Biegła, jej kroki odbijały się delikatnymi dźwiękami wśród białych ścian. Płuca, dla których już nie starczało rozrzedzonego powietrza, paliły żywym ogniem, pomimo tego że wszędzie dookoła panowało przeraźliwe zimno. Zimno od którego siniały wargi i palce.
Umierała. Czuła jak umiera jej dusza rozpostarta dumnie w przestrzeni. To od tego rozdarcia w boku, ten prowizoryczny opatrunek nie starczy na długo. Nie, gdy przeciwnik jest tak blisko gotowy do kolejnego ciosu.
Modliła się. Modliła się do wszystkich dusz, które wirowały w przestrzeni, by ją ocaliły, by pomogły jej uciec od niechybnej zagłady. I wstydziła się tej modlitwy. Nie powinna się bać śmierci. Śmierć przynosi wybawienie i udoskonalenie.
Bała się. Przeraźliwe się bała, tego Roju, który krążył gotowy by ją pożreć. Nie chciała być pożarta, nie chciała zostać na wieczność oddzielona od swoich przodków.
Nie zdążyła. Nie udało jej się po raz ostatni schować w ramionach swojej duszy, do której wyciągnęła ręce w desperackim geście. Okryła ją zimna ciemność. I tylko sine usta poruszyły się z rozpaczą.
"Ratunku."
