nie była taka sama „chwila", jak ta, która mogłaby mieć miejsce w ciemnym barze, takim jak ten.

To nie była chwila pod tytułem: „ach, jaki on przystojny, czemu nigdy tego nie zauważyłem, a co mi tam, mamy wojnę, to wezmę i to zrobię".

Nie. Ta chwila była efektem czegoś, co kumulowało się przez rok. A zaczęło się od…

No właśnie. Od czego właściwie się zaczęło? Od momentu, w którym Anakin wreszcie uwolnił Obi-Wana z rąk tego ohydnego łowcy nagród? A może jeszcze wcześniej – gdy zrozumiał, że nie tylko pozwoli mordercy swojej żony żyć, ale wręcz ocali mu życie, po to, by ocalić Obi-Wana? Gdy zdał sobie sprawę, że mszcząc się za śmierć ukochanej osoby, jak idiota naraził życie kogoś równie bliskiego? Gdy zrezygnował z zemsty na rzecz… miłości?

Obiecując sobie, że to będzie ostatnia szklanka, Anakin poprosił barmana o więcej alkoholu.

Nareszcie. Zrozumiał już, co musi zrobić. Wiedział, gdzie leżała odpowiedź.

Będzie to w cholerę nieprzyjemne, ale będzie musiał wrócić pamięcią do momentu, gdy to wszystko się zaczęło. Zanalizować każde istotne zdarzenie – wszystko, co mogło stanowić punkt zwrotny, w jego relacjach z Obi-Wanem. A potem krok po kroku ustalić, jak doszło do Chwili Uniesienia.

Śmierć Padme…

Anakin pociągnął łyk trunku i uśmiechnął się ponuro.

Nieprawdopodobne, że dzisiaj, teraz… że nastał w jego życiu etap, gdy był w stanie myśleć o stracie ukochanej kobiety i jedynie słyszeć w oddali echo dawnego cierpienia. Dokładnie tak samo miał z dotykaniem miejsca, w którym ucięto mu rękę. Pamiętał ból bardzo wyraźnie, ale już go nie czuł. No, może trochę – w wyobraźni.

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze rok temu nie wierzył, że kiedykolwiek dojdzie do porządku dziennego z tym, co się stało.

Dokładnie rok temu Padme pojechała na misję dyplomatyczną i zginęła z rąk łowcy nagród. Została zastrzelona przez niejakiego Futtę Rourke'a – przez kolesia, o którym nikt wcześniej nawet nie słyszał!

Anakin poczuł jej śmierć poprzez Moc, ale został o wszystkim oficjalnie poinformowany dopiero tydzień po zdarzeniu. Bo niby jak miałby się dowiedzieć od razu, gdy był zajęty toczeniem cholernych Wojen Klonów? No a kiedy wreszcie się dowiedział, to… to…

Wziął kolejny łyk niebieskiego paskudztwa i już któryś z kolei raz poczuł na języku nieprzyjemną gorycz.

Cóż za ironia. Minął rok od tamtego zdarzenia, a tym, co powodowało nieprzyjemny ścisk w żołądku nie była sama śmierć Padme, ale wspomnienie jego własnego zachowania. Nie da się ukryć – zachowywał się wtedy wobec Obi-Wana jak skończony fiut.

Nie, zaraz. Uściślijmy – nie tylko wobec Obi-Wana. Anakin nikogo nie dyskryminował. Po tym, jak zginęła jego ukochana, był takim samym wrednym chujem wobec wszystkich.

A nawet jeśli Obi-Wana dręczył bardziej, to nie dlatego że jakoś szczególnie go wyróżnił, ale tylko z tego względu, że upierdliwiec właził mu w drogę częściej niż inni. Martwił się, zasłaniał własnym ciałem na polu bitwy, świecił oczami przed Radą Jedi, proponował sparingi, z których ledwo uchodził z życiem… i robił jeszcze masę innych rzeczy, których pogrążeni w żałobie, oszalali ze złości młodzi mężczyźni nie mieli w zwyczaju doceniać. Czy Anakin go o to prosił? Nie. I właśnie dlatego usprawiedliwiał wszystkie kierowane w stronę Obi-Wana złośliwości stwierdzeniem „mógł się nie wtrącać, dupek jeden".

Wtedy jeszcze nie określał własnego zachowania jako „bycia zafiksowanym na punkcie zemsty gnojkiem". W swoim mniemaniu, mógłby rozpieprzyć połowę Galaktyki i byłoby to w pełni usprawiedliwione. Co tam Galaktyka, gdy Padme zginęła? Co tam Obi-Wan i jego głupia troska, gdy Anakin marzył jedynie o dopadnięciu Futty i zabiciu go w najbardziej sadystyczny sposób jaki kiedykolwiek istniał? Co tam obowiązki Jedi, gdy miał obowiązek zemsty wobec ukochanej żony?

Po raz pierwszy w życiu poważnie rozważał odejście z Zakonu – nie zrobił tego, wyłącznie dlatego, że mu się to nie opłacało. Bez przywilejów Generała Jedi nie mógłby swobodnie przemieszczać się po Galaktyce i szukać przeklętego łowcy nagród. Postanowił dalej robić to samo, a w wolnych chwilach „po cichu" prowadzić śledztwo. Mógł zaczekać z pokazaniem Jedi środkowego palca do czasu ukręcenia Futcie jego przeklętego łba. Mówił sobie, że póki co będzie udawał grzecznego chłopca i dopiero PO upierdoleniu skończonego skurwysyna, spakuje manatki i się pożegna.

Świetny plan. Co mogło pójść nie tak?

Nic, zupełnie nic. Tylko szkoda, że dwa miesiące po śmierci Padme wygadał się ze wszystkiego Obi-Wanowi.

I to nie tylko z planów wobec Futty. Dosłownie – ze WSZYSTKIEGO. Włączając w to sekretne małżeństwo i zamiar odejścia z Zakonu. Wygadał się dawnemu Mistrzowi tylko po to, by dowiedzieć się, że tamten już od dawna wszystko podejrzewał.

Anakin powiedział mu wtedy tyle potwornych rzeczy. Potwornych i nieprawdziwych. Wrócił pamięcią do tamtej rozmowy…

Około 10 miesięcy temu

- Anakinie, proszę…

- Daj mi spokój!

Niezrażony agresywnym tonem dawnego Padawana, Obi-Wan Kenobi pozostał na miejscu. Stał sztywno jak słup i wpatrywał się w plecy Anakina, który odmawiał oderwania wzroku od zawartości datapada. Na ekranie wyświetlały się informacje o ostatnich działaniach Futty Rourke'a. A także informacje o jego powiązaniach. Mnóstwo, mnóstwo informacji!

- Anakinie – w głosie Obi-Wana zabrzmiała pierwsza nuta błagania. – Po raz kolejny proszę: zostaw tego człowieka w spokoju! Od dwóch miesięcy nic innego nie robisz, tylko obsesyjnie go szukasz. Toczymy wojnę! Wiele osób na ciebie liczy, polega na tobie… Wiem, że nawet po tym, co się stało, nie przestało ci na nich zależeć.

Anakin zacisnął zęby. Po co w ogóle posiadać własną kwaterę w Świątyni Jedi, gdy nie mógł w niej mieć nawet odrobiny świętego spokoju?! Tęsknił za apartamentem, który dzielił z Padme. Ale przecież nie mógł zgłosić się po spadek, bo musiałby otwarcie przyznać, że byli małżeństwem. Co prawda Palpatine dowiedział się o potajemnym ślubie i zaoferował mu pomoc, ale świeżo owdowiały Rycerz Jedi uznał, że przyjęcie jej byłoby zbyt ryzykowne.

Generał Skywalker dziedziczący luksusowy apartament po Senator Amidali – jak by to wyglądało?

- Anakinie…

Usłyszenie swojego imienia po raz trzeci… A przede wszystkim usłyszenie tego łagodnego i cierpliwego tonu po raz trzeci było kroplą, której słoik cierpliwości Anakina nie był już w stanie pomieścić.

Odwrócił się w stronę dawnego Mistrza i posłał mu tak groźne spojrzenie, że tamten cofnął się o krok.

- Ty w ogóle słyszysz samego siebie, Obi-Wan? – Anakin warknął ostrym jak brzytwa tonem. – Ty w ogóle słyszałeś, co JA mówiłem? Nie zauważyłeś, że przed chwilą powiedziałem ci o potajemnym związku małżeńskim i o planach opuszczenia Zakonu? A może miałeś nagły napad głuchoty?! Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że usłyszałeś o tym wszystkim i jak gdyby nigdy nic walisz mi kazania o moich obowiązkach, choć powinieneś już dawno domyślić się, gdzie mam ochotę je wsadzić! Nie obraź się, ale siedzisz tu odrobinę za długo. Nie uważasz, że to właściwy moment, by pobiec do swoich sztywniackich koleżków z Rady i czym prędzej donieść im o moich licznych wykroczeniach wobec Kodeksu?

- Jak możesz? – Obi-Wan wyszeptał drżącym głosem. – Anakin, przecież… Powinieneś wiedzieć, że ja nigdy bym ciebie…

- No nie gadaj, serio? – młodszy z mężczyzn kpiąco parsknął. – TY byś mnie nie wydał? W życiu bym się nie domyślił. Wygląda na to, że musisz wpisać samemu sobie naganę. Będzie uroczo wyglądała w twoim czyściutkim i bielutkim Dzienniczku Wzorowego Jedi.

Choć dziewięćdziesiąt procent Galaktyki spieprzałyby już, gdzie pieprz rośnie, Kenobi zdecydował się na krok do przodu. Stał teraz na tyle blisko Anakina, że mógłby położyć mu dłoń na ramieniu. Zaczął nawet ostrożnie unosić rękę, ale kiedy zobaczył ostrzegawczy wzrok drugiego mężczyzny, zatrzymał ją i opuścił.

- Nie jestem idealnym Jedi – gdy to mówił, w jego błękitnych oczach odbijał się ból. – A ty nie jesteś złym Jedi. Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam.

- To najgówniańsze kłamstwo, jakie kiedykolwiek od ciebie usłyszałem.

- Anakin, proszę! Wiem, że teraz jesteś wściekły, ale gdy za parę lat spojrzysz wstecz, zrozumiesz, że wcale nie chciałeś dopaść Rourke'a.

- Założymy się?

- Wiem, że nie jesteś zafiksowanym na punkcie zemsty człowiekiem, za jakiego próbujesz teraz uchodzić. Nie jesteś taki.

Z ust Anakina wyszedł zimny śmiech.

- Och, nie jestem? Naprawdę? A co ty o mnie wiesz? Wydaje ci się, że skoro przygarnąłeś mnie po śmierci Qui-Gona, a potem jeszcze wychowałeś mnie, by twojemu martwemu Mistrzowi nie było przykro, to tak świetnie mnie poznałeś, tak?

- Opiekowałem się tobą nie tylko ze względu na… - Obi-Wan zaczął tłumaczyć łamiącym się głosem, lecz dawny Padawan nie dał mu dokończyć.

- Powiem ci, jaki jestem… jaki NAPRAWDĘ jestem! Powiem ci, co zrobiłem, gdy ty byłeś zbyt zajęty byciem wzorowym Jedi!

Bez ostrzeżenia złapał Obi-Wana za przód tuniki i brutalnie go do siebie przyciągnął. A potem pochylił się i wyszeptał byłemu Mistrzowi do ucha prawdę o ludziach pustyni.

Cieszył się, że nie widzi wyrazu twarzy Kenobiego, bo nawet teraz, gdy zachowywał się jak bezlitosny dupek, bał się tego, co mógłby zobaczyć. Co ostatecznie i tak zobaczy, gdy wreszcie odsunie się od Obi-Wana.

Słowa wychodziły z jego własnych ust, ale czuł się tak, jakby wypowiadał je ktoś inny. Jakby zupełnie obcy człowiek ze szczegółami opowiadał o tym, jak w dzikim szale zarżnął każdego mężczyznę w obozie Tuskenów. Każdą kobietę. Każde dziecko. Wszystkich!

Mówienie o tym bolało nawet jego i aż strach pomyśleć, jak bardzo raniło Obi-Wana.

Anakin miał swoje powody, by tak długo ukrywać tę sprawę przed dawnym mentorem. Nie chodziło nawet o Kodeks. Racjonalna część niego wiedziała, że Kenobi powiedział prawdę i by go nie wydał. Ani w sprawie małżeństwa, ani w jakiejkolwiek innej. Ta sama, prawdziwa, ale teraz głęboko ukryta część Anakina nie chciała nic powiedzieć, bo wiedziała, że Obi-Wan będzie się niepotrzebnie obwiniał. Pod więcej niż jednym względem. Z pewnością poczuje, że zawiódł jako Mistrz i przyjaciel. Anakin za wszelką cenę chciał go chronić przed tymi uczuciami – prawdziwy, dobry Anakin.

Bo ten drugi Anakin, zrozpaczony po śmierci żony, nie miał dla Kenobiego żadnej litości.

Bolało? I bardzo dobrze! Miało boleć.

W końcu limit potwornych słów się wyczerpał i Anakin odsunął się od Obi-Wana. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, a wzrok wbity w podłogę. Mimo całej złości i goryczy, nie miał odwagi spojrzeć dawnemu Mistrzowi w oczy. I, choć nie potrafił tego wytłumaczyć, czuł, że w jego własnych oczach gromadzi się wilgoć.

No świetnie – Anakin pomyślał z goryczą. – Tego tylko brakowało, bym zaczął przy nim ryczeć!

Jeszcze nigdy nie czuł się tak upokorzony.

Obi-Wan przez długi czas się nie odzywał, ale nie szkodzi, bo jego oddech mówił sam za siebie. Anakin jeszcze nigdy nie słyszał, by ktoś tak głośno oddychał. Albo, by czyjeś oddechy były przepełnione takim bólem.

Wreszcie rozległo się głośne przełknięcie śliny, a potem cichutkie pytanie:

- Dlaczego?

W pierwszym odruchu Skywalker miał ochotę parsknąć śmiechem.

Dlaczego?" On serio o to pyta? Serio tego NIE wie?

Odpowiedź była przecież oczywista.

- Zabili moją mamę – Anakin wyszeptał drżącym głosem. – A wcześniej oni ją… - nie zdołał powiedzieć tego na głos. – Czułem to, co jej zrobili. Gdy ostatni raz trzymałem ją w ramionach, czułem to! Wszystko. Gdybym mógł, zadźgałbym te uczucia… zabiłbym wszystko, co jest wewnątrz mnie. Ale tak się nie da. Cóż, może ci inni, lepsi Jedi potrafią, ale ja nie umiem. Próbowałeś mnie nauczyć, ale nie opanowałem tego, bo byłem za głupi. Nie mogłem zabić tego, co było we mnie, więc zabijałem wszystko, co było na zewnątrz. Słyszałem głos Qui-Gona…

Na moment zamknął oczy. Po policzku spłynęła mu pojedyncza łza. Powtarzając sobie, że musi wziąć się w garść, uchylił powieki i mówił dalej:

- Słyszałem jego głos… jakby z oddali. Krzyczał, bym przestał… Krzyczał… Słyszałem jego głośne i rozpaczliwe „nie!" Nie wiem, czy tam był, czy go nie było, czy to był tylko wymysł mojej popapranej wyobraźni, ale próbował mnie powstrzymać. Bez skutku. Te pierdolone uczucia… machałem mieczem jak opętany, a wciąż nie mogłem ich zabić.

- Nigdy nie chciałem, byś zabijał swoje uczucia, Anakinie – przez mgłę upokorzenia i bólu przebił się cichy głos Obi-Wana.

Anakin zdziwił się, nie słysząc ze strony mężczyzny nawet cienia pretensji. Ani potępienia, którego tak bardzo się obawiał.

Wsłuchał się w więź pomiędzy sobą i Obi-Wanem – więź, która istniała w Mocy nawet po tym, gdy przestali być Mistrzem i Padawanem. Nie wszyscy uczniowi zachowywali więź z nauczycielami po obcięciu warkoczyka. Jednak Anakin i Obi-Wan od zawsze byli prawie jak jedna osoba, niezależnie od tego, co się między nimi działo.

Teraz również.

Anakin wreszcie znalazł nazwę dla uczucia, które uchwycił zarówno w głosie jak i w więzi.

„Wyrzuty sumienia".

No tak, to tak bardzo w stylu Obi-Wana. Jak zawsze perfekcyjny Jedi! To Anakin był mordercą, który zabił z zemsty, a Obi-Wan obwiniał za to wszystko siebie.

Kolejne słowa Kenobiego nie były żadnych zaskoczeniem.

- To przeze mnie uznałeś, że uczucia koniecznie trzeba zabić. Że nie można radzić sobie w nimi w inny sposób.

- Tak, to przez ciebie – wysyczał Anakin.

Wreszcie podniósł wzrok i spojrzał na byłego mentora. Pomyślał, że nie widział na twarzy Obi-Wana takiego bólu od czasu śmierci Qui-Gona. Przez jeden króciutki racjonalny moment spróbował nad sobą zapanować, powstrzymać cisnące się na usta słowa – za nic nie chciał krzywdzić tak bliskiego sobie człowieka bardziej, niż już to zrobił.

Jednak jego ogarnięte szałem Ja miało na ten temat inne zdanie. Chciało doprowadzić Obi-Wana do takiego stanu, by cierpiał równie mocno, co Anakin. Albo bardziej.

- To przez ciebie zginęła moja mama – warknął młody mężczyzna. – Od początku mówiłem, że coś jej grozi. Miałem sny, pamiętasz?! Opowiadałem ci o nich, a ty je zbagatelizowałeś! Powiedziałeś, że to nic, że tylko mi się wydaje, że to minie… No to, kurwa, minęło! Moja mama nie żyje! Zdążyłem zamienić z nią może dwa zdania, zanim umarła mi w ramionach. To PRZEZ CIEBIE, bo nie uwierzyłeś mi i zbyt późno pojechałem ją ratować!

Wiedział, że to nieprawda. W rzeczywistości wcale tak nie myślał.

Miewał różne sny – a tylko niektóre z nich okazywały się prorocze. Inne były zwykłymi koszmarami. Kiedy śnił o mamie, z początku sam nie wiedział, z czym mam do czynienia. I nigdy tak naprawdę nie powiedział do Obi-Wana:

„Polećmy na Tatooine i to sprawdźmy."

W głębi serca wiedział, że Obi-Wan by na to przystał. Gdyby Anakin dał mu do zrozumienia, że naprawdę się boi, Obi-Wan zabrałby go na Tatooine.

Ale teraz to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko satysfakcja, którą czuła Ciemna Strona Skywalkera. Sądziła, że dopięła swego, a mimo to Kenobi wciąż znalazł sposób, by ją wkurzyć. Głośno przełknął ślinę i spojrzał dawnemu Padawanowi w oczy.

- Przepraszam – wyszeptał.

Że co? Przeprasza?! – oburzył się Mroczny Anakin. – Żadnych wyjaśnień w stylu „ja wcale nie chciałem" albo „nie mogłem wiedzieć, że coś takiego się wydarzy". Godzi się ze stwierdzeniem, że to jego wina i tak po prostu przeprasza?!

- Zawsze wiedziałem, że cię wtedy zawiodłem… - Obi-Wan ciągnął słabym głosem, kierując zamglony wzrok na podłogę. – Chciałem przeprosić cię za to dużo wcześniej. Powinienem to zrobić zaraz po tamtym zdarzeniu, ale… Widziałem, jak straszne cierpiałeś, więc nie chciałem wspominać o tym jako pierwszy i… Sądziłem, że ty o tym wspomnisz, gdy będziesz gotowy… A gdy nie wspominałeś, uznałem, że może lepiej nie rozgrzebywać rany i…

Na Moc. Anakin jeszcze nigdy nie widział, by Obi-Wan był tak roztrzęsiony, by z tak wielkim trudem formułował zdania. Jakaś część Skywalkera pragnęła w tej chwili odepchnąć Ciemną Stronę i po prostu Kenobiego przytulić.

Obi-Wan wreszcie spojrzał Anakinowi w oczy.

- No a potem… potem zacząłem myśleć, że może już mi wybaczyłeś – dokończył, głośno przełykając ślinę.

Nie było czego wybaczać – pomyślała Jasna Strona.

- Nigdy ci nie wybaczyłem – głośno i bezlitośnie zaanonsowała Ciemna Strona.

Z miną człowieka pogodzonego z ogłoszonym wyrokiem, Obi-Wan zamknął oczy i opuścił głowę.

Mroczny Anakin miał ochotę złamać mu kark. Ten dupek niczego mu nie ułatwiał… Czemu się nie tłumaczy, do cholery?! Czemu zachowuje się pokornie, jak pies z podkulonym ogonem, zamiast pokazać, że jest godny tytułu Mistrza Jedi i bronić swoich racji?! Choćby tego pierdolonego Kodeksu, złamanego przez byłego Padawana w najgorszy możliwy sposób!

Tego konkretnego wykroczenia, nawet Anakin nie mógł sobie darować. Nie żałował małżeństwa, ani niczego innego, ale gdyby mógł cofnąć czas, nie zabiłby Tuskenów.

Jak żyć, gdy jest się dzieciobójcą? Co z tego, że te dzieci wyrosłyby na morderców i gwałcicieli? Co z tego, że od maleńkości uczono ich trzymać broń i atakować wszystko, co się rusza? Dzieciobójca to dzieciobójca.

Po policzku Anakina spłynęła druga łza. O ile to możliwe, wydała mu się jeszcze chłodniejsza od poprzedniej.

- Obwiniałem cię o to przez wiele lat – mruknął do Obi-Wana. – Nigdy ci nie wybaczyłem. Nie powiedziałem ci tego, tylko dlatego, że bardziej mi było wstyd za siebie. Za to, co zrobiłem.

Gówno prawda. Za nic Kenobiego nie obwiniał, a nie powiedział mu, bo śmiertelnie bał się jego reakcji.

Racjonalna część jego stwierdziłaby, że nie zasługuje na tak wyrozumiałą reakcję ze strony Obi-Wana. Albo na to, jak Obi-Wan na niego teraz patrzył – jakby Anakin wciąż był tym samym człowiekiem. Tym samym, niepokornym, ukochanym chłopcem, którego Obi-Wan uczył przez tyle lat.

Kenobi ponownie wyciągnął dłoń w stronę dawnego Padawana. Że też nie bał się tego zrobić… że też nie brzydził się go dotykać.

Twarde od trzymania miecza świetlnego palce musnęły ludzkie przedramię Skywalkera. Dla Anakina było to jak kopnięcie prądu elektrycznego. Zarówno w dobrym jak i złym znaczeniu.

- Czujesz wstyd, bo jesteś dobrym człowiekiem – Obi-Wan powiedział cicho. – Jesteś dobrym człowiekiem, Anakinie. I dobrym… bardzo dobrym Jedi. Jeden czyn tego nie przekreśla.

Przed śmiercią żony Anakin oddałby wszystko, by usłyszeć te konkretne słowa. I zrobiłby absolutnie wszystko, by usłyszeć je właśnie od Obi-Wana. Na moment zapomniał o złości i zaczął się zastanawiać, dlaczego tak długo trzymał incydent z Tuskenami w sekrecie.

- Padme mówiła, że powinienem ci powiedzieć – mruknął bardziej do siebie niż do Obi-Wana.

- Wiedziała? – rudy mężczyzna spytał łagodnie.

- Nie odrzuciła mnie, po tym, co zrobiłem – Anakin przypomniał sobie, że miał być wściekły i posłał dawnemu mentorowi pełne jadu spojrzenie. – Nie odrzuciła mnie, tak jak zrobiliby to inni. Tak jak TY byś to zrobił!

- Nie odrzuciłbym cię.

Skywalker miał już na końcu języka ostre i niesprawiedliwe „Akurat!", ale przypomniał sobie Padme wypowiadającą imię Obi-Wana i powstrzymał się.

- Powiedziała to samo – oznajmił, zaciskając zęby z frustracji. – Stwierdziła, że na pewno byś mnie nie obwiniał. Namawiała mnie, bym powiedział ci o wszystkim… Nie tylko o Tuskenach. O naszym małżeństwie również. Wciąż powtarzała, że znasz mnie tak dobrze, że pewnie i tak wiesz… Albo się domyślasz.

Poczuł, że palce Obi-Wana zaciskają się na jego przedramieniu. Podniósł mechaniczną dłoń, zakrył nią oczy i zarechotał zimnym, pozbawionym radości śmiechem.

To takie, kurwa, zabawne, że rozpieprzał sobie życie, by zemścić się za śmierć Padme, a teraz czuł się tak niewyobrażalnie wściekły na tę kobietę. Miał wrażenie, jakby stała przed nim i się z nim kłóciła. Niemal mógł ją zobaczyć.

- Zawsze brała twoją stronę! – odsunął dłoń od twarzy i gniewnie spojrzał w zdumione oczy Obi-Wana. – Ilekroć na ciebie narzekałem, ZAWSZE cię broniła. Byliście w jakiejś, kurwa, zmowie?! Oboje uparliście się, że zrobicie ze mnie dobrego człowieka, nie przyjmując do wiadomości, jak bardzo jestem popieprzony! Czasem waliliście do mnie tak podobne teksty, że już nawet nie pamiętałem, co usłyszałem od kogo… jak jakieś pieprzone bliźnięta! Padme bez przerwy mówiła, że nikomu nie zależy na mnie tak bardzo jak tobie. Rzucała nawet różne pochrzanione dowcipy, że gdyby jej nie było, to pewnie ty zostałbyś moją żoną. Szkoda, że nie pożyła dłużej, by poznać cię tak dobrze jak ja… Może wtedy nie wygadywałaby takich głupot! W jednym miała rację: nigdy cię nie słuchałem. Nie wyobrażaj sobie, że wybijesz mi z głowy plan zabicia Futty!

Po tych słowach wyrwał przedramię z uścisku Obi-Wana, posłał dawnemu Mistrzowi jeszcze jedno wściekłe łypnięcie, po czym wrócił do swojego datapada. Stał z oczami wlepionymi w ekran, cierpliwie czekając na odgłos kroków i dźwięk zamykanych drzwi.

Jednak Obi-Wan nie ruszył się z miejsca. Uparty sukinsyn!

- Ona by tego nie chciała, Anakinie – po pewnym czasie padło łagodne stwierdzenie.

Anakin wyobraził sobie, że używa Mocy, by cisnąć natrętem o ścianę. Wadą tego rozwiązania było to, że w miejscu takim jak Świątynia Jedi nie zdołałby zrobić tego niepostrzeżenie.

Do diabła, on tylko chciał, by ten bałwan wreszcie sobie poszedł! Już nawet nie chciał ranić go, ani się na nim wyżywać. Chciał tylko pozbyć się go z pokoju i wrócić do tropienia Futty. Postanowił spróbować innej taktyki.

- „Nie chciałaby tego" – powtórzył, ładując w te słowa tyle sarkazmu, ile się dało. – Jaki ograny tekst! Tylko na tyle stać Wielkiego Negocjatora? Wyciągnąłeś to zdanie z pierdolonego podręcznika? A może z jakiegoś pseudoromantycznego holofilmu? Gdy Padme udało się zmusić mnie, byśmy jakiś obejrzeli, zawsze padały tam właśnie tego typu teksty. Daruj, Obi-Wan, ale ona nie żyje! Opinie martwych ludzi nie mają dla mnie znaczenia – dokończył z goryczą.

Kenobi przez chwilę milczał.

- Żadna z osób, które cię kochają, by tego nie chciała – powiedział w końcu. – Żadna.

Anakin poczuł się nagle niewyobrażalnie smutny. Dłoń z datapadem opadła i zawisła wzdłuż smukłego ciała. Na zmarszczone czoło opadło smętnie kilka jasnobrązowych kosmyków.

- Osób, które mnie kochały, już nie ma na tym świecie – już zupełnie nie przejmując się spływającymi po policzkach łzami, wycedził Skywalker.

- Ja cię kocham, Anakinie – padło cichutkie stwierdzenie.

Przekonany, że to zdanie było jedynie efektem jego wyobraźni, Anakin powoli odwrócił się do dawnego Mistrza.

Obi-Wan wpatrywał się w podłogę w taki sposób, jakby leżało tam smutne, marniejące stworzenie. Patrzył z taką desperacją, jakby od jakiegoś czasu próbował tego kogoś reanimować, uleczyć, ale nic nie działało i zaczynał już tracić siły. Aż w końcu postanowił zrezygnować z tradycyjnych metod i po prostu błagać skrzywdzoną istotę, by jakoś… jakimś cudem przeżyła.

Tą istotą mogła być Jasna Strona Anakina.

- Wiem, że moja miłość nie zastąpi ci miłości żony, którą straciłeś… - Obi-Wan mówił dalej, drżącym i wyczerpanym głosem. - Ani miłości twojej mamy… ani Ahsoki… ani kogokolwiek innego, ale… Ale to zawsze miłość, Anakinie. Nikogo ważnego, bo tylko twojego beznadziejnego mentora, który nigdy cię nie rozumiał, ale może wystarczy, byś nie czuł się sam… być poczuł się chociaż trochę lepiej. Proszę, nie myśl, że nikomu na tobie nie zależy. Naprawdę cię kocham, Anakinie. I nie sądzę, bym mógł kiedykolwiek przestać.

Anakin słuchał tego z mokrymi policzkami i błękitnymi oczami zastygłymi w przytępionym zdumieniu. Były to oczy człowieka, który boi się wyrazić jakiekolwiek emocje, bo nie wie, czy to, na co patrzy, dzieje się naprawdę.

Już wcześniej wiedział, że Obi-Wan go kochał. I że on kochał Obi-Wana. Miłość pojawiła się w ich relacjach równie szybko co pierwsze kłótnie – a była tak oczywista, że żadnemu z nich nigdy nawet nie przyszło do głowy, by się nad nią zastanawiać. Albo, by zadać sobie pytanie, jaką teraz miała formę – czy była bardziej braterska, przyjacielska, czy jakaś jeszcze inna. Bo niby po co mieliby w to wnikać? Dwaj faceci ryzykują dla siebie życie na polu bitwy, dogryzają sobie, czasem się posprzeczają i przy okazji się kochają – pfft, wielkie rzeczy! W jakim celu mieliby to roztrząsać? To tak, jakby zaczęli się nagle zastanawiać, dlaczego Anakin odczuwał zboczoną przyjemność w łamaniu wszystkich możliwych przepisów galaktycznego ruchu drogowego, gdy blady ze strachu i złości Obi-Wan siedział obok niego na siedzeniu dla pasażera. Takich rzeczy się NIE analizowało! Po prostu przyjmowało się do wiadomości, że te rzeczy miały miejsce. I tyle.

Szok nie wziął się z tego, że Anakin nie wiedział o miłości Obi-Wana. Nawet nie z tego, że Obi-Wan powiedział o tej miłości na głos – robił to już wcześniej, choć okazje można było policzyć na palcach jednej ręki.

Tu chodziło o ton. O powagę. A także o Przywiązanie przez wielkie P, czyli najgroźniejszą i najstraszliwszą przewinę z Kodeksu Jedi.

Właśnie TO było szokujące. Że Obi-Wan… Obi-Wan Chodząca Wzorowość Kenobi przyznał się nie do JAKIEJŚ miłości, ale właśnie do tej konkretnej miłości zabranianej przez Zakon. Gdyby powiedział, że kocha Anakina z nutą żartobliwości, tak jak robił to wiele razy przedtem, nie byłoby to nic nadzwyczajnego. Ale że tak wprost? Pełna powaga i w ogóle?

Jakże łatwo byłoby teraz wtulić się w Obi-Wana. Objąć to szczupłe ciało, oprzeć podbródek o muskularny bark, poczuć na policzku przyjemne łaskotanie rudej brody i tak stać bez słowa.

Ale Anakin nie mógł tego zrobić, bo wciąż nie pozbył się Nieprzyjemnego Siebie. Jego wściekłe, oszalałe po śmierci Padme Ja chciało tylko palić i niszczyć. Musiało się na czymś wyładować, musiało znaleźć ujście! Sprawienie samemu sobie bólu nie wystarczało, więc trzeba było zadać ból komuś innemu.

Obi-Wan nie zrobił nic złego. On po prostu „był pod ręką".

- I co z tego, że mnie kochasz? – nie poznając własnego głosu, wysyczał Anakin. – Kodeks Jedi kochasz bardziej. Nie obchodzi mnie twoja głupia miłość na pół gwizdka! Nie obchodzi mnie miłość, która pozwala ci jedynie poklepać mnie po plecach, albo palnąć mi kazanie, ale nie pozwala ci zrobić niczego, co by sprawiło, że rzeczywiście poczułbym się kochany! Taka miłość to NIE jest miłość, ale jakaś gówniana namiastka uczucia!

- N-nie… nie każdy kocha w taki sam sposób, jak ty, Anakinie – Obi-Wan dukał każde słowo z wyraźnym trudem. – Nie każdy okazuje miłość tak… tak otwarcie i z pasją. Nie znałem Padme tak dobrze jak ty, ale wiem, że różniliście się od siebie. Ona też nie była tak wylewną osobą jak ty. I ze szczerego serca mam nadzieję, że nigdy nie kwestionowałeś jej miłości, tak jak teraz kwestionujesz moją. Bo jeśli kiedykolwiek to zrobiłeś, to naprawdę cud, że tyle z tobą wytrzymała i…

Nie dokończył zdania, gdyż został nagle złapany za gardło i przyciśnięty do ściany. Anakin nie próbował go dusić – jedynie wbijał paznokcie w miękką skórę, tak by sprawić lekki ból. Był wściekły.

Obi-Wan zupełnie przypadkiem trafił w czuły punkt. Nie mógł tego wiedzieć, ale tuż przed śmiercią Padme, ona i Anakin pokłócili się.Oczywiście przez cholernego Clovisa - patrząc wstecz, trzeba było całkowicie gnoja ubić, zamiast ograniczyć się do delikatnego oklepania mu buźki. Ale już mniejsza o tę kanalię. On był tylko punktem wyjścia – natomiast kulminacją kłótni był argument, że Amidala nie poświęcała ukochanemu dość czasu, i że Republika była dla niej ważniejsza małżeństwa. Nie była to awantura, po której nie zdołaliby się pogodzić, ale… nie pogodzili się, ponieważ Padme zginęła.

Obmyślanie zemsty na Futcie pomagało owdowiałemu Jedi oderwać myśli od faktu, że kiedy ostatni raz widział swoją żonę, obrzucali się pretensjami.

Obi-Wan mu o tym przypomniał. Musiał za to zapłacić!

- A wiesz, co dla mnie jest pierdoloną tajemnicą? – Anakin wycedził z czołem kilka centymetrów od czoła dawnego Mistrza. – Jakim cudem Satine poleciała na kogoś takiego jak ty? Co ona widziała w takiej zimnej rybie bez uczuć, która potrafi wydukać słowo „kocham cię", tylko wtedy, gdy druga osoba jest o włos od śmierci? A nie, zapomniałem, wyznajesz miłość jeszcze po to, by powstrzymać kogoś przed morderstwem. Tak czy siak, jesteś żałosny! Co ktoś mógłby zobaczyć w takim emocjonalnym drewnie, jak ty? Już nawet nie Satine… ktokolwiek! Jak zdesperowanym trzeba być, by uznać cię za atrakcyjnego? Przecież ty nawet nie jesteś przystojny. O osobowości już nawet nie wspominam, bo ty jej zwyczajnie nie masz, jesteś tylko jednym z klonów wyprodukowanym przez nasz kochany Zakon, takim samym bezpłciowym robotem jak milion innych Jedi, stworzonym tylko po to, by przestrzegać reguł i wykonywać rozkazy! Nic dziwnego, że Qui-Gon wolał mnie zamiast ciebie. Masz szczęście, że nie poznał mnie wcześniej, bo bez chwili zawahania kopnąłby cię w tyłek. To i tak szok, że wytrzymał tyle czasu z Padawanem, który nawet nie płakał na jego pogrzebie, ani nie okazał mu miłości w jakikolwiek inny sposób!

Obecnie

Pijący przy barze Anakin, bogatszy o bezcenne doświadczenie, jakim było zerżnięcie Obi-Wana, odczuł potrzebę, by coś ze sobą ustalić.

Po pierwsze.

Już kiedy miał dziewięć lat uważał swojego Mistrza za niezwykle przystojnego mężczyznę. Gdy skończył dwadzieścia lat, w dalszym ciągu uważał swojego Mistrza za atrakcyjnego mężczyznę. A gdy miesiąc temu patrzył swojemu Mistrzowi w oczy, zanurzając się w nim coraz głębiej, to już w ogóle uważał, że to najprzystojniejszy mężczyzna w całej pierdolonej Galaktyce i trzeba być powalonym, by nie nazwać tych błękitnych tęczówek najpiękniejszymi na świecie!

Po drugie.

Obi-Wan Kenobi miał tak cudowną i unikatową osobowość, że nie dało się jej przyrównać do osobowości kogokolwiek, a już na pewno nie klona. Nawet tak wyjątkowego jak Rex. I przynajmniej trzy razy w tygodniu, Anakin zastanawiał się, czym zasłużył sobie na miejsce w sercu tak wspaniałej osoby jak jego Mistrz.

Po trzecie.

Obi-Wan rzeczywiście nie płakał na pogrzebie Qui-Gona. Za to poryczał się na osobności, gdy upewnił się, że nikt go nie widzi. Wydobycie tej informacji od Quinlana Vosa kosztowało Anakina kilka tysięcy kredytek i były to najlepiej wydane pieniądze w jego życiu. Ale nawet bez tego wiedział, że Qui-Gon był najprawdopodobniej najważniejszą osobą w życiu Obi-Wana. Zaś Obi-Wan najważniejszą osobą w życiu Qui-Gona.

A w ogóle to trzeba być idiotą do potęgi, by myśleć, że mając do wyboru Anakina i Obi-Wana, Qui-Gon wybrałby Anakina.

Anakin nie był głupi. Nawet on samego siebie by nie wybrał…

- Polać jeszcze? – spytał barman.

Młody mężczyzna dał sobie chwilę na zastanowienie. Miał już więcej nie pić, ale… Wstręt, który czuł do samego siebie po przypomnieniu sobie feralnej rozmowy kazał mu przemyśleć tę decyzję.

- A, dobra – westchnął, podstawiając szklankę. – Daj jeszcze trochę tego niebieskiego… czegoś.

- A kolega próbował mi wmówić, że Jedi to tacy ugrzecznieni abstynenci...

- Co? Jedi? O czym ty mówisz? Skąd w ogóle pomysł, że jestem Jedi?

- Chłopie, poważnie… Ja naprawdę staram się nie wnikać w sprawy klientów, ale ciężko się nie zorientować, gdy ktoś lewituje flaszkę przez całą knajpę.

Co? Flaszka? Przez całą knajpę?!

Anakin wytrzeszczył oczy. Chyba mimo wszystko źle ocenił poziom swojego narąbania. Skąd wzięło się tutaj tyle pustych kieliszków? To on je opróżnił?! Kiedy?! Na Moc, nawet tego nie pamiętał…

- Nie martw się. Jak kocha, to wybaczy! – kręcąc głową, rzucił barman.

- C-co?!

- Jak piłeś, to mamrotałeś pod nosem różne bzdury. Nie martw się, to knajpowy standard… Przynajmniej raz w tygodniu zjawia się gość, który użala się nad sobą, rzucając teksty w stylu: „co ja zrobiłem, co ja narobiłem, jestem idiotą, ona mi nigdy nie wybaczy, rzucę się z mostu, itepe, itede". Cóż… część z mostem na szczęście pominąłeś, a zamiast o „niej" bredziłeś o „nim", ale spoko, ja tam nikogo nie oceniam. Acz sugeruję, byś przerzucił się na herbatę z yarumu. Klienci bardzo sobie chwalą. Będziesz latał do kibla jak opętany, ale prawie w ogóle nie odczujesz jutrzejszego kaca.

Brzmiało kusząco. Zwłaszcza mając w perspektywie spotkanie z Radą Jedi. Z Windu i pozostałymi bywało różnie, ale Obi-Wan zawsze potrafił poznać, gdy Anakin stawiał się na wezwanie po całonocnej popijawie. Zazwyczaj zapraszał go wtedy do swojej kwatery i podawał mu herbatę z yarumu, bez cukru, ale z domieszką nudnego do bólu kazania, którego Skywalker słuchał, opierając policzek na dłoni, leniwie mieszając łyżeczką w szklance i posyłając dawnemu Mistrzowi czułe spojrzenie.

Anakin popchnął szklankę z niebieskim płynem w stronę barmana.

- Wiesz, co? Masz rację. Możesz wypić mojego drinka, a zamiast tego podaj mi herbatę.

Ta herbata miała znaczenie symboliczne. Była dokładnie taka, jak wszystkie kazania Obi-Wana - gorzki smak, a tak wiele leczniczych właściwości. Anakin pił ją, odkąd miał dziewięć lat, ale nauczył się doceniać ją dopiero po przejściu Prób i ucięciu padawańskiego warkoczyka. Prawdą było stare powiedzenie, że „aby za czymś zatęsknić, musisz najpierw to stracić".

Tak niewiele brakowało, a straciłby Obi-Wana na zawsze…

Jak upośledzonym umysłowo trzeba być, żeby mieć przy sobie tak wyjątkowego człowieka, a traktować go gorzej niż ścierkę od podłogi?

- Całe życie marudziłem, że jest dla mnie zbyt surowy, ale w rzeczywistości to cholerna planeta wyrozumiałości – Anakin mruknął, biorąc łyk gorzkiego wywaru. – Wybaczyłby mi absolutnie wszystko…

Nawet bezpodstawne oskarżenia o udział w śmierci Shmi. Nawet zostanie nazwanym „zimną rybą bez uczuć". Dobrze, że Obi-Wan był wystarczająco inteligentny, by domyślić się, że wszystkie te słowa były kompletną bzdurą… Bo chyba wiedział, że Anakin tak naprawdę nie wierzył w żadną z rzuconych tamtego dnia głupot, prawda? Gdy Anakin przepraszał Obi-Wana i przyrzekał mu, że wszystkie wypowiedziane tamtego dnia słowa były bujdą, Obi-Wan przytaknął. Więc, cholera, musiał wiedzieć!

A jeśli nie?

Anakin zamarł, bo przyszło mu do głowy coś, czego wcześniej nie brał pod uwagę.

A może Obi-Wan przespał się z nim, bo potraktował tamte słowa poważnie? Może, gdy siedział w zamknięciu u łowców nagród przez te nieszczęsne dwa miesiące, to myślał sobie różne głupie rzeczy? Na przykład, coś w stylu:

„Jeśli przeżyję, udowodnię Anakinowi, że nie jestem zimną rybą bez uczuć! I że potrafię okazywać miłość tak, by czuł się kochany. Tylko jak to zrobić? Już wiem! Pozwolę mu wsadzić we mnie chuja. Wtedy nie będzie miał żadnych wątpliwości. Genialny pomysł!"

Mogło być też tak, że będąc o włos od śmierci, Obi-Wan zdecydował, że za mało korzystał z życia i po zostaniu uwolnionym chciałby mieć w sobie jakiegokolwiek chuja. Aha. Rzecz w tym, że tego typu durnowate pomysły prędzej przychodziły do głowy Anakinowi niż Obi-Wanowi. A właściwie to Anakin NAPRAWDĘ wpadł kiedyś na podobny pomysł i nawet go zrealizował.

Siedział sobie w niewoli u Dooku, razili go prądem, bolało jak cholera i żeby odwrócić uwagę od nieprzyjemnych doznań obiecywał sobie, że jak to przeżyje, to normalnie, kurde, wsadzi sobie wibrator w tyłek, bo wszystkiego, cholera, trzeba w życiu spróbować.

No to wrócił do domu, kupił i spróbował. Miał szczęście, że żona go nie przyłapała. Za to znalazła wibrator i uraczyła go tekstem, po którym oczy omal nie wyszły mu z orbit.

- Ani, skarbie, uroczy prezent, ale niepotrzebnie kupowałeś, bo ja już jeden mam.

Jeszcze nigdy w życiu nie był tak czerwony jak WTEDY. A Padme zaśmiewała się do rozpuku przez dobrą godzinę, klepała go po ramieniu, powtarzając, że czasem zapomina, jaki on jest wciąż niewinny i że serio, przecież on na wojnie spędza większość swoich dni, to co ona ma ze sobą robić? Mógł jedynie stać jak kretyn i potakiwać, bo nie miał odwagi przyznać, że kupił dla siebie nie dla niej.

Hm… po namyśle, chyba wciąż miał gdzieś tamten wibrator? Może warto go wygrzebać? Mógłby udawać, że to penis Obi-Wana.

Anakin zbladł, bo przypomniał sobie o pewnym istotnym szczególe.

W sumie, gdy o tym pomyśleć… gdy używał tamtego wibratora po raz pierwszy, już WTEDY udawał, że to penis Obi-Wana. O, kur-wa!

Dobra, uspokójmy się… To jeszcze NIC nie znaczy!

Tylko spokojnie, tylko spokojnie, tylko spokojnie! Nie pomyślał wtedy o Obi-Wanie z jakiegoś szczególnego powodu, wcale nie! Po prostu… no… wsadzenie sobie czegoś w tyłek nie było proste, jeśli człowiek się nie zrelaksował. Anakin musiał o kimś pomyśleć. Wybrał po prostu pierwszego faceta, który przyszedł mu do głowy. Obi-Wan to przynajmniej był mu znany. Swój. Co, o obcym miał myśleć? O Dooku?! Albo – zgrozo! – o Greavousie?! To cyborg, on w ogóle coś tam jeszcze miał? Na Moc, przecież to straszne!

Kiedy przeprowadzał tamten eksperyment, Obi-Wan wydawał się najbezpieczniejszą opcją. Zresztą, Anakin później się nad tym nie zastanawiał. Nie wnikał w to, dlaczego zwalił sobie, udając, że wibrator to penis dawnego mentora. Chciał spróbować wibratora, spróbował, było nawet nieźle, wzruszył ramionami, ruszył dalej. Nigdy już do tego nie wracając.

Do teraz.

Zagadka, jaką było przespanie się z Obi-Wanem, była już coraz bliżej rozwiązania. Może Anakin nie przeżył jakiegoś cudownego olśnienia, na zasadzie „oho, już wiem!", ale przynajmniej miał jakieś wskazówki.

Jak chociażby odkrycie faktu, że pragnął Obi-Wana już wcześniej. Nie miał bladego pojęcia, kiedy to się zaczęło, ale przypuszczał, że był już wtedy niezależnym Jedi i prawdopodobnie pożądał byłego Mistrza nie świadomie, a podświadomie. Był zbyt zajęty ukrywaniem potajemnego małżeństwa i zwyczajnie nie miał czasu zauważyć, że to, co odczuwa w obecności dawnego Mistrza zaczyna troszeczkę odbiegać od normy.

No a potem, po śmierci Padme, odbył z Obi-Wanem tamtą rozmowę. Mógł się jej wstydzić, mógł przeklinać samego siebie za wszystko, co wtedy powiedział, ale nie mógł zaprzeczyć, że tamta rozmowa była dla niego przełomowa. Nie, nie tylko dla niego – dla nich obu. Przez większość czasu Obi-Wan chciał powstrzymać Anakina przed kolejnym morderstwem, zaś Anakin robił wszystko, by odepchnąć Obi-Wana, pokazując mu się z możliwie najgorszej strony, jednak po drodze osiągnęli coś, czego żadne z nich nie zaplanował.

Wyrwali dwa kolce, które od dłuższego czasu tkwiły w ich sercach, wprowadzając do łączącej ich Więzi niewidzialny jad.

Anakin przyznał się Obi-Wanowi do wszystkich sekretów.

Natomiast Obi-Wan pierwszy raz w życiu jasno i wyraźnie dał Anakinowi do zrozumienia, że akceptuje go takim, jakim jest.

I powiedział, że go kocha. Otwarcie i z powagą.

Trzymająca szklankę mechaniczna dłoń nieznacznie zadrżała. Nawet zwykłe przypominanie sobie tamtych słów wywoływało przyśpieszone bicie serca.

Osób, które mnie kochały, już nie ma na tym świecie".

Ja cię kocham, Anakinie".

W Mocy zaszła wtedy wyraźna zmiana, choć Skywalker zauważył to dopiero jakiś czas po feralnej rozmowie.

Nazwanie dawnego Mistrza „zimną rybą bez uczuć" poskutkowało tym, że Obi-Wan przestał namawiać Anakina, by ten zrezygnował z zemsty na Futcie. Co jednak nie oznaczało, że zaczął unikać Skywalkera. Wciąż kręcił się w pobliżu byłego Padawana, udając, że wszystko było tak, jak przedtem, a jednocześnie wysyłając bezgłośny przekaz pod tytułem „nawet jeśli mnie nie chcesz, to jestem tu i bez wahania ci pomogę, gdybyś mnie potrzebował".

Facet był pierdolonym świętym!

Anakin wstydził się tego, co powiedział, ale ponieważ „oficjalnie" miał dawnego Mistrza gdzieś, wznosił między nimi Tarczę, broniąc drugiemu mężczyźnie dostępu do swoich myśli. Wcześniej podobne działanie zawsze skutkowało tym, że kompletnie izolowali się od siebie w Mocy. Jednak tym razem było inaczej.

Nawet przez żelazne mury, które zbudował w swoim umyśle, Anakin mógł usłyszeć piękną melodię. Więź łącząca jego i Obi-Wana zdawała się śpiewać – była mocniejsza i czystsza niż kiedykolwiek wcześniej, przyciągała ich do siebie jak magnes!

Anakin pamiętał, jak speszony był tym stanem rzeczy. Tego typu kłótnie na ogół skutkowały powstawaniem wyrwy między dwójką osób – dziura poszerzała się i poszerzała, aż w końcu nie dawało się już jej przeskoczyć. Jak ta, która powstała między Skywalkerem i jego żoną, tuż przed tym, jak Padme zginęła. Jednak tamta kłótnia z Obi-Wanem wywołała coś zupełnie innego – zniszczyła tamę, która blokowała swobodny przekaz emocji między dwoma mężczyznami, przez co przepływająca między nimi Moc z wąskiego strumienia przerodziła się w rzekę. Wystarczyłoby, żeby Anakin opuścił Tarczę, a byłby bliżej dawnego Mistrza, niż kiedykolwiek wcześniej. Tylko jeden prosty gest, krótka rozmowa, wyciągnięcie ręki na zgodę – to wszystko, co musiałby zrobić, by odkryć Obi-Wana zupełnie na nowo.

I chciał to zrobić. Naprawdę!

Ale żyjący w jego ciele potwór mu na to nie pozwalał. Kazał trzymać Kenobiego na dystans i dalej polować na Futtę. Aż wreszcie, trzy miesiące temu…

Anakin dopił herbatę z yarumem i poprosił barmana o kolejną porcję. Rodianin postawił mu przed nosem cały dzbanek mamrocząc, że „to na koszt firmy", i że „ma zbyt miękkie serce dla cierpiących z miłości durni". Miły facet.

- Dzięki – Skywalker skinął kolesiowi głową, po czym na powrót zanurzył się w rozmyślaniach.

No dobrze, a zatem… Trzy miesiące temu miał miejsce kolejny przełomowy moment. Drugi zaraz po nieszczęsnej rozmowie. Nieuchwytny Futta Rourke nareszcie popełnił błąd i został zauważony na planecie Hollow w Systemie Separatystów. Anakin miał już praktycznie zatankowany statek, a także plan dopadnięcia gnoja i zafundowania mu możliwie najboleśniejszej śmierci. Planował ruszyć w pogoń za przeklętą kanalią dosłownie następnego dnia.

ALE, w skutek tajemniczego „zbiegu okoliczności", godzinę przed wylotem został wezwany do komnaty Rady Jedi w rzekomo „bardzo ważnej sprawie". Przez jeden krótki moment rozważał zignorowanie wezwania i ucieczkę ze Świątyni, ostatecznie jednak stwierdził, że nie pozwoli bandzie sztywniackich Mistrzów przypiąć sobie łatki tchórza. Zacisnąwszy zęby, udał się – jak mu się wtedy wydawało – na agresywne przesłuchanie w sprawie swojego planu zemsty wobec Futty. Był pewien, że właśnie o to chodzi. Wiedział, że Obi-Wan potajemnie grzebał mu w datapadzie i był na bieżąco z całym śledztwem. Anakinowi wydawało się, że jego Mistrz w końcu stracił cierpliwość i doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na powstrzymanie oszalałego ze złości protegowanego to doniesienie o wszystkim Radzie.

Skywalker już słyszał w wyobraźni te wszystkie krzyki oburzenia. Już formułował w myślach kwiecistą serię wyzwisk, którą zamierzał obrzucić Obi-Wana, za to, że jednak nakablował Windu i pozostałym, choć zarzekał się, że „przecież on nigdy nie wsypałby Anakina!" Z goryczą w sercu owdowiały Jedi udał się do komnaty Rady, gdzie czekała go jedna z największych niespodzianek w życiu.