Rozdział 1. Przybysze
Przed wejściem do Wielkiej Sali utworzył się zator, zewsząd dobiegały ponaglające głosy. Nikt nie słuchał zrzędliwego skrzeku Filcha chcącego zaprowadzić jakikolwiek porządek w tym rozentuzjazmowanym tłumie nastolatków. Harry wraz z Ronem i Hermioną stali na schodach czekając, aż zrobi się na tyle luźno by nie pchać się na siłę do środka.
- Co oni? Przez wakacje zapomnieli jak się idzie do ich stołu? - burknął Ron.
- Nie wiem, może po prostu zachwycają się magicznym sufitem? - odparła Hermiona.
- Dobra, chodźcie już, mam nadzieję że będzie jeszcze miejsce obok kogoś kogo znamy - powiedział Harry i pociągnął ich za łokcie w kierunki drzwi.
Po przekroczeniu progu zrozumieli dlaczego każdy kto wszedł do sali zatrzymywał się na chwile, zamiast jak do tej pory, czterech stołów, w Wielkiej Sali stało pięć. Dodatkowy stół stał na środku sali i był odrobinę krótszy niż stoły pozostałych domów. Nikt przy nim nie siedział.
- "Tak silni na ile zjednoczeni i tak słabi na ile podzieleni" a ten kolejny dom wykombinował? - zdziwił się Ron.
- Słuchałeś przemówienia dyrektora z zeszłego roku? Kim ty jesteś i co zrobiłeś z Ronem Weasleyem? - powiedziała Hermiona szturchając go w bok.
Gdy wszyscy zasiedli już na swoich miejscach, do Wielkiej Sali wkroczyła profesor McGonagall prowadząc pierwszorocznych na ceremonię przydziału. Po wysłuchaniu pieśni starej tiary i porządnym oklaskaniu każdego nowego gryfona Harry zaczynał się już niecierpliwić. Na śniadanie zjadł tylko zimnego tosta, którego udało mu się porwać z kuchni ciotki Petunii zanim został z niej wyrzucony. Burczało mu w brzuchu i nie mógł doczekać się już uczty powitalnej, a przecież czekało ich jeszcze przemówienie dyrektora.
- Witajcie wszyscy w tym nowym roku szkolnym! Widzę tutaj wiele nowych twarzy oraz jeszcze więcej starych. Na początku zacznę od złych wiadomości. Tak jak mówiłem, na końcu poprzedniego roku, Lord Voldemort powrócił. Ze względów bezpieczeństwa zakazuję jakichkolwiek wycieczek do Zakazanego Lasu, prócz tego zabronione jest wychodzenie z zamku po zmroku. Najmroczniejszy czarnoksiężnik naszych czasów powrócił i będzie chciał wlać w wasze serca niepewność i strach. Musimy wszyscy przeciwstawić mu się równie silnymi więzami zaufania i odwagi. No ale co ja was będę straszyć, nie wiem czy zauważyliście ale wystrój wielkiej sali się nieco zmienił, albowiem w tym roku, do Hogwartu uczęszczać będzie specjalna delegacja ze szkoły Magii i Czarodziejstwa na Łysej Górze. I tak, wiem jak to brzmi, ja sam dłużej uczyłem się wymowy nazwy tego miejsca niż zaklęcia patronusa.
Parsknięcia śmiechem rozległy się w całej sali, nawet przy stole ślizgonów kilka osób uśmiechnęło się pod nosem, jednak natychmiast spoważniały pod zimnym wzrokiem Malfoya.
- Tak jak mówiłem powitajcie naszych szlachetnych gości z Polski, Czech i Słowacji!
Drzwi wielkiej sali rozwarły się z hukiem, do sali wmaszerowała kolumna uczniów w różnym wieku, prowadzona przez potężnego mężczyznę w długiej kolorowej szacie z pasem opinającym się na jego ogromnym brzuchu. Poprowadził swoich uczniów prosto do stołu. Hogwartczycy zauważyli, że każdy z nich jest w szacie wyjściowej, a nie jak oni w szatach szkolnych. Dyrektor nowo przybyłych wszedł na podwyższenie i stanął naprzeciwko Albusa. Był od niego odrobinę niższy, jednakże wciąż wyglądał na potężnego przy wysokim i chudym jak tyczka brytyjczyku. Dumbledore przywitał go po czym wrócił do przemówienia.
- Tak, przypatrzcie się, albowiem od dzisiaj będą oni chodzić z wami na zajęcia. Pamiętajcie, to że są inni wcale nie oznacza że są gorsi, przyjmijcie ich zgodnie z najlepszymi cechami jakie możecie zaoferować, mądrością krukonów, zaradnością ślizgonów, przyjaźnią puchonów i lojalnością gryfonów. Zadbajcie o nich tak jak sami chcielibyście by o was zadbano tak daleko od domu. A teraz dyrektor Łysej Góry ma wam coś do powiedzenia.
Uczniowie zaczęli nieśmiało klaskać, w tym czasie potężny mężczyzna podszedł do mównicy, podkręcił sumiastego wąsa i wyszeptał krótkie zaklęcie celując różdżką w swoje usta.
-Witam was wszystkich, jestem Andrzej Koniecpolski dyrektor szkoły na Łysej Górze. Chciałbym wam serdecznie podziękować za to gorące powitanie.
Obserwujący go Ron pochylił się do Hermiony.
- Mi się wydaje czy ruch jego ust nie współgra z tym co on mówi?
- Uh Ron, przecież rzucił zaklęcie tłumaczące przed przemówieniem, naprawde myslisz ze wszyscy ludzie na świecie znają angielski?
- Noo dyrektorzy powinni - burknął Ron i znowu zaczął słuchać przemówienia tego dziwnego człowieka.
- Mam szczerą nadzieję, że uda się nam nawiązać prawdziwe nici porozumienia bo w tym roku to ja będę waszym nowym nauczycielem przed czarną magią!
Stojący obok Dumbledore tylko się uśmiechnął po czym wrócił na mównice.
- Skoro formalności mamy za sobą to dodam tylko kilka słów, oto one: łokieć, miniter, mazgaj, głuptok!
Wraz z wypowiedzeniem ostatniego słowa na stołach pojawiło się jedzenie, tym razem oprócz typowo brytyjskich potraw można było znaleźć potrawy wyglądają nieco egzotycznie. Nieposkromiony apetyt Rona sprawił, że gapił się on tylko na apetycznie wyglądające potrawy nie mogąc się zdecydować co zjeść najpierw.
- Ron wszystko okej? Gapisz się na ten stół jak na Hermionę na balu w zeszłym roku.
- Co? Nie… Bo to tak apetycznie wygląda - próbował tłumaczyć się Ron.
- CO?! Że ja niby nie wyglądam apetycznie? Ronaldzie Weasley stąpasz teraz bo bardzo cienkiej linii - wybuchnęła Hermiona, jednakże lekki uśmiech na jej wargach i błyskiem rozbawienia w oczach zdradzały, że nie gniewa się tak naprawdę. Oczywiście Ron był zbyt mało obyty wśród kobiet by to zrozumieć.
- Eee Hermiono nie chciałem… nie chciałem Cię obrazić. Wyglądałaś bardzo… bardzo ładnie i w ogóle - jąkał się Ron niepewny jak ją udobruchać.
Oczywiście, Hermiona mu się strasznie podobała, nawet nie będąc odstawioną na balu. Po prostu nie umiał tego przekazać, jednocześnie nie wiedział do kogo zwrócić się o pomoc. Normalnie poszedłby z tym do Hermiony ale przecież to o nią chodzi, więc opcje mu się skończyły. Harry obserwował ich z rozbawieniem, chociaż sam musiał przyznać, że gdyby był na miejscu Rona też by nie wiedział, że Hermiona się jedynie droczy.
- Co myślicie o tych słowianach? Wydają się całkiem spoko, chociaż nie do końca rozumiem czemu nie mają szat szkolnych.
Zapytał chcąc jakoś pomóc przyjacielowi.
- Czy wy naprawde nie czytacie niczego poza książkami o Quidditchu? W ich kulturze szkolnej nie ma nakierowania na jednolite ubrania uczniów, nawet w mugolskich szkołach.
- A ty skąd to wiesz?
- W te wakacje byłam w Krakowie z rodzicami i rozmawiałam z tamtejszymi ludźmi. Wiecie, że tam jest naprawde dużo brytyjczyków? Co prawda głównie turystów ale mimo wszystko.
- A co ma Kraków do ich szkoły?
Zdziwił się Ron, który już oprzytomniał po wybuchu Hermiony i zaczął nakładać olbrzymie ilości wszystkiego co miał w zasięgu rąk.
- Ron… Czy ty naprawde nie masz zielonego pojęcia o świecie poza Hogwartem i Wielka Brytanią?
- No co? Nie chodziłem do mugolskiej szkoły, w przygotowawczej do Hogwartu nie ma zajęć o innych państwach czy coś.
- Czarodziejski świat potrzebuje gruntownej reformy edukacyjnej
- Najpierw polecam zjeść kolację, panno Granger, zamiast marzyć o czymś czego nigdy nie osiągniesz - powiedział swoim zimnym głosem Snape pojawiający się nagle za jej plecami.
- Profesorze? Przecież to okropne, że brytyjscy czarodzieje nic nie wiedzą o otaczającym ich świecie!
- Okropne jest to, że przemądrzała piętnastolatka myśli, że jest mądrzejsza od starszych i doświadczonych czarodziejów w ministerstwie. Tak czy inaczej, zgłosisz się do profesor McGonagall po uczcie.
- Tak jest profesorze.
- Czego ona znowu od Ciebie chce? I czemu tylko od Ciebie?
- Znowu potrzebujesz zmieniacza czasu by wyrobić się na wszystkie zajęcia?
- Bardzo śmieszne Harry, nie wiem czego może chcieć ale myślę że może chodzić o tę wymianę. W końcu ktoś musi się nimi zająć, pokazać co i jak.
- Czemu ty? Przecież od tego są prefekci.
- Ron załamujesz mnie... To JA jestem prefektem w tym roku, w wakacje dostałam list z odznaką. Wysłałam wam przecież sowy! Czy wy mnie w ogóle kiedykolwiek słuchacie czy tylko wtedy kiedy chcecie zadania domowe?
Tym razem Harry nie zobaczył błąkającego się uśmiechu na jej ustach i zaczął się martwić czy tym razem to jemu się dostanie.
- Hermiono, nie denerwuj się, wszyscy jesteśmy już zmęczeni. Mózgi nam się zmęczyły i nie do końca działają.
- Czym one się miały zmęczyć?! Ostatni raz kiedy widziałam was myślących, gdy w zeszłe wakacje próbowaliście sobie przypomnieć nazwiska jakichś debili latających na miotłach!
- Ej, ale nie możesz obrażać quidditcha, to świetny sport!
Hermiona zamilkła i popatrzyła na nich w milczeniu, po czym bardzo powoli i spokojnie zapytała:
- Czy wy właśnie bardziej oburzyliście się o quidditcha niż o to, że stwierdziłam, że jesteście bezmózgami?
Nieskalane myślą oblicza chłopaków wystarczyły jej za odpowiedź.
- Jesteście beznadziejni. Obaj. Do zobaczenia jutro.
Po tych słowach dziewczyna wstała i wyszła z sali.
- Co ją tak ugryzło? Przecież też lubi ten sport, jest na każdym meczu - zapytał Ron szczerze zdziwiony.
- Może chodziła tam tylko dlatego, że to ja grałem, żeby móc mi kibicować? Albo przez to, że ty szedłeś i chciała spędzić ten czas razem z tobą?
Zastanawiał się Harry i musiał przyznac, że naprawde od dłuzszego czasu się nie ZASTANAWIAŁ. Owszem, zdarzało mu się myśleć o Voldemorcie i wydarzeniach z cmentarza ale to było bardziej rozpamiętywanie, teraz musiał myśleć nad problemem i zaczął chyba rozumieć irytacje Hermiony.
- Co? To bez sensu, przecież i tak spędzamy ze sobą dużo czasu, po co miałaby iść ze mna. To już prędzej, żeby ci kibicować. W ogóle myślisz, że od tych słowian bedą jakies fajne dziewczyny?
- W sumie kogoś tam widać. Zobaczymy jutro, pewnie poznamy kogoś na zajęciach.
- No dobra to zbierajmy się już, padam na twarz a wolałbym na poduszkę.
