To krótkie opowiadanie jest łatką do historii "Powolne Spalanie", którą znajdziecie na moim profilu, chociaż myślę, że będzie stanowiło przyjemną lekturę też bez szerszego kontekstu. Przenosimy się tutaj do jednego ze wspomnień Lily, dotyczącego jej szkolnych lat.

Całość została zainspirowana piosenką Queen "Breakthru", która moim zdaniem idealnie opisuje uczucia Lily i Jamesa.

Miłej lektury!

Uwaga! W tekście pojawiają się przekleństwa.


If I could only reach you
If I could make you smile
If I could only reach you
That would really be a breakthru


Pogoda była faktycznie fantastyczna. Z torbą pełną słodyczy, Lily i James rozłożyli się w cieniu wielkiego dębu, rosnącego na uboczu parku. W oddali znajdowali się pozostali uczniowie. Lily starała się nie rozglądać. Czuła, jak piekły ją policzki. Nie chciała widzieć niczyjej reakcji na to, że tak jawnie siedzi tutaj z Potterem. Ich kłótnie stanowiły częsty temat do plotek, a tu nagle rozkładają się na kocu w parku i dyskutują, jakby nigdy nic.

Częstuj się — powiedział James, otwierając opakowanie Fasolek Bertiego Botta. — Ta powinna być truskawkowa.

Czemu mnie lubisz? — spytała Lily, biorąc wskazaną przez Jamesa fasolkę. Spojrzała na niego z uwagą. — Czemu mi nie dajesz spokoju?

A czemu ty mnie tak nie lubisz? — odparł, odwzajemniając spojrzenie.

Lily skrzyżowała ręce na piersi, uśmiechając się.

Chyba zmarnowałam sporo czasu i zbędnych słów, skoro dalej nie wiesz. Jesteś arogancki, masz gdzieś zasady, nie rozumiesz odmowy... Nie wiem, jak Dumbledore mógł cię mianować Prefektem Naczelnym.

Auć! To boli, Evans. — James zacmokał, łapiąc się za serce.

Szydzisz ze wszystkiego i namolnie mówisz na mnie „Evans".

James przeczesał palcami włosy, mierzwiąc je chyba już faktycznie bezwiednie. Zamilkł i przez chwilę obserwował grupkę młodszych studentów, przerzucających się kaflem.

Chyba masz rację — stwierdził w końcu prostolinijnie, wzruszając ramionami. Była w tym wszystkim jakaś dziwna bezradność. — Wiesz, co jest najgorsze? Że jak jesteś w pobliżu, to nie mogę się skupić. Wiem, że robię z siebie pajaca! Remus cały czas mi to powtarza.

Lily zamrugała, zdziwiona. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała.

Wiem, że tego nie znosisz. Wiem, że cię wkurzam. Nie umiem przestać. Jestem spoko kolesiem, naprawdę — zaśmiał się widząc, jak Lily przewraca oczami. — Wiele dziewczyn za mną szaleje! — dodał już w bardziej znajomym tonie.

Czy wspomniałam może, że jesteś zadufany w sobie?

Jesteś najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam — powiedział James tak szybko, że słowa niemal zlały się ze sobą. Jakby obawiał się, że Lily zaraz ucieknie i nie będzie miał już szansy, żeby to powtórzyć. — Jesteś też najmądrzejszą dziewczyną, jaką znam. Jesteś idealna, do cholery. Jak można być tak idealnym? — zakończył, poirytowany. — Nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby na ciebie zasłużyć. Chociaż muszę przyznać, że masz fatalny gust! Jones, Green... Snape — pokiwał głową, zniesmaczony. — Zwłaszcza Snape! Serio, nie rozumiem.

Lily rozdziawiła usta, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa. Ona też nic nie rozumiała.

James spojrzał na nią wyczekująco, drapiąc się po głowie. Po raz pierwszy wyglądał, jakby był zdenerwowany. Po raz pierwszy Lily nie widziała w nim aroganckiego i zadufanego w sobie palanta. Po raz pierwszy poczuła, że może James Potter nie jest tym, za kogo go uważała i mogłaby go polubić...

Ale nie. Nie powinna lubić Jamesa Pottera. Nie po tym, co o nim wiedziała. Nie po tym, jak traktował ją przez te wszystkie lata. Nie po tym, jak traktował jej dawnego przyjaciela, Snape'a. Cokolwiek by się nie działo, James był tylko napuszonym bufonem, któremu po prostu poszczęściło się w życiu na tyle, że nigdy nie zabrakło mu miłości rodziców, dobrego wyglądu czy intelektu. To, że przez chwilę postanowił zachowywać się jak normalny śmiertelnik, nie powinno jej zwieźć i sprawić, że straci czujność.

Lubienie Jamesa Pottera byłoby niezgodne z całym jej jestestwem. Ze wszystkim tym, co uosabiała. Nie była idealna (mimo że James twierdził inaczej), ale starała się być dobrym i uczciwym człowiekiem. Jak każdy, miała swoje wady, ale zawsze wstawiała się za słabszymi (których James czasem gnębił), zawsze przykładała się do nauki (w porównaniu do Jamesa, któremu przychodziło to bez wysiłku), zawsze starała się być miła (James bywał sarkastyczny i nieuprzejmy) i zawsze starała się szanować szkolny regulamin (James miał go w głębokim poważaniu).

Nie powinna była mu pozwolić się do siebie zbliżyć. James był sprytny, a ona naiwna. Co by powiedziały jej przyjaciółki, gdyby zobaczyły ich razem? Potrafiła sobie doskonale wyobrazić odrazę, która na pewno pojawiłaby się na twarzy Dorcas.

To nie mogło trwać ani chwili dłużej. James Potter uosabiał wszystko to, czego Lily nie lubiła i musiała to zakończyć. Teraz. Zaraz. Zanim uzna, że James jest tak naprawdę całkiem spoko kolesiem...

STOP.

Poderwała się na równe nogi, niezdarnie rozrzucając wokół siebie paczkę fasolek.

Lily? zdziwił się James. Czy ja coś...?

Muszę już iść odparła zdawkowo.

xxx

Honey you're touching something, you're touchin' me
I'm under your thumb, under your spell, can't you see

James siedział na trawie, nie potrafiąc się poruszyć i obserwował, jak Lily szybko oddala się w stronę najbliższej uliczki. Został sam, jak jakiś frajer, pośród masy słodyczy, które z takim entuzjazmem kupił tylko po to, żeby ich popołudnie było jak najprzyjemniejsze.

Był naiwny, jeśli myślał, że ten jeden dzień cokolwiek zmieni. Najwidoczniej doszedł do końca swoich możliwości, jeśli chodzi o przekonanie Lily Evans, że nie jest złem wcielonym, które zostało zesłane na ziemię tylko po to, by ją gnębić. Odkrył wszystkie swoje karty, a ona i tak go odrzuciła. Trudno. Może Syriusz miał rację! "Pieprzyć to", jak to mawiał w swoim śmiesznym, mugolskim slangu.

Pieprzyć to!

Na co się gapisz? warknął James w stronę jakiegoś Krukona, który siedział całkiem niedaleko i przyglądał się całej scenie z ciekawością. Nie masz co robić?

Rzucił chłopakowi rozwścieczone spojrzenie, wstał i nie kłopocąc się, by pozbierać słodycze, ruszył gniewnie w stronę przeciwną do tej, w którą poszła Lily.

Pieprzyć to!

James kopnął leżącą na chodniku butelkę, która głośno roztrzaskała się o mur budynku. Czyli jednak nawet w swoim najlepszym wydaniu nie był wystarczająco dobry dla idealnej Lily Evans. Świetnie. Równie dobrze mógł się przestać starać. Doskonale.

Jego paczka powinna być właśnie teraz w Trzech Miotłach, dolewając sobie whiskey do oranżady. Szkoda by było, gdyby go to ominę...

W tej jednak chwili James poczuł, jak coś gorącego uderza go prosto w tył głowy, jego stopy odrywają się od ziemi i bardzo szybko zbliża się w stronę najbliższej, drewnianej ściany małego domku tuż przed nim. Okulary zsunęły mu się z nosa, wszystko rozmazało przed oczami, a całe jego ciało przeszył dojmujący ból.

Gdy zdołał się pozbierać z ziemi i wymacać swoje okulary, a wszystko znów nabrało ostrości, zobaczył swojego największego wroga, celującego różdżką prosto w jego serce, z wyrazem odrazy na twarzy.

Smarkerus... Powinienem się domyślić, że to ty. Kto inny byłby takim tchórzem, żeby atakować od tyłu? powiedział, przywołując na usta uśmiech, mimo że zdawało mu się, że głowa zaraz mu pęknie na pół.

Nie zasługujesz na równą walkę, Potter odparł jadowicie Snape.

Nie nazwałbym tego walką. Nie schlebiaj sobie prychnął James. Co, zamierzasz mnie wykończyć? W ciemnej uliczce, gdzie nikt nas nie widzi? Pewnie moczysz się w nocy na samą myśl o tym, co?

Zamknij mordę, Potter! warknął Snape, podchodząc do Jamesa i przystawiając mu różdżkę do gardła.

James zaśmiał się, ignorując swój instynkt samozachowawczy, bijący na alarm. Faktycznie, byli sami, w ciemnej uliczce, a to Snape górował, podczas gdy James nadal siedział oparty o ścianę. Ale James nie byłby sobą, gdyby nie widział wyjścia nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji. Po co komu różdżka, skoro można użyć pięści, prawda? Nie namyślając się za wiele, zamachnął się prosto w szczękę Snape'a. Poczuł gorące iskry, które drasnęły jego szyję tam, gdzie różdżka dotykała jego skóry, ale ten krótki moment wystarczył, żeby James odzyskał przewagę. A przynajmniej wyrównał swoje szanse. Poderwał się z ziemi, dociskając okulary na nosie i wyjmując różdżkę z kieszeni.

Stali teraz wyprostowani, patrząc na siebie z nienawiścią.

I co teraz? spytał, uśmiechając się z przekąsem. Stoczymy epicki pojedynek na śmierć i życie?

Odwal się od Evans, Potter! rzucił gniewnie Snape, nieco niewyraźnie z powodu przetrąconej szczęki. Widziałem was...!

Zawsze wiedziałem, że jesteś typem zboka, który czai się po krzakach... zaszydził James, ściskając jednak nieco mocniej różdżkę na widok miny Snape'a. Nie twój interes. A teraz znaj moją łaskę, Smarku, bo nudzisz mnie niemiłosiernie. Grzecznie tu poczekasz i pójdziesz w swoją stronę.

Ona nigdy nie będzie twoja.

Twoja tym bardziej. Kolejny mokry sen, co...?

Snape podniósł różdżkę, ale tym razem James był od niego szybszy.

Expelliarmus! — krzyknął, z gracją łapiąc jego różdżkę w powietrzu. Jesteś żałosny.

James wycofał powoli, nie będąc jednak na tyle głupim, by po raz drugi odwrócić się do Ślizgona plecami i gdy już mógł w spokoju oddalić się od niego, rzucił jego różdżkę na ziemię i odszedł pospiesznie.

A tobie co się, kurwa, stało? zaklął Syriusz, podnosząc wzrok znad kufla. Evans cię tak urządziła?

xxx

Make my feelings known towards you
Turn my heart inside and out for you now
Somehow I have to make this final breakthru now!

Czasem, by w życiu nastąpiła jakaś zmiana, należy zacząć od samego siebie. Taką filozofię wybrał James, jeśli chodzi o jego stosunki z Lily Evans (albo ich brak). Nawet on nie był jednak na tyle zdesperowany, by nie odczytać jej ostatecznego przesłania, które głośno i wyraźnie krzyczało do niego „Odwal się".

No więc postanowił się odwalić. Raz i na dobre. Trudno.

Bo czy Lily naprawdę była aż tak wyjątkowa, jak to sobie zawsze wyobrażał? Czy to może on sam stworzył w swoich myślach dziewczynę niemal idealną, a potem postanowił, że taka właśnie jest Lily Evans? Nie był już do końca pewny.

Faktem było, że Lily była piękna. Całkowicie obiektywnie i James nie był jedynym chłopakiem w Hogwarcie, który tak uważał. Znał jeszcze paru, którzy przymierzali się do zaproszenia jej na randkę, ale zazwyczaj kończyło się to dla nich jakimś niefortunnym wypadkiem. Nie, żeby James był w to zamieszany… No, może trochę był. Albo nawet bardzo, ale co mógł poradzić na to, że to były zazwyczaj same matoły i on po prostu robił w ten sposób Lily przysługę, oszczędzając jej konieczności spędzania z nimi czasu?

Wracając jednak do wyglądu Lily… Chociaż nie, skoro ma się jej pozbyć ze swoich myśli, to lepiej, żeby nie myślał o jej ciemnorudych włosach, białej skórze, elektryzujących, zielonych oczach czy długich nogach… Stanowczo tym sobie nie pomoże.

James wybrał dosyć banalną taktykę. Po prostu postanowił jej unikać i traktować z obojętnością. Może nie był to szczyt dojrzałości w jego wydaniu, ale hej! Jeśli by znał jakiś lepszy sposób, to chętnie by go zastosował.

— Już nie mogę patrzeć na tę twoją skwaszoną gębę — mruknął Syriusz, łypiąc na niego spod byka.

— Kto ci się każe na mnie gapić? — odwarknął James.

— Nikt mi nie każe, ale śpimy w jednym dormitorium, Rogaczu. Weź się jakoś ogarnij, co?

— Sam się ogarnij!

— Obydwoje się ogarnijcie — przerwał im Remus. — Sprzeczacie się jak baby.

— Gorzej… — burknął Peter, usilnie starając się napisać zaległy esej z Zielarstwa. — Od kiedy uciekasz przed Evans, Rogaczu, jesteś nie do zniesienia…

— Uciekam przed Evans? Coś ci się chyba pomyliło…! — oburzył się James.

— A jak nazwać chowanie się za ścianą za każdym razem, jak tylko zobaczysz rude włosy? — Remus wyszczerzył zęby.

— Albo przeskakiwanie przez ławkę, byleby na nią nie wpaść? — dodał rozbawiony Syriusz.

— Nakrywanie się peleryną niewidką, żeby… — zaczął Peter, ale James przerwał mu głośno:

— Dobra! Rozumiem. Może trochę jej unikam…

— Trochę.

— Bardzo.

— Cały czas.

— Zamknijcie się w końcu!

Remus i Syriusz zanieśli się śmiechem i nawet Peter uśmiechnął się pod nosem, odczytując na głos ostanie zdanie, które napisał.

— A właśnie. Przecież zaraz mamy spotkanie prefektów — zauważył Remus, nadal uśmiechając się złośliwie.

— Wiem — mruknął James, narzucając na siebie szkolną szatę.

— To dlatego masz taką skwaszoną gębę! — Syriusz wyglądał, jakby właśnie odkrył co najmniej dodatkową planetę w Układzie Słonecznym.

— Idziemy? — James rzucił w stronę Remusa, ignorując rozbawionego Blacka.

James nie był do końca pewny, jak z tak obszerną kartoteką szlabanów i przewinień, jaką zdążył sobie wypracować, Dumbledore zdecydował się przyznać mu odznakę Prefekta Naczelnego. Dyrektor był czubkiem, to wiedział od dawna, ale coś musiało mu się jeszcze poprzestawiać pod tą jego spiczastą tiarą. Remus byłby oczywistym wyborem, gdyby nie drobny fakt, że był wilkołakiem… Życie było niesprawiedliwe.

Gdy weszli do Sali Prefektów, Lily Evans już tam była, rozpisując tygodniowy grafik dyżurów na czarnej tablicy. Jej długie włosy były dziś rozpuszczone i rozlewały się falami na jej ramiona. Stała na palcach, starając się dosięgnąć kredą góry tabelki, którą narysowała, a jej spódniczka podwinęła się nieco do góry, odsłaniając trochę więcej ciała, niż zazwyczaj…

James poczuł, jak zalewa go fala gorąca i szybko spojrzał w inną stronę, rozglądając się po pustych ławkach. Czy może mu się wydawało, czy Lily ostatnio specjalnie rezygnowała ze spinania włosów w swój standardowy koczek, a jej szkolne szaty nagle nieco się skróciły…? Ale to chyba jego pokręcony umysł dręczył go tymi obrazami. Na pewno nie stroiła się dla niego. Jak już, to może potajemnie spotykała się z jakimś frajerem, robiąc z nim te wszystkie rzeczy, o których James jedynie mógł sobie pomarzyć…

— Cześć, Lily — przywitał ją Remus, a James poczuł nieprzyjemną falę zazdrości, widząc, jak dziewczyna posyła w jego stronę przyjacielski uśmiech. Ich rozmowa i wzajemna uprzejmość przychodziła im zupełnie bez wysiłki. — Co tam?

— Cześć, Remusie. Potter… — Skinęła mu głową, zaciskając usta. — Nic specjalnego. Opracowałam listę dyżurów. Potter, rzuć okiem, czy jest okej?

— Jest okej — odparł James, nawet nie kłopocząc się, by spojrzeć na tablicę. — Nie mam uwag.

Lily zamrugała, przestępując z nogi na nogę.

— Czyli nie masz nic przeciwko, żebym tym razem patrolowała razem z tobą? — dopytała, unosząc brwi i skłaniając tym samym Jamesa do tego, by jednak spojrzał na jej grafik.

— Chyba nie…

— Tylko tyle masz do powiedzenia? zirytowała się Lily.

— Co mam niby powiedzieć?

To, co zazwyczaj. Rzucasz jakimś głupim żartem, nabijasz się ze mnie, ewentualnie mnie podrywasz...

James uniósł brwi, nie mogąc się powstrzymać przed głupkowatym uśmiechem. To było silniejsze od niego.

Wkurzasz się, że cię nie podrywam i nie rzucam głupimi żartami? Bo chyba nie nadążam, Evans.

Nie o to mi chodziło...

Bo myślałem, że nie chcesz, żebym cię podrywał...

Źle mnie zrozumiałeś...!

...i wkurzają cię moje żarty...

Potter, nie słuchasz...

Zamieniam się w słuch.

Zapadła niezręczna cisza.

Po prostu dziwnie się ostatnio zachowujesz wyrzuciła w końcu Lily, przyglądając mu się z zainteresowaniem.

James jedynie wzruszył ramionami i usiadł na biurku, decydując się nie zdradzić po sobie, że przez chwilę jego nadzieja znów powróciła. Ale pewnie się mylił.

Rzecz w tym, Evans, że chyba wreszcie zachowuję się normalnie.

Ich rozmowę przerwał gwar pozostałych prefektów, schodzących się na zebranie.

Reszta spotkania była jedną wielką nudą i męczarnią. Mózg Jamesa zbuntował się i postanowił zakończyć skomplikowaną współpracę, podsuwając mu dręczące obrazy lekko różowych ust Lily, jej długich podkolanówek, kończących się tuż w połowie uda, czy też guzika bluzki, o którym chyba zapomniała, bo jej dekolt był dzisiaj trochę głębszy, niż zazwyczaj…

Chłopak z wielką ulgą przyjął informację o zakończeniu tej tortury. Teraz jeszcze tylko cztery dyżury na tydzień, aż do skończenia szkoły i będzie wolnym człowiekiem.

xxx

Your smile speaks books to me

I break up

With each and every one of your looks at me

Honey you're starting something deep inside of me

Honey you're sparking something this fire in me

Lily nie potrafiła się skupić.

Czytała to samo zdanie w książce do Zaawansowanych Eliksirów już po raz trzeci i dalej nic z niego nie rozumiała. Dodać... coś tam i pomieszać trzy...nie, cztery razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. A może jednak w przeciwnym kierunku...?

Cholerny Potter! To wszystko była jego wina! Od kiedy tylko wygłosił tę swoją beznadziejną tyradę, nie mogła go wyrzucić z myśli. Zaczęła go zauważać. Nie, żeby wcześniej go nie widziała, bo było go zawsze wszędzie pełno, ale teraz... widziała go inaczej! I wcale jej się to nie podobało.

Zauważyła na przykład, że jego oczy mają bardzo ładny, ciepły i orzechowy odcień, przechodzący niemal w złoto, gdy był czymś podekscytowany lub mówił na jakiś interesujący go temat. Jego włosy, zawsze tak niedorzecznie rozczochrane, dodawały mu jakiegoś łobuzerskiego uroku, podkreślającego jego przewrotną naturę. Nie był też już tak chudy, jak kiedyś, a quidditch zdawał się mu służyć, bo jego sylwetka stała się bardziej męska i muskularna. Gdy szedł, jego krok był tak przepełniony pewnością siebie, że zdawał się momentalnie przejmować kontrolę nad całą przestrzenią, a gdy mówił zazwyczaj miał coś ciekawego do powiedzenia. Oprócz, oczywiście, tych momentów, gdy robił z siebie kretyna, ale ostatnio zdarzało się to dużo rzadziej, niż dotychczas. No i ładnie pachniał... Nie, żeby Lily miała okazję do obwąchiwania go, ale gdy tylko znajdowała się blisko niego, na przykład w klasie, podczas zajęć, od razu nachodziła ją ochota, by zatopić nos w jego szyi...

Lily podniosła głowę znad książki, czując się tak, jakby poraził ją piorun.

To było niemożliwe.

To się nie mogło dziać naprawdę.

James Potter po prostu nie mógł jej się podobać!

Jeżeli kiedykolwiek miałaby swój typ chłopaka, to z pewnością byłby zupełnym przeciwieństwem Jamesa.

A jednak.

Nie była aż tak naiwna, by ignorować motyle w brzuchu, gdy tylko ten przeklęty zapach dobiegał jej nozdrzy. Albo gdy wspólnie prowadzili spotkania prefektów. Albo gdy po prostu był przy tym samym stole w Sali Głównej.

James Potter nie mógł jej się podobać. Gdyby tak się stało, to przestałaby być Lily Evans! Byli jak kot i pies. Zawsze się sprzeczali.

Nawet teraz nie mógł jej zostawić w spokoju i musiał siedzieć naprzeciwko niej, w bibliotece, w tym idiotycznie dopasowanym t-shircie z lwem Gryffindoru na piersi. Co on w ogóle robił w bibliotece? Z książką w ręce? Bez pozostałych Huncwotów? Może szykował jakiś paskudny numer i zaraz wszystko wyleci w powietrze? A może po prostu został tutaj zesłany z piekieł, by dręczyć ją już po wsze czasy...?

Jakby usłyszał jej myśli, James podniósł wzrok i przez chwilę ich oczy się spotkały. Lily poczuła, jak policzki zaczynają ją palić, wnętrzności skręcają się jak węże, a na rękach pojawia się jej gęsia skórka. Na (całkiem symetrycznych) ustach Jamesa powoli pojawił się cyniczny uśmiech, a jego brwi wystrzeliły znad okularów, jakby przyłapał ją na gorącym uczynku.

Lily poderwała się z krzesła jak oparzona, a wielka księga spadła na podłogę z głośnym tąpnięciem.

Przepraszam... szepnęła w stronę Pani Pince, która obrzuciła ją oburzonym spojrzeniem. Ja już...

Nie dokończyła, schylając się po księgę i szybko zniknęła za pierwszym lepszym regałem z książkami.

Zadanie domowe. Powinna myśleć o zadaniu domowym. Eliksiry odłoży na potem, to może teraz Zaklęcia... Tak, Zaklęcia powinny być łatwiejsze. Musi tylko znaleźć regał z numerem "czternaście", gdzie pod literą "B", jak "Brown, Augusta" powinna znajdować się potrzebna jej księga.

Obracając tę myśl w głowie, jakby to było koło ratunkowe, nieco po omacku ruszyła w stronę oddalonego od stolików regału, postawionego w szarym kącie biblioteki.

Brown... Brown... Brown... mamrotała idiotycznie, wodząc wzrokiem po najwyższej półce. Jest...

Wspięła się na palce, wyciągnęła się w górę jak najbardziej mogła i sięgnęła w stronę pomarańczowego grzbietu księgi, ozdobionego kwiatami i kolorowymi motylami. W tym samym momencie jednak przed jej oczami pojawiła się nieco większa, męska dłoń i zgarnęła jej lekturę sprzed nosa, nim Lily zdążyła ją dosięgnąć.

— Hej, ja byłam pie... syknęła, ale zaraz zamarła, wpatrując się w uśmiechniętego okularnika, opierającego się nonszalancko o regał z książkami. Potter!

Zauważyłem, że nie dosięgasz powiedział, wzruszając ramionami. Chciałem pomóc...

— Nie potrzebuję twojej pomocy! Oddawaj...

— Merlinie, Evans, po co te nerwy? Westchnął. Masz.

Dzięki odburknęła Lily, wyrywając książkę z jego dłoni.

Co to miało być?spytał James, dalej szczerząc zęby.

Niby co?warknęła Lily.

James stał trochę za blisko i pachniał zbyt intensywnie. Nie mogła trzeźwo myśleć.

Gapiłaś się na mnie.

— Potter, chyba pora wymienić okulary...

— Gapiłaś się, a jak cię nakryłem, to cała się zarumieniłaś i uciekłaś!

Cholerny Potter! Cholerna blada cera rudzielca! Cholernie zdradzieckie policzki?

— Co? — zaśmiała się histerycznie. Serio... Twoje ego właśnie przebiło sufit...

Pokiwała z dezaprobatą głową, próbując go wyminąć, ale James zastąpił jej drogę tak, że Lily omal się z nim nie zderzyła. Kiedy zdążył tak urosnąć? Zadarła głowę, by na niego spojrzeć i zaraz zakręciło jej się w głowie.

Teraz też się rumieniszpowiedział, nachylając się do niej .

Chyba w twoich snach, Potter.

Skąd wiesz? Czytasz mi w myślach? — zaszydził. Czemu na mnie patrzyłaś?

Jego zapach działał na nią jak serum prawdy.

Ugh! sapnęła, podirytowana. Bo wyglądasz dziwnie w bibliotece! I nosisz ten głupi t-shirt, pewnie tylko po to, by chwalić się swoimi mięśniami...

James zaśmiał się głośno, nie spuszczając z niej jednak wzroku.

Moimi mięśniami?

Nie schlebiaj sobie, pozerze. Nie o to mi chodzi...

Obserwujesz moje mięśnie, Evans? podchwycił szybko, a jego uśmiech rozciągał się teraz niemal od ucha do ucha, ujawniając białe zęby.

Lily zamknęła oczy, by choć na chwilę wyswobodzić się spod jego wpływu.

A dodatkowo cała biblioteka śmierdzi tym twoim zapachem! Nie mogę myśleć! wyrzuciła z siebie w końcu, nim zdołała się powstrzymać.

Gdy znów otwarła oczy, James znajdował się jeszcze bliżej niej.

Evans... Gdybyś to nie była ty, to bym pomyślał, że na mnie lecisz... zauważył rozbawiony, opierając się ręką o regał.

T-shirt opinał się teraz na jego ramieniu, jakby był niemal za ciasny...

Zejdź mi z drogi zażądała.

A co, moja muskularna sylwetka zagradza ci drogę? Jest tu jeszcze przecież dosyć miejsca, żebyś się przecisnęła powiedział z uśmieszkiem.

Idiota!

Włożyła książkę pod pachę i naparła na niego, decydując się posłuchać jego rady i faktycznie, prześlizgnąć się w wąskiej przestrzeni między nim a regałem na książki. Poczuła, jak jej ciało ociera się o jego, przesyłając przyjemne dreszcze wzdłuż jej kręgosłupa. Zawahała się, instynktownie biorąc głęboki wdech i nim się zorientowała, nogi przestały reagować na jej polecenia, zatrzymując się w miejscu.

Potter... szepnęła. Przesuń się, proszę...

Chyba nie mam gdzie odpowiedział zachrypniętym głosem.

Lily podniosła na niego wzrok i zobaczyła, że jego oczy mają teraz ten niesamowity, niemal złoty blask. Zanim zdała sobie sprawę z tego, co robi, jej dłoń powędrowała do jego szyi, przysuwając go bliżej do siebie. Jego przyspieszony oddech połaskotał jej policzki, a w końcu przywarła ustami do jego ust.

James momentalnie odpowiedział na jej pocałunek, obejmując ją w pasie i przyciągając bliżej do siebie, wygłodniale, niemal pozbawiając ją oddechu. Książka, którą Lily zaciskała pod pachą upadła na podłogę, ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Poczuła, jak topnieje pod wpływem jego dotyku, gdy jej plecy dotknęły regału, o który się teraz opierali.

Ich pocałunek nie był delikatny. Było w nim niemal coś z odwiecznych kłótni, które między sobą toczyli. James przesunął dłonią w stronę jej głowy, rozpuszczając jej spięte ciasno włosy, po czy wplótł w nie palce, na co Lily przygryzła mu wargę. Zupełnie jakby ze sobą walczyli.

I Lily całkowicie pokochała to uczucie. Było uzależniające.

Gdy już w końcu udało im się od siebie oderwać, James wyglądał tak, jakby został porażony piorunem. Lily cieszyła się, że nie ma tu nigdzie lustra. Wolała nie sprawdzać, jak sama się teraz prezentowała...

Evans... wysapał. Zupełnie cię nie rozumiem, kobieto...

Zamknij się! ofuknęła go Lily, starając się uspokoić oddech. Nie możesz o tym nikomu powiedzieć, bo rzucę na ciebie taki urok, że się nie pozbierasz, jasne?

Zapominając zupełnie o swojej książce, przepchnęła się obok niego i niemal rzuciła w stronę wyjścia z biblioteki, starając się wzbudzić jak najmniej podejrzeń u zgromadzonych tam uczniów i Pani Pince.

To koniec. Była ugotowana.


Komentarze mile widziane!