15 – 16 września 1998


Pani Pomfrey zostawiła Harry'ego i Rona przy łóżku Hermiony, idąc, by porozmawiać z dyrektor McGonagall. Dziewczyna była blada, miała sińce pod oczyma; w śnieżnobiałej pościeli wyglądała na martwą. Jej klatka piersiowa prawie się nie unosiła, oddychała bardzo słabo. Szkolna pielęgniarka zrobiła, co tylko w jej mocy, aby utrzymać Hermionę przy życiu. Nie wiedziała jednak, co się wydarzyło. Nie potrafiła nic powiedzieć.

Obaj chłopcy milczeli. Nie wierzyli, że doszło do tego incydentu, byli bowiem przekonani, iż ze śmiercią Voldemorta skończy się koszmar.

Wrócili do Hogwartu, by poprawić rok. Każdy rocznik powtarzał klasę, ponieważ dyrektor McGonagall uznała, że po naukach takich Carrowów nikt niczego nie wyniósł. Miała rację oraz podstawy, aby nie przepuścić nikogo na rok wyżej. Najgorzej mieli jednak pierwszoroczni, ponieważ ich grupa była najliczniejsza – stanowili połączenie zeszłorocznych i tegorocznych uczniów.

Harry właściwie cieszył się na samą myśl o powrocie do Hogwartu. Chciał skończyć naukę. Hermiona oczywiście przyklaskiwała jego entuzjazmowi, którego ani trochę nie podzielał Ron. Wrócił, bo musiał. Może trochę ze względu na przyjaciół i rodzinę. Żadne z nich jednak nie sądziło, że powrót oznaczał zmaganie się z kolejnym wyzwaniem.

Hermiona, ledwo żywa, trafiła do skrzydła szpitalnego dzięki szybkiej reakcji pani Pince, starej bibliotekarki.

Problem w tym, że i ona nie wiedziała, co się wydarzyło. Według niej – jeśli można wierzyć komukolwiek, Pince zawsze była szczera i szczegółowa – Hermiona przebywała w dziale ksiąg zakazanych, szukając informacji na eliksiry. Nikt jej nie towarzyszył, gdy nagle rozbłysło białe, oślepiające światło, a Hermiona padła bez życia. Księga upadła obok.

Biblioteka świeciła pustkami, jak to zawsze było na początku roku szkolnego, zatem Pince nie miała choćby jednego podejrzanego poza sobą.

— Myślisz, że z tego wyjdzie? — zapytał szeptem Ron, wbijając zmartwiony wzrok w Hermionę. Głaskał jej zimną dłoń bezwiednie.

Harry potrząsnął głową, nie wiedząc, co mógłby powiedzieć. Sam chciałby wiedzieć, czy Hermiona... przeżyje.

Cała ta sytuacja to absurd. Coś, co się nie powinno wydarzyć. Harry miał pustkę w głowie, gdy zastanawiał się, kto mógłby to zrobić. I po co? Dlaczego teraz, kiedy miały się zacząć lepsze czasy?

— Dasz sobie radę.

— Hm? — Harry spojrzał na Rona, lecz uświadomił sobie, że przyjaciel kierował te słowa do nieprzytomnej Hermiony.

— Musisz. Dla mnie. Nie możesz mnie zostawić.

Powoli, tyłem, Harry zaczął się wycofywać. Chciał dać przyjacielowi czas sam na sam z Hermioną. I choć wolałby trwać u jej boku, potrzebował również pobyć sam. Musiał trochę pomyśleć, oswoić się z sytuacją.

Opuścił skrzydło szpitalne powoli, jednym uchem słuchając proszącego głosu Rona. Pozwolił nogom nieść się przez coraz bardziej opustoszałe korytarze, gdy zbliżała się godzina ciszy nocnej.

Czuł się otępiały. Jakby dostał tłuczkiem w głowę. Nie do końca rozumiał, co właśnie się wydarzyło, nie potrafił określić, kto mógłby to zrobić. Na Merlina, nie potrafił sobie w obecnej chwili znaleźć zajęcia!

Powoli wszedł na zaczarowane stopnie. Kierował się ku Wieży Gryffindoru, coraz bardziej klarując w głowie plan. Potrzebował wyłącznie peleryny-niewidki, Mapy Huncwotów i paru galeonów w kieszeni. Uznał, że pójście do Hogsmeade po butelkę czy dwie Ognistej Whisky to niegłupi pomysł. Z pewnością Ron doceni jego starania.

Jak pomyślał, tak zrobił. Błyskawicznie pokonał dzielącą go odległość od portretu Grubej Damy (zaskoczony, że nie musiał czekać na właściwe ułożenie magicznych schodów), rzucił szybko hasło „Amortencja!", po czym przebiegł przez pokój wspólny, nie witając się z grającymi w szachy Seamusem i Neville'em.

Opadł na kolana przed swoim kufrem. Otworzył go, a potem przerzucił wszystkie ubrania, aby wydobyć ukryte na dnie skarby. Uśmiechnął się kącikami ust, po czym obie rzeczy wsadził pod pachę. Monety wrzucił do kieszeni szaty.

Zamknął starannie kufer, ostatnim spojrzeniem upewnił się, że Dean już spał, po czym narzucił pelerynę-niewidkę na barki. Nie zamierzał pokazywać współlokatorom, że znikał, więc zasłonił zasłonami łóżko.

Może nie powinien tego robić, gdy Hermiona mogła... umrzeć w każdej chwili. Wiedział jednak, że chwilowo z Ronem nie mogą jej pomóc, a bezczynne siedzenie na trzeźwo nie wchodziło w rachubę.

Po cichu wymknął się z dormitorium, na palcach zszedł po schodach do pokoju wspólnego. Przeszedł obok grających Gryfonów ze wstrzymanym oddechem, po czym błyskawicznie wypadł na korytarz.

— Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego! — Stuknął różdżką w podniszczony pergamin, który magicznie zmieniał się w zaczarowaną mapę Hogwartu.

Przyjrzał się Mapie Huncwotów, badając pozycje nauczycieli oraz prefektów. Nie chciał spotkać żadnego. Wolał, mimo peleryny, dmuchać na zimne.

Ron wciąż siedział przy Hermionie w skrzydle szpitalnym. Pani Pomfrey powinna go wygonić za dziesięć minut maksymalnie, ponieważ było już parę minut po ciszy nocnej.

Harry powoli ruszył do jednego z tajnych przejść. Wybrał oczywiście to za posągiem jednookiej czarownicy, które prowadziło do Miodowego Królestwa. Przedostał się więc z siódmego piętra na trzecie, co chwila zerkając na Mapę, czy nie miał lada moment wpaść na nauczyciela.

Zdecydowana większość portretów spała. To było dość rzadkie zjawisko, które dodatkowo zaniepokoiło Harry'ego. Nie zamierzał jednak rezygnować ze swojej małej wyprawy. Nie miał przecież nic lepszego do roboty.

Kiedy dotarł do posagu Gunhildy z Gorsemoor, stuknął weń, po czym wyszeptał:

— Dissendium.

Tajne przejście otworzyło się, garb uskoczył. Oczom Harry'ego ukazała się mała zjeżdżalnia. Wskoczył do środka, żeby znaleźć się w ciemnym korytarzu.

— Lumos! — wypowiedział zaklęcie, jedną ręką ściągając pelerynę-niewidkę. Schował ją do kieszeni szaty. — Koniec psot! — Mapa wymazała się, stając kawałkiem starego pergaminu, dołączyła do peleryny.

Powoli ruszył korytarzem, oświetlając sobie drogę różdżką. Starał się skupić na dotarciu do Miodowego Królestwa, na dźwięku kroków rozchodzących się echem po korytarzu, lecz myśli uporczywie wracały do Hermiony.

Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś przeoczyli, przegapili, co właściwie było na wyciągnięcie dłoni. Hermiona przecież nie była czarownicą, którą ktoś ot tak mógłby zaskoczyć. Wojna zmieniła ich wszystkich, chociaż uparcie starali się pozostać normalni. Pewne odruchy jednak zostały – jak ciągła czujność. Zatem kto umiałby ją uśpić?

Profesorów odrzucił od razu – wszyscy stali po ich stronie w czasie wojny, walczyli z Voldemortem na równi. Wśród uczniów nie mieli zbyt wielu wrogów. Na myśl nasuwali się wyłącznie Ślizgoni, lecz wielu z nich przed końcem przeszło na ich stronę. Niektórzy popierali Voldemorta pod przymusem, groźbą wymordowania rodziny.

Pozostawali radykałowie. Rodziny, które do końca popierały ideały Voldemorta, lecz chyba wszystkich osadzono w Azkabanie. Harry nie był pewien, czy ktoś nie pozostał na wolności.

Czyżby zatem komuś jakimś cudem udało się przemknąć do Hogwartu? Nie, to niemożliwe. Bariery zostały odnowione, dodatkowo wzmocnione przez chętnych uczniów. To musiała być osoba z wewnątrz.

Nie miał pomysłu, kto mógłby się dopuścić próby zabicia ucznia.

Pogrążony w ponurych, pełnych pytań bez odpowiedzi myślach, dotarł do klapy prowadzącej do piwnicy Miodowego Królestwa. Stąd, będąc poza granicami Hogwartu, mógł się teleportować; nie pomyślał wcześniej, że o tej porze Miodowe Królestwo będzie zamknięte, prawdopodobnie uruchomiłby alarm, a on sam mógł przejść pod Wierzbą Bijącą i przyjść do Hogsmeade z Wrzeszczącej Chaty.

Nałożył znów pelerynę: widok ucznia w nocy w wiosce nie był czymś normalnym. Wątpił, by uratowało go nazwisko. Szczególnie teraz, gdy Hermiona tkwiła w skrzydle szpitalnym, McGonagall wściekłaby się o jego głupotę.

Po chwili teleportował się na główną ulicę.

Ruszył szybko do przodu. Szedł w stronę gospody Pod Świńskim Łbem. Aberforth Dumbledore był ostatnią osobą, którą posądziłby o zadawanie niewygodnych pytań po tym, co działo się od zeszłego roku. Harry żałował jedynie, że przejście za portretem Ariany zostało zamknięcie na życzenie Aba. Z drugiej nie chciał pakować się mężczyźnie do domu bez zapowiedzi i oberwać klątwą.

Zapukał do drzwi, które zaraz otworzył Aberforth.

— Kto tam jest? — syknął, mrużąc oczy i rozglądając się po ciemnej uliczce.

Harry ściągnął pelerynę.

— Potter? Czego...?

— Potrzebuję dwóch butelek Ognistej. Zapłacę — oświadczył szybko Harry. Przeszedł przez próg, gdy Ab go wpuścił. — Dzięki.

Podeszli razem do baru. Aberforth wyciągnął butelki, po czym postawił je na blacie. Harry odliczył sumę z nawiązką, podał mu pieniądze; w nieartykułowany sposób chciał zapewnić sobie milczenie Aba. Nie ruszył się jednak do wyjścia.

— Coś jeszcze?

— Nie, po prostu... — Harry przeczesał dłonią włosy i westchnął. — Voldemorta już nie ma, miało być dobrze. Tylko Hermiona wyładowała w skrzydle szpitalnym.

— Co się stało? — Aberforth brzmiał na prawdziwie przejętego.

— Właśnie nie wiemy. Pomfrey nie potrafi powiedzieć, co się stało — wyznał.

— Oby szybko z tego wyszła.

— Taaa...

Zapadło milczenie. Harry uznał, że to czas, aby sobie pójść. Był niemal pewny, że Ron już wrócił ze skrzydła szpitalnego, a chciał go zastać przytomnego. Chociaż wątpił, żeby przyjaciel poszedł spać.

— Dzięki jeszcze raz — rzucił, zbierając się. Schował butelki za pazuchę, po czym narzucił pelerynę, wyszedłszy z gospody.

Teleportował się tym razem do Wrzeszczącej Chaty. Wolał wyjść pod Bijącą Wierzbą, odbyć spacer przez błonia.

W chacie szybko przeszedł do tajemnego przejścia w podłodze, wskoczył do środka. Znów mógł schować pelerynę, ruszyć korytarzem, oświetlając drogę różdżką.

Pomyślał o ojcu, jego przyjaciołach i czasach, gdy przemykali tym tunelem. Został on specjalnie zrobiony dla Lupina, który co miesiąc zamieniał się w wilkołaka. Gdy korzystał z przejścia, czuł więź z martwymi rodzicami oraz ich kompanami ze szkolnych lat. Wiedział, że Ron z Hermioną również poświęciliby się dla niego w taki sposób. Wielokrotnie to udowodnili. Żałował jedynie, iż rodzice nie mogli go wspierać. Nie dostał od nich wyjca, nie słyszał, że są dumni... nic.

A może był przeklęty? Przecież ciągle coś się działo złego wokół niego. Odkąd trafił do Hogwartu, właściwie nie zaznał spokoju – poza byciem z dala od Dursleyów.

Potrząsnął głową. To były głupie myśli. Powinien skupić się na znalezieniu przyczyny stanu Hermiony. Ona by to zrobiła. Chciał się jej odwdzięczyć za wszystko.

Dlatego wyszedł spod Wierzby Bijącej, ugłaskując ją, a potem ruszył w stronę zamku pod peleryną, skupiając się na celu. Dziś napije się z Ronem, zatopią smutki w alkoholu, pogdybają, zastanowią się, dzieląc teoriami, a już jutro Harry zamierzał zacząć szukać.

Uznał, iż najlepszym miejscem będzie biblioteka. Dział ksiąg zakazanych. Był już oczywiście przeszukany przez nauczycieli, jednak Harry rozpaczliwie pragnął, by okazało się, że coś przeoczyli, że będzie tam jakikolwiek trop, poszlaka, która pomogłaby rozwikłać tę zagadkę.

Wszedł po cichu do zamku, od razu skierował kroki ku zaczarowanym schodów. Nie zdziwił się brakiem kogokolwiek w pobliżu, lecz wyciągnął Mapę na wszelki wypadek; zderzenie z McGonagall czy Filchem nie byłoby przyjemne.

— Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego. — Mapa powoli rozwijała się, ukazując kolejne korytarze, przejścia czy klasy, jednocześnie objawiając obecność wszystkich osób znajdujących się w Hogwarcie.

Sprout patrolowała korytarz na drugim piętrze, niedaleko znajdował się Ernie McMillan, jeden z prefektów naczelnych. Drugim była Hermiona, wciąż będąca w skrzydle szpitalnym. Ron siedział w pokoju wspólnym Gryffindoru, ich koledzy już spali; poza Ronem nie było w nim nikogo. Idealnie.

Przeskakiwał po dwa, trzy stopie, jedną ręką przytrzymując butelki i Mapę, zaś drugą pilnował, żeby peleryna-niewidka pozostawała na jego barkach. Teraz już nie miał takiego szczęścia jak wcześniej: musiał dwa razy poczekać, żeby schody przemieściły się.

Wreszcie dotarł pod portret Grubej Damy.

— Amortencja — wyszeptał, ściągnąwszy pelerynę. Gruba Dama wydała z siebie okrzyk zaskoczenia, ale przepuściła go bez zbędnego komentarza. — Koniec psot — mruknął, znikając w przejściu.

Dosiadł się do Rona, który gapił się w kominek z pustą twarzą. Wyciągnął obie butelki, postawił na stoliku.

— Przyda się nam — powiedział cicho Harry, żeby nieco wybudzić przyjaciela z letargu.

Ron popatrzył na niego pustymi oczyma. Harry'ego zmroziło. Ostatni raz był w podobnym stanie, gdy musieli grzebać członków rodziny i przyjaciół. W tym jego starszego brata, Freda.

Mimo stanu, sięgnął po butelkę, odkorkował ją, po czym wypił spory łyk. Skrzywił się.

— Myślisz, że wyjdzie z tego? — Ron kolejny raz zadał mu pytanie.

— Musi — mruknął Harry, po czym wyczarował dwie szklanki. Napełnił obie złotym płynem. — Musi z tego wyjść — dodał, po czym napił się.

Pili w ciszy. Stres dzisiejszego dnia, niemożność zjedzenia przez to posiłku oraz ogólne samopoczucie sprawiły, że alkohol bardzo szybko zaczął na nich zadziałał. Już po kilku szklankach obaj byli wstawieni, jednak wciąż mało rozmowni.

— Mam nadzieję, że szybko się dowiemy, co i jak — wyrzucił z małą trudnością Ron.

— Ja też. — Harry westchnął. — Chciałbym wiedzieć, kto to zrobił.

— Nie tylko ty. Z chęcią bym mu przyłożył.

Harry pokiwał głową. Znów sięgnęli po szklanki.

Powoli opróżnili pierwszą butelkę Ognistej Whisky. Dochodziła już pierwsza, gdy Ron odkorkował drugą. Nie mieli ochotę kłaść się spać, męczyć z myślami samotnie, skoro mogli dotrzymać sobie towarzystwa, wyrzucić z siebie negatywne emocje.

— Kurwa, to Hermiona jest dobra w takich zagadkach! — wyjęczał Ron, po czym ukrył twarz w dłoniach.

Harry poklepał go po ramieniu. Znów nie wiedział, co mógłby zrobić lub powiedzieć. Sam czuł się podobnie do Rona, lecz w głowie powtarzał, żeby się nie załamywać, przecież dowiedzą się, co się stało. Teraz jednak, gdy patrzył na cierpiącego przyjaciela, miał ochotę do niego dołączyć. Nie było łatwo żadnemu z nich.

— Harry, ja ją tak mocno kocham... Nie wyobrażam sobie życia bez niej. A co, jeśli...?

— Nawet tak nie mów!

Ron spojrzał na niego z ogromnym zmęczeniem. Wyglądał jak starzec.

— Stary, przeżyliśmy wojnę. Wiedzieliśmy, jakie jest ryzyko. A jednak się udało. — Przerwał, żeby opróżnić chyba siódmą lub ósmą szklankę. — Przyzwyczailiśmy się do życia w strachu o życie. I... — Napełnił szklankę. — To z nas chyba nigdy nie wyjdzie. Tak samo jak świadomość, że możemy umrzeć. — Znów napił się alkoholu.

To nie były słowa, których Harry mógłby się spodziewać. Ron nie był głupi, owszem, jednak od śmierci Voldemorta nie wracali do tego tematu. Nie rozmawiali o zdarzeniach sprzed miesięcy, ignorowali blizny, które zostawiły te mroczne czasy. Udawali, że wszystko było w najlepszym porządku. Mieli nadzieję na lepsze życie.

Wszystko legło w gruzach. Ktoś podniósł różdżkę na Hermionę. Ktoś w zawoalowany sposób wysłał ostrzeżenie.

Tylko kto?

— Liczyłem, że po wygranej będziemy mogli odpocząć — przyznał cicho Harry. Złapał w dłonie szklankę, przyłożył ją do ust, ale nie napił się. — Życie w ciągłym strachu jest... męczące. — Dopiero teraz wziął kilka łyków.

Alkohol przyjemnie otumaniał, gdy już przyzwyczaili się do palącego uczucia w gardle. Przestawali właściwie myśleć w sposób logiczny. Ta Ognista to był dobry pomysł. O wiele lepszy od bezczynnego siedzenia i zamartwiania się. Widział po Ronie, że podzielał jego zdanie na ten temat.

— Jest. Zawsze będzie. — Ron wzruszył ramionami. — Nie sądzę, żebyśmy mogli zaznać spokoju.

— Dlaczego?

— Bo bohaterem, stary, jesteś tylko dla tych, którzy sprzeciwiali się Voldemortowi. Wciąż są jego zwolennicy i jemu podobne świry.

— Ale damy sobie z nimi radę.

— Jasne, że damy. Problem w tym, że oni nie odpuszczą.

Ron miał rację, to trzeba mu było przyznać. Nigdy tak naprawdę nie będą mogli zmrużyć oka, zasnąć w spokoju i bez obaw. Skoro Voldemorta już nie było, na rynku pojawił się wakat na stanowisku czarnoksiężnika. Byli pomniejsi, raczej niegroźni – nie działali na taką skalę jak Voldemort. Ale jedna rzecz przetrwała na pewno, mimo jego śmierci: ideały. Wszystkie te przekonania, które traktowały mugolaków gorzej od skrzatów domowych, słowa pogardy oraz chęć oczyszczenia ich świata z „brudnej krwi".

Świadomość możliwości wystąpienia tego stanu rzeczy przerażała Harry'ego. Byłby głupcem, gdyby się nie obawiał. Ron jawnie przyznał się, że od długiego czasu towarzyszy mu ciągły strach, zaś wypadek z Hermioną tylko potwierdzał słuszność lęku.

Nie dali rady opróżnić drugiej butelki. Nawet nie doszli do połowy, gdy wspólnie stwierdzili, że mieli dosyć. Zakręcili ją, a potem we dwóch ruszyli mozolnie po schodach do dormitorium. Harry schował Ognistą pod łóżkiem, Mapę Huncwotów i pelerynę-niewidkę wrzucił do kufra, po czym rozebrali się i poszli spać, nawet nie żegnając.

Mocno wirowało mu w głowie, co utrudniało zasypianie. Miał nawet wrażenie, że zwymiotuje to, co wypił z Ronem, ale ostatecznie utrzymał alkohol w żołądku. Wciąż dźwięczały mu w myślach słowa przyjaciela odnośnie tego, co miało być już zawsze pozostałością ich przeszłości.


Rano obydwaj mieli kaca.

Harry jęknął, niechętnie wstając z łóżka, założył okulary, a potem obudził Rona. Jego przyjaciel również nie był zadowolony z powodu pobudki, jednak musieli już teraz zejść na śniadanie, jeśli nie chcieli iść na pierwsze zajęcia głodni.

— Nie dam rady zjeść, idź sam — wydusił Ron, żałując całej ilości spożytego alkoholu.

— Jak chcesz — rzucił Harry, wzruszając ramionami, po czym udał się do łazienki. Potrzebował doprowadzić się choć do względnego porządku. Poza tym nie chciał, aby czuć było od niego alkoholem.

Przemył twarz oraz ręce, a potem umył zęby. Przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze – powinien się niedługo ogolić – aż wreszcie uznał, że nie było widać efektów wczorajszego posiedzenia. Nie miał sińców pod oczyma, nie wyglądał na zmarnowanego, wyłącznie tak się czuł. Bolała go nieco głowa, coś się przewracało w żołądku... Bywało gorzej.

Przypomniał sobie wakacje, gdy jednego wieczoru siedzieli w Norze i upili się z George'em i panem Weasleyem. Wtedy było o wiele gorzej, zdecydowanie. Ron spał na wiadrze, a Harry pół nocy wymiotował.

Wyszedł z łazienki w nieco lepszym stanie. Obawiał się, że i tak będzie musiał pójść do Slughorna po eliksir na kaca. Pomfrey pewnie również go posiadała, ale nie chciał słuchać wykładów starszej czarownicy o nieodpowiedzialności dorosłych uczniów. Wiedział, że Slughorn, po wysłuchaniu smutnej historii o losie Hermiony, zrozumie sytuację.

— Ron, wstawaj! — spróbował jeszcze raz.

— Muszę? — jęknął Ron.

— Tak, chodź. Pójdziemy po eliksir na kaca do Slughorna. Nie marudź.

Wreszcie Ron przełożył jedną nogę na podłogę, potem drugą. Wszystkie czynności wykonywał bardzo wolno, dokładnie, jakby czuł się ociężały.

— Zaraz się zrzygam — wybełkotał, żeby wystrzelić nagle w kierunku łazienki. Harry'ego dobiegł przytłumiony odgłos wymiotowania.

Cholera, mógł wziąć tylko jedną butelkę Ognistej. Teraz obaj byli w kiepskim stanie, w którym na pewno nie mieli jak pomóc Hermionie.

Harry ubierał się powoli w tym czasie, w którym Ron korzystał z dobrodziejstw zimnej wody w kranie.

Wreszcie Ron wrócił do dormitorium, chociaż wcale nie wyglądał lepiej. Bez słowa przebrał piżamę na mundurek, po czym pokiwał głową. Mogli wyjść.

Opuścili wspólnie Wieżę Gryffindoru, po czym skierowali się na Wielkie Schody. Harry uznał, że przed próbą zjedzenia śniadania powinni porozmawiać ze Slughornem o eliksirze. Wzięcie specyfiku zmniejszało możliwość wymiotów.

Ron powłóczył nogami, w milczeniu kierując się do Wielkiej Sali, zaś Harry odpowiadał na uprzejmość portretów, witając się. Nie męczył o to przyjaciela, rozumiejąc go bez słów.

— Oby Flitwick miał dziś nieco litości — odezwał się Ron, gdy znajdowali się przed drzwiami Wielkiej Sali. — Jeśli będzie jak przedwczoraj, padnę.

Harry pokiwał głową.

W Wielkiej Sali zawsze panował chaos. To był nieodłączny element tego miejsca. Rozmawiający uczniowie i nauczyciele tworzyli całą gamę dźwięków splatających się w całość. Zawsze było coś do powiedzenia: najnowsze plotki, zadania domowe, sytuacja rodzinna, sytuacja w kraju czy na świecie, różnice między światem czarodziejskim i mugolskim. Czasem nawet Prorok napisał coś mądrego lub ciekawego, wartego uwagi. Na szczęście oszczędzili sobie pisania pierdół z życia Harry'ego.

Teraz głównym tematem była Hermiona. Harry rozejrzał się ukradkiem, szukając winy na czyjejś twarzy. Nic.

Gryfoni wyglądali na przygaszonych, ponurych. Może nieco podejrzliwych. Puchoni raczej stanowili grupę najbardziej przestraszoną sytuacją. Jeśli Harry się nie mylił, Krukoni, zawsze rządni wiedzy, raczej omawiali zdarzenie pod kątem naukowym, lecz z dozą obawy. Wyłącznie Ślizgoni nie wyglądali na przejętych. Poszukał wzrokiem siódmorocznych uczniów.

Jeśli coś się nie zmieniło, to oni. Harry zmrużył oczy. Draco Malfoy znów królował wśród Ślizgonów, jakby wydarzenia z czasów wojny nie miały miejsca. Jakby nie okłamał Bellatriks Lestrange, gdy złapali ich szmalcownicy. Jakby Harry nie pomógł Narcyzie Malfoy, gdy pytała o syna. Uśmiechał się drwiąco, rozmawiając o czymś intensywnie z Pansy Parkinson i Dafne Greengrass. Obydwie uśmiechały się równie nieprzyjemnie.

Harry potrząsnął głową, po czym podszedł do stołu nauczycielskiego, przy którym Slughorn jadł śniadanie, wymieniając uprzejmości z Vector.

— Dzień dobry, profesorze — przywitał się.

— Harry! Mój chłopcze, czego potrzebujesz? — od razu zapytał Slughorn, dla Harry'ego będąc w stanie zrobić niemal wszystko.

Harry nachylił się, żeby mówić ciszej.

— Eliksir na kaca razy dwa — przyznał, udając skruchę. Choć nie musiał do końca udawać. Czuł się na tyle niekomfortowo, że potrzebował eliksiru.

Slughorn zaśmiał się rubasznie.

— Chodź, coś znajdziemy — obiecał.

Wstał od stołu, palcem kazał Harry'emu iść za sobą. Wyszli z Wielkiej Sali niespiesznie, Slughorn z uśmiechem, Harry z niezadowolonym grymasem. Wolałby, aby profesor sam poszedł po eliksir; chciał desperacko uniknąć bezsensownej rozmowy.

— Chodzi o pannę Granger?

— Tak, profesorze. To, co się stało... Nie wytrzymałem.

— Rozumiem cię, mój drogi. Przecież wiem, że nie piłbyś bez wyraźnego powodu. — Pokiwał głową, usprawiedliwiając Harry'ego. — To straszna rzeczy, tak. Ale następnym razem postaraj się tego nie robić. Picie nie pomaga.

— Zapamiętam, profesorze. Dziękuję. — To nie był najlepszy moment na wysłuchiwanie morałów dobrego wujka.

Zeszli do lochów, do prywatnego składziku z eliksirami, który niegdyś należał do Snape'a. Slughorn chwilę grzebał wśród wielu fiolek, szukając dwóch potrzebnych, gdy Harry przebierał nogami ze zniecierpliwienia. Zostawało mu mało czasu do zajęć, a przecież miał zjeść śniadanie.

— O proszę, mam! — Slughorn pokazał mu z dumą dwie fiolki z jasnoniebieskim płynem. — Weź je, ale obiecaj, że następnym razem zachowasz umiar. — Wyciągnął nieco dłoń z eliksirem w stronę Harry'ego.

— Obiecuję! — Był gotów przysiąc cokolwiek, byle tylko Slughorn dał mu już eliksir.

Już po chwili wracali do Wielkiej Sali. Harry poszedł szybciej, wykręcając się chęcią zjedzenia śniadania przed zajęciami – nie chciał mówić Slughornowi, przydatnemu profesorowi, że irytowało go jego gadanie.

Swoją porcję wypił jeszcze przed wejściem do Wielkiej Sali, Ronowi podał zaś ją ukradkiem pod stołem, gdy już usiadł obok przyjaciela. Nałożył sobie jajka z bekonem na talerz i rozpoczął posiłek. W tym czasie Neville uznał, że to dobry moment na rozmowę.

— Wiecie cokolwiek?

Harry pokręcił głową, Ron wypił eliksir.

— Nic. Nie mamy pojęcia, co się stało, dlaczego... Nie ma nawet sprawcy, podejrzanego. Zupełne zero — burknął Ron. Popatrzył na zastawione jedzeniem półmiski. — Pomfrey nawet nie wie, czy Hermiona z tego wyjdzie.

— Na pewno. — Neville sięgnął przez stół i klepnął Rona w ramię. — To w końcu Hermiona. Jest silna.

— A wiecie, co się stało? — wtrącił Seamus, który najwyraźniej nie słuchał od początku. Dean, wcześniej pogrążony w swoich myślach, też zaczął słuchać.

Trzech chłopców pokręciło głowami.

— Właśnie to jest to. Nikt nic nie wie — powiedział Harry. — McGonagall jest pewna, że to nikt z zewnątrz. Bariery by zareagowały. Ale kto z nas mógłby to zrobić?

Jakoś tak bezwiednie oczy całej piątki powędrowały w kierunku stołu Slytherinu.

— Dajcie spokój. — Ginny przysiadła się bliżej, wtrąciła bezpardonowo w rozmowę. — To zadufane w sobie dupki, ale żaden z nich nie skrzywdziłby drugiego ucznia. — Napiła się soku funkowego z pucharu Rona. — Poza tym nauczyciele od razu by wiedzieli. Nikomu z nas nie udałoby się ich oszukać.

Miała rację. Żaden z uczniów nie był w stanie czarować na tak zaawansowanym poziomie, aby nie zostawić jakichkolwiek śladów. Nie mieli na tyle doświadczenia, żadnej specjalistycznej wiedzy z kursu.

— Ej, odwal się od mojego soku! — Ron odsunął puchar od siostry, która się śmiała. Widocznie eliksir już na niego zadziałał.

— Dajcie żyć — mruknął Seamus, gdy Weasleyowie zaczęli kolejny spór rodzinny.

Harry, Neville i Dean zaczęli się śmiać. Chociaż na chwilę zapomnieli o dręczącej sprawie, o widmie wojny, o problemach. Na moment znów byli wkraczającymi w dorosłość, młodymi czarodziejami.

— Spieprzaj! — warknął Ron, po czym wstał. — Stary, chodź już na zajęcia — rzucił do Harry'ego, po czym poszedł, nie czekając.

Harry przeprosił kolegów i Ginny, powstrzymując się od parsknięcia śmiechem, i pobiegł za Ronem.

Dogonił go w drodze do Wielkich Schodów. Musieli naprawdę szybko udać się na trzecie piętro, jeśli chcieli zdążyć na zaklęcia. Nie chcieli się spóźnić jak Dean z Seamusem.

— Ależ ona mnie irytuje — wycedził wciąż wściekły Ron. Zaciskał dłonie w pięści.

Harry pokręcił głową.

— Daj spokój, to twoja siostra — próbował przemówić przyjacielowi do rozsądku. — Kiedy my szukaliśmy horkruksów, ona była tu z innymi, przeżywając własny terror. Nie zapominaj, jacy byli Carrowowie. Daj jej poszaleć.

Rozumiał potrzebę Ginny do udawania, że wszystko było świetnie. Wiedział również, że była – podobnie jak bliźniacy – skora do płatania figli i denerwowania braci. Teraz, gdy Freda już z nimi nie było, stała się takim oczkiem w głowie George'a. Chętnie zabierał ją na tajemnicze wycieczki, razem tworzyli nowe słodycze oraz magiczne, nieprzydatne przedmioty, które uczniowie kupowali garściami.

Ron nieco się rozchmurzył.

— Masz rację. — Przetarł twarz dłonią. Powoli wspinali się na schody. — Będę musiał ją przeprosić. Po prostu… Ta sytuacja…

— Wiem, nerwy — odpowiedział za niego Harry, poklepał Rona po ramieniu. — Wyjdzie z tego. Rozwiążemy to.

Nawet jeśli nie bardzo w obecnym momencie wierzył w swoje słowa, czuł się w obowiązku pocieszenia przyjaciela.

Ron uśmiechnął się.

— Koniec czczego gadania, musimy się skupić na notatkach. — Harry spojrzał na niego z ogromnym zaskoczeniem; to nie było coś, czego spodziewał się po Ronie. — Przecież Hermiona nas zabije, jeśli nie damy jej nadrobić materiału!

Harry zaśmiał się, po czym wszedł do klasy. Usiadł z Ronem w ostatniej ławce, wciąż prowadząc dyskretną rozmowę o notatkach. Harry uznał, że powinni podzielić się pracą. On da Hermionie notatki z obrony i eliksirów, zaś Ron z zaklęć oraz transmutacji. Jeśli chodziło o zielarstwo, liczyli na pomoc Neville'a.

Flitwick wszedł za katedrę, po czym zaczął od czytania listy obecności. Zatrzymał się na moment przed nazwiskiem Hermiony, spojrzał na dwóch jej przyjaciół, po czym niemal niezauważalnie pokręcił głową. Zaraz wrócił do odczytywania kolejnych nazwisk. Na sam koniec wpadli Dean i Seamus, dysząc. Zajęli miejsca przed Ronem i Harrym, przepraszając za spóźnienie. Flitwick skreślił nieobecność na liście, patrząc na nich cierpko.

— Skoro są już wszyscy — mówił profesor — proszę was o otworzenie podręcznika na zaklęciach czasowo ożywiających przedmioty martwe. — Chrząknął. — Przeczytajcie pierwsze dwa akapity opisu, zaraz sobie o nich porozmawiamy.

W klasie panował szum przewracanych stron. Kiedy uczniowie zajęli się czytaniem, Flitwick zszedł z podium, przeszedł się po klasie. Obserwował, czy na pewno wszyscy byli zajęci wnikaniem w dzisiejszy temat.

Harry zerknął w kierunku Malfoya, który ewidentnie się nudził. Podpierał głowę na ręce, drugą wystukując rytm. Patrzył w sufit, całkowicie niezainteresowany czymkolwiek, podczas gdy Pansy Parkinson nachylała się nad książką. Harry prychnął. Malfoy znów był aroganckim dupkiem. Nie, żeby Harry spodziewał się po nim czegokolwiek innego.

Chyba wbijał w Malfoya intensywne spojrzenie, ponieważ po chwili patrzyli sobie prosto w oczy. Harry spiął się, czekając na reakcję, lecz już po chwili Malfoy ześlizgnął się wzrokiem z niego na inny punkt po drugiej stronie klasy.

To było coś nowego.

Chociaż, jakby się zastanowić, od początku roku Malfoy nie wchodził w żadną interakcję z Harrym. Ani jednej sprzeczki, ani jednego komentarza, zero prób wyprowadzenia Harry'ego z równowagi.

Może jednak wojna go zmieniła.

Potrząsnąwszy głową, wrócił do analizowania tematu. Flitwick zaczął zadawać pytania, sprawdzając ich poziom zrozumienia tekstu, a potem przeszedł do omawiania zaklęć. Podał kilka przykładów, jak można było wykorzystać te zaklęcia – jednym była bitwa, nowe jednostki do obrony w postaci posągów czy zbroi – a potem zademonstrował ruch różdżką oraz działanie, czarując zabawkę przedstawiającą nieśmiałka.

Ron notował wszystko skrupulatnie, starając się nie dla siebie, a dla Hermiony. Naprawdę chciał, żeby jego ukochana nie miała problemu z powrotem do nauki, gdy wszystko się rozwiąże. Zapisywał nawet drobne uwagi Flitwicka, wiedząc, że nie zapamięta ich tak dobrze jak Hermiona.

Lekcja przebiegała powoli, spokojnie. Mniej więcej w połowie każdy z nich dostał figurkę, a potem próbowali ją ożywić.

— Viverus! — rozlegało się zaklęcie.

Harry, ku własnemu zaskoczeniu, był jednym z niewielu, któremu udało się to za pierwszym razem. Osiągnął to jeszcze Malfoy, McMillan i Hanna Abbott. Ron tylko wyklinał pod nosem po kolejnych nieudolnych próbach.

— Ron, spokojnie — mruknął Harry, patrząc na figurkę nieśmiałka, która maszerowała po ich ławce. — Skup się. Uda ci się.

Ron burknął coś pod nosem, ale starał się skupić, wyciszyć i dopiero wtedy rzucić zaklęcie. Ostatecznie i jego zabawka poruszała się, a on obserwował ją z dumą.

— Na następne zajęcia proszę wszystkich o eseje! — zapiszczał Flitwick zza katedry. — Dwie stopy o zaklęciach ożywiających przedmioty, ich historia oraz użyteczność na przestrzeni wieków z uwzględnieniem doskonalenia oraz skutkach błędów w rzucaniu!

Po lekcji oddali profesorowi rozdane figurki, po czym ruszyli tłumnie na transmutację.

— Co powiesz na pójście do biblioteki po lunchu? — zagaił Harry, gdy stanęli pod klasą.

Ron zmrużył oczy.

— Myślisz, że coś znajdziemy? — odparł szeptem.

Harry pokiwał głową.

— Na to liczę.


McGonagall, chociaż pełniła funkcję dyrektorki Hogwartu, pozostawała ich profesorką. To była jej decyzja, żeby nie zatrudniać nikogo z zewnątrz po trudnych wydarzeniach z maja. Co prawda nie mieli wglądu w jej pracę jako głowy szkoły, jako nauczycielka nie zmieniła się ani o jotę. Tylko włosy bardziej jej posiwiały, a na twarzy przybyło zmarszczek.

Tym razem to Harry notował, a Ron znów martwił się Hermioną, więc czekali na upragniony gong zwiastujący posiłek. Mogli potem powęszyć w bibliotece. Harry jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy nie pójść do McGonagall, zapytać, czy może coś wiedziała, lecz wątpił, by dyrektorka miała jakiekolwiek nowe informacje.

Raczej by im powiedziała. Przecież wiedziała, że ich trójka zawsze trzymała się razem.

Po zajęciach zatem udali się do Wielkiej Sali na lunch. Rano nie zdążyli zjeść za dużo, więc chcieli nadrobić straty. Później mogli przez długi czas szukać czegokolwiek w dziale ksiąg zakazanych, a przed obiadem pójść na eliksiry. Świetnie. Slughorn nie był zbyt wymagającym nauczycielem, zatem nie musieli się martwić, gdyby się spóźnili.

— Ślimak wie, co nie?

— Wie — przyznał Harry.

— To zajebiście. Przynajmniej będziemy mieli wymówkę, gdyby nie udało nam się pojawić na eliksirach — zażartował Ron.

— Oszalałeś? Mam ryzykować gniew Hermiony o brak notatek? — prychnął. — Nie chcę zginąć przez to, że nie przyłożyłem się do nauki.

— Racja — odparł po chwili zastanowienia Ron.

Spojrzeli po sobie, po czym wybuchli śmiechem. Szybko ucichł, gdy przypomnieli sobie, jak wyglądała Hermiona, wciąż spoczywająca w skrzydle szpitalnym.

Usiedli przy stole Gryffindoru jako jedni z pierwszych. Nie w głowie im było dyskutowanie; głodni, nieco nerwowi zaczęli nakładać sobie parówki, posmarowali kromki masłem, po czym zabrali się za jedzenie. Później wzięli nieco puddingu, popili sokiem dyniowym.

W międzyczasie Wielka Sala zapełniła się uczniami; gwar rozmów momentalnie rozległ się po komnacie, zagłuszając myśli. Nauczyciele również korzystali z przerwy od zajęć, mogąc pozwolić sobie na większą swobodę oraz rozmowy między sobą.

Posiłki w Wielkiej Sali miały w sobie coś magicznego, zaiste. Łączyły ludzi, przybliżały do siebie.

Harry i Ron jednak nie mieli czasu na solidaryzowanie się z domownikami, ponieważ w skrzydle szpitalnym wciąż była Hermiona, ich przyjaciółka, potrzebująca pomocy. Nie mogli siedzieć z założonymi rękoma, czekać na cud. Dlatego niedługo później wstali z miejsc, kiwnęli Seamusowi, Deanowi i Neville'owi głowami, po czym poszli do biblioteki.

— A pozwolenie? — zapytał mądrze Ron.

— Najwyżej wrócimy po zmroku lub poproszę Slughorna. Na razie chcę się rozejrzeć po części dostępnej dla uczniów — rzucił. Może faktycznie ktoś rzucił zaklęcie z części ogólnodostępnej? Może to tam były ślady? Nie wiedział, czy nauczyciele pomyśleli o takim rozwiązaniu.

Harry miał nadzieję, że znajdą coś, cokolwiek, co choć minimalnie przybliży ich do prawdy.