Rozdział pierwszy
Ogromny przedsionek Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów był niemal całkowicie spowity mrokiem. Zdaniem niektórych stanowił najciemniejszy zaułek gmachu, a swoją "przytulność" zawdzięczał niefortunnemu położeniu - stanowił zatokę odgraniczoną wąskim korytarzem od reszty Ministerstwa. Tląca się w głębi pomieszczenia lampka, a także cichy stukot uderzania pióra o pergamin zdradzał obecność ostatniego urzędnika tego ponurego wieczoru.
Amelia Bones, asystentka dyrektora Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów, wertowała opasłe paragrafy statutów dotyczące użycia magii przez dorosłych czarodziejów. Sytuacja w Ministerstwie zmieniała się dynamicznie, a ilość sporządzanych przez nią raportów przewyższała jej oczekiwania odnośnie czasu spędzanego w pracy. Amelia z niedowierzaniem przepisywała interesujące ją postanowienia, które nawet w jej głowie brzmiały absurdalnie ograniczająco wobec praw czarodziejów. Gdy tylko skończyła, natychmiast poderwała się z miejsca, w pośpiechu opuszczając mury Ministerstwa. Musiała o tym poinformować Zakon.
- Profesorze...? - zawołała niepewnie w progu wejścia do kwatery głównej. Drzwi do jadalni, znajdującej się na samym końcu wąskiego korytarza były szeroko otwarte, dzięki czemu dostrzegła obecność siwej brody Dumbledore'a. - Mam panu coś ważnego do przekazania...
- Dobry wieczór, Amelio - odrzekł swoim zwyczajnym, dobrodusznym tonem, poprawiając na nosie okulary-połówki. - A zatem zamieniamy się w słuch.
Dopiero wtedy zauważyła dwa tuziny osób siedzących przy długim, prostokątnym stole, jednocześnie uświadamiając sobie, że przeszkodziła w trakcie zebrania, na którym sama w roztargnieniu zapomniała się pojawić. Ponad dwadzieścia głów wlepiło w nią wyczekujące spojrzenie, a twarz Amelii pokryła się delikatnym rumieńcem.
- Ministerstwo zamierza wdrożyć nowe postępowania w sprawie użycia czarów przez pełnoletnich czarodziejów - powiedziała jednym tchem, opadając na najbliższe wolne krzesło. - Na podstawie rejestru różdżek będą monitorować wszystkie rzucane zaklęcia...
- Pełna inwigilacja - skomentował nonszalancko rozłożony na krześle James, posyłając Amelii szeroki uśmiech. - To, co stary minister Minchum lubi najbardziej.
- To poważna sprawa, James. Różdżki aurorów również będą śledzone - odparła z zatroskaną miną.
- Skąd Ministerstwo ma rejestr różdżek? - zapytał siedzący w samym rogu Moody, łypiąc na nią nieufnie swoim szalonym okiem, które świdrowało ją spojrzeniem tak intensywnie, że można było dostrzec, jak tęczówka aurora porusza się małymi, skokowymi ruchami.
- Sporządzili go na podstawie namiaru. Tego samego, który dezaktywuje się wraz z ukończeniem siedemnastego roku życia - wyjaśniła naprędce, zamierając na krześle pod wnikliwym spojrzeniem Alastora. - Nieoficjalnie wiem też, że Ollivander i inni wytwórcy będą rozliczani z wiedzy o każdej stworzonej i sprzedanej różdżce.
- Interesujące - uśmiechnął się Albus. - Czy ktoś z was nabył nową różdżkę w ostatnim czasie?
- Ja kupiłem nową - odezwał się Mundungus Fletcher, odginając się do tyłu na krześle. - Może nie w ostatnim czasie, ale na pewno po zdjęciu namiaru... I co lepsze, jest nierejestrowana - dodał z cwanym uśmiechem na ustach.
Chociaż Amelia wstąpiła w szeregi Zakonu zaledwie dwa tygodnie temu, to zdążyła już zauważyć, że Mundungus zawsze był na bieżąco z wszelkimi nowościami Ministerstwa i, zgodnie z aktualnymi potrzebami, nabywał różne ciekawe przedmioty z jeszcze ciekawszych źródeł.
- A co, jeśli Ministerstwo się dowie, że ktoś używa nierejestrowanej różdżki? - zapytał Syriusz, ledwo zauważalnie do niej mrugając.
- Och, za to grozi Azkaban - odparła bez zastanowienia. - Mój szef, Ogden, wysłał mi listę raportów dotyczących użycia magii, które mam napisać. Spojrzałam na tę listę… Sami aurorzy.
- Obawiam się, że to odgórny nakaz. Barty Crouch nie ma zaufania do nikogo, zwykłych szmalcowników posyła do Azkabanu. - Dumbledore wstał. - Amelio, czy byłabyś w stanie coś dla nas zrobić?
Skinęła głową, czując, jak jej żołądek zaciska się w supeł.
- Wiem, że to może być ryzykowne - zaczął poważniejszym niż zwykle tonem - ale spróbuj utrzymać w sekrecie informacje dotyczące Zakonu.
- Nie śmiałabym uchylić Ministerstwu zbyt wielu informacji - uśmiechnęła się delikatnie, widząc w oczach Dumbledore'a skrzące się ciepło. - Do tego pomyślałam, że... Mogłabym w ten sposób spróbować śledzić potencjalnych śmierciożerców.
- Byłoby fantastycznie - poparł ją Kingsley. - Informacje docierające do nas z departamentu są ostatnio tak utajniane przez Croucha, że gdyby nie Zakon, nikogo byśmy nie znaleźli.
- Jest aż tak źle? - Amelia pobladła.
- Crouch i Minchum wiążą nam ręce. Nie ufają nam za grosz, pewnie twierdzą, że spiskujemy z Dumbledorem przeciwko nim. Sądzimy, że niebawem zdecydują się przekadrować Biuro Aurorów...
- Informacje z Zakonu to nasze główne medium - dodał Moody. - Szukamy też łajdaków na własną rękę, ale litości, nie jesteśmy biurem dochodzeniowym. Zresztą i tak zaraz polecą etaty, a pierwszy będę ja - skrzywił się.
- Tym bardziej postaram się pomóc - zadeklarowała, ani chwili nie zastanawiając się, czy nie bierze na siebie zbyt dużego zobowiązania. Atmosfera robiła się coraz gęstsza, a Amelia nie mogła dłużej pozostawać bierna, gdy Ministerstwo stwarzało dodatkowe problemy.
- Wspaniale. - Moody klasnął w dłonie. - Tylko się nie daj złapać, Bones. Potrzebna nam wtyka w Ministerstwie.
Następny dzień Amelia spędziła w pracy, sporządzając dokumenty dla swojego przełożonego z pełnym wypisem zaklęć użytych przez aurorów. Dość szybko zorientowała się, że na ich podstawie jest w stanie z łatwością prześledzić każdą wykonaną przez nich akcję - również taką, która odbyła się w ramach aktywności Zakonu Feniksa. Ogden, czytając po kolei jej raporty, nie musiałby się zbyt wiele natrudzić, żeby wywnioskować, że prowadzą działalność aurorską poza godzinami pracy.
Serce Amelii biło szaleńczym rytmem. A gdyby spróbowała zataić użycie zaklęć w działaniach dla Zakonu? Wszystkie spisy czarów z ostatniego tygodnia miała na swoim biurku i sądząc po ich ilości, mogłaby przysiąc, że to są jedyne ich egzemplarze. Zbyt wiele się nie namyślając, przepisała na maszynie raporty, nie uwzględniając pewnych niewygodnych dla niej akapitów, a następnie skierowała kroki do gabinetu swojego szefa, Johna Ogdena.
- Proszę wejść - usłyszała stłumiony głos dobiegający zza drzwi. - Panno Bones…
- Panie Ogdenie, chciałabym złożyć raporty - oznajmiła Amelia, kładąc stos pergaminów na biurku.
Siwiejący mężczyzna z sumiastym wąsem wziął do ręki pierwszy arkusz, przyglądając się mu wnikliwie zza zdobiącego jego oko monoklu.
- Dobra robota, panno Bones - pochwalił ją po dłuższej chwili, a kobieta poczuła, jak zalewa ją fala ulgi. - Ten raport o Alastorze Moody'm… Uwzględniła pani nawet zaklęcie, którym parzy sobie herbatę - uśmiechnął się. - Na przyszłość nie musisz być aż tak dokładna. Myślę, że wiesz, jakie zaklęcia interesują Ministerstwo.
- Dziękuję, panie dyrektorze - odetchnęła. - Czy Alastor Moody jest podejrzany o obcowanie z czarną magią? - wypaliła, zanim zdążyła się zastanowić, czy nie za bardzo zdradza się ze swoimi intencjami.
- Ależ skąd - żachnął się. - Natomiast Ministerstwo, jako podmiot powołany do zachowania porządku wśród czarodziejów, ma obowiązek zachować szczególne środki ostrożności w wyjątkowych sytuacjach. W dzisiejszych czasach rozsądnym jest, żeby tak potężna instytucja, jak Ministerstwo Magii, darzyła ograniczonym zaufaniem swoich współpracowników.
Skinęła głową w milczeniu, powstrzymując się od cisnących się jej na myśl komentarzy. Ogden, pomimo swojego sztywnego usposobienia, nie był najgorszym urzędnikiem w Ministerstwie, na jakiego mogła natrafić. W dodatku zależało jej, żeby darzył ją zaufaniem, bo to gwarantowało bardziej odpowiedzialne zadania w przyszłości.
- Nie zatrzymuję cię już dłużej. Jutro rano dam znać, jakich raportów będę od ciebie oczekiwał.
Po pracy Amelia deportowała się do swojego niedużego mieszkania, znajdującego się na przedmieściach Londynu. Gdy tylko podjęła pracę w Ministerstwie Magii, postanowiła wyprowadzić się z domu rodzinnego. Swoje przyszłe mieszkanie pierwszy raz ujrzała w rubryce "Do wynajęcia" Proroka Codziennego, od razu się w nim zakochując - było ono ulokowane w rogu mugolskiej kamienicy i kształtem przypominało dziuplę, za to skąpaną w blasku słońca, co było zasługą dużych, przestronnych okiennic rozpościerających się na całą szerokość kuchni.
Amelia wyjęła z torebki stos wykazów zaklęć, na podstawie których sporządziła raporty o aurorach i czym prędzej spaliła je w kominku, przy okazji obmyślając, w jaki inny sposób mogłaby utylizować dokumenty, które potencjalnie byłyby w stanie wydać ją i Zakon.
Nagle po mieszkaniu rozległo się gromkie walenie w drzwi, które sprawiło, że serce podskoczyło jej do gardła.
- To ja, James! - dobiegł ją głos zza ściany. - WAŻNA SPRAWA, OTWÓRZ NAM SZYBKO.
- Moja ulubiona baśń z dzieciństwa? - zawołała, podnosząc się z przysiadu i podążając w stronę do przedpokoju.
- Amelio, na litość Merlina - zaklął James. - Fontanna Szczęśliwego Losu?
W tej samej sekundzie, w której Amelia odryglowała drzwi, czworo zdyszanych Huncwotów wparowało jej do mieszkania.
- Co się stało? - zdziwiła się, obrzucając ich uważnym spojrzeniem. - Spotkaliście śmierciożerców?
- Tak, szukają czegoś w Little Norton - odpowiedział gorączkowo Remus. - Uciekliśmy im, ale jeden przechwycił różdżkę Syriusza.
- Jesteście ranni?
- NIE - wrzasnęli chórem.
- Mam poważne kłopoty - jęknął Syriusz, pocierając twarz dłonią. - Śmierciożerca, który wytrącił mi różdżkę, rzucił z niej parę zaklęć niewybaczalnych...
- Przy obecnym prawie Ministerstwo lada chwila to odnotuje. - Amelia westchnęła ciężko. - Odzyskałeś swoją różdżkę?
- Tak - kiwnął głową, wyjmując przedmiot zza pazuchy. - James go rozbroił zanim się deportowaliśmy.
- Merlinie, niedobrze - odpowiedziała, czując, jak krew odpływa jej z twarzy. - Gdyby śmierciożerca ją zabrał i w dalszym ciągu używał, mógłbyś złożyć zeznanie o napaść. Rzucałeś po tym jeszcze jakieś zaklęcia?
- Żadnych, Bones - uśmiechnął się cierpko. - Nie jestem głupi.
- Świetnie, ale od teraz twoja różdżka jest bezużyteczna. - Amelia wyciągnęła dłoń do niego. - Oddaj mi ją.
- Co? - Syriusz zdębiał.
- To, co słyszałeś. Jedno zaklęcie więcej z tej różdżki i Barty Crouch wyśle cię do Azkabanu.
- Nie da się nic zrobić? - zapytał pobladły Remus. - Masz przecież dostęp do ministerialnych papierów. Nie mogłabyś ich zabrać, zniszczyć, cokolwiek? Przecież Departament Przestrzegania Prawa nie monitoruje całą dobę każdego zaklęcia…
- Remusie, sprawa jest bardziej skomplikowana niż myślisz. Ministerstwo namierza w pierwszej kolejności zaklęcia niewybaczalne, mają nałożony radar. Dyrektor departamentu pierwszy dowiaduje się o rzuceniu któregoś z nich.
- Jasny Merlinie - zaklął Syriusz, obracając się nerwowo wokół własnej osi i przechodząc na drugi koniec pokoju. - Ministerstwo uzna mnie za śmierciożercę i wsadzi do Azkabanu. A jak pójdę osobiście do Croucha wyjaśnić sprawę, to uzna, że szpieguję dla Dumbledore'a, i co się stanie? I tak wsadzi mnie do Azkabanu.
- Łapa, spokojnie. - James podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu. - Trzeba złożyć wizytę Albusowi, on na pewno coś poradzi.
- Ja też spróbuję coś wymyślić, ale nie ukrywam, że sytuacja jest ciężka - wtrąciła Amelia z zatroskaną miną. - Złożyłam dzisiaj Ogdenowi raport o aurorach, zatając w nim zaklęcia rzucane w ramach akcji Zakonu.
Czterech Huncwotów zamarło na dźwięk jej słów.
- I co? - zapytał Peter po chwili. - Zorientował się?
- Wydaje mi się, że nie. Spaliłam dowody w kominku.
- Mogą cię za to wyrzucić, Amelio… - skomentował cicho Remus.
Mimowolnie wzdrygnęła się, nie chcąc dopuszczać do siebie takich myśli. Amelia lubiła swoją dotychczasową pracę, nawet jeśli ostatnio zaczęła przybierać nieco inną formę niż początkowo zakładała. Wiedziała jednak, że musi zagryźć zęby i przeczekać ten chwilowy przestój - w przyszłości Amelia wiązała duże nadzieje z Ministerstwem.
- Tych papierów było bardzo dużo; nie wierzę, że sporządzili dodatkową kopię - odpowiedziała. - I nie sądzę, żeby w Ministerstwie był ktoś, kto aż tak wnikliwie śledzi poczynania aurorów. Zrobienie tych raportów zajęło mi masę czasu.
- Jesteś absolutnie złota, Amelio Bones - skwitował James, posyłając jej spojrzenie pełne wdzięczności. - A teraz chodźmy do Dumbledore'a.
- Albusie! - zawołał Syriusz, gdy tylko wyłonił się z kominka w gabinecie dyrektora Hogwartu. - Jest mały problem...
- Syriusz - powiedział spokojnie, kierując na niego swój wzrok. Dumbledore siedział na fotelu przed biurkiem i na jego widok nawet nie mrugnął; zachowywał się zupełnie tak, jakby w ogóle nie zaskoczyła go ta sytuacja. - Och i Amelia… O, i jeszcze Remus, Peter, James. Siadajcie, zaparzę wam herbaty.
Albus Dumbledore wysłuchał całej opowieści Huncwotów, począwszy od ataku w Little Norton, poprzez ministerialne informacje od Amelii, aż po hipotetyczne gdybania Syriusza na temat jego rychłej śmierci w Azkabanie.
- Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów na pewno wyśle do ciebie list o stawienie się na przesłuchanie w Wizengamocie - rzekł Albus po chwili pełnej napięcia ciszy. - O ile już tego nie zrobił.
- Wspaniale. List powędruje do mojego domu, a Walburga oszaleje z radości na wieść, że jej syn nawrócił się i służy Voldemortowi - parsknął.
- Zawsze są jakieś plusy. - Albus posłał mu współczujące spojrzenie. - Oczywiście, nie możesz stawić się na tym przesłuchaniu. Kiedy dokładnie rzuciłeś pracę w Gringotcie?
W Gringotcie?
Amelia była zaskoczona tą informacją. W życiu nie pomyślałaby, że Syriusz Black mógłby pracować według nudnego, urzędniczego schematu, w dodatku z goblinami. Wzdrygnęła się na samą myśl o tych małych i, w jej mniemaniu, wrednych stworzeniach.
- Tak jak mnie prosiłeś, miesiąc temu się zwolniłem. Powiedziałem goblinom, że wyjeżdżam do Albanii.
- Świetnie, taką wersję będziemy utrzymywać. Gdzie aktualnie mieszkasz, Syriuszu?
- Wynajmuję mugolskie mieszkanie w Londynie.
- Czy ktoś z twojej rodziny wie, gdzie przebywasz?
- Wydaje mi się, że... O Merlinie… - Syriusz jęknął, przejeżdżając ręką po włosach. - Gringott wie. Nie chciałem podawać w umowie adresu domowego mojej matki.
- Nic się nie martw, zawsze możesz zamieszkać u mnie - wtrącił James, kładąc mu dłoń na ramieniu w pokrzepiającym geście.
- Twój dom nie będzie bezpiecznym miejscem dla Syriusza - odrzekł Albus, uśmiechając się tajemniczo i przebiegając wzrokiem po pozostałych Huncwotach, dodał: - Ani żadnego z was. Amelio, czy byłabyś skłonna zgodzić się przyjąć Syriusza pod swój dach?
O losie, dlaczego akurat ja? - przemknęło przez myśl biednej Amelii.
Ona i Syriusz Black w jednym mieszkaniu. W szkole dobrze dogadywała się z Huncwotami - uwielbiała Jamesa i Remusa, Peter był wobec niej przemiły, ale Syriusz… To inny rodzaj magii. Zawsze taktowny i uprzejmy, ale też od pewnego czasu zdystansowany wobec niej, choć niemal niezauważalnie. I w dodatku nie czuła się przy nim swobodnie, zwłaszcza po tym, jak chwilowo zawiązali nić porozumienia przed SUMami z zaklęć.
Spojrzawszy na nią badawczo, Dumbledore przechylił głowę w niewymownym geście, wyraźnie oczekując na jej odpowiedź. Amelia natychmiast zreflektowała się pod jego spojrzeniem; wyprostowała się na krześle i otrzepała z niewidzialnego pyłu, próbując ukryć zakłopotanie, gdy uświadomiła sobie, że przez dłuższą chwilę jej mina wyrażała głęboką dezaprobatę wobec tego szalonego pomysłu.
- Tak, nie ma najmniejszego problemu - skłamała gładko. Nie chciała stwarzać dodatkowych problemów Albusowi, zresztą ufała mu; jeśli Dumbledore poprosił akurat ją, to bez cienia wątpliwości oznaczało, że naprawdę uważał, że jej mieszkanie będzie odpowiednim dla Syriusza miejscem.
Jeszcze przez krótki moment liczyła, że Black zaproponuje coś alternatywnego, wyswobadzając ją z tego obowiązku. Nic takiego się jednak nie stało - tym razem milczał jak zaklęty z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Bardzo ci dziękuję, Amelio - odpowiedział uprzejmie. - A dla ciebie, Syriuszu, mam różdżkę.
Dyrektor podał mu do ręki przedmiot, a Syriusz wycelował i machnął w kierunku stojącej nieopodal książki, mrucząc coś pod nosem. Różdżka posłuchała go - w miejscu książki, na stole pojawiła się gruba, rozłożysta gazeta.
- Uważaj na nią, to moja ostatnia nierejestrowana różdżka - ostrzegł go, poprawiając na nosie okulary. - Na kolejną akcję Zakonu musisz zmienić swój wygląd, najlepiej za pomocą eliksiru wielosokowego.
- Czyli nie będę uziemiony w czterech ścianach? - jego oczy błysnęły nadzieją. Amelia była przekonana, że Syriusz wybrałby najgorsze tortury świata, jeśli byłaby to jedyna rzecz, która sprawiłaby, iż nie musi siedzieć w jednym miejscu.
- A miałbym uziemić tak zdolnego czarodzieja?
