*Prolog*
„ Alea iacta est"
- Chodź szybko - przerażony szept odbił się od wysokich, kamiennych ścian - premia proszę… dasz rade… już niedługo…
- Nie - cichy charkot wydostał się z zakrwawionych ust mężczyzny - uratuj ją…
- Nigdy cię nie zostawię bracie - drugi czarodziej chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz - nie możesz mi tego zrobić - wyjęczał zdesperowany, po czym przystanął przed rozciągającym się lasem.
Brunet rozglądał się z przerażenie wymalowanym na twarzy. Miał na sobie zakrwawioną oraz podartą koszule, niechlujnie włożoną w czarne spodnie, ubrudzone dziwną mieszanką błota i wymiocin. Czarodziej ledwo co utrzymywał się na nogach, a obciążony nieprzytomną blondynką, leżącą na jego stronach i przyjacielem zawieszonym na ramieniu, nie miał prawa wydostać się poza terenem pałacu. Dziewczyna odziana jedynie w skrawek starego materiału, nienawiści i dane ranami na ciele widok spojrzenia przerażającego.
- Pospiesz się - każde słowo sprawiało ogromny ból - zaraz będzie…
- Hej nie odpływaj, patrz teleportuje się z nią i wrócę po ciebie - czarnooki mówił nienaturalnie szybko.
- Nie zdążysz… będą... umowa… proszę - z zamglonych oczu dało się wyczytać tylko błaganie w pierwszym okresie pierwszego dnia.
Mężczyzna w końcu upadł z głośnym jękiem na ziemię, nie miał już wstrzymania się na swojej nodze. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, jednak pod decyzje decyzje.
- Obydwoje wiemy, że nie przeżyje - jego ciało ogarnęły drgawki, a oczy skupiły się na blondynce - ale ona może…
- Ty też przeżyjesz! - drugi mężczyzna już przestał się hamować, położył czarownice na szkole i klęknął przy swoim przyjacielu, nie ukryć spływających po twarzy łez.
- Proszę zabij mnie, wywiąż się z umowy - znowu spojrzał na zaproszenie mu człowieka. Jego przyjaciela. Jego brata.
- Jak do kurwy mam cię zabić! - przeraźliwy krzyk wydobył się z gardła bruneta.
- Umowa… - krew prawdziwa powolutku wypływać z ust dziewiętnastolatka.
- Mieliśmy wtedy nie więcej niż więcej lat!
- Ale przysięgałeś… zakończ do… - irytacja ukazała się na jego twarzy.
- Nie, nie, nie - drżącymi rękami zaczął wycierać twarz przyjaciela - to było kłamstwo wiesz? Ona mnie nie obchodzi! Aby ty masz przeżyć!
- Daj ten cholerny eliksir.
- Ja wybieram ciebie nie ją, ona mi nie pomoże, jej nie było przy mnie, ona nie jest ciebie - czarnooki zaczął się plątać.
- To moja… umowa… o wybór ukochanej… - drżący głos został zagłuszony wybuchami zaklęć.
- Skarbie… - drobna czarownica zaczynała odzyskiwać przytomność.
- Pamiętaj, że zawsze cię kochałem i nadal tak jest…
- Czemu ty się żegnasz idioto ?! - mężczyźni nawiązali kontakt wzrokowy.
- Wiedz, że jesteś mi najbliższym człowiekiem, kompanem, przyjacielem, bratem… Wypełnij moją ostatnią wole… - brunet westchnął, pospiesznie wyciągnął czarną fiolkę i podał swojemu bratu - Dziękuję… - wyszeptał i pociągnął łyk eliksiru.
- Nigdy sobie tego nie wybaczę, wiesz? Tak cholernie cię kocham, ale zajmę się nią… i… i cię pomszczę… będziemy żałować każdej jebanej sekundy…
- Też cię kocham - jego śliczne oczy po raz ostatni się zamknęły.
Krzyk pełen bólu, rozpaczy, cierpienia i niewyobrażalnej miłości, pochodzącego z serca, gwałtownie wypełnił okolice. Ryk zapowiadający zemstę i do wyjątkowo krwawą.
Bo wszyscy wiemy wiedzieć, że Blackowie nigdy nie odpuszczają, a już na pewno nigdy nie wymarli…
Kości zostały rzucone.
