We fight every night for something
When the sun sets we're both the same
Half in the shadows
Half burned in flames
We can't go back for nothin'
Take what you need say your goodbyes
I gave you everything
And it's a beautiful crime.
Tamer - Beautiful Crime
❝To wszystko zdarzyło się mniej więcej naprawdę.❞
Jest na świecie takie miejsce, gdzie sen łączy się z magią. Wiem o tym, gdyż sam w takim miejscu mieszkam. Niektórzy zapewne pomyślą, że jest to kraina magiczna, nierealna, prawie że Prawiek...
Jednak nie. Tym miejscem okazał się brudny, deszczowy Londyn. Mój dom. Jedyne miasto, w którym czuję się dobrze, nawet jeśli za nim nieszczególnie przepadam.
To właśnie tutaj czarodzieje i mugole żyją razem, chociaż jeden ze światów nawet nie wie o istnieniu drugiego. Czy to sprawiedliwe? Oczywiście, że nie. Ale o niektórych rzeczach chyba lepiej dla świętego spokoju nie wiedzieć...
Jesienny deszcz powodował, że wszystkie barwne i przeurocze widoczki rodem z mugolskich tapet na smartfony, stawały się wyłącznie mdłą i odpychającą breją. Liście, które zdążyły już opaść z drzew, walały się po całym parku, wyłącznie niepotrzebnie zasłaniając chodnik wykonany z - i tak w sumie łączącej się kolorystycznie ze wszechobecną szarością - kostki brukowej. Liście te swą konsystencją przypominały (choć mogło się to wydawać porównanie dość abstrakcyjne) zbyt długo maczane w mleku płatki zbożowe. Ta myśl jedynie przypomniała młodemu aurorowi o tym, że w sumie od rana niczego nie jadł. Nie miał czasu. Ochoty zresztą też nie. Obudził się z bólem brzucha i nawet nie potrafił wcisnąć w siebie ani kęsa. Mimo wszystko, wypadało cokolwiek zjeść, dlatego też Neville postanowił wybrać mniejsze zło i w drodze do pracy zamówił sobie coś śmieciowego. Doskonale zdawał sobie sprawę ze szkodliwości tego typu rozwiązań, jednak to i tak było silniejsze od niego. Chciał być tego dnia choć trochę produktywny, a z pustym żołądkiem na pewno tego nie osiągnie.
Ów posiłku niestety nie udało mu się ze względu na pośpiech dokończyć. No i po co komu praca o tak wczesnej godzinie? Ileż rzeczy mógłby jeszcze zrobić, gdyby nie musiał się tak szybko zjawiać w Biurze Aurorów! Może przynajmniej w końcu by się porządnie wyspał...
Neville wszedł do zabałaganionego i pełnego walających się po kątach kartek biura. Udało mu się dotrzeć na miejsce przed czasem, przez co nikogo w nim nie zastał. Zresztą, tłumów nigdy się w tym miejscu nie spodziewał. Swoje miejsce pracy dzielił z wyłącznie dwoma innymi aurorami — z czego jeden z nich nie pojawił się się w pracy już przez ponad pół roku. Pewnego dnia zrezygnował i słuch po nim zaginął. Jednak czy kiedykolwiek zjawi się ktoś na zastępstwo? Neville zaczynał w to szczerze wątpić. Ludzie najwidoczniej przestali marzyć o ratowaniu świata przed złem. Cóż, dla spokojnego Longbottoma to również nie było wyśnionym zawodem. Robił to, bo nie miał na siebie innego pomysłu.
Rozejrzał się po gabinecie i sam nie potrafił zrozumieć, jakim cudem jest w stanie odnaleźć się w tym pełnym kompletnie niepotrzebnych rzeczy miejscu. Wypadałoby w końcu porządnie posprzątać, aczkolwiek tak się jakoś składało, że nikt nigdy nie miał na to siły. Albo raczej chęci. Bo niby kto chciałby się z własnej woli użerać z cudzym bałaganem?
Chłopak jednym ruchem różdżki odsunął na bok stertę jeszcze wczoraj niezwykle mu potrzebnych papierów, a potem skierował swój wzrok w stronę wręcz zmarnowanej paprotki stojącej tuż przy jednym z biurek.
— Ah, no jak można w ten sposób zaniedbać takie biedactwo? — mruknął sam do siebie i pokręcił głową z niedowierzaniem. Miał nadzieję, że na ten moment krótkie aguamenti choć trochę poprawi jej nędzną sytuację. Koniecznie będzie musiał wrócić do biura z odpowiednimi przyborami. Miał to zamiar wręcz zapisać sobie w kalendarzu. — Dlaczego wcześniej ciebie nie zauważyłem?
Neville od zawsze wolał rośliny. Były zupełnie inne od ludzi... Prostsze w odczytaniu i o wiele bardziej lojalne. Jeśli okazało się im choć trochę miłości i troski — odwdzięczały się pięknym kwiatem, na który zawsze miło było popatrzeć. A ludzie? Często w zamian ranili. Czy można tak naprawdę kiedykolwiek być pewnym tego, że ktoś zasługuje na dobroć? Zadawał sobie to pytanie zdecydowanie zbyt często i wiedział, że powinien w końcu przestać żyć tego typu refleksjami. Życie było na to zbyt krótkie.
Gdy już zakończył akcję ratunkową, wrócił do biurka i zajął się kończeniem odłożonej przed chwilą końcówki hot doga. Nim jednak Neville zdążył do końca zlizać cieknący mu po nadgarstku keczup, usłyszał głos swojego przyjaciela. Auror wytarł chusteczką pobrudzone sosem usta w i rzucił wzrokiem na wchodzącego do gabinetu rudzielca — Rona Weasleya.
— No proszę! Czyżbyś znowu postawił na hot doga z rana? Nie sądziłem, że Hanna aż tak źle ciebie karmi! — roześmiał się, nie chcąc się bawić w tradycyjne powitania, a następnie powiesił płaszcz na znajdującym się przy drzwiach wieszaku.
— No proszę, jesteś przed czasem! Już się bałem, że jak zwykle się spóźnisz! — rzucił w odpowiedzi Neville, uśmiechając się do przyjaciela. — Nie no, już bez przesady. Po prostu nie byłem dzisiaj głodny, a podobno efektywniej się pracuje, gdy ma się pełny żołądek. Już mniejsza o to, czym jest wypełniony.
— Podejrzewam, że w takim razie mamy kompletnie odmienne definicje śniadania... Ale skoro lubisz od rana faszerować swój organizm jakimiś śmieciami, no to droga wolna.
Neville zaśmiał się, widząc nieco nerwową odpowiedź Rona. Czyżby jego przyjaciel wstał dzisiaj lewą nogą, przez co jak zwykle musiał się do czegokolwiek przyczepić?
— Oj, no nie denerwuj się. Doskonale wiesz, że wewnętrznie naprawdę ci zazdroszczę, że Hermiona robi ci codziennie rano te zdrowe kanapeczki i sałatki. Gdybym miał na to czas, sam bym sobie takie robił! — odparł, kończąc jedzenie, a następnie wstając, by wyrzucić chusteczkę do znajdującego się w rogu pokoju kosza na śmieci.
Ron, słysząc rzucony przez Neville'a komentarz, wyłącznie przewrócił oczami i zajął się sprzątaniem znajdujących się na biurku papierów. Jak zwykle zostawił na nim poprzedniego dnia bałagan, przez co miał z rana jeszcze więcej pracy...
Zresztą, Weasley nie lubił, gdy ktokolwiek przytaczał temat jego zdrowej diety. Przez to, że przytyło mu się swego czasu kilka kilogramów, musiał zrezygnować ze swoich ulubionych przekąsek, a ze względu na pracę, pragnął czym prędzej wrócić do formy. Nie po to zdawał te wszystkie egzaminy, by teraz zostać zwolnionym przez zbyt wielki brzuch! Żona naprawdę nie dawała mu spokoju i ciągle liczyła zjedzone przez niego kalorie. Cóż, na szczęście nie wiedziała o podjadanych przez niego batonikach, które najczęściej trzymał w szufladzie swojego biurka... Chęci chęciami, jednak Ron naprawdę nie chciał rezygnować z dosłownie wszystkiego.
Neville, dostrzegając reakcję swojego przyjaciela na drwinę, postanowił zabrać się za pracę. Wiedział, że szkoda marnować czas na głupoty, bo papierów do wypełnienia i poukładania mieli naprawdę sporo...
— Jak myślisz, co będziemy dzisiaj robić? Bo ja mam nadzieję, że w końcu wydarzy się coś ciekawego — mruknął Ron, chcąc w jakikolwiek sposób przerwać trwającą kilka minut ciszę, która nagle między nimi nastała. — Mam już serdecznie dość zwykłej papierkowej roboty. Czekam na coś dużego!
Longbottom westchnął głęboko, nie potrafiąc uwierzyć, że jego przyjaciel mógłby powiedzieć coś równie irracjonalnego. Choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Ron bardzo szybko nudzi się rutyną, kompletnie nie potrafił tego zrozumieć.
— Nie gadaj tyle, bo jeszcze wykraczesz i naprawdę będziemy musieli być świadkami jakiegoś okrucieństwa. Naprawdę aż tak przeszkadza ci spokój? Wolę podpisywać papiery, niż chodzić po prosektorium.
— Pieprzenie. Po prostu będzie ci głupio spojrzeć na Lauren po tym, jak ostatnio zrzygałeś się na korytarzu.
Neville przypomniał sobie o wspomnianej sytuacji i momentalnie na jego twarz wkradł się szkarłatny rumieniec. Zdążył zapomnieć o tym jakże kompromitującym wydarzeniu, a teraz te emocje powróciły do niego ze zdwojoną siłą, przez co poczuł się jeszcze gorzej. Niby była to reakcja naturalna organizmu, gdyż badane ciało wyglądało naprawdę paskudnie, jednak sam fakt, że zachował się jak dopiero co zaczynający naukę medycyny podlotek był dla niego zdecydowanie najgorszy. Przecież był poważnym i pracującym w zawodzie już kilka lat aurorem... A tym bardziej frustrujące było dla Neville'a to, że Ron był wówczas zajęty kończeniem jedzenia swojej kanapki z sałatą i pomidorem...
— Ah, zamknij się. Idę zrobić sobie coś do picia i mam nadzieję, że zmądrzejesz, nim zdążę wrócić — odparł, podnosząc się z biurowego krzesła.
Miał zamiar zrobić sobie herbatę, dzięki której być może uda mu się nieco rozgrzać. Co prawda najbardziej uwielbiał czarną, mocną kawę, jednak tym razem postanowił wybrać mniejsze zło. Zwłaszcza, że pogoda na zewnątrz nie należała do najprzyjemniejszych i Neville nawet nie wyobrażał sobie, by późną jesienią pić coś innego, niż herbatę — nawet jeśli nie potrafiła uzupełnić jego (dość zresztą wysokiego) dziennego zapotrzebowania na kofeinę.
— Dobra, dobra. Widzę, że zmieniasz temat, no ale niech ci będzie! — roześmiał się Ron, ciesząc się ze swojego małego zwycięstwa w dyskusji.
Longbottom w odpowiedzi wyłącznie przewrócił oczami, a następnie udał się do biurowego kącika kuchennego. Miał serdecznie dość rozmów na temat jego wrażliwego na negatywne emocje żołądka! Chociaż wewnętrznie i tak cieszył się, że Weasley nie wie, ile razy dokładnie Neville przeżył w swoim życiu tego typu chwile słabości...
Koniec z hot dogami — od dzisiaj będę zabierał do pracy wyłącznie lekkostrawne rzeczy. Koniecznie muszę zacząć robić sobie zdrowe kanapki...
Chociaż Earl Grey z plasterkiem cytryny nieco poprawił humor młodemu aurorowi, czas i tak niemiłosiernie mu się dłużył. Od kilku dni faktycznie w Londynie nie działo się nic szczególnego, jednak konsekwencją tego było zawalenie żmudną, papierkową robotą, przez którą siedzący nieopodal Ron zaczynał tracić zmysły. Neville starał się jednak nie zwracać uwagi na marudzenie swojego przyjaciela i przymknął na chwilę oczy, delektując się smakiem przygotowanej niedawno herbaty. Nie działo się nic niebezpiecznego lub niepokojącego, dzięki czemu chłopak mógł w końcu odetchnąć z ulgą i zacząć układać swoje życie prywatne. Ale czyżby to była wyłącznie cisza przed burzą?
Z chwili refleksji wyrwał go odgłos otwieranych drzwi. Neville otworzył oczy, odłożył kubek z wciąż jeszcze parującym napojem, a następnie machnął różdżką, na chwilę zatrzymując swoje samopiszące pióro. Od razu dostrzegł kolejną znajomą sylwetkę, jednak tym razem był to jego szef — Harry Potter. Zapewne gdyby nie miał z nim przyjacielskich relacji, od razu przeraziłby się i przynajmniej zaczął udawać, że żarliwie nad czymś pracuje, aczkolwiek nie miał teraz ku temu powodu. Zresztą, nic poważnego się nie działo, a on i Ron byli w tym momencie dokumentacją dotyczącą nieco starszych spraw. Trzeba przecież nadrabiać wszelkie zaległości.
— Mam nadzieję, że wam, chłopcy, nie przeszkadzam — rzucił poważnym tonem, od razu lustrując ich wzrokiem. W dłoni trzymał kubek z wciąż jeszcze gorącą kawą, przez co Neville momentalnie poczuł potrzebę sięgnięcia po tego typu napój. Cholera, czyżbym był aż tak uzależniony?
— O, hejka, Harry — rzucił Ron, odrywając wzrok od papierów, a następnie odwracając się na swoim fotelu w stronę gościa. — Stało się coś, że tak nagle nas tutaj nachodzisz? Błagam, powiedz, że tak. Mam serdecznie dość ślęczenia nad tymi papierami!
Ron tym bardziej czuł się sielsko w obecności swojego najlepszego przyjaciela. Nawet nie zwracał uwagi na to, że w pracy wypadałoby zachować przynajmniej pozory szacunku względem przełożonego.
— Można tak powiedzieć — mruknął, poprawiając swoje okulary. Lata mijały, a Harry Potter ani trochę nie zmieniał swojego stylu. Co prawda powoli zaczynał zapuszczać brodę - co zresztą szło mu stosunkowo opornie - jednak reszta rzeczy pozostała niezmienna. Bo po co zmieniać coś, co przez tyle czasu tak dobrze się sprawdzało? — Ale wydaje mi się, że nie jest to szczególnie przyjemna sprawa.
Neville uniósł nieznacznie brwi, oczekując, aż jego przyjaciel w końcu ostatecznie wyjaśni powód swojego przybycia. Choć tyle dobrego, że nie dołożył nam niepotrzebnych papierów... - mimowolnie przeszło mu przez myśl. Podejrzewał jednak, że było to stwierdzenie stosunkowo w tej sytuacji nieodpowiednie. Może naprawdę wydarzyło się coś okropnego, a on martwi się o takie głupoty?
Mężczyzna westchnął głęboko, a następnie odłożył kubek z kawą na znajdujący się tuż obok stolik, zresztą i tak w większości zajmowany przez purpurowego storczyka przyniesionego pewnego dnia do pracy przez - a jakże - Neville'a.
— Dwa dni temu mieszkającej na obrzeżach Londynu parze mugolaków zaginęło dziecko. Dziewięcioletnia Emily Collins nie wróciła na noc do domu — rzucił, przyglądając się reakcji dwójki aurorów na dopiero co podaną informację. Na ich twarzach malowała się konsternacja, co Harry'ego ani trochę nie zaskoczyło.
— Ale... O co chodzi? Co tak naprawdę się stało? — rzucił po niedługiej chwili zamyślenia Neville.
— Z zeznań matki wiem, że dziewczynka bawiła się ze swoimi koleżankami na placu zabaw i jeszcze tego samego dnia słuch po niej zaginął. Starzy mieszkają w mugolskiej dzielnicy, dlatego sprawa od razu trafiła na policję, jednak mają podejrzenia, że to może mieć jakiś związek z ich pochodzeniem — odpowiedział, biorąc w końcu łyk odłożonego przed chwilą gorącego napoju. — Dobrze wiesz, że te neośmierciożercze grupy pojawiają się ostatnio jak grzyby po deszczu...
Słuchał słów Harry'ego, powoli kiwając głową. To prawda, Neville doskonale zdawał sobie sprawę z obecności tych, jego zdaniem, okropnych grup. Chociaż Voldemorta już od kilku lat w ogóle nie było, niektórzy czarodzieje wciąż wierzyli, że ich mistrz zjawi się, by podjąć kolejne próby oczyszczenia świata i pozbycia się osób z nieczystą krwią. Jak widać rasizm nie był wyłącznie problemem nieczarodziejskiego świata...
— To faktycznie mogłoby mieć sens. Ale czy mamy w ogóle na ten moment jakieś poszlaki?
Harry podał Neville'owi dość chudą teczkę, w której znajdywały się wszystkie najpotrzebniejsze informacje dotyczące zaginionej dziewczynki.
— Proszę. Na ten moment mamy niewiele więcej od mugoli. Ale wierzę, że uda wam się wygrzebać coś jeszcze. Aurorom powiedzą na pewno nieco więcej — odparł, a Neville czym prędzej zaczął kartkować dokumenty znajdujące się w teczce. Było ich niewiele, jednak i tak chłopak ucieszył się, że mają cokolwiek. Teraz wystarczyło wyłącznie przyswoić sobie całą sprawę i można było zabierać się za robotę...
Stojący za Nevillem i spoglądający zza jego pleców na dokumenty Ron westchnął głęboko Słysząc ten odgłos widocznego niezadowolenia, dwójka młodych aurorów odwróciła się w jego stronę.
— Miałem nadzieję, że to będzie coś choć trochę ciekawszego. Przecież taką sprawą może się równie dobrze zająć mugolska policja! — zaczął, gdy tylko poczuł na sobie przeszywający go wzrok przyjaciół. — Podejrzewam, że to wszystko jest wywołane nerwami. Wymyślają sobie teorie, chociaż na pewno ich córka nawet nie została porwana, a jedynie wymknęła się ze swoimi znajomymi i gdzieś się zgubiła!
— Czy ty w ogóle wiesz, co wygadujesz, stary? Też byś tak zareagował, gdyby zaginęła Rose? — zapytał Harry, dalej przyglądając się rudowłosemu. — Schowaj swoje uprzedzenia do kieszeni i zacznij zachowywać się jak dorosły facet!
Od dwóch lat Harry i Ron byli ojcami, co kompletnie odmieniło ich spojrzenia na wiele spraw. Niestety Wesley wciąż miewał chwile, podczas których kompletnie zapominał o ciążących na nim obowiązkach. Rodzicielstwo zaczynało powoli go przestać, a w drodze na świat było już jego drugie dziecko.
Po krótkiej chwili Ron wzruszył obojętnie ramionami i zabrał ze swojego biurka czarno-czerwony kubek, przypominający mu nieustannie o czasach, gdy jeszcze był ogromnym fanem bułgarskiej narodowej drużyny Quidditcha. Co prawda jego zapał po poznaniu Viktora Kruma nieco ostygł, jednak i tak nie potrafił się z tym właśnie naczyniem rozstać.
— Nie wiem, róbcie sobie, co tam tylko chcecie. Idę się odlać, a potem dolać kawy. Jakbym był w przeciągu najbliższych pięciu minut szczególnie potrzebny, wiecie gdzie mnie szukać — mruknął, a następnie wyszedł z biura, o mały włos nie zderzając się na korytarzu z trzymającym w dłoniach dość pokaźną stertę papierów aplikantem. Potem od razu trzasnął drzwiami, pozostawiając Neville'a i Harry'ego w stanie porządnego zdziwienia.
Nieprzyjemną ciszę przerwał jako pierwszy Harry, krzyżując ręce na piersi, a także dalej przyglądając się dopiero co zamkniętym drzwiom.
— A ten co taki nieswój?
Neville w odpowiedzi wzruszył ramionami.
— Wydaje mi się, że wstał dzisiaj lewą nogą — mruknął, szybkim łykiem kończąc picie herbaty. Podczas rozmowy zdążyła wystygnąć, przez co kompletnie odechciało mu się nią delektować. Zimna herbata to najgorsze, co w ogóle istniało! Jednak nie sądził, że na rozmowie zejdzie aż tyle czasu.
— Oh. Czyli w sumie nic nowego — westchnął Harry, tym razem odwracając wzrok w stronę chłopaka stojącego z beżową teczką. — Ale to nie czas na jego fochy. Ogarnij tego dużego dzieciaka i zabierzcie się za robotę. Musimy znaleźć Emily Collins, nim to wszystko faktycznie okaże się sprawką neośmierciożerców. Jeszcze tego nam teraz brakowało...
Longbottom pokiwał głową na znak, że rozumie, a gdy tylko jego szef wyszedł z pomieszczenia, czym prędzej zabrał się za zapełnianie wiszącej na ścianie tablicy korkowej. Nie mieli czasu do stracenia. Byli w kompletnej rozsypce, a z minuty na minutę sytuacja małej Emily mogła się jedynie pogarszać.
Oby to faktycznie nie była cisza przed burzą...
Gdzie się podziewasz, Emily? Rodzice naprawdę się o ciebie martwią...
W końcu nadeszła chwila, gdy Neville mógł się nieco zrelaksować i odpocząć po pracy. Od siedzenia nad papierami zaczynały go boleć oczy i plecy, a dodatkowo czuł się jak emeryt. Ale nawet nie miał jeszcze trzydziestu lat! Cóż, przez to podejrzewał, że przed czterdziestką będzie już kompletnym inwalidą i Hanna zacznie się nim zajmować, jakby był jedną nogą w grobie. Miał jednak wewnętrzną nadzieję, że sprawa dotycząca zaginięcia Emily Collins zmusi go do ruchu i aktywności. W końcu musiał odejść zza biurka i porobić coś na świeżym powietrzu - a to już jakiś powód.
Przez złą pogodę zrezygnował z porannego joggingu i powoli zaczynał dostrzegać tego efekty. Zasiedział się i było mu teraz bardzo, bardzo ciężko powrócić do dawnej sprawności. Na szczęście do Rona było mu jeszcze dosyć daleko...
Nim Neville dotarł do mieszkania Hanny, był przemoknięty do suchej nitki. Nienawidził takiej pogody, a musiał wędrować akurat podczas najgorszej ulewy! Co prawda posiadał licencję na teleportację, jednak dosyć rzadko korzystał z tego środka transportu. W tej kwestii bliżej mu było do zwyczajnego mugola, aniżeli poważnego i dorosłego czarodzieja. Choć był z tym światem bardzo mocno związany, niektóre rzeczy cały czas go przerażały...
Wszedł do niewielkiej kawalerki i momentalnie poczuł w nozdrzach piękny zapach lasagne pomieszany ze specyficznym, aczkolwiek wszechobecnym w całym mieszkaniu zapachem perfum Hanny. Uśmiechnął się pod nosem. Cieszył się, że najwidoczniej zeszłoroczny prezent gwiazdowy dobrze jej służył.
Mieszkanie co prawda nie należało do najpiękniejszych i największych, jednak biło od niego bardzo przyjemne ciepło. Ściany w pokojach pomalowane były na różne odcienie jasnej żółci (zapewne przez dumę Hanny do bycia byłą Puchonką), a na parapetach i szafkach dostrzec można było przeróżne rośliny (będące mniej lub bardziej udanymi prezentami od Neville'a).
— Cześć, kochanie — przywitał się z dziewczyną, dał jej szybkiego buziaka w czoło, a następnie podał do rąk zakupione w pobliskim supermarkecie kwiaty. Były to nieco wyblakłe czerwone róże, wciąż jeszcze zapakowane w przezroczysty celofan. — To dla ciebie. Taka mała niespodzianka z mojej strony. Mam nadzieję, że choć trochę poprawią ci humor, bo ta pogoda jest naprawdę przygnębiająca!
— Ojej... To urocze, jednak co ja z nimi niby zrobię? Dopiero co wyrzuciłam poprzednie, a ty mi znów przynosisz do domu coś takiego! — westchnęła głęboko, mimo wszystko zabierając od swojego ukochanego kwiaty, a następnie odkładając je na stole znajdującym się w niewielkiej kuchni.
Najwidoczniej niektórzy woleli ten oschły oraz nieco specyficzny współczesny romantyzm.., przeszło mu przez myśl. Zachowanie dziewczyny często go zadziwiało, aczkolwiek starał się niepotrzebnie nie marudzić. No ale przeciwieństwa się przyciągają, racja?
Neville naprawdę robił wszystko, by znaleźć cokolwiek optymistycznego w tej sytuacji.
Wszedł do pomieszczenia za nią, a następnie postanowił samemu zająć się przyniesionymi kwiatami. Wyciągnął z jednej z szafek szklany wazon, a następnie nalał do niego wody z kranu. Co prawda mógł to zrobić jednym krótkim zaklęciem, jednak po całym dniu w Ministerstwie chciał choć na chwilę odpocząć od wszechobecnych ułatwień podstawowych życiowych czynności.
Po chwili poczuł na sobie wzrok zielonkawych oczu Hanny. Spojrzał w stronę opierającej się o framugę drzwi dziewczyny, a następnie uniósł pytająco brew.
— Coś nie tak? — zapytał, zakręcając wodę.
Wzruszyła ramionami, następnie śmiejąc się lekko pod nosem. Naprawdę nie rozumiała, dlaczego ten człowiek jest aż tak oderwany od rzeczywistości. Szczególnie wtedy, gdy zajmował się roślinami...
Neville zaś od zawsze uważał, że ten perlisty śmiech niezwykle pasował do dosyć delikatnej urody Hanny. Dziewczyna wyglądała jak anioł... nawet jeśli często okazywała się być dość nieczułą diablicą. Właśnie ten dziwaczny kontrast zmuszał młodego aurora do przemyśleń dotyczących prawdziwej natury blondynki. Z dnia na dzień zaczynam coraz gorzej ją rozumieć...
— Chyba powinieneś się przebrać. Jesteś cały mokry, a ja nie chciałabym mieć później kałuży w kuchni — zmieniła ton, gdy już porządnie przyjrzała się swojemu chłopakowi. — Już i tak narobiłeś mi dziś roboty, bo musiałam przygotować większą porcję jedzenia.
Neville'a wręcz zatkało. Nie spodziewał się, by jego dziewczyna była w stanie zrobić mu wyrzut o to, że miał ochotę z nią dzisiaj posiedzieć. Szczególnie, że mówił o tym zamiarze nieco wcześniej. A może po prostu się przesłyszał i do jego mózgu dotarła błędna informacja? Postanowił udawać, że Hanna tak naprawdę nie powiedziała niczego. Widział, że ich relacja ostatnimi czasy nie należała do najlepszych, aczkolwiek nie sądził, że efekty ich niedawnych kłótni będą aż tak widoczne.
— Oh... w porządku. Pójdę się przebrać — odparł, a następnie ruszył w stronę sypialni. Chociaż nie mieszkali razem, Neville miał tam schowane kilka ubrań na "czarną godzinę". Czasem zdarzało mu się nocować w mieszkaniu Hanny, dlatego też postanowił, że takie rozwiązanie będzie co najmniej rozsądne.
Szybko przebrał się w szary, nieco na niego za duży t-shirt, a także spodnie od dresu. Nie odczuwał potrzeby, by ubierać coś bardziej wyszukanego, skoro najbardziej zależało mu na wygodzie, a nie wyglądzie. Po niedługiej chwili i jednej podlanej roślinie doniczkowej (czy Hanna może przestać zapominać o cyklamenie?) powrócił do kuchni, gdzie dostrzegł swoją dziewczynę zajadającą się swoim posiłkiem. Neville był zaskoczony tym widokiem i odruchowo spojrzał w stronę noszonego przez niego zegarka. Cztery minuty. Dokładnie tyle zajęło mu przebranie się w coś wygodnego, a także podlanie usychającej rośliny. W jego odczuciu nie było to wiele, ale może Hanna zupełnie inaczej postrzega i definiuje czas? Auror nie był już niczego pewny.
Bez słowa usiadł przy stole i nałożył sobie swoją porcję lasagne. Przynajmniej to było w stanie nieco poprawić mu humor. Postarał się jednak w jakikolwiek sposób rozładować to dziwaczne napięcie, które nagle się między nimi pojawiło.
— W końcu dostaliśmy nową sprawę — zaczął, grzebiąc leniwie widelcem w swoim zapiekanym serowo-mięsnym makaronie. — Zaginęła dziewczynka z rodziny mugolaków. Mam nadzieję, że szybko nam to pójdzie. Ron był dzisiaj nie w sosie, ale jestem pewny, że się wyśpi i jutro przyjdzie pełen sił.
— Czyli znowu będziesz się całymi dniami szlajał po jakimś lesie, a o mnie kompletnie zapomnisz? Już kiedyś to przerabialiśmy — mruknęła, biorąc łyk otworzonego przed chwilą czerwonego wina. — Doskonale wiesz, że jestem sceptycznie nastawiona do twojej pracy. Nie pasujesz do niej.
— Hanna, nie mów tak... Im szybciej znajdziemy to dziecko, tym lepiej. Nie wydaje mi się, by to było dla nas aż tak problematyczne. Szczególnie, że tyle lat udało nam się wytrzymać... Wiem, że być może jestem na to wszystko zbyt wrażliwy, jednak naprawdę staram się, by wszystko było w porządku — mruknął, nalewając sobie nieco alkoholu do stojącego przy talerzu kieliszka do wina. Czy do lasagne nie byłoby lepsze białe? Przemknęło mu przez myśl. Ah, a zresztą, do diabła z tym. To nie jest ważne. — Nie chciałabyś, by jacyś doświadczeni aurorzy szukali naszego dziecka, gdybyśmy, nie daj Merlinie, byli w podobnej sytuacji?
Blondynka mimowolnie parsknęła śmiechem i spojrzała z lekkim rozbawieniem na twarzy w stronę siedzącego naprzeciw chłopaka.
— Neville, my nie mamy dzieci i nawet nie chcę o nich myśleć. Taka sytuacja nigdy się u nas nie wydarzy — odparła, biorąc dosyć spory łyk wina. — Już to przecież tyle razy przerabialiśmy! Wolałabym zaadoptować kota i spokojnie rozwijać się w pracy. Naprawdę tak ciężko ci przyjąć do wiadomości? Też powinieneś znaleźć sobie jakieś satysfakcjonujące zajęcie, byś później nie żałował zmarnowanego czasu.
— Mhm... W porządku, przemyślę to — westchnął, choć tego typu życie ani trochę nie wydawało mu się atrakcyjne. Zaczynając od tego, że sukces zawodowy nie był dla niego szczególnie ważny, a kończąc na tym, że był ogromnym psiarzem. O tym wolał jednak głośno nie mówić, bo Hana zdążyła się porządnie napalić na przygarnięcie jakiegoś wielkiego, szarego kota. Podobno rasowego, jednak Neville kompletnie się na tych rzeczach nie znał. — A jak tam twój dzień? Działo się coś ciekawego?
Dziewczyna od razu rozpoczęła opowiadać o najciekawszych sytuacjach, które wydarzyły się tego dnia w Szpitalu Świętego Munga. Starał się udawać zainteresowanego, jednak po krótkiej chwili po prostu zajął się spożywaniem lasagne, raz na jakiś czas kiwając głową, imitując jakiekolwiek zaciekawienie. W jego głowie i tak pojawiały się wyłącznie myśli dotyczącego tego, w którą stronę zmierza ich związek.
I wszystko wskazywało na to, że zmierzał ku powolnemu rozpadowi...
Neville nawet nie miał pojęcia, jakim cudem to wszystko tak prędko przeniosło się do sypialni. Czerwone wino niewątpliwie zaczęło na nich działać, przez co atmosfera prędko stała się dosyć gorąca. Już nawet zdążyli zapomnieć o nieprzyjemnej i pełnej obłudy rozmowie, którą odbyli przy posiłku. Jednak z każdym kolejnym opróżnianym kieliszkiem, wszystko zaczęło schodzić na nieco bardziej zbereźne tematy.
Alkohol naprawdę zbliża do siebie ludzi — nawet jeśli oznaczało to trwanie w dość toksycznej relacji...
Młody auror na chwilę odzyskał świadomość i postanowił spojrzeć na obecną sytuację z trzeźwego punktu widzenia. Nie udało mu się to jednak, bowiem pierwszym, co zobaczył, były piersi dziewczyny. Siedzącej mu na kolanach. Zresztą, kompletnie nago.
Mimowolnie westchnął i powrócił do namiętnych, pełnych pasji pocałunków, oczywiście wciąż będąc w stanie nietrzeźwości.
Cóż poradzić na to, że jestem wyłącznie prostym mężczyzną?
Gdy było już po wszystkim, a emocje zdążyły nieco opaść, Neville leżał na łóżku i palił papierosa. Spoglądał również na znajdującą się tuż obok niego Hannę i posłał jej lekki uśmiech. Czuł się w tym momencie naprawdę spełniony.
— Byłaś naprawdę świetna.
— Mhm... wiem. Ty też nawet niezły — mruknęła, sięgając po leżący na podłodze szary t-shirt. Neville nawet nie pamiętał, że go tam rzucił. Dziewczyna założyła na siebie nieco pogniecioną koszulkę, a następnie praktycznie od razu podniosła się z łóżka. — Idę wziąć prysznic. Nie mam zamiaru śmierdzieć jutro w szpitalu zaschniętym potem.
Chłopak jedynie zaśmiał się pod nosem i wzrokiem odprowadził idącą w stronę drzwi Hannę. Sypialnia nie należała do największych, przez co nie była to podróż daleka. Cóż, teraz miał przynajmniej chwilę na rozważania dotyczące całego dnia. O wiele lepiej mu się myślało, gdy nikt go nie rozpraszał. Zwłaszcza wyglądająca jak anioł dziewczyna z iście diabelskim wnętrzem...
Przymknął oczy, a po chwili usłyszał odgłos wody lecącej pod prysznicem wody. Zaciągnął się, a potem zaczął sobie wszystko układać. Wciąż był nieco zmroczony wypitym podczas obiadu winem, jednak niedawno igraszki z Hanną nieco go otrzeźwiły. Nie wypił przecież aż tak dużo, by w pełni stracić świadomość. Zwłaszcza, że miał teraz na głowie sprawę zaginionej dziewczynki, a także mógł się w każdej chwili okazać potrzebny. Bycie aurorem to nie bułka z masłem.
Różnie ciężkie było też trwanie w związku, który z dnia na dzień coraz bardziej ranił. Bo co tak naprawdę łączyło Neville'a i Hannę? Seks i kilka przyjemnych wspomnień ze szkoły, gdy obydwoje byli jedynie nieśmiałymi i dopiero otwierającymi się na świat nastolatkami? To było zdecydowanie za mało. Szczególnie, że wojna naprawdę ich zmieniła, a po bojących się własnego cienia dzieciach nie pozostało praktycznie nic. Czy był sens ciągnąć relację utrzymującą się jedynie ze względu na nostalgię, a także strach przed samotnością?
— Kuźwa, to wszystko jest zbyt skomplikowane — mruknął do siebie, gasząc papierosa o leżącą na stoliku nocnym szklaną popielniczkę.
Po chwili odgłos wody ucichł, a z łazienki wyszła Hanna, ponownie ubrana w zabrany wcześniej szary t-shirt. Neville przez ten widok lekko się uśmiechnął. Miał najpiękniejszą dziewczynę na świecie i czuł się ogromnym szczęściarzem. W tym momencie do jego wcześniejszych rozważań doszła myśl, iż być może trwa przy dziewczynie ze względu na jej wygląd. Wiedział, że to płytkie, jednak cóż poradzić na to, że był wyłącznie potrzebującym bliskości wzrokowcem? Wszystko było w tej sytuacji możliwe, nawet jeśli nieco go to smuciło.
Hanna położyła się na łóżku tuż obok Neville'a i zlustrowała go wzrokiem.
— A ty o czym tak cały czas myślisz? Tylko siedzisz i palisz te fajki, w dodatku nic nie mówiąc. Zaczyna mnie to przerażać — rzuciła, przykrywając się różowo-błękitną kołdrą.
Chłopak powrócił do swoich niedawnych rozważań i zaczął myśleć, którą z nich przedstawić Hannie. Podejrzewał, że obawy dotyczące sensu ich związku nie będą w żaden sposób odpowiednie, a temat jego pracy wyłącznie ją zanudzi. Dlatego też palnął, wypowiadając słowa, nad którymi kompletnie przez swój stan podchmielenia nie panował:
— Zamieszkajmy razem.
Hanna zmarszczyła brwi, a po chwili zaśmiała się krótko i cicho. Był to odgłos przypominający wypuszczenie powietrza nosem.
— Dobranoc, Neville. Jutro trzeba wstać do pracy — odparła, a potem odwróciła się do niego plecami i zgasiła lampkę nocną.
Nawet nie wiedział, czy wypadało na to cokolwiek odpowiadać. Rzucił jedynie wzrokiem na powoli zasypiającą Hannę i skarcił się w myślach za bycie tak bezmyślnym masochistą.
Telefon zadzwonił przed czwartą.
Neville niechętnie dotknął dłonią leżącego tuż obok popielniczki mugolskiego smartfona i zmrużonymi oczami odczytał, że dzwoni do niego Ron.
Czego on może o tej godzinie ode mnie chcieć?
Przesunął palcem w prawą stronę i odebrał połączenie.
— Słucham? — mruknął sennym głosem, mimo wszystko powoli wstając z łóżka i ruszając boso w stronę kuchni. Naprawdę nie chciał budzić spokojnie drzemiącej Hanny.
— Stary, znaleźli Emily. Na szczęście żywą.
Neville był naprawdę zdziwiony, że ta sprawa nie trwała nawet jednego dnia. Czyżby to był powrót do nudnej, papierkowej roboty? W głosie Rona odczytał jednak ton, który wcale na to nie wskazywał.
— I? Coś więcej?
— Po prostu przyjdź. Nawet nie wiem, jak mam ci to opisać. Wyślę ci adres.
— W porządku. Czekaj na mnie — odparł, a następnie zakończył połączenie. Dlaczego Ron w ogóle wybrał ten sposób komunikacji? Czy Hermiona naprawdę przekonała go do korzystania z mugolskiej technologii?
Nim jednak zdążył odpowiedzieć sobie na te pytania, otrzymał adres. Nie było to co prawda daleko od mieszkania Hanny, jednak i tak będzie musiał się teleportować. Nienawidził tego robić, jednak skoro praca tego od niego wymagała... Był w stanie się poświęcić. Szczególnie, że od Rona nie dowiedział się niczego szczególnego i teraz zjadała go ciekawość.
Spojrzał na zegarek. Powoli dochodziła czwarta. Mogło być gorzej. Westchnął i nastawił wodę na kawę. W międzyczasie postanowił wziąć szybki, orzeźwiający prysznic, a także się ubrać.
Hanna miała jeszcze godzinę snu, dlatego postanowił robić wszystko tak cicho, jak to tylko możliwe. Nie chciał, by znowu niepotrzebnie denerwowała się ze względu na jego pracę...
Ale koniecznie musiał dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się z Emily Collins.
Gdy wyszedł z mieszkania, było kilka minut po czwartej. Słońce niezwykle wolno wychylało się zza horyzontu, witając nowy, jesienny dzień. Nawet jeśli wokół wciąż było ciemno i nieco mokro (całą noc bowiem lało jak z cebra), Neville wierzył, że wraz z tym słońcem wschodzi nowa nadzieja. Nadzieja na lepsze jutro i rozwiązanie wszystkich problemów. Naprawdę potrzebował takiego słońca. Już. Teraz. Na zawsze.
