Szukający

I. Niedoszły transfer

2 lipca 1996 roku

Władysław Zamojski teleportował się na teren Hogwartu. Miał taką możliwość dzięki specjalnemu przyzwoleniu Albusa Dumbledore'a. Były ścigający czuł większe zdenerwowanie niż przed najważniejszymi meczami. Dobrze wiedział jak bardzo synowi zależało na pójściu do tej placówki. Dlatego musiał zrobić wszystko co w jego mocy, aby Dumbledore wyraził zgodę. Kiedy wylądował na błoniach, spojrzał na zamek.

O, w mordę, robi wrażenie - pomyślał Władysław obserwując ogromną budowlę, składającą się z sześciu wysokich wież oraz mnóstwa baszt i wieżyczek. Ponadto wokół zamku można było zaobserwować mnóstwo terenów zielonych, w tym spory las wielki jezioro. Lekko oszołomiony ogromem szkoły Władysław zaczął się zastanawiać:

Mają tyle miejsca, że jeszcze jeden dzieciak powinien się zmieścić, czyż nie?

Przechodząc po kamiennym moście Władysław zobaczył kilkadziesiąt zapalonych zniczy. Kilka sekund później dostrzegł Albusa Dumbledore'a, stojącego przy wejściu do zamku. Po mniej więcej dwóch minutach(Kto wymyślił tak idiotycznie długi most do szkoły? - pomyślał Władysław) panowie uścisnęli sobie dłonie. W tym momencie Władysław zobaczył, że druga ręka czarodzieja wygląda na martwą.

Co jest do cholery?! - pomyślał wstrząśnięty Władysław

- Witam w Hogwarcie - odparł Albus Dumbledore

- Cała przyjemność po mojej stronie - rzekł Władysław, próbujący odwrócić wzrok od dłoni dyrektora.

- Proszę mi mówić po imieniu. Mówienie per pan sprawia, że czuję się starszy niż jestem - odparł Dumbledore

Zaskoczony bezpośredniością Dumbledore' a Władysław przez chwilę milczał, po czym odparł:

- Też często odnoszę takie wrażenie

Podczas drogi do gabinetu Władysław wpatrywał się w liczne poruszające się klatki schodowe, ponadto obserwował liczne obrazy, głównie przedstawiające czarodziejów podczas zabaw, lecz dostrzegł też portret goblina w okularach czy ryczącego tygrysa.

Kiedy dotarli do gabinetu dyrektora znajdującego się na drugim piętrze, Władysław po raz kolejny przeżył niemałe zaskoczenie. Poza wielkością pokoju (Czy w tym zamku wszystko musi być takie ogromne?), zdziwiło go również biurko o nogach w kształcie szponów czy mnóstwo portretów przedstawiających byłych dyrektorów Hogwartu.

- Proszę się rozgościć - odparł Dumbledore wskazując na skórzany fotel naprzeciwko biurka. - Chcesz kawy lub herbaty? - spytał dyrektor

Władysław czuł się okropnie niewyspany:

Może mała kawka mnie trochę pobudzi - pomyślał, dlatego rzekł:

- Poproszę kawę z łyżeczką cukru

Już po niecałej sekundzie przed Władysławem ukazała się gorąca i posłodzona kawa.

- To się nazywa szybka obsługa! - rzekł z uśmiechem w stronę Dumbledore'a

Dumbledore odwzajemnił uśmiech, po czym odparł:

- Kilka dni temu napisaliście do mnie list, w którym poproszono o możliwość nauki waszego syna w Hogwarcie.

Władysław skinął głową, zastanawiał się w jaki sposób mógłby przekonać sędziwego czarodzieja, że warto przyjąć Damiana.

W tym momencie Dumbledore podrapał się po brodzie, równolegle mówiąc:

- Nasza szkoła była zawsze otwarta dla uczniów z każdego zakątka świata. Dlatego nie widzę przeciwwskazań - oświadczył Dumbledore

Zaskoczony Władysław, rzekł w myślach:

Łatwo poszło! Muszę wypytać go o kilka szczegółów:

- Z tego co czytałem, w Hogwarcie są cztery domy, do których przydziela się uczniów podczas rozpoczęcia Damian ma już szesnaście lat, nie chciałbym by kroczył razem z pierwszakami na oczach całej szkoły. To jest dosyć krępujące.

Dumbledore ponownie podrapał się po brodzie, a następnie rzekł:

- W takim razie niech przyjdzie do mojego gabinetu na piętnaście minut przed ceremonią przydziału. Później zasiądzie wśród uczniów z domu, do którego zostanie wybrany.

Władysław skinął głową, zaproponowane rozwiązanie dużo lepiej pasowało do sytuacji. Następnie, spytał:

- Chcę się jeszcze tylko zapytać, kiedy otrzymamy listę wszystkich podręczników oraz przyborów.

- Myślę, że na początku sierpnia otrzymacie sowę w tej sprawie.

Na tamtą chwilę Władysławowi nie przychodziło nic, o czym chciałby się dowiedzieć od dyrektora, dlatego odparł:

- Nie mam już więcej pytań, bardzo dziękuję za przyjęcie Damiana oraz poświęcony mi czas.

- Za to ja mam jedno. Co się wydarzyło, po finale Mistrzostw Europy w 1983 roku, że nie przeszedłeś do Zjednoczonych z Puddlemere? - zapytał Dumbledore, który nigdy nie uwierzył w oficjalną wersję zdarzeń.

Wiedeń, 29 maja 1983 roku.

Przegraliśmy….przegraliśmy finał Mistrzostw Europy. - rozmyślał załamany Władysław. W tym meczu nic nie szło po myśli Goblinów z Grodziska. Najpierw, dosłownie kilka minut przed rozpoczęciem gry, rozpętała się największa ulewa jaką w życiu spotkał. To było istne piekło, grad wielkości kurzych jaj, spadający na głowy zawodników. Sędzia w obawie o zdrowie i życie uczestników ewakuował obydwa zespoły do szatni. Siedzieli tam, zupełnie przemoczeni i rozproszeni, przez ponad godzinę. Następnie zostali wprowadzeni na boisko, a tam zastała ich…

- Kretyńska mgła! - ryknął rozwścieczony Władysław, a przygnębieni koledzy odwrócili się w jego kierunku.

Nie było widać kompletnie nic. Władysław nie mógł dostrzec pętli, zarówno z jednej jak i z drugiej strony, ani otaczających ich trybun. Widział tylko wszechogarniającą biel. Gdyby wyjęto nóż, by ją uciąć, utknąłby tam niczym Excalibur w skale. Rozwścieczony trener Godlewski, wysoki blondyn posiadający niezwykle rozbudowaną klatkę piersiową, odparł:

- Panowie, zwijajcie się z murawy. Ja pogadam z prezesem, aby wynegocjował przełożenie meczu. Przecież to są jakieś jaja.

Dlatego zeszli do szatni, gdzie czekali przez kolejną godzinę. Po tym czasie otworzyły się drzwi, wszedł do nich prezes Goblinów z Grodziska, Andrzej Rybak, który oświadczył:

- Panowie, mamy przechlapane.

- To znaczy? Co się stało? - odparli zaniepokojeni zawodnicy

Rybak westchnął, po czym odparł:

- Rozmawiałem z prezydentem europejskiej federacji oraz prezesami Zjednoczonych z Puddlemere. Stwierdziłem, że takie warunki są zupełnie niedopuszczalne i jedyną opcją jest przełożenie meczu na jutro. Prezydent oświadczył, że na miejscu jest sto pięćdziesiąt stacji radiowych z całego świata, a przełożenie meczu wygenerowałoby gigantyczne problemy logistyczne.

- Co za….- odparł Godlewski

- To jeszcze nic- przerwał mu Rybak, zanim Godlewski doszedł do inwektyw. - Anglicy również chcą grać.

- Porąbało ich, do cholery?! -ryknęli wszyscy zawodnicy

- Jak oni to sobie wyobrażają? Przecież nic nie widać! - odparł Władysław, a pozostali skinęli głowami.

- Noktowizory, skurczybyki mają noktowizory, dzięki którym można widzieć we mgle. - odparł prezes

- Przecież to jakaś bzdura! I co się stanie jak nie zagramy? Przyznają walkowera dla Anglików za brak noktowizorów? Nigdzie w przepisach nie ma zapisu o konieczności przygotowania noktowizorów na mecz. Miotły, szaty, sprzęt medyczny, jasne, ale noktowizory? - odparł czerwony na twarzy Godlewski

- Sędzia też ich chyba nie ma, co nie? - spytał Władysław

- No i tutaj, panowie, pies pogrzebany. Anglicy obiecali pożyczyć wszystkim noktowizory. - odparł Godlewski

- Stu tysiącom kibicom nie widzących własnych rąk również? - odrzekł Godlewski

- Mówisz tak, jakbyś urodził się wczoraj. Dla federacji fani nie mają najmniejszego znaczenia. Zapłacili za mecz? Zapłacili, a czy go zobaczą? Kogo to obchodzi? - odparł Rybak

- Więc co? Pożyczamy sprzęt, którego nigdy nie używaliśmy i gramy? Brzmi jak dobry plan - odparł milczący do tej pory, kapitan Goblinów, Marcin Rugol.

- Lepszy niż porażka przez walkower za nieprzystąpienie do zawodów, pomimo takiej możliwości - rzekł Rybak

- Ile mamy czasu na podjęcie decyzji? - zapytał Rugol

- Będąc precyzyjnym - odparł Rybak, patrząc na zegarek - jesteśmy minutę po czasie.

- Cudownie, po prostu cudownie - podsumował sytuację Godlewski

Jedyną dobrą stroną tego spotkania było to, że trwało zaledwie półtorej godziny. Anglicy, co było do przewidzenia, zdecydowanie lepiej radzili sobie z grą przy pomocy noktowizorów. Polakom najwięcej problemów sprawiało szybkie podejmowanie decyzji. Widok, który mieli dzięki technologii, zbyt mocno się różnił od tego rejestrowanego przez oczy. W połączeniu z ogromną prędkością na miotłach oraz idealnym zgraniem potrzebnym do wykonania kombinacji w ataku, przyniosło to opłakane skutki. Gobliny większość swoich goli zdobyły po indywidualnych akcjach Władysława. Natomiast u Zjednoczonych znakomicie spisywali się pałkarze, potrafiący wykorzystać dezorientację polskich ścigających. Ostatecznie Andrew Scott, niezwykle utalentowany absolwent Hogwartu, znacząco wyprzedził Tomasza Telengę i zakończył mecz wynikiem 360:110. Swoim chwytem zapewnił Zjednoczonym z Pudlemmere drugie Mistrzostwo Europy w historii klubu.

Pół godziny po meczu zawodnicy Goblinów nadal siedzieli w milczeniu. Wydarzenia z całego wieczoru były dla nich tak przygnębiające i absurdalne, że nie potrafili pojąć, co się naprawdę stało. W tym momencie do szatni wszedł prezes Rybak. Większość graczy nawet nie usłyszała dźwięku otwieranych drzwi. Rybak spojrzał na wszystkich, wyglądali tak jakby do szatni przyleciał tuzin dementorów. Następnie uderzył pięścią w drzwi, kilku zawodników natychmiast podniosło głowy. Wtedy odchrząknął, spojrzał na Władysława i rzekł:

- Anglicy złożyli za ciebie ofertę transferu.

Trener Godlewski wstał, a następnie krzyknął:

- Nie widzisz, co się dziś stało?! Jak jesteśmy przybici?! Na litość boską, daj żyć!

Rybak popatrzył na trenera, po czym oświadczył:

- No właśnie o życie naszego klubu tu chodzi. Zjednoczeni proponują sto tysięcy galeonów.

Godlewski oniemiał, po kilku sekundach wymamrotał:

- Musiałeś ich źle zrozumieć, pewnie im chodzi o dziesięć tysięcy.

Prezes spojrzał na niego z groźną miną i oświadczył zirytowanym tonem:

- Znam angielski lepiej niż ty polski. Potrafię odróżnić ten thousand od one hundred thousand. Mówili o tej drugiej liczbie. Oni proponują za Władka sto patyków.

Po tej wymianie zdań wszystkie oczy w pomieszczeniu skierowały się ku zszokowanemu Władysławowi, który pomyślał:

Zjednoczeni chcą mnie kupić za sto tysięcy galeonów?! Byłby to najwyższy transfer w historii quidditcha!

- No chłopie, masz życiową szansę! - rzekł Rugol, klepiąc Władysława po plecach

Władysław nie miał pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Kochał grać dla Goblinów, którym kibicował od dziecka. Jako mały chłopiec pragnął zdobyć z nimi Mistrzostwo Europy. Tego wieczoru się nie udało, ale miał przed sobą kilkanaście lat kariery. Był przekonany, że za trzy lata (Mistrzostwa Europy w quidditchu są rozgrywane co trzy sezony) wzniosą najcenniejszy europejski puchar.

-Nie mam teraz do tego głowy. Umyję się, wrócę do domu, prześpię, a później pomyślę. - odparł Władysław, kierując się w stronę natrysku

Powiem Anglikom, że potrzebujemy tygodnia do namysłu - podsumował Rybak, wychodząc z szatni.

Grodzisk, 30 maja 1983 roku

Tego dnia Władysław spał aż do godziny 16. Pomimo tego, kiedy otworzył oczy, nadal czuł olbrzymie zmęczenie. Prawdopodobnie jego organizm nie zdołał zregenerować się po wielkim wysiłku fizycznym i psychicznym. Z trudem wstał z łóżka, dopiero po kilku sekundach dostrzegł żonę stojącą w drzwiach:

- Cześć, kochanie - przywitał się Władysław

Marta Zamojska wyglądała na wściekłą, Władysław nie miał pojęcia dlaczego:

- Czy wy faceci nie macie za grosz wyobraźni? Po co grać we mgle przy pomocy noktowizorów, skoro mogliście ją przegonić zaklęciem wiatru? - rzekła, przybierając przy tym marsową minę.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze słów małżonki. Przez kilka sekund je analizował, a następnie oznajmił:

- Marto, ta mgła była potężna. Nawet kilkudziesięciu najlepiej wyszkolonych czarodziejów nie dałoby sobie z nią rady.

- Kilkudziesięciu nie, ale sto tysięcy jak najbardziej, prawda? Gdyby organizatorzy meczu poprosili kibiców o powtórzenie zaklęcia validus ventus (silny wiatr) rozgonienie jej zajęłoby wam jakieś dziesięć sekund.- odparła, zakładając ręce na biodra.

W tym momencie Władysław ukrył twarz w dłoniach, był zbyt załamany by płakać.

Dwie godziny później Władysław podszedł do siedzącej na fotelu Marty, mówiąc:

- Muszę ci o czymś powiedzieć

Zdenerwowana Marta, pomyślała:

Taki wstęp nie wróży niczego dobrego. Czyżby jakaś kobieta go skusiła i mnie z nią zdradził?

- O co chodzi? - spytała z lekkim drżeniem w głosie

- Zjednoczeni z Puddlemere złożyli za mnie ofertę transferu. Zaproponowali Goblinom sto tysięcy galeonów.

Zszokowana Marta wydała cichy okrzyk.

Sto tysięcy galeonów?! To są niewyobrażalne pieniądze! - pomyślała, próbując sobie wyobrazić wielką górę złotych monet.

Władysław złapał ją za rękę, mówiąc:

- Nie mam pojęcia co robić. Z jednej strony kocham grę w Goblinach, ale skoro oferują za mnie takie pieniądze zapewne dadzą mi kosmiczny kontrakt. Jednak nie chcę zostawiać ciebie i Damiana samych.

Marta uśmiechnęła się do niego, ścisnęła za rękę, po czym odparła:

- Nie myśl ani o mnie, ani o tych wielkich pieniądzach, tylko o tym, co cię ucieszy najbardziej. Twoje szczęście będzie również moim.

Do końca dnia Władysław zastanawiał się nad tym, jaką decyzję powinien podjąć. Cały czas kłóciły się ze sobą dwie osobowości. Ta pierwsza, romantyczna, mówiła Władysławowi:

Gram w klubie swoich marzeń, na którego mecze zabierał mnie dziadek. Obiecałem, że zdobędę dla niego puchar za Mistrzostwo Europy, a on go wzniesie.

Natomiast druga, znacznie praktyczniejsza, twierdziła:

Jestem teraz w szczytowym punkcie kariery. W Polsce wygrałem już kilka mistrzostw, zaś brytyjsko-irlandzka liga quidditcha jest najlepszą ligą na świecie. Co więcej, muszę myśleć również o przyszłości naszej rodziny.

W tym momencie, Władysław spojrzał na szklany barek w przedpokoju. Znajdowała się tam wódka podarowana przez kolegów z drużyny na jego dwudzieste czwarte urodziny.

Może dzięki niej wybiorę lepszą drogę ?

Grodzisk, 1 czerwca 1983 roku

Niestety, zamiast oczekiwanego rozwiązania, alkohol przyniósł dodatkowy ból głowy. Władysław obudził się z gigantycznym kacem, uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie.

Co to za szajs mi kupili? - pomyślał, kiedy próbował wstać z łóżka. Przez kolejne dziesięć minut szukał szaty, w którą mógłby się ubrać. Dopiero po chwili sobie przypomniał, że miał ją na sobie.

Z trudem zszedł po schodach i zawędrował w kierunku kuchni, gdzie Marta robiła jajecznicę.

- Chyba naprawdę zbyt mocno się przejmujesz tym transferem. Wypiłeś wczoraj całą butelkę - rzekła z troską, podając mu talerz z potrawą.

Władysław tylko skinął głową i pogrzebał w swoim talerzu. Nie miał najmniejszej ochoty na jedzenie, ale jednak, z szacunku dla żony, zmusił swój organizm do przyjęcia pożywienia.

Niecałą godzinę później usłyszał pukanie do drzwi.

Kto to może być? - pomyślał podchodząc do drzwi. Kiedy je otworzył zobaczył starszego czarodzieja o siwych wąsach, mającego na sobie zielony melonik, a ręce dużą skórzaną teczkę. Wyglądał jak typowy akwizytor.

- Dzień dobry, panie Zamojsky - rzekł czarodziej po angielsku

Zaskoczony Władysław, który ostatni raz używał angielskiego w Durmstrangu, zawahał się chwilę, po czym oznajmił:

- Dzień dobry, z kim mam przyjemność rozmawiać?

Starszy mag, odparł:

- Nazywam się Gary Moore i jestem dyrektorem sportowym Zjednoczonych z Puddlemere.

Naprawdę musiał przyjść akurat dzisiaj? - pomyślał Władysław, czujący się jak trzy ćwierci od śmierci.

- Zapraszam do środka - wymamrotał Władysław

Marta wyszła z kuchni. Anglik podszedł w jej kierunku, ścisnął dłoń i rzekł:

- Gary Moore, dyrektor sportowy Zjednoczonych z Puddlemere. Miło mi panią poznać

- Z wzajemnością -odparła Marta

Kiedy wszyscy troje usiedli w salonie, Moore spojrzał na Władysława, a następnie rzekł:

- Złożyliśmy Goblinom ofertę w wysokości stu tysięcy galeonów za pańską kartę zawodniczą. Chcemy, by został pan najdroższym i najlepiej opłacanym zawodnikiem w dziejach quidditcha.

Mam zarabiać więcej niż najlepszy szukający Joa Barbossa, któremu Brzytwodzioby z Tarapoto oferują 18 tysięcy galeonów rocznie? - pomyślał zdumiony Władysław

- Przepraszam, ale o jakich pieniądzach rozmawiamy? - spytała Marta

- Proponujemy pięcioletni kontrakt w wysokości tysiąca galeonów tygodniowo oraz pięćdziesięciu procent zysku z tytułu praw wizerunku.

Małżeństwo Zamojskich o mało co nie spadło z sofy.

Takie pieniądze za grę w quidditcha?! To aż nieprzyzwoite! - pomyślał zszokowany Władysław

Ja chyba śnię! - rzekła w myślach Marta, szczypiąc się przy tym w lewą rękę.

- Jest to siedemnaście razy wyższa kwota niż średnia pensja w Brytyjsko-Irlandzkiej Lidze Quidditcha oraz czterdziestokrotność zarobków statystycznego angielskiego czarodzieja. Ponadto miałby pan okazję zagrać w najlepszej lidze świata oraz wystąpić na Klubowych Mistrzostwach Świata. Chcemy, po raz pierwszy w historii, przywieźć do Puddlemere puchar najlepszego zespołu globu. - kontynuował Moore. Po zakończeniu wywodu popatrzył wyczekująco na Władysława i Martę.

Marta, która jako pierwsza zdołała wrócić do normalności, odparła:

- To niezwykle hojna oferta. Z pewnością się nad nią szczegółowo zastanowimy. Bardzo proszę o danie nam czasu do końca tygodnia.

- Oczywiście - rzekł Moore, następnie uścisnął dłonie obydwojga, wyszedł na podwórko i deportował się.

Marta rzekła do Władysława:

- Nie ma racjonalnego powodu do odrzucenia tej propozycji.

Władysław spojrzał w jej stronę.

Czyli jednak powinienem przejść do Zjednoczonych? - pomyślał ścigający

- Jednak dobrze wiem, że twój system wartości nie ma nic wspólnego z racjonalizmem. Między innymi dlatego tak bardzo cię kocham. - oświadczyła Marta, całując go w policzek

Grodzisk, 2 czerwca 1983 roku

Leżący na swoim hamaku Władysław, pomyślał:

Zjednoczeni proponują za mnie sto tysięcy galeonów. Prezes Rybak nieraz wspominał, że chciałby rozbudować bazę treningową oraz wyremontować stadion. Co więcej, dzięki pieniądzom z transferu klub może znacząco zwiększyć płace dla chłopaków. Na kupno dwóch, trzech dobrych zawodników również by starczyło. Jeżeli odpowiednio zainwestują, to moje odejście będzie dla nich impulsem do rozwoju. - Władysław przypomniał sobie treningi z dzieciństwa, podczas których latał zużytymi Meteorami. Jego tata nie chciał mu kupować miotły, a klub w swoim magazynie posiadał jedynie ten model.

Odejdę, ale pod pewnymi warunkami - pomyślał Władysław, teleportując się do siedziby klubu.

W tym samym momencie, prezes Rybak odbierał poranną pocztę. Przyleciał między innymi egzemplarz gazety Głos Grodziska. Na stronie trzynastej znajdował się następujący artykuł:

Zamglone marzenia Goblinów!

Nie milkną echa na temat pechowej porażki Goblinów z Grodziska w finale Mistrzostw Europy przeciwko Zjednoczonym z Puddlemore. Według wielu główną przyczyną przegranej 110:360 była gra w noktowizorach przy gęstej mgle.

- To oczywiste, że Anglicy dzięki temu mieli znaczącą przewagę. Używali tej technologii na co dzień, a nasi zawodnicy mieli z nią styczność po raz pierwszy. Jestem zszokowany, że europejska federacja zgodziła się na rozwiązanie wypaczające jakąkolwiek rywalizację. - odparł Józef Wroński, legendarny szukający Goblinów z Grodziska, reprezentant Polski na mundialach w 1926, 1930, 1934 oraz 1938 roku, podczas których rozegrał 11 meczów.

Podobne opinie można było usłyszeć na całym świecie. Niektórzy domagają się nawet powtórzenia meczu. Niestety, prawdopodobieństwo takiego rozstrzygnięcia jest praktycznie zerowe. Pomimo smutnego końca Gobliny z Grodziska odniosły historyczny sukces, który przy odrobinie szczęścia oraz zatrzymaniu w zespole największym gwiazd, ma szansę zostać powtórzony.

Jak tu zatrzymywać gwiazdy, kiedy oferują takie pieniądze? - rzekł w myślach prezes Rybak, odkładając gazetę.

Nagle usłyszał głośny trzask, przed nim stanął Zamojski. Prezes Rybak uśmiechnął się, po czym odrzekł:

- Właśnie o tobie myślałem! Już podjąłeś decyzję?

Władysław odparł:

- Podjąłem, ale musisz zrobić kilka rzeczy

Rybak poczuł zdenerwowanie, nie znosił gdy ktoś mu rozkazywał. Jednak po chwili się opanował i odrzekł:

- Co masz na myśli?

- Odejdę wtedy, kiedy zostaną spełnione dwa warunki. Po pierwsze, młodzi muszą otrzymać nowe miotły. Latanie na Meteorach to przeżytek, powinni dostać Zmiatacze siódemki.

We wszystkich kategoriach wiekowych trenuje niemal sto dzieci. Kupno setki Zmiataczy siódemek, to spory wydatek - pomyślał prezes

- A jaki jest drugi warunek? - odparł prezes, czujący że może on stać się kością niezgody.

Władysław popatrzył prezesowi w oczy, mówiąc:

- Poniesiecie budżet na pensje z siedmiu tysięcy koron tygodniowo do czternastu tysięcy.

- Nie ma mowy! To zniszczyłoby naszą drabinkę płacową! - krzyknął prezes Rybak

- Nie to nie, tylko pamiętaj że sto tysięcy galeonów piechotą nie chodzi. Trochę głupio byłoby je stracić z tak banalnego powodu... - odparł uśmiechnięty Władysław, po czym się teleportował.

Prezes Rybak z całej siły uderzył pięścią w stół. Następnie pomyślał:

Zamojski, na Merlina! On zawsze coś wywinie!

Przez kilka kolejnych godzin Rybak zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić. Z jednej strony, sto tysięcy galeonów było istnym darem niebios. Jednak warunek Zamojskiego, dotyczący podwójnego zwiększenia płac, przyprawiał go o mdłości. Przez całe lata Gobliny słynęły z rozsądnego zarządzania pieniędzmi. Tak nagła zmiana polityki wzbudzała w Rybaku wewnętrzny niepokój. Lecz z drugiej strony quidditch, zwłaszcza w Anglii, zaczyna generować coraz większe pieniądze. Kluby sukcesywnie podnoszą ceny biletów, a zawodnicy otrzymują fortuny z praw do wizerunku.

Jeżeli będziemy trzymać się obecnych płac, za parę lat wszyscy najlepsi mogą chcieć grać za granicą. Raz kozie śmierć. - pomyślał Rybak, teleportując się do domu Zamojskich..

Siedzący na ogrodowej huśtawce Władysław, usłyszał trzask obok siebie. Po chwili zobaczył, odwróconego do niego plecami, Rybaka.

- Kopę lat, prezesie - odparł Władysław

Zaskoczony Rybak lekko się wzdrygnął, odwrócił w kierunku ścigającego i oświadczył:

- Przemyślałem twoją ofertę. Sto Zmiataczy siódemek dla młodzieży oraz podwojenie pensji zawodników pierwszej drużyny, w zamian za twój transfer. Zgadzam się.

W tym momencie Władysław uśmiechnął się, mówiąc:

- Umowa stoi

Następnie prezes Rybak, odparł:

- Wyślę anglikom sowę z potwierdzeniem akceptacji oferty.

3 czerwca 1983 roku godzina 16:00, sala konferencyjna Goblinów z Grodziska.

Zgromadzeni w sali dziennikarze nie mogli wyjść ze zdumienia, kiedy usłyszeli o dzisiejszej, zupełnie niespodziewanej konferencji prasowej. Wszyscy zastanawiali się czego może dotyczyć.

- Myślę, że trener Godlewski odejdzie. Każdy wie jak przeżył tę porażkę - oświadczył Karol Darniewicz z Podglądu Sportowego

- Ja za to typuję porządny transfer. Zwykle po przegranych finałach kluby ogłaszają jakąś bombę, by poprawić kibicom nastroje - rzekł Patryk Kania, pracujący dla Czarodziejskich Wieści

- Tadek, wiesz o co tu biega? Ty zawsze masz najlepsze wtyki - zapytał Tadeusza Klimowskiego, Mateusz Tomczyk z Głosu Grodziska

Łysy, rudobrody czarodziej, będący redakcyjnym kolegą Mateusza, odparł:

- Nie mam zielonego pojęcia.

Do sali wszedł prezes Goblinów Andrzej Rybak. Kilkudziesięciu dziennikarzy uważnie obserwowało wysokiego mężczyznę, ubranego w elegancką czarną szatę. Kiedy usiadł, oświadczył:

- Zaprosiłem dziś państwa, ponieważ chcę poinformować o bezprecedensowym wydarzeniu w historii, zarówno polskiego, jak i światowego Quidditcha. - następnie zrobił dłuższą pauzę.

Dziennikarze siedzieli jak na szpilkach. Ich samonotujące pióra drżały z niepewności.

- Z przyjemnością, ale też pewnym żalem, ogłaszam akceptację oferty Zjednoczonych z Puddlemere za naszego zawodnika, Władysława Zamojskiego, w wysokości stu tysięcy galeonów. - oświadczył Rybak

- Ilu tysięcy?! - ryknęła co najmniej połowa sali.

- To byłoby dwukrotnie więcej niż…- odezwał się zszokowany Tadeusz Klimowski

- Dwukrotnie więcej niż zapłaciły Brzytwodzioby z Tarapoto za Jao Barbossę. - dokończył za niego Rybak

Pokazał dziennikarzom umowę transferową, zawartą pomiędzy Zjednoczonymi a Goblinami Została wysłana przez Anglików za pomocą sowy ekspresowej.

Blask fleszy rozświetlił całe pomieszczenie. Każdy żurnalista za wszelką cenę chciał sfotografować historyczny dokument. Kiedy wszyscy obecni trochę się uspokoili, prezes Rybak, odparł:

- Na więcej pytań odpowie wam nasza dzisiejsza gwiazda, Władysław Zamojski.

Władysław, zszokowany tak gigantycznym zainteresowaniem, ledwo zdołał usiąść przy stole. Przez kilka sekund nerwowo próbował znaleźć wygodną pozycję, po czym oświadczył:

- Strzelajcie

Wystrzelił w górę las rąk. Pani Adrianna Porębska, będąca rzecznikiem prasowym Goblinów, odparła:

- Może niech zacznie pan w żółtym żakiecie.

- Bardzo dziękuję. Co jest główną przyczyną opuszczenia Goblinów przez pana? - spytał się Darniewicz

Władysław miał już przygotowaną odpowiedź na tego typu pytanie, dlatego rzekł bez zająknięcia:

- Ponieważ chcę zostać pierwszym Polakiem, który zagra w Brytyjsko-Irlandzkiej lidze Quidditcha. Wszyscy mówią o niej w superlatywach. Jestem pewien, że będzie to dla mnie niezwykle interesujące wyzwanie.

Następnym pytającym był wysoki blondyn, noszący fikuśne, trójkątne okulary:

- Jak dużą rolę w tym transferze odegrały pieniądze?

Strasznie przewidywalni jesteście - pomyślał Władysław i oświadczył

- Pieniądze są ważne, ale aspekt sportowy jest dla mnie zawsze najistotniejszy.

Kolejną osobą była niska blondynka, jej pytanie brzmiało:

- Co ma pan do przekazania kibicom Goblinów?

Przez krótką chwilę Władysław nie wiedział jak odpowiedzieć. Kłębiły się w nim różne uczucia, których nie potrafił wyrazić. Głęboko westchnął, oświadczając:

- Chcę przekazać, że dzięki nim przeżyłem mnóstwo niezapomnianych chwil. Przez cały czas mnie wspaniale wspierali, nigdy tego nie zapomnę. - w tym momencie zrobił pauzę, uśmiechnął się i rzekł:

Jednak wierzę, że jeszcze tu wrócę. Dlatego nie mówię żegnam, lecz do zobaczenia. -

Zamieszanie na sali wzrosło jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe. Obserwujący reakcję dziennikarzy Rybak, pomyślał:

O chłopie! Ty to wiesz jak zrobić show. Będzie mi ciebie brakować

3 czerwca 1983 roku godzina 19:00, Puddlemere, budynek Zjednoczonych z Puddlemere.

George O'Hara był wściekły. On, kapitan zespołu, który podczas piętnastu lat kariery rozegrał dla Zjednoczonych ponad pięćset spotkań, dowiaduje się o takim ruchu klubu za pomocą stacji radiowych?! Był przeciwny wyrzucaniu pieniędzy w błoto.

Sto tysięcy galeonów za ścigającego?! Z hipogryfa spadli czy jak?!

Zamierzał zatrzymać to szaleństwo. Wbiegł do pokoju zarządu, łypnął groźnym wzrokiem na wszystkich zgromadzonych i ryknął:

- Nie zgadzam się na ten transfer!

Garry Moore odparł:

- Proszę, zrozum nas. Zamojsky jest wyjątkowo utalentowanym…

George nie zamierzał nikogo słuchać. Ta operacja była zaprzeczeniem całej polityki klubu. Zjednoczeni zawsze kupowali młodych zawodników po przystępnych cenach, a potem czynili z nich gwiazdy.

- Co się z wami stało?! Jesteśmy Mistrzami Europy, do jasnej chimery! Nasza dotychczasowa strategia pozwoliła nam zostać najlepszym klubem na kontynencie! A teraz robicie…- brakowało mu słów, by określić co jego zdaniem czynią władze klubu - wielką, niewyobrażalną głupotę - dokończył, choć po głowie chodziły mu znacznie mocniejsze wyrażenia.

Po chwili milczenia, George zapytał:

- Jaką pensję mu zaproponowaliście?

Prezes klubu, Andrew Maddison, rzekł:

- To jest nasza….

- Wasza sprawa?! Wasza?! Gram tu dłużej niż wy wszyscy rządzicie! Daliście mu taką kasę, że nawet wstydzicie się mi przyznać? Niech zgadnę, pięćset galeonów tygodniowo? - krzyknął, po czym spytał, patrząc na każdego z wyrzutem.

O'Hara, będący reprezentantem Anglii, zarabiał 250 galeonów na tydzień.

- Tysiąc galeonów tygodniowo - rzekł Moore

George pomyślał, że się przesłyszał, dlatego oznajmił:

- Możesz powtórzyć?

- Zaproponowaliśmy mu pensję w wysokości tysiąca galeonów na tydzień.- powiedział Moore

Kapitan Zjednoczonych pokręcił głową z niedowierzania, po czym oświadczył:

-Macie dobę na odwołanie tego szaleństwa. Inaczej złożę oficjalną prośbę o transfer. Albo on, albo ja, wasz wybór.

Kiedy O'Hara trzasnął drzwiami, zdenerwowany Moore oświadczył:

- Mówiłem Rybakowi, by nie rozmawiał z prasą o tym transferze!

- Popełniliśmy błąd, nie przewidzieliśmy reakcji naszych zawodników - odparł Maddison

- W takim razie, co zrobimy? - rzekła wiceprezes Grace Stephens.

- George jest legendą naszego klubu. Jeżeli odejdzie, kibice wyrzucą nas na bruk. Musimy odwołać transfer. - odparł Maddison

Zasmucony Gary Moore odparł:

- Teleportuję się do domu Zamojsky.

W tym samym czasie zmęczony, ale niezwykle zadowolony z siebie, Władysław pakował rzeczy do swojego kufra. Zamierzał podpisać umowę ze Zjednoczonymi, a potem zostać w Puddlemere na kilka dni, by poznać miasto.

Nagle, usłyszał pukanie do drzwi:

To pewnie Moore, który chce mnie zabrać do Puddlemere. - pomyślał Władysław, łapiąc za klamkę.

Następnie spojrzał na twarz Moore'a i już wiedział, że stało się coś złego. Anglik wyglądał jakby w ciągu paru dni zestarzał się o pięć lat. Dyrektor sportowy Zjednoczonych wszedł do domu ze schyloną głową, skierował wzrok ku Władysławowi, po czym oświadczył:

- Transfer odwołany. Kapitan naszej drużyny zagroził odejściem z zespołu, jeżeli dokonamy tej transakcji.

Władysław poczuł strugi potu na czole i karku.

Co ja teraz mam zrobić? Właśnie wróciłem z konferencji, podczas której ogłoszono moje przejście do Zjednoczonych! - pomyślał przerażony

Gary Moore, widzący zszokowaną minę zawodnika, odparł:

- Może im powiesz, że w ostatniej chwili zmieniłeś zdanie? To powinno się dobrze sprzedać.

- Tak, może to jest jakieś rozwiązanie - rzekł przygnębiony Władysław

- Muszę jeszcze porozmawiać z Rybakiem. Trzymaj się - odparł Moore do Władysława, po czym się aportował.

- Marto, - zwrócił się do równie zszokowanej żony - zrób mi jakąś mocną herbatę.

4 czerwca, godzina 12:00, sala konferencyjna Goblinów z Grodziska.

Dziennikarze, którzy otrzymali informację na temat konferencji, byli jeszcze bardziej zdumieni niż dzień wcześniej. Temat transferu Zamojskiego do Zjednoczonych był prawdziwą bombą, która elektryzowała cały kraj.

Czyżby Gobliny znalazły już jego zastępcę? - pomyśleli zszokowani dziennikarze.

Tym razem Andrzej Rybak miał na sobie turkusową szatę, lecz co ważniejsze wcale nie wyglądał na zadowolonego. Kiedy się rozsiadł, spojrzał na dziennikarzy, oznajmiając:

- Ogłaszam państwu, że transfer Władysława Zamojskiego do Zjednoczych z Puddlemere został odwołany.

- Jak to odwołany?! O co tutaj biega?! - krzyknęła, podobnie jak dzień wcześniej, połowa sali.

- Wszystkie szczegóły wyjaśni wam sam zainteresowany - odparł Rybak.

Wchodzący do sali Władysław był jeszcze bardziej zdenerwowany niż poprzednio. Co za posrana sytuacja - pomyślał, obserwując rozemocjonowany tłum.

Po chwili usiadł, oznajmiając:

- Wczoraj wieczorem byłem w klubowym muzeum Zjednoczonych z Puddlemere. Obejrzałem ich wszystkie puchary. Kiedy doszedłem do tegorocznego Pucharu Europy, zdałem sobie sprawę z tego, co utraciłem. Pomyślałem wtedy, że bez względu na to ile trofeów tam zdobędę, żadne z nich nie będzie smakowało tak dobrze, jak te zdobywane tutaj. W miejscu, gdzie się urodziłem i wychowałem.