- Trzeba im powiedzieć. Gold i Bell muszą wiedzieć co tu się właśnie stało. - Emma wydostała się z uścisku najważniejszych osób w jej życiu. Adrenalina wciąż krążyła w jej żyłach powodując mętlik i szum w głowie.
- Emma... - jej matka wyraźnie nie była w stanie wypuścić jej dłoni choćby na moment. Wpatrywała się intensywnie w córkę, jakby ten drobny fakt, że wciąż może ją widzieć żywą tworzył zobowiązanie do robienia wyłącznie tego, do końca życia i z całą żywiołowością jaka drzemie w legendarnej Śnieżce.
- Mamo, chodźmy proszę. Oni mają prawo wiedzieć. - Emma posłała przepraszający uśmiech Killianowi i delikatnie acz stanowczo ruszyła w stronę lombardu. Przepełniona szczęściem drużyna zwycięzców podążyła za nią.
Zastali sklep zamknięty i z wygaszonymi lampami. Emma weszła i tak. Pusto. Skoro jednak nie ma ich w sklepie to tylko jedno miejsce w Storybrook jest równie prawdopodobne. Biblioteka. Tym razem drzwi były otwarte lecz wśród regałów również nikogo nie zastali. Bell nigdy nie zostawia biblioteki otwartej.
- Zejdźmy do podziemi.
- Naprawdę sądzisz, że Gold i Bell przeczekali masakrę błądząc po zimnych korytarzach?
- Jeśli przez te wszystkie lata dowiedziałem sie czegoś o Krokodylu, to jest to fakt, że w normalnych miejscach to on zbyt długo nie wytrzymuje.
Specyficzny zapach skał i stęchłego piasku zaatakował zmysły Emmy, kiedy drzwi windy rozchyliły się ukazując ciemne, wilgotne korytarze. W ciężkim powietrzu unosił się ostry zapach siarki - niemiły znak niegdyś obecnej Maleficent. Korytarze ciągnęły się aż za Storybrook, ale Emma nie zamierzała rezygnować dopóki nie odnajdzie Bell. Piasek grzęził pod stopami, obrali sobie wyczerpująco szybkie tempo, a ich oddechy zaczęły przyspieszać.
- Bell!
Cisza. Ciemność zdawała się pokonywać neonowe światła telefonów, jakby gęstość powietrza potęgowała gęstość mroku, jakby coś tak błahego jak elektryczność nie było w stanie przebić się przez zasłonę ciemności. Emma przyspieszyła.
- Bell!
-Emma?
Skręcili w prawą alejkę podążając za zmartwionym głosem. Bell siedziała na jednym z niskich głazów odrzuconych bezmyślnie w wirze prac wykopaliskowych. Jej jasnoróżowy płaszcz zdawał się skuteczniej rozpędzać ciemność niż wszystkie ich światła razem wzięte, a jej twarz jednocześnie wyrażała ulgę i zmartwienie. Bell wyglądała jakby chciała pobiec do Emmy i ją serdecznie uściskać, ale nie ruszyła się z miejsca.
- Bell, nic Ci nie jest? - Emma dobiegła pierwsza i porwała ją do niedźwiedziego uścisku
- Skręciłam kostkę, ale nieważne. Rumpel poszedł szukać serca Gideona, powiedziałam, żeby szedł sam, że później będzie czas, by mnie uleczył. Ale w ogóle nie wrócił. Emma, co się stało, wiesz co z moim synem?
- Czekaj Bell, uspokój się. - Emma delikatnie położyła dłoń na zranionej nodze przyjaciółki, oferując ten ostatni akt komfortu, zanim będzie musiała dostarczyć najgorszy z możliwych zranień. Czując pod palcami, jak magiczna energia przywraca prawidłowy stan kości, ścięgien, tkanek, czując wibracje łączących się komórek, Emma pozbierała myśli i uspokoiła oddech. - Walczyłam z Gideonem.
Nigdy nie widziała nikogo tak bladego jak Bell w tym momencie. Jakby wszystko w niej absolutnie zastygło. Zwłaszcza życie.
- Pozwoliłam mu mnie zabić. Ale kiedy przeszył mnie mieczem... nie wiem jak to się stało, ale przypominało to wybuch magii. Odrzuciło nas od siebie. Następne co byłam w stanie zarejestrować, to jak białą magia leczy moją ranę. A Gideon zniknął. Nigdzie go nie mogliśmy znaleźć. Ponoć rozpłynął się w powietrzu. - Emma spojrzała na rodziców poszukując u nich potwierdzenia. Oboje kiwali głowami. To oni jej powiedzieli, że Gideon znikł się w białej smudze światła.
Bell przestała nawet oddychać. Jeśli to znaczyło, to co myślała, że znaczy... nie, nie można na razie niczego wykluczać. Rumpel. On będzie wiedział więcej co dokładnie może to wszystko znaczyć. I wcale nie musi być to, co wszyscy zdają się tak beztrosko, choć z żalem zakładać.
Szukali przez dwa tygodnie. W całym mieście nie było śladu po Gideonie, Rumpelsztyku, ani nawet po Czarnej Wróżce.
Ciemność. Mrok. Gęsta zasłona nicości. To wszystko co mnie otacza. Wszystko co ma znaczenie. Nie, wcale nie słyszę płaczu torturowanych dzieci. To tylko nieznośne wspomnienie sumienia, które zwykło dręczyć mnie nocami. Nie istnieję nigdzie i nigdy. Ból również nie jest prawdziwy. Pytania... pytania są jedynie podstępem, które ma zatrzeć prawdę. Nie otworzę ust, nic nie powiem, nic nie jest prawdziwe. Nic nie ma znaczenia. Należę do Mroku. Mrok znam i kocham. Chociaż nie... miłość też nie istnieje. Nie we mnie. Już nie.
- Jak stworzyłeś ten eliksir Rumpel?
Nie wiem nic o eliksirze, nie można wiedzieć coś o czymś, co nie istnieje. A istnieje tylko Mrok. To jedyna prawda jakiej mogę zawierzyć. Ach... ból. Ból też jest iluzją, istnieje tylko Mrok.
- Chcesz aby się to skończyło, Rumpel? Chcesz, abym przestała? Powiedz mi tylko jak tego dokonałeś, a wszystko minie.
Kłamstwo. Iluzja. Ta propozycja nie jest prawdziwa. Ona w ogóle nie istnieje. Tak jak ból. Nie otworzę ust, nie zatracę się w kłamstwie. Istnieje tylko Mrok.
- Rumpelstilskin, nie udawaj, że jesteś kimś, kim nie jesteś. Ja znam Cię lepiej niż ktokolwiek inny. Ja znam Cię od samego początku, widziałam kim się stałeś i kim w głębi serca zawsze pozostaniesz. Tchórzem. Człowiekiem, który zawsze na pierwszym miejscu stawia moc i samego siebie. Ja to wszystko mam i dam Ci to wszystko, a nawet jeszcze więcej, tylko zdradź mi, jak zdołałeś uzyskać esencję prawdziwej miłości.
Miłość nie istnieje. Istnieje tylko Mrok. Ten głos jest iluzją
- Rumpel, ludzie których chronisz nigdy o Ciebie nie dbali. I nigdy nie będą. Zawsze będą widzieć w Tobie bestię, która w głębi serca jest tchórzem. A Bell... cóż ona tyle razy się na Tobie zawiodła, że jedyne co w niej pozostało to nienawiść do Ciebie. Kogóż innego mogłaby winić, za stratę jedynego dziecka?
Należę do Mroku, Ciemność to wszystko co istnieje, to wszystko czym ja jestem.
- Rumpel ten eliksir da nam możliwość złamania absolutnie każdej zasady jaka rządzi magią. Będziesz mógł mieć władzę i miłość. Potęgę i rodzinę. Nawet będziemy mogli wrócić życie twojemu synowi. Rumpel. Nie chroń tych, którzy na to nie zasługują. Weź, co Ci się należy.
Ciemność, ciemność tylko ciemność. Ten ból i ten wrzask... nie, wcale nie jego własny.
- No dalej słońce. Powiedz mamie.
Ciemność, proszę o ciemność.
- Rumpel!
Bezsilny krzyk rozdarł ciszę nocy ogromnej posiadłości w Storybrook co powoli stawało się rutyną. Koszmarne obrazy wciąż tańczyły w umyśle Belli, kiedy ciemność nie stanowiła dla oczu odpowiedniego rozproszenia. Szum w uszach i ból w klatce piersiowej niezłomnie przedostały do świadomości Belli potrzebę tlenu, którego urywane szlochy nie były w stanie dostarczyć. A obrazy ze snu wciąż nie odeszły. Trzymały się kurczowo swojej egzystencji, możliwej jedynie w myślach Bell.
Koszmary senne nie były jej obce. Towarzyszyły jej w pierwszych tygodniach pobytu w zamku Mrocznego, ponownie zaczęły ją nękać, kiedy siedząc w celi Złej Królowej straciła nadzieję, że Rumpel kiedykolwiek ją znajdzie, a potem niemal przez całe 28 lat, zamknięta na oddziale zamkniętym w Storybrook, oswajała się ze swoimi demonami. Choć tamte były jedynie wyimaginowane. Potem nadeszły cudowne sny pełne przygód i miłości. Nawet kiedy ona i Rumpel nie byli razem, śniła tylko o nim. Aż nie wygnała go z miasta, zostawiając go w środku nocy i na środku drogi bez laski ani pieniędzy.
Nigdy jednak przez te wszystkie lata koszmary senne nie były tak intensywne, tak wyczerpujące i mocno oddziaływujące na psychikę jak w tym momencie. Nigdy nie budziła się niemal nieprzytomna z braku tlenu, w przemokniętej potem pościeli. I nigdy nie krzyczała. Teraz jednak, czuła że przegrała każdy powód do życia. Walczyła z mężem, aby nie skrzywdził ich syna, po czym odesłała go w jeszcze większe niebezpieczeństwo. Walczyła z Czarną wróżką, czystym złem o serce swojego syna, a jej chwilowe zwycięstwo było jedynie spiskiem, przystankiem prowadzącym do jeszcze bardziej druzgocącej porażki. Przegrywając bitwę o życie swojego syna, straciła przy okazji miłość swojego życia.
Światło, światło... gdzie w tym domu jest jakieś światło. Drżącymi rękami sięgnęła do szafki nocnej, gdzie wymacała elegancką, niewielką lampkę ozdobioną delikatnie tkanym ornamentem w róże. Oczywiście, że róże. Rumpel zakupił wyposażenie tylko do jej użytku pierwszego dnia, kiedy znalazła go w sklepie, wciąż nie pamiętając kim jest, skąd jest.
Kiedy delikatny blask rozświetlił pokój Bell mogła skupić w się na obrazie wokół, przepędzając biegające przed oczami koszmarne sceny. Wdech, wydech, wdech. Właśnie tak. Wzrok skupić na poszczególnych obiektach, zacząć wymieniać w myślach ich nazwy, zastanowić się nad procesem ich wytwarzania, użytymi surowcami. Wypełnić miejsce w umyśle wszystkim, byle obrazy z koszmaru się nie zmieściły.
Jej wzrok padł na złożoną na wpół kartkę porzuconą niedbale na szafce nocnej Rumpelsztyka. Starając się myśleć trzeźwo mimo zszarganych nerwów Bell przeczołgała się sięgając po tajemniczy papier, w zakątku umysłu słabo rejestrując, że wcześniej na pewno tego tu nie było. Trzęsąc się wyprostowała fałdy i wstrzymała oddech. Znała ten rodzaj pisma. Nikt nie stawiał tak perfekcyjnie równych zawijasów jak Rumpel.
Droga Bell,
Znalazłem Gideona
Stop. Cztery pierwsze słowa listu uniemożliwiły samodzielne oddychanie. Bell wstrzymała swój wzrok, zdolny pochłaniać całe zdania jednocześnie, na tych czterech wyrazach. Powtarzała w głowie proste informacje, chcąc je wyryć na wieczność w sercu. Żyją. Obydwaj żyją i nic im nie jest. Rumpel znalazł Gideona. Żyją.
wkrótce Go zobaczysz. Choć jestem pewien, że rzeczywistość Cię zaskoczy. W samo południe zjawi się u Ciebie mój przyjaciel razem z Gideonem. Wytłumaczy Ci co się stało.
Ja sam nie wracam do Storybrook. Zanim będę mógł się tam zjawić, odwiedzić Ciebie i naszego syna, z pewnością minie dużo czasu. Z góry przepraszam, że nie mogę Ci pomóc inaczej jak tylko materialnie. Cały mój majątek jest też Wasz, choć jestem pewien, że to już wiesz.
Bell, to jest szansa na nowy początek, ufam Ci, że skorzystasz najlepiej jak potrafisz, ufam, że nasz syn będzie z Tobą szczęśliwy.
Rumpel.
To wszystko. Bell odłożyła kartkę na kolana i spojrzała w okno. Szara poświata zwiastowała nadejście poranka, wciąż jednak na tyle odległego, by świat pozostawał nieruchomy i milczący. W tej szarej ciszy było coś hipnotyzującego, uspokajającego, jakby czekało na burzę myśli i emocji kłębiących się głęboko w piersi Bell. Wstała więc narzucając na ramiona ciepłą wełnianą tunikę, włożyła list do kieszeni i wmaszerowała na taras przed domem. Zaciskając palce na balustradzie wypuściła urywany oddech.
Gideon żyje, zobaczy swojego syna dzisiaj za parę godzin. Niemal żałowała, że się obudziła z koszmaru, wolała by spać do momentu przybycia syna, pozostać nieświadomą upływających godzin, zamienić czas w jedną chwilę. Wiedziała, że teraz będzie czekać z niecierpliwością, boleśnie świadoma każdej mijającej sekundy wciąż dzielącej jej od szczęścia. Niemal pełnego.
Rumpel nie wraca. Bell sama nie wiedziała, czy czuje z tego powodu ulgę, czy złość. Z pewnością cieszyła się, że żyje, że znalazł Gideona. Z całą pewnością nie chciała nawet przeprowadzać rozmowy o ewentualnym powrocie do związku z tym człowiekiem, więc cieszyła się, że go nie zobaczy. Z całą pewnością była zła, że się nie pojawi, że zniknął na całe dwa miesiące po Ostatecznej Bitwie nie dając znaku życia i nagle wysyła list mówiąc że znalazł Gideona, ale nie wyjaśniając praktycznie niczego. Gdzie był w tym czasie? Czy cały czas szukał ich syna? Kiedy go znalazł? Co się stało z jego matką? Czemu się nie odezwał? Czemu pozwolił im przypuszczać, że pewnie nie żyje? Jak Gideon.
Była zła, że zamiast stawić jej czoła, odpowiedzieć na pytania, zmierzyć się z rzeczywistością, z tym co jest między nimi i czego już nigdy nie będzie, wysyła z Gideonem jakiegoś przyjaciela, który najprawdopodobniej jest jedynie posiadającym podstawowe i nieścisłe informacje zastraszonym nieszczęśnikiem. Była wściekła, że nie dał im szansy dzielenia się szczęściem z powodu odzyskania syna. Ostatecznie, pomimo całego cierpienia jakie sobie nawzajem zadali, pracowali na ten sukces razem.
A teraz Rumpel nawet nie potrafi się porządnie pożegnać. Och Bell z pewnością nie chce go już w swoim życiu, ale w życiu ich syna... właściwie dorosłego już syna, jak najbardziej. Chyba że Gideon go nie chce. To by miało sens, chociaż na samą myśl o kolejnym pokoleniu nienawiści syna do ojca w tej rodzinie, serce Bell ścisnęło się z żalu.
Rumpel powinien się pojawić. Nawet jeśli ona nie chce mieć z nim nic wspólnego, to chciałaby go zobaczyć ten jeden ostatni raz, zanim zniknie. Upewnić się, że na pewno nic mu nie jest.
Rumpel powinien walczyć. Nawet jeśli Gideon go nie chce, nawet jeśli między nimi zaszło coś niewybaczalnego, to nie powinien tak po prostu znikać. Kiedy Bealfire przeniósł się do innej rzeczywistości, Rumpel pracował przez trzy stulecia, aby rzucono Mroczną Klątwę, aby rzucono ją dokładnie zachowując każdy szczegół jak on to zaplanował. Był gotów rozerwać wszechświat na strzępy, byle tylko móc zobaczyć syna. Dlaczego więc teraz tak po prostu odchodzi?
Chłodny wiatr przeniknął lekkie ubranie nocne i Bell zadrżała. Gorąca herbata ma szansę ukoić zesztywniałe ciało, być może wyrównać rytm serca. W południe znów zobaczy syna. I z całą pewnością nie puści tego biednego informatora, dopóki nie wydusi z niego każdej informacji, każdej pogłoski lub wrażenia jakie odniósł po spotkaniu z Mrocznym.
Z całą pewnością nadal go kochała, choć wolałaby tego nie przyznawać nawet przed samą sobą.
