Rozdział 11.
Niewygodne pytania.
Wbrew przypuszczeniom Albusa, Aschenwald nie miał mu za złe tak wczesnej pobudki. Wprawdzie zasugerował poirytowanym tonem, że miód chyba uszkodził komuś mózg, lecz zaraz po tym zaprosił do gabinetu i zaproponował kawę. Był wyraźnie przygnębiony i Albus odniósł wrażenie, że mimo nietypowej pory, nie ma nic przeciwko czyjemuś towarzystwu. Prawdopodobnie i tak nie spał, przynajmniej od jakiegoś czasu, bo na biurku leżała otwarta książka, a na fotelu koc. W kominku natomiast żarzyły się resztki drewna.
- Nie przyszedłbyś tu raczej o tej porze, żeby mi przekazać dobre wieści, co? - zapytał Aschenwald, grzebiąc w stojącej w kącie szafce.
- Niestety, coś w tym jest - odrzekł Albus, uśmiechając się lekko. - Nie nachodziłbym cię o czwartej nad ranem, gdyby sprawa nie była poważna. W obecnej sytuacji, chyba jedynie ty możesz mi pomóc.
- W takim razie słucham, tylko proszę cię, mów jak najprościej, bo w tej chwili nie do końca rozumiem własne myśli, więc z twoimi będzie jeszcze gorzej. Och, nie przyglądaj mi się tak. Po prostu jestem trochę zmęczony. Przez jakieś dwie godziny próbowałem zasnąć, a to potrafi dać w kość.
- To prawda - westchnął Albus. Aschenwald wystawił na biurko porcelanową cukiernicę, malowaną w delikatny, roślinny wzór. Spod rękawa jego granatowego szlafroka wysunęła się nagle wąska, ciemna obręcz o metalicznym połysku i zatrzymała się na szczupłym nadgarstku. Wyglądała jak brzydka bransoleta, lecz Albus doskonale wiedział, co to jest. Poczuł się tak, jakby używając legilimencji, trafił niechcący na czyjeś najbardziej wstydliwe wspomnienie. To było coś, czego nie powinien był zobaczyć, czego prawdopodobnie nigdy by nie zobaczył, gdyby nie zaskoczył Aschenwalda, składając mu wizytę o tak nietypowej porze. Zaraz jednak jego prywatne stado niewidzialnych mrówek wymaszerowało z ukrycia, w ciągu sekundy zarzucając go setkami pytań, amortyzujących pierwsze uderzenie poczucia winy. Co to ma, do diabła znaczyć? Czy to dlatego Aschenwald postanowił opuścić kontynent? Czy uciekł ze swojego kraju, jak Gellert z Doliny Godryka, po śmierci Ariany? Z trudem powstrzymał się, by nie wypowiedzieć tego na głos, by nie zażądać natychmiastowych wyjaśnień. Gdy uświadomił sobie, że prawie to zrobił, kolejna fala poczucia winy pozwoliła mu się opanować. Niespiesznie przesunął wzrok na wiszący nad kominkiem, nieruchomy obraz, przedstawiający myśliwych z ogarami. Postanowił nie mówić, ani nie robić niczego pochopnie.
Aschenwald pobladł, a w jego oczach błysnęło przerażenie. Chwycił obręcz prawą ręką i gwałtownym ruchem wepchnął ją z powrotem pod rękaw.
- Wiem, że to widziałeś, Dumbledore - rzucił ostro, nie patrząc na Albusa. - I nie uwierzę, że nie wiesz, co to jest.
- Cóż… Masz rację, wiem - odrzekł Albus, starając się nie okazywać, jak bardzo nim to wstrząsnęło. Dożywotni zakaz teleportacji był dość osobliwym, rzadko stosowanym rodzajem kary, ustanowionym przez Międzynarodową Konfederację Czarodziejów i nakładanym w szczególnych przypadkach. Otrzymanie uniemożliwiającej teleportację bransolety było nie lada wyczynem; stanowiło swego rodzaju ostatni stopień przed więzieniem, przy czym w niektórych sytuacjach więzienie można by uznać za łagodniejszy wymiar kary. W rzeczywistości bowiem nie był to wyłącznie zakaz samej teleportacji, lecz szereg ograniczeń, między innymi brak możliwości użycia eliksiru wielosokowego, czy zaklęcia zwodzącego. Niektórzy utrzymywali, że należy uznać tę metodę za niehumanitarną i z niej zrezygnować, gdyż bransoleta wywiera niekorzystny wpływ na organizm, utrudniając leczenie wielu chorób, a nawet powodując niebezpieczną nadwrażliwość na pewne zaklęcia oraz substancje. Nielicznych głosów sprzeciwu nie traktowano jednak poważnie i nikt się tym oficjalnie nie zajął.
Aschenwald stał sztywno, ze wzrokiem utkwionym w cukiernicy i prawą ręką wciąż zaciśniętą na lewej.
- Armando wie, od samego początku. Możesz go zapytać - powiedział. Albus odetchnął głęboko, w jednej chwili pozbywając się uprzykrzonych mrówek i odrzekł:
- Nie mam najmniejszego zamiaru. Znamy się nie od wczoraj i skoro tak mówisz, wierzę, że tak jest.
Aschenwald w końcu na niego spojrzał, ze spokojną, głęboką rezygnacją człowieka, stojącego w obliczu dawno spodziewanej klęski.
- Zapytaj go. Chcę, żebyś go zapytał. Niech ci wszystko opowie. Nie zniosę...
- Wierzę ci - powtórzył z naciskiem Albus. Skoro Armando wiedział, nie miał żadnych podstaw, żadnego prawa by dociekać. Kamień spadł mu z serca. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, aż dmący za oknami wicher uderzył czymś mocno o szybę i obaj drgnęli. Kominkowy zegar odmierzył kwadrans, a płomień jednej ze świec, w stojącym na biurku lichtarzu zadygotał konwulsyjnie i zgasł. Aschenwald usiadł ciężko, ukrywając twarz w dłoniach.
- Nie. Nie potrafię ci tego wyznać, Albusie - powiedział, stłumionym głosem. - Jesteś zbyt... Ach, po prostu ty byś czegoś takiego nie zrobił, nie jesteś głupcem.
- Lui, mój drogi, masz o mnie zbyt wysokie mniemanie. Prawda zwykle leży głębiej, niż zaglądamy na codzień.
- Daj spokój. Nie twierdzę, że jesteś chodzącym ideałem, ale miałeś wyraźnie dość rozumu, żeby zająć się czymś o wiele bardziej pożytecznym, niż rujnowanie sobie życia, ledwie się na dobre zaczęło.
- Prawdę powiedziawszy, miałem więcej szczęścia, niż rozumu i wyłącznie dzięki temu szczęściu w postaci wyjątkowych ludzi, udało mi się nie utknąć pod gruzami. Cokolwiek to było, pamiętaj, że nadal decydujesz o własnym losie. A ja przyszedłem by prosić o pomoc, nie by zmuszać cię do tłumaczenia się z przeszłości.
- W takim razie mów - mruknął Aschenwald, wciąż nie odsłaniając twarzy.
- Może potrzebujesz paru minut?
- Mów. Wydawało mi się, że zależy ci na czasie.
Albus opowiedział mu więc o wszystkim, co usłyszał od Minerwy. Gdy skończył, Aschenwald milczał przez dłuższą chwilę. Kiedy wreszcie podniósł głowę, był jeszcze bledszy, niż wcześniej, choć wydawało się to już niemożliwe.
- Stwierdzenie, że mamy problem, byłoby chyba kpiną z sytuacji - rzekł. - Nie chciałbym być w skórze tego biednego dziecka, gdyby to się rozniosło. Musimy coś zrobić, zanim jej życie zamieni się w koszmar. To mogłoby zadziałać jak samo spełniająca się przepowiednia.
Albus w duchu odetchnął z ulgą. Od początku zakładał, że jeśli ktoś ma mu pomóc, będzie to właśnie Ludwik Aschenwald; inteligentny, opanowany, potrafiący zachować dyskrecję, zawsze stanowił idealne wsparcie w przedsięwzięciach, mających pełne prawo zakończyć się katastrofą. Były to jednak głupstwa w porównaniu do tego, co Albus chciał zrobić teraz. Wtajemniczając Aschenwalda, podjął pewne ryzyko i nie zawiódł się.
- Właśnie dlatego zależy mi na tym, by ta informacja pozostała w jak najwęższym gronie. Według Minerwy, różdżka powinna znajdować się mniej więcej w miejscu, gdzie zginął jednorożec. Chcę tam pójść, jak najszybciej ją odnaleźć i...
- I zatrzeć ślady - dokończył ponuro Aschenwald, wstając i zabierając się do parzenia kawy. Albusowi przemknęło przez myśl, że to prawdopodobnie jedyny w historii Hogwartu nauczyciel zaklęć, który nie używa do tego magii.
- Na to wygląda - odrzekł. - Zobaczę, co zastanę na miejscu.
- A na dodatek, musisz wziąć ze sobą pannę McGonagall.
Ton Aschenwalda był uspokajająco rzeczowy, jakby cała ta sytuacja zaliczała się do dość skomplikowanych, lecz w sumie najzupełniej zwyczajnych, jakby nie wiązała się z koniecznością zrobienia kilku rzeczy, które można by uznać za conajmniej podejrzane. Albus czuł, że właśnie tego teraz potrzebuje.
- I to jest ten element, którego obawiam się najbardziej. Puki co nie wiemy, co tam się wczoraj stało i wolałbym…
- Och, Dumbledore, nie bądź śmieszny. Cokolwiek zalęgło się w tym lesie, wymknęły się temu dwie uczennice z pierwszego roku. Bez niczyjej pomocy. Nie twierdzę, że to nie jest niebezpieczne, nie twierdzę, że Armando przesadza, podejmując takie środki ostrożności, ale szczerze wątpię, by pannie McGonagall coś groziło, jeśli będzie z tobą. W najgorszym wypadku, zdołasz ją stamtąd zabrać w ciągu sekundy. Wiem, że masz swoje sposoby.
Albus skinął głową. Aschenwald miał absolutną rację, ale i tak wolałby trzymać Minerwę z daleka od Zakazanego Lasu.
Jeśli to się wyda, Armando mnie zabije, a ja nie będę śmiał mu w tym przeszkodzić — odrzekł. Aschenwald rozsunął zasłony i spojrzał w ciemne okno, potem na zegar.
Nic się nie wyda, o ile dobrze to rozegramy - stwierdził. - Koło siódmej robi się widno. Jeżeli wyjdziecie o świcie, powinniście zdążyć wrócić przed dziesiątą, a ja, na wszelki wypadek... zorganizuję odpowiednio absorbujące zajęcie tym, którzy mogliby ewentualnie dojść do wniosku, że w ten niedzielny poranek bardzo im brakuje ciebie i panny McGonagall. Istnieje spore ryzyko, że kiedy nie pojawisz się na śniadaniu, nasza kochana pani dyrektor bardzo będzie chciała się dowiedzieć, dlaczego tak nagle zmieniłeś zwyczaje. Podejrzewa, że mogę cię kryć, więc wyśle kogoś innego, by to sprawdził. Oczywiście mógłbym to rozwiązać robiąc pewne, subtelne aluzje, ale... wybacz, to nie byłoby zbyt wiarygodne, a już zwłaszcza po wczorajszym wieczorze. Zresztą Teresa Warble mogłaby, jak mawia moja matka, oberwać odłamkiem.
- Teresa Warble? - zapytał ze zdumieniem Albus. - Dlaczego akurat Teresa?
- Nie udawaj idioty. Przecież wszyscy wiedzą, że... Jak to się mówi? Wpadliście sobie w oko.
Albus nie był w stanie stłumić parsknięcia. Jak wielu krążących wśród nauczycieli plotek jeszcze nie zna? Rzeczywiście, darzył Teresę Warble, nauczycielkę starożytnych runów, a także słynną pisarkę kryminałów, siostrę równie słynnego muzyka ogromną sympatią, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, że ich relacja może być postrzegana jako inna, niż przyjacielska.
- Dobrze, że mi powiedziałeś. Rzeczywiście, nie chciałbym, aby Teresa znalazła się w jakiejś niezręcznej sytuacji.
- Dlatego nici z subtelnych aluzji. Najbezpieczniej będzie po prostu nie dopuścić do jakiegokolwiek zainteresowania waszą nieobecnością.
- Tak, masz rację. Armando jest zbyt przerażony, a profesor Merrythought zbyt uważnie mnie obserwuje, by można się było wykręcić sianem.
- Albusie, ona zawsze wszystkich wypytuje, gdy nie może cię znaleźć. Nauczycieli, uczniów, czasem nawet duchy. Można by pomyśleć, że ma jakąś obsesję. A wczoraj... właściwie dzisiaj jeszcze zapowiedziała, że każde wyjście z zamku trzeba będzie jej zgłaszać, więc nie, nie wykręciłbyś się sianem, bo Armando temu przyklasnął.
- Tego nie słyszałem - odparł Albus.
- Poszedłeś już do siebie. Ale nie martw się. Poradzę sobie. Wrócicie i nikt nie zauważy, że was nie było, gwarantuję ci to.
- Dziękuję. Jako uczeń nie robiłem takich rzeczy - powiedział z uśmiechem Albus. Aschenwald chciał obrzucić go swym charakterystycznym, lekko kpiącym spojrzeniem, lecz niezupełnie mu się to udało. Wzrok nadal miał przygaszony, pozbawiony tych ukrytych gdzieś głęboko, trudnych do uchwycenia promyków światła, nadających im zwyczajny wyraz.
- Widzisz, a ja owszem. W Durmstrangu przestali stosować kary cielesne, bo w pewnym momencie obrywałem za tego rodzaju występki tak często, że w końcu zemdlałem w drodze na eliksiry i trochę się jednak przestraszyli. - Zaśmiał się krótko. Albus spojrzał na niego, nie kryjąc poruszenia.
- Nie miałem pojęcia, że w Durmstrangu działy się takie rzeczy - powiedział. Aschenwald westchnął ciężko. Postawił na biurku dwie filiżanki z kawą i usiadł.
- Źle mnie zrozumiałeś. Nie byłem jakimś chuliganem. Po prostu uwielbiałem eksperymentować. Nienawidziłem monotonii, bezruchu, wszystkiego byłem ciekaw, wszystko musiałem sprawdzić i nagminnie łamałem zasady.
- Ty mnie źle zrozumiałeś. Nie o to mi chodziło - mruknął Albus, sięgając po swoją filiżankę. Słyszał, między innymi od Gellerta, że w Durmstrangu panuje surowa dyscyplina, że jest przestrzegana niemal bezlitośnie, lecz do tej pory nie zastanawiał się nad tym, co to oznaczało w praktyce. Szkoła znana powszechnie z paru incydentów mających związek z czarną magią, przyjęła brutalną politykę wobec wszystkiego, co mogło pogłębić jej negatywny wizerunek, zaczynając tym samym na dobre gnić od wewnątrz. Jak mawiał Gellert, oficjalnie zabronione było praktycznie wszystko, dlatego nie istniała taka rzecz, której nie zrobiono by potajemnie.
Z korytarza niespodziewanie dobiegł wysoki głos domowego skrzata.
- Panienka jest bardzo dobra dla skrzatów. Nigdy nie krzyczy i zawsze mówi dziękuję. Nawet pokazała Perełce, jakie ciastka najbardziej lubi i powiedziała, że lepszych nigdy nie jadła.
A przecież to Perełka je piekła. Ale Perełka się o panienkę martwi, bo panienka jest nieszczęśliwa.
- Dlaczego jest nieszczęśliwa? - odezwał się drugi skrzat, głosem nieco niższym i odrobinę zachrypniętym. Albus wstał i najciszej, jak potrafił, podszedł do drzwi. Aschenwald posłał mu zdumione spojrzenie, lecz po kilku sekundach do niego dołączył.
- Groszek tyle razy panienkę widział, to powinien wiedzieć. Przecież jest okropnie brzydka. Żaliła się Perełce, że w grudniu jest konkurs z zaklęć, na który ma się wybrać z profesorem Aschenwaldem. A nie chce z nim iść, bo on jest przystojny i będzie przy nim wyglądała jak trollica. I francuskie panienki będą się z niej śmiały.
- Nie wolno tak mówić, Perełko - syknął ostrzegawczo Groszek.
- Perełka tylko powtarza Groszkowi to, co jej powiedziała panienka. Bo Perełka bardzo lubi Groszka i chciałaby, żeby Groszek jej doradził, co ma zrobić.
- Perełka nic nie zrobi. To nie Perełki sprawa.
- Perełka bardzo lubi panienkę - oburzyła się skrzatka. - A jak Perełka kogoś lubi, to zawsze robi wszystko, żeby był szczęśliwy. Jak panienka będzie wychodzić za mąż, to perełka pójdzie do profesora Dippeta i poprosi, żeby ją panience oddał.
- Czy Perełka oszalała! - pisnął z przerażeniem Groszek. - Nie wolno tak! Żaden domowy skrzat nigdy czegoś takiego nie zrobił!
- A pójdzie i poprosi, Groszek jeszcze zobaczy - fuknęła Perełka.
- Narazie Perełka musi pomóc Groszkowi.
Rozległo się szuranie, jakby ktoś ciągnął po posadzce coś ciężkiego. Dźwięk oddalił się, wraz z głosami skrzatów. Aschenwald odetchnął głęboko i rzekł:
- Moja matka ciągle powtarza, że jeśli zaczniemy się przysłuchiwać rozmowom służby, prawie zawsze usłyszymy coś istotnego, o czym nie mieliśmy pojęcia. Już rozumiem, dlaczego panna Pince ostatnio tak się ze mną drażni, niby, że jej proste rzeczy nie wychodzą, że się jeszcze zastanowi, czy w przyszłym roku będzie w ogóle kontynuować zaklęcia. Na brodę Merlina, do głowy by mi nie przyszło, że chodzi o takie głupstwo.
- Dla niej to nie głupstwo - odpowiedział Albus, wracając na fotel. Zmartwiło go to, co usłyszał. Od dawna nie widział słynnego swetra Ermengardy, a raczej jego najsłynniejszej wersji i sądził, że nie ma już powodów do niepokoju.
- Och, czyżby nie rozumiała, że z jej zdolnościami, nie potrzebuje urody tych francuskich gąsek, żeby świat stanął przed nią otworem? W zupełności wystarczy, jeśli włoży na siebie coś, co nie będzie wyglądało jak ten nieszczęsny, ulubiony płaszcz Herberta i przestanie zmieniać sobie włosy w siano.
- Lui, ona nie zmienia sobie włosów w siano. Zrobiła to tylko raz, dla żartu. - Aschenwald przewrócił oczami. - A te, jak je określiłeś, francuskie gąski, rzeczywiście mogą uczynić z niej obiekt drwin i niepotrzebnie ją rozproszyć. Młodzi ludzie bywają nie mniej okrutni, niż dorośli.
- Dobrze, dobrze, na rozglądanie się za jakimś troglodytą, który mnie zastąpi, będzie jeszcze sporo czasu. Narazie niepokoi mnie Fannie Forks.
Albus pokręcił głową.
- Nie sądzę, by należało się przejmować. Porozmawiam z nią i poproszę, by zachowała dyskrecję. Choć przypuszczam, że i tak by to zrobiła. Zdaje się, że panna McGonagall uratowała jej życie.
Aschenwald zmarszczył brwi.
- Zamierzasz zaufać rozkapryszonej, jedenastoletniej panience?
- Och, przecież dzieci to mali ludzie, nie jakieś bezrozumne istoty. Fannie jest bystra i na pewno zrozumie, dlaczego to tak ważne.
Aschenwald teatralnym gestem złapał się za głowę.
- Dumbledore, ufasz uczniom, przestępcom… Zaczynam się o ciebie martwić.
Niebo nad Hogwartem szarzało powoli, gdy Minerwa i profesor Dumbledore opuścili zamek. Wiatr się uspokoił. Powietrze było rześkie, wręcz mroźne, wokół panowała niczym niezmącona cisza.
Szara godzina - pomyślała Minerwa. Ojciec tak określał ten czas. Noc już umarła, a nowy dzień jeszcze się nie narodził. To taka wyjątkowa godzina - mawiał - która rozstrzyga o nadchodzącym dniu. Ani Minerwa, ani nawet jej mama, nie do końca rozumiały, co właściwie miał na myśli, ale lubiły tego słuchać. Minerwa wyobrażała sobie, że szara godzina jest jak czyste płótno, na którym malarz dopiero maluje nadchodzący dzień, na przykład ich dom, otaczające go drzewa, wzgórza. Albo Hogwart. Albo cokolwiek innego. Za każdym razem używa nieco odmiennych kolorów, coś domalowuje, coś zamazuje i dlatego wszystko się zmienia.
Idąc obok Dumbledore'a, na sztywnych, obolałych nogach, pomyślała, że to brednie godne Fannie Forks. Nikt nie maluje przecież każdego, nowego dnia, świat nie jest ruchomym obrazem, który znika wraz z zapadnięciem nocy. Gdyby rzeczywiście tak było, znalazłaby tego malarza i poprosiła, by zmienił płótno przedstawiające wczorajszy dzień. Może zgodziłby się, w zamian za wykonanie jakichś zadań? Choćby takich jak dwanaście prac Herkulesa. Fannie stworzyłaby całą opowieść o dziewczynce, wykonującej te zadania. W sumie można by jej taki pomysł podsunąć. I tak sama wymyśla różne głupoty, a to mogłaby być całkiem zajmująca historia.
Na skraju lasu Minerwa dostrzegła jakieś ciemne sylwetki, kilka zwierzęcych i jedną wyraźnie ludzką. Przyszło jej do głowy, że to Ogg. Z niepokojem zerknęła na Dumbledore'a. Czyjakolwiek obecność byłaby im teraz bardzo nie na rękę.
- Schowaj się - szepnął Dumbledore. - Sprawdzę kto to.
Minerwa przykucnęła pomiędzy rozłożystym dębem, a kamienną ławką. Zamarła w bezruchu, by nie zdradził jej szelest opadłych liści. Po kilku chwilach do jej uszu dobiegł znajomy głos, z charakterystycznym śladem zagranicznego akcentu.
- Tak. Dopiero później o tym pomyślałem.
Ze złości Minerwa przygryzła dolną wargę. Dlaczego to znowu Aschenwald? Czy on zawsze musi zjawiać się dokładnie wtedy, gdy nie powinien? Po co w ogóle plącze się tu o tej porze, z tą swoją ważną miną i przenikliwym spojrzeniem? Pewnie wydaje mu się, że zdobędzie dowody, że nie było żadnego stwora, że wymyśliła sobie to wszystko. Znalazł się Sherlock Holmes świata czarodziejów.
- Może pani stamtąd wyjść, panno McGonagall - powiedział. - I tak wiem, gdzie pani jest. Wszyscy się tam chowają.
Minerwa wstała niepewnie. Aschenwald stał obok Dumbledore'a i patrzył prosto na nią. Obaj trzymali w rękach zapalone różdżki. Dumbledore nie wyglądał na zdenerwowanego, czy choćby niezadowolonego, raczej na zajętego własnymi myślami.
- Następnym razem, niech się pani nie pozwoli nabrać w ten sposób - odezwał się po chwili Aschenwald. - Nie miałem pojęcia, gdzie się pani ukryła.
- Skoro pan wiedział, że gdzieś tu jestem, ukrywanie się nie miało już sensu - odparła bardziej szorstko, niż zamierzała. Aschenwald z dezaprobatą pokręcił głową, dokładnie w taki sam sposób, jak zwykle robił to podczas lekcji, gdy ktoś udzielił wyjątkowo głupiej odpowiedzi.
- Mogłem tylko udawać, że wiem o pani obecności tutaj. W końcu jest pani moją główną podejrzaną w tej sprawie. Wyraźnie skłamała pani, mówiąc o martwym jeleniu, więc proszę się nie dziwić, że gdy usłyszałem jakiś ruch, postanowiłem się upewnić, czy to przypadkiem nie panna McGonagall. Niech pani tu podejdzie, nie będziemy marnować czasu.
Minerwa zrobiła krok do przodu, utkwiwszy spojrzenie w Dumbledorze. Dlaczego nic nie mówi? Dlaczego nie występuje w jej obronie? Powinien to jakoś wytłumaczyć, zrobić cokolwiek, a nie po prostu stać sobie z nieobecną miną. W końcu ta cała, ponoć ściśle tajna wyprawa po różdżkę była jego pomysłem. A może Aschenwald rzucił na niego jakiś urok? Niektórzy twierdzą, że nie uczył się w Hogwarcie, tylko w innej szkole, w której stosowanie czarnej magii nie jest zabronione.
- Nie wiem co cię tak zajęło, Dumbledore, ale się obudź. Niepotrzebnie niepokoisz tę młodą damę - powiedział Aschenwald, trącając go lekko w ramię. - Jeszcze gotowa pomyśleć, że rzuciłem na ciebie jakiś urok.
Minerwa poczuła, że się czerwieni. Chyba nie powiedziała tego na głos? A może Aschenwald potrafi czytać w myślach? To by wiele wyjaśniało. Trzeba będzie się dowiedzieć, czy czytanie w myślach jest możliwe.
Dumbledore ocknął się w jednej chwili.
- Co? Ach, wybaczcie, coś przyszło mi do głowy, ale… mniejsza z tym.
- Jedźcie już. Słońce zaraz wzejdzie - mruknął Aschenwald. Ruszył w stronę chatki gajowego, gdzie kręciło się kilka testrali. Minerwa znów spojrzała na Dumbledore'a, który w odpowiedzi uśmiechnął się lekko.
- Minerwo, poprosiłem profesora Aschenwalda, żeby nam pomógł . Zaproponował, żebyśmy pojechali na testralach, o ile, oczywiście, nie będziesz miała nic przeciwko.
- Panna McGonagall latała już na testralu, więc wątpię, by miała jakiekolwiek trudności z jazdą, a tak będzie szybciej i bezpieczniej - stwierdził Aschenwald, oglądając się przez ramię.
Pięć testrali przypatrywało się im, swymi dziwnymi, białymi ślepiami. Wyglądały trochę przerażająco, jak wykrojone z ciemności nocy, wyrzeźbione z ustępującego mroku, dłutem jakiegoś ponurego rzeźbiarza. Ciarki przeszły Minerwie po plecach. Wyobraziła sobie śmierć z kosą, kościstą i posępną, dosiadającą jednego z tych stworzeń.
Nie mam nic przeciwko — odrzekła. - Z tatą często jeździmy na kucykach.
Aschenwald pomógł jej usadowić się na grzbiecie testrala, choć wcale go o to nie prosiła. Mimo irytacji, musiała przyznać, że zrobił to z jakąś dworską elegancją, jakby była księżniczką, dosiadającą pięknego wierzchowca. W innej sytuacji by ją to rozbawiło. Poobijana i podrapana jak sto nieszczęść księżniczka, na najpaskudniejszym wierzchowcu na świecie. Nie, jaka tam księżniczka? Ten przytyk Delii za bardzo wbił jej się do głowy. Wojowniczka. Zawsze, podczas wszystkich zabaw z innymi dziećmi była wojowniczką.
- Niech się pani nie obawia - powiedział Aschenwald. - Z zastępem aurorów nie byłaby pani bardziej bezpieczna.
- Nie obawiam się, panie profesorze - odparła z godnością. Naprawdę się nie bała. Zgodziła się na tę wyprawę z cichą nadzieją, że stwór znów się pojawi, tym razem na swoje nieszczęście. Przyzywała go w myślach. Bardzo chciała zobaczyć, jak Dumbledore przepędza tę kreaturę z lasu i pomóc mu w tym na tyle, na ile będzie potrafiła. Na odzyskaniu różdżki oczywiście również jej zależało. Dumbledore wytłumaczył jej, że różdżki są zabezpieczone przed przywoływaniem z dużej odległości, dlatego musi z nim pojechać i przynajmniej w przybliżeniu wskazać miejsce, w którym ją upuściła. Była pewna, że je rozpozna. Robiło jej się niedobrze na myśl o poczerniałych roślinach, o leżących w trawie, zakrwawionych sztyletach, lecz świadomość, że tym razem będzie mieć przy sobie kogoś starszego i mądrzejszego, dodawała jej sił. Jeszcze parę godzin temu rzeczywiście bałaby się powrotu do lasu, ale nie teraz. Teraz z całego serca pragnęła ponownej konfrontacji i zwycięstwa. W końcu jest przecież z Gryffindoru, z domu lwa, jest lwicą. No dobrze, narazie może lwiczką, ale tak czy inaczej, lew, to lew i lepiej nie nadeptywać mu na łapę, a ten stwór to zrobił. Przez niego zabiła jednorożca, przez niego są te wszystkie kłopoty.
- Martwy jeleń - powiedział Aschenwald tak cicho, że tylko ona go usłyszała. - Nie zamierzam tego podważać, przez wzgląd na pani dobro, ale proszę pamiętać, że jedno kłamstwo, zwykle pociąga za sobą szereg kolejnych. Nie warto samemu zastawiać na siebie sieci. Nawet najwięksi czarodzieje czasami proszą o pomoc.
Zanim Minerwa zdążyła zastanowić się nad tym, co właśnie usłyszała, Aschenwald klepnął testrala w kościsty zad i zwierzę ruszyło kłusem w stronę lasu. Minerwa obejrzała się za siebie i mogłaby przysiąc, nie, była pewna, że Aschenwald się uśmiecha. Nie podobał jej się ten uśmiech, niepokoił ją. Doszła do wniosku, że bardzo nie lubi, gdy ludzie pokroju Aschenwalda uśmiechają się jej za plecami.
Dumbledore zrównał się z nią i przez jakiś czas jechali obok siebie w milczeniu. Minerwa Miała ochotę zapytać o wiele rzeczy, przede wszystkim o to, czy zabicie jednorożca jest w jakiś sposób karane przez Ministerstwo Magii. Ta myśl przyszła jej do głowy zaraz po przebudzeniu, a po słowach Aschenwalda stała się bardziej natarczywa. "Nie zamierzam tego podważać, przez wzgląd na pani dobro". Czyżby wisiała nad nią groźba zesłania do Azkabanu? Czy dziecko może w ogóle trafić do Azkabanu?
- Co właściwie stało się z Betty Rowley?
Czytała w "Proroku codziennym" artykuł o małej zbrodniarce, lecz nie wynikało z niego, co z nią zrobiono. Dopiero zdumione spojrzenie Dumbledore'a uświadomiło jej, że ostatnie pytanie wypowiedziała na głos. Albo zbyt głośno pomyślała. Naprawdę trzeba będzie ustalić, jak to jest z tym czytaniem w myślach.
- Obecnie przebywa na oddziale zamkniętym św. Munga i tam prawdopodobnie pozostanie. Dlaczego pytasz?
- Zastanawiam się, panie profesorze, czy dziecko może trafić do Azkabanu. Czy za to, co zrobiłam…
- Nie trafisz do Azkabanu, Minerwo - przerwał jej ostro Dumbledore. Wbił w nią jedno ze swych najbardziej przenikliwych spojrzeń. - To nie była twoja wina i poradzimy sobie z tym. Zaufaj mi.
- Ufam panu. Ale nie ufam Aschenwaldowi - wypaliła.
- Profesorowi Aschenwaldowi - poprawił ją spokojnie Dumbledore.
- Eee, tak, przepraszam - wyjąkała. Zanurzyła palce w grzywie testrala. Znowu było jej zimno, lecz na szczęście w zwyczajny sposób. Była przeziębiona, obolała i zdecydowanie nie panowała nad tym, co mówi. Bardzo nie chciała wyjść na impertynencką, ale słowa najwyraźniej galopowały sobie radośnie gdzieś przed nią, znacznie wyprzedzając myśli.
- Po prostu, nie umiem rozgryźć jaki jest, a jeśli nie umiem, to mnie zawsze niepokoi.
Zdała sobie sprawę, że tego też nie powinna była mówić, ale Dumbledore się nie rozgniewał.
- No cóż… - mruknął. - Będzie ci więc musiało wystarczyć, że ja darzę profesora Aschenwalda pełnym zaufaniem.
Minerwa skinęła głową, z gorącym postanowieniem, że nie będzie się odzywać nie pytana, dopóki nie dojadą na miejsce. Pytanie padło ledwie po kilku sekundach, zadane lekkim, niezobowiązującym tonem, w którym jednak Minerwa wyczuła coś zaskakującego, jakąś obawę, być może lęk, jakby profesor zapytał, choć wcale nie chciał usłyszeć odpowiedzi.
- Jaki według ciebie jestem?
Odpowiedziała natychmiast, bez namysłu, nie zatrzymując się nawet, by złapać oddech.
- Trochę dziwny. Chyba mądrzejszy od większości ludzi. Czasem bardzo smutny. Naprawdę lubi pan uczyć. Umie pan wpływać na innych, żeby postępowali właściwie, mimo, że wcale im się pan nie narzuca. Nie ma pan nic przeciwko łamaniu zasad i raczej nikomu nie udało by się zmusić pana do zrobienia czegoś, na co nie miałby pan ochoty. Chodzi pan swoimi drogami. Ma pan dobre serce i dużo odwagi. Jest pan jedną z najmilszych osób, jakie znam.
Dzikie przerażenie ogarnęło ją już, gdy mówiła, ale nie mogła się powstrzymać. Nie powinien był pytać. Naprawdę nie powinien. Nie zadaje się takich pytań ludziom, którzy są zbyt mali, by mówić to, co myślą. Dumbledore patrzył na nią, wyraźnie zszokowany. Co ona najlepszego narobiła? Co ją opętało?
- Dlaczego pan zapytał? - wyszeptała z trudem. Serce brutalnie wcisnęło jej się do gardła, a każde, kolejne uderzenie roznosiło się po wnętrzu czaszki jak po pustym pokoju.
Dumbledore roześmiał się niespodziewanie. Wyraz szoku zniknął z jego twarzy, zastąpiony przez serdeczne rozbawienie.
- Po prostu chciałem wiedzieć. Dziękuję ci.
Minerwa nie zdążyła odczuć ulgi, bo w tym momencie testral, na którym jechała zarzucił łbem i zapiszczał przeciągle. Wydało jej się, że w powietrzu unosi się ślad odrażającego zapachu stwora. Gdzieś trzasnęła gałązka. Minerwa wyprostowała się i rozejrzała. Dumbledore trzymał w dłoni różdżkę, lecz jego błękitne oczy przeczesywały teren bardziej z zainteresowaniem, niż z niepokojem. Zewsząd zaczął dobiegać tętent końskich kopyt. Testrale ewidentnie podjęły jakąś dyskusję w swoim języku. Zwolniły zdecydowanie i kręciły łbami, jakby się naradzały. W końcu przystanęły. Coś białego mignęło między drzewami. Minerwa przetarła oczy, chcąc się upewnić, że wzrok nie płata jej figla. Z lasu wyłaniały się jednorożce, skąpane w charakterystycznej, księżycowej poświacie i otaczały ich ze wszystkich stron. Zrobiło się jaśniej. Kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt tych pięknych stworzeń, ustawiało się wokół nich, tworząc zwarty krąg. Wrażenie było niesamowite. Minerwa wstrzymała oddech, łzy napłynęły jej do oczu. Czy przyszły tu, by pomścić śmierć przyjaciela? Czy powinna się obawiać? Nie, przecież jest lwicą i cokolwiek się zdarzy, stawi temu czoło.
- Osobliwe - powiedział cicho Dumbledore. - Do prawdy, osobliwe.
