Tego wieczora mijał już trzeci dzień odkąd Matthias Kohler, świeżo upieczony absolwent ekonomii, zaczął pracować w jednej z większych w mieście korporacji.

Nie było tak strasznie, jak na początku się spodziewał. Może miało to coś wspólnego z faktem, że nie musiał robić dosłownie nic, ponieważ jego szef uczestniczył w jakiejś ważnej biznesowej delegacji. Czas spędzał głównie na przeglądaniu kolejno wszystkich portali społecznościowych, na których miał konto. Od czasu do czasu zdarzało mu się zajrzeć na maila, tylko po to, by nie znaleźć tam niczego nowego.

Z tego, co zrozumiał, jego praca miała łączyć w sobie brudną robotę sekretarza i asystenta. Miał przynosić na zawołanie wypełnione papiery, zajmować się podliczaniem różnych rzeczy w programach komputerowych, pisaniem raportów, a także, jeśli zajdzie potrzeba, układaniem planu dnia dla szefa. Nie wiedział, jak to będzie wyglądać w praktyce. Jak na razie, to tylko się obijał.

Oczywistym faktem jest, że Matthias nie dostałby tej pracy, gdyby nie drobna pomoc z wewnątrz. Tak się zdarzyło, że jego dobry przyjaciel ze studiów, Tino, który ukończył je rok wcześniej niż Duńczyk, pracował w tej korporacji już jakiś czas i powoli piął się po szczeblach kariery. Zaczynał tak jak każdy nowicjusz, lecz teraz mógł się poszczycić posadą asystenta jednego z wyżej postawionych kolesi. Bernard miał na imię. Albo jakoś tak… Matthias nie uznał tej informacji za wystarczająco istotną, by ją zapamiętać.

Pomimo tak wielu dobrych słów na temat Matthiasa, nie było sposobu, by uniknąć rozmowy kwalifikacyjnej. Przyszedł na nią nieco spięty, mając nadzieję, że nie palnie niczego głupiego, jak to często miał w zwyczaju. Nie chciał, żeby to, na co Tino tak ciężko pracował swoimi słowami, w jednej chwili przepadło. Z tej okazji specjalnie kupił nowy garnitur, na który wydał większość oszczędności. Lecz nie żałował tego, wiedział bowiem, że pierwsze wrażenie odegra ogromną rolę. Poza tym, jeśli jakimś cudem uda mu się otrzymać tę posadę, w czymś przecież będzie musiał przychodzić do pracy. W końcu to nie studia, żeby bawić się w dżinsy i białą koszulę! On wkraczał teraz w świat profesjonalistów! Z tym przekonaniem udał się do wskazanej mu sali, przedtem jeszcze zahaczając o łazienkę, gdzie upewnił się, że każdy włos jest na swoim miejscu.

Za szerokim, surowym stolikiem, lecz na miękko obitym krześle, stawił czoła oceniającym spojrzeniom dwóch poważnych panów w garniturach. Jeśli mam pracować dla podobnego kolesia, to może będzie lepiej, jak wyjdę stąd już teraz, pomyślał w tamtym momencie. Powaga na twarzach korporacyjnych snobów zawsze go przerażała, jako że sam był ich przeciwieństwem - gadatliwy, zabawny oraz sarkastyczny. Jednak podczas rozmowy pierwsza z tych cen, połączona z umiejętnym "laniem wody" i niekiedy pseudointeligentnymi odpowiedziami sprawiła, że Matthiasowi udało się zrobić dobre wrażenie na przyszłych współpracownikach.

Czwartego dnia zdarzyło się jednak coś, co przerwało rutynę. Już z samego rana Matthias został zaatakowany przez Tino, który wyglądał na bardziej zabieganego niż zazwyczaj.

- Słyszałem, że twój szef dzisiaj wraca. Lepiej tego nie zawal - uprzedził go, w biegu alfabetycznie segregując trzymane teczki.

- Nic się nie bój. - Matthias uniósł dłoń w uspokajającym geście. - A ty co dzisiaj taki zagoniony? Oxenstierna daje ci popalić?

- To dlatego, że pan Bondevik tak wiele od niego oczekuje. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik - westchnął na myśl o ogromie pracy, która jeszcze go czekała. - A Berwald ma bardzo wiele obowiązków w tej firmie. Pomagam mu najlepiej, jak potrafię. - Uśmiechnął się szczerze.

Pomimo że praca była męcząca, widać było, że dawała mu satysfakcję. Tino uwielbiał porządek, dlatego wielką frajdę sprawiało mu segregowanie i porządkowanie przeróżnych papierów i teczek. To oddanie gwarantowało Bernardowi ulgę w pewnych kwestiach oraz zwiększony komfort pracy.

- To leć mu zanieść te pliki. - Matthias kiwnął głową na trzymane przez Fina teczki. - Zobaczymy się na lunchu.

Gdy został sam, odświeżył kilkakrotnie maila, lecz nic nowego nie pojawiło się na ekranie. Znudzony na śmierć, zamknął skrzynkę i wyciągnął się na stosunkowo wygodnym fotelu. Powrócił myślami do przeprowadzonej przed chwilą rozmowy.

A więc w końcu pozna swojego szefa. Lukasa Bondevika. Głupio się przyznać, lecz w ciągu swojego pierwszego i drugiego dnia pracy w tej firmie nie wiedział nawet, jak jego pracodawca się nazywa. Wiedział jedynie, że jest jakąś szychą w tutejszej hierarchii, a gdy ludzie wymieniali jego imię i nazwisko, patrzył na nich wielkimi oczami, nie rozumiejąc, o co chodzi.

Kilka razy nachodziły go wątpliwości, co było raczej nieuniknione. Bał się, że sobie nie poradzi, że zostanie mu narzucone zbyt duże tempo, a obowiązki zaczną go przerastać. Jeszcze bardziej niepokoił go fakt, że nie został przydzielony jakiemuś podrzędnemu koordynatorowi, tylko człowiekowi, który praktycznie rządził całym biznesem.

Może Tino ma rację? Może powinien jakoś przygotować się na stanięcie twarzą w twarz z kimś tak ważnym?

Pora lunchu była jedynym przebłyskiem słońca podczas monotonnego jak zachmurzone niebo dnia pracy. Ludzie ze wszystkich stanowisk i wydziałów schodzili do wielkiej, przestronnej stołówki. Większość z nich jadała wydawane tam potrawy, część jednak przynosiła własnoręcznie zrobione kanapki. Do takich ludzi należał Matthias, codziennie jedzący ten sam zestaw - masło orzechowe i ser mozzarella. Tych składników nigdy nie mogło zabraknąć w jego dziwacznie skomponowanych kanapkach.

Większość osób w firmie była całkiem interesująca, jak na standardy Matthiasa. Spotkał kilkoro osób, którzy pasowali do charakterystyki stereotypowego przedsiębiorcy, czyli byli aroganccy, zarozumiali i nie potrafili zdobyć się na uprzejmości. Jedną z tych osób był Arthur Kirkland, wiecznie narzekający na warunki pracy i brak zdyscyplinowania. Zawsze śmiesznie poruszał przy tym ogromnymi brwiami, tak że Matthias miał wrażenie, że lada chwila odlecą.

W ciągu tak krótkiego czasu, jakim były cztery dni, udało mu się zgromadzić wokół siebie całkiem sporą paczkę ludzi. Zawsze słynął z tego, że łatwo zawierał znajomości, nawet w tak profesjonalnym środowisku jak firma. Przy każdym posiłku towarzyszył mu Tino wraz ze swoim barczystym, lecz niezwykle cichym szefem, Berwaldem. Dogadywali się całkiem nieźle także poza pracą, co było rzadko spotykane w relacjach z asystentami. Pierwszego dnia przyprowadzili ze sobą nieśmiałego szatyna o imieniu Toris. Matthiasowi dość długo zajęło rozluźnienie go, ale w końcu się udało. Elizavetta była chyba jedyną kobietą w firmie (oprócz Lili z Finansów, o której Duńczyk tylko słyszał). Drugiego dnia przysiadła się do jego stolika wraz z mężem. Matthias dowiedział się z rozmowy, że oboje sprawują pieczę nad wspomnianym już wcześniej Wydziałem Finansów, wraz z przyjacielem jej męża, Baschem Zwingli. Był to najważniejszy wydział w tej firmie, dlatego nie zawsze mogli sobie pozwolić, by wspólnie zjeść lunch. Czasami przysiadał się także dość ekscentrycznie wyglądający mężczyzna. Wyróżniały go rudawe włosy i rdzawe oczy, których kolor był mieszanką czerwieni i brązu. Matthias jednak nie oceniał go na podstawie wyglądu, bowiem liczyło się to, że Vladimir był uważnym i zabawnym rozmówcą, a jego wygłupy często działały Elizavecie na nerwy.

Tego dnia wszyscy siedzieli w wyżej wymienionym składzie, gawędząc cicho między sobą, czasami w dwójkach, a czasami całą grupą. Nierzadko można było usłyszeć "Zrób nam wszystkim przysługę i zamknij się, Vlad!" Elizavetty oraz rechot samego upomnianego. Matthias rozejrzał się po stoliku i jednogłośnie przyznał przed sobą, że bardzo polubił tę wesołą grupkę i nie wyobrażał sobie dnia pracy bez ich towarzystwa podczas przerwy.

- No hej, ptysie! - Matthias nagle usłyszał głos dochodzący zza swoich pleców.

Odwrócił głowę, dostrzegając zadbanego blondyna, który trzymał ręce na biodrach i spoglądał na cały stolik z wyższością.

- Feliks! - Uśmiechnęła się Elizavetta i żywiołowo wstała, omal nie przewracając tacki z zupą Rodericha.

Przytuliła mężczyznę, co ten ochoczo odwzajemnił. Matthias spojrzał na jej męża, którzy przyglądał się swojej zupie, modląc się by rozszalała przez Elkę fala nie wylała się poza krawędzie talerza. Widocznie jest nieszkodliwy..., pomyślał, patrząc na Feliksa.

- Jak tam urlop, Feliksie? - Gdy jego zupa się uspokoiła, Roderich w końcu spojrzał na parę.

- Zajebiście! Totalnie. Mam wam tyle do opowiedzenia, że nawet nie wiem, od czego zacząć. - Blondyn aż kipiał entuzjazmem.

Elizavetta z powrotem usiadła na ławce, a wraz z nią przybysz.

- No więc pojechałem sobie do Chorwacji i...nie uwierzycie, kogo tam spotkałem! Kasieńkę! Totalnie się nie zmieniła! Ani trochę!

- Miseczka wciąż rozmiar E? - wtrącił Vladimir, chichocząc pod nosem.

- A żebyś wiedział! - odparł Feliks nonszalancko. - Podszedłem do niej i powiedziałem "kopę lat", wiecie, takie sranie w banie, trochę powspominaliśmy. Ale, uwaga, nie uwierzycie, z kim była! - Zamiast dać grupie chwilę czasu na zastanowienie, kontynuował bez przerwy na oddech. - Z Alfredem! Tak, tym Alfredem!

- Ten to kuma czaczę - mruknął Vlad, który widocznie nie mógł powstrzymać się przed komentarzami.

- Cudowna historia, Feliksie - skwitował Roderich, elegancko unosząc filiżankę z kawą do ust.

- Totalnie! Pytałem ich o szczegóły, ale nic nie chcieli powiedzieć. Pewnie Wania kazał im milczeć - westchnął i oparł głowę o zgiętą w łokciu rękę.

Wtedy też jego wzrok napotkał niedostrzeżoną wcześniej figurę, która siedziała tuż przed nim na przeciwległej ławce.

- A ten to kto? - zapytał, kątem oka spoglądając na Elizavettę.

Matthias, który do tej pory skupiony był na jedzeniu swojej kanapki, podniósł głowę i wytarł kąciki ust z masła orzechowego. Czuł, że w końcu nadejdzie moment, gdy będzie zmuszony się przedstawić, lecz liczył na kolejny monolog ekscentrycznego blondyna. Pewnie jego opowieść zainteresowałaby mnie bardziej, gdybym wiedział, o kim mowa, przeszło mu przez myśl.

- Matthias Kohler. Nowy asystent twojego ulubionego szefa - odpowiedział Tino, nim Duńczyk zdążył otworzyć usta.

- Stary! Totalnie? - Uśmiechnął się Feliks, entuzjazm powrócił na jego jasną twarz. - Taka szycha! Jeśli chciałbyś się czegoś o nim dowiedzieć, to zawsze możesz zapytać mnie. Jestem chodzącą encyklopedią, jeśli chodzi o pracowników tej firmy.

Widać było, że jest dumny z tytułu największego plotkarza. Matthias przeczuwał, że zapewne skorzysta z jego propozycji, jeśli jego szef okaże się zamkniętym w sobie dziwakiem.

- Dlatego nikt cię tu nie lubi - mruknął po chwili Vladimir.

Na Feliksie jednak nie zrobiło to większego wrażenia, widocznie przywykł już do nieprzychylnych komentarzy mężczyzny.

- Mów za siebie. Wszyscy mają cię za totalnego krejzola. I to nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa... No, może poza nami - westchnął, widząc spojrzenie Tino. - I poza Balakovem - dodał po chwili, uśmiechając się z wyższością. - Nadal nie rozumiem tej waszej relacji.

Matthias przeniósł wzrok na Vladimira, który spoglądał na Feliksa spode łba, a jego oczy mówiły "ani kroku dalej".

- Nie twój biznes - powiedział jedynie, na co Feliks uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Matthias obserwował ich ze spokojem. Zapewne skomentowałby jakoś tę sytuację, gdyby tylko wiedział, o co chodzi. Doskonale zdawał sobie sprawę, że blondyn wie coś, czego nie powinien, ale reszta grupy nie interesowała się tym za bardzo.

Poza tym...Balakov. Gdzieś już słyszałem to nazwisko, wytężył mózg, ach, no tak, to chyba zastępca Bondevika. Podczas tego zwiększonego wysiłku psychicznego jego wzrok utkwiony był w siedzącym przed nim mężczyźnie, któremu w tamtym momencie najwidoczniej coś się przypomniało.

- Tak w ogóle, to Feliks jestem - powiedział, wyciągając rękę w stronę Duńczyka.

- Matthias - wyrwany z rozmyślań, odparł bez zastanowienia i uścisnął dłoń.

- Przecież już wiem.

Cały stolik zachichotał.

Po momencie ciszy spędzonym przez każdego na jedzeniu Feliks dostrzegł ponad ramieniem Matthiasa coś szczególnie interesującego i poświęcił temu całą uwagę. Chwilę przyglądał się dwóm mężczyznom, którzy stali przy wyjściu, przez co utworzył się tam niewielki korek.

- Widzę, że forma Arthura nie pogorszyła się podczas mojej nieobecności.

- Kłótnie z Francisem nigdy mu się nie znudzą - westchnęła Elizavetta.

Matthias, chcąc być w temacie, podążył za jej spojrzeniem. Od razu rozpoznał mężczyznę, który prowadził z nim rozmowę kwalifikacyjną. Cóż, tych brwi nie dało się pomylić. Dziwnie było widzieć jego arogancką twarz wykrzywioną w dzikiej furii. Tuż przed nim, lecz tyłem do Matthiasa, stał kolejny blondyn z włosami sięgającymi ramion. Twarz pozostała niewidoczna, lecz głos był melodyjny, przesiąknięty obcym akcentem.

- Arthurze, przyjacielu, musisz popracować nad pamięcią - zacmokał Francis. - Dzisiaj była twoja kolej.

- Moja!? Nie wciskaj mi kitu, żabolu. Doskonale pamiętam, że to JA tydzień temu schodziłem do piwnicy i kserowałem te głupie papiery, nie ty! - Widać było, że jest o wiele bardziej nieokrzesany niż jego towarzysz.

- Doprawdy? Ja mógłbym powiedzieć to samo. Jeśli mi nie wierzysz, zapytaj Matthewa. Był tam ze mną.

- Kto to Matthew? - Arthur zmarszczył brwi i założył ręce na piersi. - Nikt taki nie pracuje w naszej firmie, a ty kłamiesz mi w żywe oczy, bo nie chcesz ruszyć tego śmierdzącego, francuskiego tyłka i zrobić, co do ciebie należy!

- To Arthur i Francis - powiedział nagle Feliks, zwracając się głównie do Matthiasa. - Kłócą się mniej więcej codziennie. Zazwyczaj to Arthur zaczyna, ale nie myśl, że Francis to świętoszek. Ich relacja jest dość...specyficzna. - Zakończył tajemniczo, wrzucając do ust kilka winogron, które musiał zakupić na pobliskim targu.

Nietrudno było wywnioskować, że ów Francis był Francuzem.

Matthias kilka dni temu także był świadkiem podobnej kłótni między tymi dwoma, jednak nie była ona ani w połowie tak głośna, jak ta. Nawet nie pamiętał, czego w ogóle dotyczyła.

- Feliks zapomniał dodać, że w wolnych chwilach robi za tutejszą swatkę, więc strzeż się - westchnęła Elizavetta, patrząc wprost na Matthiasa.

- Udało mu się już kogoś zeswatać? - Zaciekawił się.

Kobieta tylko pokręciła głową.

Kilka minut później Vladimir wstał od stołu i pożegnał się z całą grupą, po czym opuścił stołówkę. Matthias zauważył, że w ciągu czterech dni działo się to już drugi raz. Nie potrafił wymyślić powodu, dla którego ten mógłby wracać do biura wcześniej niż zamierzone, w końcu pora lunchu była najprzyjemniejszą częścią dnia. Nie wydało mu się to jednak na tyle dziwne, by zapytać Feliksa o przyczynę.

Dosłownie chwilę później wszystkie głosy umilkły, nawet wściekłe warkoty Arthura, a wszystkie głowy zwróciły się w stronę wejścia.

- Oho, wrócił... - szepnął Feliks na tyle głośno, że siedzący naprzeciwko Duńczyk go usłyszał i wytężył wzrok. Przegapił moment, w którym dość niski człowiek wszedł, jednak mógł przyjrzeć się jego profilowi, gdy zatrzymał się tuż obok Arthura.

Mężczyzna odziany był w ciemny garnitur, jak niemal każdy w tej firmie, stał jednak sztywno i prosto, z głową lekko zadartą do góry, co dodawało mu kilka centymetrów wzrostu. Cała jego postać emanowała autorytetem, profesjonalizmem i powagą. Jego twarz była biała, lecz Matthias wątpił, że odpowiedzialna jest za to tylko karnacja. Stawiał na stres albo niezdrowe odżywianie. Kolejną rzucającą się w oczy rzeczą były jasnoblond włosy, nieco dłuższe niż Tina, lecz znacznie krótsze od Feliksa. Z tak sporej odległości Matthias nie potrafił dostrzec nic więcej, oprócz tego, że ów mężczyzna ma prosty, lecz nieostro zakończony nos.

- Kto to? - zapytał, chociaż przeczuwał, że zna już odpowiedź.

- Twój szef - odparł Tino, po raz kolejny uprzedzając w odpowiedzi kogokolwiek innego.

Wydaje się być niezłym gburem, przeszło Duńczykowi mu przez myśl. Poczuł, że temperatura jego ciała nieznacznie wzrasta. Chyba zaczynam się denerwować, przełknął ślinę, rozważając zdjęcie marynarki. Minęło sporo czasu, odkąd tak bardzo zależało mu na zrobieniu dobrego pierwszego wrażenia.

Feliks nachylił się, by wyszeptać:

- Widzisz tę panią przy wejściu?

Matthias odlepił wzrok od Lukasa Bondevika i przeniósł go na smukłą kobietę opartą o ścianę nieopodal drzwi. Miała długie do pasa włosy i przedziałek na środku głowy. Jej czubek zdobiła elegancka czarna kokarda z tego samego materiału, z którego wykonana była przylegająca do ciała spódnica.

- No widzę. Co z nią? - zapytał, bojąc się, że ta w jakiś sposób domyśli się, że o niej mówią i zgromi ich wzrokiem.

- To panna Natalia Bragińska. Będziecie się często widywać, totalnie, bo jest prawą ręką Bondevika i zazwyczaj podąża za nim jak cień. Ma cięty język i ogromne wpływy - zatrzymał się na chwilę, myśląc, czy rozwinąć ów wątek. - Postaraj się nie zaleźć jej za skórę, bo twój szefuncio bardzo ceni sobie jej opinię.

No świetnie, dwa gbury, przeszło mu przez myśl.

- Mają romans? - wypalił za to.

Feliks spojrzał na niego uważnie.

- Nie sądzę, to totalnie nie w ich stylu. Ale muszę przyznać, że są ze sobą dość blisko. Jednak nie w takim sensie. Sam zobaczysz. - Wzruszył ramionami, machając ręką na Duńczyka.

- Skoro tak mówisz. - Uśmiechnął się szeroko. - Coś czuję, że i tak będę mieć do ciebie jeszcze sporo pytań.

- Zawsze do usług. - Feliks odwzajemnił uśmiech.

- Tak sobie myślę... Skoro ta Natalia jest praktycznie jego asystentką, to na co mu ja? - Matthias zgniótł papier śniadaniowy w dwie małe kulki.

- Nie mam pojęcia, totalnie. Może Bondevik tonie w papierach i przyda mu się lewa ręka?

- Acha. To całkiem możliwe.

Arthur Kirkland podążył na korytarz za swoim przełożonym. Panna Natalia za nimi. Arthur wiedział, że nie powinien przejmować się jej obecnością, lecz kobieta sprawiała, że czuł się niekomfortowo.

- Udało ci się kogoś znaleźć? - zapytał Bondevik spokojnie i wyraźnie. Ten obojętny, aczkolwiek profesjonalny ton głosu sprawiał, że Kirkland kurczył się w sobie. Niezwykle mocno szanował swojego szefa i darzył go ogromnym autorytetem.

- Dzieciaka świeżo po studiach. Ma dwadzieścia cztery lata i żadnego doświadczenia, ale twierdzi, że szybko się uczy. - Podczas odpowiedzi przywołał w myślach rozmowę kwalifikacyjną. Miał nadzieję, że dobrze zrobił, wybierając akurat tego kandydata. - Wypadł o wiele lepiej niż reszta. Poza tym, Tino go polecał. - Wzruszył ramionami, zaczynając kwestionować swój wybór.

Na czas swojej kilkudniowej nieobecności Lukas Bondevik zostawił mu ważne zadanie. Polegało ono na tym, że Arthur (wraz ze znienawidzonym Francisem) musiał przeprowadzić kilka rozmów kwalifikacyjnych oraz załatwić wszystkie formalności z nimi związane, między innymi poinformować kandydatów telefonicznie (co oczywiście kazał zrobić żabojadowi). "Ufam twojemu instynktowi", powiedział mu wtedy Bondevik, a Arthur miał nadzieję, że nie zawiódł jego zaufania (bo jeśli nie, to może mała podwyżka?)

- Tino? Czyżby chodziło o pana Väinämöinena? - wypowiedział to skomplikowane nazwisko bez żadnych trudności, na co Arthurowi przeszło przez myśl słowo "potwór".

- Tak. Podobno znają się ze studiów - powiedział, co wiedział.

Lukas Bondevik westchnął.

- Niech będzie. Przyprowadź go do mnie po lunchu. Przeprowadzę szkolenie.

Gdy pozostało pięć minut do końca przerwy, przez drzwi wparował blady jak ściana Arthur Kirkland. Matthias ciekaw był, co tym razem będzie źródłem kłótni pomiędzy nim a Francisem. Jakie było jego zdziwienie, gdy Anglik natychmiast podbiegł do jego stolika i stanął przed nim, wyraźnie zestresowany!

- Ty! Wstawaj i za mną - rozkazał, celując palcem prosto w Duńczyka.

- Po co? - zapytał skołowany Matthias. - Mam jeszcze pięć minut.

- W dupie mam twoje pięć minut. - Splótł ręce na piersi; wyglądał na coraz bardziej zdenerwowanego.

Gdy Matthias podniósł się, nie chcąc wywoływać kłótni, Arthur odetchnął z ulgą.

- Za mną. - Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.

A Matthias za nim, nie mając pojęcia, o co chodzi. Spojrzał na swoich znajomych, którzy wyglądali na tak samo skołowanych jak on. Tylko Tino zaśmiał się na widok jego miny, która musiała być komiczna.

- Em...proszę pana? Mogę wiedzieć, dokąd mnie zabierasz? - Nie wiedział, jak się do niego zwrócić. Per "pan"? A może praca w tej samej firmie automatycznie czyniła z nich kumpli?

- Królowo angielska... Czemu wybrałem pyskatego dzieciaka? Bondevik mnie zabije... Mogę zapomnieć o podwyższe - Arthur mruczał do samego siebie cicho, żałując wszystkich swoich życiowych decyzji. - To wszystko wina tej francy... Gdyby nie on, to na pewno wybrałbym lepiej... Tak, to zdecydowanie jego wina.

- Uch...halo? - Jedyne, co dotychczas udało mu się wywnioskować to fakt, że ta sytuacja ma coś wspólnego z jego szefem.

- Idziesz na szkolenie - wyjaśnił mu w końcu lakonicznie, zaraz jednak posypały się instrukcje. - Pamiętaj, żeby nie pyskować. Nie odpowiadaj, dopóki nie pozwoli ci mówić. A jak pozwoli, to mów konkretnie i głośno. Nie przynieś wstydu swojej matce...tak. I nie zapomnij, żeby traktować pannę Natalię z należytym szacunkiem. To matka jego brata.

To trochę za dużo informacji jak na jeden raz, pomyślał Matthias. Jego mózg kompletnie wysiadł przy ostatniej. Matka jego brata? Co? Ten koleś jest jeszcze dziwniejszy niż myślałem. Nie wiedział do końca, czy w tym stwierdzeniu miał na myśli Arthura czy Lukasa.

- Spóźniłeś się - mruknął Vladimir, słysząc dźwięk towarzyszący otwieraniu, a następnie zamykaniu drzwi.

- Nagły wypadek - odpowiedział spokojny, dość niski głos. - Bondevik wrócił wcześniej.

- Ano. Widziałem go w stołówce.

Vladimir siedział za przestronnym biurkiem, na miękko obitym krześle, a przed twarzą trzymał kilka zapełnionych kartek. Przeczytał ostatnią ze stron i wszystkie położył na blacie. Wtedy jego oczom ukazał się Aleksander Balakov, jego przystojny przełożony o ciemnych jak węgiel oczach i równie czarnych włosach. Założył nogę na nogę i obrócił się wokół własnej osi na fotelu. Sprawiało mu to niemałą frajdę, jako że sam w swoim boksie nie posiadał takiego luksusu.

- Ciężki dzień? - zapytał po kilku sekundach milczenia, na co Aleksander pokiwał głową. - Tak czy nie? - Znając nawyki Bułgara, wolał upewnić się słownie. Co prawda Aleksander w miarę panował nad odruchami przywiezionymi z ojczyzny, czasami jednak mylił się.

- Tak, ciężki. Nie jestem w stu procentach przygotowany, a wiem, że on będzie ode mnie oczekiwał...tego wszystkiego - westchnął, mając na myśli nieposegregowane papiery porozrzucane po wszystkich szafkach, szufladach i wielkim biurku.

W końcu spojrzał na Vladimira, na co ten wyprostował się, próbując przyjąć jakąś wyluzowaną pozycję.

- Czemu siedzisz na moim miejscu?

- I tak cię nie było. - Wzruszył ramionami, odwracając wzrok. - Ale zrobiłem to, co chciałeś. - Wstał i podszedł do niego z równo ułożonymi papierami.

- Dziękuję - odparł grzecznie Aleksander i przeleciał wzrokiem pierwszą stronę, krzywiąc się nieznacznie.

- Nie myśl, że robię to za darmo. - Vlad wyszczerzył w uśmiechu swoje kły i pośpiesznie wyszedł z gabinetu.

Wiedział, że Balakov odprowadza go wzrokiem, zaintrygowany.

W końcu, po dwuminutowym biegu przez labirynt korytarzy, znaleźli się przed ciemnymi, drewnianymi drzwiami opatrzonymi blaszaną tabliczką z napisem "Lukas Bondevik, dyrektor Bondevik Co.". Tuż pod nią znajdowała się mniejsza, z grawerem "Natalia Braginska".

Matthias wskazał na kawałki blachy.

- Też kiedyś taką dostanę? - zapytał Arthura, rozentuzjazmowany wizją plakietki z własnym imieniem i nazwiskiem.

- Tylko jeśli weźmiesz do serca moje rady i nie wygłupisz się przed panem Bondevikiem - odparł wyniośle, strzepując niewidzialny pyłek z ciemnej marynarki. - I nie pokazuj palcem, to niegrzeczne. Okaż trochę kultury.

Gdy w dyskusji pojawiało się słowo "kultura", Matthias automatycznie tracił zainteresowanie rozmową. Sama koncepcja owego wyrazu była mu znajoma aż za dobre, jako że wszyscy próbowali wtłuc mu ją do głowy od przedszkola. Później jednak sztuka stała się trudniejsza, gdy do gry weszły rozmaite nakazy i zakazy, o których Matthias albo notorycznie zapominał, albo rozumiał zupełnie inaczej niż inni ludzie.

Idąc za przykładem Kirklanda, poprawił swój garnitur, począwszy od otrzepania spodni, a skończywszy na wygładzeniu krawata. Gdy skończył, spojrzał wyczekująco na Arthura. Ten jednak spoglądał na niego, jakby był co najmniej niespełna rozumu.

- Tak, to wszystko wina tej francy - westchnął ostatecznie i skinął głową na drzwi. - No to powodzenia.

- Nie wchodzisz ze mną? - Z twarzy Matthiasa zniknął głupkowaty uśmiech, zastąpiło go autentyczne przerażenie.

Arthur tylko wzruszył ramionami.

- Prosił, żeby cię przyprowadzić po lunchu. O mnie nic nie mówił.

- Więęęc... Może jednak skusisz się na małe odwiedziny u szefa!? - Wskazał dłońmi na drzwi w sposób łudząco przypominający panie reklamujące w telewizji wielofunkcyjne obieraczki i mopy parowe.

Wtedy też Arthur zbladł tak mocno, że Matthias szczerze zaczął martwić się o jego stan zdrowia.

- Jeśli Bondevik jakimś cudem nie wyrzuci cię w pierwszym tygodniu, to obiecuję, że nigdy więcej nie wrobię w nic Francisa - skomentował i odwrócił się, zostawiając Duńczyka sam na sam z drzwiami.

Matthias przez całą drogę do miejsca przeznaczenia nie odczuwał strachu ani stresu. Teraz jednak, gdy tylko sekundy i milimetry dzieliły go od zapukania, odczuł wszystko ze zdwojoną siłą. Był niemalże pewien, że supłowi, który utworzył mu się w brzuchu, nie podołałaby nawet No-Spa.

Przypomniał mu się słynny cytat jakiegoś znanego filozofa, mówiący o tym, że człowiek jest tylko trzciną na wietrze. Trochę czuł się jak taka trzcina, stojąc na trzęsących się nogach, gdzie nawet najmniejsza siła byłaby w stanie go przewrócić. Dasz radę, pomyślał, przed chwilą wydawało ci się, że ta chwila nigdy nie nastąpi, za niedługo będzie po wszystkim, a ty będziesz śmiał się ze swojej głupoty. W przypływie odwagi zacisnął dłoń w pięść i zapukał, czując się jak zwycięzca. Zaraz jednak na powrót spanikował. Gdy po drugiej stronie rozległo się stłumione "proszę", pogodził się z faktem, że nie ma innej opcji. Musi wejść do środka i udowodnić Arthurowi Kirklandowi, że zasłużył na tę posadę.