Zoro położył słabe ciało na miękkim łóżku, którego pościel za prośbą Choppera została przebrana na czystą przez dziewczyny. Cała ta krew i sperma przeraziła nawet Robin, która razem z Nami próbowała uspokoić się przy ziołowej herbacie w kącie gabinetu. Chciały być przy Sanjim i słyszeć każdą informację na jego temat. Szermierz natomiast z pomocą Choppera próbował odczepić od siebie palce kucharza, który ściskał kogokolwiek, kto był blisko jak przerażone kociątko.

-Jest strasznie zdezorientowany. –wyjaśnił Chopper. –Spójrzcie tu. –podniósł wreszcie wolną, posiniaczoną rękę w swoją i wskazał na zgięcie łokcia. Zoro syknął ze współczuciem. –Ktoś mu coś wstrzyknął. –ręka była trochę spuchnięta i cała sina, tuż wokół śladu wkłucia. –Nie wiem czy to to wciąż działa czy może fakt, że dostał w głowę.

-Albo obie te rzeczy. –powiedziała Robin, jak zawsze niezbyt pomocnie, na co Nami zaskomlała. -Oby nie, Robin, oby nie.

Chopper na szczęście tego nie słyszał, zajęty obmacywaniem biednej blond czupryny. Poczuł guza z rozcięciem, który prawdopodobnie był winowajcą krwawienia i jeszcze nie potwierdzonego wstrząśnienia mózgu. Fakt, że Sanji wysiedział tyle czasu w wodzie miało jeden pozytywny skutek: nie musieli go myć i był gotowy do badań, za które doktor od razu się zabrał. Otworzył powieki u obu oczu po kolei, świecąc w nie znów latarką.

-Chopper, a to co? –Nami wskazała na pusty słoik, otoczony kilkoma tabletkami, który Robin podniosła dodatkową ręką i rzuciła Usoppowi. Ten podał go reniferowi, który zamarł na sam jego widok.

-O nie! –krzyknął przerażony. –To tabletki, które dałem Sanjiemu. Są strasznie silne! Ile leży ich na ziemi? Boże, co jeśli mu je podali?

-To te nasenne?

-Przeciwbólowe. Po prostu bardzo nużą i pomogłyby w zaśnięciu.

Robin policzyła rozrzucone tabletki szybko.

-Na ziemi jest sześć. Ile było na początku?

-Dziesięć. –powiedział Chopper, ściskając do piersi słoiczek. –Jeśli podali mu cztery, to niedobrze, ale na szczęście nie jest to śmiertelna dawka.

-Co mogłoby się stać gdyby połknął wszystkie? –spytał Usopp.

-Zasnąłby i nigdy się nie obudził. –wszyscy spojrzeli na Robin osłupiali, choć tym razem niestety nie insynuowała. Chopper pokiwał głową, potwierdzając jej słowa. –Bezbolesna śmierć. –dodała, próbując ich jeszcze jakoś pocieszyć. I nawet jej się udało. Albowiem patrząc na jego reakcje, wieczny sen byłby dla niego wręcz zbawieniem w tym piekle, które musiał przejść.

-Ale nic się nie stało. –zapewnił wszystkich Chopper. –Prawdopodobnie tylko przysypiał, albo stracił przytomność. Mam nadzieję, że w którymś momencie zwymiotował i je zwrócił, chociażby od jakiegoś ciosu. Jakkolwiek okrutnie to zabrzmi.

-Po tych śladach na brzuchu jestem niemal pewna, że tak było panie doktorze. –powiedziała Robin, wyobrażając sobie te wszystkie kopniaki, którymi musiał oberwać ich biedny kucharz. Podeszła do niego i pogłaskała po głowie, nie przejmując się, że od razu ścisnął jej nadgarstek.

-Robin-chan? –spytał ledwo słyszalnie. Jednak ona usłyszała bardzo wyraźnie i nachyliła się, żeby ucałować jego spocone czoło.

-Już dobrze, panie kucharzu. –wyszeptała, co wywołało u niego osłupienie i kolejną falę płaczu. Zdecydowanie mniej silną niż wcześniej, ale nie mniej rozczulającą. Zoro już niemal instynktownie złapał za blond głowę, głaszcząc ją lekko. Usopp nalał wody do szklanki i podał ją kucharzowi, któremu Robin pomogła podnieść się do siadu. –Wypij spokojnie. –powiedziała kojącym, niemal matczynym tonem. Nie potrafiła sobie wyobrazić jak wycieńczony musiał być, jeśli tak beztrosko pokazywał swoje słabości i zwykłą, ludzką stronę. Bez krawatu, żelu na włosach i swojego papierosa wyglądał w tym szlafroku jak dziecko. Dziecko, którym jeszcze tak naprawdę był, bo 19 lat to wcale nie tak dużo. Ścisnęła szczękę, czując złość. Nie chcąc przestraszyć go swoją miną, której nie potrafiła aktualnie opanować, z westchnięciem odwróciła się od niego i przerzuciła uwagę na Frankiego. Biegał z mopem po gabinecie i próbował domyć krew z desek. Dobrze, że nie wszyscy dawali się zwariować. Luffy pilnował z Brookiem zbójów na pokładzie, co dało się spokojnie usłyszeć. Melodia skrzypiec i kłótnia kapitana z Tokerem niosły się po całym statku. Dopiero po kilku minutach długa, gumowa ręka rozciągnęła się i zarzuciła kapelusz na zagłówku łóżka.

-Strasznie wieje! –zdążyli tylko usłyszeć, nim głos zagłuszył dźwięk ręki wracającej szybko na miejsce i plasku gumy o gumę. –No? To kim jesteś?!

-Znasz już moje imię, jełopie.

-Serio?

Brook głośno zajohohał, rozbawiony roztropnością swojego kapitana. Oglądał z adoracją jak jego rozciągliwe palce drapią się po czubku głowy w zastanowieniu.

-Należysz do jakiejś załogi, tak? –spytał wreszcie, siadając po turecku i przerzucając palce na swoje kolana. –Kim tam byłeś?

-Byłem?

-No raczej. Ciężko pełnić jakieś obowiązki w załodze, która nie istnieje.

Tokerowi skoczyła żyłka na skroni, jednak powstrzymał się przed werbalnym okazaniem złości. Po prostu prychnął pod nosem.

-Jestem lekarzem pokładowym. I nigdzie się nie wybieram ani nie znikam, a moja załoga ma się dobrze.

-Jeszcze.

Brook zadrżał od chłodu emanującego z tonu Luffiego. Pomimo fasady głupka, w środku był najmądrzejszym człowiekiem jakiego znali. Nigdy nie mylił się co do niczego, a na pewno nie do nikogo. Potrafił przejrzeć innych na wylot. Stąd tak wspaniale dobrana załoga. Szkielet z kontentym westchnięciem przyjrzał się opisywanemu. Był on wściekły i wręcz kipiał ze złości, co zdradzały głównie pulsujące żyłki na zażarcie zaciskających się pięściach. Widok Sanjiego porządnie nim wstrząsnął.

-Już rozumiem skąd ta idealna dawka. –szkielet przerwał napiętą ciszę, odkładając miecz do pochwy. –Wiedziałeś co robisz.

-Jasne, że tak. Nie chciałem od razu go zabić. Tylko... ułatwić.

-Sukinsyn.

Nami westchnęła, przecierając rękawem oczy już któryś raz odkąd usiadła. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Może głównie dlatego, że jakiekolwiek złe scenariusze wypierał jej z głowy obraz silnego i zawsze pewnego siebie kucharza, który radził sobie z praktycznie każdą sytuacją. Jednak powinna była zastanowić się już przy tym „praktycznie", bo nikt nie jest idealny ani nieśmiertelny. Sanji był silny, ale nie niezniszczalny. Zostawiła go samego, rannego i przeziębionego na nieznanej im wyspie. Co jej strzeliło do głowy? Zakryła dłonią wilgotne oczy, obiecując sobie cicho, że nauczy się panować nad złością. Wdał się w bójkę z głupiego powodu, ale czy z jej strony to nie był nawet głupszy powód do zastosowania takiej kary?

-Nami. –spojrzała na Robin, która nie uśmiechała się, ale nie wydawała się też niezadowolona. Po prostu spokojnie wróciła na miejsce. –Nie obwiniaj się.

Kiwnęła głową, choć wcale nie pokrywało się to z jej prawdziwymi uczuciami. Będzie się obwiniać, prawdopodobnie do końca swojego życia. Nieważne ile razy ten głupi romantyk jej wybaczy czy okaże swoje czułości.

Zaraz.

A co jeśli... już nigdy tego nie zrobi? W końcu znalazły tu tyle krwi. Co jeśli...?

-Nami. Wiesz, że każdy z nas tak samo jak ty posiada język i mógł zaprotestować? –tym razem Robin się uśmiechała. Bardzo delikatnie, ale szczerze jak nigdy. Rudowłosa pociągnęła nosem, nie dając żadnej odpowiedzi.

-Sanji? –Chopper badał siną klatkę piersiową, jeżdżąc po niej zimnym stetoskopem. Cały się trząsł ze stresu, ale pewności siebie dodawał mu fakt, że przynajmniej jego ręce pozostawały stabilne.

-Sanji, jesteś z nami? –Luffy, który znudził się wartą i aktualnie trzymał kucharza za drżącą rękę, zawisł mu nad samą twarzą i z uśmiechem starał się utrzymać jakoś wśród przytomnych. Drugą dłonią odgarniał mokre włosy i je głaskał. –Saaaanji!

-Nie drzyj mu się do ucha, Luffy. –Zoro odsunął gumową buzię od tej zwykłej, strasznie bladej, choć rumianej od gorączki. Chopper wyjął wreszcie termometr, zarzucając sprzęt z powrotem na szyję.

-Cholera, 39,7°C. Usopp, przyniesiesz miskę z zimną wodą? -Jasne.

Sanji ciągle mamrotał i cicho pytał czy ktoś z nim jest, przerażony wizją samotności. Na szczęście Luffy ciągle szeptał mu do ucha i głaskał, upewniając, że nie jest sam.

-A Brook?

-Pilnuje tych złoli. –wyjaśnił, patrząc przyjacielowi prosto w zamglone oczy, jakby rozmawiali w zwykły, biały dzień.

-Nie chce herbaty?

Luffy powstrzymał się od klepnięcia go w ramię ze śmiechu i zamiast tego uderzył swoje kolano.

-Teraz martw się o siebie, Sanji. –powiedział, wycierając mokre oczy. Kucharz zamrugał parę razy, po czym westchnął głośno i czysto, co zwróciło uwagę Choppera.

-Sanji, możesz już normalnie oddychać? –spytał, nie mogąc ukryć ekscytacji. Jednak blondyn nie zdążył nawet dobrze otworzyć ust, nim przerwał mu napad kaszlu. –Ach, chyba jednak się pospieszyłem. Okej, bez nerwów. Wykaszl co musisz.

Zoro pomógł mu się podnieść i wygodnie wypluć resztki wody, tak, aby się na zakrztusił. Luffy głaskał go po ramieniu czule.

-Proszę, woda.

-Ach, dzięki Usopp.

Chłopak, z cichym plum, postawił miskę na etażerce przy łóżku i ruszył w poszukiwaniu jakiejś szmatki.

-W ostatniej szufladzie. –pomógł mu doktor, nie odwracając wzroku od pacjenta. Po gabinecie wciąż rozlegały się jęki i bolesny kaszel, co nie polepszało napiętej atmosfery. Tak naprawdę tylko nucenie Brooka i chlapanie mopa ożywiały tę scenę. Nawet Luffy zamilkł, prawdopodobnie wyczerpany z możliwych pocieszeń.

-Proszę. –Usopp przerwał ciszę, podając wreszcie ścierkę. Chopper przyjął ją z cichym „dzięki" i szybko zamoczył w wodzie. Robin obserwowała wszystko zza filiżanki, chcąc się nią jakoś uspokoić i może trochę ocieplić. Poranek był w końcu chłodny.

-Może przynieść więcej koców? –zaproponowała, widząc niepokojąco silne drżenie u blondyna. W końcu było mu zimno nawet na popołudniowym słońcu, a co dopiero teraz. Zwłaszcza po tym wszystkim.

-Pomogę ci. –Nami szybko odstawiła herbatę na spodek i wstała, nie potrafiąc ukryć nerwów. Chciała stąd wyjść, choć na chwilę. Robin uśmiechnęła się lekko i ruszyła za nią do drzwi. Po drodze pomachały Brookowi, który spokojnie polerował swój miecz.

-Powinienem zagrać jakąś kojącą melodię? –zapytał cicho, na co Robin zatrzymała się i zastanowiła.

-Najlepiej coś, co lubi pan kucharz. –zaproponowała. –Niech poczuje się bezpiecznie.

-Oczywiście.

I faktem było, że stare, dobre „Bink's Sake" spowodowało, iż gabinet ucichł i nabrał spokojniejszej atmosfery. Franky odłożył wreszcie mopa i podszedł do Usoppa, kładąc mu chłodną rękę na ramieniu. Razem oglądali jak Chopper odsłania zniszczoną koszulę i wszystkie rany tuż pod nią, a Luffy i Zoro ledwo powstrzymują gniew. Oboje zaciskali tylko zęby, żeby nie spłoszyć Sanjiego bardziej. To, że jego oddech na jakiś czas się uspokoił, nie oznaczało, że cokolwiek było znów dobrze czy chociażby wróciło do normy. Sanji zaskomlał cicho, zmieszany ciekawskimi oczami dookoła. Jego brzuch był jednym, wielkim siniakiem. Chopper syknął ze współczuciem i sięgnął po nożyczki, żeby rozciąć materiał.

-Nie ruszaj się, Sanji. –powiedział najspokojniej jak umiał. Blondyn zamknął oczy, zmęczony. –Ale nie zasypiaj, okej? Spróbuj z nami jeszcze posiedzieć. –Renifer czuł się źle. Cierpienie niemal wymalowane było na twarzy jego pacjenta, a on nie mógł mu nawet ulżyć. Leki przeciwbólowe nie wchodziły w grę, niestety. –Sanji, zimno ci? –chłopak kiwnął lekko głową, wyraźnie nie dając rady utrzymywać otwartych powiek.

-Dziewczyny już niosą koce, zaraz będzie ci cieplutko i SUPER milutko, brachu.

Luffy zaśmiał się wesoło do cyborga i pogłaskał kucharza po głowie delikatnie, na co ten niemal automatycznie wtulił się w jego dłoń.

-Spać... -wymamrotał wyczerpany.

-Chopper, dajmy mu spać. –kapitan nie mógł już znieść cierpienia na bladej twarzy pełnej siniaków i zaschniętych łez. Zamoczył palce w wodzie przyniesionej przez Usoppa i wytarł nimi opuchnięte policzki.

-Nie, Luffy. –doktor odsunął chłopaka pewną ręką i z poważną miną pokręcił głową. –Muszę obserwować jego reakcje i mieć pewność, że działanie leków minęło. Co jeśli zaśnie i się nie obudzi?

-Nie może być!

-No właśnie.

Brunet, choć z nadętym policzkiem, zamilkł i poddał się. W pełni ufał, że mały renifer najlepiej wie co robi. Kopytka zamieniły się w duże palce, które z profesjonalną precyzją dotykały i sprawdzały co trzeba. Tu puls, tu mięśnie brzucha, a tam stan kości. Doktor mamrotał do siebie, zapisując wszystkie diagnozy w jednej liście.

-Mamy koce. –zawołała Nami, wychylając głowę zza sterty pościeli. Robin była tuż za nią, ze świeżymi ubraniami.

-Sądzę, że nasz drogi kucharz nie życzyłby sobie spać nago, zwłaszcza wśród takiej widowni. – powiedziała z wszechwiedzącym uśmiechem, jak zawsze. Aczkolwiek mogła sobie na to pozwolić, będąc tak mądrą kobietą, jaką była.

-Prawda. Ubiorę go jak tylko skończę badania. –zapewnił Chopper, zadowolony z opieki starszej przyjaciółki. Czasem była jak mama i jeśli miał być szczery, to nie raz zastanawiał się czy to wina wieku, czy może zwykłego instynktu macierzyńskiego. W końcu pomimo bycia niesamowitą archeolożką, była również po prostu kobietą. Ciekawiło go, czy kiedykolwiek myślała o dzieciach. Bał się jednak zapytać, bo...

-Chopper. –cienki głos przerwał jego potok myśli. Szybko odwrócił się w stronę aktualnego pacjenta, który zdecydowanie bardziej potrzebował jego uwagi, niż prywatne sprawy Robin. Zmieszany schylił się do kucharza, pytając cicho o co chodzi. Chłopak jednak nie odpowiedział. Jedynie zadrżał, nie mogąc powstrzymać dreszczy.

-Zimno?

Blond włosy drgnęły, wraz z kręcącą się głową. Roztrzęsione palce podniosły się w stronę gardła, zaraz jednak szybko opadając.

-Pić? –Luffy zaproponował, widząc jego borykanie się. Rzucił się szybko na biurko i nalał wody z dzbanka do jednej ze stojących obok szklanek. –Pić!

-Czekaj, Luffy! –zatrzymał go Chopper, rumieniąc się. –Piłem z nich, po prostu nie posprzątałem.

-To co? Nie będę teraz leciał do kuchni, Sanji potrzebuje wody już teraz! Nie zmieni się nagle w gadającego renifera, tylko dlatego, że użył tej samej szklanki co ty!

-Nawet nie mów takich okropnych rzeczy!

-Dosłownie przed chwilą pił z tej samej szklanki i cię to nie bolało. –zauważył rozbawiony Usopp.

Pokój wypełniły lekkie śmiechy, które ociepliły serce kapitana. Aura na statku była ciężka, więc jej chwilowe rozluźnienie nikomu nie zaszkodzi. Będzie dobrze.

-Masz, Sanji. –Zoro pomógł blondynowi unieść się lekko na poduszkę, a Luffy podał jego drżącej dłoni szklankę. –Będzie dobrze, zobaczysz. Nie martw się niczym, okej?

Sanji przełknął wodę z trudem, który zaniepokoił Choppera i zaszlochał. Jednak nim ktokolwiek zdążył zmartwić się na głos, uśmiechnął się i kiwnął głową słabo.

-Okej.

Było ciężko. Bardzo ciężko. Sanji przyprawiał ich wszystkich o dreszcze. Żadne z nich nie potrafiło zachować spokoju podczas odwiedzin, a czuwali nad nim non stop, zmieniając się co jakiś czas.

-Obudź mnie jak tylko kroplówka zleci, ani chwili później. –powiedział Chopper, tonem nieproszącym się o dyskusję. Przetarł zmęczone oczy, kończąc notatkę w karcie pacjenta. Robin kiwnęła głową, z westchnieniem go obserwując.

-Oczywiście, doktorze. –otworzyła swoją książkę i oparła się wygodnie na krześle. –Kładź się już. Ty także potrzebujesz odpoczynku.

-Wiem, wiem. Już idę.

Odłożył teczkę na biurku i ostatni raz zerknął na strapionego nawet w śnie pacjenta. Sanji leżał na miękkiej poduszce, którą Usopp z nerwów poprawiał kilkanaście razy przy każdej wizycie i ciężko oddychał. Jego złote kosmyki przylepione były do spoconego czoła, które chłodził zimny okład.

-Właśnie! Pamiętaj zmieniać mu okład.

-Oczywiście. –kobieta z uśmiechem odprowadziła renifera wzrokiem do drzwi i grzecznie je za nim zamknęła swoimi magicznymi dłońmi. Ich skrzypnięciu zatowarzyszył tylko świst fruwających płatków. –Biedny Chopper. –mruknęła zmartwiona i wróciła do swojej książki. Wydawałoby się, że zajmie jej ona przynajmniej pół warty, jednak po kilku bezowocnych próbach przeczytania choć jednego wersu, poddała się i z hukiem ją zamknęła. Wstała szybko, próbując pozbyć się samowolnego drżenia nogi. Była zbyt niespokojna, żeby się skupić. Przeczytała ten sam wers chyba z 6 razy i ani razu go nie zarejestrowała. –Cholera. –odłożyła zamkniętą w okładce historię na biurko i podeszła do blondyna powoli. Oglądała go przez chwilę, obserwując jak krople potu mieszają się z łzami i razem wędrują po policzku, aż do rumianego ucha. Sprawnym ruchem dłoni odgarnęła mokra grzywkę i ją za nie schowała. Druga sprężysta brew ujrzała wreszcie światło dzienne i rozbawiła ją lekko, przez co musiała zakryć uśmiech ręką. Jednak humor szybko ją opuścił i drżącymi opuszkami drugiej dłoni pogładziła czule jego policzek, nie potrafiąc ukryć strapienia. Sama ubrała go w sweter, zakrywając wszystkie jego rany a pomimo to, nie potrafiła przestać o nich myśleć. Nawet jeśli zasłaniał je gruby materiał, miała wrażenie, że wszystkie je widzi. Ślady grubych palców, otarcia, siniaki. Jego biedne ciało wyglądało jak książkowy przykład ofiary śmiertelnej. Ugryzła się w język, samej nie mogąc znieść swojego czarnego poczucia humoru. –Zamknij się Robin, błagam. –wyszeptała sama do siebie i chcąc zając czymś myśli, postanowiła zmienić blondynowi okład. Zdjęła szmatkę z gorącego czoła i zamoczyła ją w zimnej wodzie z miski obok. –Będzie dobrze panie kucharzu. Już jesteś bezpieczny. – sama nie wiedziała kogo tak naprawdę próbuje pocieszyć, po prostu nie chciała siedzieć w ciszy. Brakowało jej wspólnych chwil w kuchni, gdzie mogła w spokoju czytać książki przy akompaniamencie jego nucenia czy stukania noża o deskę. Czasem dawał jej coś do spróbowania, czasem pytał o postęp fabuły książki. Był przyjemnym towarzyszem, kiedy gotował. Ścisnęła wargi w cienką linię, ledwo powstrzymując mokre westchnięcie. Bała się o niego. Nawet jeśli wyzdrowieje, to sporo czasu zajmie mu dojście do siebie. Siniaki wreszcie znikną, ale traumatyczne wspomnienia już niekoniecznie. Przydarzyła mu się tragedia, której nie życzyłaby nikomu. Czuła się tak źle, że zgodziła się na ten pieprzony, niefortunny pomysł Nami. –Przepraszam, Sanji. –wyszeptała, łapiąc jego szczupłą dłoń w swoją i ściskając ją czule. – Tak strasznie przepraszam.

-Nie...

Wzdrygnęła się, słysząc ochrypnięty głos.

-Sanji?

-Zostaw, nie...

Spojrzała na jego zmarszczone brwi i ostrożnie odłożyła bladą dłoń na pościeli.

-Oczywiście. Nikt już więcej nie dotknie cię bez twojej zgody, obiecuję.

Poprawiła mu kołdrę, naciągając ją pod samą nieogoloną brodę i zerknęła na jego drugą rękę, podłączoną do kroplówki. Musiała jej pilnować.

-Miłych snów, Sanji. –szepnęła o wiele spokojniejsza, łapiąc z powrotem za swoją książkę i tym razem wiedząc, że przynajmniej coś z niej zrozumie.

Kiedy jego ciężkie powieki uchyliły się lekko, wpuszczając ciepłe światło wprost na wrażliwe oczy pod sobą, podniósł wciąż drżącą rękę i przykrył je grymasząc. Musiało to zwrócić uwagę tego, ktokolwiek był obok, bo usłyszał ciche:

-Och, już nie śpisz.

-Zoro?

Rozbawiło go mruknięcie, które było jedynym potwierdzeniem jakie dostał. Rozmawiał ze swoim przyjacielem czy jaskiniowcem? Powoli zdjął rękę z czoła, czując, że jest dziwnie ciężka. Przyjrzał się jej i nie odkrywczo zauważył kroplówkę na wierzchniej stronie dłoni. Westchnął głęboko.

-Długo spałem?

Zoro najpierw chwilę milczał, prawdopodobnie dokonując dzikich obliczeń w swojej zielonej głowie. -Prawie dwa dni. –powiedział wreszcie.

-A podobno jesteś taki świetny z matmy.

-Musiałem odjąć wszystkie fałszywe pobudki.

-Fałszywe?

Szermierz kiwnął głową i wyprostował się, wzmacniając tylko uścisk swoich skrzyżowanych rąk. Wpatrywał się we wciąż zamglone, niebieskie oczy, jakby próbując przekazać coś bez słów. W końcu zazwyczaj właśnie tak się dogadywali. Nagle Sanji zastygł, z jakiegoś powodu dostrzegając jak bardzo gryzący był sweter, który dzierżył i jak jasno robi mu się przed oczami.

-Zoro... -zdążył mruknąć, nim widok zasłoniło mu stado silnych dłoni. Łapały go z każdej strony, siniacząc i plamiąc. –Nie! Zoro!

-Cichutko, skarbie. –wzdrygnął się, czując mokry szept przy samym uchu. –Tatuś cię kocha. Kocha cię tak bardzo, że obdarzy się skarbem.

Blondyn przełknął ciężką gulę, duszącą go powoli. A może to czyjeś palce zaciskały się na jego szyi i odcinały dostęp do tlenu?

-Dostaniesz od tatusia prezent, o tu. –jego obolały kręgosłup wygiął się, chcąc uciec od zimnych palców na swoim rozgrzanym brzuchu. –Urośnie tu nasz dzidziuś, piękny i mądry.

-Nie!

Usłyszał tylko niepokojący trzask, kiedy ciężki but spotkał się z jego szczęką. Cała jego głowa obróciła się na bok. Toker ślinił się na niego, kiedy przenosił nogę na jego brzuch.

-Niestety byłeś niegrzeczny, więc jak tylko ten skarb z ciebie wyjdzie, po bolesnych miesiącach trzymania go pod serduszkiem, zgniotę go o tak.

Wrzasnął, przerażony i zdezorientowany, kiedy silna noga zgniotła jego brzuch. Pojaśniało mu przed oczami.

-Rozkwaszę tego bachora i mam nadzieję, że jego krew cię opryska, kochanie. Wsadzę ten twój śliczny pyszczek w jego zmielone flaki, jakbym karał psa, który się zeszczał. Będzie fajnie!

-Nie! –wychylił roztrzęsioną rękę, chcąc jakkolwiek pokazać swoją dezaprobatę, kiedy poczuł coś na nadgarstku. Wyrwał się przerażony.

-Sanji!

Zamrugał kilka razy, czując lodowaty pot na karku.

-Zoro?

-Kurwa mać. –szermierz warknął, jednak nie ze złości. Wręcz ze strachu. –Chopper, szybko! Znów stracił przytomność.

-Zoro...

-Co znowu?

Sanji nawet nie mógł zapłakać. Słyszał tylko swoje nierówne oddechy. Hiperwentylował się? Pomocy, błagam. Zoro, czując jak bardzo chuda ręka w jego własnej się trzęsie, westchnął i zbliżył się ostrożnie do jej właściciela.

-Oj. –wyszeptał. –Już dobrze, nie ma ich tu.

Złapał drugą rękę, kierującą się do opatrzonego brzucha.

-Nie dotykaj. I nie wierć się.

-Dziecko...

-Co?

Blondyn tym razem wyraźnie załkał, czując słone łzy w gardle. Miał wrażenie, że się pali i tylko lodowate krople potu ochładzają jego obolałe plecy.

-Gdzie dziecko? –zerwał się do siadu, prawie zderzając się z Zoro czołami. Szermierz na szczęście szybko zareagował i odsunął się.

-Kuku, jakie dziecko?

-Gdzie ono jest?!

Surowo, aczkolwiek z uwagą popchnął drżące ciało i pomógł mu z powrotem się położyć. Poprawił zmiętolony sweter i przykrył chłopaka kocem.

-Już jestem! –zadyszany renifer otworzył drzwi i przydreptał do łóżka. Zoro pomógł mu wspiąć się na nie i podał stetoskop. –Sanji, spokojnie. To ja, Chopper: twój doktor.

-Gdzie dziecko?

Szermierz tylko pokręcił głową, kiedy wielkie, zdezorientowane oczy spojrzały w te jego, szukając odpowiedzi.

-Nie wiem co on pieprzy.

-Sanji, nie ma tu żadnego dziecka. Spójrz, co ja tu mam?

Cały ten czas spędzony właśnie w ten sposób, nauczył całą załogę dobrze odwracać uwagę wciąż półprzytomnego blondyna, więc Chopper bez problemu zamknął temat tajemniczego dziecka. Pomachał stetoskopem przed zamglonymi oczami.

-Cholera, mogłem nie wspominać o żadnych pobudkach. –westchnął Zoro. –Gdybym zamknął japę...

-A co? Był przytomny?

Chłopak kiwnął głową, wyraźnie zły. Głównie na samego siebie.

-Rozmawialiśmy jakby nigdy nic.

-Nie obwiniaj się. Nie powiedziałeś nic złego, więc nie sądzę, że to od tego. –renifer powiedział z lekkim uśmiechem. Patrzyli się na siebie przez krótką chwilę, którą przerwał Sanji.

-Zoro, wszystko okej? –spytał, ledwo dosłyszalnie i wyraźnie roztrzęsiony.

-Co?

-Zabrali cię!

-Sanji, nikogo tu nie ma oprócz nas. –zapewnił go Chopper. –Zoro nigdzie nie poszedł, to ty straciłeś przytomność.

-Tak?

Zoro nachylił się nad nim, żeby potwierdzić słowa doktora. -Jestem tu, cały i zdrowy.

Blondyn oddychał powoli i oglądał jego twarz, szybko przerzucając wzrok z każdej jej części na następną. Wreszcie spoczął na niemal złotych oczach, zmęczonych i wręcz smutnych. Jednak również dość nadziejnych. Patrząc na to, że jeszcze kilka godzin temu kucharz nawet ich nie rozpoznawał, było w co pokładać nadzieje. Chociażby te najmniejsze.

-To dobrze. –chuda, zaklejona plastrami dłoń podniosła się i opuszkami upewniła się, że choć opalona, to blada twarz nie była tylko snem ja jawie. –Bardzo dobrze.

-Sanji. –Chopper wtrącił się i odsłonił grzywkę z lepkiego czoła. Obejrzał zamglone oczy, mrużąc przy tym swoje własne. –Jak się czujesz? Jesteś śpiący?

Blondyn otworzył buzię, prawdopodobnie w celu odpowiedzi, jednak szybko znów ją zamknął, zdezorientowany. Ścisnął pościel, myśląc nad czymś hardo.

-Nie wiem. –przyznał wreszcie. Nie była to bardzo satysfakcjonująca odpowiedź, ale Chopperowi absolutnie wystarczała. W końcu musiał być w jakimś stopniu rozbudzony, skoro potrafił i chciał aż tak skupiać się na tym co się do niego mówi.

-Będziesz jeszcze spać? –spytał, wygładzając fałdki na kołdrze i kiwając głową wyrozumiale. Kucharz milczał przez chwilę, próbując zarejestrować kierowane do niego słowa. Pokręcił głową niepewnie.

-Chyba nie.

-Okej. –uśmiechnął się Chopper, zadowolony. –Zmierzę ci temperaturę, dobrze? Otwórz buzię.

Zoro obserwował scenę, z deka nią przerażony. Stał tuż przy biurku ze skrzyżowanymi rękoma, niezbyt pałając komfortem. Co szybko zauważył i zmienił, nie chcąc jakkolwiek źle wpływać na samopoczucie kuka. Oparł się o biurko, wzdychając. Czuł straszny gniew oraz poczucie winy. Jak każdy na tym statku, prawdopodobnie.

-Zoro. –wysoki głosik wyrwał go z myśli. Chopper machał do niego, zaniepokojony jego odlotem.

-Huh?

-Sanji cię prosi.

Zaskoczony zbliżył się do łóżka i nachylił lekko, dając kukowi lepszy dostęp do swoich uszu. Jednak Sanji nawet nie pisnął, tylko z przykrym wysiłkiem podniósł rękę i złapał nią jego palec. Zoro odsunął twarz, by móc spojrzeć w niebieskie oczy.

-Muszę zmienić jego opatrunek na kostce, bo zaczął krwawić. –wyjaśnił doktor, spacerując po pościeli, w stronę długich nóg.

Normalnie zakpiłby z kamrata, że potrzebuje, żeby trzymać go za rączkę.

Ale normalnie, Sanji nie potrzebował trzymać nikogo za rączkę, więc Zoro nawet nie miałby na to okazji. To nie była normalna sytuacja.

Sanji dużo przeszedł i na pewno nie potrzebował słuchać głupich zaczepek. Przecież nie po to w ogóle złapał go za tą pieprzoną rękę. Zoro, weź się w garść! Złapał porządnie słabą dłoń i ścisnął ją lekko. Bezboleśnie, ale znacząco. Przysiadł na krześle, na którym choć raz od tych kilku dni siedział każdy z załogi.

-Sanji, bardzo cię boli? –spytał renifer, macając poturbowaną nogę. Kucharz odwrócił wzrok od szermierza i spojrzał na niego rozdartym wzrokiem. -Czy tylko jak dotykam? –na to blondyn odpowiedział już słabym kiwnięciem. –Okej, zwiększę ci dawkę morfiny. Najwyraźniej miejscowe znieczulenie przestało działać, ale nie będę cię już niczym więcej faszerował. Morfina powinna starczyć. Zoro, mógłbyś przekręcić tą małą korbkę przy kroplówce w prawo? Tak odrobinę.

Szermierz z zaskoczeniem dotknął owej kroplówki i niepewnie przekręcił korbkę.

Dziękuję. –szybko odsunął rękę, widząc, że doktor patrzy na niego zadowolonym wzrokiem, chwaląc go niemo. Wolał niczego nie popsuć swoimi paluchami, zdatnymi raczej do ciężkiej niż delikatnej pracy. –Zaraz powinno zadziałać, Sanji.

Spędzili kilka kolejnych minut w ciszy, dając Chopperowi chwilę na skupienie i zmianę opatrunku.

-Okej, gotowe. –przykrył nogi z powrotem i rzucił brudny bandaż do kosza. -Właśnie, chcesz spróbować coś zjeść? Usopp zrobił całkiem niezłą zupę.

-I nawet nie pali w mordę. –dodał Zoro, przypominając sobie dawne wybryki strzelca w kuchni. Nim Sanji do nich dołączył, musieli sobie jakoś radzić. Niestety pomimo jakiejkolwiek umiejętności, Usopp dodawał do wszystkiego swoje głupie tabasco. Zoro chyba nigdy nie wypił tyle mleka co wtedy. Zadrżał, odwracając uwagę od nieprzyjemnych myśli. –Przynieść ci trochę?

-Wydaje mi się, że zupa ci nie zaszkodzi. –powiedział Chopper.

-Okej. –mruknął kucharz cicho, choć widocznie mało przekonany. Prawdopodobnie bardziej nie chciał zmarnować jedzenia i starań Usoppa, aniżeli był głodny. Jednak nieważne z jakiego powodu, dla doktora ważne było, że w ogóle zamierzał coś zjeść. Zmienił się w Heavy Point i kiedy odprowadził szermierza wzrokiem do drzwi, zwrócił się z powrotem do pacjenta.

-Pomóc ci usiąść? –spytał z uśmiechem, mając nadzieję, że jakoś go nim zarazi. Była to jedyna zaraza, jaką pozwalał na tym statku roznosić. Niestety twarz Sanjiego pozostawała taka sama. Zmęczona. Z westchnięciem dał się podnieść włochatym łapom i ułożyć na kilku poduszkach. –Może być? –Kiwnął głową, nie mając siły otwierać ust. Na zgiętej szyi oparł się głową o zagłówek łóżka i zamknął oczy. Chopper wygładził kołdrę na jego nogach, dając mu spokój i nic już więcej nie mówiąc. Odwrócił się do biurka i rozejrzał, żeby znaleźć sobie zajęcie. Widząc swój otwarty notes, postanowił skończyć wypełniać kartę pacjenta blondyna. Wypełniał notatki swoim mało ładnym pismem, wsłuchując się we wreszcie w miarę stabilny oddech chłopaka. Trochę brakowało mu hałasów z kuchni, które zwykły towarzyszyć mu na co dzień. Stukania noża o deskę, wrzenia wody w czajniku czy nawet zwykłego syczenia mięsa na patelni. Ale najbardziej brakowało mu wesołego nucenia, do którego uwielbiał machać kopytkami pod biurkiem.

-Chopper? –wzdrygnął się i prawie trącił kałamarz piórem. -Tak?

Odwrócił się szybko na krześle i spojrzał na blondyna. Ciągle oparty o ramę, patrzył pustym wzrokiem w jego stronę i trzymał się brzucha kurczowo.

-To był tylko sen? –spytał bardzo cicho, jakby bojąc się w ogóle zaczynać ten temat. Chopper nie był pewny o czym mowa.

-Jaki sen?

- Nie mogę zajść w ciążę, prawda?

-Nie, Sanji. Jesteś mężczyzną, nie ma takiej możliwości.

Kucharz nie wyglądał na przekonanego, więc renifer szybko zeskoczył z krzesła i podszedł do łóżka. -Badałem cię wiele razy i gdyby była taka możliwość to od razu bym cię poinformował.

-Okej. –blada dłoń puściła wreszcie kołdrę i zjechała z brzucha na materac. W tym samym momencie drzwi do gabinetu otworzyły się i wyłoniły wesołego Usoppa z miską na tacy.

-Dzieńdoberek! –zaćwierkał, nogą zatrzymując drzwi, które przed chwilą kopnął. Podszedł do łóżka, nie zbliżając się jednak do blondyna za bardzo i postawił tacę na etażerce. W końcu nie chciał go przestraszyć, tylko jakoś rozluźnić atmosferę.

-Gdzie Zoro? –spytał renifer, rozglądając się.

-Pewnie się zgubił. –prychnął Sanji, przez co oboje kamratów zastygło. Usoppowi zaświeciły się oczy, a uśmiech niemal rozerwał twarz na pół.

-A żebyś wiedział. –zaśmiał się głośno, mając wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Sanji zabrzmiał jak Sanji. Wreszcie. Nigdy nie spodziewał się, że zatęskni za jego kąśliwymi uwagami. –Znalazłem go w drodze do łazienki, z zupą w ręce. Postanowiłem go wyręczyć bo ostygłaby ci zanim w ogóle byś ją zobaczył. Nie wiem jak można po takim czasie dalej nie ogarniać swojego domu, zwłaszcza, że kuchnię i gabinet dzielą dosłownie jedne drzwi. Mam nadzieję, że w ciągu pół godziny tu trafi. –rozłożył ręce w geście bezsilności i teatralnie westchnął, co o dziwo wywołało w kucharzu wybuch beztroskiego rechotu. Brzmiał jak stary pryk, albo nawet gnom uciekający z damskimi majtkami.

Nie, stop. To zbyt adekwatne.

Ale nie powstrzymało Usoppa od rozczulonego wzroku. Szczery śmiech Sanjiego to dźwięk rzadki, ale cenny. I to na tyle, że Usopp miał ochotę złapać go w słoik i spłacić nim wszystkie długi u Nami.

-Może on naprawdę ma coś z głową. –Chopper klapnął pupą na podłogę, łapiąc się za własną rozczochraną. –Ale ja naprawdę nie potrafię nic wykryć.

Po chwili ciszy Usopp i Sanji niemal płakali ze śmiechu, próbując nie udusić się od zbyt łapczywie łapanego powietrza. Chopper tylko patrzył na nich tępo.

-Luffy, co robimy?

Była już 11 wieczorem, Sanji spał, wyczerpany dniem. Reszta załogi także powoli szykowała się do łóżek. Tylko Zoro, Luffy i Franky stali nad drzwiczkami do podpokładu, gdzie zamknęli więźniów.

-Załoga pewnie niedługo zacznie ich szukać. –zauważył Franky, na co brunet ustał zamyślony, drapiąc się po brodzie.

-To może po prostu ich oddajmy i skopmy wszystkim dupy.

-Bez sensu, ja bym ich po prostu potopił. Wodę masz tuż za sobą.

-Posiekam ich. -Zoro wsadzał już miecz do buzi, gotowy do akcji.

-Nie, śmierć to za mała kara!

-To chociaż wysłać ich w małej łódce na środek morza.

-Posiekam.

-Albo może oddajmy ich w ręce marynarki?

-Hej, to dobry pomysł. –zaśmiał się Luffy, klaszcząc wesoło na co Franky i Zoro kiwnęli głowami. Jednak po dłuższej chwili i policzeniu głów, zauważyli, że skoro każdy z nich się zgadza, to...

-Kto to zaproponował? –Luffy wrócił do drapania swojej nieszczęsnej brody trzecią ręką.

Zaraz, co?

-Robin! –zarechotał i pomachał jej ochoczo. Kobieta wyłoniła się z cienia i podeszła do nich, rozbawiona.

-Cieszę się, że mój pomysł wpadł ci w ucho kapitanie.

-Okej, ale jak to zrobimy, siorko?

-Myślę, że wystarczy zrobić trochę bałaganu i szumu wokół jakichś bardzo niegrzecznych piratów i zwiać, nim ktokolwiek skapnie się o jakich piratów chodzi.

Luffy i Zoro patrzyli na nią tępo, choć widocznie zainteresowani.

-Czyli macie zrobić bałagan. –wyjaśnił Franky. –Nie dając się poznać.

Robin zakryła dłonią swój wybuch śmiechu, widząc jak oczy kapitana świecą szczęściem. Mógłby oświetlić cały statek gdyby chciał.

-Idźcie, póki jest ciemno. Nad ranem mieszkańcy obudzą się i zobaczą zniszczenia, wtedy ja i nasza kochana nawigatorka zajmiemy się resztą.

-Okej! –Luffy pociągnął za sobą szermierza, zadowolony jak nigdy.

-Tylko nie przesadźcie!

Niestety na tle nocnego krajobrazu i jego dźwięków dało się usłyszeć już tylko wesołe shishishi.

Następnego dnia Sanji był już wolny od jakichkolwiek toksyn i wreszcie mógł trzeźwo patrzeć na to, cokolwiek miał przed sobą. A była to zupa. Ta sama co wczoraj. Westchnął, martwiąc się o stan swojej kuchni i zapasów. Aż go swędziało, żeby ulżyć przyjaciołom i ich kupkom smakowym. Jednak bardziej swędziało go wszystko co tylko było zasłonięte bandażami i co gorsza gipsem. Wyspa była letnia i naprawdę słoneczna, więc pocił się niemiłosiernie. A dopiero wczoraj marznął w swetrze. Strasznie chciał podrapać swoją biedną kostkę, którą dopiero dziś rano Chopper zagipsował ale wiedział, że to bez sensu. Nawet nie miał jak się zgiąć, żeby w ogóle jej dosięgnąć. Jego brzuch był w krytycznym stanie i nie przestawał boleć. Nawet tabletki nie pomagały, więc zdecydowali się z reniferem na ich odstawienie. Bez sensu było się nimi faszerować. Dowiedział się od Choppera, że wszystkie urazy jakich doznał, uszkodziły jego narządy. Na szczęście tylko śledziona była w stanie drastycznym i wymagała operacji, którą młody doktor wykonał jak tylko pierwszy raz stracił przytomność. Było to uszkodzenie dwuczęściowe, które objawia się dopiero po jakimś czasie. Zadrżał na samą myśl, że mógł skończyć bez śledziony. Na szczęście Chopperowi udało się po prostu wyciąć uszkodzoną część. Westchnął, mieszając łyżką w zupie. Rozejrzał się, oglądając promienie słoneczne przebijające się przez okienko w drzwiach. Na etażerce leżała teczka podpisana jego imieniem, pełna badań i różnych medycznych notatek na jego temat. Chopper tłumaczył mu dziś dlaczego nie powinien martwić się dzieckiem. Na początku nie rozumiał o co chodzi, jednak po kilku chwilach ten okropny koszmar wyłonił się zza mgły i wręcz go zaatakował. Dostał ataku paniki, ale dzięki bogu małego i Chopper uspokoił go, nim zdążył zacząć się hiperwentylować. Te szuje zrobiły z jego umysłu jeden wielki cyrk, z którego nie mógł znaleźć wyjścia i tylko bał się, że ktoś zaraz spadnie z linki albo zostanie pożarty przez lwa. Odczuwał ciągły lęk. Nie chciał siedzieć samemu, ale z drugiej strony czyjaś obecność go przytłaczała. Jedynie przy Chopperze czuł się w pełni bezpieczny. Choć jego Heavy Point też przywoływał go o ciarki. Wiedział, że już był bezpieczny, wśród swoich nakama. Jednak ten dziwny strach i nieufność pozostały. Każde zbliżające się do niego dłonie były dla niego powodem do paniki. Bał się, że zaraz przygwożdżą go do materaca i zerwą z niego ubrania.

-Sanji?

Wzdrygnął się strasznie i rozlał zupę na swoje kolana. Głos, który go przestraszył ponowił się, jednak tym razem w formie zaskoczonego krzyku.

-Nami-san?

Dziewczyna szybko zdjęła z niego miskę i kołdrę, próbując uchronić od poparzeń.

-Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć. –wyjaśniała, widocznie speszona. –Ale nie odpowiadałeś.

-Nic się nie stało. Moja wina, że odpłynąłem. –zapewnił ją szybko, jednak jej mina nie zmieniła się. Rzuciła pościel na ziemię a miskę postawiła na etażerce.

-Czekaj, przyniosę jakiś okład.

Zaczekał, oglądając swoje nagie nogi i szukając poparzeń ale żadnych się nie dopatrzył. Kołdra wsiąknęła większość cieczy.

-Trzymaj. –Nami wróciła z wilgotnym ręcznikiem, który podała mu do ręki, nie chcąc dotykać go nigdzie gdzie by sobie tego nie życzył.

-Dzięki. –przycisnął szmatkę do swoich ud, pozwalając kropelkom zimnej wody pociec po rozgrzanej skórze. –Nic mi nie jest, dzięki twojej szybkiej reakcji. –uśmiechnął się lekko w jej stronę, co o dziwo wywołało w niej jakąś dziwną reakcję. Jakby wzruszyła się i zaraz szybko tym zawstydziła. Odwróciła wzrok, kiwając głową.

-To dobrze. –powiedziała z ulgą. –Cieszę się, że... znowu się uśmiechasz.

-W twojej obecności ciężko się powstrzymać

Zamknęła oczy, wypuszczając cichy śmiech. Jakkolwiek samolubnie to nie zabrzmi, właśnie tego potrzebowała. Tęskniła za jego uwagą. Wzięła od niego ręcznik i ruszyła z powrotem do kuchni, żeby go odłożyć.

-Chociaż...

Po chwili namysłu wróciła do blondyna.

-Przemyć cię? Jest naprawdę gorąco, pewnie czujesz się lepki przez ten pot.

Spojrzał na nią i jej niepewny wzrok. Kobiece ręce o wiele mniej go przerażały, w końcu takie z łatwością mógłby odepchnąć. Nie przypominały tych wielkich, brudnych łap, sięgających między jego uda i ściskających szyję.

-Sanji, pytam po to, żebyś mógł odmówić, wiesz?

Wziął głęboki oddech i czując zimny pot na karku kiwnął głową. -Poproszę.

Głupio mu było, kiedy rudowłosa ściągnęła z niego koszulkę, oczywiście ciągle upewniając się, że nie robi niczego bez jego zgody. Choć wiedział, że dostałby od niej po głowie, gdyby się przyznał. Przyjaciele byli po to, żeby się wspierać, nie się z siebie śmiać. Zamiast czuć się głupio, powinien być po prostu wdzięczny. Tego postanowił się trzymać. Nami starała się nie pokazywać na twarzy żadnego współczucia ani innej podobnej emocji, ale widok jego ciała naprawdę jej to utrudniał. Ostatnim co chciała zrobić było urażenie jego dumy, więc postanowiła skupić się na zadaniu. Przyłożyła chłodny ręcznik do jego ramienia i zaczęła delikatnie go wycierać, nie chcąc trafić na żadną ranę.

-Nami-san?

Mruknęła cicho, dając znak, że słucha.

-Kiedy wypłyniemy z tej wyspy?

-Już dawno wypłynęliśmy. –powiedziała, zaskoczona pytaniem. –Nie zauważyłeś? A raczej, nikt ci nie powiedział?

Widząc jego osłupiałe spojrzenie postanowiła kontynuować.

-Wypłynęliśmy rano, jak tylko...

-Tylko co?

Przeklęła pod nosem, jakby żałując swoich słów. -Chyba Luffy powinien ci powiedzieć.

-Nami-san?

-Okej. –zaprzestała mycia go na chwilę i usiadła na krzesło, wyprostowana.

około 8 godzin wcześniej

Robin podeszła do nawigatorki, która stała przy barierce statku i nerwowo tupała obcasem o deski pokładu.

-Powinni już wrócić, robi się jasno. –warknęła, wymachując rękoma i powodując, że jej bransoletki stukały o siebie i wydawały ciche brzdęki. Robin złapała się za policzek zmartwiona.

-Rzeczywiście. Mam nadzieję, że nie rozwalili miasta za bardzo. Może to nie był najlepszy pomysł pozwolić im szaleć.

-Bez przesady. Jeśli uznałaś to za dobry pomysł, to musi taki być.

Brunetka zaśmiała się zaskoczona, ale bardzo pocieszona.

-Tak myślisz? Zaraz się zarumienię...

Nami otworzyła usta w celu odpowiedzenia „baka" ale nawet nie zdążyła wprawić strun głosowych w ruch, nim statek zatrząsł się i podskoczył na falach.

-Gotowe!

Luffy postawił zadyszanego szermierza obok siebie, pokazując kciuk w górę.

-Miasto jest rozpiżdżone na amen! Ał!

Złapał się za głowę, którą Zoro trzepnął wkurzony.

-Kurwa, Luffy! Nie lataj tak z ludźmi w ręku! –wrzasnął, dysząc jakby przebiegł z dwa maratony. – Próbowałem go zatrzymać, ale był zbyt podjadany. Rozwalił fontannę na głównym placu.

Nami westchnęła głośno, ale nie skomentowała. Ruszyła dokończyć plan Robin. Dała znak Frankiemu który już łapał za ster i obie poszły do kuchni, gdzie stał telefon. Naprawiony, o ile do definicji tego słowa można wliczyć „posklejany taśmą przez Usoppa".

-Proszę. –Archeolożka podała jej karteczkę z numerem, który dziewczyna szybko wbiła. Ślimaczek po chwili ciszy otworzył oczka i wydał z siebie zaspany głos.

-Słucham?

-Seiko? Słuchaj, skarbie. –zaczęła Nami, po cichym odchrząknięciu. –Słyszałam, że piraci zniszczyli połowę miasta! Jak się dowiedziałam to myślałam, że mi serce stanie.

-Co? Jaka Seiko?

-No naprawdę! Okropnieństwo. –wyjęczała, udając zmartwienie. Zakręciła włosy wokół palca i brnęła dalej, zadowolona z osłupiałej ciszy po drugiej stronie słuchawki. –Idź i sama zobacz, kochana. Widziałaś fontannę?

-Fontannę?

-Ano fontannę!

-O Boże!

-To samo powiedziałam! Ta moja młoda sąsiadka mówiła mi, że jej szwagier widział jakichś typków i wyglądali zupełnie jak piraci! A w dokach stoi tylko jeden statek. Trzeba szybko zawiadomić burmistrza. Musi wezwać marynarkę!

-Przepraszam, ale to chyba pomyłka. –powiedział wreszcie głos, który cichł co chwilę, ponieważ kobieta prawdopodobnie zerkała w okno. –Jestem żoną burmistrza, nie jakąś Seiko.

-Tak? –Nami wykrzyknęła zaskoczona. –Ojejku, bardzo przepraszam! Byłam pewna, że dobrze wykręciłam numer.

Robin zakryła dłonią roześmiane usta, zupełnie rozbawiona wybrykami przyjaciółki. Czysty talent. -Tak, pani też miłego dnia. Żegnam.

Ślimaczek usnął z cichym ker-chak, kiedy Nami zakończyła rozmowę. Oparła się o kanapę wygodnie i skrzyżowała ręce na karku.

-Teraz tylko odpłynąć i czekać na artykuł w gazecie o dziejach kapitana Dokiego i jego wspaniałej załogi. –zaśmiała się szyderczo.

-Kto zaniósł ich z powrotem na statek? –spytał Sanji, kiedy już udało mu się zebrać szczękę z podłogi. Jego przyjaciele odwalili dobry kawał jeszcze lepszej roboty. Dali tym szujom nauczkę.

-Franky i Chopper.

Kucharzowi było słabo. Odpłynęli, zostawiając tych zboczeńców daleko za sobą, i to w rękach marynarki. Nie ma mowy, żeby mieszkańcy siedzieli cicho po czyś takim. Odetchnął, próbując pozbyć się jasnych plam przed oczami.

-Sanji-kun?

-Wszystko gra. –zapewnił, machając zbawczo ręką. –Po prostu... przytłoczyło mnie to trochę. Ale pozytywnie.

Rudowłosa uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi. -Robin naprawdę jest genialna.

-Wszyscy jesteście genialni.

Nami bardzo chciała poprawić go i dodać „my", ale powstrzymała się. Nie było sensu psuć teraz chwili i się z nim kłócić. Jego uśmiech był na to zbyt cenny.

Czuł się już naprawdę dobrze. Leżał spokojnie na leżaku, od którego wszystko się zaczęło, w tak samo słoneczny dzień. Delektował się drinkiem, który zrobiła mu jego ulubiona brunetka, ostatnio lubiąca przebywać w barze i cieszyć się z kolorowych napojów niczym dziecko ze swoich mieszanek z zestawu małego chemika. Dodawała przeurocze słomki, które na zamówienie chętnie robił jej Usopp. Pokręcił kostkami lodu swoją, zawiniętą w ślimaczka i wziął z niej łyka.

-Ahh, delicje. –jęknął zadowolony. Odstawił szklankę na stoliczek i otworzył gazetę, czując się zupełnie jak Nami. –Pogoda? –zachichotał, próbując imitować dziewczynę. Luffy byłby dumny.

-O, spójrz tylko! –niemal spadł z leżaka, kiedy gumowy palec wskazał na jakieś zdjęcie w gazecie. O wilku mowa. Pomyślał, poprawiając się na siedzeniu.

-Luffy, nie strasz mnie!

-Przepraszam!

Westchnął, widząc szczere poczucie winy na chłopięcej, pełnej plastrów buzi. Brunet zaszalał przy rozwalaniu miasta. Sam się poturbował, rzucając się na wszystko co popadnie. Kręcąc głową z mieszanką wdzięczności i dezaprobaty, zerknął wreszcie na zdjęcie w gazecie.

-Co, znowu jakiś kurczak w miodzie?

-Nie, zobacz.

Pojechał wzrokiem za gumowym palcem i z niedowierzaniem przeczytał nagłówek.

Kapitan Doki złapany z całą swoją załogą, miasto zyskało ponad 300 mln Beli.

-Super, nie?

Odłożył gazetę, nawet nie chcąc patrzeć na twarze, które dopiero przestały tak wyraźnie straszyć go po nocach. Odwrócił się do swojego kapitana, nie mogąc powstrzymać wzruszenia. Spojrzał mokrymi oczami w te zaskoczone.

-Sanji? Czemu płaczesz?!

-Super, Luffy. –wyszeptał i złapał gumową rękę, która wyciągnęła się, żeby złapać jego ramię. –Super.

-Przynajmniej będą mogli zapłacić za szkody. –odwrócili się w stronę Robin, która podeszła do nich z tacką pełną kolorowych drinków. –Komuś wyszło to na dobre.

-Ale nie Dokiemu. –powiedział Zoro, mieszając swojego zielonego drinka żółtą słomką. Sanji spojrzał na swoją szklankę, której kolory były takie same, tylko odwrócone.

-Smacznego, panie kucharzu. –Robin zaśmiała się, podnosząc swój własny trunek. Zarumieniony zjechał plecami z oparcia leżaka.

-Co ci znowu, kuku?

-Nic, glonie. Zupełnie nic. –wziął do ręki swoją szklankę i stuknął nią w tą Zoro, na co Luffy krzyknął „zdrówko!" i sam wyciągnął rękę po drinka. Szermierz zaśmiał się cicho i poczochrał blond kosmyki czule.

-To dobrze. –powiedział cicho, niemal szeptem, choć w głębi duszy miał nadzieję, że zostanie usłyszany. Chyba wszyscy na statku mieli potrzebę utrzymania Sanjiego w spokoju ducha. Dawać mu znak, że już jest bezpieczny i z nimi nic mu nie grozi. Zwłaszcza Nami, która ciągle obwiniała się za wszystko co się stało. I pewnie będzie przez jeszcze długi czas. Potrząsł swoim drinkiem, oglądając jak kostki lodu wirują z każdym jego ruchem i wypił go w jednym łyku.

-Mógłbyś chociaż udawać, że potrafisz się delektować, glonie. –odwrócił się w stronę blondyna, który mierzył go niezadowolonym wzrokiem. Trzymał swojego drinka, poranionymi wciąż palcami i skulił się na leżaku, żeby Luffy mógł usiąść. Zoro przyjrzał się biednym dłoniom, czując kolejny przypływ złości. Ręce Sanjiego były skarbem, dla nich wszystkich. Wiedzieli ile dla niego znaczą.

-Alkohol to alkohol, kuku. –warknął i wytarł buzię rękę, próbując nie dać się czarnym myślom. Wiedział, że kucharz nie chciałby, żeby obchodzić się z nim jak z jajkiem. Byli podobni z charakteru i oboje bardzo cenili sobie dumę, więc go rozumiał. Dlatego pomimo, że było to ciężkie, starał się traktować go jak zawsze. Robin zabrała mu szklankę i postawiła ją na tacy, żeby móc posprzątać. Mruknął ciche „dzięki", zaskoczony wystającą, obcą ręką na swoim torsie.

-Robin-chan, ja posprzątam! –blondyn krzyknął z uśmiechem, jednak nim zdążył wstać, Luffy rzucił się na niego i przygwoździł do leżaka.

-Nie e, Sanji. –powiedział stanowczo. –Nadal nie możesz chodzić, musisz odpoczywać.

Kucharz otworzył buzię, szykując się do dyskusji, jednak szybko z powrotem ją zamknął. Zastygł, jakby dopiero zauważając w jakiej znaleźli się pozycji.

-Okej.

Robin przerzucała wzrok z pary na Zoro, trochę zmartwiona. Szermierz zamarł na sekundę, zaniepokojony pustym wzrokiem blondyna. Jednak nim żadne z nich zdążyło jakkolwiek zareagować, Luffy ich wyręczył.

-Wiesz, że to dla twojego dobra. Rozumiem i szanuję to, czego chcesz ale ważniejsze jest teraz to, czego potrzebujesz. –powiedział, puszczając przyjaciela i ciągle obserwując jego reakcje. –Poza tym im szybciej zaczniesz się kurować, tym szybciej staniesz na nogi!

Sanji odsunął się trochę, aż jego plecy spotkały oparcie. Jego ciało reagowało samo.

-Wybacz, nie chciałem cię dotknąć bez twojej zgody. –brunet dodał szybko, widząc jego reakcję. Blondyn jednak szybko się zregenerował i ścisnął szczękę z nerwów.

-To ja przepraszam, powinienem dawno stać w kuchni i przynosić wam drinki. Gdybym im się nie dał, jak jakaś pizda..

-Sanji. –odwrócił się w stronę ciężkiego warknięcia. Zoro niemal drżał ze złości. –Zamknij się. Nie była to niczyja stąd wina, a na pewno nie twoja. Te skurwysyny są jedynymi winnymi tej sytuacji i na szczęście gniją w więzieniu. Zamknij się i po prostu żyj. Zapomnij o tym.

-Zoro...

Robin popchnęła lekko szermierza, tak by ruszył w stronę kucharza. Spojrzała na przyjaciół z uśmiechem i wróciła do baru, żeby zrobić więcej drinków. Zoro natomiast potknął się lekko i prawie upadł, tuż przy leżaku. Na szczęście zapanował nad nogami i złapał się ramienia Luffiego.

-Sory. –powiedział, wściekle odwracając się w stronę Robin, która na swoje szczęście już zniknęła w cieniu. Z westchnięciem wyprostował się i wrócił wzrokiem do kolegów. Luffy śmiał się z niego, a Sanji wciąż dąsał się lekko, z twarzą zwróconą ku morzu. Najwyraźniej pomimo starań i tak porządnie zepsuli mu humor. Nagle jednak niebieskie oczy wbite w lśniącą wodę pomogły mu wpaść na pewien pomysł. – Hej, może chcesz się przepłynąć Mini Merry czy coś? Woda i tak jest spokojna, więc chyba możemy na trochę się zatrzymać.

Sanji spojrzał na niego zaskoczony, a Luffy niemal upadł na podłogę z ekscytacji.

-Tak! Ja też chce!

-Czekaj, trzeba zapytać Nami o zgodę.

-Nami! –Luffy już dawno biegł w stronę pokoju dziewcząt, krzycząc w niebogłosy. Zoro prychnął pod nosem, rozbawiony. Sanji natomiast nie wyglądał na zadowolonego.

-Co? Zły pomysł?

-Nie... -mruknął cicho, bawiąc się frędzlami koca, na którym siedział. –Po prostu, z Luffym na małej łódce średnio odpocznę. –wyjaśnił.

Zoro zrozumiał. Od razu ruszył za Luffym, żeby to sprostować. Chciał sprawić chłopakowi przyjemność, więc wpychanie go do łódki z kimś, kto miał go męczyć raczej się do tego nie zaliczało. Wszyscy bardzo kochali swojego kapitana, ale również bardzo dobrze wiedzieli jaki z niego potrafi być ból w dupie. Sanji chciał spokoju, nie piszczącego nad uchem dzieciaka, który musi pokazać palcem wszystko co zobaczy.

-Luffy! –otworzył drzwi do kabiny z hukiem, przez co Nami prawie przewróciła kałamarz z tuszem. -Cholera jasna! Ktoś jeszcze zamierza wyrwać drzwi z nawiasów?

-Luffy, nie możesz z nami płynąć.

-Co?! Czemu?

-Nikt nie może nigdzie płynąć!

Dziewczyna wstała nagle od biurka, rozjuszona. Złapała ich za kołnierze i dowlokła do drzwi. -Wiatr zaczyna szaleć, słońce zaraz zniknie. Będzie burza.

-Dlaczego nie mogę? Zoro!

-Luffy, zamknij się bo zaraz nie wyrzucę cię za drzwi tylko za burtę!

-Nie!

Sanji z lekkim uśmiechem obserwował jak nawigatorka wyrzuca swoich kamratów za drzwi, pozwalając im upaść twarzami na twarde deski. Prychnął cicho, kiedy Luffy z jękiem zakomunikował, że jego gumowy nos utknął w szczelinie. Powrót do codzienności jednak był najlepszym lekarstwem na nawiedzające czarne myśli. Odwrócił się od przyjaciół i znów wrócił do oglądania coraz bardziej niespokojnego morza. Nagle zadrżał, czując jak wiatr zaczyna się ochładzać i szybko wyjął spod siebie koc, żeby się nim okryć.

-Mówiłam? Zaczyna się. –Nami wyciągnęła Luffiego z między desek, ciągnąc go za ciemne włosy. Zeszła na pokład, żeby lepiej przyjrzeć się chmurom. –I to szybciej niż myślałam, cholerny Grand Line.

-Sanji? –Luffy zwrócił się do opatulonego blondyna, masując nos. –Trzeba cię skitrać do środka!

Nim zdążył zrobić chociaż krok, Zoro ruszył się i trącił go barkiem.

-Hej! –oburzony przerzucił masowanie na ramię, oglądając jego plecy, kiedy Nami podeszła do niego równie zaskoczona. Szermierz podszedł do kucharza i schylił się, żeby móc mu coś wyszeptać. Blondyn wysunął głowę spod koca i go wysłuchał, po czym kiwnął nią lekko. Nami uśmiechnęła się, widząc jak opalone ręce podnoszą ostrożnie zawinięte w kokon ciało.

-Zoro już się tym zajmuje. –zaśmiała się, klepiąc kapitana po plecach. Ten spojrzał na nią i lekko zdezorientowany zaraził się śmiechem. Zoro obdarzył ich zirytowanym wzrokiem kiedy obok nich przechodził, z Sanjim na rękach. Blondyn przetarł zmęczone oczy i wtulił się w kamrata. –O mój...!

Nami niemal pisnęła, z niedowierzaniem oglądając ich interakcję. Ostatnimi czasy Sanji bardo szybko robił się zmęczony, a zmęczony Sanji to szczery Sanji. Nie ukrywał wtedy niczego. Ziewał kiedy był śpiący, marudził kiedy mu się nudziło i nawet przebierał się w „domowe" ciuchy. Żałowała, że nie miała przy sobie aparatu, kiedy kucharz schował twarz w rozgrzanej szyi Zoro. Ten jedną ręką przytrzymał go, a drugą pogłaskał po głowię, roztrzepując blond kosmyki.

-Sanji jest uroczy. –Luffy zaśmiał się wesoło, krzyżując ręce za głową, na co Nami, lekko zaskoczona jego słowami, przytaknęła. Oboje oglądali jak para znika za drzwiami męskiej kabiny, otwartymi przez magiczne ręce zadowolonej Robin. Stała tuż przy kuchni, uśmiechając się delikatnie.

-Owszem, kapitanie. –powiedziała, opuszczając dłonie i opierając się na nich o barierkę. Tuż za nią wyszli Franky i Brook, z drinkami w rękach.

-SUPER uroczy!

-Już nigdy nic mu się nie stanie. –odwrócili się w stronę Luffiego, który trzymał kapelusz przy piersi. Stał w świetle burzowych błysków, ale cieniu swoich słów. Ściskał słomkowy splot, jakby na niego przyrzekając. –Nie dopuszczę do tego.

-Żadne z nas nie dopuści. –dodał Brook, ściskając swoją szklankę. Nie czuli już złości, jedynie determinację. Co się stało, już się nie odstanie. Ale mogli działać teraz oraz wpłynąć na przyszłość, i tego postanowili się trzymać.

Robin podała wszystkim obecnym drinki i podniosła swój, w stronę nieba. Oglądała pędzące z wiatrem chmury, oddychając głęboko.

-Za zdrowie naszego kucharza! –wzniosła toast, na który wszyscy odpowiedzieli krzykiem pełnym siły. Zoro przykrył Sanjiego kołdrą, słuchając hałasów z zewnątrz. Z uśmiechem ostrożnie oparł głowę na poduszce, nie chcąc ruszyć kucharza. Chłopak zasnął nim dotarli do łóżka, więc szermierz położył się na materacu i pozwolił mu na sobie leżeć.

-Zdrówko. –zaśmiał się cicho i zamykając już oczy, musnął ustami rozgrzane czoło kamrata. Sanji mruknął coś pod nosem i uśmiechnął delikatnie, czując ciepłe wargi na twarzy.

Jest dobrze.

Pomyślał.

Bardzo dobrze.

koniec