Rozdział 10.

Kto nie traci głowy.

- Mamy kawał spalonego lasu i tak naprawdę nic poza tym - oświadczyła profesor Merrythought, z coraz większym rozdrażnieniem wpatrując się w przyniesione przez Horacego kawałki zwęglonej kory, spoczywające na woreczku ze smoczej skóry. Albus miał ochotę jej przypomnieć, że dysponują również opisem tego dziwnego stworzenia, a to zdecydowanie więcej, niż kawał spalonego lasu, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język. Nie powinien zabierać głosu, dopóki nie pozna i nie złoży w spójną całość wszystkich faktów. Jego obawy narastały, im bardziej się nad tym zastanawiał, Aschenwald jeszcze je podsycił. Czy to możliwe, by za wydarzenia w lesie odpowiedzialna była Minerwa? Czy to możliwe, że z jakichś przyczyn nie panuje nad swoją niewątpliwie ogromną, magiczną mocą w tak wielkim stopniu jak jego siostra? Może ona i Fannie usłyszały od Ermengardy o dziwnym stworze, wyobraźnia spłatała im figla, przestraszyły się i Minerwa niechcący rozpętała coś, co wymknęło jej się spod kontroli? Nie chciał w to wierzyć, ale narazie nie mógł tego wykluczyć.

- Przydałoby się temu przyjrzeć bliżej - mruknął Ogg. Nerwowo postukiwał paznokciami w stojącą przed nim szklankę miodu, a na jego wynędzniałej twarzy malował się wyraz zakłopotania. Bardzo rzadko bywał w pokoju nauczycielskim i ewidentnie czuł się nie na miejscu.

- Nie dziś - odezwał się Armando. - Nikt tam już dziś nie pójdzie, nie chcę nawet o tym słyszeć. Jutro, za dnia. A ty nocujesz w zamku, Wirydiusie.

Ogg sztywno skinął głową. Albus lekko się do niego uśmiechnął. Nie był pewien, czy w obecnej sytuacji te plany są aktualne, ale mieli z Aschenwaldem i Herbertem Beerym zamiar posiedzieć trochę wieczorem w pokoju nauczycielskim, być może przy szklaneczce czegoś mocniejszego. Gdyby Ogg zechciał do nich dołączyć, mogliby zagrać w brydża, co, przynajmniej dziś, odwróciłoby uwagę Aschenwalda od tego, nad czym obaj się zastanawiali i pozwoliło Albusowi przemyśleć to w spokoju, bez konieczności rozmawiania o tym. Tyle, że Ogg nie zechce. Odkąd zaginęła Trudy, zupełnie przestał udzielać się towarzysko, czemu w sumie trudno było się dziwić. Wiele osób szydziło z jego małżeństwa. Ci najbardziej bezczelni posuwali się nawet do otwartego pytania Trudy, czy nie przeszkadza jej - rzekoma - intelektualna przepaść między nimi. Ogg w końcu wziął to sobie do serca i, na ile mógł, unikał towarzystwa ludzi uważanych powszechnie za wykształconych.

- Przecież to zaatakowało właśnie za dnia - prychnęła profesor Merrythought. - Nie twierdzę, że powinniśmy iść tam teraz, ale nie wydaje mi się, by w dzień było bardziej bezpiecznie.

- Czy nie byłoby najrozsądniej po prostu zgłosić to Ministerstwu? - zapytał Horacy, dolewając sobie wina. Profesor Merrythought sapnęła ze złością i otworzyła usta, by odpowiedzieć, lecz Armando ją ubiegł.

- Opieka nad lasem od wieków jest naszym obowiązkiem. Możemy oczywiście poprosić Ministerstwo o pomoc, ale uważam, że to ostateczność. Powinniśmy najpierw sami spróbować wyjaśnić tę sprawę.

- Zgadzam się - powiedział Aschenwald. - Jeżeli powiadomimy Ministerstwo, jutro rano będziemy mieli na głowie dziennikarzy z radia i wszystkich możliwych gazet, koło południa w Hogsmeade wybuchnie panika i zaczną się zlatywać sowy od zaniepokojonych rodziców, a wieczorem członkowie rady nadzorczej skoczą sobie do gardeł, żeby ostatecznie dojść do wniosku, że żądają dymisji pana dyrektora. I to raczej nie będą warunki sprzyjające wyjaśnianiu czegokolwiek.

- Ludwiku, proszę, daruj sobie dzielenie się swoimi przykrymi doświadczeniami z Durmstrangu - odparła profesor Merrythought, kładąc szczególny nacisk na słowo Durmstrang.

Albusowi przemknęło przez myśl, że w przewidywaniach Aschenwalda jest spora luka, bo powinien był uwzględnić również kłótnię w ich własnym gronie.

- To akurat nie są doświadczenia z Durmstrangu, droga pani profesor. To zwyczajna znajomość ludzkich zachowań w obliczu niesprecyzowanego zagrożenia.

- Nie widzę różnicy.

- Chce ktoś jeszcze miodu? - zapytał głośno Armando. Wszyscy podziękowali. - Na pewno? Mam drugą butelkę. Galateo, może odrobinkę sherry?

- Nie, dziękuję - rzuciła ze złością. - Chyba nie siedzimy tu dla przyjemności, prawda? Powinniśmy w końcu coś ustalić.

- W takim razie co proponujesz? - zapytał Armando, machnięciem różdżki zapalając świece w stojącym na stole lichtarzu.

- Myślę - warknęła.

Aschenwald wychylił się do Albusa tak, by tylko on go słyszał i szepnął:

- No proszę, ktoś tu wdraża nowatorskie podejście.

Albus stłumił parsknięcie.

- Lui... Naprawdę obawiam się, że ty późnej starości nie dożyjesz - odrzekł cicho.

- Albusie - powiedziała nagle profesor Merrythought, spoglądając na niego jak na ucznia, który przeszkadza w prowadzeniu lekcji. - Jeśli masz jakieś propozycje, to się nimi z nami podziel.

Albus wyprostował się w fotelu i rzekł takim tonem, jakby właśnie skończył mówić do Aschenwalda dokładnie o tym samym:

- Uważam, że powinniśmy spróbować sprowadzić Jane Kossak.

Brwi profesor Merrythought podjechały do góry, Horacy z hukiem odstawił kielich na stół, a Armando uśmiechnął się tak, jakby Albus właśnie ogłosił, że Boże Narodzenie w tym roku potrwa tydzień.

- Oczywiście! Jane! - zawołał. - Że też nie pomyśleliśmy o Jane! Wiesz gdzie ona obecnie przebywa?

Tak entuzjastyczna reakcja dyrektora ucieszyła Albusa. Od incydentu z herbatą ich relacje wprawdzie nie były napięte, ale znacznie się ochłodziły i Albus nie czuł się z tym najlepiej.

- Mogę spróbować to ustalić. Niczego nie obiecuję, ale wybiorę się jutro do Flamelów i dowiem się, czy nie są w stanie jakoś pomóc.

- Och tak, dowiedz się. Odwdzięczymy się im oczywiście.

- To na pewno trochę potrwa - westchnął Ogg. - Trzeba by zarządzić całkowity zakaz wstępu do lasu.

- Przecież już dawno został zarządzony - odrzekła profesor Merrythought, dźgając końcem różdżki zwęgloną korę. Minę miała dziwną. Albus dobrze wiedział, że jest na siebie wściekła, że to nie ona wpadła na pomysł sprowadzenia Jane. Poza tym bardzo nie lubiła, gdy wspominano przy niej o jego zażyłości z Flamelami.

- Rozumiem Wirydiusie, rozumiem - powiedział Armando. - Przypomnę o tym przy kolacji.

- Dla mieszkańców Hogsmeade również, panie dyrektorze. Zapuszczają się tam czasami i myślę, że lepiej dmuchać na zimne.

- Dobrze. Ale mieszkańcom Hogsmeade i tak nie wolno wchodzić do lasu po zachodzie słońca, więc możemy ich powiadomić jutro.

- Właśnie... Co właściwie powiemy? - zapytała profesor Merrythought.

- Narazie, że wydarzyło się tam coś, co dla bezpieczeństwa wszystkich musimy zbadać - odpowiedział Albus. Armando skinął głową, a profesor Merrythought nie zaprotestowała.

- Macie na myśli tę Jane Kossak? - spytał po chwili Aschenwald, patrząc ze zdumieniem to na Albusa, to na dyrektora.

- Tak - odezwał się Horacy. - Tę Jane Kossak. Zresztą trudno spotkać kogoś innego, kto by się tak śmiesznie nazywał. Jest Polką, ale ukończyła Hogwart.

- Jej rodzice nie chcieli, żeby chodziła do Durmstrangu - dodała profesor Merrythought, nie podnosząc głowy. Słowo Durmstrang tym razem zabrzmiało niemal jak obelga, lecz Aschenwald to zignorował, udając bardzo zajętego usuwaniem ze stołu plam z wosku.

- Takie z niej było dobre, kochane dziecko - westchnął Armando. - I pomyśleć, że zajęła się takimi okropnymi rzeczami. Aż mnie ciarki przechodzą.

- Właśnie dlatego mogła się nimi zająć - mruknął Albus. Armando wyjął z kieszeni złoty zegarek, przez chwilę studiował tarczę, po której krążyło dwanaście maleńkich planet, aż w końcu powiedział:

- Herbert jeszcze nie wrócił z Hogsmeade. Coś długo go nie ma. Może powinniśmy go poszukać?

- Mogę się tam przejść - zadeklarował natychmiast Aschenwald. W tym momencie jednak drzwi się otworzyły i stanął w nich Herbert Beery, nauczyciel zielarstwa. Krępy, rudowłosy, o wypukłym czole, szerokich ramionach i nieproporcjonalnie długich rękach, przypominał trochę orangutana.

- Co się dzieje? - zapytał z niepokojem. - Aine mi mówiła, że coś się stało. Miała u siebie tę małą Fannie Forks.

- Chodź, chodź - powiedział Armando z taką serdecznością, jakby go bardzo długo nie widział. Herbert zamknął drzwi i spojrzał po obecnych, na dłużej zatrzymując wzrok na gajowym.

- A więc to prawda? - zapytał wstrząśnięty. - To, co mówiła Aine, o lesie i...

- Coś niewątpliwie wydarzyło się w lesie - przerwał mu łagodnie Albus. Herbert, z nich wszystkich, reagował na niespodziewane sytuacje zdecydowanie najbardziej nerwowo. Przed laty on i Aine stracili syna, który odwiedzając Azkaban z ramienia Ministerstwa, z nieznanych przyczyn został zaatakowany przez dementorów.

- Narazie nie wiemy co, ale na szczęście nikomu nie stało się nic poważnego.

Horacy znów dolał sobie wina, do końca opróżniając butelkę. Nastrój zdecydowanie mu się poprawił, gdy kolejny raz opowiadał o feralnym szlabanie.

Po kolacji, nie umawiając się, wrócili do pokoju nauczycielskiego i siedzieli tam do późna. Na jakiś czas dołączyła do nich spragniona wieści pani Beery, a koło jedenastej Ogg, który nie mając gdzie się podziać został z nimi, doszedł do wniosku, że powinien był zabrać ze sobą kota. Armando nie chciał się zgodzić, by ktokolwiek samotnie opuszczał zamek, więc ostatecznie poszli po kota wszyscy, oprócz Horacego, który mimo najszczerszych chęci nie był w stanie dojść do drzwi.

Profesor Merrythought zwyzywała nieszczęsnego gajowego od bezmyślnych gamoni bez serca, gdy już z daleka usłyszeli dobiegające z chaty, przeraźliwe miauczenie. Albusowi ciarki przeszły po plecach. Głos kota przypominał płacz, rozpaczliwe wołanie o pomoc uwięzionej, śmiertelnie przerażonej istoty.

- Nie wiem co w niego wstąpiło. Nigdy się tak nie zachowywał - stwierdził Ogg. Światła z ich różdżek z trudem rozpraszały gęstą ciemność. Albus poczuł się jak w sennym koszmarze, jednym z tych, w których pozornie nie dzieje się nic nadzwyczajnego, lecz ma się świadomość, że coś jest bardzo nie w porządku. Nagle ogarnęło go złe przeczucie, tak silne, że przez chwilę gotów był im powiedzieć, by natychmiast zawrócili. Zganił się za to w myślach. Chyba wypił o jeden kieliszek wina za dużo.

- Atmosfera jak przed egzekucją - mruknął do niego Aschenwald.

- Co? - zapytał ze zdumieniem Albus. Nie był pewien, czy się nie przesłyszał.

- Atmosfera jak przed egzekucją. Dosłownie. Tak to wygląda, Dumbledore, właśnie tak się to odczuwa. Powietrze gęstnieje, wibruje, napiera ze wszystkich stron, dusi mdlącym odorem, zniewala, sprawiając, że zostajesz i patrzysz, choć nie chcesz, choć się diabelnie boisz. A śmierć krąży jak parszywy sęp i wyczekuje na moment, kiedy będzie mogła uderzyć. - Przerwał na chwilę i mocno pociągnął nosem. - Teraz też gdzieś tam wisi, niech ją szlag. Wisi nad tym pieprzonym lasem.

Albus łagodnym gestem położył mu dłoń na ramieniu. Wyczuł, że Aschenwald lekko drży.

- Lui, o czym ty mówisz? - zapytał cicho, nie mogąc pozbyć się wrażenia nierzeczywistości sytuacji. Jeszcze nigdy nie widział Aschenwalda tak wytrąconego z równowagi, wręcz roztrzęsionego. To było do niego niepodobne.

- A nie ważne, zapomnij. Wypiłem za dużo i coś mi się zwidziało, przez tego kota. Wydziera się, jakby... Nie ważne. Dziwnie jakoś jest i... I tyle ci chciałem powiedzieć.

Zachwiał się lekko. Albus ujął go pod ramię, zastanawiając się, czy z miodem, który pili, wszystko było w porządku.

- Masz rację - odrzekł. - Jest nieprzyjemnie.

Kiedy Ogg otworzył drzwi chaty, kot wystrzelił ze środka z niewiarygodną prędkością i udało im się go złapać tylko dzięki błyskawicznej reakcji Armanda, który zatrzymał go zaklęciem unieruchamiającym.

- Ostrożnie - syknęła profesor Merrythought, gdy Ogg postawił stopę na progu. - Coś tam może być.

Oświetlili różdżkami wnętrze chaty, lecz nie zauważyli nic nadzwyczajnego, prócz paru rozbitych naczyń, co było sprawką kota.

- Naprawdę bardzo chciał się wydostać - rzekł Albus, wskazując kilka wydrapanych pazurami rys po wewnętrznej stronie drzwi. - Chyba, że były tu już wcześniej?

- Nie było - odparł ponuro Ogg, umieszczając kota w zamykanym koszu. - Musiał je zrobić dzisiaj. Jakby zupełnie zwariował.

- Nie zwariował, tylko coś go przestraszyło - rzuciła ostro profesor Merrythought.

Uwolniony spod mocy zaklęcia kot znów zaczął wrzeszczeć i miotać się szaleńczo.

- Rumpel, na brodę Merlina, rozum ci odjęło!? - ryknął Ogg, ściskając w ramionach kosz. - Co ty wyprawiasz!?

- Zwierzęta czują, jeśli dzieje się coś niedobrego. Horacy ma racje, to musi być jakaś paskudna sprawa - oświadczył Herbert, starając się przekrzyczeć potępieńcze wycie.

- Na miłość boską, chodźmy już! - zawołał Aschenwald, odwracając się gwałtownie i niepewnym krokiem ruszając w stronę zamku. Albus i Armando chcieli chwycić go pod ręce, ale się im wyrwał.

- Nic mi nie jest! - burknął, wyprzedzając ich znacznie. Armando posłał Albusowi zmartwione spojrzenie, lecz ten tylko pokręcił głową. Nie miał pojęcia, co o tym sądzić. Nietypowa nerwowość Aschenwalda potęgowała jego własny niepokój.

- Co za bezczelność - rzuciła profesor Merrythought. To było jedno z jej ulubionych słówek, używanych do określania wszystkiego, z czym się nie zgadzała. Bezczelni byli również ludzie, których nie lubiła, z Albusem i Aschenwaldem na czele.

- W miarę jak zbliżali się do zamku, Rumpel stopniowo się uspokajał. Nie próbował się już wydostać, a jego miauczenie stało się zdecydowanie bardziej podobne do głosu kota. Kiedy ustawili kosz przy kominku, w pokoju nauczycielskim, zamilkł zupełnie, a po chwili zaczął wyglądać z za wiklinowych kratek z lekkim zdumieniem.

- Biedne zwierzę - odezwał się z fotela Horacy. - Może by mu tak kapkę miodu na spodeczku dać?

- Ten kot nie pije - oświadczył Aschenwald swym zwyczajnym, ostrym tonem, co zabrzmiało tak komicznie, że Albus nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem. Aschenwald obrzucił go poirytowanym spojrzeniem, lecz zaraz sam zaczął się śmiać i Albus odetchnął z ulgą, widząc, że znów zaczyna być sobą. Dołączyli do nich Herbert, Armando, a nawet Ogg. Horacy przypatrywał się im przez chwilę, nieco zdezorientowany, aż w końcu zapytał:

- A skąd ty to niby wiesz, Ludwiczku, co? To przecież nie twój kot.

- Ale to jest syn kotki mojej mamy. A u nas w domu koty nie piją.

-Jesteś pewien? Po piwnicach chodzą?

- Nikt tu już dzisiaj nic nie pije - rzekła kategorycznie profesor Merrythought, po czym nalała sobie kieliszek sherry i opróżniła go jednym haustem.

- Tak, już naprawdę wystarczy - powiedział Armando łagodnym, lecz nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Gdy w końcu się rozeszli, była prawie pierwsza w nocy. Albus położył się, lecz nie mógł zasnąć. Drażniło go wycie wiatru za oknem, poduszki wydawały mu się zbyt twarde, a kołdra z kolei za lekka. Narzucił na nią koc, co trochę pomogło, jednak wtedy zaczął go irytować zapach pościeli. Nie miał pojęcia, w czym skrzaty ją wyprały, ale nie mógł się pozbyć skojarzenia ze szpitalem. Będzie musiał zwrócić im na to uwagę w taki sposób, by nie poprzytrzaskiwały sobie uszu drzwiczkami od pieca, albo nie zrobiły czegoś równie idiotycznego.

Setki nieokiełznanych myśli przewalały się przez jego głowę, niczym tabuny dzikich koni. Większość biegła nieuchronnie do Ariany, do zniszczeń, jakich dokonała w domu podczas napadu szału, w którym zginęła matka. Wszystko wyglądało jak po eksplozji, porozrywane meble, powyrywane z zawiasów wewnętrzne drzwi, zwęglone dywany. Szyby nie popękały tylko dlatego, że kiedy się wprowadzili, mama zabezpieczyła je odpowiednimi zaklęciami. Przypomniał sobie z całą wyrazistością, jak wyglądało jej ciało; paskudnie poparzone, pokryte puchem z poduszek oraz tym, co zostało z ich psa. Jej piękne, czarne włosy były częściowo spalone, podobnie jak brwi i rzęsy. W tamtej chwili z całego serca nienawidził Ariany, pragnął by raz na zawsze zniknęła z jego życia. Gotów był umieścić ją na oddziale zamkniętym w Świętym Mungu, miał zamiar to zrobić, nie zważając na protesty Aberfortha, lecz podczas pogrzebu mamy uświadomił sobie, że to pozbawiłoby jej śmierć jakiegokolwiek sensu. Musiał pozostać w Dolinie Godryka, musiał zająć się siostrą, żeby nie zawieść matki, nie zmarnować lat jej trudnego do pojęcia, często wręcz irytującego poświęcenia. Łudził się, że to stan przejściowy, że w końcu znajdzie jakieś rozwiązanie tego problemu i przynajmniej częściowo uwolni się od uciążliwego obowiązku, uniemożliwiającego mu dalszy rozwój.

Ariana nie rozumiała, co się stało. Płakała za mamą, ciągle wypytywała o psa, a Albus niekiedy z trudem powstrzymywał się, by na nią nie nawrzeszczeć, nie wyrzucić z siebie tego wszystkiego, co wtedy myślał i czuł. Bywały dni, gdy samo patrzenie na nią, na to jak niezdarnie je owsiankę, przy okazji maczając w niej swe długie włosy, jak bezmyślnie grzebie w skrzynce z kwiatami, jak łapczywie wpycha sobie do ust czekoladę, prawie się przy tym dławiąc i brudząc wszystko dookoła, wyprowadzało go z równowagi do tego stopnia, że chciało mu się wyć z bezsilnej złości. Kiedyś, najdelikatniej jak potrafił, odgarnął jej włosy do tyłu i zapytał, czy nie wolałaby ich związać. Zaprotestowała gwałtownie, a Aberforth naskoczył na niego, że powinien wiedzieć, że Ariana nie lubi związywać włosów. Innym razem siedziała przy stole w salonie i oglądała książkę o magicznych stworzeniach. Czytanie dłuższych słów sprawiało jej trudności, więc Albus przysiadł się do niej i zaczął jej pomagać. Było dobrze, naprawdę dobrze. Skoncentrowała się, składała litery coraz płynniej, chcąc mu udowodnić, że w czytaniu wcale nie jest gorsza od niego i była z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Wspólnymi siłami przeczytali całą stronę o hipogryfach. A potem przyszedł Aberforth i zapytał, czy „pan wspaniały" nie ma ciekawszych zajęć, niż naśmiewanie się z siostry. Próba wytłumaczenia, że po prostu uczył Arianę czytać spełzła na niczym, bo Aberforth był wyjątkowo odporny na przyjmowanie do wiadomości czegokolwiek, co mogłoby przemawiać na korzyść Albusa. Ariana się rozzłościła, myśląc, że naprawdę się z niej naśmiewał i uciekła do piwnicy.

Albus przekręcił się na drugi bok i zacisnął powieki. Nie chciał teraz tego wspominać, nie chciał myśleć, że Minerwa może być taka sama. Nie jest. Na pewno nie jest. Musiało się zdarzyć coś innego. Nawet jeśli rzeczywiście straciła kontrolę, to nie jest to samo, da się nad tym zapanować, tak jak u niego, jak u Ermengardy. Dzieciom o dużej mocy to się zdarza. Ta sprawa się wyjaśni, on już się o to postara. Ariana była dziwna i to rzucało się w oczy niemal natychmiast. Na codzień tłumiła w sobie magię, w ogóle jej nie używała. Zwykle zachowywała się i mówiła jak kilkuletnie dziecko, od czasu do czasu wykazując niepodważalne oznaki ponadprzeciętnej inteligencji, do czego jednak nie można jej było w żaden sposób nakłonić. Minerwa nie była do niej ani trochę podobna, doskonale zdawała sobie sprawę ze swojej mocy i ciężko pracowała, by ją opanować. Sumienna, zdyscyplinowana, poważniejsza od rówieśników, ale i obdarzona poczuciem humoru, które ujawniało się w najmniej spodziewanych momentach, nie mogła bardziej różnić się od jego siostry. Wiedział, że natura problemu Minerwy polega na czymś zupełnie innym, na tym, co było znane również jemu, ale obawa, że ostatecznie i tak liczą się skutki, że liczy się "kawał spalonego lasu", obłaziła go i kąsała niczym stado mrówek, nie pozwalając mu spokojnie leżeć. Ewentualne zamknięcie Minerwy w Świętym Mungu, odizolowanie jej byłoby... Och, nigdy do tego nie dopuści, choćby miał pójść na wojnę z całym Ministerstwem.

Nagle zalała go fala pogardy dla samego siebie, aż z całej siły uderzył się otwartą dłonią w policzek. Tak, jeśli będzie trzeba, wystąpi w obronie tej wybitnie uzdolnionej dziewczynki. Nie pozwoli jej tknąć, dopilnuje, by żaden groźny incydent więcej się nie wydarzył. Choćby miał uczyć ją sam, choćby miał w tym celu zrezygnować ze swoich innych zajęć. Jest tego warta.

Znów uderzył się w policzek. Zabolało bardziej, niż się spodziewał. Ty hipokryto! Ty podły, obrzydliwy hipokryto! A czego była warta twoja siostra?

Kiedy w końcu zasnął, śniło mu się, że idzie z Nicolasem Flamelem przez jakiś duży plac, po środku którego stała wściekle czerwona gilotyna. Zatrzymali się przy niej i Nicolas zaczął mu objaśniać, jak się ją obsługuje. Albus bardzo chciał powiedzieć, że ta wiedza nie jest mu do niczego potrzebna, ale stał jak sparaliżowany, z rosnącym przerażeniem łowiąc każde słowo.

Obudziło go walenie do drzwi gabinetu. To nie było pukanie, to był potężny łomot, jakby ktoś dobijał się od dłuższego czasu i w końcu puściły mu nerwy. Albus zerwał się, narzucił szlafrok, w biegu wcisnął na nos okulary, wpadł do gabinetu i otworzył drzwi. W progu stała Fannie Forks w beżowym sweterku naciągniętym na nocną koszulę. Stopy miała bose, w dłoni ściskała różdżkę. Jedno spojrzenie na jej twarz wystarczyło, by oblał go zimny pot.

- Paaanie profesorze! - wydyszała. - Minerwa! Ona… Ona… Zrobiła to samo, co w lesie! Błagam, niech pan do nas przyjdzie!

Spokojnie Fannie, już idę — odpowiedział, wychodząc na korytarz i zamykając drzwi. - Co konkretnie się stało?

- Ona… Och, Boże, lepiej będzie, jeśli sam pan zobaczy.

Fannie biegła tak szybko, że parę razy musiał na nią krzyknąć, żeby zwolniła. Bieganie po hogwarckich schodach nigdy nie było najlepszym pomysłem, o czym się niejednokrotnie przekonał, w większości przypadków bardzo boleśnie. Fannie jednak wyhamowała dopiero przed portretem grubej damy i wrzasnęła do niej:

- Lirogon wspaniały i nie udawaj, że nie słyszysz, bo to nie są żadne wygłupy!

- Dobrze, dobrze - mruknęła gruba dama. Albus wszedł za Fannie do pogrążonego w mroku pokoju wspólnego. Uderzyła go cisza. Podświadomie spodziewał się jakiegoś wielkiego zamieszania, zbiorowej paniki, być może zniszczeń, podobnych do tych, jakie zastał w domu po śmierci matki, a tym czasem, gdyby nie okoliczności, pomyślałby, że wszyscy spokojnie śpią.

- Pewnie już zdążyły założyć na siebie coś przyzwoitego, ale sprawdzę, czy może pan wejść - powiedziała Fannie, otwierając drzwi prowadzące do sypialni dziewcząt. - Ermengarda tam jest.

Albus skinął głową i ruszyli po spiralnych schodach. Fannie ostrożnie uchyliła drzwi jednego z dormitoriów i zniknęła w środku. Tam już zdecydowanie nie panował spokój. Albus niewiele słyszał, ale złość w głosie Delii i nietypowy ton Ermengardy, w którym nie było ani krztyny pewnego charakterystycznego dla niej, specyficznego ciepła, mówiły same za siebie. Wydawało mu się, że upłynęły wieki, zanim Ermengarda zawołała:

- Może pan wejść, panie profesorze!

W pierwszej chwili go zamurowało. Zasłony wokół łóżka były oszronione, kolumny pokrywał lód, a z baldachimu zwisały wielkie sople. Ogień w kominku płonął, lecz w dormitorium było zimno. Ubrana w niebieski szlafrok Minerwa siedziała na innym łóżku, pomiędzy Ermengardą i Fannie. Ermengarda trzymała ją za ręce.

- Profesorze, niech pan zabierze stąd tę wariatkę! - zawołała natychmiast Delia.

- Proszę się liczyć ze słowami, panno Urquart - odpowiedział ostro Albus. Delia zrzuciła z siebie gruby pled i stanęła wyprostowana, z miną wyraźnie wskazującą na to, że ma do powiedzenia dużo więcej i, że nie zamierza zrezygnować po jednym ostrzeżeniu. Zaskoczyła go trochę. Wbrew temu, co twierdziła profesor Merrythought, uczniowie doskonale znali granice tego, na co mogą sobie wobec niego pozwolić i w znakomitej większości przypadków nie śmieli ich przekraczać.

- Zamroziłaby nas na śmierć. . To wariatka i powinna wylądować tam, gdzie wszyscy wariaci - powiedziała gniewnie Delia. Ku swemu największemu zdumieniu, Albus dojrzał w jej oczach błysk triumfu. - Nie zna jej pan, panie profesorze. My z nią mieszkamy, więc sam pan rozumie, wiemy trochę więcej.

- Niby o czym wiemy? - pisnęła Fannie, zanim Albus zdążył zareagować. - To był tylko ten wypadek. Ten jeden.

- Ty akurat jesteś tak durna, jak szeroka, więc się lepiej nie odzywaj. Twoi mugolscy rodzice cię nie nauczyli, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to nie otwiera się buzi?

- Dosyć! - zawołali jednocześnie Albus i Ermengarda.

- Szlaban, panno Urquart - dodał Albus, czując, że jeśli usłyszy jeszcze jedną taką odzywkę, ta mała będzie mieć pełne prawo do znienawidzenia go. Jej zachowanie wstrząsnęło nim o wiele bardziej, niż reszta wypadków.

- Nie zamierzam tolerować takiego sposobu wyrażania się o innych i jeśli chce pani pozostać w Hogwarcie, proszę to sobie dobrze zapamiętać.

- Ależ panie profesorze! - zawołała z oburzeniem. Albus podszedł bliżej, spojrzał na nią z góry i rzekł:

- Na pani miejscu, nic bym już więcej nie mówił. Powiedziała pani dość przykrych rzeczy jak na jedną noc. Zresztą ja nie mam najmniejszego zamiaru z panią dyskutować.

Szybkim krokiem przemierzył dormitorium, podchodząc do znajdującego się blisko okna łóżka Minerwy. Nawet kołdra i poduszka były zmrożone na kamień, kryształki lodu pokrywały również fragment ściany. Albus uniósł dłoń i przesunął palcami po oblodzonej kolumnie. Wyczuwał w tym coś dziwnego. Zimno było wyjątkowo przejmujące, przeszyło jego palce, na parę sekund paraliżując rękę aż do ramienia. Odwrócił się i omiótł sypialnię spojrzeniem. Zlodowacenie objęło stosunkowo niewielki obszar. Nie sięgnęło części dormitorium zajmowanych przez pozostałe dziewczęta. Jedynie woda w dzbanku na szafce Fannie lekko ścięła się lodem.

Delia chyba w końcu zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się zagalopowała, bo usiadła z powrotem, okrywając się pledem, jednak w jej postawie nie można było dopatrzeć się skruchy. Kipiała ze złości, której chwilowo nie mogła dać upustu. Brangien Abbot natomiast wbijała wzrok w okładkę leżącej na szafce książki i trudno było stwierdzić, czy to przejaw zakłopotania, czy lekceważenia. Minerwa dygotała jak w gorączce, a Ermengarda siedziała tak nieruchomo, że albusowi przemknęła przez głowę irracjonalna myśl, by upewnić się, że nie zapomniała o konieczności oddychania. Niespodziewanie, ciężką ciszę przerwał głos Minerwy:

- Nie zrobiłam tego celowo. Obudziłam się i wszystko było zamrożone. Mówię prawdę. Dlaczego wszyscy myślą, że chcę zrobić komuś krzywdę?

- Ja tak nie myślę - powiedziała Brangien, odrywając wzrok od książki. Była blada, jej wargi drżały, jakby miała się zaraz rozpłakać. Na twarzy Delii odmalowało się głębokie zdumienie. - Nie myślę tak. Takie wypadki się młodym czarodziejom zdarzają, dlatego uczymy się w Hogwarcie, prawda? Z tymi testralami to był nasz głupi żart, zresztą sama się zorientowałaś. Jesteś zdolna, potrafisz robić rzeczy, które my... Och, ty nawet nie wiesz, dla ciebie to normalne. I tak nas kusiło... - głos jej się załamał - tak nas kusiło, żeby ci dokuczać. - Spojrzała teraz na Albusa. W jej oczach błyszczały łzy. - Panie profesorze, taka sama z niej wariatka, jak z nas wszystkich.

Delia głośno wciągnęła powietrze, mierząc Brangien wzrokiem godnym bazyliszka.

- Dziękuję, panno Abbot. Pani odwaga jest godna pochwały - odrzekł Albus. Nie miał pojęcia o jaki żart z testralami chodziło, lecz nie zamierzał dociekać. - Ma pani całkowitą słuszność, takie wypadki się zdarzają. W mniejszym, lub większym stopniu, zależnie od czarodzieja, ale się zdarzają.

Jednym zaklęciem usunął lód i szron. W dormitorium odrazu zaczęło robić się cieplej. Podszedł do łóżka, na którym siedziały Minerwa, Ermengarda oraz Fannie i ze zdumieniem zauważył, że w nogach leży kilka grubych ksiąg, a pod spodem piętrzy się cały stos. Nie podejrzewał panny Forks o aż tak ogromną chęć poszerzania wiedzy.

- Ermengardo - rzekł cicho. Złapał się na tym, że mówi w taki sposób, jakby próbował ją obudzić. Dziewczyna nieznacznie poruszyła głową, owiniętą zielonym ręcznikiem.

- Co tam, panie profesorze?

- Zostań tu jeszcze przez parę minut, bardzo cię proszę. Niech sytuacja się trochę uspokoi. Powinny się napić czegoś gorącego. Ty zresztą też.

- Dobrze, właśnie chodziło mi to po głowie.

- Fannie, poproszę cię później do mojego gabinetu. Myślę, że powinniśmy zamienić parę słów. A ty Minerwo... pójdziesz ze mną.

Minerwa wstała powoli. Nadal się trzęsła, skórę miała siną z zimna. Albus zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien jej zabrać do skrzydła szpitalnego, co chyba wyczuła, bo wyszeptała:

- Muszę panu powiedzieć coś bardzo ważnego. Dwie bardzo ważne rzeczy. Teraz.

- Więc chodźmy - mruknął, ujmując ją pod ramię. - Ermengardo, dasz sobie radę?

- Pewnie, że dam. Co bym miała nie dać?

To znajome stwierdzenie miało w sobie coś kojącego. Ermengarda była prefektem Gryffindoru od niecałych dwóch miesięcy, a wydawało mu się, jakby pełniła tę funkcję od zawsze. Kiedy powierzał jej jakieś zadanie, nie musiał o nic pytać, niczego kontrolować. Prawdę mówiąc mógł zapomnieć o sprawie, bez szkody dla kogokolwiek i pilnował się bardzo, by jednak tego nie robić. A przynajmniej niezbyt często.

Przez całą drogę do jego gabinetu Minerwa prawie się nie odzywała. Nie lubił, gdy milczała w ten konkretny, niemal namacalny sposób. Czuł się nieswojo, skojarzyło mu się to z ciszą, panującą na kilka sekund przed opadnięciem ostrza gilotyny, za co sklął w duchu Aschenwalda. Piętnaście minut później uznał, że skojarzenie było bardziej, niż trafne. Wielkie, ciężkie ostrze opadło mu na kark, aż zdziwił się, że mimo wszystko głowa pozostała na swoim miejscu. Prawie Bezgłowy Nick byłby niepocieszony. Albus patrzył na Minerwę, siedzącą przy kominku, z kubkiem kakao w dłoniach i nie potrafił zdobyć się na choćby słowo otuchy. Jakiego nieprawdopodobnego pecha trzeba mieć, żeby przez przypadek zabić jednorożca? Nigdy nie słyszał o tym, by ktoś zrobił to niechcący, ale nie miał żadnych podstaw, by jej nie wierzyć.

- Jak się teraz czujesz? - zapytał w końcu. Wyglądała na wykończoną, ale powoli nabierała normalnych kolorów.

- Chyba dobrze. Ale… ten chłód, który się pojawia... Panie profesorze, co to jest?

- Nie wiem, moja droga. Mogę się jedynie domyślać.

Oparł brodę na splecionych dłoniach i wpatrzył się w płomienie świec. Do tej pory uważał, że to, co dzieje się z ludźmi po zabiciu jednorożca, nie jest wynikiem samej zbrodni, że tylko osoba, która dopuściła się wcześniej innych, strasznych czynów, jest w stanie podnieść rękę na tak wspaniałą istotę i stanowi to po prostu kamień milowy na drodze do ostatecznego upadku.

- Panna Abbot wspomniała, że widzisz testrale - powiedział, zanim zdążył to dobrze przemyśleć. Ostrze na karku stało się cięższe. Nie! Do cholery, co to za pomysły!? Przecież to zwyczajna dziewczynka, nie jakiś mały potwór prawie z końca świata! Nie żadna Betty Rowle, która w wieku dziesięciu lat zamordowała trzy młodsze koleżanki. Wprawdzie można odnieść wrażenie, że rodzice Minerwy wyjątkowo strzegą swej prywatności, ale powodów takiego postępowania mogą być setki.

Minerwa pokiwała głową, a do jej oczu niespodziewanie napłynęły łzy. Niech to szlag, zrozumiała sugestię. Jest zbyt inteligentna, żeby nie zrozumieć. Zwłaszcza, że w tym tygodniu ukazał się w „Proroku" artykuł o sprawie Betty Rowle. Dziennikarze wyciągali z tej straszliwej historii ile tylko mogli.

- Boże, nie! - wykrztusiła Minerwa, wyszarpując z kieszeni kraciastą chustkę. - Katie umarła, bo była chora! Nie powinna była biegać, a biegała! Upadła i umarła! Wszyscy to widzieli! Sześcioro nas tam było! Krzyczeliśmy na nią, ale nie posłuchała! Jak pan mógł pomyśleć, że... Na miłość boską, mam tego dość! Wracam do domu! - Wstała gwałtownie. Albus również się zerwał. Coś za nimi trzasnęło głośno.

- Minerwo! - zawołał. Zmierzyła go wzrokiem, w którym gniew mieszał się z bólem.

- Uważa pan, że jestem morderczynią, tak? Że zanim przyjechałam do Hogwartu mordowałam inne dzieci, jak Betty Rowle, a teraz zachciało mi się zabić jednorożca!? Wiedziałam, że... Och, tak, wiedziałam! Mogłam nic nie mówić!

Na blacie biurka zaczął się pojawiać szron. Siedzący na swej żerdzi Fawkes zasyczał i zatrzepotał skrzydłami.

- Minerwo! - krzyknął Albus, czując, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli. - Co ty wygadujesz!? Przestań w tej chwili! Usiądź!

- Po co? Pan już wie, jak było!

- Nic nie wiem. Proszę, uspokój się. Nie powinienem był... Przepraszam cię za to. Usiądź.

Zawahała się. Oddychała ciężko, ręce jej drżały. W końcu usiadła i ukryła twarz w dłoniach.

- Co się ze mną dzieje? - odezwała się po chwili, z wyraźnym, szkockim akcentem. - Przepraszam. Nie mam pojęcia, co mi przyszło do głowy. Nawet nie wiem czy myśleliśmy o tym samym. Pewnie chodziło panu o coś zupełnie innego, a ja…

Albus obszedł biurko i położył jej rękę na ramieniu, nagle dziwnie spokojny. Cień niedorzecznej obawy, zrodzony w najciemniejszych zakamarkach umysłu, rozwiał się wraz z jej wybuchem. W pewnym sensie nie żałował, że mu się to wyrwało.

- Przytrafiło ci się coś, o czym nigdy nie słyszałem, a - wybacz brak skromności - niewiele jest takich rzeczy - powiedział. - Cokolwiek cię teraz dręczy, na pewno nie wygra, dopóki mu na to nie pozwolisz. Zło potrzebuje naszego przyzwolenia, pamiętaj o tym. Bez naszej woli jest bezsilne, choć agresywne. Miota się, kąsa, ale to my dokonujemy wyborów.

„Gilotyna stoi i straszy, lecz to człowiek opuszcza ostrze", dodał w myślach. Minerwa westchnęła głęboko.

- Co teraz ze mną będzie?

- Znajdziemy sposób, żeby ci pomóc, obiecuję ci to. Ale najpierw odzyskamy twoją różdżkę.

Znów zapatrzył się w płomienie świec, porządkując w myślach rzeczy, które będzie musiał dziś zrobić. Po chwili, ze zdumieniem stwierdził, że Minerwa zasnęła. Zostawił ją więc i wyszedł, cicho zamykając drzwi gabinetu. Uśmiechnął się na widok przelatującego Prawie Bezgłowego Nicka, którego głowa znajdowała się akurat tam, gdzie powinna. Pobudka o czwartej nad ranem będzie dla Aschenwalda odpowiednim podziękowaniem za uroczy motyw przewodni dzisiejszej nocy.