120. Rozdział spóźniony, lecz nie całkiem stracony.

Draco zszedł na śniadanie, gdy wszyscy już kręcili się po salonie. Oprócz stałych lokatorów domu, były tam jeszcze 3 dziewczynki, które Draco spotkał wczoraj. Wszystkie razem z Harrym oglądały jakieś bajki w telewizji, jedząc prażoną kukurydzę ze wspólnej miski.

- Dlaczego mnie nie obudziłeś? – spytał Pottera, wchodząc do salonu.

- Byłeś wykończony. I spałeś tak słodko, że nie miałem serca cię budzić. – Uśmiechnął się Harry i wychylił z kanapy, domagając się pocałunku. Draco musnął odruchowo jego wargi i poczuł znajomy dreszcz magii rozchodzącej się po ciele.

- Wujek Sergio też z nami jedzie? – spytała Honorata.

- Wujek Sergio dzisiaj pracuje – odparł Snape, wychylając się z kuchni.

- Ale za pomoc obiecałyśmy mu lody – naburmuszyła się Laura.

- Następnym razem wezwijcie któregoś z nas. Mamy zdecydowanie bliżej.

- Ale Harry mówił, że nie możecie czarować – odszczeknęła dziewczynka.

- Harry powinien wiedzieć, żeby nie rozgłaszać tego faktu na lewo i prawo. – Zmarszczył nos Snape.

- Co byś zjadł? – spytał Lucjusz syna, wyłaniając się zza jego pleców. – Będziemy jeść obiad w mieście, ale nie polecam przejażdżki autem na pusty brzuch. – Malfoy spojrzał na ojca zdziwiony. Mówił do niego, jak gdyby ostatnie kilkanaście lat kłamstw nie miało miejsca. To nie mógł być sposób na załatwienie spraw między nimi, a Draco nie uważał, że wczorajsza rozmowa załatwiła cokolwiek. Kłócenie się jednak przy obcych dzieciach nie wchodziło w grę. Uwagi blondyna nie umknęło też, że wszyscy zebrani mieli na sobie typowe mniej lub bardziej czarodziejskie ubrania. Zarówno ojciec jak i Snape zamienili wczorajsze wygodne jeansy na zwykłe spodnie i ciemne koszule.

- Obawiam się, że nie wziąłem nic wyjściowego – powiedział Draco.

- Nie ma problemu – odparł Harry. – Znajdziemy coś, w kolorze twoich oczu u mnie. A teraz powiedz, jajka na bekonie czy rogaliki z dżemem brzoskwiniowym?

- Rogaliki – stwierdził Draco. Harry wytknął język w stronę Lucjusza.

- Przegrałeś... – zaćwierkał Potter radośnie.

- To, że wiesz co jada rano, nie znaczy, że znasz go lepiej – prychnął Lucjusz.

- A mi się wydawało, że właśnie to znaczy.

Draco przeskakiwał wzrokiem z jednego na drugiego i czuł, że rośnie w nim złość.
- Nie jestem głodny – stwierdził w końcu.

- Nonsens. Siadaj i jedz. – Na stoliku wylądował spodek z gotowymi rogalikami i sok dyniowy. – A wy dwaj, idioci, nie macie nic lepszego do roboty, niż wkurzanie wszystkich od rana? – Spojrzenie czarnych oczu natychmiast osłabiło zapędy pozostałych ślizgonów do jakiejkolwiek dyskusji. Harry okazał się nagle bardzo zajęty dziwną wiewiórką na ekranie, a Lucjusz sprawdzaniem własnej garderoby.

- Musimy wrócić do Hogwartu – szepnął Draco, spoglądając na Severusa. Ten zmierzył go groźnym spojrzeniem.

- Musimy wyjechać przed południem. O tej przeklętej szkole pomyślimy po pełni.

- Nie możemy zniknąć na kolejne dwa tygodnie! – pisnął młody Malfoy.

- Przysięgam, nie wytrzymam, a nie ma jeszcze dziesiątej. – Chwycił się za nasadę nosa Snape. Draco otworzył usta, żeby coś dodać, ale zamknął je i upił łyk soku, widząc chudy palec wskazujący jego talerz i minę opiekuna ślizgonów, świadczącą o tym, że jego zawartość może w każdej chwili wybuchnąć mu w twarz.


Wracali wczesnym wieczorem i Draco był wykończony. Obiad, zakupy, zarówno te czarodziejskie, jak i mugolskie. Wyprawa do kina na premierę The Crow: City of Angels. Draco miał mieszane uczucia. Historia była cokolwiek dziwaczna, gdyby on miał to oceniać. Natomiast sam pobyt w kinie nie przestawał go fascynować. Ruchome obrazy, były trochę jak te w telewizorze, ale całe otoczenie zdawało się nadzwyczajne. Jak sądził, tylko dla niego, bo Potter i dziewczyny całe życie korzystali z tej przyjemności. Miał poczucie, że powinien złościć się na ojca, że przez niego stracił lata doświadczeń. A jednak Lucjusz zdawał się tak samo zafascynowany ruchomymi obrazami jak on.

- Nigdy mnie nie zabierałeś do kina – powiedział, gdy szli z tyłu.

- Sam nigdy w nim nie byłem, aż do tych wakacji – przyznał Malfoy senior i Draco spojrzał na niego zdziwiony.

- Jak to?

- Nie mogłem sobie pozwolić na wspomnienia, które zdradzałyby moje poglądy. Nie robiłem wielu rzeczy.

- Świadomie odebrałeś sobie tyle możliwości?

- Jeśli masz do czynienia z czymś tak potężnym jak Riddle, budujesz wokół grube mury. Ale za nimi nie może być fałszu, bo ktoś taki się bardzo szybko zorientuje.

- Nie wiem czy dam radę to przed nim ukryć.

- Nie wiem czy będziesz musiał. Wystarczy, że Dumbledore zniknie z tego równania, a ty zyskasz zaufanie.

- Jak możesz myśleć, że go zabiję? – Lucjusz uśmiechnął się ciepło w odpowiedzi.

- Smoku, ten cap jest już praktycznie martwy sam z siebie. Wystarczy poczekać, aż sam zdechnie, a resztę opowieści dopisać.

- Mówisz, jakby to było łatwe.

- Nie-zabijanie jest łatwe... – szepnął ojciec pod nosem.

- Ilu... Ilu ich zabiłeś?

- Zbyt wielu. Ofiary maski, którą ubierałem dla Riddle'a i naszej przeklętej krwi... Dlatego od zawsze ci powtarzałem, żebyś nie uruchamiał mocy. Ofiary wojny mogę zrzucić na kogoś innego, rozkaz, okoliczności, samoobronę. Wykreślić je ze swojego sumienia. Ofiary moich pazurów są dużo trudniejsze do odłożenia gdzieś w kącie duszy.

- Jak to jest?

- Nie móc nad sobą panować i mordować jak tylko masz za mało seksu? Obrzydliwie. Upokarzająco. Czasem masz wybór pomiędzy przypadkowym kontaktem, a krwią na rękach. Czasem nie masz wyboru. Po prostu budzisz się w kałuży krwi.

- Snape nie mógł czegoś na to wymyślić? Jak na więź?

- Severus... – Lucjusz przygryzł wargę, zastanawiając się nad doborem słów – pomagał mi, gdy go potrzebowałem.

Draco szedł przez chwilę w milczeniu, spoglądając kątem oka na ojca.
- Czy... jesteś szczęśliwy?

- Byłbym, gdybyście zostali z Harrym we Włoszech. Miałbym poczucie, że mogę cię tu ochronić...

- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo chcę tu zostać, ale wiesz, że musimy wrócić... Doprowadzić to do końca. Jakikolwiek miałby nie być.

- I tego się właśnie obawiam. Nie podoba mi się ten brak planu.

- To może ułóżmy jakiś? Wiesz, Harry i wujek mają wszystko ustalone na wypadek... – Draco zawahał się i wzruszył ramionami – chyba na każdy. Eliksiry, czary, świstokliki... A ja nawet nie wiedziałem o Omelhorn. Było tylko to mgliste wspomnienie. Co ja zrobię jeśli coś ci się stanie za dwa tygodnie? – Lucjusz zatrzymał się jak wryty, patrząc na syna. Już miał otworzyć usta, kiedy Draco dodał – nie mów, że wszystko będzie dobrze, bo nie wiesz tego. Nie potrzebuję przyjemnych kłamstw. Potrzebuję wiedzieć jak rzucić czar na twoje pawie, gdzie są wszystkie ukryte artefakty w domu, jak zabezpieczyć Omelhorn przed Riddlem, kto zajmuje się naszymi finansami… przeglądałem w wakacje księgi, ale to na pewno nie wszystko…

- Nie chciałem cię w to wszystko wplątywać.

- Byłem w to uwikłany odkąd podałem rękę Potterowi mając jedenaście lat. Nie będzie już lepiej.

Lucjusz chciał przeprosić kolejny raz, ale wiedział, że to nie załatwi sprawy. Syn miał rację, potrzebował przekazać mu najważniejsze kwestie na wypadek, gdyby ta pełnia skończyła się fatalnie. Pawie, psy, sowiarnia, bariery na domu, skrzaty, testament, skarbiec i ukryta skrytka pod biblioteką...

- To był miły dzień – powiedział Draco, wyrywając go z zadumy.

- Gdybyś chciał... Możemy go jeszcze nie kończyć. Rzym nocą powita nas z otwartymi ramionami.

Widząc, że Draco się waha, wpatrując się w Pottera, Lucjusz nie dążył tematu. Zaczął mu opowiadać o znanej mu historii zmian na uliczce, którą właśnie szli. Dziewczynki z przodu piszczały coś o deserze i Harry zaczął namawiać Severusa na kolejny przystanek w lokalnym barze. Lucjusz czuł dumę z syna, który bardzo dobrze znosił zaistniałą sytuację. Ani przez chwilę nie wątpił, że Draco jest na niego wciąż wściekły, a jednak był w stanie odłożyć swoje emocje i zająć się ważnymi sprawami. Spojrzał na Severusa i posmutniał. Czy ignorowanie własnych emocji to naprawdę najlepsza umiejętność? W obecnej sytuacji może przydatna… ale do prowadzenia normalnego życia… Malfoy nie był już tego pewny.


Wychodzili obżarci ponad wszelką godność osobistą z Palazzo del Freddo Giovanni Fassi. Draco dyskutował z Marią o użyciu bezoaru i zastępowaniu go bardziej skomplikowanymi substancjami, gdy Lucjusz dostrzegł go kątem oka. Spojrzał natychmiast w kierunku dzieci, chłopcy byli perfekcyjnie rozpoznawalni. Czarna, potargana od wiatru czupryna Harry'ego i jasne, niemal świecące w półmroku włosy jego syna. Był pewny, że jego są równie widoczne, przez niemal unikalny, zwłaszcza w tej szerokości geograficznej, kolor.

- Idźcie do auta – szepnął Potterowi w ucho i skinął tylko głową Severusowi, po czym bez słowa skierował swoje kroki za cieniem rudych włosów, które przykuły jego uwagę. Widząc, że czarodziej skręca w alejkę, poczuł lęk, że mógłby mu uciec, a do tego nie mógł dopuścić. Przyspieszył kroku, a końce dłoni zmienił w pazury.

- Tak myślałem, że to ty... – usłyszał głos z ciemności. Mężczyzna nie wydawał się ani trochę wystraszony czy choćby zszokowany. Stał oparty o ścianę, bawiąc się cygarem. – Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem Draco wychodzącego z lodziarni, pod ramię z najbardziej poszukiwanym przez naszego Pana gówniarzem... A zaraz za nimi ciebie... od miesięcy martwego... – W dłoni czarodzieja była różdżka, którą bawił się od niechcenia i Lucjusz nie mógł się zdecydować czy powinien rozerwać mu gardło czy jedynie zobliwiatować.

- Kultura nakazuje, bym zaproponował ci kawę... Ale obaj wiemy, jak to się skończy, Rabastan – odparł Lucjusz cicho. W ciemnych oczach błysnęło rozbawienie.

- Niestety, mój drogi, mam już umówione spotkanie, obawiam się, że nie zdążymy nic przekąsić. – To powiedziawszy, dotknął różdżką lewego przedramienia. Lucjusz zamarł, niepewny, czy zdąży doskoczyć do Lestrange'a zanim ten wezwie resztę śmierciożerców.

- Avada Kedavra. – Zielone światło precyzyjnie pomknęło zza jego pleców. Łoskot upadającego ciała i cisza. Lucjusz przymknął oczy, nie był pewny czy jest w stanie oddychać. Czuł jak robi mu się zimno, a oddech przyspiesza. Szczupła dłoń na jego ramieniu, sprowadziła go do rzeczywistości.

- Chodźmy stąd – powiedział Severus. Lucjusz spojrzał w czarne oczy i przytaknął. Ciało czarodzieja zniknęło sekundę później na skutek kolejnego czaru. Malfoy spojrzał na swoje drżące dłonie.

- Przepraszam... Ja...

- Nie teraz, Lou, znikajmy stąd. – Ciepła dłoń popchnęła go lekko w stronę świateł ulicy. Snape miał rację, Lestrange mógł zostawić po sobie magiczny ślad, który mógł sprowadzić tu resztę w ciągu kilku minut.

- Tak, wracajmy do dzieci... A potem przemyślimy, jak wytłumaczyć dziadkowi, że muszę iść na emeryturę. Jak to mówią mugole? Chyba wypaliłem się zawodowo.


Lucjusz wszedł do środka wraz z chłopcami, gdy w tym samym czasie Snape odstawił auto i dziewczynki do ich rodzinnego domu. Propozycja oglądania jeszcze czegoś w telewizji odpadła i obaj szesnastolatkowie, zmęczeni, poszli się szykować do snu, co dało Lucjuszowi moment na uspokojenie myśli. Wspomnienie „gościa" w alejce wciąż nawiedzało jego umysł, a łoskot upadającego ciała powracał do jego świadomości. Lucjusz wypił szklankę ognistej, ale niewiele to pomogło. Miał jedynie wrażenie, że jest mu jeszcze gorzej niż było.

Severus wrócił chwilę później i również nie był w nastroju na wieczór przy telewizorze. Skierował swe kroki prosto do sypialni. Malfoy spojrzał na niego niepewny czy mężczyzna nie jest na niego zły za spartaczenie sprawy Lestrange'a. Poczucie winy rozgościło się w nim na dobre i bał się odezwać, by nie pogorszyć sytuacji. Potrzebował jeszcze kilku minut, zanim ruszył na górę za Severusem.

- Szef miał rację, nie jesteśmy gotowi. Nie mam sił czarować. Jakbym miał teraz podnieść kolejny raz różdżkę, zbierałbyś mnie z ziemi – powiedział brunet, gdy tylko Malfoy przekroczył próg pokoju. Nie wyglądał na zadowolonego, ale Lucjusz nie dostrzegał by był zły. Po prostu zmęczony.

- Jeśli cię to pocieszy, ja czuję się kompletnie bezużyteczny. Zapomniałem już jak podejmować decyzje. Zrobiłem się wolny, leniwy i nudny. Jakbym nie był sobą – odparł Lucjusz, nie chcąc wnikać w swój fatalny nastrój.

- Nie jesteś – przyznał Snape. Lucjusz chciał zacząć się kłócić, gdy usłyszał ciąg dalszy. – Lubię cię w tej wersji, ale mimo całego uroku, ten model nie nadaje się już do walki. – Uśmiechnął się smutno brunet. Lucjusz wiedział, że powinni pogadać o martwym Rabastanie, ale nie był pewny czy jest na to gotowy. Severus też nie wyglądał, jakby zamierzał o tym wspominać.

- Chciałbym...

- Ufasz mi? – spytał Snape, przerywając mu. Lucjusz zamrugał zszokowany.

- Co to za pytanie?

- Pamiętasz, opowiadałem ci o zabawkach jakie stosują mugole w czasie ich erotycznych zabaw?

- Pokazywałeś kilka z nich, nie różnią się bardzo od naszych. Poza tymi ich bakteriami – odparł Malfoy, niepewny do czego to zmierza.

- Bateriami – uśmiechnął się Snape łagodnie. – Ale jest jedna rzecz, w której się różnią, i myślę, że przeskoczyli w tej dziedzinie czarodziei.

Lucjusz spojrzał na niego sceptycznie, ale nie chcąc zabrzmieć jak ignorant, milczał w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Sądząc z dziwacznej miny Severusa, podejrzewał, że jakiś ciąg dalszy będzie.

- Chcesz mi powiedzieć, że mają coś lepszego, niż czary czyszczące? – Oczy Malfoya były teraz wielkie z ciekawości.

- Chodzi o ich metody by się nie mnożyć.

- Czytałem. Zamiast eliksiru mają jakieś tabelki.

- Tabletki – poprawił brunet. – Mają też zastrzyki, plastry i inne. Ale mają też coś, co nie działa od środka, a od zewnątrz. Jak bariera. Która nie przepuszcza spermy.

- Czego?

- Nasienia...

- Ach... – przygryzł wargę Malfoy, próbując pojąć o co chodzi kochankowi. – Ale my nie musimy obawiać się o ciążę.

- Ta bariera zatrzyma nie tylko nasienie. Ale wszystkie płyny, nawet krew. – Severus czekał, aż Lucjusz połączy kropki i gdy w końcu to zrobił, Malfoy zarumienił się nieznacznie.

- Czy to znaczy, że będziemy mogli...

- Jeśli ci się spodoba – uśmiechnął się półgębkiem Snape.

- Ale skąd wiesz, że to zadziała?

- Mugole stosują je, żeby chronić się przed chorobami, i założone właściwie, zabezpieczają całkiem porządnie. Są z lateksu, lub gumy, a ta nie przepuszcza niczego.

- Pokaż.
Severus wychylił się do szuflady w nocnej szafce i sięgnął po paczkę kondomów, które przemycił z wyprawy do miasta, po czym wyjął jednego z pudełka. Lucjusz ostrożnie chwycił sreberko w palce i spojrzał nierozumiejącym wzrokiem.

- Musisz go wyjąć. – Severus rozpakował prezerwatywę i wręczył ją Lucjuszowi ponownie. Malfoy odruchowo powąchał gumę i skrzywił się. – Nie martw się, mam też owocowe, nie śmierdzą tak fatalnie. Nakładasz to na swojego penisa... I nie musisz się martwić likantropią.

- A jak cię ugryzę?

- To nie gryź. Już mieliśmy czas, kiedy nie sprawialiśmy sobie bólu. Teraz jest podobnie, tylko wiesz czemu tak się dzieje. Wtedy trzymałem cię w ciemnościach.

- Ale jak zamierzasz założyć takie małe coś na mojego... – zarumienił się Malfoy.
Severus uśmiechnął się, po czym zabrał kondoma z dłoni czarodzieja. Rozwinął go, tłumacząc coś o rozciąganiu materii, a potem sięgnął po różdżkę i rzucił Aquamenti. Guma natychmiast zmieniła się w duży balon wypełniony wodą. Malfoy zamrugał.

- Ale jak?

- Mam ci teraz tłumaczyć fizykę i chemię, czy wolisz poczuć nowe doznania? – spytał Severus zalotnie, uśmiechając się pod nosem.

- Tak – szepnął Malfoy zafascynowany.

- Evanesco – rzucił krótko brunet i obiekt pokazowy zniknął z ich pola widzenia.

- To co mam robić? – spytał blondyn.

- Pocałuj mnie.

- Nie. To znaczy nie... w usta... – Przygryzł wargi blondyn. Severus westchnął zirytowany. Gdyby ślina wilkołaków miała przenosić likantropię, Tonks już dawno wyłaby do księżyca.

- Rozbieraj się – rozkazał w końcu i Malfoy niepewnie zaczął rozpinać górę swojej koszuli. Snape warknął zniecierpliwiony, pozbył się magicznie ubrań swoich i kochanka, po czym pchnął go na poduszki. – Połóż się i zamknij oczy. Zrobię ci masaż odprężający. Obiecuję nie gryźć, nie drapać i nie całować cię. Musisz mi tylko obiecać, że zrobisz to samo, i zaufasz, że poprowadzę nas bezpiecznie przez tą przygodę. – Szare oczy spojrzały na niego poważnie i Malfoy w końcu kiwnął głową na znak zgody. Ułożył się po chwili wygodnie na brzuchu i położył głowę na swoich dłoniach. Snape pochylił się nad nim i splątał jego włosy gdzieś na karku, by nie wchodziły w drogę. – Pragnę cię odkąd się obudziłem – szepnął Severus i przylewitował pachnący specyfik do masażu. Rozprowadził go po swoich dłoniach, po czym powędrował nimi po plecach kochanka. Lucjusz nieznacznie podskoczył. Severus miał ochotę warknąć. Malfoy był kłębkiem nerwów. – Zamknij oczy, jestem tutaj i nic ci nie grozi. Dotyk na twojej skórze, to tylko palce, które chcą ci sprawić przyjemność.

Kiedy szczupłe dłonie dotknęły jego karku, Lucjusz poczuł dreszcz i było to przyjemne uczucie. Zamknął oczy i wsłuchał się w ledwo dosłyszalny oddech kochanka nad sobą. Palce rozgrzane jakimś specyfikiem błądziły po jego skórze i Lucjusz zaczynał powoli odczuwać rodzące się podniecenie.

Dotyk koił go. Zdał sobie sprawę, że za tym właśnie tęsknił. Za dłońmi na ciele, dostarczającymi pieszczot. Czułych i uważnych na każdy jego ruch, czy głębszy oddech. Dłoni, które masowały teraz jego uda i pośladki. Bezwiednie uniósł je w górę i mruknął, gdy zwinny palec musnął jego zwieracz. Severus jednak nie wykorzystał milczącego zaproszenia. Obrócił go na plecy i zaczął masować, tym samym, pachnącym czekoladą specyfikiem, jego klatkę piersiową i ramiona. Lucjusz chciał więcej. Chciał pocałować kochanka, przyciągnąć go do siebie i zerżnąć do nieprzytomności.

- Sev... Ja... – Snape uciszył go, kładąc mu palec na wargach.

- Cierpliwości – szepnął brunet i musnął wargami jego ucho. Lucjuszem wstrząsnął dreszcz, gdy poczuł jednocześnie usta na uchu i rozgrzane czekoladowym olejkiem dłonie na swoim penisie.

- Teraz założę nam kondomy – powiedział brunet i rozpakował gumkę z fioletowego sreberka. Pierwszą zamontował na siebie, jakby chciał pokazać jak to działa. Lucjusz patrzył zafascynowany na cały proces. Po wszystkim Snape chwycił jego dłoń, i pocałował palce, a potem pozwolił się dotknąć. Te dziwne gumowe ubranie na penisa było niemal miłe w dotyku. W niczym nie przypominało skóry, a jednak już nie przerażało. Lucjusz miał ochotę posmakować i powąchać to coś. I wtedy Severus zabrał się za niego, wyjmując kolejnego kondoma. – Teraz twoja kolej – mruknął i palce jego dłoni pomknęły znów w górę i dół jego członka. Lucjusz pchnął biodrami, zaciskając w tym czasie swoją dłoń na przyrodzeniu kochanka, bawił się nim ostrożnie, by nie zrzucić tego dziwacznego gumowego odzienia. Obserwował cały proceder z ciekawością, gdy Severus "ubierał" jego.

- Co dalej? – spytał niepewnie.

- Dalej już wszystko jak zwykle. – Czarne oczy spoglądały na niego pożądliwie. Severus ukląkł między jego nogami, by wziąć go w usta. Lucjusz czuł się dziwnie. Niby było przyjemnie, widok bruneta w tej pozycji podniecał go, a jednak wrażenia zdawały się przytłumione, słabsze niż zwykle, jakby stał za szybą i na to jedynie patrzył. Sfrustrowany pociągnął bruneta w górę, mrucząc, że chce więcej. Sev, siedząc na nim okrakiem, pochylił się by go pocałować, ale Lucjusz uciekł od ust, wtulając głowę w ramię kochanka. Musnął wargami jego grdykę i Snape poruszył biodrami zapraszająco.

- Jesteś pewny, że to zadziała? – spytał Malfoy. Brunet tylko kiwnął głową, potwierdzając i opuścił się powoli, przytrzymując to dziwaczne gumowe ubranie u nasady jego członka. Lucjusz poczuł ścisk w trzewiach. Podniecenie pomieszane z lękiem. Chciał uciec, powiedzieć, że to nie zadziała, że ubranko spadnie, ale wtedy Severus poruszył się i impuls przyjemności na chwilę wyłączył myślenie. Jego biodra unosiły się i opadały rytmicznie. Lucjusz błądził dłońmi po ciele kochanka, by po chwili zająć się jego przyrodzeniem. Starał się utrzymać rytm, dopasować ruchy swoich dłoni do bioder bruneta. Patrzył z zachwytem na podnieconą twarz i zapragnął dać mu siebie.

- Zmiana – szepnął i wysunął się spod Severusa. Obrócił się znów na brzuch i spojrzał na niego przez ramię. – No dalej – zachęcił, poruszając powoli tyłkiem. Snape warknął, po czym pocałował jego kark. Nie czekał na kolejne gesty, wślizgnął się w niego powoli i sapnął coś pod nosem. A potem zaczął swoją podróż w kierunku orgazmu. Lucjusz czuł każdy ruch, każde pchnięcie bioder gdzieś w swoim mózgu. Miał wrażenie, że jest wbijany w materac, że sam za chwilę eksploduje. Ale spełnienie nie nadchodziło. Wszystko było jakieś nie takie, pachnące inaczej. Chciał całować Severusa, nie wgryzać się z frustracji w poduszkę. Chciał go czuć bardziej. Było mu niedobrze, ten seks wydawał się jakiś pozbawiony... Nie wiedział czego. Ścisnął pośladki, chciał zatrzymać ten maraton. Ale wtedy Sev jęknął i Lucjusz wiedział, że teraz już się nie zatrzyma. Kolejny ruch bioder i Lucjusz miał wrażenie, że powinien poczuć, znajome, przyjemne ciepło eksplodujące w jego ciele. Nic takiego się jednak nie pojawiło. Severus uwalił się na nim całym ciężarem, pocałował jego ramię i szepnął coś w sobie tylko znanym języku. Po czym wyszedł z niego prawie natychmiast i tłumaczył, że zdejmuje teraz „gumkę". Lucjusz chciał krzyczeć. Czuł się brudny i śmierdzący. Schował twarz głębiej w poduszkę, próbując powstrzymać łzy.

- Hej, kocie... – Dłoń na jego plecach... Ciepła, czuła i Lucjusz puścił emocje. – Co się dzieje? – Severus leżał obok, odgarniał włosy z jego twarzy i błądził dłońmi po jego ramieniu. – Obróć się, ściągniemy to z ciebie. – Lucjusz pokręcił jedynie głową. Nie chciał teraz patrzeć mu w oczy. – Boli cię coś? Zrobiłem coś nie tak? – spytał z troską. Lucjusz znów potrząsnął głową i Severus po prostu go przytulił.

- Zdejmij ze mnie to świństwo – szepnął w końcu, wciąż wklejony w niego i Snape sięgnął do jego penisa, by zdjąć lateksowe narzędzie tortur. Lucjusz spojrzał w czarne oczy wciąż wewnętrznie rozbity.

- Nie podobało mi się to doświadczenie... Bardzo.

- To widzę – szepnął z troską Mistrz Eliksirów. – Czy to przez dzisiejszą przygodę z Lestrange'm? – Lucjusz potrząsnął głową, zaprzeczając.

- Nic nie czułem, jakbym... Nie wiem. Jakbym to nie był ja. Ani ty. Ktoś obcy. Jakbym był zamknięty w jakiejś kuli przypominajce. Poza tym, lubię twój smak. Twój zapach. To coś... zupełnie wszystko zabija – powiedział z odrazą.

- Abstynencja zatem. Nie będziemy więcej tego próbować.

- Nie będziemy – szepnął Lucjusz i zaplątał czarne włosy w swoje palce. – Chcę cię pocałować. Chcę cię pocałować tak bardzo, że mi niedobrze, że chcę krzyczeć, że... –Lucjusz zaczął szybko oddychać, a z jego oczu znów płynęły łzy. Severus pocałował jego policzki i musnął nosem ucho, tuląc go do siebie.

- Chodź do łazienki. Zmyjemy zapach lateksu. – Szare oczy spojrzały niepewnie. Ale Snape wstał i narzucił na siebie swój czarny szlafrok, po czym podał Lucjuszowi, jego własny. – Chodź.

- Ale chłopcy...

- Chłopcy nie obudzą się do rana, po dzisiejszej wycieczce na zakupy. A tobie przyda się kąpiel w gorącej pianie. Mi zresztą też. Musimy zmyć z siebie nieudany eksperyment i nieplanowane morderstwo. – Lucjusz przełknął ślinę, wciąż rozbity, ale nie miał sił odmówić, gdy te czarne oczy patrzyły na niego z czułością.


Spędzili we dwóch cały poranek. Draco usiłował zapamiętać wszystkie czary, uroki i zaklęcia, które będą mu potrzebne, by przejąć rodzinny majątek w razie śmierci Lucjusza. Lucjusz zapewnił go, że wszystkie skrzaty będą mu posłuszne, a wystrój domu nie zmieni się nagle w jakieś średniowieczne lochy Brutusa Malfoya.
- Czy jest coś jeszcze co mogę zrobić? – spytał po wszystkim Lucjusz.

- Mógłbyś nie umierać? – spytał Draco w odpowiedzi. Lucjusz uniósł zdziwioną brew.

- Wydawało mi się, że nie chcesz mnie widzieć.

- To nie tak. Po prostu chcę się jeszcze na ciebie powściekać. Jeśli umrzesz, nie będę miał okazji ci wybaczyć. A raczej... ty nie będziesz miał możliwości tego doczekać.

- Myślisz, że jest na to szansa?

Draco wzruszył ramionami i milczał przez chwilę.

- To dość skomplikowana sytuacja. Kłamstwa... Mroczny Znak... – Draco podrapał się odruchowo po przedramieniu. – Riddle... Snape... To, że ktoś inny pociąga za sznurki, nawet jeśli jest mniej okrutny niż Vold... Nawet jeśli związał cię wieczystą przysięgą... To wszystko niewiele zmienia... Traktowałeś mnie bardzo źle ostatnio...

- Wiem, że stwierdzenie, że mi bardzo przykro, nie naprawi przeszłości. Nie mogę nawet powiedzieć, że zrobiłbym coś inaczej. Bo ostatecznie moje działania pomogły osłabić Toma.

- A ten, który teraz wydaje ci rozkazy? Poznam go? Czemu nie chce mnie spotkać?

- Niestety na te pytania musiałby odpowiedzieć on. Nie znam większości jego planów.

- Jesteś chociaż pewny, że jest lepszy niż Czarny Pan?

- Nie ciska w nas Crucio, gdy wstanie lewą nogą, i chroni na swój dziwaczny sposób, tworząc ochronne czary i artefakty.

- A świat? Jaki świat chce zbudować po wojnie?

- Podobno lepszy...

- Lepszy dla kogo?

- Dla was. Byście każdego dnia mogli iść tam gdzie chcecie, nie obawiając się o życie.

- To bardzo enigmatyczny plan.

- To jedyny jaki mogę zdradzić, nie narażając się na karę. – Lucjusz wskazał swoje nadgarstki. Draco skinął głową, rozumiejąc magiczne więzy.

- To trudne. Jestem wciąż zły, ale lęk... Że... – Chłopak zacisnął usta. – Lęk sprawia, że chcę ci wybaczyć. A to nie powinno tak być. Nie powinno być tak łatwo.

- Wierz mi, wcale nie jest mi łatwo.

- To chyba dobrze. Gdybyś był po prostu szczęśliwy, czułbym się bardziej zdradzony.

- Chcesz walczyć? Pojedynek magiczny albo animagiczny? Czy to ci pomoże wyładować złość?

- Walczyć chciałem, gdy utknąłem w kominku państwa De Salve. Wszystko potem skutecznie odebrało mi resztę ognia. Teraz chcę żebyś przeżył tę pełnię. Żebym mógł być jeszcze przez chwilę zły.

- Dziękuję – szepnął Lucjusz po chwili. Draco spojrzał na niego zdziwiony. – Za nadzieję, którą mi dajesz. To dla mnie bardzo cenny prezent. Wiara, że pewnego dnia zobaczysz coś więcej niż zdradę... – Malfoy spoglądał na swoje dłonie, po czym dodał cicho –…Sprawia, że chcę być lepszy.

Draco przygryzł wargę, powstrzymując łzy. Kolejny raz chciał spytać "kim jesteś i co zrobiłeś z moim ojcem?". Patrzył w te szare oczy i nie poznawał łagodnych rysów twarzy. A jednak czterolatek w nim pamiętał bajki czytane na dobranoc, podróże w saniach przez śniegi Szwajcarii na jego kolanach, pamiętał głaskanie po głowie gdy był chory, i śmiech, gdy biegali po ogrodzie.

- Chodź, zrobię nam kakao – powiedział chłopak i dotknął lekko ramienia Lucjusza, wstając z fotela w bibliotece. Lucjusz miał ochotę wtulić się w tę rękę, ale powstrzymał gest. Wiedział gdzie Severus trzyma ciastka i to musiało w tym momencie wystarczyć jako akt okazywania ciepłych uczuć... Bo tym było kakao w języku Draco, prawda?


Bellatrix przybyła wcześniej, by przygotować stół do spotkania Wewnętrznego Kręgu. Nie miała pojęcia czemu nie odbywały się one w posiadłości Pana, albo u niej. Tutaj nie było wszak już nikogo kto należał do ich grona. Narcyza nigdy nie zamierzała nosić tatuażu, a Draco gdzieś zniknął. I choć Bella łudziła się jeszcze, że może ma to coś wspólnego z wykonywaniem rozkazów Toma, to zaczynała nabierać przekonania, że rodzina siostry jednak nie jest tak wierna, jakby tego oczekiwała... Lucjusz w końcu też uciekł, gdy był najbardziej potrzebny.
Draco był uroczym, młodym czarodziejem i choć nigdy nie prezentował zachowań niegodnych czystokrwistego, Bellatrix nie urodziła się wczoraj, by wierzyć, że brak dowodów w tej kwestii potwierdza niewinność. W dodatku Rabastan mówił, że Pan podał mu kierunek, z którego wyczuwa młodego Malfoya, i że wysyła go by sprawdził, czy to nie kolejna ślepa uliczka, jak wtedy gdy Dumbledore ukrywał Pottera. Szwagier jednak od trzech dni nie dał znaku życia i Bellatrix domyślała się, że to był powód zwołania Kręgu.

Weszła do salonu i ujrzała wszystko przygotowane: stół nakryty do kolacji, a na barku ulubione napitki wszystkich zaproszonych, plus Ognista na wieczór. Pstryknęła palcami, przywołując skrzata. Mała kreatura zjawiła się natychmiast.

- Co Wkrętek może zrobić dla Pani? – spytało stworzenie.

- Powiedz mi gdzie jest Pan.

- Pan zabronił mówić.

- Pana tu nie ma, by cię obronić. – Brunetka skierowała różdżkę w skrzata.

- Ale zdaje się, że ja jestem – stanęła w progu Narcyza. Bella skrzywiła się, wciąż żywiła urazę za poprzednią zniewagę. Przystrojenie salonu na spotkanie niczego nie naprawiało. Skrzat skwapliwie skorzystał z okazji i zniknął.

- Gdzie ten gówniarz?

- Twój ukochany siostrzeniec, którego obiecałaś chronić?

- Coś ostatnio nikt nie wypełnia swoich obietnic. Nie martwi cię to? Gdzie był ten krzywonosy bydlak, gdy twój syn uciekał z zamku?

- Bellatrix, dawno już powinnam przestać ignorować fakt, że przekraczasz granice dobrego wychowania. Nie zapominaj, proszę, czego nauczono nas w domu.

- W domu nauczono nas kłamać i wykonywać absurdalne polecenia – odpyskowała natychmiast brunetka.

- Co najwyraźniej nie idzie w parze z miłością do tych zrodzonych z tej samej krwi. Wydawało mi się, że mój syn jest dla ciebie ważny. Ale widzę, że to tylko kolejna karta, którą lubisz zagrywać, gdy sytuacja staje się niewygodna.

Bellatrix prychnęła w odpowiedzi i nalała sobie wina do kieliszka. Upiła kilka łyków, by spojrzeć ze zdziwieniem na siostrę.

- To nie smakuje jak moje wino. Zamieniłaś karafki? – zmarszczyła nos.

- Być może. – Uśmiechnęła się blondynka. Bellatrix zbladła.

- Wszystkie? – Narcyza wzruszyła ramionami w odpowiedzi. Bella wyjęła różdżkę. – Coś ty zrobiła, Cissy?

- Przygotowałam wszystko czego wam trzeba. Po swojemu. I nie, nie próbuj zlikwidować zawartości. Chyba, że przyniosłaś ze sobą właściwe trunki, na podmianę. Skrzaty przypilnują by wszystko było jak należy.

- To cię będzie kosztowało...

- Twój pobyt tu, już kosztował mnie małżeństwo – warknęła pani Malfoy. Bellatrix zmierzyła ją groźnym spojrzeniem, miała już otworzyć usta, by się odszczeknąć, gdy drzwi salonu otworzyły się i stanął w nich Tom Riddle. Miał na sobie czarny garnitur, lub jego iluzję. Trudno było stwierdzić na pewno. Czarne włosy, ułożone starannie, podkreślały błękit oczu. Twarz była blada, ale znów przystojna, jak niegdyś. Zaraz za nim w pomieszczeniu zjawił się wąż. Wyglądał na nażartego, co ucieszyło Narcyzę, gdyż to rokowało, że dziś krew nie ubabrze podłogi.

- Panie... – skinęła głową Narcyza, uśmiechając się przyjaźnie. Riddle uśmiechnął się w odwecie i podszedł się przywitać.

- Cieszę się, że zastałem was obie, zanim zjawi się reszta. Obawiam się, że nie mam dobrych wieści... – powiedział poważnie. Narcyza natychmiast zbladła.

- Czy mój syn...

- Twój syn... Nie. Draco zdaje się wagarować. Ale czyż każdy z nas nie uciekał na dzień lub dwa? – Uroczy uśmiech był nieszczery i pani Malfoy była pewna, że obecny stan rzeczy nie podobał się Voldemortowi. Nadal jednak chciał ich pieniędzy i sądząc z jego dzisiejszej postawy, potrzebował ich sporo. – Obawiam się jednak, że Rabastan... znalazł twojego syna.
Oczy Narcyzy zrobiły się wielkie jak spodki.

- To chyba dobra wiadomość?

- Rabastan nie żyje – powiedział lodowatym szeptem Riddle.

- I uważasz... Panie... że Draco miał z tym coś wspólnego? – Zamrugała blondynka. Jej podejrzenie o tym, że syn dołączył do ojca zaczęło transformować w pewność. Lucjusz nie dość, że zabrał jej syna, to jeszcze przypieczętował tę zdradę krwią.

- Nie bądź, śmieszna. Twój syn nie zabiłby dobrze wyszkolonego wojownika! Trenowałam go w wakacje i nie mógłby się mierzyć w walce z nami... Jest miękki – wtrąciła Lestrange. Riddle spojrzał na nią karcącym spojrzeniem. Bellatrix zacisnęła usta i spojrzała na siostrę, a potem na karafkę podejrzliwie.

- To musi być nieporozumienie. Draco nie podniosłoby różdżki na własnego wuja – zaprzeczyła natychmiast blondynka.

- Twój mąż zapewne będzie chciał go znaleźć. – Riddle zwrócił się do Belli. – Ale teraz potrzebuję go tutaj. Dlatego ta informacja nie dotrze, na razie, do Rudolphusa. I to ty masz się upewnić, że nie poleci jego tropem.

- Tak. – Przytaknęła czarownica.

- Czy wiadomo gdzie...

- Och, nawet nie próbuj! Myślisz, że się nie domyślamy, że chcesz znaleźć Draco? –wypaliła Bellatrix zanim zdążyła pomyśleć.

- Czy ty nie chciałabyś zobaczyć syna? – spytała blondynka.

- Gdyby tylko nie zginął kilka dni po... – Bellatrix urwała. – Ty podstępna, piekielna żmijo! – syknęła przez zaciśnięte zęby wpatrując się w karafkę.

- Słucham? – Udała oburzenie Narcyza.

- Zrobiłaś to specjalnie! Myślisz, że nie wiem! – Tym razem to Riddle spojrzał zmieszany na obie siostry. Narcyza nadal zachowywała pokerową twarz.

- Drogie panie, nie będę nawet próbował udawać, że wiem, o co wam poszło, ale wolałbym, żeby spotkanie przebiegło bez zakłóceń, ponieważ prace w Ministerstwie dobiegają końca. Sugeruję więc, by rozwiązać ten spór w innym terminie.

- To nie spór, tylko...

- Bella, wystarczy – uciął Voldemort i brunetka natychmiast zamilkła, patrząc z wściekłością na siostrę.

- Wina? – spytała blondynka.

- Nie! – próbowała protestować brunetka.

- Poproszę – powiedział Tom uprzejmie, patrząc z dezaprobatą na kochankę.

- Pozwoliłam sobie sprowadzić kilka nowych butelek, prosto z Grecji. Wydaje mi się, że urozmaicą nieco wasz wieczór. Podała karafkę Voldemortowi, a ten zaciągnął się zapachem i uśmiechnął pod nosem, po czym skinął z aprobatą głową.

- Panie, to nie jest dobry pomysł. Nie pij tego wina.

- Jeszcze słowo i pomyślę, że nie było dobrym pomysłem zapraszać cię tu dzisiaj – odparł Tom.

- Porozmawiamy sobie później, nie dam z siebie robić wariatki! – tupnęła nogą Bellatrix, patrząc wrogo na siostrę.

- Na to już trochę za późno – odparła lodowatym tonem Narcyza. – Nie kończy Ci się ta nienawiść? Skąd ją bierzesz do kolejnych Crucio? Czy nie powinnaś spożytkować jej na coś bardziej konstruktywnego niż bezsensowne oskarżenia mojej osoby?

Bellatrix wiedziała doskonale, że należy milczeć. Wiedziała skąd czerpie swoją nienawiść. Miała ochotę wykrzyczeć siostrze w twarz, że gdy ona tuliła do snu swojego dziedzica, dementorzy rzucali jej w twarz wspomnienia z dnia aresztowania, z czasu gdy straciła wszystko co zdawało się ważne. Czy Tom dbał choć trochę o ich syna? Niebieskie oczy Czarnego Pana spoglądały na nią nieuważnie, jakby nic nie znaczyła, mimo że zasiadała przy stole u jego boku. Nawet dziś, irytacja w jego głosie pojawiła się jedynie na chwilę, by zniknąć, zastąpiona konwersacją o polach Attyki.
Ledwo słyszalny huk aportacji i chwilę potem na teren posiadłości wkroczył Carrow. Zaraz za nim zjawił się Goyle. A po nich Rudolphus. Mąż był czujny, podminowany i Bellatrix wiedziała, że jedynie Ognista Whisky pomoże w tym momencie na jego nerwy. Jednak wściekły i pijany Lestrange, któremu ktoś wlałby do alkoholu Veritaserum był niebezpieczny, nie tylko dla siebie, ale i dla całej rodziny. Bellatrix musiała to zatrzymać.

- Wkrętek – wezwała skrzata, odchodząc kilka kroków od przywódcy. – Podaj herbatę rumiankową mojemu mężowi. – Skrzat przytaknął i zniknął. A ona podeszła przywitać się z gośćmi.

- Uważaj na trunki – szepnęła w Rudolphusowi w ucho, gdy tylko znaleźli się wystarczająco daleko od reszty gości. Ten odruchowo musnął ustami jej policzek i skinął ledwo zauważalnie głową. Crabbe i Pettigrew zjawili się kilka sekund później. Nie minęło pięć minut, gdy cały Wewnętrzny Krąg, z wyjątkiem Snape'a oczywiście, siedział przy stole.

- A Severus, Panie? – wypaliła Bellatrix, nim zdążyła ugryźć się w język.

- Severus, jak wiesz, pilnuje spraw na zamku.

- Pilnuje? Doprawdy?

- Bell, kochanie, chodź, wypijesz coś ciepłego – rzucił arystokrata i wyprowadził ją z pomieszczenia, prosto do jadalni, w nadziei, że zdąży zanim Voldemort ciśnie w nią Crucio. – Co tu się na Merlina dzieje?

- Miałeś rację, twój brat nie żyje, a Narcyza nalała wszędzie Veritaserum! To spotkanie to będzie jakaś przeklęta farsa, która zakończy się czyimś zgonem. I Merlina biorę na świadka – jeśli odezwie się do mnie choć słowem… nie zawaham się zabić tej suki – warknęła wściekle Bellatrix.

- Po co Cissy miałaby zrobić coś takiego? – spytał ją mąż sceptycznie.

- Ty się mnie nie pytaj. Zniknięcie Draco kompletnie odebrało jej zdrowy rozsądek. I teraz próbuje wbić mi w plecy sztylet, jakbym to ja wywiozła go z zamku. Potrzebuję natychmiast antidotum!

- Potrzebujesz milczeć przez godzinę lub dwie! – odparł mężczyzna z błyskiem w oku i wiedźma usłyszała ciche – Silencio – zanim utraciła zdolność wypowiadania się. Prychnęła oburzona. Jakby ten mały fortel miał ją zatrzymać… Zielone oczy Rudoplhusa wpatrywały się w nią jednak z niepokojem.

- Jesteś pewna, że nie powinnaś udać się do domu? – spytał. Potrząsnęła głową w odpowiedzi i dziarskim krokiem powędrowała do salonu, w którym za chwilę zacznie się spotkanie. Jeśli Narcyza zamierzała wywołać katastrofę, napuszczając na siebie śmierciożerców, to ona sobie posiedzi i na to popatrzy. A potem posprząta trupy.


- Boję się, Sev – szepnął Lucjusz wieczorem, leżąc plecami do niego.

- O chłopców? To zrozumiałe. – Snape dotknął delikatnie pleców kochanka, ale ten leżał wciąż do niego tyłem. – Chciałbym powiedzieć, że uda mi się ich ochronić… ale dałem się powalić durnemu wilkołakowi i nie wiem…

- Boję się powiedzieć prawdę…

- Którą? – spytał brunet.

- Bo… chciałbym móc powiedzieć, że nic od ciebie nie chcę, że nie oczekuję, i że to wszystko jest bezinteresowne… ale skłamałbym wtedy, a wiem, jak bardzo nienawidzisz kłamstw. I wydaje mi się, że jestem w jakiejś pułapce, w której jedynym rozwiązaniem jest milczeć, ale milczenie sprawia mi ból. I nie wiem czy potrafię dłużej… – Malfoy przełknął ślinę i Severus czekał cierpliwie na kolejne słowa. – To dla mnie bardzo ważne, żebyś był żywy i cały, i… poczytalny. I chcę, bardzo chcę, żeby to, cokolwiek to jest, trwało. I bardzo chciałbym inaczej, oficjalniej. I wciąż oczekuję, że jednak mogę ci ufać, że mnie nie wyrzucisz stąd, i że mimo tego co się stało na misji, że musiałem się przespać z tym sukubem…

- Przecież nawet tego nie pamiętasz! – Severus był zdziwiony, że Lucjusz znów do tego wracał. Przecież wszystko już wyjaśnili.

- Cicho… Może i nie pamiętam, ale pamiętam, że nie chciałem. Nie chciałem zrobić ci krzywdy, ani zdradzić twojego zaufania. I wiem, że nie chcę doczekać chwili, w której ty… Nie chcę widzieć cię z nikim innym… myślę, że nie zapanowałbym wtedy nad sobą… I nie chcę, żebyś myślał o mnie źle, ja nie jestem wcale idiotą.

Severus nie wytrzymał i obrócił blondyna twarzą do siebie i spojrzał w szare oczy.

- Czy Harry znów próbował coś udowodnić? Zagrać ci na nosie? – spytał Snape, mrużąc oczy.

- Nie, Severusie. To ja. Nie mam odwagi powiedzieć ci prawdy…

Snape uniósł jedną brew, w oczekiwaniu na dalszy ciąg, ale Lucjusz milczał uparcie. Szare oczy spoglądały to w lewe, to w prawe oko kochanka, po chwili jednak Malfoy przymknął na moment powieki.

- Wygląda na to, że ukrywasz coś istotnego. Coś, co według ciebie może zmienić to co jest między nami. – Gdy po tych słowach, Lucjusz nadal zaciskał usta, a jego oczy były pełne lęku, Snape dodał – Byłeś w mojej głowie, w moich najczarniejszych wspomnieniach. Ale i w tych dobrych, bezpiecznych. Widziałeś to, czego nie widział nikt inny, może z wyjątkiem twojego dziadka legilimenty. Byłeś pierwszym, który mnie pocałował, i pierwszym, który dobrał mi się do spodni… ufam ci od trzynastego roku życia, wybrałem ciebie na swój pierwszy… raz. Byłeś przy mnie, gdy inni mnie zdradzali… a teraz czekam, aż wyjaśni się sprawa naszej ewentualnej przemiany. Nie dlatego, żeby uciec następnego dnia, ale żeby cię złapać, jak ty będziesz chciał uciekać. – W oczach arystokraty na moment zalśniło srebro, by zgasnąć po kolejnych słowach Mistrza Eliksirów. – Więc jeśli nie zamierzasz wyznać, że to ty zabiłeś Lily tamtej nocy, to wydaje mi się, że nie masz się czego obawiać.

- Jesteś głupi – prychnął Malfoy, urażony. Po czym wyskoczył z łóżka jak oparzony i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

- Lou… Do diabła, Lou!

Snape westchnął, chowając twarz w poduszkę. Wiedział, że ma niewyparzona gębę… ale, że zgłupieje przy Potterze kompletnie i będzie paplał co mu ślina na język przyniesie, tego się nie spodziewał. „Imbecyl" wymruczał sam do siebie, po czym zszedł na dół poszukać, tego blondwłosego idioty.

Znalazł go w bibliotece ze szklanką Ognistej w dłoni.

- Lou, chodź do łóżka. – Zimne spojrzenie szarych oczu zmroziło go. I wiedział, już że zranił Lucjusza dość poważnie. – Do diabła, jeśli nie chcesz mnie już oglądać, jutro wrócę z chłopcami do szkoły. Chociaż wolałbym, żebyś zasnął przy mnie, a nie na jakimś transformowanym fotelu przy kominku. – Malfoy nadal milczał i Severus, podszedł bliżej, zabierając mu trunek z dłoni, odstawił go na biurko. – No chodź. Obiecuję się już nie odzywać. I następnym razem poczekać cierpliwie… na cokolwiek… jeśli jeszcze będziesz chciał o tym powiedzieć.

Severus wystawił dłoń w zapraszającym geście. Malfoy przez chwilę wpatrywał się w niego, jakby coś kalkulował i Severus miał pewność, że gdzieś pod tą blondwłosą czupryną czai się mglisty plan zemsty. W końcu jednak mężczyzna fuknął naburmuszony i z ociąganiem podał mu swoją rękę.