Rozdział 9.

Chłód.

Minerwa nie była w stanie oderwać wzroku od rozgrywającej się sceny, choć wcale nie chciała patrzeć. Najchętniej ukryłaby twarz w dłoniach i dla pewności zacisnęła powieki, jednak nie mogła się poruszyć. Powoli, jakby z obawą, stwór zbliżył się do ciała jednorożca i na długą chwilę zamarł w bezruchu, wpatrując się w nie intensywnie. W końcu lekko trącił je nogą i cofnął się o krok. Oddychał szybko, po jego boku spływała stróżka brunatnej krwi. Zewsząd dobiegało krakanie kruków, już nie paniczne, lecz złowieszcze. Wielkie, czarne ptaszyska nawoływały się i obsiadały pobliskie drzewa. Zlatywało się ich coraz więcej. Można było odnieść wrażenie, że kolejne fale napływają z każdym powiewem chłodnego, północnego wiatru, który zerwał się nagle i powoli rozwiewał odrażający zapach.

Minerwa czuła palce Fannie na swoim ramieniu, słyszała jej szloch i narastający harmider powodowany przez kruki, lecz to wszystko znajdowało się gdzieś obok, jakby była pogrążona w półśnie, w którym marzenie senne wciąż jeszcze wydaje się prawdziwsze i ważniejsze, niż rzeczywistość. Dla niej, boleśnie prawdziwy był spoczywający w kałuży srebrzystej krwi, martwy jednorożec. Coś szarpało ją, rozrywało od wewnątrz na strzępy. Zacisnęła zęby na swej prawej dłoni. Przez głowę przemknął jej - zasłyszany podczas któregoś z prowadzonych przez ojca nabożeństw - cytat z Biblii, o odrąbywaniu części ciała, które są przyczyną grzechu. Kiedyś wydawał jej się makabryczny, lecz teraz rozumiała go w pełni. Setki maleńkich sztyletów płynęły w jej żyłach wraz z krwią, zadając nieopisane cierpienie. Nigdy wcześniej nie doświadczyła takiego bólu. Może zelżałby trochę, gdyby odgryzła sobie rękę, która zadała śmierć temu pięknemu stworzeniu?

- Co ty robisz? Przestań, Przestań - szepnęła Fannie, uderzając ją w policzek tak mocno, że z długiego rozcięcia, ciągnącego się od nosa do podbródka, znów zaczęła lecieć krew. To otrzeźwiło Minerwę. Dotarło do niej, że siedzi wraz z Fannie w okropnie kłujących krzakach, a stwór, który je ścigał, nadal jest w pobliżu. To nie koszmarny sen, to koszmarna rzeczywistość.

- Przepraszam - wyszeptała Fannie. - Musiałam.

Stwór nagle wyciągnął ręce, bez trudności podniósł jednorożca, wbił zęby w jego bok i oderwał kawał mięsa. Krakanie kruków zlało się w jeden, przerażający jazgot. W następnej chwili rozległ się trzepot kilkuset par skrzydeł i prześwitujące między gałęziami niebo, zostało niemal całkowicie zasłonięte przez kraczącą, czarną chmurę. Po kilku sekundach chmura opadła, spowijając stwora i jednorożca.

- Chcą go dla siebie - wychrypiała Minerwa, usiłując wstać. - Jeśli mamy uciekać, to teraz.

Fannie podała jej rękę. Wtedy jednak gorący, cuchnący powiew, dużo silniejszy niż poprzednie, dosłownie ściął je z nóg i upadły z powrotem w krzaki. Płuca Minerwy wypełniły się ogniem. Była pewna, że tym razem się udusi, lecz uderzenie zimnego wiatru pozwoliło jej odzyskać oddech. Rozpętało się piekło. Gdzieś nieopodal przewróciło się kilka kolejnych, poczerniałych drzew. Kruki, wrzeszcząc przeraźliwie, uniosły się w powietrze, tym razem wbrew własnej woli. Próbowały machać skrzydłami, lecz na nic się to nie zdawało. Wiatr kręcił nimi bezlitośnie i rozrzucał je po lesie jak liście. Dwa spadły obok Minerwy. Nie poruszały się, więc pomyślała, że nie żyją, lecz gdy minęło oszołomienie, otrzepały pióra i niemrawo dokądś podreptały.

Fannie znów złapała ją za rękę. Była spięta, jakby zamierzała pobiec i czekała tylko na sygnał do startu. Minerwa ścisnęła lekko jej dłoń, na znak, że również jest gotowa do ucieczki. Stwór tym czasem schwycił jednorożca za tylne nogi i wlokąc go po ziemi, zaczął się oddalać. Gdy w końcu zniknął im z oczu, wiatr ustał. Zapadła cisza, przerywana jedynie trzepotem skrzydeł próbujących dojść do siebie kruków.

Minerwa, przy niewielkiej pomocy Fannie, wygramoliła się z krzaków.

- Chodźmy stąd - powiedziała z trudem. Głos odmawiał jej posłuszeństwa. W gardle czuła taką suchość, jakby nałykała się gorącego, pustynnego piachu.

- Boże, jak mi niedobrze - jęknęła Fannie. Jej głos brzmiał niewiele lepiej. Była zielona na twarzy i cała się trzęsła, ale w jej oczach pojawił się błysk determinacji.

- Masz jakiekolwiek pojęcie, w którą stronę powinnyśmy iść? - zapytała. Minerwa pokręciła głową. Już dawno straciła orientację.

- Wejdę na drzewo i się rozejrzę. Ale odejdźmy stąd kawałek.

Spojrzała na wielką, srebrzystą plamę krwi jednorożca oraz na kilka leżących w trawie sztyletów. Krew wprawdzie wsiąkała powoli w ziemię, jednak sztylety, narzędzia zbrodni, w które zamieniła garść zeschłych liści, były tam nadal, stanowiąc niepodważalny dowód strasznych wydarzeń.

- Według mugolskich legend, zabicie jednorożca sprowadza nieszczęście na tego, kto to zrobił - oznajmiła Fannie. - Gorzej, jeśli naprawdę coś w tym jest.

W zwyczajnej sytuacji Minerwa natychmiast odpowiedziałaby, że to jakieś brednie, podobnie jak pochodzenie księżycowej paproci z księżyca. Teraz jednak czuła, że Fannie ma rację, że to, co się stało, coś w niej nieodwracalnie zmieniło. Być może jeden ze sztyletów wbił się w jej duszę i utkwił tam na dobre, sprawiając nieustanny ból. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że chłód metalu wnika w powstałą ranę, próbując ją zasklepić. Zacisnęła zęby. Nie, pod żadnym pozorem nie może do tego dopuścić. Ból to przejaw życia, a chłód to śmierć. Tata często to powtarza i na pewno ma rację. W końcu zna się na takich sprawach.

Oczyma wyobraźni zobaczyła jednorożca. Stał kilka stóp od niej i przyglądał się jej z zaciekawieniem. Jego bielsza od śniegu sierść lśniła wspaniale, choć oświetlenie było marne, piękna grzywa spływała po szyi perłową kaskadą. Był tak wyraźny, że prawie uwierzyła, że przed nią stoi. Zamrugała i poczuła, że wilgotnieją jej oczy. Jednorożec zniknął, a chłód się wycofał. Wiedziała, że nadal gdzieś tam jest, lecz chwilowo znajdowała się poza jego zasięgiem.

- Muszę o tym powiedzieć profesorowi Dumbledore'owi - stwierdziła ponuro. - Tylko jemu - dodała z naciskiem. Miała nadzieję, że Fannie przed nikim się nie wygada. Nie chciała, by dowiedziała się o tym cała szkoła.

- Slughorn! - zawołały jednocześnie.

- Myślisz, że nas szuka? - spytała Fannie. - Chyba nie przygniotło go jedno z tych drzew?

- Nie wydaje mi się - odrzekła Minerwa. - Jest dorosłym czarodziejem. Poradziłby sobie z czymś takim. Powinien nas szukać. Nie wierzę, żeby niczego nie słyszał.

- Wystrzelmy czerwone iskry.

- Dobrze, ale... naprawdę, chodźmy stąd najpierw.

- Dasz radę? Wyglądasz okropnie.

- Dziękuję. Ty też mogłabyś straszyć na wrzosowiskach.

- Nie żartuj sobie, dobra? Cały czas się bałam, że zemdlejesz i nie damy rady uciec.

- Nie miałam takiego zamiaru - mruknęła Minerwa.

- Ale wyglądałaś, jakbyś miała, odkąd... Odkąd rzuciłaś to zaklęcie. Przez chwilę nie byłaś sobą.

Nic więcej nie mówiąc, odeszły kawałek od swej kryjówki i Minerwa z niemałym wysiłkiem wspięła się na drzewo. Bolało ją dosłownie wszystko; mogłaby przysiąc, że nawet potargane przez gałęzie włosy. Widziała z góry martwe drzewa. Pas zniszczeń był dość wąski, lecz ciągnął się daleko, jakby ktoś usiłował wypalić sobie drogę przez puszczę. Z trudem udało jej się dostrzec polanę, na której zbierały paproć księżycową. Będą musiały podążyć za zniszczeniami, by do niej dotrzeć. Ta perspektywa wcale jej się nie podobała, jednak nie było wyjścia. Nie znała innej drogi.

Przez jakiś czas szły w milczeniu, mijając pojedyncze, na wpół zniszczone drzewa, od których biło gorąco. Wiatr rozwiał ohydny zapach, lecz jego ślad nadal utrzymywał się w powietrzu, jakby wszystko w koło było nim przesiąknięte. W końcu dotarły do obszaru, w którym krew stwora prawdopodobnie kapała na ziemię. Minerwa ostrożnie dotknęła końcem palca jednego z leżących pni. Był nienaturalnie ciepły, podobnie jak ściółka. Poczerniałe gałęzie pozostałych drzew, tworzyły nad ich głowami posępny baldachim.

- Jeśli spróbujemy tędy pójść i przez przypadek któregoś dotkniemy, albo powieje silniejszy wiatr, poprzewracają się i nas przygniotą - powiedziała Minerwa. - Musimy odbić trochę w lewo, albo w prawo i iść obok.

- Czerwone iskry - syknęła Fannie, wyciągając różdżkę. - To przede wszystkim musimy zrobić. Jak zaczniemy szukać Slughorna, nikt nikogo nie znajdzie do jutra. Lepiej niech on nas szuka, a jeśli się długo nie pojawi, wtedy będziemy się martwić.

- Masz rację - odparła Minerwa, siadając ciężko na trawie. Wprawdzie wolałaby iść, niż tkwić w miejscu, mieć przynajmniej poczucie, że zbliża się do zamku, ale rzeczywiście istniało spore ryzyko, że rozminą się ze Slughornem. Fannie wystrzeliła z końca różdżki snop czerwonych iskier i w tym samym momencie, w oddali dało się słyszeć nawoływanie:

- Minerwa! Frances! Gdzie jesteście!?

Minerwa jeszcze nigdy nie czuła tak ogromnej ulgi. Ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywała się, by się nie rozpłakać. Fannie popędziła w stronę, z której dobiegał głos, lawirując pomiędzy spalonymi drzewami zręcznie, niczym zając. Serce podskoczyło Minerwie do gardła. Głupia! Jeśli któreś potrąci, zapoczątkuje kolejną lawinę i tym razem niechybnie zginą. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Wyglądało na to, że Fannie, jeśli tylko chce, nie jest tak niezdarna, za jaką wszyscy ją uważają.

Minerwa również wstała, lecz nawet nie próbowała biec. Szła niepewnie, walcząc z falą obezwładniającego wyczerpania. Była przekonana, że za chwilę usłyszy wypowiedziane płaczliwym tonem: "Panie profesorze, cały las nas zaatakował! To McGonagall go napuściła"! Obawiała się, że wymuszony przez sytuację rozejm właśnie dobiegł końca i, że Fannie, znów zacznie zachowywać się... jak Fannie.

- Frances!? - W głosie Slughorna pobrzmiewała panika. - Frances! Jesteś cała!?

- Tak! Panie profesorze! Wynośmy się stąd!

- Gdzie jest panna McGonagall? Pogubiłyście się?

- Nie, Nie, ona... Chyba już idzie.

- Jestem tutaj - odezwała się Minerwa, podchodząc do nich powoli. Slughorn był czerwony na twarzy, w drżącej dłoni ściskał różdżkę. Widać było, że z trudem nad sobą panuje.

- Całe szczęście. Na brodę Merlina, całe szczęście - powiedział, ocierając chustką pot z czoła. - Nie mam pojęcia, co to było i skąd się wzięło, ale to coś wyjątkowo paskudnego.

- Widział pan to stworzenie? - zapytała Minerwa. Slughorn spojrzał na nią ze zdumieniem.

- O czym pani mówi, panno McGonagall? Miałem na myśli to straszliwe zjawisko. - Wskazał ręką na poczerniałe drzewa.

- Gdzieś w pobliżu jest istota, która to wszystko spowodowała. Widziałyśmy ją. Ścigała nas.

- To prawda, panie profesorze - potwierdziła skwapliwie Fannie.

Nie czekając na dalsze wyjaśnienia, Slughorn chwycił je pod ręce i poprowadził między drzewami, oddalając się od obszaru zniszczeń.

- Dlaczego mnie odrazu nie wezwałyście? - zapytał po chwili. Nadal się trząsł, może nawet bardziej, niż wcześniej.

- Kiedy go zauważyłyśmy, nie chciałyśmy robić zamieszania, bo nie byłyśmy pewne, czy nas widzi, a potem... potem już nie było czasu - odrzekła Minerwa.

- Chciał nas pożreć! - zawołała gniewnie Fannie. - Wstrętny, śmierdzący potwór! I pożarłby, ale…

- Ale zajął się jakimś martwym zwierzęciem - dokończyła szybko Minerwa, mając ochotę spiorunować Fannie wzrokiem. Powstrzymała się jednak, bo Slughorn mógłby zwrócić na to uwagę.

Nie miała pojęcia, jak powie Dumbledore'owi o zabitym jednorożcu. Żadne słowa nie wydawały się odpowiednie, nie odzwierciedlały prawdy w wystarczającym stopniu. Gdyby tak pozwolić, by przyczajony chłód uśmierzył ten dziwny, wewnętrzny ból, byłoby jej dużo łatwiej.

- Zrób to - powiedział cichutki głosik w jej głowie. - Nie chciałaś go zabić. Nie musisz przez to cierpieć, nie musisz nikomu o niczym mówić. Zrób to. Ulecz się. Przecież wiesz, że możesz. Zrób to, zrób to, zrób to.

- Przymknij się. Idź stąd. Nie chcę cię - szeptała bezgłośnie Minerwa.

- Jak wyglądało to stworzenie? - zapytał Slughorn, przyspieszając krok.

Fannie opisała stwora bardzo dokładnie. Gdyby Minerwa nie widziała go na własne oczy, słysząc jej opis, wyobraziłaby go sobie bez trudności.

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem - mruknął Slughorn. - Bałem się, że... Och, dobrze, że nic się wam nie stało.

Znaleźli się na jakiejś krętej ścieżce, która, zdaniem Minerwy, mogła prowadzić - w najlepszym wypadku - do nikąd, lecz Slughorn wyraźnie był jej pewien. Od czasu do czasu wyczarowywał niebieski, świetlny punkcik, który zawisał w powietrzu, kilka stóp od nich i znikał, gdy go mijali. Minerwa przypuszczała, że to jakaś czarodziejska metoda orientacji w terenie. Zapytałaby o to, aby zająć czymś myśli, ale Slughorn wyglądał na skoncentrowanego, więc nie chciała mu przeszkadzać. Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby się teraz zgubili.

- Zrób to, zrób to, zrób to - powtarzał głosik, w rytm kroków. Nim się spostrzegła, kojący chłód zaczął wsączać się powoli przez palce jej prawej dłoni. Przynosił ulgę, niczym przyłożony na stłuczenie, zimny okład. Wewnętrzny ból zdecydowanie stracił na sile, pozwalając w końcu dojść do głosu zdrowemu rozsądkowi. Ten głupi jednorożec właściwie sam był sobie winien. Nikt mu nie kazał tak nagle wyskakiwać. Zabiła go niechcący. Nie mogła przewidzieć, że się pojawi. Zresztą, do licha, to tylko zwierzę. Codziennie zabija się jakieś zwierzęta, zupełnie chcący. Zjada się je na obiad, przerabia na futra. I czy ktoś zamartwia się z tego powodu? Oczywiście, że nie. Dlatego i ona nie będzie się tym przejmować. Nawet nie wspomni o tym Dumbledore'owi, bo niby po co? Musiałaby się tłumaczyć i mogłaby mieć przez to tylko kłopoty. Może wyrzucili by ją z Hogwartu? Może tym razem Dumbledore też by tego chciał? Nauczyciele zwykle nie lubią dzieci, które strzelają z procy do ptaków, rzucają kamieniami w zające, albo zabijają jednorożce, choć sami regularnie uczestniczą w polowaniach. Przypomniała sobie, jak dyrektor jej poprzedniej szkoły, zapalony myśliwy, spuścił lanie Dougalowi McGregorowi, właśnie za strzelanie do kaczek. Ponoć aż połamał rózgę. Wprawdzie nigdy nie słyszała, by w Hogwarcie ktoś oberwał, raczej odejmowano punkty i rozdawano szlabany, lecz to wcale nie oznacza, że w szczególnych przypadkach nie używają rózgi. Może po prostu nie zdążyła jeszcze o tym usłyszeć? Nie, nie powie nic Dumbledore'owi. Nikt nie będzie jej wyrzucał ze szkoły, ani tym bardziej bił za to, że się broniła. Co to, to nie. A jeśli Fannie będzie chciała powiedzieć, znajdzie się na nią sposób. Minerwa potrafiła zmusić koty, psy i owce, by wykonywały skomplikowane polecenia, więc powinno się udać także z Fannie. Wprawdzie mama mówiła, że absolutnie niewolno jej robić takich rzeczy, że to jest zakazane, ale skąd niby miałaby się o tym dowiedzieć?

Nagle zobaczyła w wyobraźni jednorożca w pełnym pędzie, na sekundę przed tym, jak opadły sztylety. Ten obraz wytrącił ją z dopiero odzyskanej, zwodniczej równowagi. Zrozumiała, że jej ostatnie myśli nie pochodziły od niej, lecz kształtowały się z chłodu i atakowały umysł niczym rój... sztyletów. Zadziałała instynktownie. Zebrała resztki energii, które udało jej się jeszcze z siebie wykrzesać i z siłą, jakiej się po sobie nie spodziewała, uderzyła nią w źródło chłodu. Krzyknęła, gdy jej prawą dłoń przeszył rozdzierający ból. Slughorn podskoczył. Ręka Minerwy, a także kilkadziesiąt pobliskich drzew, krzaki i ściółka, momentalnie pokryły się szronem.

- Co się dzieje!? - zapytała piskliwie Fannie. - Co to jest!?

- To ja! - wrzasnęła Minerwa. - Nie panuję nad tym! Profesorze, błagam, niech pan coś zrobi!

Chłód wyciekał jej z palców niczym krew. Drobne kryształki lodu oblepiały ich ubrania i włosy, osiadały na kolejnych drzewach. Niewielka kałuża zamarzła w mgnieniu oka.

- Spokojnie, moja droga. Już spokojnie - mówił Slughorn. Był blady z przerażenia. - Wiem, że jak na koniec października było tu trochę za gorąco, ale nie popadajmy w skrajności.

Fannie zachichotała histerycznie. Pod Minerwą ugięły się kolana. Upadłaby, gdyby Slughorn jej nie trzymał. Ból w palcach ustąpił tak nagle, jak się pojawił. Chłód również odpuścił i nie miała już wrażenia, że gdzieś się przyczaił, ale kręciło jej się w głowie.

- P-przepraszam - wyjąkała, szczękając zębami.

- Nic się nie stało, nie denerwuj się. Ostatecznie to tylko trochę lodu. Profesor Dumbledore mówił, że czasem przytrafiają ci się takie rzeczy. Masz rękawiczki? Powinnaś rozgrzać dłonie.

Zatrzymali się na chwilę i Minerwa włożyła wyjęte z kieszeni, ochronne rękawice ze smoczej skóry. Było jej zimno, dłonie miała jak z lodu, lecz w żaden sposób nie dało się tego porównać z tamtym chłodem. Wiedziała, że nigdy nie zapomni tego uczucia.

Wyszli w końcu na skraj lasu, a ich oczom ukazał się zamek, nad którego wieżami unosiła się, dziwnie znajoma, czarna chmura.

- Och nie - jęknęła Minerwa, zanim zdążyła ugryźć się w język.

- To tylko kruki, panno McGonagall - odrzekł łagodnie Slughorn, podążając za jej wzrokiem. Czuła, że woli obchodzić się z nią ostrożnie. Wystraszyła go, choć - jak sam twierdził - Dumbledore ich uprzedził. - Zdarza się, że przylatują całymi stadami. Zwłaszcza jesienią.

Ptaki krążyły niespokojnie nad Hogwartem, w niemal absolutnym milczeniu. Minerwę przepełniła zgroza. Wolałaby już, żeby krakały.

- Uciekły z lasu, panie profesorze - powiedziała z trwogą. - Wtedy, gdy zerwał się ten wiatr.

- To całkiem możliwe. Kruki to niezmiernie inteligentne stworzenia. Lubią chronić się w magicznych miejscach, takich, jak Hogwart. Czują się tam bezpiecznie.

- Ja też chcę się tam schronić - oświadczyła Fannie, wyrywając się do przodu. Potknęłaby się o wystający korzeń, gdyby Slughorn nie złapał jej za ramię. Obydwoje krzyknęli, zauważywszy na ziemi coś, co Minerwie rzuciło się w oczy dopiero po chwili. Kilkadziesiąt, może kilkaset myszy kłębiło się u ich stóp. Wyglądały na kompletnie oszołomione, poruszały się powoli, ociężale.

- Musiały się czymś zatruć - stwierdził Slughorn, cofając się z odrazą. - Trzeba będzie powiedzieć panu Ogg, żeby nie wypuszczał kota.

Fannie, do której w pełni dotarło na co patrzy dopiero po kilkunastu sekundach, zaczęła wrzeszczeć tak przeraźliwie, że nieszczęsne gryzonie na chwilę zupełnie zamarły, a potem, niespodziewanie się ożywiły i z piskiem czmychnęły w krzaki. Przez resztę drogi Fannie nie odrywała wzroku od ziemii i wzdrygała się, gdy tylko zauważyła najdrobniejszy ruch.

Widok Ermengardy, w ciężkim, burym płaszczu i w przekrzywionym kapeluszu, dyrygującej drewnianymi ławkami, które biegały po błoniach, niczym rozbrykane źrebięta, wydał się Minerwie tak niedorzeczny, że w pierwszej chwili pomyślała, że zaczyna jej się mieszać w głowie.

- Panno Pince, ale co pani wyprawia!? - Naprzeciwko Ermengardy stał profesor Aschenwald, jak zawsze elegancki, w swej granatowej pelerynie ze srebrnymi zapinkami. Od niechcenia przerzucał w dłoniach różdżkę, minę miał bardzo niezadowoloną. - Te ławki miały latać.

- Przecież latały, panie profesorze. Przez całe dwie minuty - odrzekła spokojnie Ermengarda. - Zmęczyłam się, to spadły. Ale niech sobie jeszcze pobiegają. Co im będę bronić?

- Zmęczyła się pani? Co to znowu za nonsens? Mam dość tych wygłupów. Jeżeli pani zaraz nie przestanie...Aschenwald urwał, dostrzegłszy ich. W wyrazie jego twarzy zaszła jakaś zmiana. Minerwa pomyślała, że przypomina trochę myśliwskiego psa, który zwietrzył zwierzynę i ma wielką ochotę rzucić się w pogoń. Najchętniej czym prędzej zeszłaby mu z oczu. Że też musieli wpaść akurat na niego.

Ermengarda jednym machnięciem różdżki zatrzymała rozszalałe ławki. Slughorn parę razy zaczerpnął gwałtownie powietrza. Tak szybki marsz przy jego tuszy, dał mu się mocno we znaki.

- Pokażcie się natychmiast profesorowi Dumbledore'owi - powiedział ostro Aschenwald. Minerwa uświadomiła sobie, że na pewno jest już dawno po obiedzie i jeśli Slughorn zapowiedział, że wrócą przed obiadem, ktoś mógł zacząć się niepokoić.

- Muszę porozmawiać z dyrektorem - odparł Slughorn, przystając i uwalniając rękę Minerwy. - W lesie wydarzyło się coś bardzo niedobrego. Słowo daję, piekielnie niedobrego. Ktoś powinien to jak najszybciej sprawdzić.

Ermengarda popatrzyła w górę, na krążące kruki. Ptaki przysiadały na szczytach wież, by po kilku sekundach znów poderwać się do lotu. Aschenwald podszedł bliżej, omiatając ich badawczym spojrzeniem.

- Na miłość boską, co się stało? - zapytał, lustrując ich twarze tak dokładnie, jakby chciał zapamiętać każde, najmniejsze zadrapanie. - Nic wam nie jest?

- Strasznie mi niedobrze - wypaliła Fannie. - I w ogóle czuję się, jak poduszka do szpilek.

Aschenwald lekko uniósł brwi.

- Bo wpadłyśmy w kłujące krzaki - objaśniła szybko Minerwa. Bardzo chciała wejść już do środka i usiąść..

- A pani, panno McGonagall? Skąd tyle krwi?

- Wszystko w porządku, to tylko zadrapania - odpowiedziała. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek była tak podrapana i poobijana, ale teraz to stanowiło jej najmniejszy problem. Ewentualna wizyta w skrzydle szpitalnym mogła zaczekać.

- Najlepiej będzie, jeśli Albus się nią zajmie - rzekł półgłosem Slughorn. Po krótce zrelacjonował Aschenwaldowi wydarzenia z Zakazanego Lasu. Gdy wspomniał o stworze, Ermengarda otworzyła usta, jakby zamierzała coś powiedzieć, lecz ostatecznie się rozmyśliła. Jej brązowe oczy na ułamek sekundy nabrały dziwnego wyrazu, od którego ciarki przeszły Minerwie po plecach. Mogłaby przyrzec, że to był gniew, wręcz czysta furia, choć postawa Ermengardy nie zdradzała żadnych emocji.

- Dobrze Horacy, zaprowadź pannę Forks do skrzydła szpitalnego i idź do dyrektora. Ja zabiorę pannę McGonagall do Albusa. Ermengardo, bądź tak dobra i sprowadź pana Ogg. Panno Forks, naprawdę wątpię, by od tego, co pani w tej chwili robi, poczuła się pani lepiej.

Fannie wyjęła z ust końcówkę warkocza i zaczerwieniła się po uszy. Po dziewczynce, w jaką na krótko zmieniła się w lesie, nie pozostał najmniejszy ślad.

Ermengarda bez słowa ruszyła w stronę chatki gajowego, natomiast Minerwa powlokła się za Aschenwaldem.

Drzwi do gabinetu Dumbledore'a były otwarte, lecz w środku nie zastali nikogo, oprócz drzemiącego na swej żerdzi Fawkesa. Aschenwald nakazał Minerwie usiąść przy kominku, a sam, jak to określił, poszedł ocenić stopień powstałego zamieszania. Uznawszy, że jest zbyt brudna na fotel, Minerwa usiadła na podłodze przed kominkiem. Korzystając z chwili spokoju spróbowała doprowadzić się do w miarę cywilizowanego wyglądu, lecz jedynym, co zdołała osiągnąć bez wody i lusterka, było rozmazanie krwi po całej twarzy. Marzyła o tym, by się porządnie umyć, a potem zagrzebać w ciepłym łóżku. Gdyby była w domu, mama przygotowałaby jej mleko z korzennymi przyprawami, które nazywały eliksirem na wszystkie zmartwienia. Niemal rozpaczliwie zatęskniła za mamą, za jej trochę smutnym uśmiechem, mądrym spojrzeniem pięknych, ciemnoniebieskich oczu i za delikatnym zapachem jaśminu, towarzyszącym jej niezależnie od pory roku. Nie odważyłaby się jej wyznać, co zrobiła, bo kiedy chodziło o sprawy związane z magią, mama bardzo łatwo się denerwowała, ale wystarczyłaby świadomość, że jest gdzieś blisko, że w każdej chwili mogą się do siebie odezwać.

Drzwi się otworzyły i wszedł Dumbledore, a za nim, niczym cień, Aschenwald. Minerwa jęknęła w duchu. Nie wyobrażała sobie, by była w stanie wyznać przy nim prawdę, a chciała mieć to już za sobą.

- Zrób coś z tym oknem, Pringle - rzucił przez ramię Aschenwald. Z korytarza dobiegł pomruk woźnego, który najwidoczniej zawierał więcej treści, niż usłyszała Minerwa, bo oczy Aschenwalda zwęziły się jak u kota.

- To już jest szczyt bezczelności - warknął, z impetem zamykając drzwi. - Dziwię się, że dyrekcja to toleruje.

- Mówiłeś ostatnio, że złożysz oficjalną skargę - zauważył, nieco uszczypliwie Dumbledore.

- I złożę. Możesz być pewny, że złożę. W bardziej odpowiednim momencie.

Dumbledore podszedł szybko do Minerwy i spojrzał na nią z góry swymi ciepłymi, błękitnymi oczyma. Pod tym spojrzeniem uświadomiła sobie, że jest naprawdę bardzo zmęczona i, że bardzo się boi tego, co ma nastąpić.

- Chodź. Tu nie będzie ci zbyt wygodnie. Poza tym, podłoga jest zimna - powiedział, i bez wysiłku postawił ją na nogi.

- Bo ciągnie z korytarza - dodał z jakąś mściwą satysfakcją Aschenwald.

- Tu zawsze jest dość chłodno - odrzekł Dumbledore, prowadząc Minerwę do jednego z foteli. Po chwili trzymała w rękach kubek gorącego mleka z przyprawami pachnącego dokładnie tak, jak to, które piła w domu. Nie mogła w to uwierzyć. Zaczęła się zastanawiać, czy czekając, przypadkiem nie zasnęła. Uszczypnęłaby się dyskretnie, ale oderwanie dłoni od ciepłego kubka ją przerastało.

- Co? - zapytał z rozbawieniem Dumbledore. - Co cię tak zaskoczyło?

- Och, po prostu... Myślałam o tym, że moja mama... Że bardzo bym chciała... - Zrobiło jej się głupio, gdy miała to powiedzieć na głos. - Że bardzo bym chciała się czegoś napić.

- Widzisz... Czasem zdarza się dokładnie to, czego byśmy chcieli. I co ciekawe, to zwykle zaskakuje nas najbardziej - odpowiedział pogodnie Dumbledore. - Może wolałabyś kakao, albo herbatę? Ale doszły mnie słuchy, że mieliście w lesie niespodziewany atak zimy, więc wydało mi się, że to najlepszy pomysł.

Minerwa westchnęła. Czyli rozmawiał już ze Slughornem i zna przynajmniej część faktów. W sumie ją to ucieszyło. Opowiedziała o tym, co wydarzyło się od momentu, gdy rozdzieliły się ze Slughornem, pomijając jedynie prawdziwy powód, dla którego stwór zostawił je w spokoju. Aschenwald wbijał w nią przenikliwe spojrzenie, zupełnie jakby podejrzewał, że coś ukrywa. Miała nadzieję, że w końcu się wyniesie, ale ten rozsiadł się w fotelu i zadawał pytania na zmianę z Dumbledore'em.

- Co to było za zwierzę? - zapytał. - To, które odwróciło uwagę tego stworzenia.

- Jeleń - wykrztusiła Minerwa. - Myślę, że martwy jeleń.

- Nie jesteś tego pewna - powiedział ostro Aschenwald. Fawkes sfrunął ze swej żerdzi i wylądował mu na kolanach.

- N-nie, panie profesorze. Dużo się działo. Trudno było się przyjrzeć.

Każde słowo z osobna więzło jej w gardle, zwłaszcza, że teraz również Dumbledore przewiercał ją wzrokiem. Ale skoro już w to zabrnęła, musiała brnąć dalej, choć czuła się niemal jak morderczyni, która zaplątała się w kłamstwach. Tyle, że ona nie zamierzała kłamać. Po prostu nie chciała, by wszyscy się dowiedzieli.

- Rozumiem - odrzekł Aschenwald, gładząc łebek feniksa czubkami palców. - Pytam, bo pokarm wybierany przez dane stworzenie, może nam o nim sporo powiedzieć. Prawdę mówiąc wątpię, by to był jeleń. Żadna istota o tak dużej, czarnomagicznej mocy, nie zrezygnowałaby z pościgu za człowiekiem, a już zwłaszcza za czarodziejem, dla zwykłego jelenia. Coś tu się ewidentnie nie zgadza, nie sądzisz? - zwrócił się do Dumbledore'a.

- Niekoniecznie. Z tego co wiemy, to stworzenie było ranne. W takiej sytuacji mogło mu zależeć na zjedzeniu czegokolwiek.

- Niewykluczone. Mimo wszystko jednak, trzeba wziąć pod uwagę możliwość, że to stworzenie nie miało nic wspólnego z zaistniałym w lesie zjawiskiem.

Minerwa odstawiła kubek na biurko, w obawie, że wypuści go z drżących dłoni. Żałowała, że wyrwała się z tym jeleniem. W panice wymieniła pierwsze zwierzę, jakie przyszło jej do głowy, a mogła przecież powiedzieć, że to był martwy jednorożec. To ułatwiłoby sprawę, a przede wszystkim, nie byłoby kłamstwem.

- Na pewno miało, panie profesorze - powiedziała przez ściśnięte gardło. - Widziałam to. Fannie też.

Dumbledore powoli pokiwał głową. Minerwa nie potrafiła nic wyczytać z jego twarzy, ale była przekonana, że słowa Aschenwalda wywarły na nim wrażenie. Oparł brodę na splecionych dłoniach i milczał przez dłuższą chwilę. Tuż za oknem zakrakał kruk. Odpowiedziało mu kilka innych, znajdujących się gdzieś dalej. Ich głosy brzmiały już zdecydowanie spokojniej. Minerwa upiła kilka łyków mleka i zaraz poczuła się odrobinę lepiej. Przyjemne ciepło rozpełzło się po jej żyłach, piasek w gardle zniknął, a napięte mięśnie zaczęły się rozluźniać. Dumbledore popatrzył na nią znad okularów i zapytał:

- Czy coś wystraszyło was na polanie, zanim zobaczyłyście to stworzenie? Albo jeszcze wcześniej?

- Nie. Dopiero ten dziwny zapach nas zaniepokoił.

- A kałurznik? Profesor Slughorn wspomniał, że od początku mieliście pecha.

- Tak, rzeczywiście, spotkaliśmy kałurznika. Oblał nas wodą.

W natłoku wydarzeń, Minerwa zdążyła zupełnie o tym zapomnieć. Ostatnie godziny wydłużyły się w jej odczuciu conajmniej do rozmiaru wieków i dzisiejsze przedpołudnie stanowiło odległą przeszłość, którą trzeba odgrzebywać w zakamarkach pamięci.

Dumbledore znów się zamyślił. Aschenwald również zdawał się coś analizować, bezwiednie głaszcząc Fawkesa. Ciszę przerwało pukanie do drzwi. W progu stanęła zdyszana Ermengarda, z kapeluszem w ręku.

- Pan dyrektor prosi, żeby panowie profesorowie przyszli do pokoju nauczycielskiego. Chciałby zrobić zebranie - oznajmiła.

- Dobrze, już idziemy - odrzekł Dumbledore, wstając. Minerwa dopiła mleko i także dźwignęła się z fotela, starając się nie zważać na protesty obolałych mięśni. Fawkes zasyczał gniewnie, gdy Aschenwald zdjął go z kolan i posadził na biurku.

- Eee, tu, na korytarzu, jest wybita szyba w oknie - powiedziała z wahaniem Ermengarda. - Nie mam pojęcia, dlaczego i nawet chodziło mi po głowie, czy by tego nie naprawić, ale... Ja już wolę nic z oknami nie kombinować.

- Wiem, widzieliśmy. Ptak wpadł na szybę - odparł Dumbledore, a jego wąsy zadrgały lekko, jakby z trudem powstrzymywał śmiech.

- A pan woźny doszedł do wniosku, że może tak zostać - dodał Aschenwald. Ermengarda pokręciła głową.

- Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale coś to nie za bardzo. Przecież będzie zimno.

Ano nie za bardzo — mruknął pod nosem Aschenwald. Dumbledore westchnął głęboko i zagarniając Minerwę ramieniem, ruszył do drzwi.

- Odpocznij teraz - powiedział do niej cicho. - Spróbuj się przespać. Jeżeli jesteś głodna, panna Pince zorganizuje ci coś do jedzenia. Ma doskonałe stosunki z naszą kuchnią, więc nie będzie z tym żadnych trudności. Gdybyś przypomniała sobie o czymś ważnym, gdybyś uznała, że powinnaś mi o czymś powiedzieć…

- Powinnam, panie profesorze - wtrąciła szybko. - Ale nie teraz.

- W porządku. Wiesz, gdzie mnie szukać. - Poklepał ją lekko po ramieniu, a potem odwrócił się do Ermengardy. Minerwa usłyszała, jak szepnął:

- Moja droga, jeśli mogę cię prosić… Przyjdź tu za chwilę i napraw to okno, dobrze?

Gdy parę minut później, po wzięciu gorącego prysznica, Minerwa przebierała się w czyste szaty, do dormitorium weszła Fannie, uginając się pod olbrzymim stosem książek, na którego szczycie stała taca z kilkoma półmiskami oraz dzbankiem z herbatą.

- Łap tacę! - zawołała Fannie. - Błagam cię, weź tę tacę, bo to wszystko zaraz!…

Minerwa wstała z jękiem. W ostatniej chwili udało jej się przejąć tacę, na której spoczywały półmiski z puddingiem na słodko, pasztecikami i różnego rodzaju ciastkami. Ostrożnie postawiła ją na szafce i posłała Fannie poirytowane spojrzenie.

- Coś ty sobie myślała? Że uda ci się to w ten sposób donieść?

- Właściwie doniosłam - żachnęła się Fannie, upuszczając książki na łóżko. - A na tych schodach to wcale nie było łatwe, więc nie bądź taka przemądrzała, dobra? Ciekawe, czy ty dałabyś radę.

- Nie wpadłabym na tak głupi pomysł - odrzekła Minerwa, zabierając się za rozczesywanie wilgotnych włosów. - Zamierzasz to wszystko zjeść? - zapytała po chwili.

- Oj, nie, nie. Może ze dwa herbatniki. Nie jest mi już niedobrze, ale nie jestem narazie głodna. Zresztą pani Beery powiedziała, że mam dzisiaj za dużo nie jeść. To dla ciebie.

- Ach! Acha. Dziękuję.

Minerwa nie była pewna, czy jest głodna, ale sięgnęła po dyniowego pasztecika, a stwierdziwszy, że jedzenie idzie jej nienajgorzej, zabrała się za pudding. Fannie zaczęła układać na szafce przyniesione książki. Kilka odłożyła sobie na kolana, parę innych na łóżko.

- Zostawiłaś coś w ogóle w bibliotece? - spytała Minerwa, obserwując ją ze zdumieniem.

- Mhm. Nie bardzo wiedziałam, które wziąć, bo strasznie tam tego dużo, ale wydaje mi się, że w tych może coś być.

- A czego szukasz? Chcesz znaleźć tego stwora?

- To też. Ale chyba najważniejsze, żeby się dowiedzieć, czy zabicie jednorożca naprawdę czymś grozi, nie?

Ciarki przeszły Minerwie po plecach. Wciągnęła przez głowę kraciasty sweter i wpełzła pod kołdrę.

- Nie mówiłam jeszcze Dumbledore'owi - szepnęła. - Nie miałam okazji. Aschenwald cały czas z nami był.

- Myślałam, że pójdzie ze mną do skrzydła szpitalnego - odparła Fannie, przeglądając grubą, oprawioną w spłowiały materiał księgę. - Delia to ma szczęście. Zawsze mdleje w najbardziej odpowiednich momentach. Brangien tak mówiła.

- No i co z tego? - prychnęła Minerwa. Ostatnią rzeczą, jakiej miała ochotę teraz wysłuchiwać, były wywody na temat nadzwyczajnego szczęścia sprzyjającego Delii Urquart.

- To może być całkiem przydatne, nie sądzisz? Gdybym wtedy zemdlała, Aschenwald tym by się zajął.

- Och, powinnaś wylądować w Slytherinie, razem z Delią.

- Ale jestem w Gryffindorze, a tonę w książkach jak krukonka.

- Daj je tutaj, poszukamy razem. - Minerwa poklepała miejsce obok siebie. I tak nie zdołałaby teraz zasnąć, choć oczy jej się zamykały. Fannie zgarnęła kilka książek i wgramoliła się na jej łóżko.

- Słuchaj! - zawołała po jakimś czasie. - „Uważa się powszechnie, że zabicie jednorożca odbiera człowiekowi zdolność odczuwania emocji. Staje się on zimny i okrutny, według niektórych pozbawiony części duszy. Kwestią sporną pozostaje jednak, czy jest to następstwo, czy przyczyna dokonania owej straszliwej zbrodni. Nieliczne osoby, które przyznały się do popełnienia tego makabrycznego czynu, zwykle już wcześniej nie cieszyły się najlepszą reputacją, co pozwala przypuszczać, że było to wyłącznie przypieczętowanie degeneracji ich dusz. Wiadomo natomiast z całą pewnością, że wypicie krwi jednorożca..." Fuj! Nie będę tego dalej czytać! To nam wystarczy.

- Do czego? - westchnęła Minerwa, wtulając policzek w poduszkę. - Do stwierdzenia, że mogę się stać bezwzględną morderczynią?

- Do stwierdzenia, że nic nie jest przesądzone.

Minerwa zasnęła, analizując przeczytane przez Fannie słowa. Przebudziła się tylko na chwilę, gdy do dormitorium wróciły Delia i Brangien, narzekając głośno, że kolacja jest za wcześnie i siedząc do późna, by odrobić wszystkie prace domowe, znów robią się głodne. Miała dziwne sny. Raz była w domu, raz w Hogwarcie, raz na wycieczce z tatą, lecz w każdym z nich coś zachowywało się nie tak, jak tego chciała. To kucyk stawał dęba, to psy uparcie nie przychodziły na komendę, to Malcolm bez przerwy podstawiał jej nogę, Fannie powtarzała rymowankę Irytka, a Aschenwald kazał jej zbierać pozostawione w lesie sztylety. Znała na to sposób, wiedziała jak zmusić do posłuszeństwa zwierzęta i coraz bardziej korciło ją, żeby spróbować tego na ludziach. Prawie to zrobiła, prawie jej się udało, lecz wtedy się obudziła. Przeraźliwe zimno oblepiało ją ciasnym kokonem. Poduszka zmieniła się w lodowaty kamień, kołdra również zaczynała nabierać nietypowego ciężaru. Minerwa odrzuciła ją i usiadła gwałtownie. Dygocąc na całym ciele, zaczęła szukać różdżki. Nagle przypomniała sobie bardzo dokładnie, jak upuściła ją po rzuceniu zaklęcia. I nie pamiętała, by ją po tym podniosła.