Akcja opowiadania zaczyna się po końcu fabuły Wiedźmina 3, natomiast czy można czytać bez znajomości gier? Oczywiście, moja znajoma tak zrobiła i bardzo jej się podobało. Czy można czytać wyłącznie po obejrzeniu serialu? Ależ owszem, inna moja znajoma osoba jest w trakcie i nie gubi się szczególnie.
Widniejące w tagach narkotyki są jednym z punktów wyjścia fabuły, w tekście będą pojawiały się krótkie opisy lub wspomnienia uzależnienia, natomiast nie dotyczy ono żadnych ze znanych z imienia postaci. Będą również nawiązania do planów Vilgefortza i Aen Elle względem Ciri, nic graficznego, ponownie - to ostrzeżenie na wszelki wypadek. Ach, no i Emhyr jest Emhyrem growym, czyli, stety niestety, da się go lubić.
Mam kilka takich projektów, które postanowiłam co roku odhaczać, jeden po drugim, w trakcie National Novel Writing Month (wiecie, tego zabawnego i/lub niszczącego równowagę psychiczną wyzwania, żeby napisać 50 tysięcy słów w ciągu listopada). Tym razem przyszła kolej na Wiedźmina i na historię, której zamysł jakoś od trzech lat chodził za mną i fukał z irytacją, że czemu ja go jeszcze nie piszę, halo. Proszę natychmiast zacząć. A w zamyśle była queerowa cesarzowa Ciri i jej nadworna czarodziejka Filippa, szczęśliwe i zakochane, przejmujące powoli razem kontrolę nad Imperium.
Początkowo chciałam opublikować pierwszy rozdział w dniu premiery serialu na Netflixie. Nie wyrobiłam się. Potem chciałam zdążyć w styczniu. Nie wyrobiłam się. Więc chociaż femslashowy luty się nade mną ulitował i dodał stosownej motywacji.
Z całego serduszka chciałabym podziękować Sel, które trzymału mnie za rękę praktycznie przez cały proces powstawania tego ficzka. Wiecie, całkiem łatwo jest 30 listopada popatrzeć na te 50k naskrobanych słów i powiedzieć, no tak, jaka to ja jestem zdolna i zajebista. Ale wszystkie dni, jeden po drugim, które do tego prowadzą, to wieczne mierzenie się z pustymi stronami, nagle zanikającą umiejętnością składania zdań i limitami słów do osiągnięcia. Bardzo przydaje się czyjś entuzjazm, no bo ktoś w to opowiadanie musiał uwierzyć. Ja? No skądże.
Dziękuję też Abu, mojej kochanej, za betę i czas dla mnie. Dziękuję Lobo za dzielne przeczytanie całości w stanie surowym. Dziękuję mojej bae za cierpliwe wysłuchiwanie narzekań. I całemu forum NaNowemu za zachęty, wspólne cierpienie i za Amol.
Miłego czytania!
…
A ponieważ przez zmiany mutacyjne przeszedłszy, chutliwi są niepomiernie, co też jasno a dobitnie świadczy o ich czarnomagicznem pochodzeniu, towarzystwo ich dla każdej cnotliwej dziewki niebezpiecznym jest. Wiedźmin taki żadnej w spokoju nie ostawi, nie gardząc wdowami z siwizną na skroniach ni statecznymi małżonkami, gromadką dzieci otoczonemi. A i z czarodziejkami czasem spółkują, wielkiego plugastwa się dopuszczając.
Tedy jasnym i oczywistym być musi, że śród wiedźminów nie ma dziewek, bo żadna takiego traktowania by nie przetrwała. Nie znajdziesz w Kaer Mohren wiedźminek, albowiem monstra takie nie istnieją.
Monstrum, albo wiedźmina opisanie, Anonim
…
Wielu mężnych i krzepkich rycerzy chciało stanąć na placu w boju przeciw wywernie. Czy przybyli tam skuszeni wysoką nagrodą, czy też kierowała nimi pochwały godna chęć czynienia Dobra i stanięcia przeciw Złu? Nie moja to sprawa oceniać. Jednakowoż wszyscy oni bez wyjątku w starciu z potworem przegraną znaleźli miast sławy wieczystej. A wtedy, gdy z rycerzy nie pozostał ani jeden, stojąca na uboczu dziewczyna uśmiechnęła się.
– Teraz moja kolej – rzekła, miecz przepasany na plecach poprawiwszy, i zmierzyć się z monstrum ruszyła.
I dziwowali się dobrzy a prości ludzie niepomiernie, co jedna mizerna dziewuszka wskórać może w starciu z potworem tak przerażającym. Nie wiedzieli bowiem ci dobrzy ludzie, że dziewczyna jest wiedźminką.
Bajki i klechdy, Flourens Delannoy
…
Cirilla Fiona Elen Rianon, cesarzowa Nilfgaardu, królowa Cintry, księżna Brugge i diuszesa na Sodden, dziedziczka Inis Ard Skellig i Inis An Skellig, suzerenka Attre i Abb Yarra, zaliczana w poczet wielkich władców Imperium, które za jej życia weszło w fazę intensywnego rozwoju gospodarczego i rozkwitu artystycznego. Z urodzenia uznawana przez historyków jednoznacznie za należącą do rodu var Emreis (ob.) pomimo licznych plotek jak i spekulacji na temat jej pochodzenia krążących zarówno w trakcie jej życia, jak i po śmierci. Uznana przez cesarza Emhyra var Emreisa (ob.) za swoją jedyną i faktyczną dziedziczkę. Od dzieciństwa szkolona w dworskiej etykiecie i sztuce rządzenia, początkowo pod opieką xintryjskiej królowej Calanthe (ob.), później zaś na dworze cesarskim w Nilfgaardzie. Teoria wysnuta przez niektóre środowiska akademickie, jakoby miała C. należeć do tajnej kasty vedyminów (ob.), przez Nordlingów wiedźminami zwanymi, nie znalazła do tej pory potwierdzenia w żadnych wiarygodnych źródłach historycznych.
Encyclopaedia Maxima Mundi, tom III, Effenberg i Talbot
…
Później mówiono, że nieznajoma nadeszła od południa, od Bramy Mostowej. Szeptano między sobą, a potem powtarzano trochę głośniej, butniej, w zasięgu słuchu strażników miejskich, że szła pieszo, a na plecach barbarzyńskim, północnym niechybnie zwyczajem przepasany miała miecz z dziwnie zdobioną głowicą. Gadano też, że było wczesne marcowe przedpołudnie, pora, o której uliczki Metinny roiły się od przekupek prezentujących zioła i maściółki, aż w powietrzu unosił się zapach świeżo ściętych roślin, oraz od kupców gardłowo zachwalających siodła, juki czy popręgi.
Strażnicy głównie puszczali takie gadanie pomimo uszu. Po wiosennych roztopach opasająca miasto łagodnym półkręgiem rzeka Sylte wezbrała niebezpiecznie, w związku z czym wzbroniono użytkowania najstarszych, zbudowanych przed laty drewnianych mostów, umożliwiających przyjezdnym wjazd do miasta od strony południowej. Brama Mostowa stała zamknięta na trzy spusty cały marzec i dobry kawałek kwietnia. Dopiero pod koniec kwietnia sprowadzeni ze stolicy Nilfgaardu budowniczy skończyli wzmacniać drewniany szkielet paloną cegłą na popularną obecnie cesarską modłę.
Gdyby ktoś zapytał Mairead o to, jak było naprawdę, mogłaby wyjaśnić, skąd wzięła się pomyłka i co ją podyktowało. Natomiast wysokiej, za poważnej na swój wiek (niezależnie od wieku, w jakim by się akurat nie znajdowała) dziewczyny wziętej w termin do apteki miejskiej nie pytał nikt. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu nikt nie uważał najwyraźniej, że miałaby coś ciekawego do zdradzenia w tej materii. Po jakimś czasie doszła do wniosku, że na całe szczęście, bo może powiedziałaby więcej, niż by należało.
Nieznajoma dotarła do Metinny jeszcze przed Birke, ale chociaż zostało trochę czasu do równonocy, rytualnego topienia marzanny i czyszczenia domów, aby przygotować się na nadejście wiosny, dni były już długie i targ rozstawiał się wcześnie rano. Mairead dotarła na rynek niewiele po świtaniu i już mogła wybierać w bogactwach, jakie oferowali handlarze podróżujący traktem na południe, w głąb cesarstwa lub na zachód, do Nazairu. Na północ, do dawnych krain Nordlingów, wciąż jeszcze ogarniętych walkami, mało kto odważał się zapuszczać, a jeszcze mniej decydowało się o tym mówić na głos. Mimo zbudowanej z rozkazu cesarza sieci dróg upstrzonych posterunkami straży i karczmami, wszyscy wiedzieli, że wypadki chodzą po ludziach. Szczególnie jeśli ci ludzie decydują się zmierzać do Cintry, z dala od bezpiecznych dawnych granic cesarstwa i prawdziwej cywilizacji.
Mairead przeszła się po rynku dwukrotnie, zanim zdecydowała się coś kupić. Porównywała ceny i spojrzenia kupców. Już jakiś czas temu nauczyła się oceniać, u którego da radę wytargować niższą kwotę, a który tylko ją podwyższy na złość kupującemu. Ostatecznie zdecydowała się na dwie rolki pergaminu (jej zapasy powoli się kończyły, a mistrzyni Alkanea, ta stara nietoperzyca, wymagała starannego zapisania składu każdej tynktury i każdeńkiego dekoktu), dwie uncje suszonych jabłek, którymi żywiła się wieczorami podczas studiowania farmakopej i rozważała właśnie zakup wystruganej z drewna figurki konika, ssąc końcówkę związanych w warkocz włosów i powoli kalkulując w myślach, ile zostanie jej wtedy florenów do następnego dwumiesiąca.
Mimo że oficjalnie Metinna jako państwo wasalskie biła jeszcze swoją monetę, królewski grosz, to w całej krainie niemal nikt go nie używał, jeśli nie liczyć samego władcy i jego najbliższych zauszników, którzy ze względów formalnych musieli. Robotnicy woleli dostawać swoją dolę w nilfgaardzkim florenie, walucie o kursie stojącym stabilniej od grosza z Metinny i używanej powszechnie w całym Cesarstwie.
Nagle Mairead zorientowała się, że przechodzący obok niej pryszczaty wyrostek wcale nie był, jak się zdawało, zainteresowany rzeźbionymi fujarkami. Zamiast tego najwyraźniej w prostacki, ale niezwykle skuteczny sposób odciął jej sakiewkę od paska. Co za!
Skoczyła za nim, próbując złapać go za kołnierz koszuli, ale nie zdało się to na za wiele – coś musiało go ostrzec i dał susa naprzód, w sam środek tłumu ludzi. Mairead zaklęła szpetnie i na tyle głośno, że jakaś staruszka spojrzała na nią z jawnym szokiem, najwyraźniej nieprzyzwyczajona do słyszenia takich słów z ust młodych niewiast.
Ale Mairead nie zamierzała tracić na nią czasu, już biegła w kierunku chłystka, gotowa złapać go i własnoręcznie wykarbować mu skórę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wychowywała się pośród równin Mag Deira z czworgiem rodzeństwa, z którego nikt nie przejmował się złamanymi nosami, paznokciami ani istnieniem jakichś zasad w bójkach, jeśli chodziło o osiągnięcie celu, a z walk tych wcale często wychodziła górą, więc ufała, że poradzi sobie ze złodziejaszkiem, szczególnie niższym od siebie.
Zanurkowała pod szyldem straganu reklamującego najświeższe ryby, wprost z rzeki Sylte, pachnące, jakby od co najmniej tygodnia leżały w jakimś składzie, zrobiła unik, żeby nie wpaść na obfitego w kształtach jegomościa, który dość impertynencko próbował stargować pieczone jabłko z trzech groszy na dwa i pół, po czym zauważyła odrobinę wolnej przestrzeni pomiędzy zbitymi w tłoku ludźmi i skoczyła w tamtą stronę. Dalej klęła w duchu na siebie, na ten parszywy dzień i na całą rodzinę rzezimieszka tak z trzy pokolenia wstecz, kiedy okazało się, że utknęła w tłumie. I to tym razem na dobre.
– Ludzie! Ludzieeeeee! – rozdarła się z małym przekonaniem, że to coś pomoże. Tłumy na targowisku kochały odrobinę dobrej zabawy, szczególnie kosztem bliźnich, ale naprawdę nie lubiły zachęt do robienia czegokolwiek poza uszczuplaniem swoich mieszków. – Luuuuudzieeeee! Ukradł mi sakiewkę! Złoooodzieeeeej! Łapać złodzieja!
Tłum zawirował, wezbrał falą słusznego gniewu i rozlał się na wszystkie strony. Niektórzy próbowali złapać złodzieja, inni chcieli złapać kogokolwiek, żeby móc go później oskarżyć o kradzież, tak na wszelki wypadek, a kilka przerażonych matek z gromadką dzieci próbowało wycofać się na bezpieczne pozycje. Jednej z nich niemal udało się przy tym stratować wyrostka.
A Mairead utknęła na dobre w morzu ludzi. Była na siebie wściekła.
Rozglądając się wokół i próbując wydostać z obcęgów tłumu, wśród kupujących dojrzała przelotnie cudzoziemsko odzianą obcą, której twarz zasłaniały poły kaptura. Nieznajoma przekrzywiła głowę, jakby podchwyciła jej spojrzenie, więc Mairead wykrzyknęła ponownie, dość rozpaczliwie:
– Złoooodzieeeej! – I, korzystając ze swojego wysokiego wzrostu, machnęła w jego stronę ręką. Z natury należała do tych osób, które nie wierzą w bogów, a szczególnie w te idiotyczne nilfgaardzkie przesądy na temat czczenia słońca, wielkiego czy też nie, ale w chwilach takich jak ta zaczynała się zastanawiać, jak bardzo bogowie wierzą w nią. A konkretnie, czy uwierzyliby w nagłe nawrócenie w wyjątkowo nietypowych okolicznościach. – W zielonym kubraku! – dodała po chwili dość niepewnie. Miała nadzieję, że jej się nie przywidziało.
I wtedy właśnie zauważyła, że w stronę nieznajomej toczy się kramik z wielkimi kręgami sera, który skutecznie odcinał ją nie tylko od złodzieja, ale i całej reszty targowiska. Mairead oklapła nieznacznie. Może rzeczywiście nadszedł czas na przemyślenie kwestii wiary?
Nieznajoma przez krótką chwilę wyglądała, jakby rozglądała się wkoło, ale sterty mimoleta i rebloszona skutecznie niszczyły jej wszelkie możliwości manewru, o powonieniu nie wspominając. Ukryta pod kapturem dziewczyna zakręciła ramionami, jakby szykowała się do skoku, i nagle rozpłynęła się w powietrzu. Mairead zamrugała i rozdziawiła usta w szoku. Czyżby nawdychała się przed wyjściem czegoś z sekretnych aptecznych zapasów?
Ale szok nie potrwał na tyle długo, żeby przegapiła nagłe pojawienie się nieznajomej tuż przy zamkniętych na cztery spusty wrotach Bramy Mostowej. Obca wyciągnęła rękę w kierunku złodziejaszka, który z zaskoczenia niemal na nią wpadł, po czym chwyciła go za coś – chyba za rękę, ale Mairead nie była w stanie tego dostrzec – i gwałtownie odepchnęła go od siebie. Po kilku minutach, kiedy ludzie opici ekscytacją na temat grasującego na rynku złodzieja zdążyli już nieco otrzeźwieć, nieznajoma skończyła się przebijać przez tłumy i dotarła do Mairead.
– Twoja sakiewka – oznajmiła na tyle cicho, że z jej głosu nie udało się nic odgadnąć. Nie podniosła przy tym kaptura ani o centymetr. Podrzuciła woreczek w dłoni, po czym przerzuciła go do Mairead, która złapała go w dłonie i od razu niemal dwukrotnie upuściła na ziemię.
– Dziękuję, pani – wykrztusiła z siebie. Wściekłość nieco jej opadła i czuła głównie bezbrzeżne zdumienie, że udało jej się odzyskać z trudem zaoszczędzone floreny. – Czy mogę… Czy mogę wiedzieć, komu dziękuję?
– Nie ma za co – odparła po chwili nieznajoma. Brzmiała na zmieszaną, jakby nie nawykła do podziękowań. Przestąpiła z nogi na nogę. Mairead znowu uderzyła jej nietutejszość. – Możesz nazywać mnie Jaskółką. – Rozejrzała się wkoło nerwowo i nagle zatrzymała na czymś wzrok. Kiedy Mairead spojrzała w tamtym kierunku, dostrzegła zmierzającego w ich stronę powoli strażnika. – Muszę… – zaczęła Jaskółka i urwała.
Mairead nie pytała, co też musi ani dlaczego. Znała ten rodzaj spojrzeń rzucanych w kierunku straży miejskiej. I wiedziała, że zazwyczaj nie kończą się za dobrze – większość strażników najpierw zamykała w ciemnicy, a potem dopiero zadawała pytania. A kiedy już zaczynali, często udawało im się coś odszukać, nawet gdy po prawdzie nie mieli niczego do znalezienia.
– Chodź ze mną – zadecydowała i wyciągnęła dłoń w kierunku Jaskółki. Ta, ku zdziwieniu Mairead, przyjęła ją niemal bez wahania, jakby nawykła do robienia dużo bardziej szalonych rzeczy.
Przebiegły razem na skos placu targowego, tym razem w magiczny sposób nie utykając nigdzie po drodze, ale niechcący zwalając kilka książek ze stoiska papy Himmerfelda. Papa zresztą zupełnie tego nie zauważył, bo wpatrywał się nieobecnym spojrzeniem w zasnuwające niebo chmury, jakby miał z nich wyczytać losy świata. Minęły dalej biegiem kramiki zasłane podpłomykami, chlebami i bułkami z rodzynkami, które wyznaczały kraniec placu targowego, po czym Mairead pociągnęła je w nagły skręt lewo i szybkie odbicie w prawo. Strażnicy natychmiast zniknęli z ich pola widzenia.
Pokluczyły jeszcze chwilę po krętych uliczkach Metinny, póki nie zabrakło jej tchu, a wtedy zatrzymała się przy domu, z okna którego spoglądał na nie z miernym zainteresowaniem bury kociak, i opadła z westchnieniem na próg. Zerknęła w górę, na Jaskółkę, której w międzyczasie kaptur opadł na plecy, popatrzyła na jej popielate włosy starające się uciec z ciasnego koczka, na rozmazaną wokół powiek kredkę i na zaskoczone spojrzenie, na całkiem w gruncie rzeczy młodo wyglądającą twarz, po czym wybuchła śmiechem. Cały ten dzień, kluczenie po targu, próba dogonienia chłystka i ucieczka przez dzielnicę handlową, wydały jej się tak absurdalne, że nie mogła przestać. Jaskółka po chwili jej zawtórowała, odrzucając z twarzy długą grzywkę. Mairead wyłącznie dzięki olbrzymiemu wysiłkowi udało się nie zamilknąć nagle na widok paskudnej blizny, przecinającej policzek dziewczyny.
Pośmiały się jeszcze chwilę, po czym zapadła pomiędzy nimi cisza.
– Dziękuję jeszcze raz za tamto – powiedziała Mairead. Czuła się, jakby nawiązała się pomiędzy nimi jakaś tajemnicza nić porozumienia i przyjaźni.
– I nawzajem – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się oszczędnie, jednym kącikiem ust. Wyglądała, jakby nie miała za wiele doświadczenia w uśmiechaniu się. – Też przed chwilą uratowałaś mi tyłek. – Mairead skinęła głową, nie skomentowała. Zazwyczaj bezpieczniej było nie komentować takich wyznań. – Jak cię zwą?
– Mairead.
– Ładnie. – Miała melodyjny głos, w którym pobrzmiewał jakiś nietutejszy akcent. Nie nordlingski, a w każdym razie nie do końca. Wyróżniało ją to z tłumu tak samo skutecznie jak nietypowy ubiór.
– Ładnie – odparła Mairead odruchowo i złapała się na tym, że nie chce jej tak zostawiać, w obcym mieście, zdaną na pastwę losu. – Może chcesz się ze mną przejść po mieście? – zaproponowała i natychmiast zamilkła, nieco zaskoczona swoją bezpośredniością. Ale Jaskółka tylko spojrzała na nią i przytaknęła z wdzięcznością.
Mairead przeprowadziła ją przez dzielnicę handlową, tuż pod oknami swojej ulubionej piekarni, gdzie kupiły dwie słodkie bułki glazurowane miodem, po czym wróciły po jeszcze dwie, a potem skręciły w stronę dzielnicy zamieszkałej przez przybyszy z Zerrikanii, pachnącej obcymi przyprawami i dymem wędzarnianym i przyozdobionej na granicy z resztą miasta wysokim łukiem z przepysznie wyglądającym złotym smokiem. Zanurzyły się w uliczki pobrzmiewające obcą, świszczącą mową, przeplataną co jakiś czas pojedynczymi słowami w okolicznym dialekcie, nilfgaardzkim albo wspólnej. Niewielu mieszkańców Metinny odważało się tutaj zapuszczać, a straż wkraczała tylko, jeśli naprawdę musiała, ale Mairead zdecydowała się kiedyś zaryzykować, skuszona zapachami ziół i widokiem odczynników alchemicznych, których wcześniej nie znała. A także wonią pysznego jedzenia rozlewającą się po okolicy jak gęsta mgła.
Pokazała Jaskółce wszystkie swoje ulubione kramy alchemiczne, zaczynając od najdroższego, a kończąc na najtańszym, ale równie godnym polecenia, prowadzonym przez starszą Zerrikankę, która nadal nie rozumiała za wiele ze wspólnego, co nie przeszkadzało jej w błyskaniu zębami w uśmiechu i sprawnym porozumiewaniu się z nimi na migi. Na szyldzie jej kramu przysiadł wypłowiały ptak i pohukiwał cicho, póki nie zauważyła go rozwrzeszczana gromada dzieci, które zaczęły rzucać w niego wszystkim, co udało im się znaleźć w zasięgu wzroku – szyszkami, kamykami, a jeden nawet złapał zbutwiałą deskę. Deska wzbiła się w powietrze, po czym, jakby za sprawą czarów, wytraciła rozpęd i spadła tuż niedoszłego mistrza rzutu oszczepem. Ptaszysko ohuczało dzieciarnię karcąco, popatrzyło wielkimi niewidzącymi oczami i odleciało. Gdyby znajdowały się w jakiejkolwiek innej części miasta, Mairead przysięgłaby, że to była sowa, ale wśród Zerrikańczyków to mogło być naprawdę wszystko. A poza tym wiadomo przecież, że sowy nie latają w środku dnia.
Kiedy Mairead zerknęła na dziewczynę, zauważyła, że ta wpatruje się w ślad za ptakiem uważnie, w skupieniu, ale nie mogła rozszyfrować jej wyrazu twarzy. Jaskółka wyglądała, jakby myślami znajdowała się zupełnie gdzie indziej.
Mairead dała jej lekkiego kuksańca, żeby wyrwać ją z tych myśli. Dziewczyna najpierw fuknęła na nią gniewnie jak rozzłoszczona kotka, po czym przeprosiła rozbrajającym uśmiechem.
– Fháinleog, znaczy się, Jaskółka, może chcesz jeszcze zobaczyć targ? – zaproponowała Mairead.
Dialekt metiński w dużym stopniu różnił się języka oficjalnie obowiązującego w Nilfgaardzie, ale ze względu na pozorną i ostentacyjną autonomię, jaką cieszyła się prowincja, nikt nie próbował nawet tego zmieniać. Wychowana na wrzosowiskach Mairead nie usłyszała nilfgaardzkiego ani wspólnego, póki nie została posłana na nauki.
– Czy nie byłyśmy już przypadkiem na targu? – zapytała dziewczyna, odrzucając z twarzy popielatoszare włosy. Długa grzywka musiała ją irytować i wchodzić w oczy, ale też bardzo dobrze zasłaniała oszpecony policzek.
– Nieee tam. – Mairead machnęła ręką. Jej oczy rozbłysły radośnie. – Chodź, pokażę ci prawdziwy metiński targ.
Pomknęły znowu przez miasto, mijając stadko dzieciaków rozczarowanych zniknięciem ptaka i z przygnębionymi minami szukających nowego obiektu zabawy. O tej porze na ulicach dzielnicy zerrikańskiej nie napotkały zbyt wielu innych przechodniów, ale i tak musiały stwarzać niesamowite wrażenie – były w zasięgu wzroku jedynymi osobami o skórze jaśniejszej niż barwa kory cynamontu, przez co wyróżniały się w dość oczywisty sposób. Zerrikańczycy z natury mieli ciemną karnację, która nie bielała nawet po latach przebywania z dala od ich sprażonej słońcem krainy. Bledsze osoby rzadko zapuszczały się aż tak daleko w ich zaułki, na tyle rzadko, że większość z nich rozpoznawała Mairead i kiwała na nią przyjaźnie dłonią, uśmiechając się szeroko i nierzadko pokazując w uśmiechu spiłowane na smoczą modłę zęby.
– Często tu bywasz? – zagaiła ciekawsko Fháinleog, kiedy Mairead odkiwała kolejnej mijającej je osobie. Jej ton głosu wskazywał na to, że domyśla się odpowiedzi na to pytanie.
Mairead zauważyła, że póki gdzieś biegły, póki były w ruchu, popielatowłosa zdawała się czuć wygodnie jak wyjątkowo tłusty pstrąg w strumieniu. Ale gdy tylko przystawały na chwilę albo zatrzymywały się, żeby zobaczyć coś z bliska, traciła oparcie i nie wiedziała, co ze sobą począć, zupełnie niczym ryba wyrzucona na brzeg. I błyskała dookoła swoimi niesamowicie zielonymi oczyskami, jakby próbowała zrozumieć jakiś niezwykle trudny filozoficzny traktat.
– Zaledwie codziennie – odparła Mairead żartobliwie i wzruszyła ramionami. Po czym pociągnęła Jaskółkę dalej, byle zetrzeć jej z twarzy ten dziwny wyraz, jednocześnie tęskny i zagubiony.
W kilka kroków później wyszły poza granicę Małej Zerrikanii, przechodząc na Przedmurze. Tutejsze domy znajdowały się w dużo gorszym stanie, część miała wybite albo i zabite deskami okna. Jaskółka bezszelestnie z powrotem nasunęła kaptur na twarz, chowając się. I ani sekundę za późno – zaraz minął je patrol strażników, nie zwracając szczególnej uwagi na dwie spacerujące dziewczyny. Spojrzenia mężczyzn prześliznęły się po nich leniwie, bez pośpiechu, ale i bez zainteresowania, po czym podążyły dalej, ku ważniejszym sprawom.
– Dużo tu straży – mruknęła Jaskółka.
– Ano, to może być prawda – odparła Mairead. – Jakieś ważne szychy przyjechały dzisiaj na zamek miłościwie nam panującego, więc miasto wystawiło widać więcej patroli na wszelki wypadek. – Podrapała się po głowie. Nie była szczególnie zainteresowana historiami z kręgów arystokratycznych. Zazwyczaj w co drugiej ktoś umierał od ukradkiem dodanej do wina trucizny, co uważała za nagany godną przewidywalność i powtarzalność.
Po chwili natknęły się na grupkę kilku leżących na ubitej ziemi osób, które wyglądały, jakby nadal dochodziły do siebie po nocnej popijawie. Strażnicy najwidoczniej im odpuścili albo sami bali się podchodzić. Mairead ominęła cierpiących szerokim łukiem, nie zważając na ciche i mające wzbudzać litość pojękiwania. Była kilkukrotnie świadkiem, jak szybko potrafi poruszać się człowiek w takim stanie, jeśli ma odpowiednią motywację. I jak niebezpiecznie blisko ważnych organów potrafi wymachiwać nożem.
– Co się im stało? – zapytała cicho Fháinleog, kiedy odeszły już na tyle daleko, żeby obraz żałości i rozpaczy ich nie usłyszał.
– Pewnie wódka. I fisstech. Być może nawet więcej fisstechu niż wódki – dodała po chwili zastanowienia. Zmęczonych życiem nie otaczała woń gorzelni, nie wołali też o wodę. A narkotyki zaczynały się robić coraz popularniejsze na Przedmurzu, gdyby się nad tym zastanowić.
Jaskółka pokręciła głową z przekonaniem.
– Fisstech tak nie działa. Nie powoduje takiego otumanienia. Nawet na drugi dzień – powiedziała, jak gdyby do siebie. – I zupełnie nie tak pachnie… – Mairead spojrzała na nią z zaciekawieniem, ale nie zapytała. Miała wrażenie, że te słowa nie były wcale skierowane do niej.
Powoli zaczęła dochodzić do wniosku, że woli nie pytać Jaskółki o nic, czym ta sama się nie podzieli. Zresztą i tak wychodziły już na Plac Konny, co zmieniło temat rozmowy skuteczniej niż cokolwiek innego.
Plac Konny różnił się od wielu innych miejskich placów. Od tych wszystkich nazywanych solnymi, chociaż sprzedawało się na nich głównie kwiaty, mydło i powidło, od tych określonych jako świątynne, mimo że w zasięgu kilku ulic nie dało się dostrzec żadnego miejsca kultu i od tych zwanych wielkimi, kiedy zmieściłby się na nich zaledwie wojewoda z zastępcą, a i to pod warunkiem, że zastępca wciągnąłby brzuch. Nie, na Placu Konnym handlowało się wyjątkowo zgodnie z nazwą tym, co prowincja Metinna miała najlepszego do zaoferowania – końmi.
W zasięgu wzroku miały wszystko: konie dla rolników, konie dla handlarzy, konie do obstawy, konie do walki, konie do wyścigów i konie idealne do zaimponowania ludziom wyższym rangą po zupełnie przypadkowym wpadnięciu na nich podczas przejażdżki. Karosze, siwki, bułanki, deresze, gniadosze, a nawet konie nowomodnej maści szampańskiej czy sprowadzane z dalekich stron przepyszne wyglądające palomino lub cremello.
Mairead na koniach się nie znała, wiedziała tyle, że powinny przewieźć jeźdźca z miejsca początku podróży do jej kresu z możliwie jak najmniejszą ilością zrzuceń z siodła po drodze. Na plac przychodziła głównie z ciekawości i żeby od czasu do czasu móc popodziwiać piękno tych zwierząt, a nawet nakarmić jakiegoś jabłkiem, jeśli stajenny zezwolił. Jednak patrząc na to, jak rozjaśniła się twarz Jaskółki, kiedy tylko jej spojrzenie spoczęło na jednym z rączych karoszy, na pewno bezbłędnie wybierając tego wartego niebagatelną cenę, dziewczyna musiała swoje wiedzieć.
Obejście placu zajęło im dużo więcej, niż Mairead podejrzewała. Zdaniem Fháinleog każdy zwinny koń nadawał się do popatrzenia w wilgotne oczy, pogłaskania, a przede wszystkim do poinformowania go, że jest dobrym, zgrabnym konikiem. Nie miały ze sobą żadnych smakołyków, ale Mairead miała pewne przypuszczenie, że gdyby nawet jakieś wzięły, nie utrzymałyby się w ich kieszeniach więcej niż kilka chwil – rozdałyby wszystko wyścigowym kobyłkom, idących szybko jak sam wicher. Pozostałe Jaskółka omijała spojrzeniem, jakby nie były warte jej czasu.
Kiedy nacieszyły już oczy, rozległ się gong, a potem następny i jeszcze jeden. Zapowiadały początek występów wędrownej trupy cyrkowej, która dawała pokazy akrobacji z końmi. Jaskółka ledwo co to usłyszała, a popędziła w stronę prowizorycznie zbitego ogrodzenia dla widzów. Wpatrywała się w twarze akrobatów, jakby czegoś w nich szukała. Po chwili zrezygnowała i wypuściła powietrze z płuc z czymś jakby przeciągłym westchnieniem. Ale nie odstąpiła od swojego miejsca przy arenie, mimo że na występ musiały się sporo naczekać, póki nie zgromadziło się dosyć ludzi po stronie oglądających. I obejrzała cały pokaz, od początku do końca z tym swoim dziwnie odległym o wiele dni wyrazem twarzy.
– O czym myślisz? – zagaiła Mairead jakoś w połowie występu, kiedy artyści się zmieniali. Tę jedną rzecz czuła, że wiedzieć musi.
– O tym, co było. O tym, co będzie. O miejscach takich jak to, które widziałam już kiedyś na szlaku i obok których przeszłam dalej – odparła tamta nieobecnym tonem. Po czym jakby się ocknęła i wybuchła perlistym śmiechem. – Wybacz to głupie gadanie, zamyśliłam się. Znałam kiedyś podobną trupę wędrowną, nawet przez chwilę występowałam razem z nimi. Trochę brakuje mi tamtych czasów. Zastanawiam się, czy… czy decyzja, którą podjęłam, była właściwa. – Jaskółka stopniowo zaczynała mówić coraz ciszej, aż ostatnie słowo, jakie wypowiedziała, stało się na poły szeptem, na poły pytaniem.
Ale pytaniem z pewnością do kogoś innego niż Mairead.
…
Ciri dostała się z powrotem do zamku namiestnika Metinny – tytularnie króla prowincji, Cirillo, przypomniał sucho odzywający się od czasu do czasu w jej głowie głos Emhyra, to bardzo istotne, aby zwracać się do urzędników państwowych zgodnie z ich rzeczywistym mianem, zdziwiłabyś się, jak często zapobiega to incydentom dyplomatycznym – w ten sam sposób, w który się z niego wydostała wczesnym rankiem: improwizując. Przed świtem, gdy na ulicach nie było jeszcze żywego ducha, wykorzystała zwinność i gibkość wbitą w Kaer Morhen w mięśnie przy akompaniamencie potu, łez i siniaków. Przeskoczyła z misternie zdobionego balkonu swojej komnaty na następny, a potem na jeszcze dalszy i, pomagając sobie pędami bluszczu, żeby nieco wyhamować, opuściła się na ziemię. Dalej poszło już łatwo.
W drodze powrotnej skorzystała głównie z nauk wyciągniętych ze słów pani Yennefer. Wmieszała się w tłum kręcącej się przy wrotach służby, a kiedy już wpuszczono ją do środka, odgarnęła włosy z twarzy i czekała, aż ktoś ją rozpozna. Nie czekała długo.
– Ależ co też panienka tu robi, cała ubłocona! – zawołała jedna z kobiet, po czym przy chórze utyskiwań i narzekań czterech innych Ciri została zaprowadzona do łaźni, wyszorowana, wypucowana na wysoki połysk, wysuszona, ubrana i nakarmiona. Cały ten rytuał nie trwał dłużej niż pół godziny.
Kiedy szambelan Emhyra – po nilfgaardzku chambellan – nieoczekiwanie po nią przyszedł, była już odświeżona, pachnąca i tak gotowa na kolejną rozmowę z cesarzem, jak tylko mogła być. Kilka krótkich minut, jakie zajmowało dotarcie do pokoi jaśnie oświeconego władcy Nilfgaardu z jej własnych, spędziła na próbie odgadnięcia, o co Emhyrowi może chodzić tym razem. Bo co do tego, że o coś musi mu chodzić, wątpliwości nie miała żadnych. Emhyrowi zawsze o coś chodziło.
– Chciałeś mnie widzieć, panie – powiedziała dość oficjalnie, kiedy gwardziści z cesarskiej straży przybocznej wpuścili ją do środka. Stanęła na środku pokoju ze sztywno wyprostowanymi plecami i skrzyżowała ręce na piersiach, zaciskając usta w cienką kreskę. Emhyr siedział przy biurku z nieodłącznym piórem w dłoni i w towarzystwie samoodnawiającej się, zdałoby się, sterty dokumentów. Po chwili podniósł na nią wzrok.
Oczekiwała zbesztania za lekkomyślne wymknięcie się z zamku, kilku celnych i ostrych słów na temat jej bezpieczeństwa, poczucia odpowiedzialności i obowiązku wobec poddanych. To właśnie usłyszała, gdy wymknęła się ostatnim razem. Ale nie mogła wiele poradzić na to, że ciągnęło ją do miasta i jego serca tętniącego w rytm targowisk i drobnych kramów, że chciała zobaczyć z bliska wszystko to, czym miała już niedługo zarządzać. I chciała pobyć wolna, anonimowa, jeszcze przez krótką chwilę.
– Widzę, że wróciłaś w jednym kawałku, Cirillo – zauważył Emhyr beznamiętnie. Z jego wypranego z uczuć spojrzenia nie dało się nic wyczytać.
W Ciri z niewiadomych względów natychmiast coś się zagotowało.
– A tak! – odpaliła, stukając obcasem bucika o podłogę. – Dokładnie! Może cię to zaskoczyło, co?!
– Powiedziałbym, że cieszę się z twojego bezpiecznego powrotu – ciągnął Emhyr niewzruszenie, jak gdyby nie usłyszał zupełnie jej wybuchu. – Ale byłby to zaledwie pusty frazes, jako że przez cały czas wiedziałem dokładnie, gdzie jesteś i co robisz. – Z Ciri natychmiast uszło całe pełne słusznego oburzenia powietrze. Niby dobrze wiedziała, jak gęsta jest nilfgaardzka sieć szpiegów, ale jednak ciągle o tym zapominała. – Mam nadzieję, że znalazłaś to, czego poszukiwałaś, czymkolwiek by nie było.
– Tak – mruknęła i zabrzmiało to dziwnie cicho, niezręcznie. Odchrząknęła. – Tak, znalazłam – poprawiła się. – Poznałam Metinnę trochę lepiej.
Emhyr skinął tylko głową, a Ciri znowu poczuła irytację. Jak śmiał tak dobrze ją rozumieć, chociaż przez większość życia wcale nie chciał jej znać? Szybko zdusiła w sobie tę myśl.
– W takim razie przejdźmy do meritum. Chciałem z tobą porozmawiać na temat twojego zbliżającego się debiutu na dworze cesarskim – oznajmił i wskazał jej siedzenie po drugiej stronie biurka. Opadła na nie posłusznie. – Będzie on miał miejsce dokładnie za dwa tygodnie od dziś, dwa dni po naszym planowanym dotarciu do stolicy. Ten czas powinien ci pozwolić na stosowne przygotowanie się.
– Ale, Emhyr, czy ja jestem na to naprawdę gotowa? – zapytała. Miała nadzieję, że w jej głosie nie było słychać przerażenia, tylko wahanie. Nienawidziła się tak przed nim odsłaniać.
W chwilach takich jak ta zastanawiała się, czy rzeczywiście dobrze postąpiła, zgadzając się na przyjęcie po nim tytułu.
– Ależ oczywiście. – Przez chwilę zdawał się wytrącony z równowagi tym pytaniem. Potem jego twarz znów przybrała wyraz kamiennej maski. – Jako władca nie zwykłem wybierać przegranych bitew. A twój debiut jest niczym innym jak kolejną bitwą do zaplanowania i rozegrania. Nie rozpoczynałbym jej teraz, gdybym nie był pewien, że jesteś gotowa. Na całe szczęście dla nas wszystkich nie musisz sama w to wierzyć, żeby poradzić sobie świetnie. – Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, co było jedyną wskazówką, że słowa te należy traktować jako przejaw ciętego humoru, nie krytyki. Ciri uśmiechnęła się słabo w odpowiedzi.
– Skoro tak stawiasz sprawę. – Rozłożyła figlarnie ręce, jakby chciała powiedzieć, że w takim razie musi się z nim zgodzić.
– Nie inaczej – odpowiedział jej już w zupełności poważnie. – Najważniejszą rzeczą, o jakiej musisz pamiętać, nie są ukłony ani tytuły, ani też kroki farandoli. To wszystko zaledwie drobnostki, ważne dla etykiety i rytuału. – Powstrzymał jej protest skinieniem dłoni. – Zdaję sobie sprawę, że coś zupełnie innego słyszałaś ode mnie w ciągu ostatnich miesięcy. – I to nie tylko od Emhyra, także od całych zastępów profesorów, których wykłady miały jej pomóc odnaleźć się na cesarskim dworze. Ciri wzdrygała przede wszystkim konieczność nauki poezji i historii początków Imperium, acz cieszyły ją niezmiernie lekcje szermierki, na których zawsze udało jej się czymś zaskoczyć swojego wykładowcę. – Ale tym, czego musisz trzymać się przede wszystkim, tym, co zagwarantuje ci stabilną pozycję, jest nie dać się nikomu zbić z tropu ani wytrącić z równowagi. Znajomość wszystkich drobnych niuansów gry dworskiej ma ci w tym pomóc, nie ciążyć jak kula u nogi.
– Wszyscy w Nilfgaardzie będą oczekiwali moich potknięć – zgadła. Emhyr przytaknął, wbijając w nią świdrujące spojrzenie bladych oczu. – Będą chcieli popatrzeć, jak barbarzyńska Nordlinżka robi z siebie pośmiewisko na oczach tłumów. Nie dam im tej satysfakcji – rzuciła hardo, a w jej zielonych oczach błysnęła zawziętość.
– To cesarz wyznacza reguły gry na dworze – dodał Emhyr. – W tym kryje się jego wielka siła i władza. Ale i to właśnie jest jego ogromną słabością. Jeśli cesarz coś rozkaże, a tłumy nie podążą za nim posłusznie, bez chwili wahania, jest albo cesarzem o nikłej pozycji, albo zwyczajnym głupcem, który domagał się niemożliwego. Nie wolno ci wpaść w żadną z tych pułapek. – Patrzył na nią przenikliwie, jakby sprawdzał, czy dotarły do niej jego słowa.
– I słońcu można nakazać schować się za nieboskłonem – zacytowała jedną z bajek swojego dzieciństwa. – Byle zrobić to o odpowiedniej porze.
– Dokładnie – skwitował sucho. – Jeśli wiesz, czego lud chce i wiesz, co musi zostać zrobione, aby cesarstwo dobrze prosperowało, wystarczy wybrać części wspólne z tych dwóch i przedstawić je prostym ludziom jako podarunek za wierną służbę. Podążą wtedy za tobą nawet w ogień. Ale żeby wiedzieć te rzeczy, potrzebujesz informacji, raportów, doniesień, meldunków, résumé i rekapitulacji. W trakcie debiutu zostaniesz oficjalnie przedstawiona Vattierowi de Rideaux, wicehrabiemu Eiddon, który zdobywa dla mnie te informacje. Postaraj się nie zniechęcić go do siebie.
– Jest dla ciebie aż tak ważny? – zapytała, przekrzywiając głowę. – Czy to rozsądne, pokładać tak wielkie nadzieje w jednym człowieku?
– Nie dla mnie, a dla ciebie – odparł Emhyr, poprawiając ją. Jeśli jej impertynenckie pytanie go zirytowało, nie dał tego po sobie poznać. Emanował, wyjątkowo jak na siebie, bezbrzeżną cierpliwością. – Nie ufam de Rideaux absolutnie, chociaż zaczął pracować dla mnie jeszcze przed obaleniem uzurpatora i od tamtej pory nie dał mi powodu do zwątpienia w swoją lojalność i oddanie. I ty także nie powinnaś ufać mu bezwarunkowo. Po to istnieją raporty administracyjne, żeby móc sprawdzić kłamstwa w doniesieniach wywiadu. Vattier nie jest też człowiekiem nie do zastąpienia, ponieważ tacy nie istnieją. Ma jednak pod sobą wielu wiernych ludzi, którzy postawieni przed dylematem, wobec kogo są tak naprawdę lojalni, mieliby problem z wyborem strony. Wobec czego należy nie stawiać ich przed tym dylematem. Na wypadek, gdyby mieli wybrać niesłusznie.
Ciri milczała przez chwilę, przetrawiając tę informację.
– Dobrze, tak więc punkt pierwszy balu to nie nadepnąć na odcisk twojemu arcyszpiegowi – powiedziała w końcu. – Zapamiętane. Jeśli nie będzie szukał ze mną bójki, to jej u mnie nie znajdzie. Postaram się nawet go oczarować moimi wątpliwymi północnymi manierami, na wypadek gdyby chciał się dać oczarować. Czy na tej twojej liście jest jeszcze ktoś, na kim powinnam zrobić dobre wrażenie? – zapytała, na poły żartując, na poły mówiąc zupełnie poważnie. Podejrzewała, że taka lista naprawdę istnieje, nawet jeśli nie jest spisana na pergaminie, a tylko w pamięci Emhyra.
– Prawdopodobnie podejdzie do ciebie kobieta, która przedstawi się jako Cyntia. Nie daj się zwieść jej młodej twarzy ani mało wyróżniającemu wyglądowi. Jest jedną ze zdolniejszych adeptek magii, jakie cesarstwo widziało w ciągu kilku ostatnich dekad, a przez koligacje rodzinne cieszy się na dworze pozycją trudną do zachwiania. I, co zupełnie niesamowite, nikomu nie udało się dowieść jej powiązań z Lożą Czarodziejek, z wyłączeniem tych, jakie zostało jej nakazane nawiązać w celu zdobycia informacji.
– Brzmi na bardzo oddaną cesarstwu. Co w niej takiego interesującego? Nie jest zwykle i pospolicie do znudzenia wierna idei Nilfgaardu rozciągającego się od morza do morza?
Emhyr popatrzył na nią karcąco. Wiedział doskonale, co jego córka sądzi o cesarskiej propagandzie, ale lubiła mu to powtarzać.
– To właśnie jest w niej tak niezwykle interesujące – odparł po prostu. Zabębnił palcami o blat biurka. – Cyntia zdaje się być głęboko niezaciekawiona ideą władzy w rękach czarodziejek ani manipulowaniem polityką, co stoi w całkowitej sprzeczności z zainteresowaniami wszystkich innych magiczek. Czyni to z niej bardzo użyteczne narzędzie.
Emhyr zamilkł, wpatrując się w nią spojrzeniem szarych oczu, w którym błyszczała stal. Był to niezawodny znak, że oczekuje, aby kontynuowała.
– Pod warunkiem, że jest w tej swojej niezwykłości szczera – odparła Ciri. Emhyr skinął głową i poczuła się, jakby zdała właśnie jakiś podchwytliwy test. – Gdybyśmy jednak założyli, że nie kryje swoich prawdziwych motywacji, byłaby użyteczna jako wykładowczyni w nowej cesarskiej akademii dla adeptek magii.
– Jest za młoda i zdecydowanie za mało doświadczona na rektorkę. – Emhyr pokręcił głową.
– Ale nie na nauczycielkę – zauważyła Ciri. – W ten sposób Margarita Laux-Antille miałaby pozory działania samodzielnego, bez cesarskiego nadzoru, na czym jej na pewno zależy. A my dostalibyśmy bezpośredni i być może nawet szczery wgląd w sytuację szkoły. Bo że nowa akademia musi powstać, nie ulega chyba wątpliwościom.
Kwestia tego, że należy założyć drugą Aretuzę, nie podlegała zdaniem Ciri dyskusji. W czasie ostatniej wojny i pogromów urządzanych przez Radowida większość osób obdarzonych talentem magicznym zbiegła do Koviru. Sytuacja ta na dłuższą metę działała wyłącznie na niekorzyść Imperium. Ciri miała też wrażenie, że już dość talentu magicznego zostało zaprzepaszczonego, dość wiedzy utraconej.
– Zaiste – zgodził się nieoczekiwanie Emhyr. W jego głosie pobrzmiewała poirytowana niechęć kogoś, kto z radością i śpiewem na ustach pozbyłby się ze swojego państwa wszystkich magów, ale wie, jakie to nieopłacalne. – Czarodziejki skoncentrowane na uczeniu innych być może nie będą miały czasu na wtrącanie się w politykę i knucie spisków. A w każdym razie będą miały tego czasu mniej. – Ciri wydęła usta. Zupełnie nie o to jej chodziło, ale nie zamierzała patrzeć w zęby darowanemu bożątku. Zwycięstwa w czasie rozmów z Emhyrem zdarzały się wyjątkowo rzadko. – Zaproponuj Cyntii taki układ podczas debiutu, gdzieś z dala od ciekawskich uszu. Zobaczymy, co odpowie.
– Czy, jeśli się zgodzi, nie będziemy potrzebować kogoś na stanowisko nadwornej magiczki? – Ta myśl nagle tknęła Ciri. – Skoro Yennefer zrezygnowała z tej funkcji, a my chcemy najwyraźniej odesłać z dworu jej najpewniejsze zastępstwo.
– Najpierw jednak musi wyrazić na to zgodę – przypomniał jej Emhyr z półuśmiechem. – Szybko się uczysz i dobrze zapamiętujesz. Na myśl przychodzi mi z tuzin stosownych, nilfgaardzkich kandydatów na tę funkcję, wśród których żaden nie wyróżnia się jako idealny. Przyjrzymy się im bliżej, kiedy będziemy musieli podjąć tę decyzję, nie wcześniej. – Milczał przez dłuższą chwilę, ważąc słowa. – Mam jeszcze jedną, ostatnią radę na temat twojego debiutu.
Ciri, która już myślała, że zakończyli omawianie tej kwestii, buntowniczo wydęła policzki, ale posłusznie wyprostowała się ponownie na krześle.
– Słucham.
– Zapamiętaj uważnie, kto będzie do ciebie podchodził i w jakiej kolejności. Każda z tych osób będzie czegoś od ciebie chciała, chociaż nie każda przyzna to otwarcie. Niektórzy będą pragnęli ci się przypodobać, inni zaoferują swoje poparcie w zamian za przywileje. Jeszcze inni będą chcieli tylko zaszczytu, jakim jest minuta rozmowy z przyszłą cesarzową. Wysłuchaj ich wszystkich uważnie. I cierpliwie. To wszystko. – Ciri przytaknęła z powagą, wstała, ale nie zrobiła ani jednego kroku w stronę drzwi, choć jej rozmowa z Emhyrem w sposób oczywisty dobiegła już końca. Zamiast tego przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, spoglądając w stronę okien wychodzących na panoramę miasta. Jedna kwestia dręczyła ją od samego początku rozmowy.
– Dlaczego…?
Emhyr var Emreis wpatrywał się w nią chwilę w milczeniu swoim przenikliwym spojrzeniem.
– Zawsze byłaś wolnym duchem, nawet jako dziecko. Już wtedy wykazywałaś niesamowitą upartość charakteru, o co zresztą zawsze obwiniałem twoją babkę. – Ciri drgnęła. Pierwszy raz w jej obecności wspomniał Calanthe. – Jest to coś, czego nie brałem wcześniej pod uwagę. Niemniej tak długo, jak będziesz w stanie w razie konieczności poświęcić tę potrzebę dla dobra cesarstwa, tak długo nie czyni cię ona złą władczynią. – Emhyr wstał zza biurka i przyglądał się przez długie minuty rozciągającemu się przed nimi miastu. – Jakiś czas temu odkryłem, że próba wpasowania nietypowo przyciętego kamienia w miejsce przygotowane dla głazów ociosanych zwyczajnym sposobem nie zmieni w żaden sposób kształtu tego kamienia. Zmarnuje tylko wiele czasu i energii budowniczych, a najpewniej zniszczy i sam kamień. Kamień, który był wcześniej wyjątkowy.
…
Kiedy Ciri wróciła do swoich komnat i ujrzała siedzącą na sypialnym parapecie szarą, nakrapianą w czarne cętki sowę, tę samą, która wcześniej przysłuchiwała się jej rozmowie z Mairead, nawet się nie zdziwiła. Najwidoczniej Emhyrowi udało się wbić jej do głowy coś raz a dobrze. Nie istnieje coś takiego jak zbieg okoliczności.
– Witaj, Filippa – rzuciła, po czym stanęła ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i spojrzała na sowę wyczekująco. Przez głowę przemknęło jej, że jeśli to jednak jest zwykły zbieg okoliczności, to z perspektywy ptaszyska musi wyglądać zgoła idiotycznie.
Sowa zamachała potężnie skrzydłami, wzleciała do góry, po czym zaczęła opadać na podłogę, jednocześnie ulegając przemianie. O drewniane deski uderzyły nie ptasie szpony, a kobiece stopy obleczone w buty z wysokimi cholewkami, szare lotki znikły, ustępując jasnej, gładkiej skórze ramion. Jednak Filippa musiała się przeliczyć w swoich szacunkach – transformacja dobiegła końca, kiedy nadal znajdowała się dość wysoko nad podłogą, więc zamiast opaść na nią miękko i z gracją, rymsnęła mocno, głośno, po czym zaklęła, zatoczyła się i jakimś cudem na ślepo chwyciła się ramy łóżka Ciri. W ten sposób zamiast poobijać się o sosnowe deski, wylądowała na miękkim, wypchanym delikatnym puchem materacu, przykrytym kocem z drobno tkanej wełny.
Ciri stłumiła parsknięcie, ale nie powstrzymała przyjemnego uderzenia ciepła w brzuchu i leniwej myśli, że w tym miejscu czarodziejka wygląda dużo bardziej przystępnie niż na parapecie sklepiku alchemicznego w dzielnicy pachnącej siarką, saletrą i kilkoma innymi równie przeklętymi odczynnikami.
– Z góry podziękuję ci za niemyślenie o mnie w taki sposób na przyszłość – oznajmiła Filippa zrzędliwie z wyrazem twarzy pełnym słusznego oburzenia. Było to niezwykłe osiągnięcie jak na kogoś, kto jednocześnie próbował po omacku usiąść na łożu tak miękkim, że zapadało się pod siadającym.
Ciri zarumieniła się lekko, czego na szczęście nikt nie mógł dostrzec. Cholerne czytanie w myślach.
– Czemu zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę? – zapytała, kiedy Filippa doprowadziła już do porządku materac, poduszki, koc, a także siebie, rozsiadając się, władczo oparta o ramę.
– Chciałam tylko… – Zrobiła pauzę. Dla efektu lub w poszukiwaniu słowa, ciężko było stwierdzić, choć w przypadku czarodziejek efekt liczył się zazwyczaj bardziej. – Zapewnić cię, że nasza jednoczesna obecność w tym mieście jest zupełnie przypadkowa, Wasza Wysokość. Odmówiłaś członkostwa w Loży już dwukrotnie, nie zamierzam ponawiać mojej oferty po raz kolejny. Szanuję twój wybór. Wasza Wysokość – dodała po chwili, jakby niechętnie. Rysy jej twarzy ściągnęły się w trudny do rozszyfrowania wyraz.
Najwyraźniej mówienie tych słów nie przychodziło jej z łatwością. Cóż, Ciri mogła spróbować to zrozumieć, ostatecznie wzgardziła wspaniałomyślną – przynajmniej w przekonaniu czarodziejki – ofertą.
– Czy to jest ten moment, w którym prosisz, żebym wielkodusznie i ze względu na całą sympatię, jaką do mnie żywisz, nie przekazywała informacji o twoim miejscu pobytu Emhyrowi? – zapytała podejrzliwie.
– Skądże znowu! – obruszyła się Filippa. – Gdzież bym śmiała ingerować w tematy twoich rozmów z Jego Cesarską Mością! Chciałam tylko delikatnie… zasugerować, żebyś nie czuła się zaniepokojona moją obecnością w Metinnie. Nie podążam za waszym orszakiem. Nie staram się namówić cię na dołączenie do Loży. Nie szukam zwady. Kilka miesięcy temu rozstawiłam w okolicznych ruinach laboratorium, z dala od ciekawskich. To wszystko. – Jej ostatnie słowa brzmiały niemal pokornie.
Ciri zastanawiała się przez chwilę. Po wszystkim, w czym Filippa maczała palce, jej zapewnienia o niewinności brzmiały równie wiarygodnie co zapewnienia prostytutek o cnocie i skromności.
– Co w takim razie robiłaś dzisiaj w mieście? – zapytała w końcu.
– Jestem w fazie wstępnych testów nowej formuły leczniczej – odparła pospiesznie, niemal gorliwie Filippa. – Potrzebuję do niej ziela d'waraeijht, rośliny, która zazwyczaj nie rośnie w naszym klimacie. Ale niektórym Zerrikankom udało się ją tutaj wyhodować i zmusić do kwitnienia.
– Skąd to nagłe zainteresowanie uzdrawianiem? Jeśli dobrze pamiętam, to zupełnie nie twoja specjalność. – Ciri nadal czuła wobec czarodziejki pewną podejrzliwość. Miała wrażenie, że coś ją omija, że nie ma wszystkich informacji.
Filippa spojrzała na nią z naganą – a raczej spojrzałaby, gdyby miała czym. Jej okaleczone oczodoły nadal zasłaniała barwna szarfa, ale ruch głowy sam w sobie był niezwykle wymowny.
– To niezwykle impertynenckie pytanie z twojej strony. Wasza Wysokość.
Ciri poczuła się słusznie skarcona. Jej pragnienie utarcia nosa Filippie prysło jak bańka mydlana, pozostawiając po sobie tylko zmęczenie całą tą rozmową. Stłumiła westchnienie.
– Czyli, jeśli dobrze rozumiem, prosisz tylko, żebym nie pobiegła do Emhyra z płaczem, że mi się naprzykrzasz? – zapytała głosem wyzutym z energii. – Nie o przywileje, nie o bogactwa czy pozycję, nie o zatajenie twojego pobytu w cesarstwie. Tylko o odrobinę zwyczajnej przyzwoitości.
– Towar dość deficytowy w obecnych czasach – odparła Filippa z nieładnym uśmiechem, kładąc splecione dłonie na kolanach. – Jak i w każdych innych.
– Skąd w ogóle myśl, że nie zrobiłabym tego sama z siebie? Że musisz o to zabiegać? – wyrzuciła z siebie Ciri z pewną urazą. Może i nie pałała do pani Ellihart szczególną miłością, ale nie ślubowała jej też krwawej zemsty.
– Nie zawsze stałyśmy po tych samych stronach – powiedziała Filippa ostrożnie, przygładzając drobnymi, ostrożnymi ruchami spódnicę sukni. – I nie zawsze Loża stawiała twoje dobro ponad wszystkim. – Zazwyczaj wręcz przeciwnie, chciała wtrącić Ciri, ale powstrzymała się z pewnym trudem. – Miałabyś pełne prawo żywić do nas urazę. A Jego Cesarska Wysokość ustanowił bardzo klarowne warunki amnestii dla nas wszystkich. Zaliczając do nich pozwolenie na danie ci decydować o swojej przyszłości.
Do Ciri dotarło nagle, czemu Filippa siedzi u niej w pokoju i uniżenie – a przynajmniej na tyle uniżenie, na ile potrafiła – żebra o odrobinę łaski. Dlaczego prosi o zostawienie jej w spokoju, udając, że nie prosi wcale. Gdyby Cirilla chciała, mogłaby teraz jednym odpowiednio sformułowanym zdaniem na nowo rozpocząć krwawe kaźnie magiczek. Gdyby tylko chciała.
Poczuła, że potrzebuje na chwilę usiąść, że bez tego nie da rady, ale jednocześnie nie mogła opaść na poduszki, obok nadal prześlicznej czarodziejki, której okaleczona twarz ściągnięta była w (teraz Ciri to widziała) wyrazie głębokiego zmartwienia. Po prostu nie mogła.
– Nie zamierzam rozpoczynać moich rządów od oszustwa. Ani tym bardziej od publicznej egzekucji kolejnej czarodziejki. Obiecuję. Nie będę drugim Radowidem – wydusiła z siebie z trudem. Miała wrażenie, że za chwilę nogi odmówią jej posłuszeństwa i ugną się pod nią.
– Dziękuję. Masz za to moją wdzięczność. – Słowa te w ustach Filippy nie powinny brzmieć szczerze, ale jednak tak właśnie zabrzmiały. Czarodziejka odgarnęła włosy z twarzy i zarzuciła warkocze na ramiona gestem tak władczym, że większość księżniczek krwi mogłaby się od niej uczyć. – A teraz, skoro mamy już te nieprzyjemności za sobą, czy mogłabyś pomóc mi wstać? Sama nie znajdę okna.
