3 listopada 1996 roku, Hogwart
Damian zmrużył oczy, po czym poczuł tak silny ból głowy, że o mało co nie zwymiotował. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś podobnego. Każdy ruch szyją doprowadzał skronie do szaleństwa. Po chwili zdał sobie sprawę, że nawet nie zdjął swoich butów!
Przez chwilę chciał obrócić się i je ściągnąć, lecz kiedy odwrócił głowę znów poczuł falę obezwładniającego bólu. Nie miał pojęcia, co robić. Leżeć i czekać aż samo przejdzie, czy jednak wezwać kogoś, by odprowadził go do pani Pomfrey? Druga opcja wydawała mu się znacznie rozsądniejsza. Z najwyższym wysiłkiem podniósł swoje ciało:
— Ernie...Ernie…— wyszeptał, odczuwając mdłości przy każdej wypowiedzianej sylabie.
To na nic, jestem zbyt cicho — pomyślał Damian, którego zaczęła ogarniać panika.
Po chwili usłyszał chrapanie. Powolnym ruchem skierował głowę w prawo i ujrzał Erniego, który rzęził jak zepsute radio.
Pierwszy raz w życiu słyszę, by on chrapał! Co tu się, do cholery, stało?!
W tym momencie pobladł. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta niczego od końca meczu z Krukonami! Pod wpływem szoku zdołał podnieść się z łóżka i na nim usiąść. Miał kompletną pustkę w głowie. Rozejrzał się po dormitorium. Panował kompletny rozgardiasz, na podłodze walały się szaty, buty, dostrzegł nawet dwie różdżki. Justin leżał w samych majtkach, Ernie zasnął mając okulary na nosie, zaś Zachariasz spał na wspak z głową ponad krawędzią łóżka.
Damian uszczypnął się w prawą dłoń czy upewnić się, że nie śni. Niestety, jego okropne samopoczucie nie było snem. Z najwyższym trudem wstał i poszedł do Pokoju Wspólnego, który wyglądał jak pobojowisko. Na stołach stał tuzin butelek Ognistej Whisky, dywany były zaśmiecone przez chrupki oraz papierki po cukierkach, zaś kilku uczniów z siódmego rocznika, śpiących na fotelach, chrapało donośnie. Przy jednym ze stołów Nick i Andrew grali w eksplodującego durnia.
— Witamy bohatera wieczoru! — rzekł Nick z uśmiechem
— Dlaczego to powiedziałeś? — zapytał Damian
— Nieźle! Prawie dałem się nabrać, że nic nie pamiętasz! — odparł Andrew, nalewając ostatnią szklankę Ognistej Whisky.
— O co wam chodzi?! — spytał Damian nieco donośniejszym tonem. Jeden ze śpiących uczniów zmrużył oko, spojrzał na niego i ponownie zasnął.
— Nie pamiętasz jak ty i Sarah przyszliście tutaj trzymając się za ręce? — spytał Nick
Damian poczuł płonące policzki, po czym nerwowo pokręcił głową.
— Naprawdę zapomniałeś, że Sarah przedstawiła cię całemu domowi jako swojego chłopaka? — rzekł Andrew, na twarzy którego widniał szelmowski uśmiech.
— Że co?! — krzyknął Damian, czując drżenie nóg.
W tym momencie Nick i Andrew uśmiechnęli się do siebie. Impreza się skończyła, lecz zabawa trwała dalej.
3 listopada 1996 roku, Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru
Hermiona obudziła się z poczuciem rozdrażnienia. Po chwili przypomniała sobie wczorajszy mecz quidditcha, podczas którego Damian naraził zdrowie Cho Chang i pani Hooch. Za każdym razem gdy o tym myślała miała poczucie, że została oszukana. Uważała Damiana za dobrego chłopaka o czystym sercu, tymczasem….
Jest taki sam jak jego ojciec. Dąży do zwycięstwa bez względu na koszty. — pomyślała Hermiona, zaciskając palce.
Nie miała ochoty na umówione spotkanie z Damianem w Hogsmeade. O czym mieliby ze sobą rozmawiać? Miała mu pogratulować, że niemal spowodował upadek dwóch czarownic z wysokości trzydziestu stóp? Z drugiej strony, odwołanie spotkania w ostatniej chwili byłoby brakiem kultury z jej strony. Dlatego, pomimo braku jakiejkolwiek chęci z jej strony, zamierzała udać się do Hogsmeade.
3 listopada 1996 roku, Hogwart, pokój wspólny Hufflepuffu
Zszokowany Damian usiadł na kanapie, próbując przemyśleć sytuację. Nie potrafił wyobrazić sobie, w jaki sposób Sarah mogłaby zostać jego dziewczyną! Musiał koniecznie porozmawiać z Sarah. Błyskawicznie zerwał się z kanapy, chcąc przejść do dormitorium dziewczyn. Chwilę później zdał sobie sprawę, że działa zbyt impulsywnie.
Za chwilę zobaczę Sarah i co jej powiem? "Cześć, słyszałem że zostaliśmy parą"? To brzmi idiotycznie nawet w mojej głowie. — pomyślał Damian, czując drżenie rąk. Sytuacja wyraźnie go przerastała. Następnie wyobraził sobie scenariusz, w którym mówi Sarah pełną prawdę:
— Cześć, Sarah, wczoraj upiłem się jak bela i nic nie pamiętam, przypomnisz mi, co zaszło?
— Zostałam twoją dziewczyną jełopie! Ale chyba się pomyliłam z wyborem skoro nawet tego nie pamiętasz... — odparła Sarah, odwracając się na pięcie.
Damian uderzył się dłonią w czoło. Wyobraził sobie kilka potencjalnych rozmów z Sarah i każda z nich kończyła się gorzej od poprzednich. W jednej z nich dziewczyna odparła, że powinien odejść z drużyny zanim zapomni wygląd znicza.
— Cześć, kochany — rzekł głos znad jego prawego ucha.
Damian aż podskoczył z zaskoczenia.
To Sarah! Co ja mam zrobić?! — pomyślał zaskoczony chłopak
Odwrócił się ku niej. Miała piękny, figlarny uśmiech, który jeszcze bardziej go onieśmielał.
— Cześć.
— Masz jakieś plany na dzisiaj? Co powiesz na mały wypad do Hogsmeade?
W tym momencie Damiana zmroziło. Przypomniał sobie, że umówił się na na spotkanie w Hogsmeade z Hermioną! Głęboko odetchnął, nie wiedział od czego powinien zacząć.
— Przepraszam, ale dziś nie dam rady. Kilka dni temu umówiłem się z kimś innym i nie chcę odwoływać spotkania w ostatniej chwili.
— A kim jest ten ktoś inny? — spytała Sarah nonszalanckim tonem, lecz Damian odniósł wrażenie, że za tym pytaniem wiąże się coś więcej niż zwykła ciekawość.
— Znajoma z Gryffindoru, Hermiona Granger.
Sarah przybrała podejrzliwy wyraz twarzy:
— Umawiasz się na spotkanie w Hogsmeade z inną dziewczyną i mam ci uwierzyć, że będzie to tylko przyjacielska pogawędka?
— Tak? — spytał Damian cichym tonem, pragnący uniknąć gniewu ze strony Sarah
Jednak, ku zaskoczeniu Damiana, na twarzy Sarah pojawił się szeroki uśmiech:
— Jesteś zbyt uroczy, by mnie okłamać — rzekła, całując go w policzek.
Damian poczuł jak płoną mu uszy i policzki. Przez kilka sekund stał w kompletnym oszołomieniu. Miał wrażenie, że za chwilę zemdleje z radości. Kiedy rozejrzał się wokół siebie, pragnąc podziękować Sarah za pocałunek, dostrzegł że dziewczyna zniknęła z jego pola widzenia.
Nie wiem co wczoraj zaszło, ale chyba nie ma sensu zbyt mocno w to wnikać. — pomyślał, udając się na spotkanie z Hermioną w doskonałym nastroju.
Umówili się o godzinie 14:00 pod Wielką Salą. Damian przyszedł kilka minut przed czasem.
Zabawne, jeszcze kilka dni temu perspektywa spotkania z Hermioną sprawiała, że bardzo się stresowałem. Teraz, kiedy jestem z Sarah, podchodzę do tego zupełnie inaczej. — rozmyślał Damian, opierając się o ścianę obok olbrzymich drewnianych drzwi, na których widniały herby wszystkich domów. Chwilę później zobaczył Hermionę.
— Cześć — oświadczyła niezwykle suchym tonem.
Damian, zaskoczony wyjątkowo chłodnym powitaniem, przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Coś się stało? — zapytał z troską w głosie
— Dlaczego pytasz?! — odparła z wyczuwalną agresją.
Damian poczuł się osaczony. Miał wrażenie, że z jakiegoś dziwnego powodu, to on jest powodem wściekłości Hermiony. Tylko dlaczego?
— Masz zupełnie inny ton głosu niż zwykle. Jest bardziej…oschły? — stwierdził z wyraźnym wahaniem.
— Dobrze ci idzie, właśnie zdałeś test na inteligencję emocjonalną przeciętnego czterolatka.
Damian poczuł wyraźną irytację. Naprawdę nie musiał znosić humorów Hermiony, kiedy w pokoju wspólnym czekała na niego Sarah.
— Widzę, że w jakiś sposób cię uraziłem. Możesz mi wyjaśnić, co takiego ci zrobiłem? — rzekł nieco ostrzejszym tonem niż zamierzał.
Hermiona uśmiechnęła się szyderczo, po czym chwyciła za swój podbródek.
— Zastanówmy się...wczoraj zaplanowałeś cios tłuczkiem w twarz Cho, a następnie sprawiłeś, że zderzyła się z panią Hooch, przez co obydwie niemal spadły z wysokości trzydziestu stóp.
Czyli o to jej chodzi?! Widać, że nie interesuje się quidditchem, inaczej wiedziałaby o zaklęciach zmniejszających siłę upadku. — pomyślał Damian, po czym głęboko odetchnął:
— Hermiono, na boiskach quidditcha instaluje się uroki redukujące moc upadku. Nie ma możliwości, by ktoś mógł odnieść poważne obrażenia.
Na twarzy Hermiony pojawił się uśmiech, który spowodował u Damiana gęsią skórkę.
— Szkoda tylko, że nasz stadion nie posiada tych zaklęć.
Serce Damiana stanęło. Jeżeli słowa Hermiony są prawdą, to…
Mogłem je zabić! A co najmniej bardzo poważnie zranić. — pomyślał rozstrzęsiony chłopak, który poczuł ogarniające go mdłości.
— Naprawdę nie wiedziałeś?— spytała zaskoczona Hermiona, porzucając swoje opryskliwe zachowanie.
— Naprawdę. Możesz zostawić mnie samego?
Hermiona spojrzała na Damiana. Miał bladą twarz i drżały mu ręce. Skinęła głową, opuszczając Wielką Salę z poczuciem zmieszania.
Przez kilka minut Damian próbował otrząsnąć się z szoku. Następnie, kiedy odrobinę ochłonął, poczuł wzbierającą w nim wściekłość. Podczas dwóch miesięcy treningów żaden z członków drużyny nie raczył mu wyjawić, że boisko nie dysponuje systemem amortyzującym! Szybkim krokiem oddalił się od Wielkiej Sali i zszedł do piwnic Hogwartu. Kiedy przekroczył beczkę i wkroczył do Pokoju Wspólnego, zobaczył Nicka, który rozmawiał z jedną ze swoich koleżanek. Natychmiast do niego podszedł, kładąc dłoń na jego ramieniu:
— Musimy pogadać.
Nick strzepnął dłoń i odparł nonszalanckim tonem:
— Nie teraz, jestem naprawdę zajęty.
— A właśnie, że teraz — oświadczył Damian, ponownie kładąc dłoń na ramieniu Nicka. Tym razem wbił palce tak mocno, że Nick delikatnie syknął z bólu.
Zirytowany Nick poprowadził Damiana w kierunku pustego dormitorium uczniów siódmego roku.
— Właśnie przerwałeś rozmowę z dziewczyną, na której mi zależy. Lepiej, żeby to było coś naprawdę ważnego.
Na twarzy Damiana pojawił się złośliwy uśmiech. Życie i bezpieczeństwo uczestników meczów quidditcha jest znacznie istotniejsze od randkowania.
— Dlaczego nie powiedziałeś, że na boisku w Hogwarcie brakuje zaklęć redukujących siłę upadku?
— To w Durmstrangu jest inaczej? — zapytał zaskoczony Nick
Damian odruchowo uderzył się dłonią w czoło.
— No pewnie, tamtejszy dyrektor wie, że śmierć ucznia w jego szkole wymagałaby zapłacenia rodzicom kupy złota. — rzekł ironicznie
— Przesadzasz, było w Hogwarcie parę połamanych szczęk i żeber, ale nigdy nie doszło do niczego poważnego .
— Nawet po upadku z trzydziestu stóp? — odparł Damian, świdrując Nicka spojrzeniem.
Początkowo Nick nie wiedział o czym Damian mówi, lecz po chwili przypomniał sobie zderzenie Cho z panią Hooch.
— Myślę, że pani Pomfrey szybko by je poskładała.
— Myślisz?! — odparł Damian zirytowanym tonem
— No tak, pewności nie mam.
— Kurtyna — oświadczył Damian, opuszczając dormitorium.
4 listopada 1996 roku, Hogwart
Damian nadal czuł złość, wciąż nie był w stanie uwierzyć, że Hogwart ma niższe standardy bezpieczeństwa niż Durmstrang. Musiał porozmawiać z Cho i ją przeprosić. Jednak, jak na złość, nigdzie nie mógł jej znaleźć. Szukał jej wzrokiem podczas posiłków w Wielkiej Sali oraz na korytarzach po zakończonych lekcjach, lecz Krukonka zniknęła niczym kamfora. Kilka godzin później pogodził się z losem i poszedł do biblioteki w celu wypożyczenia książek, które ułatwią pisanie pracy domowej z transmutacji. Kiedy szedł do odpowiedniego działu, dostrzegł Cho, które znajdowała się kilkanaście metrów dalej. Siedziała w skupieniu, zastanawiając się co powinna zapisać na pergaminie. Damian podszedł do niej i spytał:
— Mogę się przysiąść? — zapytał, a następnie dotknął krzesła naprzeciw Cho.
— Jeżeli przyszedłeś chełpić się wygraną, to nie — rzekła opryskliwym tonem.
— Nic z tych rzeczy. Przyszedłem cię przeprosić.
Zaskoczona Cho wybałuszyła oczy, a następnie odparła:
— No to zapraszam do rozmowy.
Damian rozsiadł się na krześle, po chwili pauzy powiedział:
— Przeze mnie niemal spadłaś z wysokości trzydziestu stóp. Byłem przekonany, że na stadionie są zaklęcia zabezpieczające. Gdybym tylko wiedział, to…
W tym momencie Cho parsknęła śmiechem. Zdezorientowany Damian rozdziawił usta.
— Czyli najbrutalniejsza rywalizacja szukających od wielu lat jest wynikiem czystego przypadku. A ja myślałam, że nie masz żadnych skrupułów — rzekła Cho, trzymając prawą dłoń przy twarzy.
— Wybacz, naprawdę głupio wyszło
Cho zbyła jego słowa machnięciem ręki:
— Przynajmniej było interesująco, a to w lataniu jest najważniejsze.
Następnie przez półtorej godziny rozmawiali na temat quidditcha. Omawiali różne manewry szukających oraz dyskutowali o Brytyjsko - Irlandzkiej Lidze Quidditcha. Zaskoczony Damian odkrył, że mają ze sobą znacznie więcej wspólnego niż mógłby przypuszczać. Kiedy żegnali się ze sobą, Cho spojrzała na mundurek Damiana:
— W żółtym ci nie do twarzy, niebieski znacznie lepiej by do ciebie pasował.
8 listopada 1996 roku, Cannon Stadium
Na początku tygodnia Władysław obawiał się, że mecze reprezentacji narodowych wpłyną negatywnie na dyspozycję zawodników Armat. Jednak stało się zupełnie inaczej. Gracze tryskali pozytywną energią, która skutkowała niezwykłym wystrzałem formy zespołu. Raheem, Diaby i Suzuki odbijali kafla z przerażającą szybkością i precyzją. Ich zgranie sięgnęło takiego poziomu, że można było je pomylić z czytaniem w myślach. Przez ponad godzinę żaden z trójki ścigających nie zanotował złego zagrania. Stevenson wykonał kilka interwencji wysokiej klasy, March i Harris nie pozwolili by tłuczki trafiły w partnerów, zaś Jimmy Barnes dwukrotnie pochwycił znicza.
— Władek, chłopcy są dziś niewiarygodni! — krzyknął Matthew, patrząc z podziwem na podopiecznych.
Władysław pokiwał głową. Przez ponad 20 lat obcowania z quidditchem widział mnóstwo zespołów w szczytowej formie, ale gra Armat przebijała wszystko, co w życiu zobaczył. Czuł przepełniającą go dumę i ekscytację przed nadchodzącym spotkaniem ze Zjednoczonymi.
